Wpisy archiwalne w miesiącu
Październik, 2025
| Dystans całkowity: | 237.00 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | b.d. |
| Średnia prędkość: | b.d. |
| Liczba aktywności: | 3 |
| Średnio na aktywność: | 79.00 km |
| Więcej statystyk | |
LESISTA droga na DZIKOWIEC i SZPICZAK
-
DST
55.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 19 października 2025 | dodano: 08.11.2025
Po Jaszczurze (i Sowie, pu-hu, pu-hu, pu-hu !!!) i krótkim noclegu w aucie ruszamy w Góry Kamienne. Góry, które mają szczególne miejsce wśród panteonie moich ukochanych pagórów. Albowiem... "Znam, góry z kamienia, które będą wiecznie trwać" (parafraza TEGO).
W planie mamy Dzikowiec, Lesista Wielka oraz Szpiczak i trawers Waligóry aż do kultowej Andrzejówki.
Dzikowiec bo jest tam nowa wieża - góra zatem zresetowana i trzeba ją ponownie zaliczyć.
Lesista Wielka, bo będzie po drodze, a Szpiczak... bo to Szpiczak! Wieża i podejście z cyklu "każdy umiera w samotności" - adekwatnie do nazwy SZPICZAK !!!
A na Dzikowiec pójdziemy niebieskim szlakiem... i to będzie chyba błąd. Błąd, który kocham popełniać wciąż i wciąż... ten, którego nie da się żałować. Popatrzcie sami!
W planie mamy Dzikowiec, Lesista Wielka oraz Szpiczak i trawers Waligóry aż do kultowej Andrzejówki.
Dzikowiec bo jest tam nowa wieża - góra zatem zresetowana i trzeba ją ponownie zaliczyć.
Lesista Wielka, bo będzie po drodze, a Szpiczak... bo to Szpiczak! Wieża i podejście z cyklu "każdy umiera w samotności" - adekwatnie do nazwy SZPICZAK !!!
A na Dzikowiec pójdziemy niebieskim szlakiem... i to będzie chyba błąd. Błąd, który kocham popełniać wciąż i wciąż... ten, którego nie da się żałować. Popatrzcie sami!
Zaczynamy podejście na Dzikowiec

"Look at her. That's my Wife, godammit !!!" (parafraz TEGO)

Jest srogo!!

SROGIEJ :D

SROGOWATO :D

Szkodnik klnie pod nosem, przyrzeka mi śmierć w piekle żywcem obdartych ze skóry... ale CIŚNIE, nadal CIŚNIE !!!

Na razie wolę nie pytać czy szlak się podoba... nie ryzykujmy...

Przed nami wieża... tak tą drogą można było tu wyjechać... owszem stromo, ale jednak droga. No ale niebieski... :)

Gość na nielegalu (zakaz wjazdu na rowerze), ale wygląda to extra

Widoczki zacne

Bajkowo

ZNAM GÓRY Z KAMIENIA - porównajcie zdjęcia z linka :D :D :D

Pięknie !!!

Dzida z Dzikowca :D

I znowu pod górę...

Pieniny? Kamienne Pieniny!? WYPASSS OSOM !!!

Szosa na LESISTĄ WIELKĄ

Autostrada na Lesistą!

Jest i ta że :D

Niegdyś opuszczone Sokołowsko

Jeździć, obserwować! CUDOWNE !!!

Szpiczak - jak ktoś chce zobaczyć jak wygląda podejście to TUTAJ

Panoramka

Szpiczakowa huśtawka

Jak ja kocham te szczyt

Kultowe miejsce... niedziela, październik późny wieczór. Kameralnie a naleśniki mega zacne :D

Wracamy do auta bo jeszcze dziś (znaczy w nocy z niedzieli na poniedziałek) trzeba do Krakowa wrócić

Żegnamy Góry Kamienne. Takie weekendy uwielbiamy - no sleep as there is no rest for the wicked :D

Kategoria SFA, Wycieczka
JASZCZUR... i sowa
-
DST
62.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 18 października 2025 | dodano: 08.11.2025
Jaszczurek Sowiogórek... czyli Jaszczur w Górach Sowich. Ta wiadomość nas zelektryzowała, naprawdę dawno nie byliśmy w Górach Sowich. Jakoś tak ostatnie lata to Karkonosze, Izery, Rudawy czy nawet Kaczawy jeśli chodzi o Dolny Śląsk... ale nie Sowie. Nawet gdy ostatnio byliśmy w Górach Kamiennych (jak ja je kocham... 3 Kamienne Korony to jest bajka!) to także o Sowie wtedy nie zahaczyliśmy.
Tym bardziej zatem mocno nastawiamy się na dzień (i noc...) pełną wrażeń. Specyficznych wrażeń, BDSM wjedzie na pełnej - to Jaszczur... to gryzie, drapie, kopie i pluje... kwasem... stężonym. Lubi także nieraz wytarzać w błocie i przeczołgać pod wiatrołomami, a wszystko to z klamrami zaciśniętymi na sutach i z jajami w imadle. Tak tu jest, nie kłamię.
Czekamy na rajd i zaklinamy pogodę: "aby tylko było ładnie, aby tylko było ładnie" - wiecie jak jest, cytując klasyka "żal umierać w taki deszcz".
Ciężko powiedzieć czy uda się nam tym razem z chwilowym stanem klimatu na danym obszarze (czyli pogodą) bo Jaszczury na Dolnym Śląsku, zwłaszcza te październikowe to potrafią dowalić do pieca, sponiewierać i upodlić. Wracając myślą do poprzednich edycji to mogę powiedzieć, że gdy po Ciemnej Stronie Gór było jeszcze w miarę do życia, chociaż wieczorem mgła była tak gęsta, że widoczność spadła do około dwóch metrów... total whiteout i szukaj kartek na drzewach... białych kartek... no to Ścieżka Muflona to był istny hardcore - do dziś wspominamy to jako jeden z najtrudniejszych rajdów ever (36 km w 16 godzin). Stacja pogodowa "Śnieżnik" w trybie bojowym napierda... jak dzika kuna w agreście.
Zastanawiamy się zatem czym - tym razem - przywita nas Dolny Śląsk. A potrafi przywitać, oj potrafi przywitać - nie tylko w październiku... dobrze pamiętam także TO ("Take your best shoot", acz to akurat była Rudawska Wyrypa).
Tym bardziej zatem mocno nastawiamy się na dzień (i noc...) pełną wrażeń. Specyficznych wrażeń, BDSM wjedzie na pełnej - to Jaszczur... to gryzie, drapie, kopie i pluje... kwasem... stężonym. Lubi także nieraz wytarzać w błocie i przeczołgać pod wiatrołomami, a wszystko to z klamrami zaciśniętymi na sutach i z jajami w imadle. Tak tu jest, nie kłamię.
Czekamy na rajd i zaklinamy pogodę: "aby tylko było ładnie, aby tylko było ładnie" - wiecie jak jest, cytując klasyka "żal umierać w taki deszcz".
Ciężko powiedzieć czy uda się nam tym razem z chwilowym stanem klimatu na danym obszarze (czyli pogodą) bo Jaszczury na Dolnym Śląsku, zwłaszcza te październikowe to potrafią dowalić do pieca, sponiewierać i upodlić. Wracając myślą do poprzednich edycji to mogę powiedzieć, że gdy po Ciemnej Stronie Gór było jeszcze w miarę do życia, chociaż wieczorem mgła była tak gęsta, że widoczność spadła do około dwóch metrów... total whiteout i szukaj kartek na drzewach... białych kartek... no to Ścieżka Muflona to był istny hardcore - do dziś wspominamy to jako jeden z najtrudniejszych rajdów ever (36 km w 16 godzin). Stacja pogodowa "Śnieżnik" w trybie bojowym napierda... jak dzika kuna w agreście.
Zastanawiamy się zatem czym - tym razem - przywita nas Dolny Śląsk. A potrafi przywitać, oj potrafi przywitać - nie tylko w październiku... dobrze pamiętam także TO ("Take your best shoot", acz to akurat była Rudawska Wyrypa).
No dobrze, ale dość już tych wstępów do wstępu, pierwszego rozdziału, pierwszego tomu... przejdźmy do konkretów. Tym razem planujemy spędzić cały weekend w siodle. Limit czasu na Jaszczurze zawsze zahacza mocno o noc, więc zwykle wracamy do bazy o pierwszej, czy drugiej w nocy... zdarzyło się też po 3:00, a czasem już prawie świtało, więc na bogato. Niedziela ma być piękna, więc nastawiamy się na:
- jazdę do późna w sobotę tzn. w nocy z soboty na niedzielę, krótki nocleg w aucie i...
- uderzenie albo w drugą część Gór Sowich albo w Góry Kamienne
Nasze ukochane... tzn. moje, bo Basia nie zawsze jest ich fanem, Góry Kamienne... pionowe ściany oraz przepaście!
Budzik dzwoni o 4:00 rano, a kilka minut po 5:00 wyruszamy w drogę. Malo znowu organizuje NnN czyli Niemaraton na Nieorientację... spodobało Mu się to z czasów pandemii, gdzie rajdy były organizowane lekko po partyzancku. Znowu zatem nie będzie cywilizowanej bazy w cywilizowanym miejscu. Dostaliśmy tylko instrukcję (niejawną - a jakże by inaczej...) jak dotrzeć do miejsca, które będzie pełniło rolę takowej. To nie jest jednak dokładna instrukcja. Znamy wysokość and poziomem morza tego miejsca, znamy profil wysokościowy całej trasy... no i wiemy, że Góry Sowie, a teraz radźcie sobie. Obstawiamy, że za bazę robić będą okolice Przełęczy Woliborskiej.
Mógłby ktoś zapytać: no a co jeśli się mylisz i pojedziesz nie tam gdzie trzeba. Hmmmm, no cóż, Malo zapłacze nad twoim losem... lub nie. W sumie nie liczyłbym na to. Po prostu będzie w dupie. Tylko tyle i aż tyle :D
Wracając... gdy wjeżdżamy do Bielawy, zgodnie z instrukcją, robimy sobie zdjęcie potwierdzające, że przybyliśmy w okolice Gór Sowich, a potem czekamy na dalszą część instrukcji. Sygnał SMS'a i jest! Mini mapa - HA! Tak, Przełęcz Woliborską oraz zaznaczony sposób dojścia z niej na jedną z gór, bez szlaku. Średniak. Baza to zatem taki Średniak, bez spa... no chyba że błotne, bez śniadania, chyba że coś upolujecie sobie...
Przynajmniej nie pada i ponoć ma tak już dzisiaj zostać. Trzeba doceniać te małe uśmiechy losu... mogło napierda**ć deszczem jak drony w ruskie rafinerie.
(nota bene, chciałbym nominować Budanowa do eco nagrody Nobla za redukcję przetwarzania paliw kopalny w Federacji o jakieś 20% i czekam na rozbiórkę tej samowoli budowlanej na Morzu Azowskim)
Czuć jednak, że przez cały zeszły tydzień przechodziły ulewy... wszędzie jest błoto, błoto, błoto. Można zaśpiewać "Zapachniało powiewem jesieni...", ale powiem Wam, że bardziej adekwatny to będzie utwór z relacji z Kiwona "JESIEŃ NADCHODZI, nieziemska słota, jesień nadchodzi, z nią tony błota!" ... ale z drugiej strony jest przepięknie. Cześć drzew jest w kolorze złota, inne karmazynowe, jeszcze inne w barwach zachodzącego słońca. Jesień w górach to coś pięknego.
Naprawdę pięknego. Nie od dziś wiem, że "jesienią góry, są najszczersze, żurawim kluczem otwierają drzwi, jesienią smutne piszę wiersze, smutne piosenki śpiewam Ci...".
Inna sprawa, że sama nazwy imprezy przynosi mi na myśl skojarzenia z aferą podsłuchową - Jaszczur i Sowa czyli w sumie można powiedzieć, że... SOWA I PRZYJACIELE :D
Interpretacja AI w tym temacie jest doskonała :D
- jazdę do późna w sobotę tzn. w nocy z soboty na niedzielę, krótki nocleg w aucie i...
- uderzenie albo w drugą część Gór Sowich albo w Góry Kamienne
Nasze ukochane... tzn. moje, bo Basia nie zawsze jest ich fanem, Góry Kamienne... pionowe ściany oraz przepaście!
Budzik dzwoni o 4:00 rano, a kilka minut po 5:00 wyruszamy w drogę. Malo znowu organizuje NnN czyli Niemaraton na Nieorientację... spodobało Mu się to z czasów pandemii, gdzie rajdy były organizowane lekko po partyzancku. Znowu zatem nie będzie cywilizowanej bazy w cywilizowanym miejscu. Dostaliśmy tylko instrukcję (niejawną - a jakże by inaczej...) jak dotrzeć do miejsca, które będzie pełniło rolę takowej. To nie jest jednak dokładna instrukcja. Znamy wysokość and poziomem morza tego miejsca, znamy profil wysokościowy całej trasy... no i wiemy, że Góry Sowie, a teraz radźcie sobie. Obstawiamy, że za bazę robić będą okolice Przełęczy Woliborskiej.
Mógłby ktoś zapytać: no a co jeśli się mylisz i pojedziesz nie tam gdzie trzeba. Hmmmm, no cóż, Malo zapłacze nad twoim losem... lub nie. W sumie nie liczyłbym na to. Po prostu będzie w dupie. Tylko tyle i aż tyle :D
Wracając... gdy wjeżdżamy do Bielawy, zgodnie z instrukcją, robimy sobie zdjęcie potwierdzające, że przybyliśmy w okolice Gór Sowich, a potem czekamy na dalszą część instrukcji. Sygnał SMS'a i jest! Mini mapa - HA! Tak, Przełęcz Woliborską oraz zaznaczony sposób dojścia z niej na jedną z gór, bez szlaku. Średniak. Baza to zatem taki Średniak, bez spa... no chyba że błotne, bez śniadania, chyba że coś upolujecie sobie...
Przynajmniej nie pada i ponoć ma tak już dzisiaj zostać. Trzeba doceniać te małe uśmiechy losu... mogło napierda**ć deszczem jak drony w ruskie rafinerie.
(nota bene, chciałbym nominować Budanowa do eco nagrody Nobla za redukcję przetwarzania paliw kopalny w Federacji o jakieś 20% i czekam na rozbiórkę tej samowoli budowlanej na Morzu Azowskim)
Czuć jednak, że przez cały zeszły tydzień przechodziły ulewy... wszędzie jest błoto, błoto, błoto. Można zaśpiewać "Zapachniało powiewem jesieni...", ale powiem Wam, że bardziej adekwatny to będzie utwór z relacji z Kiwona "JESIEŃ NADCHODZI, nieziemska słota, jesień nadchodzi, z nią tony błota!" ... ale z drugiej strony jest przepięknie. Cześć drzew jest w kolorze złota, inne karmazynowe, jeszcze inne w barwach zachodzącego słońca. Jesień w górach to coś pięknego.
Naprawdę pięknego. Nie od dziś wiem, że "jesienią góry, są najszczersze, żurawim kluczem otwierają drzwi, jesienią smutne piszę wiersze, smutne piosenki śpiewam Ci...".
Inna sprawa, że sama nazwy imprezy przynosi mi na myśl skojarzenia z aferą podsłuchową - Jaszczur i Sowa czyli w sumie można powiedzieć, że... SOWA I PRZYJACIELE :D
Interpretacja AI w tym temacie jest doskonała :D
SOWA I PRZYJACIELE :D

