Wpisy archiwalne w kategorii
Rajd
Dystans całkowity: | 11444.00 km (w terenie 1.00 km; 0.01%) |
Czas w ruchu: | b.d. |
Średnia prędkość: | b.d. |
Liczba aktywności: | 131 |
Średnio na aktywność: | 87.36 km |
Więcej statystyk |
CZARNA OWCA ORIENTEERINGU - zaproszenie
-
DST
1.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 28 lutego 2025 | dodano: 16.03.2025
Zapraszamy na nasz maraton/rajd na orientację "CZARNA OWCA ORIENTEERINGU - W cieniu wielkiej góry"
Trasy rowerowe (krótkie: 70~80 km z limitem 8h; 150+ km z limitem 16h)
Trasy piesze z takim samym limitem.
Trasa przygodowa (Adventure Race ---> część trasy pieszo, część na rowerze + zadania specjalne)
Trasa dla rowerów elektrycznych (bez klasyfikacji)
Trasa rodzinna/rekreacyjna (bez klasyfikacji)
Strona rajdu: www.rajdczarnaowca.pl
Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/970440438356006/
Opis wydarzenia na BIKESTATS: Czarna Owca Orienteeringu | Rowerowa jazda na orientację RJnO - Lipnica Wielka na Orawie, 29.03.2025
ZAPRASZAMY - ZAPISY NADAL TRWAJĄ (do 25 marca)Owca oswojona:
Kategoria Rajd, SFA
TROPICIEL 33
-
DST
78.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 20 października 2024 | dodano: 30.12.2024
Foto-relacja z TROPICIELA 33 - szczególnego dla nas, bo dzięki temu że po raz kolejny udało się nam zrobić komplet punktów kontrolnych w limicie, sięgnęliśmy po złotą odznakę TROPICIELA (9-krotne zdobycie miana Tropiciela). Weekend bez snu: za dnia JASZCZUR, a nocą Tropiciel... wracają w niedzielę do Krakowa stwierdzimy, że jest za ładnie aby nie złapać jeszcze jakieś krótkiej wycieczki.
Oznaczmy prędkość rakiety nr 1 jako V1, a prędkość rakiety nr 2 jako V2... :D
Zepnij to na krótko... lepiej nie na długo bo będzie iskrzyć :D

:) :)

:) :) :)

MIŚ !!!

"NZn" pichcimy NIEZNISZCZALNIUM :D

Klimat

Takie tam z obsługą punktu :D

Szkodnik w szałasie :)

Gdzieś w lesie

Świecące lampiony

Nocne eksperymenty :)

Przez mrok i mgłę :)

Zimno, naprawdę zimno i wilgotno... to niemal czuć na tym zdjęciu :)

W stronę światła

Świta

Jest pięknie

Jak z obrazka :)

Nie potrzeba podpisu - jest napisane :D

Złoto toczy się w krąg, rąk do rąk, z rąk do rąk... NASZYCH RĄK !!!

Kategoria Rajd, SFA
Jaszczur- Puszcza Pyzdrska
-
DST
45.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 19 października 2024 | dodano: 30.12.2024
[30.12.2024] WPIS NIEDOKOŃCZONY... czyli
"Po miesiącu pięknych dni
zbrakło forsy, zbrakło sił,
nowy rejs już zacząć mam
nowej pannie digi dam..."
Zbrakło sił aby napisać tą relację... tymczasem nowy rejs (w rok 2025) już za moment zacząć trzeba... nowym rajdom relacje przyjdzie dać...
Zostawiam zatem to co udało się napisać do tej pory, acz jest w w zasadzie tylko wstęp...
[19.10.2024]
Hardcore'owy weekend czas zacząć... iście twardo-rdzeniowy bo liczba godzin snu w okresie: piątek wieczór - niedziela wieczór wyniesie niecałe 5 (słownie: pięć) i żadna z nich nie przypadnie na noc z soboty na niedzielę :P Czasem mam wrażenie, że jesteśmy już za starzy na takie akcje... wiecie jak jest, zaczyn kusić klasyczny tryptyk weekendowy: kocyk - łóżeczko - herbatka... a potem przychodzi taki weekend jak ten... i znowu przechodzimy w tryb "sen jest dla słabych" oraz "w moich żyłach płynie czysta kofeina" i a odwalamy jakaś (kolejną) głupią akcję. Co tym razem? NA BOGATO bo to będzie więcej niż rajd, to będą dwa rajdy (te rowerowe) oraz rajd przez połowę Polski aby wszędzie zdążyć na czas. Małopolskie, Śląskie, Opolskie, Łódzkie, Wielkopolskie i Dolnośląskie czyli chyba "jeszcze stać ich na to by historii się przypomnieć, wskoczyć w siodło i wykrzesać ogień z ostrza" (całość TUTAJ, oczywiście Mistrz Jacek). No ale zacznijmy od początku bo jak zawsze potrzeba było dobrego planowania i elastyczności w działaniach operacyjnych.
"Po miesiącu pięknych dni
zbrakło forsy, zbrakło sił,
nowy rejs już zacząć mam
nowej pannie digi dam..."
Zbrakło sił aby napisać tą relację... tymczasem nowy rejs (w rok 2025) już za moment zacząć trzeba... nowym rajdom relacje przyjdzie dać...
Zostawiam zatem to co udało się napisać do tej pory, acz jest w w zasadzie tylko wstęp...
[19.10.2024]
Hardcore'owy weekend czas zacząć... iście twardo-rdzeniowy bo liczba godzin snu w okresie: piątek wieczór - niedziela wieczór wyniesie niecałe 5 (słownie: pięć) i żadna z nich nie przypadnie na noc z soboty na niedzielę :P Czasem mam wrażenie, że jesteśmy już za starzy na takie akcje... wiecie jak jest, zaczyn kusić klasyczny tryptyk weekendowy: kocyk - łóżeczko - herbatka... a potem przychodzi taki weekend jak ten... i znowu przechodzimy w tryb "sen jest dla słabych" oraz "w moich żyłach płynie czysta kofeina" i a odwalamy jakaś (kolejną) głupią akcję. Co tym razem? NA BOGATO bo to będzie więcej niż rajd, to będą dwa rajdy (te rowerowe) oraz rajd przez połowę Polski aby wszędzie zdążyć na czas. Małopolskie, Śląskie, Opolskie, Łódzkie, Wielkopolskie i Dolnośląskie czyli chyba "jeszcze stać ich na to by historii się przypomnieć, wskoczyć w siodło i wykrzesać ogień z ostrza" (całość TUTAJ, oczywiście Mistrz Jacek). No ale zacznijmy od początku bo jak zawsze potrzeba było dobrego planowania i elastyczności w działaniach operacyjnych.
"Zmienność decyzji świadczy o ciągłości planowania" - jak mawiał dowódca mojego plutonu w CSSP
Jaszczury
na Dolnym Śląsku mają czasem pod górę... i nie chodzi mi o to, że pod
górę bo Sudety, to wprawdzie też, ale mówię o problemach
organizacyjnych. Kultowy i jeden z najlepiej przeze mnie wspominanych
"Jaszczur - Ścieżka Muflona" odbył się dopiero przy trzeciej próbie...
ale tam było przejebane. Naprawdę srogo przejebane - jak kogoś ciekawy to relacja jest TUTAJ.
Teraz "Bludny Balvan", mający rozegrać się na pograniczu polsko-czeskim
także odbyć się nie może. To już drugi raz dla tej imprezy, więc
właśnie wyrównała wynik w "przekładaniu" z Muflonem. Jak za rok się nie
odbędzie, to wyjdzie na prowadzenie... Ech, sami widzicie jak to
ostatnio bywa: jak nie urok, to... ruscy psują pogodę (GRAD)...
czyli ciągle coś. No ale tym razem powód był naprawdę gruby: powódź...
Malo musiał zatem odwołać Jaszczura na pograniczu polsko-czeskim, bo to
nie czas i miejsce na rajdy w tamtym terenie. Na stronie Jaszczura
ogłasza zatem, że 50-ta (pasuje Wam? PIĘĆDZIESIĄTA !!!) odbędzie się w Puszczy
Pyzdrskiej. Wow! Tych terenów zupełnie nie znamy... ale nasz drogi Pacan przekłada także
imprezę o tydzień czyli wpycha się nam na termin Rajdu Waligóry i Tropiciela.
No żesz... a tak pięknie mieliśmy poukładany kalendarz. Mieliśmy jechać na Waligórę i potem na Tropiciela, a tu konflikt z Jaszczurowatym!
Zawsze powtarzam jednak, że jak życie wali Was w twarz, to trzeba w odpowiedzi sprzedać Mu solidnego kopa. Eskalacja do deeskalacji, a zgliszcza i ruiny powstałe w procesie jakoś się posprząta. Gdy tydzień temu także "wypadł nam z kalendarza" rajd , to uderzylismy w Tatry, na Rohacze i udało nam się zobaczyć widmo Brocken'u (no! Takie alternatywny to ja rozumiem i szanuję!). Gorzej z najbliższym weekendem, bo nie damy rady złapać Rajdu Waligóry i Jaszczura... Tropiciel nie jest problemem, bo start mamy po północy. Obskoczymy - damy radę. Ciężki wybór, ale Jaszczur jest dłuższy niż Waligóra, no i Jaszczur jest... JASZCZUREM !!!... dodatkowo z Jaszczura na Tropiciela jest około 150 km, a nie 400... no szkoda Rajdu Waligóry, ale finalnie wybieramy Puszczę Pyzdrską i to mimo tego, że na Waligórę byliśmy już zapisani.
Nowy plan:
- dzida za Kalisz i start na Jaszczurze
- skończenie rajdu o zmierzchu (jak nigdy - zjechanie z Jaszczura przed nocą brzmi jak herezja, ale nie ma innej opcji)
- dzida z Wielkopolskiego w Dolnośląskie
- Tropiciel
- powrót do Krakowa
To nie jest pierwszy raz jak skaczemy z Jaszczura na Tropiciela (Z "Kamiennych Ścian" zrobiliśmy to samo - TUTAJ, acz wtedy, przy "zgodności" województw, nie trzeba było z Jaszczura zjeżdżać przed zmrokiem).
Budzik dzwoni koło 3:00 w nocy, bo mamy 5 godzin dojazdu... przetniemy małopolskie, śląskie, fragmentem opolskiego, łódzkie i wielkopolskie aby zameldować się przed 10:00 spory kawałek za Kaliszem. Jaszczura numer 50 czas zacząć!
No żesz... a tak pięknie mieliśmy poukładany kalendarz. Mieliśmy jechać na Waligórę i potem na Tropiciela, a tu konflikt z Jaszczurowatym!
Zawsze powtarzam jednak, że jak życie wali Was w twarz, to trzeba w odpowiedzi sprzedać Mu solidnego kopa. Eskalacja do deeskalacji, a zgliszcza i ruiny powstałe w procesie jakoś się posprząta. Gdy tydzień temu także "wypadł nam z kalendarza" rajd , to uderzylismy w Tatry, na Rohacze i udało nam się zobaczyć widmo Brocken'u (no! Takie alternatywny to ja rozumiem i szanuję!). Gorzej z najbliższym weekendem, bo nie damy rady złapać Rajdu Waligóry i Jaszczura... Tropiciel nie jest problemem, bo start mamy po północy. Obskoczymy - damy radę. Ciężki wybór, ale Jaszczur jest dłuższy niż Waligóra, no i Jaszczur jest... JASZCZUREM !!!... dodatkowo z Jaszczura na Tropiciela jest około 150 km, a nie 400... no szkoda Rajdu Waligóry, ale finalnie wybieramy Puszczę Pyzdrską i to mimo tego, że na Waligórę byliśmy już zapisani.
Nowy plan:
- dzida za Kalisz i start na Jaszczurze
- skończenie rajdu o zmierzchu (jak nigdy - zjechanie z Jaszczura przed nocą brzmi jak herezja, ale nie ma innej opcji)
- dzida z Wielkopolskiego w Dolnośląskie
- Tropiciel
- powrót do Krakowa
To nie jest pierwszy raz jak skaczemy z Jaszczura na Tropiciela (Z "Kamiennych Ścian" zrobiliśmy to samo - TUTAJ, acz wtedy, przy "zgodności" województw, nie trzeba było z Jaszczura zjeżdżać przed zmrokiem).
Budzik dzwoni koło 3:00 w nocy, bo mamy 5 godzin dojazdu... przetniemy małopolskie, śląskie, fragmentem opolskiego, łódzkie i wielkopolskie aby zameldować się przed 10:00 spory kawałek za Kaliszem. Jaszczura numer 50 czas zacząć!
Dzisiaj będzie kolorowo... pojechał Pacan z ilością "wstawek". Mapy Jaszczura są zjawiskowe jak się na nie patrzy... gorzej jak musicie na nich nawigować :P

Speak of a devil and he shall appear (i to w sumie razy dwa)
Diabeł numer 1: No proszę, proszę. Państwa to się tutaj nie spodziewałem. Krzysiek i Jarek przyjeżdżają na Jaszczura. Lekki szok i niedowierzanie, bo to przecież impreza dla koneserów. Mamy tu przecież mało jazdy, a wiele chaszczowania czyli dokładnie odwrotność tego co ceni sobie "czołówka Pucharu"... chociaż i tak, jeśli mam być absolutnie szczery, to płaskie Jaszczury (czytaj: te-nie-górskie) to są w miarę, jakoś tam przejezdne. Chłopaki chcą spróbować swych sił na "rajdzie Szkodników, pacanów i zbieraczy padliny". Ciekawe jak spodoba Im się taka impreza... a robiąc tutaj duży spoiler, ten Jaszczur okaże się zaskakująco przejezdny, więc trafili w miarę bezboleśnie. Można zatem tą sytuację interpretować dwojako, zależnie od przyjętej optyki:
- dobrze, że na swój pierwszy raz trafili na taką edycję, może - dzięki temu - się nie zniechęcą za bardzo
- szkoda, że nie trafili na przejebaną edycję, aby podzielić nasz żałosny los na tym kurwi dole... eeee.... łez padole, łez padole!
Ciekawe co ich zaskoczy na trasie... a mówiąc o zaskoczeniu, znacie ten dowcip -->
Mąż pichci jakieś dobroci w kuchni i pyta żony: "co chcesz na obiad?"
Ona: "Zaskocz mnie"
On: RUCHAM TWOJĄ SIOSTRĘ!
Ja myślicie, udało się zaskoczyć :D :D :D ?
Wracając...
Siadamy do planowania naszego wariantu. Celujemy aby być w okolicach zmroku z powrotem w bazie, tak aby na spokojnie zjeść, przebrać się i nie musieć gnać na Tropiciela na ostatnią chwilę. Uznajemy, że najprawdopodobniej uda nam się zatem zrobić tylko jedną z map. Wybór pada zatem na tą z większą ilością punktów opisowych/zagadek. To jest przecież kwintesencja Jaszczura!
Na załączonym powyżej zdjęciu to ten arkusz po prawej stronie. Oprócz odcinków "wysokościowych" na mapie mamy także wycinki z 1935 roku, przedstawiające różne domy i zabudowania... co to dokładnie będzie, przyjdzie nam odkryć po drodze. Przypisanie wycinków do otworów w mapie zajmie nam klasycznie... jak zawsze tutaj... około 45 minut i nie mamy żadnej pewności, że zrobiliśmy to dobrze. Najwyżej trzeba będzie korygować w terenie.
Diabeł numer 2: Wychodząc z bazy przekonujemy się, że "wielka sława to żart" bo łapie nas inny jaszczurowy rowerzysta i pyta:
- Szkodnik?
- (Basia w konsternacji trochę) yyy Tak.
- Ha! Widziałem, że to Wy.
Hahaha, okazało się, że rozpoznano nas "po blogu". To miłe, ale i śmieszne zarazem - tego bym się nie spodziewał, bo wiele tutejszych wpisów jest hmmm hermetycznych i stawia nas w dziwnym świetle... albo w krzywym zwierciadle. (patrz kawał o zaskoczeniu...) Tak, skwitujmy to takim określeniem aby nie powiedzieć inaczej :D
Jak to było w całości? "Wielka sława to żart, wariant nasz chuja jest wart, lampion toczy się w chaszcz, gałęzie znów drapią w paszcz..." czy jakość tak (TUTAJ możecie sprawdzić czy nic nie popieprzyłem z tekstem)
- dobrze, że na swój pierwszy raz trafili na taką edycję, może - dzięki temu - się nie zniechęcą za bardzo
- szkoda, że nie trafili na przejebaną edycję, aby podzielić nasz żałosny los na tym kurwi dole... eeee.... łez padole, łez padole!
Ciekawe co ich zaskoczy na trasie... a mówiąc o zaskoczeniu, znacie ten dowcip -->
Mąż pichci jakieś dobroci w kuchni i pyta żony: "co chcesz na obiad?"
Ona: "Zaskocz mnie"
On: RUCHAM TWOJĄ SIOSTRĘ!
Ja myślicie, udało się zaskoczyć :D :D :D ?
Wracając...
Siadamy do planowania naszego wariantu. Celujemy aby być w okolicach zmroku z powrotem w bazie, tak aby na spokojnie zjeść, przebrać się i nie musieć gnać na Tropiciela na ostatnią chwilę. Uznajemy, że najprawdopodobniej uda nam się zatem zrobić tylko jedną z map. Wybór pada zatem na tą z większą ilością punktów opisowych/zagadek. To jest przecież kwintesencja Jaszczura!
Na załączonym powyżej zdjęciu to ten arkusz po prawej stronie. Oprócz odcinków "wysokościowych" na mapie mamy także wycinki z 1935 roku, przedstawiające różne domy i zabudowania... co to dokładnie będzie, przyjdzie nam odkryć po drodze. Przypisanie wycinków do otworów w mapie zajmie nam klasycznie... jak zawsze tutaj... około 45 minut i nie mamy żadnej pewności, że zrobiliśmy to dobrze. Najwyżej trzeba będzie korygować w terenie.
Diabeł numer 2: Wychodząc z bazy przekonujemy się, że "wielka sława to żart" bo łapie nas inny jaszczurowy rowerzysta i pyta:
- Szkodnik?
- (Basia w konsternacji trochę) yyy Tak.
- Ha! Widziałem, że to Wy.
Hahaha, okazało się, że rozpoznano nas "po blogu". To miłe, ale i śmieszne zarazem - tego bym się nie spodziewał, bo wiele tutejszych wpisów jest hmmm hermetycznych i stawia nas w dziwnym świetle... albo w krzywym zwierciadle. (patrz kawał o zaskoczeniu...) Tak, skwitujmy to takim określeniem aby nie powiedzieć inaczej :D
Jak to było w całości? "Wielka sława to żart, wariant nasz chuja jest wart, lampion toczy się w chaszcz, gałęzie znów drapią w paszcz..." czy jakość tak (TUTAJ możecie sprawdzić czy nic nie popieprzyłem z tekstem)
Historia zaklęta wśród drzew...
Ruszamy w Puszczę odkrywać kompletnie nam nieznane tereny. Oczywiście nie mamy także żadnej pewności czy wycinki wysokościowe przypasowaliśmy poprawnie do pustych "dziur" na mapie... tego nie da się do końca określić w bazie. Mamy swoje typy, mamy zrobione przypisania, ale dopiero w terenie będziemy w stanie zweryfikować czy zostało to dobrze zrobione.
Właściwie od samego początku naszej wyprawy trafiamy na miejsca mocno związane z historią. Chociaż dobrze wiemy, że lasy nierzadko skrywają różne tajemnicę, to nadal jesteśmy zaskoczeni jak wiele tajemniczych miejsc w tej puszczy dzisiaj odnajdziemy.
Związane jest to z faktem, że tereny te były niegdyś dość mocno zamieszkane... dość mocno w rozumieniu leśnych osad i przyczółków, a nie metropolii miejskich - więc weźcie sobie na to poprawkę...
[30.12.2024]... i tu opowieść się urywa... "zbrakło forsy, zbrakło sił..." (całość to szanta - TUTAJ), ale skoro jeden obraz mówi więcej niż 1000 słów to zapraszam do sporej galerii z rajdu...
Właściwie od samego początku naszej wyprawy trafiamy na miejsca mocno związane z historią. Chociaż dobrze wiemy, że lasy nierzadko skrywają różne tajemnicę, to nadal jesteśmy zaskoczeni jak wiele tajemniczych miejsc w tej puszczy dzisiaj odnajdziemy.
Związane jest to z faktem, że tereny te były niegdyś dość mocno zamieszkane... dość mocno w rozumieniu leśnych osad i przyczółków, a nie metropolii miejskich - więc weźcie sobie na to poprawkę...
[30.12.2024]... i tu opowieść się urywa... "zbrakło forsy, zbrakło sił..." (całość to szanta - TUTAJ), ale skoro jeden obraz mówi więcej niż 1000 słów to zapraszam do sporej galerii z rajdu...
Lampion przebiegły jak...

