aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

TROPICIEL 25

Niedziela, 20 maja 2018 | dodano: 24.05.2018

Tropiciel to rajd przygodowy, który charakteryzuje się niesamowitym klimatem, dlatego też kombinowaliśmy jak Tour de Pologne pod Gliczarów, aby uchwycić oba rajdy w jeden dzień (Rajd Liczyrzepy za dnia, oraz Tropiciel 25 nocą). Na wstępie chcielibyśmy bardzo podziękować Organizatorom za przychylenie się do naszej nie-pierwszej-już-takiej prośby i przesunięcie naszego startu na najpóźniejszą możliwą godzinę. Dało nam to możliwość dotarcia na imprezę zaraz po wyrypie w Górach Bystrzyckich. Dziękujemy, przepraszamy za kłopot i obiecujemy że nie będzie to ostatni raz, bo niezbadane są plany i warianty Aramisów :)

Wesoły Rowerzysta i Demony Przeszłości
Wyjeżdżamy ze Spalonej około 21:30. Trochę późno, ale fajnie się siedziało w schronisku oraz ciężko było się zebrać po całym dniu dymania po górach. Ciśniemy przez noc z gazem w podłodze, aby dotrzeć do Miękini na czas. Nasz start to godzina 0:25, ale musimy się przecież jeszcze zarejestrować, odebrać pakiet startowy… ba, zaparkować i ściągnąć rowery z dachu. Rajd się jeszcze nie zaczął, a my już jesteśmy na styk z czasem.
Miękinia… miejsce, które budzi wspomnienia, a właściwie Demony Przeszłości.
„Zdarzyło się to wiele lat temu, ale widzę to za każdym razem kiedy tylko zamknę oczy” (*). Jeśli ktoś nie zna, jednej z naszej najbardziej hardcorowej przygody to można o niej poczytać tutaj: Tropiciel czyli w Bagnach Rozpaczy.
Niedaleko starej piaskowni znajduje się Rozlewisko Moczarki, miejsce gdzie utknęliśmy w bagnach na ponad 2 godziny. Miejsce, z którego naprawdę nie mogliśmy się wydostać, brodząc czasem po kolana w bagnie. Tam zrozumiałem, że możliwe jest chodzie w kółku po mokradłach, nie dlatego że nie wie się gdzie się idzie, ale dlatego że teren nie pozwala iść inaczej. Z perspektywy czasu była to cenna lekcja, ale raz wystarczy… nie chciałbym jej powtarzać, choć może ciężko w to uwierzyć, to naprawdę długo nie mogliśmy wydostać się z tej bagiennej pułapki. Plan na dziś: cokolwiek na nas czeka na Tropicielu, będziemy unikać Rozlewiska Moczarki.
Dojeżdżamy na styk, kilka minut po północy. Gdy ściągamy rowery z auta, podjeżdża do nas Krzysiek Wesoły – notoryczny zwycięzca rowerowych Tropicieli. Ten sam, który na Rudawskiej Wyrypie w 24 godziny zrobił koło 230 km, kiedy my 160. Fajnie się znowu zobaczyć. Jego ekipa także zaraz staruje, więc zdążymy wymienić tylko kilka zdań, acz jedno zapadnie nam w pamięć „zawsze jak widzę wasze rowery, to serce rośnie”. Dawno nikt nas aż tak miło nie przywitał. Dziękujemy !!!
Wpadamy do bazy i ekspresem się rejestrujemy. Kiedy na punkcie startowym wyczytują naszą ekipę: „Zapraszam kapitanów z 0:25”, to ja dopiero montuję numer startowy. Przelotem mijamy się także z Mateuszem, który także zaraz wyruszy (na trasę 40 km – my ciśniemy na 60). Nie ma jednak czasu teraz rozmawiać, konwersacje muszą poczekać na koniec rajdu, bo właśnie wybija nasza minuta startowa, a my jesteśmy… prawie gotowi.