W drodze do bazy

Nadal w drodze do bazy :)

Dzisiejsza mapa chociaż niedzisiejsza bo aktualność to jak dobrze pamiętam lata 70-te.

"Obudziłem się w ogórkach, wszędzie wojska od cholery..." (całość TUTAJ)
Temperatura jest jaszczurowata - podgryza w poślad, łapki i policzki. Jest koło 2-3 stopni, więc jak stoimy w środku lasu, przed czymś co miało być namiotem... a jest raczej pałatką? plandeką? rozpiętą między drzewami, to nam trochę zimno.
Nie chcemy jednak opatulać się w kolejne warstwy z plecaka, bo zaraz będzie pchanie roweru po błocie pod górę i zrobi się ciepło...
Po krótkiej odprawie dostajemy mapy i możemy ruszać. Mapy... tak, mapy to osobny temat. Na Jaszczurze mapy zawsze są trudne, ale dzisiaj - mimo że są podobnej klasy jak na innych edycjach - są dla nas jakoś mniej czytelne. Dłuższą chwilę nam zajmie zatem "wstrzelenie" się w nie i to nawet nie dlatego, nie możemy złapać "fix'a" (urządzenia GPS łapią tzw. "fix" gdy ustalają swoje położenie), ale dlatego, że wszystko nam się na nich zlewa. Ciężko przychodzi nam rozróżnić, czy na mapie linia to jest ścieżka, poziomica, czy granica czegoś... nie wiem jak innym uczestnikom, ale bardzo ciężko było nam "wejść" w nawigację na tym podkładzie. Dobrze, że się finalnie udało, ale to była walka.
W rogu mapy Malo umieścił napis "Only attracted to things which bring you trauma". Grubo... będzie srogo. Od razu wspomnieniem sięgam, że jak był napis tego typu na Białych Dolinach to było srogo.
Aby odnaleźć pierwszy punkt kontrolny musimy znaleźć resztki, pozostałości... jakieś ścieżki leśnej, przecinki. Jak głębiej w lesie, jest ona nawet jakoś tam zarysowana między drzewami, to trafić w nią z leśnej drogi głównej (czytaj: szutrowo-błotnistej stokówki idąc wzdłuż masywu), to jest wyczyn. Skrzyżowanie po prostu nie istnieje, trzeba wejść w krzaki, zejść po stromej skarpie i OOOOOOO!! jest dawna droga. No zapowiada się grubo z nawigacją dzisiaj... przy takiej klasie mapy, przy takiej jej aktualności, dokładając do tego teren górski... może być zabawa.
W drodze na nasz drugi punkt kontrolny czeka nas prawdziwy "nostalgia trip", bo przebijamy się do czerwonego szlaku - tak, Głównego Sudeckiego. Weekend majowy 2013, jedna z naszych pierwszy rowerowych wypraw w Góry Sowie... Ze Srebrnej Góry czerwonym szlakiem na Wielką Sową. I pierwszy ever wpis na blogu... 12 lat temu! Tak, wiem silnik jest przestarzały, blog mi umiera bo coraz mniej wpisów... wiem, wiem. Co gorsza, trochę nie mam serca czegoś z tym zrobić... Ale i tak... 12 lat temu, pierwszy wpis.
Super tu ponownie trafić, zwłaszcza że znane nam (czyli oswojone) wiatrołomy nadal leżą tak jak leżały :D
Chwilę później, nostalgia ustępuje jednak lekkiemu zaskoczeniu bo mija nas grupa z bronią. Niemała grupa z niemałą ilością broni.
Dobrze, że to "nasze" zielone ludziki, a nie... te co można kupić/wynająć w każdym sklepie z zielonymi ludzikami. Wygląda na to, że wpakowaliśmy się w środek jakiś ćwiczeń WOT'u. I to są naprawdę spore manewry bo grup żołnierzy jest kilka i będziemy je mijać na całej długości szlaku w kierunku na Kalenicę. Na lokalnych pagórach, czyli "kalenickich" przedwierzchołkach będziemy także spotykać czekających na te grupy instruktorów... najpewniej z jakiś przejebanym zadaniem, a nie ciepłym słowem i herbatką. Ta instytucja tak działa, wiem coś o tym - pozdrowienia dla dowódcy naszego plutonu z CSSP. Na skrzyżowaniu szlaków, na przełęczy, żołnierze mają punkt zborny i powiem Wam, że to robi wrażenie. Nie wszystkie grupy tutaj jeszcze doszły, bo kilka z nich wyprzedziliśmy na zjeździe, a mimo to stacjonuje tutaj (w miejscu tymczasowej dyslokacji - musiałem, musiałem!) ponad 50 osób w mundurach i Berylami. Robi to wrażenie.
Mijamy wojskowych i kierujemy się w kierunku...
Ruszamy w drogę

Zaczyna się...

No i się zaczęło...

Jest pięknie pod kątem kolorów

Nostalgia trip - czerwony sudecki

"Push, push, push, Just a little, Push, push, push, A little further. Push, push, push
Just a little bit, Push, push, push. A little bit more..." (starocie, naprawdę starocie)

WIELKIEJ SKAŁY
W sumie, to mogłoby być pięknie... kolory liści niczym bajka. Żółto, czerwono - po prostu magia.
Nic tylko zaśpiewać chyba moją ulubioną piosenkę o jesieni w górach.
"Przyszła do mnie od Podola,
zamieszkała w zżółkłym lesie
przegoniła wiatr po polach
spadła deszczem na mnie jesień..."
i ten refren
"Ja Was kocham moje góry,
a że miłość nie zrdzewieje,
to gdy Pan mnie wezwie w chmury
powiem Mu, że wolę w knieje...".
Dokładnie tak, "...powiem Mu, że wolę w knieje".
Czemu zatem piszę, że mogłoby być a nie jest... no tak naprawdę, to jest... ale tryb przypuszczający wynika z tego, że w normalnych okolicznościach to byśmy podziwiali te widoki i kolor z jakieś fajnej drogi, ciekawego szlaku... a tymczasem... przedzieramy się przez nie na rympał. Po prostu na rympał: po jakieś pionowej ścianie, przez krzory, bez ścieżki i czasem na czworakach.
Kolejny lampion jest bowiem na szczycie wielkiej skały. Nie wiemy jeszcze, że moglibyśmy do niej dojść od góry, ze szlaku wiodącego na Kalenicę. Tego dowiemy się później, gdy już zdobędziemy tą skałę tzw. "brute forcem". Na ten moment idziemy od dołu, wspinając się po niezłym pionie i przedzierając się przez chaszcz. Czasem zastanawiam się co my robimy ze swoim życiem... za jakaś kartką na drzewie... włazimy na wielką, śliską skałę, z której będzie ciężko zejść. To jest inny stan umysłu, to są "odmienne stany świadomości", tego się nie da wytłumaczyć. Potem ktoś pyta po co to robisz, Ty odpowiadasz, że to nie jest zwykła kartka na drzewie... On mówi, że nie rozumie, Ty odpowiadasz że to nie jest obowiązkowe, On się obraża... a Ty idziesz na kolejną skałkę, po kolejną kartę na drzewie... której nawet stamtąd nie zabierasz! A więc twój stan posiadania się nie zwiększa, a mimo to twierdzisz, że ją zdobyłeś...Ja naprawdę czasem nie ogarniam tego bez piguł... Jimmy, dawaj piguły!
"...zamieszkała w zżółkłym lesie..."

Teraz trzeba tam wleźć...

Atak szczytowy

Za kartką na drzewie - przynajmniej widoki ładne :)

"... powiem Mu, ja wolę w knieje"

Magic!