W krzaki, znowu w krzaki :D

Śladami dawnych wsi

Uwielbiam takie miejsca na punkty kontrolne

Szkodnik inwentaryzuje wnętrze :P

Znowu cały dzień w lesie

Klimatycznie

Szkodnik pomiarowy :D

Kolejny lampion nasz

Komisyjne odczytywanie nagrobków

Wciąż dalej i dalej

Hydro obiekty!

Na brzegu rzeczki, opodal krzaczka, wisiał Lampion :D

Rypiemy na wydmę :P

Kolejne ruiny domu

Zdobywanie pierwszego piętra

Przeloty

Epitafium do odczytania

Mówiłem Wam, że kocham epitafia... a jedno z najprostszych, a jednocześnie najpiękniejszych jakie widziałem (bo dotyka wieczności całej) brzmi:
"Kiedyś mnie nie było, potem się stałem... teraz znów mnie nie ma" (GENIALNE, po prostu genialne w swojej prostocie i - nie wiem jak Was - ale mnie łapie za serce)

Gdy patrzysz w otchłań (studni), to otchłań patrzy w twoją duszę... eee te teksty są do Nietzsche'ego (obczajcie materiał TUTAJ)

Kolejne pomiary... albo dendrofilia :)

Historia ruin - niesamowita historia wspólnego sąsiedztwa w czasach gdy świat zmierzał do drugiej "rundy"pierwszej wojny światowej

Nad wodą

Zachód słońca

Kolejne ruiny

Jak lampion w stogu siana...

Kategoria Rajd, SFA
Rajd miejski KRAKÓW
-
DST
66.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 13 października 2024 | dodano: 16.10.2024
Nikt nie spodziewał się Silesii Race w Krakowie! A tu taka niespodzianka! Marcin z Planety Przygody, autor niejednej trasy w Beskidach i na Śląsku tym razem zawitał u nas, w dawnej stolicy Rzeczypospolitej i postanowił zrobić tutaj rajd miejski. Co więcej, robi go w niedzielę, umożliwiając nam sobotni wypad w Tatry! No żyć - nie umierać! To super sprawa mieć rajd właściwie pod domem. To rewelacja ale i rzadkość, bo do tej pory to mieliśmy FUNEX (listopad 2013), gdy o tym blogu to się jeszcze nie śniło... a był to nasz pierwszy rajd także "po nocy" bo limit był koło 2:00 w nocy! Jak bardzo NIEPRZYGOTOWANI byliśmy na jazdę po zmroku to naprawdę dobra historia... ech szkoda, że nie ma relacji z tej imprezy). Potem udało nam się wybrać na dwie edycje Adventure Trophy (pierwszy raz w 2017 roku, a drug raz na Mistrzostwa Europy w Rajdach Przygodowych w 2019). I to chyba tyle, bo nie liczę tutaj wszystkich krótkich czwartkowych KrakINO bo mówimy o całodziennych (lub znaczenie dłuższych!) rajdach.
Zapisujemy się zatem, ale za zgodę Marcin polecimy poza klasyfikacją (NKL) bo chcemy zrobić całą trasę na rowerze, bez części pieszych czy kajakowych.
Innymi słowy, tym razem wpadamy w roli inspektoratu, czyli dokonamy inspekcji przygotowanej trasy. Rajd miejski KRAKÓW - Witamy w mieście królów Polski :)
Zapisujemy się zatem, ale za zgodę Marcin polecimy poza klasyfikacją (NKL) bo chcemy zrobić całą trasę na rowerze, bez części pieszych czy kajakowych.
Innymi słowy, tym razem wpadamy w roli inspektoratu, czyli dokonamy inspekcji przygotowanej trasy. Rajd miejski KRAKÓW - Witamy w mieście królów Polski :)
W drodze do bazy - Błonia :)

Mostek nad Rudawą

Oczekiwania vs rzeczywistość czyli czytanie ze zrozumieniem pomaga :D
Rajd miejski, tak? MIEJSKI! Wiemy co znaczy to słowo, prawda? Pisało, że to rajd MIEJSKI. Byliśmy na Rajdzie Katowice nieraz (na przykład TUTAJ, więc znamy też formę tej zabawy - trasa będzie przebiegać przez miasto i może minimalnie przez jego obrzeża. Niemniej gdy rano zmierzamy do bazy, to zastanawiamy się czy rajd zahaczy o Puszczę Dulowską albo chociaż Garb Zabierzowski... my jesteśmy niereformowalni... Jak myślę o tym teraz, to nie wiem jak chciałem Rajd Miejski KRAKÓW rozegrać w Puszczy Dulowskiej... no ale chciałem :D
Na odprawie Marcin przedstawia zasady zabawy i punkty kontrolne. No nie będzie Puszczy Dulowskiej za Krzeszowicami na rajdzie w Krakowie. Szok, prawda?
No ale będzie za to Lasek Wolski, Lasek Tyniecki, WTR'ka i kilka innych znanych fajnych krakowskich miejscówek.
Jako że baza jest tuż przy Błoniach, postanawiamy zacząć od najdalszych punktów. Decyzja ta jest spowodowana tym, że skoro lecimy poza klasyfikacją, to nie chcemy "korkować" punktów kontrolnych przy bazie. Dla niektórych ekip strata nawet 2-3 minut może być na wagę... dosłownie ZŁOTA, a nie wiemy jakie będą zadania na tych punktach. Czasem zdarzają się "korki", zwłaszcza jak zadanie bywa czasochłonne - pamiętam na przykład, że na jednym Rajdzie Katowice bardziej opłacało się wziąć karę czasową za niewykonanie zadania, niż czekać w kolejce (to była sztuczna ścianka wspinaczkowa, która została oblężona przez najmłodszych - jednocyfrowych pod kątem wieku - uczestników rajdu).
Lecimy zatem odwrotnie do "logiki" rajdu, tak na wszelki wypadek. Dla nas NKL'owców to nie ma znaczenia, bo i tak planujemy zaliczyć wszystkie punkty kontrolne.
Niby będzie to Rajd Miejski, a wyjdzie 700m przewyższenia :D
No ba! Lasek Wolski i Tyniecki zrobią swoje... nasze autorskie warianty też. No ale to nasze miasto, możemy cisnąć każdym możliwym najgłupszym - ale i najkrótszym wariantem.
Rajd miejski i noszenie przez wiatrołomy? A czemu NIE !!!
Tak się bawi KRAKÓW :D :D :D
Na odprawie Marcin przedstawia zasady zabawy i punkty kontrolne. No nie będzie Puszczy Dulowskiej za Krzeszowicami na rajdzie w Krakowie. Szok, prawda?
No ale będzie za to Lasek Wolski, Lasek Tyniecki, WTR'ka i kilka innych znanych fajnych krakowskich miejscówek.
Jako że baza jest tuż przy Błoniach, postanawiamy zacząć od najdalszych punktów. Decyzja ta jest spowodowana tym, że skoro lecimy poza klasyfikacją, to nie chcemy "korkować" punktów kontrolnych przy bazie. Dla niektórych ekip strata nawet 2-3 minut może być na wagę... dosłownie ZŁOTA, a nie wiemy jakie będą zadania na tych punktach. Czasem zdarzają się "korki", zwłaszcza jak zadanie bywa czasochłonne - pamiętam na przykład, że na jednym Rajdzie Katowice bardziej opłacało się wziąć karę czasową za niewykonanie zadania, niż czekać w kolejce (to była sztuczna ścianka wspinaczkowa, która została oblężona przez najmłodszych - jednocyfrowych pod kątem wieku - uczestników rajdu).
Lecimy zatem odwrotnie do "logiki" rajdu, tak na wszelki wypadek. Dla nas NKL'owców to nie ma znaczenia, bo i tak planujemy zaliczyć wszystkie punkty kontrolne.
Niby będzie to Rajd Miejski, a wyjdzie 700m przewyższenia :D
No ba! Lasek Wolski i Tyniecki zrobią swoje... nasze autorskie warianty też. No ale to nasze miasto, możemy cisnąć każdym możliwym najgłupszym - ale i najkrótszym wariantem.
Rajd miejski i noszenie przez wiatrołomy? A czemu NIE !!!
Tak się bawi KRAKÓW :D :D :D
Kraków :D

Nadal Kraków :D

Nasze główne ulice miasta :D

Szermierze na rowerze :D

Boczne uliczki wielkiego miasta :D

Są budynki, no to jest to miasto - koniec dyskusji :D

Widok z osiedla :D

Kraków ma naprawdę dobre drogowe oznakowanie - w tym mieście się nie zgubisz :D

Skrót do piekarni :D

Komunikacja miejska znana z PŁYNNOŚCI ruchu :D

Po Lasku Wolskim ruszamy na WTR'kę w stronę Tyńca i Skawiny. Owszem chwilę będziemy trzymać się naszego kultowego VELO, ale szybko przyjdzie czas na przejazd w wariancie autorskim... tak zwany wariant czarny... pamiętajcie, że przez krzaki często bywa bliżej! Niekoniecznie szybciej, ale bliżej na pewno :D
W drugiej części dnia niestety zacznie nam padać i to dość mocno... październik i deszcz. Zimno... ewidentnie "zapachniało powiewem jesieni, z wiatrem zimnym uleciał wariantu nam sens, tak być musi, niczego nie może już zmienić, brylanty na na krańcach tych rzęs" (parafraza klasyki)
Jeden z punktów będzie w naszych kultowych KAWERNACH - muszę przyznać, że Marcin naprawdę przyłożył się do miejscówek na punkty kontrolne. Nie wszyscy wiedzą, że mamy kawerny... a zwłaszcza, jak ktoś nie mieszka na co dzień w Krakowie!
W drugiej części dnia niestety zacznie nam padać i to dość mocno... październik i deszcz. Zimno... ewidentnie "zapachniało powiewem jesieni, z wiatrem zimnym uleciał wariantu nam sens, tak być musi, niczego nie może już zmienić, brylanty na na krańcach tych rzęs" (parafraza klasyki)
Jeden z punktów będzie w naszych kultowych KAWERNACH - muszę przyznać, że Marcin naprawdę przyłożył się do miejscówek na punkty kontrolne. Nie wszyscy wiedzą, że mamy kawerny... a zwłaszcza, jak ktoś nie mieszka na co dzień w Krakowie!
Tyniec :)

Droga na Skawinę nadal niewyasfaltowana :D (i dobrze! tak ma zostać!)

Lasek Tyniecki - skrót do zielonego szlaku :D

Drogowcy pracują dla Ciebie, uśmiechnij się :D

Ulicą Polną :D

A teraz leśną :)

Kapliczka przy drodze :)

Piaszczysta :D (tak naprawdę przedłużenie Skotnickiej, ale na potrzeby relacji została Piaszczystą :D)

Pychowicka, to od srogiego WYPYCHU - wszystko się zgadza :D

Uważajcie na te miejsca w mieście :D

Za dnia jeszcze jakoś idzie przetrwać wizytę tutaj...

...ale po nocy robi się niebezpiecznie (TAK, TAK, to właśnie tutaj robiliśmy sesję promocyjną naszego pierwszego wielkiego rajdu - Wiosenne CZARNE KoRNO)

Jak gra terenowa, to gra terenowa - nieważne że nie nasza, zbieramy :D

Jedyny lampion na trasie, bo Marcin ostatnio zapadł na LAMPIONO-WSTRĘT i operujmy na punktach bardzo fotogenicznych :D

Przypadkiem wpadamy - pod Kopcem Kościuszki - na imprezę w forcie, a tam mają BnO - także bierzemy !!!!

"Już miałem na oku hacjendę, piękną mówię Wam..."