Droga jest odpowiedzią
Od kilku edycji Tropiciela, jeden z punktów rajdu jest specyficzny. Zwykle trzeba go sobie samodzielnie wyznaczyć, na podstawie rozwiązania jakieś zagadki nawigacyjnej (np. podane azymuty i odległości, wykreślanie okręgów, których środkiem są punkty kontrolne i szukanie przecięć tychże okręgów itp. itd.) Tym razem jednak na mapie jest informacja, że punktu nie trzeba dodatkowo wyznaczać, ale jeden z punktów (nie wiadomo który) jest zaznaczony źle – tzn. nie znajduje się on tam, gdzie jest on zaznaczony na mapie. Trzeba przyjrzeć się mapie, zwrócić uwagę na wszelakie szczegóły bo „droga jest odpowiedzią”. Jak kochamy takie zagadki, ślęczymy nad mapą i totalnie nie mamy pojęcia co to może znaczyć. Owszem na mapie są pewne niestandardowe elementy: specjalnie zaznaczone bezpieczne przeprawy przez rzekę, ale jest ich kilka i odległość między pierwszą a ostatnią jest niemała. Niewiele nam to jednak daje pod kątem wyznaczenie dokładnej lokalizacji źle zaznaczonego punktu – nie wiemy także, który to punkt.
Postanawiamy zatem ruszyć w trasę na żywioł, może coś się wyklaruje po drodze – skoro droga ma być odpowiedzią.
Jak dany punkt będzie, gdzie ma być to go po prostu zbierzemy, a jak go tam nie będzie, to będziemy wiedzieć, że to właśnie ten był źle zaznaczony i wtedy będziemy się martwić.
Poniższe zdjęcie pochodzi z oficjalnej galerii Tropiciela i jest autorstwa: Mariusza Kieslicha. Pożyczamy je sobie na potrzeby realacji :)


"Welcome to my Apocalypse" (*)
Mięknia nocą… jesteśmy tutaj drugi raz, ale jako że mam całkiem niezłą pamięć do miejsc, od razu poznaję niektóre skrzyżowania czy fragmenty dróg. Chwilę po opuszczeniu granic miasteczka odbijamy w polną drogę i kierujemy się na północ, po nasz pierwszy punkt tej nocy. Błota jest tutaj zdecydowanie więcej niż w górach, musiało więcej padać… ale jedzie się nieźle. Dojeżdżamy do dużego ogniska, wydaje nam się że punkt ten jest o wiele za wcześnie niż wynikałoby to z mapy…. Kiedy podjedziemy bliżej okaże się, że to miejscowi zrobili sobie tutaj dzisiaj imprezę. Krzyczą do nas tylko „Dalej, dalej” Hahaha, ostro… zaszyć się w polach na popijawę, a tutaj 500 osób przez całą noc Im tędy przewali. Peszek :)
Chwilę później dojeżdżamy do właściwego punktu – jako, że udało nam się wyprzedzić kilka pieszych ekip, trafiamy na punkt gdy nie ma na nim prawie nikogo (żadnej kolejki, możemy zaatakować zadanie z biegu). Wjeżdżamy, a punkt ocieka demonicznością: ołtarz, posępna muzyka, świece i kapłan w szatach kapłana :D

„Czytujesz Bibilę?”
- Nieregularnie?
- Znam jeden fragment na pamięć... (*)


Po tym kultowym, iście filmowym początku, odczytany zostaje nam PO ŁACINIE fragment Apokalipsy Św Jana. Z łaciny znam jedynie "VEXILLA REGIS PRODEUNT INFERNI" (*), więc niewiele zrozumiałem z odczytanego tekstu, a tu pada zadanie „PRZETŁUMACZCIE”. Żebyśmy mieli jakąkolwiek szansę, po okolicznych krzakach ukryte są słoiki (SIC!) ze słowami po polsku – mają one nam pomóc w tłumaczeniu. Biegamy zatem „po gęstwinie” i szukamy słoików.
Chwilę później tłumaczymy tekst Apokalipsy. Pokrzepieni słowem o upadku świata, ruszamy dalej :)