WIELKA SOWA... w pohukiw....eee... w poszukiwaniu punktów kontrolnych
Zostawiamy za sobą wojsko i wielką skałę. Nadal trzymamy się czerwonego - głównego sudeckiego, chociaż niektóre z punktów kontrolnych "wyrzucą" nas poza ten szlak. Przejdziemy przez Kalenicę oraz kilka innych fajnych miejsc. Ze dwa razy nie trafimy także w punkt przy pierwszej próbie i będzie wymagana drobna korekta, ale nic spektakularnego - bez tragedii. Finalnie, zebrawszy z mapy co było "pod" tymże pagórem, zaczynamy wspinać się na Wielką Sową. Cel - wieża widokowa. Tu będzie trochę ludzi, w końcu mamy piękny pogodowo weekend... no ale jak większość dochodzi tu szlakiem, to tylko nieliczni wyłaniają się z krzaków... budząc pewne zainteresowanie. Niektórzy z tych wyłaniających się trzymają jakieś dziwne, kolorowe mapy w rękach i liczą schody na wieżę, nawet po dwa razy aby upewnić się, że się nie jeb***, to znaczy: nie zrobili błędu... jebn*li to się już dawno, w głowę, mocno... skoro takie rzeczy robią.
Policzywszy "schodziszcze" zjeźdżamy różnymi dziwnymi, błotnistymi ścieżkami do wielkiej, ale mocno zarośniętej łąki, poprzecinanej potokami. I znowu się zaczyna, odmierzanie, liczenie strumieni, przedzieranie się przez mokradła (tak, łąka jest podmokła... w końcu jest poprzecinana strumieniami, tak?). Za kolejną kartą na drzewie. Szukamy jej chyba ze 20 min wędrując wzdłuż potoku... można by rzecz, w górę rzeki, ale nie, jest to w dół... do tego jest to nie ta rzeka, co potrzeba, więc wędrujemy najpierw w dół, a potem w górę, aby wrócić... chwilę później idziemy już w dół innego cieku wodnego. A gdy już punkt znajdziemy, to do następnego prowadzi coś co kiedyś było przecinką leśną. Wiatrołomy, wichrowały, drzewozwały... k****a, ja zawsze się zastanawiam, po co Malo tu lezie. To znaczy wiem, lezie rozwiesić tu lampion, ale na cholerę szedł tutaj przed rozwieszaniem lampionów. Co go tu pchnęło na eksploracji i planowaniu trasy...
Niemniej udało się - mamy to. Kolejna karta na drzewie w naszej kolekcji, możemy być z siebie dumni. Zacne nawigatory z nas!
Zjeżdżamy do doliny, czyli w pewnym sensie - do zera... trzeba będzie potem podchodzić utraconą wysokość, ale nie ma innej drogi, nie ma wyboru... musimy zjechać w dół. Na drodze spotykamy dwóch innych zawodników, idących w górę... idą do naszego ostatniego punktu, tyle że Oni od dołu... no ale jako, że spotkaliśmy ich już bardzo nisko, to mają do lampionu naprawdę kawałek. Pytają "znaleźliście?".
My mówimy, że TAK i chcemy im trochę podpowiedzieć jak iść, no ale w sumie co powiesz... dalej pod górę, bez ścieżki. Potem trzeba skręcić w prawo 90 stopni, kiedy... no też bez ścieżki, przy takim dużym wiatrołomie. Następnie przejść przez choinki i wyminąć spróchniały pień... k****a, jesteśmy w lesie, wiecie ile jest tu spróchniałych pni?
A jakiego miejsca szukacie... w zasadzie nic charakterystycznego, drzewo w lesie... orienteering, to jest zajebiste :D :D :D
Wieża na Kalenicy

"...buckle up and hit the gas, KICK UP DUST and kick some ass. Way out here we don't shake hands, make the rules or take demands" (całość TUTAJ)

Kolorowo

Najmniej znana ścieżka na Wielką Sowę :P

"Kiedy sowa jest wysoko, to mam ubaw po chu***... eeee... że hu-hu" (wymienimy wszystkie kolory? - TUTAJ)

Widoczki

Szkodnik skało-zachłannych
Zjechaliśmy do doliny jednym z jej zbocz... zboków?:P
No to teraz dymamy po górę jej zboczem numer dwa. Zaraz się zrobi ciemno, dzień pomału umiera i "Ciemności kryją ziemię" (dobra książką, poczytajcie :P). Nim zrobi się zupełnie ciemno siadamy na środku kamienistego szlaku i jemy kolację. Nie ma to jak bułka z kotletem zjedzona na kamieniu o zmroku, gdzieś pośrodku niczego... siedzisz na kamieniu pokrytym mchem i zastanawiasz się nad sensem tej sceny. Ktoś patrząc z boku, np jakiś malarz mógłby to uwiecznić na płótnie, tytułując obraz: NA-mchu-JA-dali. Tak, ewidentnie, tak się z tym czuję... na-mchu-jadali.
Szkodnik mówi, że zaraz będzie srogo po górę bo musimy wyjść na wielką skałę. Ech, no cóż zrobić... to nie pierwsza skała na którą dymamy. Zostawiamy rowery i podchodzimy stromym zboczem po wiatrołomach... znowu. Skała przed nami rzeczywiście jest wielka i będzie ciężko na nią wejść... zbieram siły na atak szczytowy, a Szkodnik... "to nie ta skała, musimy iść wyżej". Ech, no dobra... moja mapa została na mapniku na rowerze (Szkodnik wziął do łapy swoją), no to ufam na słowo. Podchodzimy wyżej, jest stromo a czuć już trudy dzisiejszego dnia. Wspinamy się wciąż wyżej i wciąż, na dziko tym zboczem... jest druga skała. O kurde, ale wysoka... no dobra, trzeba szturmować, a Szkodnik "to nie ta skała, ta jest druga, musimy iść wyżej". K***A! No bez jaj! Jeszcze wyżej tym zboczem? Ono nie ma końca... rowerów to już nie widać, znikły gdzieś u podnóża pierwszej skały... Szkodnik ponawia komunikat "to nie ta skała". Coś Ty się stał taki skało-zachłanny... a może skało-wybredny. Kurde mol czyli kurde razy liczba Avogadra (6,022 razy 10 do 23-ciej). Nie ta skała, ta też nie... a tamta będzie OK? Nieeee... nie, też nie pasuje. No ale dobrze, rozumiem że to nawiązanie do klasyki... jeśli nie chcesz mojej zguby, trzecią skałę daj mi luby... to jakaś ZEMSTA za to, że nie sprzątam okruszków z blatu w kuchni?
Dymamy pod górę na trzecią skałę. K***a, jak tu stromo... znowu idę jakimś żlebem, znowu przekraczam jakieś wiatrołomy... i granice zdrowego rozsądku. Znowu ocieram jajami o głazy wielkości lodówek, a wszystko to za jakaś kartką na drzewie... CHOCIAŻ... CHOCIAŻ... obczajcie jaki był tam widok na zachód słońca. Oczy się nacieszą, dusza także... no a jaja to się posmaruje jakiś kremem na otarcia. Damy radę :P
Chwilę później mamy już jednak noc. Lampki na kask, na kierownicę i co, Szkodnik? Znowu nocą w lesie. Jak mogło być inaczej.
Ciemno, mrok nas otacza, jakieś przerażające dźwięki dochodzą spośród drzew, Szkodnik się trochę lęka, ale mówię Mu, że to tylko:
Wyjebana w lesie... Szkodnik: CO?
No to powtarzam: Wyje bana w lesie. Po śląsku to jest: wyje czyli trąbi, bana czyli pociąg, no a w lesie, to w lesie. Wyje bana w lesie, tak! Nie ma się co bać!
(niedaleko stąd jest linia kolejowa...). Panika w garnizonie opanowana. Można jechać dalej.
Zejście... tu jest naprawdę stromo, trzeba rower opuszczać przed sobą.
Cóż by nie... jaszczurowo...

Zaczynamy podejście po skały

WOW !!!

"Nothing's ever what we expect, they keep asking me where I go next, all we chase is a sunset... doesn't matter where we are. If there is a moment when it's perfect, it's a moment as the sun goes down " (całość TUTAJ)

Jest dobrze, a będzie... JESZCZE LEPIEJ
Przedzieramy się przez nocny las zaliczając kolejne punkty kontrolne, a mapa kieruje nas na Ludwikowice Kłodzkie. Jak widzę imię związane z tą miejscowością (Ludwik), to zawsze widzę przed oczami suchar "Dzień dobry, czy jest Ludwik w butelce? - Tak, jest - To proszę go natychmiast wypuścić!" BA DUM PST. Kurtyna. Suchar niemal tak mocny jak ten: "jak szybko powiedzieć, że hak holowniczy od samochodu Fiat Uno posiada ojciec? HAK UNA MA TATA". Beton, po prostu beton :D
Tymczasem w Ludwikowicach jest Muchołapka, którą pierwszy raz widzieliśmy jeszcze około 2010 roku, kiedy ten teren był kompletnie niezagospodarowany przez gminę. Porwaliśmy przewodnika z kopalni węgla w Nowej Rudzie (serio - przepraszam, czy to chusteczka pachnie chloroformem) i On przeszedł się z nami po ruinach oraz pokazał właśnie Muchołapkę (drugi link). Dziwna nazwa, ale nie będę Wam opisywał o co chodzi - otwórzcie sobie linki, które podrzuciłem. Dziś jest tutaj muzeum - a my musimy wykonać zadanie na jego terenie... przypominam, że mamy już noc. To pewna komplikacja. No więc dojeżdżamy do bramy i świecimy latarkami, aby ujrzeć i przeliczyć to co mamy zadane :P
Nagle głos... o kurde, a jeśli to naziści zombie, widziałem to w kilku filmach, więc oni tu mogą być, jeszcze w takim miejscu, to na pewno oni... (naziści zombie, nota bene - dobry horror klasy Z, Ż, Ziet... jak lubicie takie klimaty, a TUTAJ temat trochę mniej poważnie... - "Tak jakby pierwszy link był bardzo poważny" - Szkodnik).
Przygotowujemy się do odparcia ataku, a tymczasem gość podbiega do bramy i krzyczy "czego tu szukacie". Mam ochotę odpowiedzieć "zgubiliśmy pociąg... taki złoty, nie widział Pan może?" :P
Basia mówi, że my z rajdu i że wykonujemy zadanie, a gość...
"Aaaa z rajdu, ku*wa, rajdu... nie wiem kto Wam projektował trasę, ale to jest jakaś masakra, można przecież nogi połamać chodząc tak po tych zboczach. Jeszcze po nocy, naprawdę niepoważne, róbcie swoje i uważajcie, aby nie wpaść w jakaś dziurę nogą"
Basia na to, że "spokojnie, my na rowerach" (jako, że rozmawiamy przez siatkę i z pewnej odległości oraz w nocy, to mógł naprawdę gość nie zauważać naszych maszyn, zwłaszcza że świecimy sobie w ryj czołówkami).
"Rowerami?... jeszcze, kur*a, lepiej...".
Pan chyba nie zdaje sobie sprawy, że w kilku słowach zdefiniował Jaszczura :D
Ubawiło nas to... chociaż nie można odmówić Panu trafnej diagnozy :P
Jaszczurzy klimat, tak się zaczyna, jest biały lampion, choć dróg tu ni ma, dzień musiał minąć, więc można zginąć...