SMOKU Po raz kolejny. Tym razem lokalnie czyli bez przejazdu rowerem z Warszawy czy Przemyśla :D

Było super! Mimo deszczu w drugiej połowie rajdu. Kapitalnie sobie "tak polatać" po własnym mieście i zrobić 700 m przewyższeń :D :D :D
Aha, no i najważniejsze - Marcin - jak byś robił kolejną edycję to:
- z chęcią ją także przejedziemy
- ale możemy też zbudować Ci część rowerową (i wiesz, zrobimy to zgodnie z wszelakimi wymaganiami: Kraków historyczny? Spoko, Kraków nietypowy - no ba!, Kraków przejebany - mówisz masz! :D :D :D
Aha, no i najważniejsze - Marcin - jak byś robił kolejną edycję to:
- z chęcią ją także przejedziemy
- ale możemy też zbudować Ci część rowerową (i wiesz, zrobimy to zgodnie z wszelakimi wymaganiami: Kraków historyczny? Spoko, Kraków nietypowy - no ba!, Kraków przejebany - mówisz masz! :D :D :D
Kategoria Rajd, SFA
Kiwon 2024
-
DST
107.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 5 października 2024 | dodano: 08.10.2024
Mimo, że startujemy już ponad 10 lat we wszelakich rajdach na orientację, to na KIWON - legendarną imprezę tego półświatka - jeszcze nigdy wcześniej nie dotarliśmy. Powód był jednak prozaicznie prosty: KIWONiasty nie organizował tras rowerowych. Owszem... czasem startujemy pieszo i kilka razy był pomysł uderzenia na "konika" (dla niekumatych ---> KIWON) z buta, ale październiki nierzadko bywają mocno rajdowe i zawsze wygrywała inna impreza z dwoma kołami w tle. Jak ktoś wie, jak bardzo kochamy Beskid Niski, ten także zrozumie, że mieliśmy o to pewien żal... ech, brak rowerów na tej imprezie dość mocno łamał nasze sercach. Tzn. łamałby je gdybyśmy je mieli.
Jak to powiedział kiedyś Stephen King: "mam serce małego chłopca, trzymam je w słoiku na biurku" :D :D :D
Aż nastał rok 2024 i mamy wjazd - dosłownie, wjazd, czaicie bazę? - wjazd na Kiwon rowerami. To zacna kooperatywa klasycznych KIWON'iastych z zawodnikami (vox populi, vox dei - a to pupuli grubo darło ryja o ROWER) Trasę rowerową układa Ania, a w bazie pomagać będzie jej Grzesiek, których znamy już... o Panieee... laaaaaata... Jak to niegdyś powiedziała przeurocza Bridget von Hammersmark do upiornego, ale hipnotyzująco charyzmatycznego SS-Sturmbannfuhrer'a Dieter'a Hellstrom'a: "Jesteśmy starymi przyjaciółmi, majorze. Z bardzo starych czasów. Starszych, niż aktorka powinna wspominać..." (*) - jak ktoś nie ogarnia, to fragment tej klasyki jest TUTAJ.
A skoro mamy taką a nie inną sytuację, to na imprezę wbijamy jak osikowy kołek w wampira. Budzik ustawiony na 3:30 (w nocy? nad ranem?... co będzie mieć też swoje konsekwencje dzisiaj...) i ruszamy w Beskid Niski-ale-stromy. Niestety prognozy pogody nie są łaskawe: ostatnie dni to deszcz, deszcz, deszcz i jeszcze trochę deszczu... a po deszczu to dopiero przychodzi ulewa... ech. Piękna, złota jesień nam dziś nie grozi... choć i tak w sobotę ma być trochę lepiej niż na przykład w piątek.
Inna sprawa, że we mgle i deszczu, to góry także bywają niesamowite... klimatyczne i złowieszcze...
No nic, to chyba tyle tytułem wstępu.
Zapraszam zatem na opowieść o pewnym niesamowity rajdzie, który w nie-mniej pokazowy sposób położyliśmy na całej linii. Chociaż to także zależy pod jakim kątem się na sprawę spojrzy, bo pod kątem polityki "damage control" (tzw. kontrolowanej katastrofy i zarządzania kryzysowego) to jestem z nas dumny. Nie zmienia to jednak faktu, że katastrofa to katastrofa i nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Zobaczycie jednak, że mogło być o wiele, naprawdę o wiele, wiele gorzej, bo czasami walczy się NIE o sukces, ale o minimalizację strat.
I właśnie to z efektów tej walki jesteśmy naprawdę dumni. Z samego wyniku na rajdzie już mn-NIE-j, bo finalny wynik to ZŁO, KATASTROFA, PORAŻKA, SROMOTA... tak, sromota najbardziej.
Jak to powiedział kiedyś Stephen King: "mam serce małego chłopca, trzymam je w słoiku na biurku" :D :D :D
Aż nastał rok 2024 i mamy wjazd - dosłownie, wjazd, czaicie bazę? - wjazd na Kiwon rowerami. To zacna kooperatywa klasycznych KIWON'iastych z zawodnikami (vox populi, vox dei - a to pupuli grubo darło ryja o ROWER) Trasę rowerową układa Ania, a w bazie pomagać będzie jej Grzesiek, których znamy już... o Panieee... laaaaaata... Jak to niegdyś powiedziała przeurocza Bridget von Hammersmark do upiornego, ale hipnotyzująco charyzmatycznego SS-Sturmbannfuhrer'a Dieter'a Hellstrom'a: "Jesteśmy starymi przyjaciółmi, majorze. Z bardzo starych czasów. Starszych, niż aktorka powinna wspominać..." (*) - jak ktoś nie ogarnia, to fragment tej klasyki jest TUTAJ.
A skoro mamy taką a nie inną sytuację, to na imprezę wbijamy jak osikowy kołek w wampira. Budzik ustawiony na 3:30 (w nocy? nad ranem?... co będzie mieć też swoje konsekwencje dzisiaj...) i ruszamy w Beskid Niski-ale-stromy. Niestety prognozy pogody nie są łaskawe: ostatnie dni to deszcz, deszcz, deszcz i jeszcze trochę deszczu... a po deszczu to dopiero przychodzi ulewa... ech. Piękna, złota jesień nam dziś nie grozi... choć i tak w sobotę ma być trochę lepiej niż na przykład w piątek.
Inna sprawa, że we mgle i deszczu, to góry także bywają niesamowite... klimatyczne i złowieszcze...
No nic, to chyba tyle tytułem wstępu.
Zapraszam zatem na opowieść o pewnym niesamowity rajdzie, który w nie-mniej pokazowy sposób położyliśmy na całej linii. Chociaż to także zależy pod jakim kątem się na sprawę spojrzy, bo pod kątem polityki "damage control" (tzw. kontrolowanej katastrofy i zarządzania kryzysowego) to jestem z nas dumny. Nie zmienia to jednak faktu, że katastrofa to katastrofa i nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Zobaczycie jednak, że mogło być o wiele, naprawdę o wiele, wiele gorzej, bo czasami walczy się NIE o sukces, ale o minimalizację strat.
I właśnie to z efektów tej walki jesteśmy naprawdę dumni. Z samego wyniku na rajdzie już mn-NIE-j, bo finalny wynik to ZŁO, KATASTROFA, PORAŻKA, SROMOTA... tak, sromota najbardziej.
"Chyba dobrze się już znamy, wdychamy się do płuc
mamy nastrój z porcelany i tak łatwo nam go stłuc
Za dobą doba mija, tak jakby nam na złość
obojętność mnie dobija, Ty już dawno masz mnie dość
Sama nie jesteś bez skazy, więc zanim wpadniesz w gniew
zastanów się dwa razy, czy szaleństwa czujesz zew (i czy chcesz przelewać krew?) (piosenka KOŁOWROTEK)
Długi cytat na początek, ale sporo z powyższych wersów bardzo dobrze oddaje, to co się stało na początku rajdu ("mamy nastrój z porcelany i tak łatwo nam go stłuc...").
Nasz "Dream Team" przeżyje spory kryzys, jeden z największych w naszej historii. Czy wyniknie on z niewyspania czy z czegoś innego, to w sumie ciężko stwierdzić. Owszem przez różne nietypowe zdarzenia ostatniego tygodnia od środowej nocy spaliśmy łącznie tylko 11 godzin... bo - na przykład - w czwartek Basia miała z pracy wyjazd w Kotlinę Kłodzką pomagać przy usuwaniu skutków powodzi. Inna sprawa że to kapitalnie, iż firmy organizują płatne urlopy dla chętnych, którzy zgłoszą się do pracy. U mnie w firmie też była taka opcja - zgłaszasz, że jedziesz i jedziesz. Nie tracisz urlopu, masz ubezpieczenie, tak jakbyś był normalnie w pracy (delegacja), a na miejscu koordynatorzy (głównie) ze Straży Pożarnej przydzielają Cię do pomocy przy konkretnej robocie pod konkretnym adresem. Naprawdę podobają mi się takie inicjatywy!
A to tylko jedna z kilku akcji z poprzedniego tygodnia... ogólnie zatem snu będzie trochę za mało. I to jest po prostu fakt.
Chciałbym tylko zaznaczyć, że to nie jest wymówka dla gorszego wyniku. Wyrosłem już z takiej narracji "bo coś tam..." lata temu. Wszystko co robimy to nasz wybór i nasze decyzje. Złe przygotowanie do zawodów to błąd strategii/taktyki/przygotowań. Tyle w temacie. Piszę o tym tylko po to, abyście lepiej zrozumieli zdarzenia, jakie będą miały miejsce, bo dla niektórych mogą być one spory zaskoczeniem.
W bazie po 7:00 rano meldujemy się zatem dość mocno niewyspani. Ja jestem jeszcze na tyle zmulony, że gdy podpisuję formularz startowy i patrzę na zegarek, aby sprawdzić jaką mamy dziś datę, to wpiszę 7:49... Czterdziesty dziewiąty lipca :D
Jest grubo, ale czekajcie, to dopiero zapowiedź tego co będzie - nawigacja w takim stanie będzie jeszcze grubsza :D
Odprawa przebiega sprawnie, bo Ania szybko omówi mapy i punkty kontrolne. Padnie hasło "start" i możemy ruszać...
Już zaplanowanie wariantu... coś co uwielbiamy! Optymalizacja, problem komiwojażera, macierze, problemy NP-trudne to jest mój ukochany matematyczny świat, a dziś samo zaplanowanie wariantu jest mega trudne... i nie chodzi o to, że mapa jest wielowariantowa (chociaż jest i to bardzo!) ale... mamy problemy z... decyzyjnością. Kryzys zarządzania... może tak, a może inaczej. Może od zachodu, albo od wschodu... Nie możemy się zdecydować na jakikolwiek wariant. Co więcej, "jeszcze śpiąc" nie widzę na mapie takich szczegółów, że droga się kończy... jak nią za chwilę pojedziemy, to wjedziemy w jakiś dom i będziemy musieli robić korektę z nawrotką. A wiecie jakie korekty są najlepsze? Ano te drogami, które też się kończą... i tego też nie zobaczyliście na mapie. W praktyce nie było bowiem połączenia pomiędzy dwa drogami i na mapie było to widać, bardzo widać, ale jak patrzycie zaspanym okiem to, to takie niuanse jak ciągłość drogi mogą Wam umknąć.
Chwilę później uświadamiam sobie, że nie schowałem kluczyków do auta do wodoodpornego pokrowca i nadal wiozę je w kieszeni spodni. Jak przemokniemy, to pilot może nie być zadowolony z takiej sytuacji. Muszę się zatem zatrzymać, aby je zabezpieczyć. Chwilę potem okazuje się, że złożyłem na mapniku mapę tak, że pęd powietrza podwija ją tak bardzo, że nie da się nawigować. Innymi słowy złożyłem mapę tak jak pisma procesowe na tej stronie: "Pisma procesowe napisane na odpierdol"
Moje rozkojarzenie zaczyna lekko irytować Szkodnika ("...Ty już dawno masz mnie dość"), który zaczyna to coraz dobitniej wyrażać. Nakazuje mi sięgnąć po eliksir (kofeinę), a ja nadal twierdzę, że "jest w porzo i nie tragizujmy". Zaraz przecież wejdę w rajdowy trans i będzie git. Wystarczy mnie tylko "nie popychać", bo to bywa przeciwskuteczne. Cierpliwość, a nie stymulacja. Spokój, a nie burza...
Chwilę później przestrzeliwujemy cmentarz wojenny i to taki, który zlokalizowany jest zaraz przy drodze. Skręcamy z szosy i go po prost mijamy. Owszem... może jestem mega rozkojarzony i po prostu go nie widziałem, no ale halo! Nawiązując do Kazimierza Przerwy, powiem tak: Szkodnicze, końca wieku... zwiesiłbyś głowę niemy, bo Ty tez go nie zauważyłeś! ("...sama nie jesteś bez skazy, więc zanim wpadniesz w złość...").
No i mamy wybuch... obustronny. Nasz Dream Team rajdowy właśnie posypał się ja domek z kart... stoimy w jakimś polu, we mgle, deszczyk sobie kapie, a nas szarpie żądza - o! widzę, że nareszcie mam waszą pełną uwagę - dobrze, dobrze, acz rozczaruję Was... jest to żądza mordu. Okoliczne wioski w strachu, bo w Beskidzie Niskim bywamy częstymi gośćmi, więc tubylcy już się nauczyli, że hołduję zasadzie "Lepiej spalić jedno miasto niż złorzeczyć ciemnościom... Corgo nie złorzeczył... wiele razy".
Z perspektywy czasu to jest śmieszne, my naprawdę prawie wcale się nie kłócimy. Ja wiem, że są tacy co i tak w to nie uwierzą , ale naprawdę tak jest!
Niezależnie od tego czy mieści się to w czyjeś głowie czy nie. Nasze największe spory są właśnie o "warianty przez wiatrołomy i bagna" czy też o "zły skręt" :D.
I nie, nie są to wojny zastępcze (proxy war).
My to z takich, którzy raczej:
“Wiesz, nieważne jak bardzo się ze sobą kłóciliśmy, najbardziej nie lubiłam patrzeć jak odchodzisz.” - Księżniczka Leia do Hana Solo.
Niemniej na ten moment, właśnie mamy kryzys i Dream Team jest już odległym wspomnieniem. Ja jestem pragmatyczny do bólu, bo emocje są wrogiem rozsądku: widzę, że nie mogę się włączyć w tryb nawigacyjny, jestem świadom że robię błędy, więc spowalniam drużynę, więc propozycja może być tylko jedna: jedź sama. Przecież wiele par tak robi (my do tej pory nigdy!), rozdzielają się i nie ma w tym nic złego. Każde z nas umie nawigować, zwykle się bardzo uzupełniamy, ale przecież to nie jest obowiązkowe. Zrzuć balast i dawaj wpjerjot. Ja pojadę sam - włączę się w tryb rajdowy już na spokojnie i "może spotkamy się tam, gdzie trafi każde z nas, może spotkamy się tam gdzie w miejscu stoi czas" (czyli na mecie o 20:30 bo taki jest limit)...
Apogeum kryzysu jest na kolejnym punkcie kontrolnym - szczyt. Zostawiamy rowery za mygłami (składowisko drewna) i z buta idziemy po lampion. Ja spojrzałem na mapę: szczyt to szczyt, póki droga idzie pod górę jest git. Basia wzięła ze sobą mapę i mówi "to góra 100 metrów".
Idziemy z 10 min pod górę... k***a, długie te 100 metrów. Żadne z nas jednak - będąc lekko wściekłe - nie kwestionuje tego co robimy... takie klasyczne "szybciej, szybciej nim dojdzie do nas, że to bez sensu"
...aż jednak w końcu przychodzi opamiętanie. Ta góra ma dwa szczyty... jeden z lewo (niższy... 100 metrów... z lampionem) i drugi w prawo (daleko... bez lampionu). Zgadnijcie, na który idziemy... No właśnie, upośledzenie level hard...
W końcu robimy korektę i wbijamy z buta na dobry szczyt. Ech... jesteśmy ponad godzinę w plecy przez te głupie błędy... głupie, durne błędy: zawracanie na wiosce i krążenie w kółko po ulicach, przestrzelenie cmentarza, teraz "nie tak góra...". Cudownie... PKP czyli Pięknie, K***a, Pięknie...no a do tego mamy ochotę się pozabijać...
Nasz "Dream Team" przeżyje spory kryzys, jeden z największych w naszej historii. Czy wyniknie on z niewyspania czy z czegoś innego, to w sumie ciężko stwierdzić. Owszem przez różne nietypowe zdarzenia ostatniego tygodnia od środowej nocy spaliśmy łącznie tylko 11 godzin... bo - na przykład - w czwartek Basia miała z pracy wyjazd w Kotlinę Kłodzką pomagać przy usuwaniu skutków powodzi. Inna sprawa że to kapitalnie, iż firmy organizują płatne urlopy dla chętnych, którzy zgłoszą się do pracy. U mnie w firmie też była taka opcja - zgłaszasz, że jedziesz i jedziesz. Nie tracisz urlopu, masz ubezpieczenie, tak jakbyś był normalnie w pracy (delegacja), a na miejscu koordynatorzy (głównie) ze Straży Pożarnej przydzielają Cię do pomocy przy konkretnej robocie pod konkretnym adresem. Naprawdę podobają mi się takie inicjatywy!
A to tylko jedna z kilku akcji z poprzedniego tygodnia... ogólnie zatem snu będzie trochę za mało. I to jest po prostu fakt.
Chciałbym tylko zaznaczyć, że to nie jest wymówka dla gorszego wyniku. Wyrosłem już z takiej narracji "bo coś tam..." lata temu. Wszystko co robimy to nasz wybór i nasze decyzje. Złe przygotowanie do zawodów to błąd strategii/taktyki/przygotowań. Tyle w temacie. Piszę o tym tylko po to, abyście lepiej zrozumieli zdarzenia, jakie będą miały miejsce, bo dla niektórych mogą być one spory zaskoczeniem.
W bazie po 7:00 rano meldujemy się zatem dość mocno niewyspani. Ja jestem jeszcze na tyle zmulony, że gdy podpisuję formularz startowy i patrzę na zegarek, aby sprawdzić jaką mamy dziś datę, to wpiszę 7:49... Czterdziesty dziewiąty lipca :D
Jest grubo, ale czekajcie, to dopiero zapowiedź tego co będzie - nawigacja w takim stanie będzie jeszcze grubsza :D
Odprawa przebiega sprawnie, bo Ania szybko omówi mapy i punkty kontrolne. Padnie hasło "start" i możemy ruszać...
Już zaplanowanie wariantu... coś co uwielbiamy! Optymalizacja, problem komiwojażera, macierze, problemy NP-trudne to jest mój ukochany matematyczny świat, a dziś samo zaplanowanie wariantu jest mega trudne... i nie chodzi o to, że mapa jest wielowariantowa (chociaż jest i to bardzo!) ale... mamy problemy z... decyzyjnością. Kryzys zarządzania... może tak, a może inaczej. Może od zachodu, albo od wschodu... Nie możemy się zdecydować na jakikolwiek wariant. Co więcej, "jeszcze śpiąc" nie widzę na mapie takich szczegółów, że droga się kończy... jak nią za chwilę pojedziemy, to wjedziemy w jakiś dom i będziemy musieli robić korektę z nawrotką. A wiecie jakie korekty są najlepsze? Ano te drogami, które też się kończą... i tego też nie zobaczyliście na mapie. W praktyce nie było bowiem połączenia pomiędzy dwa drogami i na mapie było to widać, bardzo widać, ale jak patrzycie zaspanym okiem to, to takie niuanse jak ciągłość drogi mogą Wam umknąć.
Chwilę później uświadamiam sobie, że nie schowałem kluczyków do auta do wodoodpornego pokrowca i nadal wiozę je w kieszeni spodni. Jak przemokniemy, to pilot może nie być zadowolony z takiej sytuacji. Muszę się zatem zatrzymać, aby je zabezpieczyć. Chwilę potem okazuje się, że złożyłem na mapniku mapę tak, że pęd powietrza podwija ją tak bardzo, że nie da się nawigować. Innymi słowy złożyłem mapę tak jak pisma procesowe na tej stronie: "Pisma procesowe napisane na odpierdol"
Moje rozkojarzenie zaczyna lekko irytować Szkodnika ("...Ty już dawno masz mnie dość"), który zaczyna to coraz dobitniej wyrażać. Nakazuje mi sięgnąć po eliksir (kofeinę), a ja nadal twierdzę, że "jest w porzo i nie tragizujmy". Zaraz przecież wejdę w rajdowy trans i będzie git. Wystarczy mnie tylko "nie popychać", bo to bywa przeciwskuteczne. Cierpliwość, a nie stymulacja. Spokój, a nie burza...
Chwilę później przestrzeliwujemy cmentarz wojenny i to taki, który zlokalizowany jest zaraz przy drodze. Skręcamy z szosy i go po prost mijamy. Owszem... może jestem mega rozkojarzony i po prostu go nie widziałem, no ale halo! Nawiązując do Kazimierza Przerwy, powiem tak: Szkodnicze, końca wieku... zwiesiłbyś głowę niemy, bo Ty tez go nie zauważyłeś! ("...sama nie jesteś bez skazy, więc zanim wpadniesz w złość...").
No i mamy wybuch... obustronny. Nasz Dream Team rajdowy właśnie posypał się ja domek z kart... stoimy w jakimś polu, we mgle, deszczyk sobie kapie, a nas szarpie żądza - o! widzę, że nareszcie mam waszą pełną uwagę - dobrze, dobrze, acz rozczaruję Was... jest to żądza mordu. Okoliczne wioski w strachu, bo w Beskidzie Niskim bywamy częstymi gośćmi, więc tubylcy już się nauczyli, że hołduję zasadzie "Lepiej spalić jedno miasto niż złorzeczyć ciemnościom... Corgo nie złorzeczył... wiele razy".
Z perspektywy czasu to jest śmieszne, my naprawdę prawie wcale się nie kłócimy. Ja wiem, że są tacy co i tak w to nie uwierzą , ale naprawdę tak jest!
Niezależnie od tego czy mieści się to w czyjeś głowie czy nie. Nasze największe spory są właśnie o "warianty przez wiatrołomy i bagna" czy też o "zły skręt" :D.
I nie, nie są to wojny zastępcze (proxy war).
My to z takich, którzy raczej:
“Wiesz, nieważne jak bardzo się ze sobą kłóciliśmy, najbardziej nie lubiłam patrzeć jak odchodzisz.” - Księżniczka Leia do Hana Solo.
Niemniej na ten moment, właśnie mamy kryzys i Dream Team jest już odległym wspomnieniem. Ja jestem pragmatyczny do bólu, bo emocje są wrogiem rozsądku: widzę, że nie mogę się włączyć w tryb nawigacyjny, jestem świadom że robię błędy, więc spowalniam drużynę, więc propozycja może być tylko jedna: jedź sama. Przecież wiele par tak robi (my do tej pory nigdy!), rozdzielają się i nie ma w tym nic złego. Każde z nas umie nawigować, zwykle się bardzo uzupełniamy, ale przecież to nie jest obowiązkowe. Zrzuć balast i dawaj wpjerjot. Ja pojadę sam - włączę się w tryb rajdowy już na spokojnie i "może spotkamy się tam, gdzie trafi każde z nas, może spotkamy się tam gdzie w miejscu stoi czas" (czyli na mecie o 20:30 bo taki jest limit)...
Apogeum kryzysu jest na kolejnym punkcie kontrolnym - szczyt. Zostawiamy rowery za mygłami (składowisko drewna) i z buta idziemy po lampion. Ja spojrzałem na mapę: szczyt to szczyt, póki droga idzie pod górę jest git. Basia wzięła ze sobą mapę i mówi "to góra 100 metrów".
Idziemy z 10 min pod górę... k***a, długie te 100 metrów. Żadne z nas jednak - będąc lekko wściekłe - nie kwestionuje tego co robimy... takie klasyczne "szybciej, szybciej nim dojdzie do nas, że to bez sensu"
...aż jednak w końcu przychodzi opamiętanie. Ta góra ma dwa szczyty... jeden z lewo (niższy... 100 metrów... z lampionem) i drugi w prawo (daleko... bez lampionu). Zgadnijcie, na który idziemy... No właśnie, upośledzenie level hard...
W końcu robimy korektę i wbijamy z buta na dobry szczyt. Ech... jesteśmy ponad godzinę w plecy przez te głupie błędy... głupie, durne błędy: zawracanie na wiosce i krążenie w kółko po ulicach, przestrzelenie cmentarza, teraz "nie tak góra...". Cudownie... PKP czyli Pięknie, K***a, Pięknie...no a do tego mamy ochotę się pozabijać...
Przez mgły...