Czekam NA RURZE… dobrze, że nie w grocie Nestle :)
Ciśniemy dalej przez noc. Na jednej z leśnych ścieżek odnajdujemy kartkę na drzewie z napisem „po nitce do kłębka” i linę... Jedziemy zatem za rozciągniętą liną. Docieramy do punktu obstawionego przez sekcję grotołazów. Zadanie jakie nas czeka sprawdzi nasze przygotowanie się na podstawie „przecieków”, jakie były udostępnione na stronie Tropiciela. Udostępniony został cały filmik o wyposażeniu alpinistycznym – nazwy tych elementów to jeszcze pamiętamy, ale nasze zadanie to dobrać co do czego pasuje.
Dobrze, że zajmujemy się szermierką, a nie asekuracją wspinaczkową bo wszystko dobraliśmy źle. A zatem kara!!! Jak Banda Drombo w Yattamanie (pasuje Wam że Japończycy zrobili na podstawie tej bajki film z aktorami – widziałem, srogo ryje psyche. Polecam).
Naszą karą są opony i rury, a dokładnie tor przeszkód z nich zbudowany. Niech zdjęcia wystarczą za słowa – cierpienia małego Szkodnika, ukaranego za braki wiedzy :)




Kolekcjoner lampionów

Dojeżdżamy na kolejny punkt. A tam kolejne zadanie sprawnościowe, ja wybieram spacer farmera i zapycham z walizkami po polu, a Szkodnik [mający słabość do Misia :D :D :D ] wybiera zadanie niedźwiedzie!! Kończy się to trzymanie wiadra wody na wyprostowanych rękach przed sobą, kiedy ja latam z ciężarami. Chwilę później mój wzrok przykuwa jednak zawartość stolika: leżą tam same produkty kolekcjonerskie. I to te najwyższej klasy!!
Jest i Mocarz, jest Klexodron i - muszę przyznać, że chłopaki zrobili mocny klimat. Kolekcjonował bym !!!

A tak serio: sam klimat tego punktu był niesamowity właśnie przez te białe pojemniki, ale w prawdziwym życiu to nie bierzcie tego gów***a.
Jak chcecie mocne doznania to zapraszam na jakieś dobre party w klimacie BDSM, tam przynajmniej macie słowo bezpieczeństwa (obiecuję je uszanować, najpóźniej godzinę po jego wypowiedzeniu) – w przypadku produktów kolekcjonerskich takiego słowa niestety nie ma. Wiem, że wpływ takich środków na ludzki organizm może być w jakimś stopniu fascynujący, bo „czy pewne formy zła nie mają w sobie jakiegoś dziwnego, perwersyjnego piękna?” (*)
Jeśli zatem kogoś ten temat interesuje to można poczytać o tym co ludzie przeżywają podczas mocnych tripów (czyli odjazdów) na tym oto forum.
Inny link, gdzie znajdziecie również odnośniki do opracowań naukowych w temacie, możecie znaleźć na głównym polskim forum dotyczącym dopalaczy. Poczytać można, dokształcić się warto, zażywać już nie.




„Czy to są krokiety?” czyli ostatni posiłek na Wzgórzu Szubienicznym
Teraz czeka na nas - jak w tytule – Wzgórze Szubieniczne. A tam zostaniemy poddani próbie odwagi. Należy włożyć rękę do dużego, zakrytego pudła i odszukać w nim klucze potrzebne do otworzenia leżących nieopodal skrzyń.
W pudle – zgodnie z instrukcjami otrzymanymi od Obsługi Punktu – czaić się może zło. Nie lękamy się jednak, bo wiecie jak to czasem bywa w życiu:

"Pnie się w górę ścieżką kamienistą
Wśród upiorów, widm, bezgłowych ciał,
Ale nie przeraża go to wszystko
Bo nie takie baki z domu znał." (*)


W pudełku nie jest zło, ale lód. Grzebię i grzebię… i nie mogę tych kluczy znaleźć. Finalnie jednak się udaje i chwilę później otwieramy skrzynię, a potem znajdującą się wewnątrz kolejną skrzynię i jeszcze jedną w tej drugiej. Taka przyskrzyniona incepcja :)
Jedna z ekip rowerowych, która także właśnie tu dotarła prosi nas o pożyczeniu skuwacza do łańcucha. Mamy takie narzędzie, więc kiedy Oni naprawiają swoje rowery, to mamy czas się posilić. Wyciągam moją wałówkę i słyszę głos Obsługi „Czy to są krokiety?” Oczywiście, że to są krokiety – napieramy od ponad 24h bez przerwy, do mety nadal daleko, to trzeba się wspomóc jakimś prawdziwym dopalaczem !!!
Szkoda tylko, że to mój ostatni posiłek… w znaczeniu ostatni krokiet. Dwa zjadłem na Rajdzie Liczyrzepy, jeden w drodze na Tropiciela i teraz został mi już ostatni. Widziałem aby kupić 8… wiedziałem. Obsługa jest trochę zaskoczona, że wożę krokiety w plecaku ale przecież coś muszę w nim wozić. Bez sensu wozić tak wielki plecak pusty, prawda?