Noc w lesie - klasyk klasyków

Muchołapka

"Gdy patrzysz w otchłań, otchłań patrzy w twoją duszę..."
... i pryska po oczach. Tego ostatniego Fryderyk już nie wspomniał. Przed nami chyba najbardziej niesamowity punkt tego rajdu i robimy go po nocy, więc ma to dodatkowy klimat. W sumie jest to chyba jakiś techniczny tunel pod wiaduktem, ale sami zobaczcie na zdjęcia. Po prostu kosmos. Zejście w dół... pasuje Wam... to jakiś hardcore. Chyba ze 22m, tak przynajmniej Malo napisał w opisie punktu "-22" nie podając nic więcej. Miejsce niesamowite, ale trochę jednak niebezpiecznie będzie schodzić tędy... owszem można spróbować i mnie nawet kusi, ale ciężko powiedzieć w jakim stanie jest ta drabinka. Jak coś się ukruszy i oderwie od ściany to można zaliczyć Imperatora Palpatine. Postanawiamy zobaczyć czy nie ma tam wejścia od strony strumienia... skoro leje się woda (i pryska) to to musi gdzieś wypływać. Kierujemy się zatem wzdłuż cieku wodnego i JEST. Boczne wejście. W sumie nie wiem, które z tych wejść było "mocniejsze" w znaczeniu, że patrzycie na nie po prostu z zapartym... stolcem. Niesamowity punkt, naprawdę niesamowity. Jeden z najlepszych ever pod kątem klimatu i jak zawsze, nie do końca bezpieczny... cały Jaszczur. Ja naprawdę w takich miejscach mam wrażenie że zaraz usłyszę:
"deep down six feet is where I like to eat..." i zawsze zastanawiam się czy to dobrze, że zostawiłem ręczny granatnik w bagażniku. Nie wiem czy to, co może tu mieszkać, będzie rogate, skrzydlate czy pełzające, ale zakładam że profilaktyczne ze 3 granaty ostudziłby jego chęć na zainteresowanie się nami :P
Wiecie jak jest, czasem randka (z przeznaczeniem) nie idzie zbyt dobrze... "Chciałaś rwać ze mną owoce z drzew, nic poza tym, chyba coś mi się pojebało i przyniosłem granaty"
Tak czy siak - niesamowity miejsce, niesamowity punkt kontrolny. Za to kochamy Jaszczury.
Pamięci tych którzy zostali pod ziemią...

"Kiedy patrzysz w otchłań...

...otchłań patrzy w twoją duszę" - przynajmniej tak mówił Fryderyk N. :P

"Deep down six feet is where I'd like to eat..."

"The worm of light has entered my tomb. Prepare yourself, mortal, to serve my Master for the eternity..."
(Leoric, królu złoty, nie ma ch*ja na Mariolę, ja pracuję tylko za hajs, nie potrzebuję eternitu ani innych takich pierdół. Weź dostosuj ofertę do warunków rynkowych albo porachuję Ci kości :D
(ten opis jest hermetyczny na kilku poziomach, propsy jak łapiesz je wszystkie :P)

No ale miejscówka MEGA !!!

Fajna ta Nowa, Ruda...
Oj tak - kiedyś tu byliśmy za dnia i goniliśmy po wszystkich wieżach dookoła :P
Wiemy zatem czego się spodziewać... podjazdów i podpychów. Jest już jednak po północy, więc trzeba będzie prawie połowę trasy rajdu odpuścić. Klasyk - Jaszczur górski na rowerach to nie jest przejażdżka. Zeszło nam dzień i pół nocy aby zrobić trochę ponad połowę trasy. Jesteśmy właśnie w Nowej Rudzie i zaliczamy nasz ostatni punkt kontrolny dzisiaj - wieżę widokową na Górze Św Anny. Nie to nie tak góra, co jest obok Opola i przy A4-rce przy MOP'ie Wysoka :P. To ta Góra Św. Anna obok Góry Wszystkich Świętych, czego nie rozumiesz? Noworudzkie przestrzenie, mało, naprawdę mało znane tereny.
Jesteśmy już grubo po podstawowym czasie i kończy nam się limit spóźnień, więc trzeba zostawić Rudę i zacząć wracać na bazę... a przed nami będzie podjazd pod Przełęcz Woliborską. To nie jest łatwy podjazd, to jakieś 8 km ciągle pod górę, z serpentynami, więc trzeba wykrzesać z siebie jeszcze trochę energii.
Szkoda trochę zostawiać Rudę, ale trzeba odpuścić bo nie chcemy dziś jeździć do rana. Na niedzielę mamy zaplanowane Góry Kamienne, więc chcemy złapać chociaż ze 3-4 godziny snu. I tak będziemy w bazie dopiero koło 2:00 w nocy. Przełęcz Woliborska nie odpuści, trzeba ją podjechać... będzie ciężko, zwłaszcza po całym dniu chaszczowania...
...no ale w "bazie" (przypominam plandeka na drzewie...), ognisko i ciepły posiłek. Posiedzieć w nocy, w lesie przy ognisku, no to jest to... mimo, że w górach jesteśmy właściwie non-stop, to jednak ognisko to rzadkość. To już nie są czasy obozów i biwakowania... teraz się zapierdala po nocy za lampionami, a nie biwakuje :D
No zakończenie zatem niech zabrzmi "Płonie ognisko i szumią knieje... a ponad nami wiatr szumny wieje i dębowy huczy las". Fajnie było znowu posiedzieć przy ogniu.
Tak samo jak rok temu na Galicyjskich Pagórach.
To koniec opowieści o Jaszczurze i Sowie... pora złapać kilka godzin snu w aucie, bo ze wschodem słońca wołać nas będę Góry z Kamienia: Dzikowiec, Lesista Wielka, Szpiczak, ale to już inna historia.
Po-hu...Po-huuu, Po-huuu...ja włóczysz się tutaj po nocy :P

Jaszczurowy klasyk - szkic obiektu sakralnego

Pierwsza w nocy w lesie... na trzeźwo nie da rady...

Nasza Jaszczurowa karta :P (awers, na rewersie tylko kody z lidarów, więc nie ma co go wrzucać)


W drodze do bazy

Nadal w drodze do bazy :)

Dzisiejsza mapa chociaż niedzisiejsza bo aktualność to jak dobrze pamiętam lata 70-te.

"Obudziłem się w ogórkach, wszędzie wojska od cholery..." (całość TUTAJ)
Temperatura jest jaszczurowata - podgryza w poślad, łapki i policzki. Jest koło 2-3 stopni, więc jak stoimy w środku lasu, przed czymś co miało być namiotem... a jest raczej pałatką? plandeką? rozpiętą między drzewami, to nam trochę zimno.
Nie chcemy jednak opatulać się w kolejne warstwy z plecaka, bo zaraz będzie pchanie roweru po błocie pod górę i zrobi się ciepło...
Po krótkiej odprawie dostajemy mapy i możemy ruszać. Mapy... tak, mapy to osobny temat. Na Jaszczurze mapy zawsze są trudne, ale dzisiaj - mimo że są podobnej klasy jak na innych edycjach - są dla nas jakoś mniej czytelne. Dłuższą chwilę nam zajmie zatem "wstrzelenie" się w nie i to nawet nie dlatego, nie możemy złapać "fix'a" (urządzenia GPS łapią tzw. "fix" gdy ustalają swoje położenie), ale dlatego, że wszystko nam się na nich zlewa. Ciężko przychodzi nam rozróżnić, czy na mapie linia to jest ścieżka, poziomica, czy granica czegoś... nie wiem jak innym uczestnikom, ale bardzo ciężko było nam "wejść" w nawigację na tym podkładzie. Dobrze, że się finalnie udało, ale to była walka.
W rogu mapy Malo umieścił napis "Only attracted to things which bring you trauma". Grubo... będzie srogo. Od razu wspomnieniem sięgam, że jak był napis tego typu na Białych Dolinach to było srogo.
Aby odnaleźć pierwszy punkt kontrolny musimy znaleźć resztki, pozostałości... jakieś ścieżki leśnej, przecinki. Jak głębiej w lesie, jest ona nawet jakoś tam zarysowana między drzewami, to trafić w nią z leśnej drogi głównej (czytaj: szutrowo-błotnistej stokówki idąc wzdłuż masywu), to jest wyczyn. Skrzyżowanie po prostu nie istnieje, trzeba wejść w krzaki, zejść po stromej skarpie i OOOOOOO!! jest dawna droga. No zapowiada się grubo z nawigacją dzisiaj... przy takiej klasie mapy, przy takiej jej aktualności, dokładając do tego teren górski... może być zabawa.
W drodze na nasz drugi punkt kontrolny czeka nas prawdziwy "nostalgia trip", bo przebijamy się do czerwonego szlaku - tak, Głównego Sudeckiego. Weekend majowy 2013, jedna z naszych pierwszy rowerowych wypraw w Góry Sowie... Ze Srebrnej Góry czerwonym szlakiem na Wielką Sową. I pierwszy ever wpis na blogu... 12 lat temu! Tak, wiem silnik jest przestarzały, blog mi umiera bo coraz mniej wpisów... wiem, wiem. Co gorsza, trochę nie mam serca czegoś z tym zrobić... Ale i tak... 12 lat temu, pierwszy wpis.
Super tu ponownie trafić, zwłaszcza że znane nam (czyli oswojone) wiatrołomy nadal leżą tak jak leżały :D
Chwilę później, nostalgia ustępuje jednak lekkiemu zaskoczeniu bo mija nas grupa z bronią. Niemała grupa z niemałą ilością broni.
Dobrze, że to "nasze" zielone ludziki, a nie... te co można kupić/wynająć w każdym sklepie z zielonymi ludzikami. Wygląda na to, że wpakowaliśmy się w środek jakiś ćwiczeń WOT'u. I to są naprawdę spore manewry bo grup żołnierzy jest kilka i będziemy je mijać na całej długości szlaku w kierunku na Kalenicę. Na lokalnych pagórach, czyli "kalenickich" przedwierzchołkach będziemy także spotykać czekających na te grupy instruktorów... najpewniej z jakiś przejebanym zadaniem, a nie ciepłym słowem i herbatką. Ta instytucja tak działa, wiem coś o tym - pozdrowienia dla dowódcy naszego plutonu z CSSP. Na skrzyżowaniu szlaków, na przełęczy, żołnierze mają punkt zborny i powiem Wam, że to robi wrażenie. Nie wszystkie grupy tutaj jeszcze doszły, bo kilka z nich wyprzedziliśmy na zjeździe, a mimo to stacjonuje tutaj (w miejscu tymczasowej dyslokacji - musiałem, musiałem!) ponad 50 osób w mundurach i Berylami. Robi to wrażenie.
Mijamy wojskowych i kierujemy się w kierunku...
Ruszamy w drogę

Zaczyna się...

No i się zaczęło...