...i pod górę...

...dymamy nie na ten szczyt co potrzeba...

...tymczasem na właściwym szczycie.

...i - CYK !!! - zmiana narracji, idziemy w to łeb w łeb
bo nagłe zmiany akcji, to dla nas powszedni chleb
Zapętleni w naszym losie, ułożeni w nieporządku
tak stabilni w tym chaosie, zaczynamy od początku !!!! (nadal piosenka "KOŁOWROTEK")
Postanawiamy podjąć jedyną racjonalną decyzję: zakopać topór wojenny. Ja obalam flachę z eliksirem i czuję jak mi się oczka otwierają, a Szkodnik bierze... na wstrzymanie. Emocje opadają. Jesteśmy ponad godzinę w plecy, ale jeśli nic nie zmienimy, to nasza sytuacja raczej się nie poprawi. Pora na rozejm i odbudowę naszego Dream Team'u - tego co dyma na rympał przez bagna i wiatrołomy ciesząc patelnię, wraca do Krakowa z Warszawy na rowerze, tego co jak objeżdża Tatry to tylko szlakami, tego co nawet przez nieprzebyte śniegi rypie na rowerze... Polityka DAMAGE CONTROL po raz pierwszy. Straconej godziny już nie odzyskamy, ale możemy zacząć w końcu robić coś z sensem. To będzie reset lepszy niż ten Bush - Putin, lepszy bo bardziej szczery - nie ujrzałem w oczach Szkodnika demokraty. Bynajmniej, to nie ten adres :P
Ujrzałem to co miałem ujrzeć i niech to Wam wystarczy za opis: "...choć czasem burza między nami i bije ostry grad, chcę z Tobą moknąć, poznawać razem świat".
Sojusz, Syndykat, Dwu-Przymierze, Dwój-Porozumienie, Kondominium znowu działa! Zabieramy się do odrabiania strat. Pora wracać do pracy i zacząć zbierać lampionowe żniwo.
Ruszamy w mgłę i deszcz z nowym nastawieniem i z nowym planem. Jako, że część dróg jest nieprzejezdnych... i nie chodzi o to, że są zabłocone. Zwykłe błoto nam nie straszne - mówię o błocie, które się klei, zatyka wszelakie prześwity, uniemożliwiając obrót kół oraz lepi się do roweru, w takiej ilości że maszyna zaczyna ważyć chyba z tonę... no więc jako, że część z dróg jest w ten sposób nieprzejezdnych kreślimy nasz wariant zupełnie na nowo. To nam trochę utrudni sprawę pod kątem zaplanowania przejazdu, ale czasem warto zrobić krok wstecz i zacząć od nowa. Jak to mawiał dowódca naszego plutonu w stopniu kapitana: "zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia".
TAK JEST... ale mówiąc szczerze, to drugi krok protokołu "DAMAGE CONTROL". Skoro mamy jakoś pojechać ten rajd, to zróbmy to w końcu z sensem.
A i jeszcze jedna sprawa: BARTNE. Jeden z punktów kontrolnych jest w Bacówce w Bartnem. Mimo, że jest to jeden z najdalszych punktów od bazy, to jednak chcemy odwiedzić Bacówkę. Jeśli nigdy tam nie byliście to się kiedyś wybierzcie... albo NIE, nie idźcie, nie warto (hehehe, jeśli uwierzą będą mniejsze tłumy na szlakach - so evil, so evil...).
Patrząc z perspektywy optymalnego przejazdu, jeśli zakładamy że nie zrobimy wszystkich punktów kontrolnych, Bacówkę można by odpuścić - ale nie chcemy. Za bardzo lubimy to miejsce.
No ale o Bartnem trochę później, na razie szturmujemy...
Ujrzałem to co miałem ujrzeć i niech to Wam wystarczy za opis: "...choć czasem burza między nami i bije ostry grad, chcę z Tobą moknąć, poznawać razem świat".
Sojusz, Syndykat, Dwu-Przymierze, Dwój-Porozumienie, Kondominium znowu działa! Zabieramy się do odrabiania strat. Pora wracać do pracy i zacząć zbierać lampionowe żniwo.
Ruszamy w mgłę i deszcz z nowym nastawieniem i z nowym planem. Jako, że część dróg jest nieprzejezdnych... i nie chodzi o to, że są zabłocone. Zwykłe błoto nam nie straszne - mówię o błocie, które się klei, zatyka wszelakie prześwity, uniemożliwiając obrót kół oraz lepi się do roweru, w takiej ilości że maszyna zaczyna ważyć chyba z tonę... no więc jako, że część z dróg jest w ten sposób nieprzejezdnych kreślimy nasz wariant zupełnie na nowo. To nam trochę utrudni sprawę pod kątem zaplanowania przejazdu, ale czasem warto zrobić krok wstecz i zacząć od nowa. Jak to mawiał dowódca naszego plutonu w stopniu kapitana: "zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia".
TAK JEST... ale mówiąc szczerze, to drugi krok protokołu "DAMAGE CONTROL". Skoro mamy jakoś pojechać ten rajd, to zróbmy to w końcu z sensem.
A i jeszcze jedna sprawa: BARTNE. Jeden z punktów kontrolnych jest w Bacówce w Bartnem. Mimo, że jest to jeden z najdalszych punktów od bazy, to jednak chcemy odwiedzić Bacówkę. Jeśli nigdy tam nie byliście to się kiedyś wybierzcie... albo NIE, nie idźcie, nie warto (hehehe, jeśli uwierzą będą mniejsze tłumy na szlakach - so evil, so evil...).
Patrząc z perspektywy optymalnego przejazdu, jeśli zakładamy że nie zrobimy wszystkich punktów kontrolnych, Bacówkę można by odpuścić - ale nie chcemy. Za bardzo lubimy to miejsce.
No ale o Bartnem trochę później, na razie szturmujemy...
Lysula i jej nowa wieża
Dokładnie tak... wiecie jak kochamy wieże widokowe. Mamy też zasadę, że wszystko co wyjdzie z ziemi na kilka metrów w górę (oprócz prywatnych domów) musi zostać odwiedzone :D
Natomiast na Lysuli (551m) pojawiła się nowa wieża widokowa. Nowiutka bo otwarcie nastąpiło kilka dni temu. Rewelacja, że mamy tutaj lampion. Kapitalnie... acz podejście nas lekko zmuli.
Nadal jesteśmy trochę nie-do-spani i wytyrani ostatnim tygodniem... W normalnych okolicznościach pewnie ten podjazd wszedłby od kopa, ale dzisiaj pchamy... jest ciężko.
Wychodzi z nas zmęczenie - z każdym krokiem zdobywamy wysokość, ale jednak tempo mamy wolniejsze niż normalnie, to czuć.
Mamy niecałe 30 km i już zrobione 700m przewyższenia... nasz początkowy wariant chyba nie był zbyt sensowny w takim razie...
Natomiast sama wieża jest wypasss. Super miejsce na punkt.
Tutaj zrobimy sobie także mały popas... leje deszcz, a my wyciągamy z plecaka termos i napawamy się herbatką. Jak romantycznie: w deszczu... :D
Jeszcze tylko wsunąć dwa rogale i możemy ruszać dalej. Cieszy nas, że nawigacyjnie nareszcie wbiliśmy się w mapę i zaczyna nam iść lepiej niż jak to mówi nasza koleżanka Magda S:
- Jak Ci idzie?
- Jak k**wie w deszcz
Tak, nawet deszcz się zgadza... przynajmniej zaczęło iść trochę lepiej :D
Natomiast na Lysuli (551m) pojawiła się nowa wieża widokowa. Nowiutka bo otwarcie nastąpiło kilka dni temu. Rewelacja, że mamy tutaj lampion. Kapitalnie... acz podejście nas lekko zmuli.
Nadal jesteśmy trochę nie-do-spani i wytyrani ostatnim tygodniem... W normalnych okolicznościach pewnie ten podjazd wszedłby od kopa, ale dzisiaj pchamy... jest ciężko.
Wychodzi z nas zmęczenie - z każdym krokiem zdobywamy wysokość, ale jednak tempo mamy wolniejsze niż normalnie, to czuć.
Mamy niecałe 30 km i już zrobione 700m przewyższenia... nasz początkowy wariant chyba nie był zbyt sensowny w takim razie...
Natomiast sama wieża jest wypasss. Super miejsce na punkt.
Tutaj zrobimy sobie także mały popas... leje deszcz, a my wyciągamy z plecaka termos i napawamy się herbatką. Jak romantycznie: w deszczu... :D
Jeszcze tylko wsunąć dwa rogale i możemy ruszać dalej. Cieszy nas, że nawigacyjnie nareszcie wbiliśmy się w mapę i zaczyna nam iść lepiej niż jak to mówi nasza koleżanka Magda S:
- Jak Ci idzie?
- Jak k**wie w deszcz
Tak, nawet deszcz się zgadza... przynajmniej zaczęło iść trochę lepiej :D
Szkodnik po resecie :)

Niemal słyszę "Jesteś na złym pastwisku, kurwiu ":D

Romantyczna wieża - w deszczu :)

Wypasss ławeczka :D

Pchamy...

Jest i Pan Wież :D

Trzeba tu kiedyś - najlepiej niedługo - wrócić, już tak nie-rajdowo, na spokojnie bo to zacna konstrukcja :)

ORIENT'alna magia
Ruszamy dalej - przed nami masyw Magurycza(-y?). Pamiętam jak jeździliśmy tu zimą - w śniegu, a przejście boso przez bród, ze względu na ostre kamienie było naprawdę bolesne - bardziej niż mogłoby się to wydawać. Tym razem nie będziemy forsować rzeki, ale pojedziemy od drogi na której jest most. Naszym celem jest znany nam cmentarz wojenny z IWW, ale wcześniej złapiemy jeszcze najładniejszy punkt dzisiejszego rajdu czyli mostek ---> zobaczcie pierwsze zdjęcie pod tym akapitem/rozdziałem. To właśnie kochamy w rajdach na orientację - to, że potrafią "one" umieścić lampion w takich miejscach - perełka. Oczywiście bardzo wiele zależy od budowniczego trasy... były także rajdy gdzie łapałem się za głowę, na zasadzie: co to był za pomysł dawać tu lampion? I nie mówię tutaj o bezpieczeństwie dotarcia do punktu bo to... to jest osobny temat na oddzielny wpis :D :D :D - ale o tym, że punkty były, takie hmmmm niejakie lub jak głosi pewien wpis na Stravie: "pięknym wałem do ch**jowego miejsca".
Tym razem trafia nam się właśnie super klimatyczne miejsce. Rewelacja. Mostek jak do Shire, brakuje tylko bandy Hobbitów... a skoro już jesteśmy przy tym temacie to, niech to wystarczy Wam za opis naszego stanu (oczywiście to Tolkien i pewien Władca):
Tym razem trafia nam się właśnie super klimatyczne miejsce. Rewelacja. Mostek jak do Shire, brakuje tylko bandy Hobbitów... a skoro już jesteśmy przy tym temacie to, niech to wystarczy Wam za opis naszego stanu (oczywiście to Tolkien i pewien Władca):
"A droga wiedzie w przód i w przód
Choć zaczęła się tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak jak mogę…
Skorymi stopy za nią w ślad –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…
A potem dokąd? – rzec nie mogę..."
Rzec nie mogę bo nasz wariant jest autorski, a doliczając wtopy z początku rajdu, to nie mam przekonania, że na pewno chcecie to wiedzieć...
Nie zmienia to faktu, że ja mam taką małą prywatną listę TOP "n" najładniejszych punktów kontrolnych. Gdzie n to liczba naturalna większa od kilku :P
To lampiony, które niesamowicie wpisały się w jakieś ładne miejsca lub/i najbardziej klimatyczne punkty kontrolne(czasem to nie miejsce, a warun robi robotę - np. mgła).
Niemniej lista ta to elitarny klub. Natomiast jedyne co mogę powiedzieć to:
Nie zmienia to faktu, że ja mam taką małą prywatną listę TOP "n" najładniejszych punktów kontrolnych. Gdzie n to liczba naturalna większa od kilku :P
To lampiony, które niesamowicie wpisały się w jakieś ładne miejsca lub/i najbardziej klimatyczne punkty kontrolne(czasem to nie miejsce, a warun robi robotę - np. mgła).
Niemniej lista ta to elitarny klub. Natomiast jedyne co mogę powiedzieć to:
Dzień dobry, Panie Lampion, witamy na pokładzie :)

Co się tutaj ukrywa? :D

Jeszcze zielono choć wilgotność i klimat już w pełni jesienne

Znany nam cmentarz w masywie Magurycza(-y?)