Stara Piaskowania czyli niebezpiecznie blisko Rozlewiska Moczarki
Następny punkt jest w Starej Piaskowni. To tam był jeden z ukrytych punktów, na tym znamiennym Tropicielu, na którym niczym Artax (ten koń z „Niekończącej się opowieści”) tonęliśmy w Bagnach Rozpaczy. Piaskownia jest naprawdę rzut beretem od Rozlewiska Moczarki… wystarczy wyjść z niej ścieżką przez pole w stronę starej przepompowni i już można nieopatrznie wejść w straszliwą pułapkę, zostawioną przez moczary. Trzymamy się zatem głównej drogi przez łąkę i ani myślimy skracać sobie przez łąkę (to nie jest łąka!!!). Piaskownia robi niesamowite wrażenie, a my zjeżdżamy piaszczystą drogą na sam dół.


Tam czeka nas zadanie sprawnościowe czyli poranny fitness. Losujemy minutę napierania pajacyków. W sumie to dobrze, jest nad ranem, czyli najzimniej, wilgotność jest duża – jak się trochę poruszamy to się zagrzejemy. Lecimy zatem z pajacykami i chwilę późnień wyjeżdżamy na kolejny punkt – najbliżej byłoby skrócić sobie przez łąkę. NIE !!!! Mówiłem już, to nie jest łąka. Nie ma takiej opcji, objazd na około to całkiem niezły wariant. Zostawiamy za sobą „zakazane obszary” i lecimy dalej… kolejny punkt zdobyty, ale nadal nie mamy pomysłu ani który z pozostałych punktów jest zły, ani gdzie tak naprawdę się on znajduje. Tymczasem świta nad pewnym Rozlewiskiem.
Tak niewinnie wygląda teraz to miejsce. Niemal przyjaźnie… taki dolnośląski, złowieszczy Żleb Dergde’a


Jak to miło móc w tułowiu, umieścić komuś funt ołowiu :)
Kolejne zadanie to ASG – klasyk Tropiciela. Dojeżdżamy do punkty i chwytamy za broń. Jeden z wojskowych zachwyca się moim plecakiem. Pyta czy to kultowy Osprey Escapist. Ha, wiedziałem że armia doceni to co dobre. Potwierdzam, że jest to kultowy model i to co on już przeżył, to ciężko opisać.
Nie ma jednak dużo czasu na pogawędki. Chwytam za karabin i wchodzę w korytarze (zrobione strech'em), gdzie eliminuję kolejnych przeciwników. Gdy padnie pytanie "ubiłeś na pewno wszystkich?", poślę jeszcze jedną serię do celu, którego nie byłem pewien. Okazało się, że rozwalam go drugi raz. Nie można być jednak zbyt pewnym, prawda? :)    

„Rzu Ć-MA gazynek” … czyli "Kapitan Hak 3: Klątwa zza grobu"
Pamiętacie tą scenę z „Drużyny A” – serialu, który oglądało się za młodego na TV Krater (Polonia 1 była później, najpierw był Krater – swoją drogą, co kierowało człowiekiem, który wybrał taką nazwę?) Wracając do tematu: B.A. bał się latać, więc Go zahipnotyzowali. Miał zapadać w sen po usłyszeniu odpowiedniej komendy. Wybrano słowo „ćma”, bo przecież tego słowa prawie nigdy się nie używa. Podczas pierwszej strzelaniny, ktoś do Niego krzyknął: „RZU-ĆMA-GAZYNEK”. Można się domyśleć co się dalej stało :)
Jedno z naszych zadań także związane jest z magazynkami. Wpadamy na małą polanę w środku lasu, tuż obok Grobu Nieznanego Żołnierza a tam całkiem sporo ludzi w mundurach. Prowadzą nas do dość dużej wystawy broni, wskazują jeden z karabinów, a my musimy dobrać do niego magazynek.
Dobrze, że wybraliśmy grupę „łatwe” bo niektóre sprzęty to widzę pierwszy raz w życiu O_o
Chwilę później, gdy ciśniemy przez gęsty las atakuje nas Kapitan Hak. Po raz trzeci w tym roku Szkodnik niszczy hak przerzutki – tym razem nie urwał go całkowicie, jak poprzednimi razy, ale mocno wygiął. Masakra. Mamy zapasowy hak w naszych plecakach, ale udaje się ten stary naprostować. Będzie do wymiany bo widać po nim, że jest mocno nadwyrężony ale przynajmniej nie tracimy czasu na serwis w trasie. Wymienimy go już w domu wraz z tą cholerną przerzutką. Kiedyś jakiś konar mocno rozgiął jej wózek i teraz czasem łańcuch spada z kółeczka – jeśli wtedy naciśnie się mocniej na pedały, na haku powstaje moment gnący – łańcuch nie idzie do przodu, ale ciągnięty jest w bok. To już 3-cia taka akcja i 3-ci hak… trzeba tą przerzutkę w końcu wywalić, mimo że nie jest bardzo stara. Doginałem ją już z 5 razy, ale wózek przy mocnym obciążeniu ma tendencje do gięcia się się w stronę, w którą wykrzywił go konar i wtedy łańcuch spada z kółeczka. A wtedy jak tego natychmiast nie zauważysz, to jeden obrót pedałami i haka nie ma.
Do końca rajdu jednak wytrzyma – pęknie dopiero pod domem. Szkolony :)