Jest pięknie pod kątem kolorów

Nostalgia trip - czerwony sudecki

"Push, push, push, Just a little, Push, push, push, A little further. Push, push, push
Just a little bit, Push, push, push. A little bit more..." (starocie, naprawdę starocie)

WIELKIEJ SKAŁY
W sumie, to mogłoby być pięknie... kolory liści niczym bajka. Żółto, czerwono - po prostu magia.
Nic tylko zaśpiewać chyba moją ulubioną piosenkę o jesieni w górach.
"Przyszła do mnie od Podola,
zamieszkała w zżółkłym lesie
przegoniła wiatr po polach
spadła deszczem na mnie jesień..."
i ten refren
"Ja Was kocham moje góry,
a że miłość nie zrdzewieje,
to gdy Pan mnie wezwie w chmury
powiem Mu, że wolę w knieje...".
Dokładnie tak, "...powiem Mu, że wolę w knieje".
Czemu zatem piszę, że mogłoby być a nie jest... no tak naprawdę, to jest... ale tryb przypuszczający wynika z tego, że w normalnych okolicznościach to byśmy podziwiali te widoki i kolor z jakieś fajnej drogi, ciekawego szlaku... a tymczasem... przedzieramy się przez nie na rympał. Po prostu na rympał: po jakieś pionowej ścianie, przez krzory, bez ścieżki i czasem na czworakach.
Kolejny lampion jest bowiem na szczycie wielkiej skały. Nie wiemy jeszcze, że moglibyśmy do niej dojść od góry, ze szlaku wiodącego na Kalenicę. Tego dowiemy się później, gdy już zdobędziemy tą skałę tzw. "brute forcem". Na ten moment idziemy od dołu, wspinając się po niezłym pionie i przedzierając się przez chaszcz. Czasem zastanawiam się co my robimy ze swoim życiem... za jakaś kartką na drzewie... włazimy na wielką, śliską skałę, z której będzie ciężko zejść. To jest inny stan umysłu, to są "odmienne stany świadomości", tego się nie da wytłumaczyć. Potem ktoś pyta po co to robisz, Ty odpowiadasz, że to nie jest zwykła kartka na drzewie... On mówi, że nie rozumie, Ty odpowiadasz że to nie jest obowiązkowe, On się obraża... a Ty idziesz na kolejną skałkę, po kolejną kartę na drzewie... której nawet stamtąd nie zabierasz! A więc twój stan posiadania się nie zwiększa, a mimo to twierdzisz, że ją zdobyłeś...Ja naprawdę czasem nie ogarniam tego bez piguł... Jimmy, dawaj piguły!
"...zamieszkała w zżółkłym lesie..."

Teraz trzeba tam wleźć...

Atak szczytowy

Za kartką na drzewie - przynajmniej widoki ładne :)

"... powiem Mu, ja wolę w knieje"

Magic!

WIELKA SOWA... w pohukiw....eee... w poszukiwaniu punktów kontrolnych
Zostawiamy za sobą wojsko i wielką skałę. Nadal trzymamy się czerwonego - głównego sudeckiego, chociaż niektóre z punktów kontrolnych "wyrzucą" nas poza ten szlak. Przejdziemy przez Kalenicę oraz kilka innych fajnych miejsc. Ze dwa razy nie trafimy także w punkt przy pierwszej próbie i będzie wymagana drobna korekta, ale nic spektakularnego - bez tragedii. Finalnie, zebrawszy z mapy co było "pod" tymże pagórem, zaczynamy wspinać się na Wielką Sową. Cel - wieża widokowa. Tu będzie trochę ludzi, w końcu mamy piękny pogodowo weekend... no ale jak większość dochodzi tu szlakiem, to tylko nieliczni wyłaniają się z krzaków... budząc pewne zainteresowanie. Niektórzy z tych wyłaniających się trzymają jakieś dziwne, kolorowe mapy w rękach i liczą schody na wieżę, nawet po dwa razy aby upewnić się, że się nie jeb***, to znaczy: nie zrobili błędu... jebn*li to się już dawno, w głowę, mocno... skoro takie rzeczy robią.
Policzywszy "schodziszcze" zjeźdżamy różnymi dziwnymi, błotnistymi ścieżkami do wielkiej, ale mocno zarośniętej łąki, poprzecinanej potokami. I znowu się zaczyna, odmierzanie, liczenie strumieni, przedzieranie się przez mokradła (tak, łąka jest podmokła... w końcu jest poprzecinana strumieniami, tak?). Za kolejną kartą na drzewie. Szukamy jej chyba ze 20 min wędrując wzdłuż potoku... można by rzecz, w górę rzeki, ale nie, jest to w dół... do tego jest to nie ta rzeka, co potrzeba, więc wędrujemy najpierw w dół, a potem w górę, aby wrócić... chwilę później idziemy już w dół innego cieku wodnego. A gdy już punkt znajdziemy, to do następnego prowadzi coś co kiedyś było przecinką leśną. Wiatrołomy, wichrowały, drzewozwały... k****a, ja zawsze się zastanawiam, po co Malo tu lezie. To znaczy wiem, lezie rozwiesić tu lampion, ale na cholerę szedł tutaj przed rozwieszaniem lampionów. Co go tu pchnęło na eksploracji i planowaniu trasy...
Niemniej udało się - mamy to. Kolejna karta na drzewie w naszej kolekcji, możemy być z siebie dumni. Zacne nawigatory z nas!
Zjeżdżamy do doliny, czyli w pewnym sensie - do zera... trzeba będzie potem podchodzić utraconą wysokość, ale nie ma innej drogi, nie ma wyboru... musimy zjechać w dół. Na drodze spotykamy dwóch innych zawodników, idących w górę... idą do naszego ostatniego punktu, tyle że Oni od dołu... no ale jako, że spotkaliśmy ich już bardzo nisko, to mają do lampionu naprawdę kawałek. Pytają "znaleźliście?".
My mówimy, że TAK i chcemy im trochę podpowiedzieć jak iść, no ale w sumie co powiesz... dalej pod górę, bez ścieżki. Potem trzeba skręcić w prawo 90 stopni, kiedy... no też bez ścieżki, przy takim dużym wiatrołomie. Następnie przejść przez choinki i wyminąć spróchniały pień... k****a, jesteśmy w lesie, wiecie ile jest tu spróchniałych pni?
A jakiego miejsca szukacie... w zasadzie nic charakterystycznego, drzewo w lesie... orienteering, to jest zajebiste :D :D :D
Wieża na Kalenicy

"...buckle up and hit the gas, KICK UP DUST and kick some ass. Way out here we don't shake hands, make the rules or take demands" (całość TUTAJ)

Kolorowo

Najmniej znana ścieżka na Wielką Sowę :P

"Kiedy sowa jest wysoko, to mam ubaw po chu***... eeee... że hu-hu" (wymienimy wszystkie kolory? - TUTAJ)

Widoczki

Szkodnik skało-zachłannych
Zjechaliśmy do doliny jednym z jej zbocz... zboków?:P
No to teraz dymamy po górę jej zboczem numer dwa. Zaraz się zrobi ciemno, dzień pomału umiera i "Ciemności kryją ziemię" (dobra książką, poczytajcie :P). Nim zrobi się zupełnie ciemno siadamy na środku kamienistego szlaku i jemy kolację. Nie ma to jak bułka z kotletem zjedzona na kamieniu o zmroku, gdzieś pośrodku niczego... siedzisz na kamieniu pokrytym mchem i zastanawiasz się nad sensem tej sceny. Ktoś patrząc z boku, np jakiś malarz mógłby to uwiecznić na płótnie, tytułując obraz: NA-mchu-JA-dali. Tak, ewidentnie, tak się z tym czuję... na-mchu-jadali.
Szkodnik mówi, że zaraz będzie srogo po górę bo musimy wyjść na wielką skałę. Ech, no cóż zrobić... to nie pierwsza skała na którą dymamy. Zostawiamy rowery i podchodzimy stromym zboczem po wiatrołomach... znowu. Skała przed nami rzeczywiście jest wielka i będzie ciężko na nią wejść... zbieram siły na atak szczytowy, a Szkodnik... "to nie ta skała, musimy iść wyżej". Ech, no dobra... moja mapa została na mapniku na rowerze (Szkodnik wziął do łapy swoją), no to ufam na słowo. Podchodzimy wyżej, jest stromo a czuć już trudy dzisiejszego dnia. Wspinamy się wciąż wyżej i wciąż, na dziko tym zboczem... jest druga skała. O kurde, ale wysoka... no dobra, trzeba szturmować, a Szkodnik "to nie ta skała, ta jest druga, musimy iść wyżej". K***A! No bez jaj! Jeszcze wyżej tym zboczem? Ono nie ma końca... rowerów to już nie widać, znikły gdzieś u podnóża pierwszej skały... Szkodnik ponawia komunikat "to nie ta skała". Coś Ty się stał taki skało-zachłanny... a może skało-wybredny. Kurde mol czyli kurde razy liczba Avogadra (6,022 razy 10 do 23-ciej). Nie ta skała, ta też nie... a tamta będzie OK? Nieeee... nie, też nie pasuje. No ale dobrze, rozumiem że to nawiązanie do klasyki... jeśli nie chcesz mojej zguby, trzecią skałę daj mi luby... to jakaś ZEMSTA za to, że nie sprzątam okruszków z blatu w kuchni?
Dymamy pod górę na trzecią skałę. K***a, jak tu stromo... znowu idę jakimś żlebem, znowu przekraczam jakieś wiatrołomy... i granice zdrowego rozsądku. Znowu ocieram jajami o głazy wielkości lodówek, a wszystko to za jakaś kartką na drzewie... CHOCIAŻ... CHOCIAŻ... obczajcie jaki był tam widok na zachód słońca. Oczy się nacieszą, dusza także... no a jaja to się posmaruje jakiś kremem na otarcia. Damy radę :P
Chwilę później mamy już jednak noc. Lampki na kask, na kierownicę i co, Szkodnik? Znowu nocą w lesie. Jak mogło być inaczej.
Ciemno, mrok nas otacza, jakieś przerażające dźwięki dochodzą spośród drzew, Szkodnik się trochę lęka, ale mówię Mu, że to tylko:
Wyjebana w lesie... Szkodnik: CO?
No to powtarzam: Wyje bana w lesie. Po śląsku to jest: wyje czyli trąbi, bana czyli pociąg, no a w lesie, to w lesie. Wyje bana w lesie, tak! Nie ma się co bać!
(niedaleko stąd jest linia kolejowa...). Panika w garnizonie opanowana. Można jechać dalej.
Zejście... tu jest naprawdę stromo, trzeba rower opuszczać przed sobą.
Cóż by nie... jaszczurowo...
Zaczynamy podejście po skały

WOW !!!