Wszyscy kochamy jesień w górach... "Jesienią góry są najszczersze... jesienią smutne piszę wiersze, smutne piosenki śpiewam Ci..." o błocie pod kołami... (całość: TUTAJ)

Spotkanie na szlaku i to na żółtym szlaku !!!

Nyquist i Lapunow'ów lubią takie punkty kontrolne
A skoro jesteśmy już przy fajnych punktach kontrolnych, to ich tym razem nie brakowało. Poniżej tekstu kolejny "niepewny" mostek do naszej kolekcji - konstrukcja, którą widziałem już np. w Świętokrzyskiem, podczas misji odbicia Telegrafu z rąk Grupy Otrocza. Basia jak rasowy budowlaniec mówi, te słupy nie są projektowane na obciążenia w tej płaszczyźnie... i wskazuje tzw. strzałkę ugięcia konstrukcji pod własnym ciężarem. Pytam zatem czy moduł EJ budzi jej wątpliwości... większe niż nasze własne poczucie równowagi podczas wędrówki po takiej przeprawie. I nie mówię tutaj o statyce, gdy wszystkie siły się równoważą i nie ma wypadkowej - nie chodzi mi tutaj o taką równowagę, ale raczej o pewien zapasie stabilności układu belka plus my... stabilności liczonej w sensie Lapunowa czy poprzez Kryterium Nyquista. . Innymi słowy, prościej - odpowiedzieć na pytanie czy układ nie jebnie...
Odwołując się wprost z definicji będzie to trochę inne pytanie: czy charakterystyka amplitudo-fazowa układu nie obejmie punktu (-1, j0)... ale praktycznie dobrze by było, aby nie objęła także rzeki pod nami...
W sumie, to jak patrzę na ten mostek i widzę strzałkę ugięcia, na którą wskazał Szkodnik to zastanawiam się czy beton powinien pracować na zginanie? Ściskanie owszem, ale zginanie...
Inna sprawa, że stabilność stabilnością, ale czy nie przeżyjemy katastroficznego kruchego pękania gdy wejdziemy na tą konstrukcję. Ciężko to może opisać, ale z jednej strony nie chciałbym przeżyć takiego katastroficznego kruchego pękania, a z drugiej to chciałbym je przeżyć (mam nadzieję, że czaicie o co mi chodzi :P)
Nooooo, a za mostem nieznany nam wcześniej stary cmentarz choleryczny - kolejny dobry punkt kontrolny na naszej trasie... aaaaa i chwilowo nie pada.
Jest zatem naprawdę zacnie :)
Odwołując się wprost z definicji będzie to trochę inne pytanie: czy charakterystyka amplitudo-fazowa układu nie obejmie punktu (-1, j0)... ale praktycznie dobrze by było, aby nie objęła także rzeki pod nami...
W sumie, to jak patrzę na ten mostek i widzę strzałkę ugięcia, na którą wskazał Szkodnik to zastanawiam się czy beton powinien pracować na zginanie? Ściskanie owszem, ale zginanie...
Inna sprawa, że stabilność stabilnością, ale czy nie przeżyjemy katastroficznego kruchego pękania gdy wejdziemy na tą konstrukcję. Ciężko to może opisać, ale z jednej strony nie chciałbym przeżyć takiego katastroficznego kruchego pękania, a z drugiej to chciałbym je przeżyć (mam nadzieję, że czaicie o co mi chodzi :P)
Nooooo, a za mostem nieznany nam wcześniej stary cmentarz choleryczny - kolejny dobry punkt kontrolny na naszej trasie... aaaaa i chwilowo nie pada.
Jest zatem naprawdę zacnie :)
To jak z tą charakterystyką amplitudo-fazową? Jaki będzie zapas stabilności układu?

Cmentarz choleryczny

Padać, chwilowo nie pada, ale takie łąki to jest woda totalna - aż chlupie w butach

Dany jest Szkodnik z rowerem, na którego działa siła grawitacji (F = ma), Szkodnik porusza się z prędkością V0 (V2, ja Ci mówię, że V2 bo ten Szkodnik to jest rakieta!!!)

BARTNE oraz oddelegowany tam Negocjator !!!
Bartne - bacówka. Magiczne miejsce w Beskidzie Niskim i mamy tutaj punkt. Do tego jest to punkt żywieniowy. Gdy podjeżdżamy do bacówki, wychodzi do nas obsługa punktu i zaprasza nas na zupę. Odmawiamy, bo jednak jesteśmy w lekkim nie-do-czasie przez te durne błędny i kłótnie.
Wtedy poda "no to może pierogi?". Ooooo, negocjator!!! (ta scena, koniecznie ta scena - TUTAJ!!). Pamiętajcie, że ja noszę na masce szermierczej tą postać, więc tym bardziej ta scena do mnie przemawia. Basia jednak próbuje mnie odciągnąć, bo wie że za moment - jak padnie: schabowy albo szarlotka, to koniec. Zostaniemy do wieczora. To ostatni moment aby wyciągnąć mnie z pułapki.
Cudowne miejsce na punkt... a skoro Bartne, no to musi polecieć... i tak, tak, wiem że linkowałem to 1000 razy, ale to Bartne!!!
"Gdzieś na krańcu świata, gdzie nie widać piekieł
Tylko niebo na ikonach srebrem lśni...
Dobry Pan mnie wiedzie wyboistą drogą
Dobry Pan życzenia moje zna
W góry myśli poszybują ku pradawnym Bogom
A w kopułach cerkwi wieczność trwa.
Na tej drodze różne słowa już padały
Słowa złe i dobre, miłość szła i śmierć
Tylko buki w górach niewzruszone stoją
Jakby chciały się do nieba wznieść..." (całość TUTAJ)
"Tylko niebo na ikonach srebrem lśni...

"Święty spokój ofiaruje nam Mikołaj, Święty spokój w jego skośnych oczach tkwi..." a jak nie będzie Mikołaja, to może być Dmitro :)

"Gdzieś na krańcu świata, gdzie nie widać piekieł..."

"W kamieniołomach moi ludzie pracują szybko i dokładnie –
Daje się zauważyć zapał i szczere zaangażowanie..." (klasyka od Mistrza Jacka - TUTAJ)

Znowu przez mglisty las

Mój przyjaciel, Wierch Wirchne... mnie zawiódł
Wbijamy na znany nam niebieski szlak przez Wierch Wirchne. Wiemy, że jest przejezdny bo niektóre szlaki Beskidu Niskiego to znamy na pamięć. Już na jednym rajdzie - jak dobrze pamiętam, to był któryś Hawran - także skorzystaliśmy z tego skrótu do Przełęczy Małastowskiej. Ciśniemy przez las, a co na drodze do pod koła... nawet te 7 koni z jeźdźcami, którzy się tu zabłąkali. Nie hamujemy już dla nikogo. jest 17:00 z hakiem, a chcemy jeszcze zdążyć na punkt żywieniowy (czynny yulko od 18:00). Ten lampion tutaj musi zatem wpaść od kopa abyśmy się nie spóźnili. Jedziemy w końcu nie na byle jaki punkt, ale na drugi punkt żywieniowy! Jak to było w Alicji w Krainie Czarów? Niegrzecznie jest się spóźnić "na herbatkę" --> a skoro jesteśmy już przy Alicji i herbatce to "...look at your face, you are so troubled, my dear. Of course, this RACE makes you angry, we are all mad here" (drobna parafraza TEGO)
Aby odnaleźć lampion musimy w odpowiednim miejscu zejść ze szlaku i wejść w wąwóz. Odmierzamy się i zejście to czynimy. Wszystko terenowo się zgadza, powinna odchodzić ścieżka w tył - odchodzi, powinniśmy mieć wąwóz przed nami - mamy, powinna być droga w dole z zakrętem - jest.... ale lampionu nie ma. Krążymy po stromej skarpie, tak stromej że w pewnym momencie zjeżdżamy nawet na butach i tyłku po błocie... NO, ale lampionu nie ma.
Jedna rzecz nam się nie zgadza - wąwóz, według naszego lidara nie przechodzi przez drogę, a w rzeczywistości drogę przecina... to nam nie pasuje, ale cholera, wszystkie inne elementy się zgadzają... no dobra, załóżmy że jesteśmy za daleko, sprawdzamy odwzorowanie terenu z mapą. No nie, nie ma opcji, nic się nie zgadza... No to może za blisko... sprawdzamy bardzo dokładnie z mapą... o kurde, prawie bliźniacze miejsce i...jest wąwóz. K***a!! W sprawdzany na mapie miejscu przecina drogę. Jesteśmy zatem o skrzyżowanie za wcześniej... ech, dzida do góry ścianą wąwozowatego... jest jednak stromo i ślisko... ciężko było to wyjść...
Korekta konieczna, bo jesteśmy jakieś 400 metrów za blisko. Ruszamy i chwilę później atakujemy już inny wąwów... WTEM! miga mi coś czerwonego, dużego i czerwonego - to musi być lampion. Przedzieram się przez wiatrołom i znajduję... no właśnie... to nie lampion a chujnia z grzybnią... dosłownie. Muchomor. Ogromny, jak 4 moje dłonie, ale nadal tylko muchomor. Brakuje już tylko Żwira... zostałem oszukany przez grzyba. Dramat.
Kolejna korekta i JEST - nareszcie. Mamy lampion. Nie wiem jak się odmierzaliśmy, ale błąd o 400 metrów to dużo...
Wydaje mi się, że chyba walnęliśmy się w matematyce prymitywnej... odmierzone było dobrze, ale zawiodło dodawanie: czyli policzenie przy jakieś liczbie, względem obecnego wskazania licznika, mamy się zatrzymać i szukać...
Ech... czyli to nie Wierch nas zawiódł, a nasza nawigacja...
To nie błąd... to WIELbłąd. Wtopa łącznie na jakieś 30 min... Polityka DAMAGE CONTROL krok trzeci: lecimy na styk na punkt żywieniowy i koniecznie trzeba ponownie przeplanować wariant, bo zrobiło się naprawdę nieciekawie czasowo.
Ponownie rypiemy bez dróg :PAby odnaleźć lampion musimy w odpowiednim miejscu zejść ze szlaku i wejść w wąwóz. Odmierzamy się i zejście to czynimy. Wszystko terenowo się zgadza, powinna odchodzić ścieżka w tył - odchodzi, powinniśmy mieć wąwóz przed nami - mamy, powinna być droga w dole z zakrętem - jest.... ale lampionu nie ma. Krążymy po stromej skarpie, tak stromej że w pewnym momencie zjeżdżamy nawet na butach i tyłku po błocie... NO, ale lampionu nie ma.
Jedna rzecz nam się nie zgadza - wąwóz, według naszego lidara nie przechodzi przez drogę, a w rzeczywistości drogę przecina... to nam nie pasuje, ale cholera, wszystkie inne elementy się zgadzają... no dobra, załóżmy że jesteśmy za daleko, sprawdzamy odwzorowanie terenu z mapą. No nie, nie ma opcji, nic się nie zgadza... No to może za blisko... sprawdzamy bardzo dokładnie z mapą... o kurde, prawie bliźniacze miejsce i...jest wąwóz. K***a!! W sprawdzany na mapie miejscu przecina drogę. Jesteśmy zatem o skrzyżowanie za wcześniej... ech, dzida do góry ścianą wąwozowatego... jest jednak stromo i ślisko... ciężko było to wyjść...
Korekta konieczna, bo jesteśmy jakieś 400 metrów za blisko. Ruszamy i chwilę później atakujemy już inny wąwów... WTEM! miga mi coś czerwonego, dużego i czerwonego - to musi być lampion. Przedzieram się przez wiatrołom i znajduję... no właśnie... to nie lampion a chujnia z grzybnią... dosłownie. Muchomor. Ogromny, jak 4 moje dłonie, ale nadal tylko muchomor. Brakuje już tylko Żwira... zostałem oszukany przez grzyba. Dramat.
Kolejna korekta i JEST - nareszcie. Mamy lampion. Nie wiem jak się odmierzaliśmy, ale błąd o 400 metrów to dużo...
Wydaje mi się, że chyba walnęliśmy się w matematyce prymitywnej... odmierzone było dobrze, ale zawiodło dodawanie: czyli policzenie przy jakieś liczbie, względem obecnego wskazania licznika, mamy się zatrzymać i szukać...
Ech... czyli to nie Wierch nas zawiódł, a nasza nawigacja...
To nie błąd... to WIELbłąd. Wtopa łącznie na jakieś 30 min... Polityka DAMAGE CONTROL krok trzeci: lecimy na styk na punkt żywieniowy i koniecznie trzeba ponownie przeplanować wariant, bo zrobiło się naprawdę nieciekawie czasowo.

No i znowu zadyma z Lokalsami :P

Szkodnik, jedźże normalnie... bez wygibasów :P

Niebieski szlak przez Wierch Wirchne

"...we are all mad here" (był link przed chwilą).
Przejeżdżamy przez punkt żywieniowy, gdzie posilamy się kilkoma ciasteczkami, pogadamy chwilę z Grześkiem który ten punkt zabezpiecza i zgodnie z tym, co napisałem powyżej - przeplanowujemy nasz wariant. Zostało nam 2 godziny 40 min... malutko, a tu nie ma jak prosto odbić na bazę, bo oddzielają nas od niej góry. I to niemałe. Aby nie zaliczyć NKL'a trzeba już teraz zacząć wprowadzać reformy związane z "damage control" i odpuścić cześć punktów kontrolnych. Najtrudniej będzie przedrzeć się jednak przez góry, bo zaraz zrobi się ciemno, a nie ma tutaj jakieś fajnej, oczywistej, samo-narzucającej się drogi na drugą ich stronę.
Jednakże nim zmierzymy się z tym wyzwaniem dojdzie do dość dziwnego, niepokojącego spotkania... Niedługo po wyjeździe z punktu żywieniowego meldujemy się na punkcie kontrolnym "cudowne źródełko" na którym spotykamy dość dziwną postać... Pana w sandałach (przypominam, że jest październik, pada deszcz i jest dość zimno)... z mokrym psem u nogi.
Bardzo ciężko będzie się z Nim dogadać, bo historia którą opowie będzie dość niespójna.
Ponoć spóźnił się na autobus i teraz próbuje się wydostać z tego miejsca. Próbuję ustalić czy ma gdzie spać, ale odpowiedź nie jest jednoznaczna - Basia zrozumiała że tak (w domu w którym pracował, a który znajduje się za naszymi plecami), ale ja w sumie nie potrafię potwierdzić czy na pewno miał to na myśl. Pytania pomocnicze nie przynoszą żadnych dodatkowych informacji. Pan jest jakby trochę w innym świecie. Mówi o potrzebie dostania się do Jordanowa i pyta czy tam jedziemy. Jakby ktoś by nie ogarniał kontekstu: to jesteśmy na rowerach... w Beskidzie Niskim, jest 18:20 więc zaraz zapadnie zmrok, a gość mówi o zawiezieniu go do Jordanowa. JAK?
Trochę ciężko ustalić czego chce tak naprawdę potrzebuje:
- czy transportu jeszcze dziś (no to nie pomoże Mu dwójka rowerzystów z dala od bazy... powinien zejść głębiej do miejscowości i tam szukać)
- noclegu i transportu rano?
- taksówki np. do Gorlic na dworzec?
Na każdy jednak pomysł ma jakąś wymówkę, że propozycja nie zadziała... bo albo ma bagaż i nie może jechać bez niego. Albo bagażu wziąć także nie może, bo nie ma go przy sobie?
WTF??? No to pytamy, gdzie ten bagaż się znajduje i czy jest problemem tu i teraz... Na to pytanie nie otrzymujemy już odpowiedzi...
Ponawiam pytanie czy ma nocleg na dziś, aby szukać transportu jutro - twierdzi, że ma nocleg ale jednocześnie twierdzi, że potrzebuje noclegu... i znowu że ma bagaż i bez niego nie pojedzie, ale tego bagażu tu nie ma...
Potem pyta czy ktoś będzie zbierał trasę jutro... Mówimy, że tak, ale dworzec w Gorlicach będzie chyba lepszą opcją, zwłaszcza jeśli miałby spędzić dziś noc pod gołym niebiem.
Gorlice to miasto, a tam wiecie: hostel, poczekalnia na dworcu, cokolwiek... ale Pan jest na nie.
No dobra, a transport jutro skoro dziś nocuje jednak tutaj... a to nie, bo On chce do Jordanowa. Najlepiej jutro ale w sumie mogło by być jeszcze dziś bo... nie ma noclegu....
Masakra... to co Wam tutaj opisuję to jedno... ale jego zachowanie plus "pusty wzrok"... narkotyki? choroba? Kompletnie nie dało się z Nim dogadać. Miał problem z odpowiedzią na najprościej zadane pytania. Finalnie dajemy Mu kilka wskazówek odnośnie poszukania pomocy... o ile jej potrzebuje. Przynajmniej ma działający telefon ma, więc finalnie odjeżdżamy.
Nie lubię takich sytuacji bo nie mam żadnej pewności czy nie zostawiliśmy człowieka w potrzebie, ale cholera - z drugiej strony - to tez nie był też środek lasu czy pustkowie. Źrodełko było w centrum miejscowości, telefon ma, więc chyba przeżyje... choć i tak nie czuję się z tą sytuacją dobrze. W bazie dowiem się, że w podobny sposób rozmawiał z kilkoma innymi zawodnikami i nikt nie był w stanie się z nim skomunikować. No nic... my też mamy swoje problemy. Jesteśmy dość daleko od bazy, a właśnie zapada zmrok, znów zaczyna padać deszcz i podnoszą się gęste mgły...
Jednakże nim zmierzymy się z tym wyzwaniem dojdzie do dość dziwnego, niepokojącego spotkania... Niedługo po wyjeździe z punktu żywieniowego meldujemy się na punkcie kontrolnym "cudowne źródełko" na którym spotykamy dość dziwną postać... Pana w sandałach (przypominam, że jest październik, pada deszcz i jest dość zimno)... z mokrym psem u nogi.
Bardzo ciężko będzie się z Nim dogadać, bo historia którą opowie będzie dość niespójna.
Ponoć spóźnił się na autobus i teraz próbuje się wydostać z tego miejsca. Próbuję ustalić czy ma gdzie spać, ale odpowiedź nie jest jednoznaczna - Basia zrozumiała że tak (w domu w którym pracował, a który znajduje się za naszymi plecami), ale ja w sumie nie potrafię potwierdzić czy na pewno miał to na myśl. Pytania pomocnicze nie przynoszą żadnych dodatkowych informacji. Pan jest jakby trochę w innym świecie. Mówi o potrzebie dostania się do Jordanowa i pyta czy tam jedziemy. Jakby ktoś by nie ogarniał kontekstu: to jesteśmy na rowerach... w Beskidzie Niskim, jest 18:20 więc zaraz zapadnie zmrok, a gość mówi o zawiezieniu go do Jordanowa. JAK?
Trochę ciężko ustalić czego chce tak naprawdę potrzebuje:
- czy transportu jeszcze dziś (no to nie pomoże Mu dwójka rowerzystów z dala od bazy... powinien zejść głębiej do miejscowości i tam szukać)
- noclegu i transportu rano?
- taksówki np. do Gorlic na dworzec?
Na każdy jednak pomysł ma jakąś wymówkę, że propozycja nie zadziała... bo albo ma bagaż i nie może jechać bez niego. Albo bagażu wziąć także nie może, bo nie ma go przy sobie?
WTF??? No to pytamy, gdzie ten bagaż się znajduje i czy jest problemem tu i teraz... Na to pytanie nie otrzymujemy już odpowiedzi...
Ponawiam pytanie czy ma nocleg na dziś, aby szukać transportu jutro - twierdzi, że ma nocleg ale jednocześnie twierdzi, że potrzebuje noclegu... i znowu że ma bagaż i bez niego nie pojedzie, ale tego bagażu tu nie ma...
Potem pyta czy ktoś będzie zbierał trasę jutro... Mówimy, że tak, ale dworzec w Gorlicach będzie chyba lepszą opcją, zwłaszcza jeśli miałby spędzić dziś noc pod gołym niebiem.
Gorlice to miasto, a tam wiecie: hostel, poczekalnia na dworcu, cokolwiek... ale Pan jest na nie.
No dobra, a transport jutro skoro dziś nocuje jednak tutaj... a to nie, bo On chce do Jordanowa. Najlepiej jutro ale w sumie mogło by być jeszcze dziś bo... nie ma noclegu....
Masakra... to co Wam tutaj opisuję to jedno... ale jego zachowanie plus "pusty wzrok"... narkotyki? choroba? Kompletnie nie dało się z Nim dogadać. Miał problem z odpowiedzią na najprościej zadane pytania. Finalnie dajemy Mu kilka wskazówek odnośnie poszukania pomocy... o ile jej potrzebuje. Przynajmniej ma działający telefon ma, więc finalnie odjeżdżamy.
Nie lubię takich sytuacji bo nie mam żadnej pewności czy nie zostawiliśmy człowieka w potrzebie, ale cholera - z drugiej strony - to tez nie był też środek lasu czy pustkowie. Źrodełko było w centrum miejscowości, telefon ma, więc chyba przeżyje... choć i tak nie czuję się z tą sytuacją dobrze. W bazie dowiem się, że w podobny sposób rozmawiał z kilkoma innymi zawodnikami i nikt nie był w stanie się z nim skomunikować. No nic... my też mamy swoje problemy. Jesteśmy dość daleko od bazy, a właśnie zapada zmrok, znów zaczyna padać deszcz i podnoszą się gęste mgły...
Forsując rzeki i cieki wodne :)