J jak JAK ŻYĆ… albo raczej jak JA PIE****
Wszystkie punkty, które odwiedziliśmy do tej pory stały tam, gdzie były zaznaczone na mapie. Zostały nam dwa ostatnie. Oznacza to, że to jeden z nich będzie tym błędnie zaznaczonym. Drogą eliminacji przyjmujemy, że będzie to pkt J, ponieważ to właśnie przy nim znajdują się te dodatkowo zaznaczone, bezpieczne przeprawy przez rzekę. Nadal jednak nie daje nam to żadnych wskazówek gdzie ten punkt może się znajdować. Rozsiadamy się na jakieś wiacie przystankowej i kminimy co z tym punktem. Mija ze 20 minut, a mi głowa paruje – o co może chodzić. Droga jest odpowiedzią – dróg tu sporo, jest też wał, ale mega długi – przecież nie będziemy go całego jechać na ślepo bo to (chyba?) bez sensu.
Nie mam pojęcia co robić… jak żyć.
Z oddali idzie jedna z ekip z trasy pieszej, nawiązujemy rozmowę. Mówią nam gdzie ten punkt się znajduje – Im także ktoś go wskazał. Wszyscy są zdania, że ta zagadka niestety Tropicielowi się nie do końca udała – z mapy nie dało się wyczytać poprawnego położenia punktu J.
Co więcej, nie do końca jasna była także instrukcja, bo na przykład ja mając napisane że punkt J NIE JEST tam gdzie go zaznaczono, uważałem za bezcelowe jechać w tamto miejsce. Basia chciała – w ostateczności, gdybyś na nic innego nie wpadli - tam pojechać, "bo może będzie tam jakaś wskazówka". Ekipa z pieszej poinformowała nas, że była tam Obsługa Punktu, która przyznawała się, że są punktem fałszywym (udzielali także wskazówek, gdzie jest punkt prawdziwy).
Ja jakoś intuicyjnie wyszedłem z założenia, że skoro J ma być gdzieś indziej, to w miejscu gdzie jest zaznaczony na mapie, nie będzie niczego. Dopuszczałem nawet opcję, że niekoniecznie będzie on w okolicy fałszywego punktu, ale na przykład w zupełnie innym miejscu mapy. Gdy rozmawialiśmy w bazie z różnymi ekipami, właściwie wszyscy mówili nam że ten punkt nie Organizatorom nie wyszedł i nie dało się, tylko na podstawie danych na mapie go znaleźć.
Nie wpływa to jednak na mój odbiór rajdu. Wszystkie poprzednie zagadki i ukryte punkty na Tropicielu były super, zadania są zawsze rewelacyjne, organizacja stoi na najwyższym poziomie, zwłaszcza że mają tylu uczestników. Traktuję ten punkt J jako pomysł który nie do końca wypalił organizacyjnie, bo sam w sobie (że jeden punkt jest źle oznaczony) – to była ekstra idea!!.
Jedziemy za wskazówkami naszych Towarzyszy i udaje nam się zleźć zaginiony punkt. Cieszy nas on mniej niż inne, bo to nie jest nasza zasługa. Gdyby nie informacje od piechurów, to najpewniej nie odnaleźlibyśmy tego punktu wcale.
Z drugiej strony, czasem element szczęścia w życiu, bywa kluczowy. Tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło, że Ich spotkaliśmy.