"Nothing's ever what we expect, they keep asking me where I go next, all we chase is a sunset... doesn't matter where we are. If there is a moment when it's perfect, it's a moment as the sun goes down " (całość TUTAJ)

Jest dobrze, a będzie... JESZCZE LEPIEJ
Przedzieramy się przez nocny las zaliczając kolejne punkty kontrolne, a mapa kieruje nas na Ludwikowice Kłodzkie. Jak widzę imię związane z tą miejscowością (Ludwik), to zawsze widzę przed oczami suchar "Dzień dobry, czy jest Ludwik w butelce? - Tak, jest - To proszę go natychmiast wypuścić!" BA DUM PST. Kurtyna. Suchar niemal tak mocny jak ten: "jak szybko powiedzieć, że hak holowniczy od samochodu Fiat Uno posiada ojciec? HAK UNA MA TATA". Beton, po prostu beton :D
Tymczasem w Ludwikowicach jest Muchołapka, którą pierwszy raz widzieliśmy jeszcze około 2010 roku, kiedy ten teren był kompletnie niezagospodarowany przez gminę. Porwaliśmy przewodnika z kopalni węgla w Nowej Rudzie (serio - przepraszam, czy to chusteczka pachnie chloroformem) i On przeszedł się z nami po ruinach oraz pokazał właśnie Muchołapkę (drugi link). Dziwna nazwa, ale nie będę Wam opisywał o co chodzi - otwórzcie sobie linki, które podrzuciłem. Dziś jest tutaj muzeum - a my musimy wykonać zadanie na jego terenie... przypominam, że mamy już noc. To pewna komplikacja. No więc dojeżdżamy do bramy i świecimy latarkami, aby ujrzeć i przeliczyć to co mamy zadane :P
Nagle głos... o kurde, a jeśli to naziści zombie, widziałem to w kilku filmach, więc oni tu mogą być, jeszcze w takim miejscu, to na pewno oni... (naziści zombie, nota bene - dobry horror klasy Z, Ż, Ziet... jak lubicie takie klimaty, a TUTAJ temat trochę mniej poważnie... - "Tak jakby pierwszy link był bardzo poważny" - Szkodnik).
Przygotowujemy się do odparcia ataku, a tymczasem gość podbiega do bramy i krzyczy "czego tu szukacie". Mam ochotę odpowiedzieć "zgubiliśmy pociąg... taki złoty, nie widział Pan może?" :P
Basia mówi, że my z rajdu i że wykonujemy zadanie, a gość...
"Aaaa z rajdu, ku*wa, rajdu... nie wiem kto Wam projektował trasę, ale to jest jakaś masakra, można przecież nogi połamać chodząc tak po tych zboczach. Jeszcze po nocy, naprawdę niepoważne, róbcie swoje i uważajcie, aby nie wpaść w jakaś dziurę nogą"
Basia na to, że "spokojnie, my na rowerach" (jako, że rozmawiamy przez siatkę i z pewnej odległości oraz w nocy, to mógł naprawdę gość nie zauważać naszych maszyn, zwłaszcza że świecimy sobie w ryj czołówkami).
"Rowerami?... jeszcze, kur*a, lepiej...".
Pan chyba nie zdaje sobie sprawy, że w kilku słowach zdefiniował Jaszczura :D
Ubawiło nas to... chociaż nie można odmówić Panu trafnej diagnozy :P
Jaszczurzy klimat, tak się zaczyna, jest biały lampion, choć dróg tu ni ma, dzień musiał minąć, więc można zginąć...

Noc w lesie - klasyk klasyków

Muchołapka

"Gdy patrzysz w otchłań, otchłań patrzy w twoją duszę..."
... i pryska po oczach. Tego ostatniego Fryderyk już nie wspomniał. Przed nami chyba najbardziej niesamowity punkt tego rajdu i robimy go po nocy, więc ma to dodatkowy klimat. W sumie jest to chyba jakiś techniczny tunel pod wiaduktem, ale sami zobaczcie na zdjęcia. Po prostu kosmos. Zejście w dół... pasuje Wam... to jakiś hardcore. Chyba ze 22m, tak przynajmniej Malo napisał w opisie punktu "-22" nie podając nic więcej. Miejsce niesamowite, ale trochę jednak niebezpiecznie będzie schodzić tędy... owszem można spróbować i mnie nawet kusi, ale ciężko powiedzieć w jakim stanie jest ta drabinka. Jak coś się ukruszy i oderwie od ściany to można zaliczyć Imperatora Palpatine. Postanawiamy zobaczyć czy nie ma tam wejścia od strony strumienia... skoro leje się woda (i pryska) to to musi gdzieś wypływać. Kierujemy się zatem wzdłuż cieku wodnego i JEST. Boczne wejście. W sumie nie wiem, które z tych wejść było "mocniejsze" w znaczeniu, że patrzycie na nie po prostu z zapartym... stolcem. Niesamowity punkt, naprawdę niesamowity. Jeden z najlepszych ever pod kątem klimatu i jak zawsze, nie do końca bezpieczny... cały Jaszczur. Ja naprawdę w takich miejscach mam wrażenie że zaraz usłyszę:
"deep down six feet is where I like to eat..." i zawsze zastanawiam się czy to dobrze, że zostawiłem ręczny granatnik w bagażniku. Nie wiem czy to, co może tu mieszkać, będzie rogate, skrzydlate czy pełzające, ale zakładam że profilaktyczne ze 3 granaty ostudziłby jego chęć na zainteresowanie się nami :P
Wiecie jak jest, czasem randka (z przeznaczeniem) nie idzie zbyt dobrze... "Chciałaś rwać ze mną owoce z drzew, nic poza tym, chyba coś mi się pojebało i przyniosłem granaty"
Tak czy siak - niesamowity miejsce, niesamowity punkt kontrolny. Za to kochamy Jaszczury.
Pamięci tych którzy zostali pod ziemią...

"Kiedy patrzysz w otchłań...

...otchłań patrzy w twoją duszę" - przynajmniej tak mówił Fryderyk N. :P

"Deep down six feet is where I'd like to eat..."

"The worm of light has entered my tomb. Prepare yourself, mortal, to serve my Master for the eternity..."
(Leoric, królu złoty, nie ma ch*ja na Mariolę, ja pracuję tylko za hajs, nie potrzebuję eternitu ani innych takich pierdół. Weź dostosuj ofertę do warunków rynkowych albo porachuję Ci kości :D
(ten opis jest hermetyczny na kilku poziomach, propsy jak łapiesz je wszystkie :P)

No ale miejscówka MEGA !!!

Fajna ta Nowa, Ruda...
Oj tak - kiedyś tu byliśmy za dnia i goniliśmy po wszystkich wieżach dookoła :P
Wiemy zatem czego się spodziewać... podjazdów i podpychów. Jest już jednak po północy, więc trzeba będzie prawie połowę trasy rajdu odpuścić. Klasyk - Jaszczur górski na rowerach to nie jest przejażdżka. Zeszło nam dzień i pół nocy aby zrobić trochę ponad połowę trasy. Jesteśmy właśnie w Nowej Rudzie i zaliczamy nasz ostatni punkt kontrolny dzisiaj - wieżę widokową na Górze Św Anny. Nie to nie tak góra, co jest obok Opola i przy A4-rce przy MOP'ie Wysoka :P. To ta Góra Św. Anna obok Góry Wszystkich Świętych, czego nie rozumiesz? Noworudzkie przestrzenie, mało, naprawdę mało znane tereny.
Jesteśmy już grubo po podstawowym czasie i kończy nam się limit spóźnień, więc trzeba zostawić Rudę i zacząć wracać na bazę... a przed nami będzie podjazd pod Przełęcz Woliborską. To nie jest łatwy podjazd, to jakieś 8 km ciągle pod górę, z serpentynami, więc trzeba wykrzesać z siebie jeszcze trochę energii.
Szkoda trochę zostawiać Rudę, ale trzeba odpuścić bo nie chcemy dziś jeździć do rana. Na niedzielę mamy zaplanowane Góry Kamienne, więc chcemy złapać chociaż ze 3-4 godziny snu. I tak będziemy w bazie dopiero koło 2:00 w nocy. Przełęcz Woliborska nie odpuści, trzeba ją podjechać... będzie ciężko, zwłaszcza po całym dniu chaszczowania...
...no ale w "bazie" (przypominam plandeka na drzewie...), ognisko i ciepły posiłek. Posiedzieć w nocy, w lesie przy ognisku, no to jest to... mimo, że w górach jesteśmy właściwie non-stop, to jednak ognisko to rzadkość. To już nie są czasy obozów i biwakowania... teraz się zapierdala po nocy za lampionami, a nie biwakuje :D
No zakończenie zatem niech zabrzmi "Płonie ognisko i szumią knieje... a ponad nami wiatr szumny wieje i dębowy huczy las". Fajnie było znowu posiedzieć przy ogniu.
Tak samo jak rok temu na Galicyjskich Pagórach.
To koniec opowieści o Jaszczurze i Sowie... pora złapać kilka godzin snu w aucie, bo ze wschodem słońca wołać nas będę Góry z Kamienia: Dzikowiec, Lesista Wielka, Szpiczak, ale to już inna historia.
Po-hu...Po-huuu, Po-huuu...ja włóczysz się tutaj po nocy :P

Jaszczurowy klasyk - szkic obiektu sakralnego

Pierwsza w nocy w lesie... na trzeźwo nie da rady...

Nasza Jaszczurowa karta :P (awers, na rewersie tylko kody z lidarów, więc nie ma co go wrzucać)