Kraina miodem i mlekiem płynąca...
Miodem to nie wiem, ale mlekiem bardzo. Mgła jest taka, że zaczyna być ciężko z widocznością na kilka metrów. Najgorsze jest jednak to uczucie po tym dziwnym spotkaniu: zjadło nam ono (spotkanie, nie uczucie :P) z 15 min, a nic konkretnego z niego nie wynikło... ani Panu nie pomogliśmy, ani nie nadgoniliśmy trasy. Czasowo stoimy źle, powiedziałbym że nawet że bardzo źle. Trzeba cisnąć... w nogach mamy już ponad 2000 przewyższeń, więc podejścia/podjazdy bolą, a zjazdy w takiej mgle to też jest wyczyn. Nie wiem co gorsze, czy w dół po mokrych korzeniach szlakiem jak dzieci we mgle... czy po asfalcie, gdy da się lecieć 40 km/h ale potencjalny szlaban albo inną przeszkodę to zobaczycie dopiero z chwilą zderzenia się z nią.
Masakra warunki się robią. Ale właśnie wtedy na kilka ostatnich punktów włącza nam się tryb łowcy.
"Off through the mist I run
Out from the mist I have come
I hunt, therefore I am...
Nose to the wind... all senses clean" (minimalne parafraza TEGO)
Przedzieramy się przez mleko w powietrzu tak geste, że można by je ciąć nożem. Niektórych skrzyżowań nie widać wcale, zwłaszcza tam gdzie jest mamy szeroką leśną droga - bez podjechania do krawędzi traktu, nie widzicie odejścia ścieżki. Lecimy jednak jak w transie:
- w ostrym tempie mimo że naprawdę czuć już zmęczenie (jednak presja czasu to zawsze dobry motywator)
- odmierzamy się niemal idealnie i to na leśnych, "słabych" ścieżkach --- 200m; teraz w lewo powinna być droga; JEST!! Teraz 300m prosto i na skrzyżowaniu "Y-rekowym" prawą odnogą; JEST !! Jestem zaskoczony bo naprawdę lecimy właściwie azymutem, trzymając się najdokładniej zgodnych z nim ścieżek. Widoczność to jest jakiś żart, ale mimo to wchodzimy "w punkty" idealnie! Zwłaszcza dumni jesteśmy z punktu "Gęstwina", bo w takiej mgle uznawaliśmy go za "nie do znalezienia", a w praktyce wymierzyliśmy się na niego perfekcyjnie. Ech, gdyby zawsze i od początku tak dobrze szło, to można by jakieś rajdy jeździć :P
My to chyba musimy mieć jednak hardcore'owe warunki aby zacząć działać na pełnym obrotach - można to też nazwać determinacjo-lenistwem :P
Masakra warunki się robią. Ale właśnie wtedy na kilka ostatnich punktów włącza nam się tryb łowcy.
"Off through the mist I run
Out from the mist I have come
I hunt, therefore I am...
Nose to the wind... all senses clean" (minimalne parafraza TEGO)
Przedzieramy się przez mleko w powietrzu tak geste, że można by je ciąć nożem. Niektórych skrzyżowań nie widać wcale, zwłaszcza tam gdzie jest mamy szeroką leśną droga - bez podjechania do krawędzi traktu, nie widzicie odejścia ścieżki. Lecimy jednak jak w transie:
- w ostrym tempie mimo że naprawdę czuć już zmęczenie (jednak presja czasu to zawsze dobry motywator)
- odmierzamy się niemal idealnie i to na leśnych, "słabych" ścieżkach --- 200m; teraz w lewo powinna być droga; JEST!! Teraz 300m prosto i na skrzyżowaniu "Y-rekowym" prawą odnogą; JEST !! Jestem zaskoczony bo naprawdę lecimy właściwie azymutem, trzymając się najdokładniej zgodnych z nim ścieżek. Widoczność to jest jakiś żart, ale mimo to wchodzimy "w punkty" idealnie! Zwłaszcza dumni jesteśmy z punktu "Gęstwina", bo w takiej mgle uznawaliśmy go za "nie do znalezienia", a w praktyce wymierzyliśmy się na niego perfekcyjnie. Ech, gdyby zawsze i od początku tak dobrze szło, to można by jakieś rajdy jeździć :P
My to chyba musimy mieć jednak hardcore'owe warunki aby zacząć działać na pełnym obrotach - można to też nazwać determinacjo-lenistwem :P
A za 10-15 min to jeszcze niebo zgaśnie...

Kolejny nasz, mimo warunków :)

To twoje przedstawienie, Mała
Zostało nam 45 min, a jesteśmy naprawdę
daleko do bazy... wiemy już, że spóźnimy się. Nie ma szans przeskoczyć
tej odległości w 45 min. Co więcej, nadal grozi nam NKL
(dyskwalifikacja), bo możemy przekroczyć także dopuszczalny limit spóźnień.
Trudny początek rajdu oraz błędy nawigacyjne ustawiły nas w sytuacji...
DRAMATYCZNEJ !!! K**wa, DRAMATYCZNEJ! Zaraz zginiemy! Dobra! Panika już była, odfajkowane na
liście, teraz pora na zarządzanie kryzysowe. Protokół: "DAMAGE CONTROL"
kolejny krok...
ech, czuję się jak w pracy, gdy wrzucają mnie jako "eksperta" od trudnych sytuacji. Powtarzalnie i do bólu ten sam schemat...:
- czym dysponujemy?
- NICZYM !!!
- co chcemy osiągnąć?
- WSZYSTKO
- na kiedy?
- NA WCZORAJ
- Znam temat, działam...
- TYLKO MUSI BYĆ BEZBŁĘDNIE
- Nie oczekiwałem niczego innego pod kątem waszych oczekiwań :D
ech, czuję się jak w pracy, gdy wrzucają mnie jako "eksperta" od trudnych sytuacji. Powtarzalnie i do bólu ten sam schemat...:
- czym dysponujemy?
- NICZYM !!!
- co chcemy osiągnąć?
- WSZYSTKO
- na kiedy?
- NA WCZORAJ
- Znam temat, działam...
- TYLKO MUSI BYĆ BEZBŁĘDNIE
- Nie oczekiwałem niczego innego pod kątem waszych oczekiwań :D
DAMAGE
CONTROL krok pierwszy: pomijamy resztę punktów po drodze, za duże ryzyko
wejścia w NKL. Dzida na bazę. Nie lubię tego, ale nie ma wyboru. CZAS! CZAS! CZAS!
DAMAGE CONTROL krok drugi: podział odpowiedzialności za nawigację
Baza jest na arkuszu "B" naszej mapy, ale nadal znajdujemy się na arkuszu "A". Plan jest prosty: Basia składa na mapnik arkusz "z bazą", a ja ten "na którym jesteśmy".
Do końca mapy prowadzę ja, potem Ona już do bazy. To zawsze zaoszczędzona minuta, bo nie będzie potrzeby zatrzymać się na przepak mapy. Niby tylko minuta, ale to może być bardzo ważna minuta.
Lecimy... byle się teraz nie pomylić, bo biorę na siebie nawigację. Basia jedzie po prostu za mną... powtarzam sobie: nie sugeruj się szlakiem (nie mamy na mapie szlaków, więc nie wiemy gdzie idą), wybieraj dobrze gdzie skręcasz. Tryb nawigacji totalnej :P
Wypadamy z lasu do jakieś miejscowości - jestem trochę jak w transie. Ciśniemy ile pozostało w nas sił: na tym skrzyżowaniu prosto, teraz w lewo. Nie pomyl się. Jak mawiał pewien astmatyk na Gwiezdnym Niszczycielu "FAILURE WAS NOT AN OPTION, CAPTAIN" :P
Wyjeżdżamy za moją mapę... udało się, ale teraz to ja jestem "ślepy" lokalizacyjnie. Krzyczę do Basi: "Jesteśmy poza moją mapą. To teraz twoje przedstawienie, Mała!"
Basia przejmuje nawigację i musi teraz zaprowadzić nas do bazy. Sporo jeszcze skrzyżowań i zakrętów przed nami, a presja czasu ogromna... weszliśmy już w limit spóźnień i zegar odmierza czas do NKL'a. Niesamowite to jest w pewnym sensie, bo dzień zaczęliśmy od kryzysu współpracy, a teraz lecimy na pełnej kooperacji i zaufaniu: przed chwilą Basia jechał "na ślepo" za mną, a teraz ja robię to samo z Nią. Przypominam mi się klasyczna scena z "TOP GUN"
"- Możesz być moim skrzydłowym
- Nie, to Ty możesz być moim" (TUTAJ)
Wpadamy do bazy w ostatnich minutach limitu spóźnień. Udało się! Udało się uniknąć NKL. Odejmą nam 3 punkty za spóźnienie, więc cel udało się zrealizować połowicznie.
Pierwszym założeniem (ważniejszym) był brak NKL - udało się.
Drugim założeniem były 2 punkty odjęte od wyniku - to się nie udało, weszliśmy w karę "minus 3 punkty". Brakło nam około 2 minut aby pozostać w "2 punktach" kary...
Cóż, nie da się mieć wszystkiego.
Co mogę powiedzieć w ostatecznym podsumowaniu:
- sam rajd bardzo nam się podobał, świetne punkty kontrolne (Bartne, wieża, mostek, itp) acz pogoda raczej dla koneserów...
- wynik? FATALNY... jeden z naszych najsłabszych startów ever. No chyba że pytacie o przejechanie trasy jako takiej, no to wyszło nam 2500 przewyższeń i ponad 100 km, czyli dokładnie tyle ile pokazywał wariant Organizatora. Tyle tylko, że zebraliśmy połowę punktów kontrolnych i jeszcze 3 straciliśmy w postaci kary za spóźnienie. Nasz wariant był zatem hmmmm autorski, nazwijmy to po prostu w taki sposób: autorski :D
Nałożyło się na to wiele czynników, ale kryzys ducha zespołu i duże błędy nawigacyjne (nie ten szczyt, za wcześniej ze szlaku, przestrzelenie cmentarza, itp) to były chyba główne powody.
Natomiast rekonstrukcja zespołu z totalnych zgliszczy - no to tu psycholog rodzinny byłby z nas dumny. Ja też w sumie jestem. Od totalnego kryzysu do pełnego zaufania w końcówce.
Taki kryzys to dla nas rzadkość.. ale wychodzi, że nadal jesteśmy tylko ludźmi...chyba... z resztą: nieważne, że upadasz, ważne że wstajesz.
"Klęski nawet w późnym wieku, nauczą Cię rozumu człowieku" - czyli klasyka Antygony.
Lub bardziej nowocześnie jeśli wolicie: "I get knocked down but I get up again, you're never gonna keep me down..." :P
Dziś chce nam się już z tego już śmiać, a w poniedziałek gratulowaliśmy sobie mistrzowskiego położenia Kiwona. Szampan i ciastka. Zrobić to tak spektakularnie, to trzeba było mieć "talent" ---> ta scena (W PL tłumaczeniu było "talent" bo oryginalne angielskie słowa ciężko przetłumaczyć zachowując klimat sceny). Tak więc do następnego udanego lub nieudanego rajdu, natomiast jakby ktoś chciał nam powinszować wyniku, to gratulację przyjmujemy tylko w czwartki po 17:00 :P
DAMAGE CONTROL krok drugi: podział odpowiedzialności za nawigację
Baza jest na arkuszu "B" naszej mapy, ale nadal znajdujemy się na arkuszu "A". Plan jest prosty: Basia składa na mapnik arkusz "z bazą", a ja ten "na którym jesteśmy".
Do końca mapy prowadzę ja, potem Ona już do bazy. To zawsze zaoszczędzona minuta, bo nie będzie potrzeby zatrzymać się na przepak mapy. Niby tylko minuta, ale to może być bardzo ważna minuta.
Lecimy... byle się teraz nie pomylić, bo biorę na siebie nawigację. Basia jedzie po prostu za mną... powtarzam sobie: nie sugeruj się szlakiem (nie mamy na mapie szlaków, więc nie wiemy gdzie idą), wybieraj dobrze gdzie skręcasz. Tryb nawigacji totalnej :P
Wypadamy z lasu do jakieś miejscowości - jestem trochę jak w transie. Ciśniemy ile pozostało w nas sił: na tym skrzyżowaniu prosto, teraz w lewo. Nie pomyl się. Jak mawiał pewien astmatyk na Gwiezdnym Niszczycielu "FAILURE WAS NOT AN OPTION, CAPTAIN" :P
Wyjeżdżamy za moją mapę... udało się, ale teraz to ja jestem "ślepy" lokalizacyjnie. Krzyczę do Basi: "Jesteśmy poza moją mapą. To teraz twoje przedstawienie, Mała!"
Basia przejmuje nawigację i musi teraz zaprowadzić nas do bazy. Sporo jeszcze skrzyżowań i zakrętów przed nami, a presja czasu ogromna... weszliśmy już w limit spóźnień i zegar odmierza czas do NKL'a. Niesamowite to jest w pewnym sensie, bo dzień zaczęliśmy od kryzysu współpracy, a teraz lecimy na pełnej kooperacji i zaufaniu: przed chwilą Basia jechał "na ślepo" za mną, a teraz ja robię to samo z Nią. Przypominam mi się klasyczna scena z "TOP GUN"
"- Możesz być moim skrzydłowym
- Nie, to Ty możesz być moim" (TUTAJ)
Wpadamy do bazy w ostatnich minutach limitu spóźnień. Udało się! Udało się uniknąć NKL. Odejmą nam 3 punkty za spóźnienie, więc cel udało się zrealizować połowicznie.
Pierwszym założeniem (ważniejszym) był brak NKL - udało się.
Drugim założeniem były 2 punkty odjęte od wyniku - to się nie udało, weszliśmy w karę "minus 3 punkty". Brakło nam około 2 minut aby pozostać w "2 punktach" kary...
Cóż, nie da się mieć wszystkiego.
Co mogę powiedzieć w ostatecznym podsumowaniu:
- sam rajd bardzo nam się podobał, świetne punkty kontrolne (Bartne, wieża, mostek, itp) acz pogoda raczej dla koneserów...
- wynik? FATALNY... jeden z naszych najsłabszych startów ever. No chyba że pytacie o przejechanie trasy jako takiej, no to wyszło nam 2500 przewyższeń i ponad 100 km, czyli dokładnie tyle ile pokazywał wariant Organizatora. Tyle tylko, że zebraliśmy połowę punktów kontrolnych i jeszcze 3 straciliśmy w postaci kary za spóźnienie. Nasz wariant był zatem hmmmm autorski, nazwijmy to po prostu w taki sposób: autorski :D
Nałożyło się na to wiele czynników, ale kryzys ducha zespołu i duże błędy nawigacyjne (nie ten szczyt, za wcześniej ze szlaku, przestrzelenie cmentarza, itp) to były chyba główne powody.
Natomiast rekonstrukcja zespołu z totalnych zgliszczy - no to tu psycholog rodzinny byłby z nas dumny. Ja też w sumie jestem. Od totalnego kryzysu do pełnego zaufania w końcówce.
Taki kryzys to dla nas rzadkość.. ale wychodzi, że nadal jesteśmy tylko ludźmi...chyba... z resztą: nieważne, że upadasz, ważne że wstajesz.
"Klęski nawet w późnym wieku, nauczą Cię rozumu człowieku" - czyli klasyka Antygony.
Lub bardziej nowocześnie jeśli wolicie: "I get knocked down but I get up again, you're never gonna keep me down..." :P
Dziś chce nam się już z tego już śmiać, a w poniedziałek gratulowaliśmy sobie mistrzowskiego położenia Kiwona. Szampan i ciastka. Zrobić to tak spektakularnie, to trzeba było mieć "talent" ---> ta scena (W PL tłumaczeniu było "talent" bo oryginalne angielskie słowa ciężko przetłumaczyć zachowując klimat sceny). Tak więc do następnego udanego lub nieudanego rajdu, natomiast jakby ktoś chciał nam powinszować wyniku, to gratulację przyjmujemy tylko w czwartki po 17:00 :P
Gęstwina odnaleziona :D