Pompki są dobre na wszystko
Lecimy na nasz ostatni punkt. Jesteśmy już wykończeni i trochę rozbici po punkcie „J”. Zarwana noc z piątku na sobotę (dojazd na Liczyrzepę), 80 km i 2200 przewyższeń na sobotnim rajdzie, zarwana noc na Tropicielu… sleepmonster nas masakruje. Oczy same się zamykają. Jedziemy szeroką szutrową drogą przez las, ale mam wrażenie że poruszam się jak we śnie… walczę aby nie zasnąć. Przegrywam. Budzi mnie uderzenie w drzewo… Takie karłowate, przydrożne drzewo, ale mimo wszystko wjechanie w nie trochę boli… Zasnąłem i zjechałem z drogi… Sponiewierało mnie trochę, ale sleepmonster nadal trzyma. Widocznie za mało mnie sponiewierało… Dojeżdżamy na ostatni punkt. Tutaj dostajemy wybór: albo zagadka kryminalna do rozwiązania albo 50 pompek na drużynę.
Wybór jest oczywisty, choćbyśmy byli w pełni sił na umyśle, wyspani i wypoczęci to pompek przecież nie odmówimy.
Obsługa zwraca się do Basi „Pani może przysiady zamiast pompek”. No, proszę Cię!!! Ona jest z Aramisa !!!
Padamy na glebę i lecimy: Basia trzaska 20, ja 30. Punkt zaliczony. Trochę szkoda zagadki, bo mogła być ciekawa, ale przecież nie dali nam właściwie, żadnego sensownego wyboru. Równie dobrze mogli zapytać: „chcesz ciastko, czy nie”. :D :D :D
Po trzaśnięciu pompeczek sleepmonster znika – wiedziałem, że pompki to lekarstwo na wszystko!!!
Mamy komplet punktów i niecałe pół godziny aby dojechać do mety. To już formalność. Po raz kolejny udaje nam się zdobyć miano Tropiciela (zaliczenie wszystkich punktów w limicie czasu).

Jesteśmy przeszczęśliwi, że udało się złapać oba rajdy i do tego ukończyć je z takim wynikiem. W bazie spotykamy Kamilę, Filipa, Lenona i Krzyśka, którzy atakowali trasę pieszą i którym też udało się zdobyć miano Tropiciela. Chwilę późnień wpadamy również na Mateusza, z którym nie zdołaliśmy porozmawiać przed naszym startem. Jest teraz czas wspólnie trochę odpocząć i przespać się na sali. Do domu wyruszymy dopiero koło południa. To był dobrze spędzony weekend, acz jesteśmy trochę sponiewierani i wybatożeni przez los :)

P.S. Trasa 60 km, my zrobiliśmy prawie 80... a wszystko przez strach. Jeden z zawodników nastraszył nas, że jedna z łąk to woda, koleiny, dziury i totalna nieprzejezdność. Pojechaliśmy zatem mocno na około i potem okazało się, że tej łąki było 300 m... czasem ciśniemy przez krzaki kilometrami, a tutaj strach, lęk, panika. Chyba zadziałała na nas klątwa ROZLEWISKA MOCZARKI :D

Cytaty:
1) Komiks "Batman: Venom". Jeden z prologów opowieści "Knightfall", opowiadający o narkotyku VENOM. 
2) Utwór "Welcome to my Apocalypse". Kolejna gratka dla nerdów, bo piosenka to ukłon dla kultowej gry FALLOUT. Właściwie każdy wers jest jakimś smaczkiem lub nawiązaniem.
3) Kultowa scena z filmu "Pulp Fiction"
4) Łac. "Nadciągają sztandary Króla Piekieł" - fragment "Boskiej Komedii" Dantego. Oczywiście część dotycząca Piekła.
5) Komiks Batman, jeden z odcinków "Knightsquest" będącego kontynuacją serii
6) Jacek Kaczmarski "Głupi Jasio"


Kategoria Rajd, SFA


komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa sczyc
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]