Kategoria SFA, Wycieczka
Kiwon 2025
-
DST
120.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 11 października 2025 | dodano: 14.10.2025
Kiwon czyli niewyspanie, deszcz, mgła, pagóry i spóźnienie na metę... Tak było w 2024, więc chyba mamy deja vu bo edycja 2025 przynosi nam dokładnie ta samo: niewyspanie, deszcz, mgłę, pagóry i spóźnienie na metę. Nawet baza rajdu jest w tym samym miejscu... No bez kitu. Parafrazując moje chore, hermetyczne utwory: "ever got a feeling of deja vu? Whenever I lose, then I do...".
Uczycie deja vu wchodzi nam zatem jakiś inżynier z czarnego lądu nocą do domu po telewizor... i do wchodzi całe w błocie, bo upaćkaliśmy się tak jak roku temu, a może nawet bardziej. Jak mawiał pewien chorąży, dowódca naszego plutonu "pogoda taktyczna, ziemia mokra więc łatwiej się kopie okopy...".
Uczycie deja vu wchodzi nam zatem jakiś inżynier z czarnego lądu nocą do domu po telewizor... i do wchodzi całe w błocie, bo upaćkaliśmy się tak jak roku temu, a może nawet bardziej. Jak mawiał pewien chorąży, dowódca naszego plutonu "pogoda taktyczna, ziemia mokra więc łatwiej się kopie okopy...".
Deja vu
Początek października przynosi nam dwie imprezy KIWON-iastego i TROPICIELA, a jeśli znacie nas choć trochę, to wiecie że lubimy łączyć za sobą takie rzeczy: rajd za dnia i rajd po nocy. Wiele razy nam się to udało, chociaż czasem było hardcore'ow (np. Mordownik + Ryś czy też Jaszczur + Tropiciel), ale tym razem nam to nie grozi. Nie ma szans aby się udało bo Tropiciel jest "nad" Wrocławiem, a Kiwon na terenach Pogórzach Jasielskiego. Limit czasu na Kiwonie mamy do 20:30, a start tras rowerowych na Tropicielu jest o północy. Nie do zrobienia... nie w naszym wieku :P, nie bez dużego skrócenia imprezy dziennej, a tego bardzo chcielibyśmy uniknąć. Celem jest złapanie obu rzeczy, a nie jednej kosztem drugiej. Ten rok zatem nie pozwoli na taką akcje, bo oba rajdy dzieli kawał drogi. Owszem, ja pamiętam jak kiedyś z rajdu Rudawska Wyrypa obok Jeleniej Góry przeskoczyliśmy do Przemyśla na rajd Team 360, no my jesteśmy zodiakary i wtedy to się dało, bo koniunkcja (implikacja oraz alternatywa także :P :P :P) planet była inna. Czemu o tym piszę? No bo jestem zdania, że brak alternatyw wspomaga procesy decyzyjne! Jeśli nie masz wyboru to nie ma problemu z wyborem, proste prawda? :D
A tak? Siedzimy i myślimy: Kiwon czy Tropiciel? Kiwon czy Tropiciel? Tropiciel czy Kiwon? Mijają tygodnie, a my nadal nie wiemy: "Czy tu, czy tam, po świecie błąkam się sam..." no dobra, nie sam, bo ze Szkodnikiem, ale nadal nie zmienia to faktu, że nie wiemy gdzie jechać. Ciągle próbuję jakoś sensownie połączyć dwie imprezy, ale non-stop wychodzi mi przelotowa na A4-rce ponad 240 km/h.
Nie wiem czy stać mnie na... olej jaki zeżre silnik naszego SFA-Panzerkampfwagen'a przy takiej prędkości. I nie mówię tutaj o napędowym, bo mamy benzynę (olej jest to traktorów, a gaz do kuchenek :P :P :P)... ale o oleju - oleju. Bynajmniej nie rzepakowym, ale takim 10W-40 o zacnej liczbie centystoksów. Nasza gablota na 100 km regularnie pali trochę oktanów i... ze 3 wioski, ale jakby ją rozpędzić do takich przelotowych to spaliłaby by wszystko co by znalazła pod maską. Nie ma huge'a zatem pogodzić w tym roku tych dwóch imprez i nieuchronnie zbliża się jednak czas decyzji
Kiwon: przedpagóry Beskidu Niskiego, za dnia (jasno, więc coś widać - z turystycznego pkt widzenia lepiej), Ania robi trasę rowerową, długi limit...
Tropiciel: płasko, nocą (ch*ja widać, ale jest kozacki klimat!), zadania specjalne...
W ostatnim tygodniu przed rajdem zapada w końcu decyzja: Kiwon - czyli pagóry wygrywają.
Pisałem Wam rok temu jak bardzo niewyspani byliśmy na zeszłorocznej edycji tej imprezy, prawda? No to jak deja vu, to deja vu bo w noc z piątku na sobotę śpię 2,5h... piątek miał być spokojny, mieliśmy się spakować popołudniem na rajd i pójść wcześniej spać, ale zaatakowało nas milion tematów i o pierwszej w nocy to ja się dopiero kończyłem pakować. Fantastycznie, po prostu fantastycznie ale to nie jest pierwszy raz, jak takie rzeczy się nam przydarzają - przecież my częściej startujemy niewyspani niż wyspani, więc pozostaje chyba po prostu przywyknąć. Po prostu znowu się łudziliśmy, że tym razem będzie inaczej... który to już raz. Budzik na 4:00 rano i ruszamy
A tak? Siedzimy i myślimy: Kiwon czy Tropiciel? Kiwon czy Tropiciel? Tropiciel czy Kiwon? Mijają tygodnie, a my nadal nie wiemy: "Czy tu, czy tam, po świecie błąkam się sam..." no dobra, nie sam, bo ze Szkodnikiem, ale nadal nie zmienia to faktu, że nie wiemy gdzie jechać. Ciągle próbuję jakoś sensownie połączyć dwie imprezy, ale non-stop wychodzi mi przelotowa na A4-rce ponad 240 km/h.
Nie wiem czy stać mnie na... olej jaki zeżre silnik naszego SFA-Panzerkampfwagen'a przy takiej prędkości. I nie mówię tutaj o napędowym, bo mamy benzynę (olej jest to traktorów, a gaz do kuchenek :P :P :P)... ale o oleju - oleju. Bynajmniej nie rzepakowym, ale takim 10W-40 o zacnej liczbie centystoksów. Nasza gablota na 100 km regularnie pali trochę oktanów i... ze 3 wioski, ale jakby ją rozpędzić do takich przelotowych to spaliłaby by wszystko co by znalazła pod maską. Nie ma huge'a zatem pogodzić w tym roku tych dwóch imprez i nieuchronnie zbliża się jednak czas decyzji
Kiwon: przedpagóry Beskidu Niskiego, za dnia (jasno, więc coś widać - z turystycznego pkt widzenia lepiej), Ania robi trasę rowerową, długi limit...
Tropiciel: płasko, nocą (ch*ja widać, ale jest kozacki klimat!), zadania specjalne...
W ostatnim tygodniu przed rajdem zapada w końcu decyzja: Kiwon - czyli pagóry wygrywają.
Pisałem Wam rok temu jak bardzo niewyspani byliśmy na zeszłorocznej edycji tej imprezy, prawda? No to jak deja vu, to deja vu bo w noc z piątku na sobotę śpię 2,5h... piątek miał być spokojny, mieliśmy się spakować popołudniem na rajd i pójść wcześniej spać, ale zaatakowało nas milion tematów i o pierwszej w nocy to ja się dopiero kończyłem pakować. Fantastycznie, po prostu fantastycznie ale to nie jest pierwszy raz, jak takie rzeczy się nam przydarzają - przecież my częściej startujemy niewyspani niż wyspani, więc pozostaje chyba po prostu przywyknąć. Po prostu znowu się łudziliśmy, że tym razem będzie inaczej... który to już raz. Budzik na 4:00 rano i ruszamy
"...błota będzie po pachy"
Deja vu ciąg dalszy - ma padać cały dzień. Raz mocniej, raz słabiej, ale jednak ma padać. Jak rok temu. No cóż zrobić, nie przeskoczymy. Będziemy jeździć w deszczu. Przynajmniej nie jest bardzo zimno. 10 stopni to nie dramat - owszem jak Was przemoczy w takiej temperaturze, gdzieś w lesie, to nie jest super miło, ale mogło Was przemoczyć w temperaturze 1-2 stopnie, więc nie ma co narzekać. Nota bene, to jest chyba najbardziej parszywa pogoda... 1-2 stopnie i deszcz. Jak spada poniżej zera to jest zimno, ale przynajmniej jest sucho, a przy okolicach zera z deszczem, dużą wilgotnością i wiatrem, to jest wtedy czyste zło.
Tymczasem idziemy na odprawę wysłuchać kilku uwag o trasie, a po drodze "zbieramy" także Andrzeja, który dotarł właśnie do bazy, więc znowu pojedziemy w trójkę. Odprawa przynosi informacje, że jeden punkt na trasie będzie nieobowiązkowy, czyli nadal można zdobyć "komplet" (punktów kontrolnych) nie zaliczając tego punktu. Będzie on dawał pewien bonus czasowy do wyniku, ale trzeba jednak pamiętać, że bonus nie przesuwa limitu czasu, a ten jest o 20:30. Za każde rozpoczęte 10 minut spóźnienia odejmowany jest jeden punkt kontrolny. Ha! jak rok temu... a wtedy spóźniliśmy się 21 minut z tego pamiętam, albo jakoś tak, ogólnie weszliśmy już wtedy w trzecią "dziesiątkę". Czyli parszywie :P
Kreślimy na mapie nasz wariant --> postanawiamy zrobić pętlę po lampionach od południa na północ, czyli tak naprawdę pojedziemy najpierw na wschód bo baza znajduje się w lewym, dolnym rogu naszej mapy. Zrobimy cały dół mapy, a potem "dzida" na na górę czyli na północ. Brzmi jak plan.
Wyjeżdżamy z bazy i ruszamy w teren. Póki poruszamy się po asfalcie to jest w miarę spoko, przechodzą jakieś deszcze, potem przestają, a potem znowu pada, ale asfalt równa WALCEM.... ufff ale to był betonowy żart... asfalt równa się brak błota. No, ale punkty z opisem "szczyt" rzadko kiedy oferują asfaltowe dojazdy, więc dość szybko wjeżdżamy w las... a tam... no co może na Was czekać w "lesie deszczowym" jesienią? No właśnie, niech to wybrzmi piosenką (AI wymiata :P)
Tymczasem idziemy na odprawę wysłuchać kilku uwag o trasie, a po drodze "zbieramy" także Andrzeja, który dotarł właśnie do bazy, więc znowu pojedziemy w trójkę. Odprawa przynosi informacje, że jeden punkt na trasie będzie nieobowiązkowy, czyli nadal można zdobyć "komplet" (punktów kontrolnych) nie zaliczając tego punktu. Będzie on dawał pewien bonus czasowy do wyniku, ale trzeba jednak pamiętać, że bonus nie przesuwa limitu czasu, a ten jest o 20:30. Za każde rozpoczęte 10 minut spóźnienia odejmowany jest jeden punkt kontrolny. Ha! jak rok temu... a wtedy spóźniliśmy się 21 minut z tego pamiętam, albo jakoś tak, ogólnie weszliśmy już wtedy w trzecią "dziesiątkę". Czyli parszywie :P
Kreślimy na mapie nasz wariant --> postanawiamy zrobić pętlę po lampionach od południa na północ, czyli tak naprawdę pojedziemy najpierw na wschód bo baza znajduje się w lewym, dolnym rogu naszej mapy. Zrobimy cały dół mapy, a potem "dzida" na na górę czyli na północ. Brzmi jak plan.
Wyjeżdżamy z bazy i ruszamy w teren. Póki poruszamy się po asfalcie to jest w miarę spoko, przechodzą jakieś deszcze, potem przestają, a potem znowu pada, ale asfalt równa WALCEM.... ufff ale to był betonowy żart... asfalt równa się brak błota. No, ale punkty z opisem "szczyt" rzadko kiedy oferują asfaltowe dojazdy, więc dość szybko wjeżdżamy w las... a tam... no co może na Was czekać w "lesie deszczowym" jesienią? No właśnie, niech to wybrzmi piosenką (AI wymiata :P)
JESIEŃ NADCHODZI - nieziemska słota
JESIEŃ NADCHODZI - z nią tony błota !!
Odkurz swoje gumiaki i sztormiak przygotuj
błota będzie po pachy, uwalisz nim przedpokój
Mlaska pod nogami i kołami. Pod górę nie pojedziesz, a z górki także ciężko bo zrobiło się naprawdę ślisko. Dobrze przynajmniej, że nie jest to to klejące się do wszystkiego błoto, które zapycha prześwity i blokuje mechanizmy ruchome. Przedzieramy się od lampionu do lampionu, ale już widzę, że na nasze standardowe po-rajdowe pytanie "czy myjemy dziś rowery?", odpowiedź będzie tylko jedna. Chwila w lesie, a rama i widelec... a także my jako tacy, zaczynamy nabierać charakterystycznego błotnego "ubranka".
Jeden z punktów jest na kiwonie (koniku - urządzeniu do wydobycia ropy), który działa! Trzeba uważać... nie, nie dlatego, że kiwon może zabić, nie nie może... chyba że się na Ciebie przewróci... ale błoto przy nim czasem lubi mieć posmak wydobywanego surowca, a to może być nowy level uwalenia się czymś lepkim :P
Jeden z punktów jest na kiwonie (koniku - urządzeniu do wydobycia ropy), który działa! Trzeba uważać... nie, nie dlatego, że kiwon może zabić, nie nie może... chyba że się na Ciebie przewróci... ale błoto przy nim czasem lubi mieć posmak wydobywanego surowca, a to może być nowy level uwalenia się czymś lepkim :P
Cmentarz wojenny z IWW, jakich niemało w tych terenach
"...it's a stalemate at the frontline where the soldiers rest in mud..." (klasyk)

Przez zamglony las, po błocie...

Pierwszy pagór dzisiaj :)

Zdjęcie tego nie oddaje, ale to jest mega śliski zjazd!