Warun koneserski :D

Krzyżyk na drogę :D

Kategoria Rajd, SFA
Silesia Race 2024- Kobiór
-
DST
111.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 21 września 2024 | dodano: 26.09.2024
Jako że ostatnio kalendarz przestaje już mieścić wszystkie nasze zobowiązania, plany i sprawy wszelakie, to na Silesię zapisujemy się dopiero w ostatni dzień internetowych zapisów... do samego końca nie wiedzieliśmy zatem czy uda nam się wybrać na ten rajd. Co więcej, pytaliśmy online'owo Marcina czy rajd się odbędzie bo mimo, że fala powodziowa która zmyła MORDOWNIKA już przeszła, to jednak teraz dla dotkniętych województw nastaje najtrudniejszy czas - sprzątnie i odbudowa. Nie wiemy przecież jak Marcin zaplanował trasę, a na południe od lasów Kobióra mamy zbiornik Goczałkowice czy Czechowice-Dziedzice, które ucierpiały. Mogło się zatem okazać, że na terenach na których przebiegać ma rajd, trwa sprzątnie... inna sprawa, że psychologicznie to też dla nas trudna sytuacja. Rajd to zabawa... tak, ja wiem, że czasem, na niektórych trasach, walka o przetrwanie, obóz kondycyjny i ścieżka zdrowia w jednym, ale jednak zabawa. Głupio trochę jechać się bawić, gdy mamy w kraju (a ta fala nadal przecież idzie!) taką, a nie inną sytuację. Z drugiej strony, nawet w naszej ukochanej Kotlinie Kłodzkiej apelują aby nie stygmatyzować całych obszarów i nie odwoływać wakacji czy wyjazdów urlopowych na terenach, które nie ucierpiały. No i jest w tym bardzo mocna logika! To naprawdę racjonale i to na wielu płaszczyznach. Natomiast sami chyba wiecie, że racjonalności to nie zawsze po drodze z odczuciami...
Wahamy się zatem z zapisem do ostatnich chwil obserwując sytuację... Potem dochodzimy do wniosku, że zapisać się w sumie możemy. Najwyżej po prostu nie przyjedziemy, jeśli imprezę odwołają lub - wręcz przeciwnie - to nas zatrzymają jakieś jakieś nagłe zobowiązania... Jest tak na świeżo po zdarzeniu, że bardzo wiele może się zdarzyć.
Koniec końców, finalnie i ostatecznie trafiamy na listę startową trasy rowerowej 100 km i czekamy na nadchodzący weekend.
Ponownie w lasach i kniejach Kobióra
Silesia ma bazę w Kobiórze czyli między Tychami a Pszczyną, na terenach gdzie mamy naprawdę sporo leśne kompleksy (np. drzewa są smutne... tak, słyszę to ciszę, która zapadła... wiem, wiem, to był betonowy suchar. Do usług :P). To tutaj przebiegł między innymi kiedyś Rajd Wilczy (kiedy to było... 7 lat p.o.k. ), a także samodzielnie zapuszczaliśmy się w te tereny całkiem niedawno: jeden rok p.o.k. (żadne P.N.E, a właśnie P.O.K czyli przed operacją kolana :P :P :P - tak nam łatwiej liczyć czas, bo nigdy nie rozumiałem, czemu przyjęliśmy firmę komunikacyjną jako wyznacznik czasu... o co chodzi z tym przed naszą ERĄ? Jaka stała za tym IDEA... i czy to było rozwiązanie na PLUS?). Dobra, dobra, już kończę z tymi sucharami :P
Wracamy do opowieści o samym rajdzie --> nadchodzi sobotni poranek, pakujemy rowery na auto i ruszamy do Kobióra.
Dobrze będzie znowu pogonić za lampionami, bo dawno tego nie robiliśmy. Nasz ostatni rajd to był Hawran w Beskidzie Niskiem, a potem orientacyjnie zrobił się dość pusto w naszym kalendarzu. Pustkę dodatkowo spotęgowało odwołanie Mordownika. Wracamy zatem do ścigania się i przeczesywania lasów i bagien.
To będzie także pierwszy od dawna weekend, który NIE spędzimy w górach - postanawiamy zatem "pogonić" w dobrym tempie po wspomnianych wcześniej lasach. Wiecie, tak dla siebie, pojechać mocno - po-upalać, po-dzidować, odpalić kopyto. Ta fura jedzie dwieście czterdzieści na godzinę... no dobra, dwadzieścia cztery, a nie dwieście czterdzieści, ale może spróbujemy podciągnąć się pod 28 km/h lub więcej. Ma być ładna pogoda, lasy tutaj są bardzo przejezdne, więc czemu by nie polecieć jakimiś przelotami!
Będzie to miła odmiana od ciągłego pchania... jak to przecież bywa w górach. Strzeżcie się zatem lasy Kobióra - nadchodzimy :D
Zapowiada się piękny dzieńWahamy się zatem z zapisem do ostatnich chwil obserwując sytuację... Potem dochodzimy do wniosku, że zapisać się w sumie możemy. Najwyżej po prostu nie przyjedziemy, jeśli imprezę odwołają lub - wręcz przeciwnie - to nas zatrzymają jakieś jakieś nagłe zobowiązania... Jest tak na świeżo po zdarzeniu, że bardzo wiele może się zdarzyć.
Koniec końców, finalnie i ostatecznie trafiamy na listę startową trasy rowerowej 100 km i czekamy na nadchodzący weekend.
Ponownie w lasach i kniejach Kobióra
Silesia ma bazę w Kobiórze czyli między Tychami a Pszczyną, na terenach gdzie mamy naprawdę sporo leśne kompleksy (np. drzewa są smutne... tak, słyszę to ciszę, która zapadła... wiem, wiem, to był betonowy suchar. Do usług :P). To tutaj przebiegł między innymi kiedyś Rajd Wilczy (kiedy to było... 7 lat p.o.k. ), a także samodzielnie zapuszczaliśmy się w te tereny całkiem niedawno: jeden rok p.o.k. (żadne P.N.E, a właśnie P.O.K czyli przed operacją kolana :P :P :P - tak nam łatwiej liczyć czas, bo nigdy nie rozumiałem, czemu przyjęliśmy firmę komunikacyjną jako wyznacznik czasu... o co chodzi z tym przed naszą ERĄ? Jaka stała za tym IDEA... i czy to było rozwiązanie na PLUS?). Dobra, dobra, już kończę z tymi sucharami :P
Wracamy do opowieści o samym rajdzie --> nadchodzi sobotni poranek, pakujemy rowery na auto i ruszamy do Kobióra.
Dobrze będzie znowu pogonić za lampionami, bo dawno tego nie robiliśmy. Nasz ostatni rajd to był Hawran w Beskidzie Niskiem, a potem orientacyjnie zrobił się dość pusto w naszym kalendarzu. Pustkę dodatkowo spotęgowało odwołanie Mordownika. Wracamy zatem do ścigania się i przeczesywania lasów i bagien.
To będzie także pierwszy od dawna weekend, który NIE spędzimy w górach - postanawiamy zatem "pogonić" w dobrym tempie po wspomnianych wcześniej lasach. Wiecie, tak dla siebie, pojechać mocno - po-upalać, po-dzidować, odpalić kopyto. Ta fura jedzie dwieście czterdzieści na godzinę... no dobra, dwadzieścia cztery, a nie dwieście czterdzieści, ale może spróbujemy podciągnąć się pod 28 km/h lub więcej. Ma być ładna pogoda, lasy tutaj są bardzo przejezdne, więc czemu by nie polecieć jakimiś przelotami!
Będzie to miła odmiana od ciągłego pchania... jak to przecież bywa w górach. Strzeżcie się zatem lasy Kobióra - nadchodzimy :D

Always, always second best :D :D :D

Szybko rozbierz się... jak na "osobistej". SZYBCIEJ, mówię!
No i nie sprawiaj kłopotów, mały kurwiu... Pani Szatniarka ma swoje sposoby na krnąbrne i rozwydrzone bachory :D

To śląskie... mostki budują wzdłuż rzeki :D
Ruszamy z bazy i już pierwsze metry pokazują nam, że świat nie do końca chce abyśmy upalali i dzidowali. Na wyjeździe z Kobióra mamy ruch wahadłowy bo rozkopali pół miasta. Stoimy na czerwonym. Ale spokojnie, spokojnie... mamy cały dzień. Limit czasowy na naszej trasie to 21:00, więc zakładamy że uda nam się zrobić komplet punktów kontrolnych.Takie opóźnienia to nie żadne opóźnienia.
Jednym z naszych "pierwszych" lampionów ma być ten na mostku, ale na odprawie Marcin powiedział nam, że tego lampionu tam nie ma. Mamy zrobić zdjęcie tego mostku, który finalnie znajdować się będzie nie nad rzeką, ale hmmmm nad rzeką. Tylko wiecie, nad rzeką w znaczeniu nieopodal rzeki... będzie sobie leżeć obok... wzdłuż (?) rzeki. I to całkiem spory most. Nie do końca wiem, co tu się odwaliło... może wystąpiły jakieś błędy projektowe, a wykonawca i tak powie "zgodnie z wymaganiami, zgodnie z projektem" :D
Nie wszyscy jednak chyba zanotowali, że lampionu tutaj finalnie nie ma i nie trzeba się do mostu przedzierać - wystarczy "foto".
Będą ekipy "drące" na punkt od drugiej strony (ja się pytam jak...), będą drużyny forsujące rzekę (ja się pytam po co...).
Jak to było w klasyce:
- Nie rozumiem
- To nie jest obowiązkowe
No to spoko, robimy zdjęcie i jedziemy dalej.
Jednym z naszych "pierwszych" lampionów ma być ten na mostku, ale na odprawie Marcin powiedział nam, że tego lampionu tam nie ma. Mamy zrobić zdjęcie tego mostku, który finalnie znajdować się będzie nie nad rzeką, ale hmmmm nad rzeką. Tylko wiecie, nad rzeką w znaczeniu nieopodal rzeki... będzie sobie leżeć obok... wzdłuż (?) rzeki. I to całkiem spory most. Nie do końca wiem, co tu się odwaliło... może wystąpiły jakieś błędy projektowe, a wykonawca i tak powie "zgodnie z wymaganiami, zgodnie z projektem" :D
Nie wszyscy jednak chyba zanotowali, że lampionu tutaj finalnie nie ma i nie trzeba się do mostu przedzierać - wystarczy "foto".
Będą ekipy "drące" na punkt od drugiej strony (ja się pytam jak...), będą drużyny forsujące rzekę (ja się pytam po co...).
Jak to było w klasyce:
- Nie rozumiem
- To nie jest obowiązkowe
No to spoko, robimy zdjęcie i jedziemy dalej.
Szkodniczy awers :)

Szkodniczy rewers :)

Zielono :)

Predator (z zezem) tu był :D

Od kropki do kropki czyli nawigacja dla uważnych
Co ciekawe, dzisiaj spotkać na trasie lampion graniczy z cudem. Większość punktów kontrolnych będzie oznakowanych 3 kropkami (zmazywalną farbą - jak ktoś nie wie jak to się robi, ale chciałby się "rzucać"...) oraz perforatorem. To uczyni nawigację trudniejszą. Kropki nie rzucają się tak w oczy jak lampiony, a sami wiecie że czasami odnaleźć taki lampion wcale nie jest prosto. Przy kropkach jest zdecydowanie trudniej. Podoba nam się to bo trudna nawigacja to przecież dobra zabawa - ekipa KrakINO proszę nie brać sobie tego zdania do serca. Was ono nie dotyczy, Wy to potraficie srogo przesadzić z trudnością.... dobra dość dyplomacji, powiem wprost... potraficie DOJEBAĆ tak, że człowiek zastanawia się czy kiedykolwiek umiał w mapę :D
Szukamy zatem kropek na drzewach po lasach. A w lesie jak to w lesie, znajdzie się co wiatr tam naniesie... np. wrak samochodu. Macie na zdjęciu poniżej.
Tak jak wraku nie dało się przegapić, to kropkę na drzewie - zwłaszcza jak lecicie "na gazie" jakimś szutrem - przegapić już o wiele łatwiej. Zdarzy nam się czasem minąć punkt kontrolny, niewiele - parę metrów, ale jednak podświadomie szuka się lampionu.
Sponiewierało...

Leśne klasyki

Atak szczytowy vs aklimatyzacja :)
Przed nami najwyższy punkt naszej trasy - szturm na HAŁDĘ "SKALNY". To lubię na Śląsku, forsowanie hałd jest fajne - a na niejednej już przecież byliśmy. Na tej będziemy pierwszy raz, a Marcin zapowiada widoki na Beskidy i na na tzw. "industrial", więc zakładamy zatem, że widok ze szczytu będzie zacny. Kierujemy się wskazówkami z odprawy aby odnaleźć wjazd w to miejsce, bo "główna" droga jest niedostępna (to tereny kopalni). Instrukcje podane przez Marcina są bardzo dokładne, więc szybko trafiamy do podnóża górki.
Szkodnik nie chce rypać na wprost i chce to objechać. No ile ja mam lat aby objeżdżać - rozdzielamy się. Zobaczymy kto będzie pierwszy! Zawody w trakcie zawodów. Szkodnik odpala kopyto i ciśnie podjazd, a ja na rower na ramię i dzida pod górę. Duża zmiana wysokości w krótkim czasie powoduje, że muszę założyć dwa obozy aklimatyzacyjne po drodze... ewidentnie wyczuwany jest brak tlenu... niby to jest niedaleko, ale jest tak stromo, że dostaję zadyszki. Potwierdzam zatem co piszą w książkach, aklimatyzacja to podstawa... lub po prostu jestem za słaby aby wbiec na hałdę z rowerem na ramieniu - na raz, bez odpoczynku. Wolę jednak wierzyć, że to pierwsze :P
Kopalnia czarnego złota :D

Szkodnik drogą na około :)

Ja rypie na wprost brute force'em :P

Byłem pierwszy!!! O kilka sekund ale jednak !!!

Dymi !!!