Kiwon :)

Od baru do baru :P
Jedziemy dalej. Wydostaliśmy się z błota i wracamy na asfalt, a więc... zaczyna znowu padać. Równowaga musi być - miał być srogi wprdl dzisiaj, to jest srogi wprdl... wskaźniki: deszcz, błoto, zimno jeżdżą góra dół, góra dół i definiują stałą funkcję wprdl'u w czasie. Jak jest mniej błota, to jest więcej deszczu, ktoś tu dobrze ogarnął sprzężenie zwrotne w układzie i regulator PID (i nie chodzi mi o Palestyński Islamski Dżihad...). PID robi robotę. Wesoło jedziemy sobie zatem przez pola i nagle trafiamy na skitrany punkt żywieniowy. Jest on dla innej trasy (pieszej), ale ciasteczka i tak dostaliśmy - pytanie czy to była kwestia nasze uroku osobistego czy litości wzbudzonej naszym uwalonym błotem wyglądem. Może lepiej nie znać odpowiedzi?
Ja tam wiem jedno - jak ktoś mi daje ciasteczka, zwłaszcza z marmoladą, to idzie w moim rankingu wyżej. A uważam, że warto. Na potrzeby wyjaśnienia dlaczego warto - załóżmy, że ciasteczka dawał Józek... a jak Józek da mi sporo ciastek, to potem nie będzie miał dramy w autobusie.
Ja bywam aspołeczny (refren) i czasem dziwne akcje odwalam. Na przykład wchodzę z kałaszem w ręku do autobus... widzę konsternację i szok wśród pasażerów.
Pytam wtedy "Jest Józek?"
Ludzie przerażeni patrzą po sobie, a głos z tłumu "Jestem!"
Ja na to: "To padnij"
Takie akcje zawsze pozwalają się odstresować, koją nerwy, tylko potem te dociekliwe pytania z lampą świecącą w oczy "Czym Pan się kierował?" Siekierował? Chłopcze, tam nie było siekiery, tam był karabin jeśli nie zauważyłeś... a ja ciągle powtarzam, bądź jak Józek, daj ciasteczka :P
Dobra dość tych non-sens'ów - ogólnie to ciastka były super. Posililiśmy się i pojechaliśmy dalej. Tym razem na zupę. Serio. Na kolejnym punkcie żywieniowym ugoszczono nas pomidorówką. No tak, to można rajdować. Przyjechałem to szukać lampionów i jeść pomidorową...i wiecie co? Nie mogę znaleźć tych lampionów :D
Ja tam wiem jedno - jak ktoś mi daje ciasteczka, zwłaszcza z marmoladą, to idzie w moim rankingu wyżej. A uważam, że warto. Na potrzeby wyjaśnienia dlaczego warto - załóżmy, że ciasteczka dawał Józek... a jak Józek da mi sporo ciastek, to potem nie będzie miał dramy w autobusie.
Ja bywam aspołeczny (refren) i czasem dziwne akcje odwalam. Na przykład wchodzę z kałaszem w ręku do autobus... widzę konsternację i szok wśród pasażerów.
Pytam wtedy "Jest Józek?"
Ludzie przerażeni patrzą po sobie, a głos z tłumu "Jestem!"
Ja na to: "To padnij"
Takie akcje zawsze pozwalają się odstresować, koją nerwy, tylko potem te dociekliwe pytania z lampą świecącą w oczy "Czym Pan się kierował?" Siekierował? Chłopcze, tam nie było siekiery, tam był karabin jeśli nie zauważyłeś... a ja ciągle powtarzam, bądź jak Józek, daj ciasteczka :P
Dobra dość tych non-sens'ów - ogólnie to ciastka były super. Posililiśmy się i pojechaliśmy dalej. Tym razem na zupę. Serio. Na kolejnym punkcie żywieniowym ugoszczono nas pomidorówką. No tak, to można rajdować. Przyjechałem to szukać lampionów i jeść pomidorową...i wiecie co? Nie mogę znaleźć tych lampionów :D
Ładne to! Ten punkcik mi się naprawdę podobał. Ja bym go nazwał "KOPUŁA nad zielonymi wodami" :)

Zdjęcie zrobione nam przez obsługę pkt żywieniowego :)
3 jeźdźców pato-nawigacji... 4-ty się zgubił, bo też był pato-nawigatorem :D

Lampion przy kapliczce (klassssssyk :D)

Wariant czarny czyli przez chaszcz do kolejnego punktu kontrolnego.

Niedaleko stąd dawali pomidorówkę :)

Nad wodą

Nie wiem czemu ale widzę TO(z tym linkiem ostrożnie, bo tego się nie da od-zobaczyć - klasyka, po prostu klasyka :D)

Śladami trudnej historii...

"JESIEŃ NADCHODZI - nieziemska słota, JESIEŃ NADCHODZI - z nią tony błota !!
Odkurz swoje gumiaki i sztormiak przygotuj, błota będzie po pachy, uwalisz nim przedpokój"

W kierunku Babiej Góry
Druga część dnia upływa nam... w deszczu. Czaicie bazę? UPŁYWA.... pływa... w deszczu i błocie. Gonimy po jakieś zabłoconych polach i strumieniach. Nie ma to jak podejście na jakiś pagór, który normalnie to wzięlibyśmy z biegu, ale dziś... wyjechać nie wyjedziesz bo błoto. Dwa kroki po przodu zjazd na butach w tył, kolejne dwa kroki do przodu i zjazd tym razem na ryju... ryju, boku lub tyłku bo tak ślisko. Na ale walczymy. Na zdjęciu poniżej trochę czuć ten mokry klimat... grunt daje nam czasem fonetyczne ostrzeżenia. Robisz krok, a błoto robi ŚLURPPPP... tak, to ostrzeżenie, bo przy kolejnym kroku nie będzie już ślurppp ale CHLUP jak wpadniesz po kostki.
Ech, a w drugiej części miało przestawać padać... tymczasem od 14:00 to nam napiera w ryj mocniej niż rano. A mogliśmy siedzieć w domu pod kocem... ale nie, chodź na rajd, będzie fajnie...
Natomiast jeden z punktów jest na bardzo fajnym moście - takim, że ciężko przejść z rowerem i ciężko jest na kilku płaszczyznach.
Prawie pionowe schody w górę, bardzo wąskie - trudno wnieść tam rower, a potem sama kładka i poręcze tak wąskie, że moja kierownica się nie mieści... rower muszę prowadzić w pionie, na tylnym kole... a potem pionowe schody w dół. Powiem Wam tak... w górę były łatwiejsze. W górę grawitacja nie pomagała, w dół pomagała aż za bardzo :P
Trasa wyprowadza nas także "nad Jasło", na szczyt który nazywa się Babia Góra. Pod szczytem czeka nas 3-ci punkt żywieniowy - no na bogato dzisiaj mamy.
Nawet jajecznicę oferują... ja bym wziął, nawet podwójną ale czas, czas, czas, Szkodnik popędza, bo nie jest najlepiej na zegarze. a jesteśmy bardzo daleko od bazy.
Ech, a w drugiej części miało przestawać padać... tymczasem od 14:00 to nam napiera w ryj mocniej niż rano. A mogliśmy siedzieć w domu pod kocem... ale nie, chodź na rajd, będzie fajnie...
Natomiast jeden z punktów jest na bardzo fajnym moście - takim, że ciężko przejść z rowerem i ciężko jest na kilku płaszczyznach.
Prawie pionowe schody w górę, bardzo wąskie - trudno wnieść tam rower, a potem sama kładka i poręcze tak wąskie, że moja kierownica się nie mieści... rower muszę prowadzić w pionie, na tylnym kole... a potem pionowe schody w dół. Powiem Wam tak... w górę były łatwiejsze. W górę grawitacja nie pomagała, w dół pomagała aż za bardzo :P
Trasa wyprowadza nas także "nad Jasło", na szczyt który nazywa się Babia Góra. Pod szczytem czeka nas 3-ci punkt żywieniowy - no na bogato dzisiaj mamy.
Nawet jajecznicę oferują... ja bym wziął, nawet podwójną ale czas, czas, czas, Szkodnik popędza, bo nie jest najlepiej na zegarze. a jesteśmy bardzo daleko od bazy.
Czuć wilgoć na tym zdjęciu :P

Wąski most :)

Kierownica szerokości przejścia :P

Można spaść na ryj i nie jest to trudne :P

Jest i Babia

Deja vu... po nocy
Zapada zmrok. Limit czasu mamy do 20:30 więc przyszła pora podjąć decyzję. Czy lecimy komplet i ryzykujemy spóźnienie czy też lecimy na bazę bez kompletu. Rok temu zaryzykowaliśmy i spóźniliśmy się na metę i to ponad 20 min. Weszliśmy wtedy w "trzecią" dziesiątkę kar. Zapowiada się, że w tym roku staniemy przed podobnym wyborem. Postanawiamy jednak zaryzykować - wiecie jak jest: jest ryzyko jest zabawa, "kto się śmieli ten korzysta" i inne takie. Najwyżej znowu się spóźnimy, a skoro mamy dostać jeden punkt kary za każde rozpoczęte 10 min, to jeśli zdobędziemy dwa punkty w tym czasie, to możemy się spóźnić nawet 20 min i nadal wyjdziemy na zero. Trochę fuck-logic, a trochę jednak prawda, no ale cóż... pewien starszy człowiek powiedział kiedyś, że "przekonasz się, że wartość wielu uznawanych prawd zależy od punktu widzenia". Ryzykujemy zatem.
Jedziemy "na komplet" i niech się dzieje wola nieba... chociaż na razie wolą nieba jest napierać deszczem po zmroku. "Fantabulous and fabulous... ech, what else is new?... been through denial, depression, bargaining and now I am just pissed but I never been a quitter 'cause my heart's full of glitter".
Gdzieś tam podświadomie zakładałem, że jednak zrobimy komplet i się nie spóźnimy na metę.
Nie zakładałem, że będzie pod górę - było. Nie zakładałem, że ciężko będzie utrzymać średnią 30 km/h (to był warunek zdążenia) - to nie było ciężkie, to było niemożliwe :P
No ale komplet zrobiliśmy - ogólnie ostatni punkt to był ekstra na wypasie, bo był to opuszczony, zarośnięty roślinnością plugawą, dom pośrodku niczego. To lubimy!
Oczywiście, dochowując zeszłorocznej tradycji spóźniliśmy się na metę.
Mimo wszystko wynik, zaskakujący - mimo spóźnienia ponad 10 min i utraty (kara) dwóch punktów, Basia ląduje na drugim miejscu podium. Zacnie, srogo, czcigodnie!
Dobry rajd, tylko szkoda że niemal cały w deszczu, no ale cóż - jesień. Chyba nas trochę rozpieściły duże ilości rajdów z dobrą pogodą. "Pogoda taktyczna" też się jednak czasem zdarza i trudno. Powiem Wam jednak, że domyć maszyny z tej ilości błota to był wyczyn :P
Do następnego!
Znowu czeka nas noc w lesie :)Jedziemy "na komplet" i niech się dzieje wola nieba... chociaż na razie wolą nieba jest napierać deszczem po zmroku. "Fantabulous and fabulous... ech, what else is new?... been through denial, depression, bargaining and now I am just pissed but I never been a quitter 'cause my heart's full of glitter".
Gdzieś tam podświadomie zakładałem, że jednak zrobimy komplet i się nie spóźnimy na metę.
Nie zakładałem, że będzie pod górę - było. Nie zakładałem, że ciężko będzie utrzymać średnią 30 km/h (to był warunek zdążenia) - to nie było ciężkie, to było niemożliwe :P
No ale komplet zrobiliśmy - ogólnie ostatni punkt to był ekstra na wypasie, bo był to opuszczony, zarośnięty roślinnością plugawą, dom pośrodku niczego. To lubimy!
Oczywiście, dochowując zeszłorocznej tradycji spóźniliśmy się na metę.
Mimo wszystko wynik, zaskakujący - mimo spóźnienia ponad 10 min i utraty (kara) dwóch punktów, Basia ląduje na drugim miejscu podium. Zacnie, srogo, czcigodnie!
Dobry rajd, tylko szkoda że niemal cały w deszczu, no ale cóż - jesień. Chyba nas trochę rozpieściły duże ilości rajdów z dobrą pogodą. "Pogoda taktyczna" też się jednak czasem zdarza i trudno. Powiem Wam jednak, że domyć maszyny z tej ilości błota to był wyczyn :P
Do następnego!

Dwa monumentalne dęby :)

Klimat, klimat, klimat !!!

Podium :)

Kategoria Rajd, SFA