Szczyt

Zacny widok :D
Industrial zone :D

Upalanie... co na drodze to pod koła
Zjeżdżamy z hałdy i ruszamy dalej. Tym razem sporo przelotów. Najpierw lasy we wschodniej części mapy, a potem na południe: przelot aż do Pszczyny... a potem z powrotem, "po skosie, w lewo do góry" czyli znowu przez lasy, lasy, lasy. Innymi słowy jest dokładnie tak jak zakładaliśmy: upalamy po lesie przez cały dzień.
Nie ma się co tutaj rozpisywać - po prostu ciśniemy i nie hamujemy dla nikogo. Dosłownie, bo Szkodnik zostanie oskarżony o przejęcie zegarka Garmina od jednego z zawodników - Basia nawet nie zauważyła, że PONOĆ zderzyli się kierownicami na wąskiej ścieżce leśnej. Ja bym oczekiwał, że przy takim zdarzeniu to chociaż trochę szarpnie Szkodnikiem...a gdzie tak. Nie zauważył. A zawodnik podczas zderzenia zgubił zegarek i był przekonany, że zahaczył się o kierownicę roweru Basi. Ścigali nas po lesie, ponoć wołali... ale my widząc, że ktoś za nami leci, dodawaliśmy gazu. No i tak się bawiliśmy, Oni w pościgu za nami, a my uciekamy :D
Specjalnie bez imion, aby nie podawać publicznie tożsamości ofiar :D
Finalnie zegarek się odnalazł, spadł w trawę w miejscu "zderzenia", którego według Basi nawet nie było :D :D :D
Końcówka jak zawsze w bagnie... droga, która miała nas wyprowadzić z lasu do bazy istniała tylko na mapie. Utknęliśmy na jakieś 15 - 20 min w rozlewisku przy torach i trzeba było przedzierać się brute-forcem. Finalnie zamknęliśmy trasę w 111 km i w czasie trochę ponad 9 godzin. Nieźle, bo kilka małych wtop nawigacyjnych było (od niezauważenia 3 kropek na drzewie, po pomyłkę drogi - nic spektakularnego, ale kilka razy, a to jednak zawsze kosztuje trochę czasu).
Było zacnie - dobrze w końcu trochę pojeździć, a nie ciągle pchać, bo mam wrażenie że od kwietnia to nie wychodzimy w gór, a tam to ciągle pchanie, noszonko i tyranie.
Nie ma się co tutaj rozpisywać - po prostu ciśniemy i nie hamujemy dla nikogo. Dosłownie, bo Szkodnik zostanie oskarżony o przejęcie zegarka Garmina od jednego z zawodników - Basia nawet nie zauważyła, że PONOĆ zderzyli się kierownicami na wąskiej ścieżce leśnej. Ja bym oczekiwał, że przy takim zdarzeniu to chociaż trochę szarpnie Szkodnikiem...a gdzie tak. Nie zauważył. A zawodnik podczas zderzenia zgubił zegarek i był przekonany, że zahaczył się o kierownicę roweru Basi. Ścigali nas po lesie, ponoć wołali... ale my widząc, że ktoś za nami leci, dodawaliśmy gazu. No i tak się bawiliśmy, Oni w pościgu za nami, a my uciekamy :D
Specjalnie bez imion, aby nie podawać publicznie tożsamości ofiar :D
Finalnie zegarek się odnalazł, spadł w trawę w miejscu "zderzenia", którego według Basi nawet nie było :D :D :D
Końcówka jak zawsze w bagnie... droga, która miała nas wyprowadzić z lasu do bazy istniała tylko na mapie. Utknęliśmy na jakieś 15 - 20 min w rozlewisku przy torach i trzeba było przedzierać się brute-forcem. Finalnie zamknęliśmy trasę w 111 km i w czasie trochę ponad 9 godzin. Nieźle, bo kilka małych wtop nawigacyjnych było (od niezauważenia 3 kropek na drzewie, po pomyłkę drogi - nic spektakularnego, ale kilka razy, a to jednak zawsze kosztuje trochę czasu).
Było zacnie - dobrze w końcu trochę pojeździć, a nie ciągle pchać, bo mam wrażenie że od kwietnia to nie wychodzimy w gór, a tam to ciągle pchanie, noszonko i tyranie.
Na koniec potężna galeria z drugiej części rajdu. JEDZIEMY --->
Ale przelot !!!

Forsując cieki wodne :)

Bunkr z funkcją wieży obserwacyjnej :)

Ciśniemy!!!

Obiekty strategiczne :D

SZKODNIK, DAWAJ WPJERJOT :D

Chwila wytchnienia :)

I znowu upalamy :)

Pszczyna classic :)

Zakochany jestem w tej sentencji: "Jeszcze nie jest za późno na jutrzejsze życie" - to prawda !!!

Znowu w lesie :)

Na rympał :)

Spotterzy, wszędzie Spotterzy :D

Brute forcem do bazy :D

Kategoria Rajd, SFA
Rajd HAWRAN 2024
-
DST
72.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 13 lipca 2024 | dodano: 17.07.2024
Jak najlepiej spędzić sobotę? W upale, miejscami dochodzącym do 40 stopni, w deszczu i gradzie z błotem po kolana? Najlepiej w obu po trochu... a czasem to nawet więcej niż po trochu. Tak, to najlepszy możliwy sposób - zaufajcie mi. Czy kiedykolwiek Was okłamałem? Przecież mi się to nie zdarza, prawda?
Czy te mapy mogą kłamać? Czy ja mógłbym korbę złamać? Chyba... nie (?)
No dobrze, do rzeczy - Rajd Hawran 2024 przechodzi o historii. Szczęśliwie my nie, bo "po raz kolejny udało się przeżyć". Pamiętajcie, prawdziwa sława przychodzi dopiero po śmierci, wcześniej to co najwyżej popularność. Zapraszam zatem na opowieść o tym, jak zrobiliśmy sobie PIELGRZYMKĘ do RADOŚCI wyruszywszy z SAMOKLĘSK czyli "Hello Beskid Niski, my old friend, I've come to you to ride again..." parafrazując klasykę, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać (ale jakby co, to TUTAJ)
Czy te mapy mogą kłamać? Czy ja mógłbym korbę złamać? Chyba... nie (?)
No dobrze, do rzeczy - Rajd Hawran 2024 przechodzi o historii. Szczęśliwie my nie, bo "po raz kolejny udało się przeżyć". Pamiętajcie, prawdziwa sława przychodzi dopiero po śmierci, wcześniej to co najwyżej popularność. Zapraszam zatem na opowieść o tym, jak zrobiliśmy sobie PIELGRZYMKĘ do RADOŚCI wyruszywszy z SAMOKLĘSK czyli "Hello Beskid Niski, my old friend, I've come to you to ride again..." parafrazując klasykę, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać (ale jakby co, to TUTAJ)
Sekwencja zapłonu: "...EI8HT SE7EN 6IX 5IVE FOUR THR3E TWO ONE. IGNITION. LET'S GET IT STARTED" (czyli LECIMY !!!)

Jedziesz jak potłuczony... to prowadzi do Samoklęski
Całe "ORIENTacyjne" rechocze od chwili, w którym zostało ogłoszone, że Hawran 2024 będzie miał bazę w Samoklęskach. Wszyscy przeczuwają, że to zapowiedź tego co nas na rajdzie czeka, że to jakaś przepowiednia dotycząca naszych losów - wiecie takie "Mroczne Widmo" :P
No i czy robią coś aby przeciwdziałać? Nie, siedzą i rechoczą. Typowe :P
"...i cierpią gdy śmieje się z nich świat zwycięski
Niepomni że mądry nie śmieje się z klęski" (całość TUTAJ)
Chociaż może zbyt dramatycznie do tego podchodzę, bo przecież już w antyku pisali, że "klęski nawet w późnym wieku, nauczą Cię rozumu człowieku". Pamiętacie jeszcze ze szkoły, z czego to cytat? Jak coś to TUTAJ Przeczytać to, to był jakiś DRAMAT. Dosłownie, po prostu :D
A czemu jadę jak potłuczony? Ano, bo się potłukłem. W tygodniu przed rajdem, w drodze do biura, robiłem testy wytrzymałościowe korby w moim miejskim rowerze. Myślałem że cały czas jestem w strefie odkształceń, gdzie obowiązuje prawo Hooke'a, a przekroczyłem tzw. punkt Ru (punkt zerwania materiału - roboczo mówiliśmy na to zawsze Granica Ujebania).
Puryści mi pewnie zarzucą, że na wykresie chodzi o rozciąganie statyczne, a tu mieliśmy do czynienia z układem dynamicznym... nawet bardzo dynamicznym... pamiętajcie, to nie prędkość zabija, ale nagła jej utrata... no ale nie czepiajmy się szczegółów. Dobrze, że nie doszło do katastroficznego kruchego pękania gnatów… bo do katastrofy poszło. Jak mówiłem, potłukłem się i w tym tygodniu chodzę zatem jak Joe Biden.
Ciemne okulary (bo noszę fotochromy), chód powolny, sztywny, wyprostowany bo się nie zegnę… tak mnie łamie w krzyżu.
A że czasem nie ogarniam już co się w tych naszych projektach dzieje w robocie, to mnie chwytają na korytarzu i prowadzą do właściwych salek konferencyjnych… jak starego dobrego wujka Joe. Chociaż nie wiem czy widzieliście TO (dla mnie gość, który zrobił ten filmik, to zrobił dla NATO więcej niż cały dział PR'a i to bez znaczenia czy lubicie tych ludzi czy nie :D)
A jak obtłukłem sobie tyłek… otóż czysty pech, nic nietypowego. Rozpędzacie się, stajecie na pedałach i deptacie z całej pyty czyli „z chlebkiem”, a tu pedał wraz z kawałkiem korby się urywa…
Cała siła idzie w dół, w ziemię. Noga, która deptała staje się kotwicą, a ja poleciłem klatą na kierownicę. Jako, że prędkość była już niemała to zrobiłem mojego pierwszego w życiu „front flipa”. YEAH !!! Aż sobie siadłem z wrażenia na ziemi… siadłem dynamicznie, siadłem z przytupem i mam mega obitą kość ogonową. Na tyle, że przez chwilę nawet Hawran stał pod znakiem zapytania czy damy radę pojechać. Finalnie poprawiło się na tyle, że jedziemy, acz ból dupy z tym wyjazdem mam straszny :P…
Ostatni taki to czułem chyba wtedy, kiedy rosły, umięśniony „czaruś” o ciepłym oddechu nie posmaro… (DOŚĆ! – Szkodnik). No dobrze, dobrze, wiem. to nie na tego bloga… wróćmy zatem do relacji. Będziemy dziś jechać nierychliwie, bo jechać w zasadzie mogę, ale na wertepach czy podjazdach, tak mnie tak łupie "w krzyżu", że za dnia widzę gwiazdy…
Granica Ru przekroczona...

Przez Pielgrzymkę do Radości? Nie sądzę…
Tak
się nazywają miejscowości na mapie, które będziemy dziś mijać.
Pielgrzymka to owszem będzie i to wcale nie krótka, ale trochę mniej będzie tej
radości
w kontekście warunków panujących na trasie. Czeka nas bowiem upał.
Licznik w pewnym momencie rajdu pokaże nawet 40 stopni… masakra.
Będziemy smażyć się żywcem… a jak umrzemy, to będziemy smażyć się nadal.
Zwęglać, spopielać, fajczyć, gorzeć…
co to jest okrągłe i nas nienawidzi? SŁONECZKO.
Na trasę pojedziemy dzisiaj w czwórkę: zarówno z Andrzejem jak i Karolem, acz poinformujemy ich, że my dziś wolniej i spokojniej.
Odpowiadają, że także nie mają dzisiaj większych ambicji i że pasuje Im wolniejsze tempo. Ich duma na tym nie ucierpi :P
No to rozumiem - widać, że oglądali klasykę "W dniu walki poczujesz lekkie ukłucie, to odezwie się twoja..." (chyba każdy wie o jakim filmie mówię, ale dla niekumatych - TUTAJ).
Staramy się zatem zaplanować jakiś w miarę sensowny wariat przejazdu, już z początku zakładając że dzisiaj kompletu punktów to raczej nie zrobimy. Pamiętajcie, że piszę to z perspektywy planowania trasy – na tym etapie nie wiedzieliśmy jeszcze, jak trudna sama trasa będzie i jakie warunki nas czekają (na razie jest tylko 28 stopni na termometrze).
Ruszamy na północny zachód zebrać co się da.
Na pierwszy ogień idą:
- punkt BRZOZY (ten wchodzi bez problemu)
- punkt NIECZYNNY SZYB (ten też wejdzie, ale z dużymi problemami).
Najpierw uphill battle w pełnym słońcu, potem odmierzamy się na punkt, dzida przez łąkę i choć znajdujemy żółtą tabliczkę to lampionu tam nie ma.
Zaczynamy poszukiwania, ale nie nadal nie ma – Andrzej, Basia i Karol czeszą polanę, ale ja postanawiam brute-force’em przez krzaki. Jest gęsto i kolczaście, ale cisnę przez krzory. Czasami trzeba się cofnąć aby wziąć rozbieg, bo gałęzie nie chcą puścić, no ale ja zawsze jestem wierny zasadzie, że „jeśli brutalna przemoc nie działa, oznacza że używasz je za mało”. Wyłamuję kolejne krzaki i brnę przez kolce. Wychodzę z drugiej strony zagajnika, wprost na punkt… byłoby szkoda gdyby Andrzej doszedł do niego polaną, nie musząc przedzierać się przez kolce. No nic, ważne że odnaleziony. Lecimy dalej.
Na trasę pojedziemy dzisiaj w czwórkę: zarówno z Andrzejem jak i Karolem, acz poinformujemy ich, że my dziś wolniej i spokojniej.
Odpowiadają, że także nie mają dzisiaj większych ambicji i że pasuje Im wolniejsze tempo. Ich duma na tym nie ucierpi :P
No to rozumiem - widać, że oglądali klasykę "W dniu walki poczujesz lekkie ukłucie, to odezwie się twoja..." (chyba każdy wie o jakim filmie mówię, ale dla niekumatych - TUTAJ).
Staramy się zatem zaplanować jakiś w miarę sensowny wariat przejazdu, już z początku zakładając że dzisiaj kompletu punktów to raczej nie zrobimy. Pamiętajcie, że piszę to z perspektywy planowania trasy – na tym etapie nie wiedzieliśmy jeszcze, jak trudna sama trasa będzie i jakie warunki nas czekają (na razie jest tylko 28 stopni na termometrze).
Ruszamy na północny zachód zebrać co się da.
Na pierwszy ogień idą:
- punkt BRZOZY (ten wchodzi bez problemu)
- punkt NIECZYNNY SZYB (ten też wejdzie, ale z dużymi problemami).
Najpierw uphill battle w pełnym słońcu, potem odmierzamy się na punkt, dzida przez łąkę i choć znajdujemy żółtą tabliczkę to lampionu tam nie ma.
Zaczynamy poszukiwania, ale nie nadal nie ma – Andrzej, Basia i Karol czeszą polanę, ale ja postanawiam brute-force’em przez krzaki. Jest gęsto i kolczaście, ale cisnę przez krzory. Czasami trzeba się cofnąć aby wziąć rozbieg, bo gałęzie nie chcą puścić, no ale ja zawsze jestem wierny zasadzie, że „jeśli brutalna przemoc nie działa, oznacza że używasz je za mało”. Wyłamuję kolejne krzaki i brnę przez kolce. Wychodzę z drugiej strony zagajnika, wprost na punkt… byłoby szkoda gdyby Andrzej doszedł do niego polaną, nie musząc przedzierać się przez kolce. No nic, ważne że odnaleziony. Lecimy dalej.
Nasz pierwszy lampion dzisiaj

Uphill battle starts in 3... 2... 1...

Bestyjki wygrzewają się w słoneczku

Tyralierą mości Państwo, tyralierą :D

Kaskada… błędów i głazów :P
Ruszamy na żółty szlak i poszukujemy tzw. kaskady na potoku, bo tam ma być nasz trzeci dzisiaj punkt kontrolny. Dokładna nazwa to „Nad kaskadami”.
No i teraz się zacznie… kaskada numer 1 nie ma punktu. Kaskada numer 2 nie ma punktu. Kaskada numer 3 nie ma punktu. Zaczynamy się zastanawiać co dokładnie znaczy "nad".
Czy „nad” znaczny że trzeba minąć kaskadę i podążać w górę rzeki – wtedy będziemy nad tą kaskadą czy też „nad” znaczy, że trzeba do kaskady zejść. Rzeka płynie w głębokim jarze i lampion może być na zboczu NAD kaskadą, względem drogi… no zagwozdka. Mijają kolejne minuty, a my nie możemy namierzyć punktu kontrolnego. Z resztą nie tylko my, zaczyna się robić gęsto od zawodników - każdy biega, szuka, krzyczy. Nikt jeszcze nie znalazł.
Z mapy wiemy, że na wysokości rozejścia szlaków będziemy już „za wysoko” (za daleko) względem punktu. Zamierzamy zatem z tego miejsca schodzić w dół… rzeką. Walimy po prostu potokiem… tak, przekraczając kolejne kaskady. Zawsze twierdziłem, że „brute force” to dobra metoda… lampion znaleziony. Niemniej oba punkty (szyb i teraz kaskady) zjadły nam naprawdę sporo czasu. Chyba dzisiaj jest po prostu trudno…
Głaz – kolejny lampion ma być przy głazie. Łapiemy azymut od szlaku i ruszamy zanikającą ścieżką w stronę głazu. Niby to powinno być proste, ale… kiedy mijacie 718281828459045235360 głaz (tak, to rozwinięcie liczby e po przecinku – widziałem, że zauważycie! Jestem z Was dumny :P) i nie ma tam lampionu, to zaczyna Was to lekko irytować. Co więcej jak będziemy przy właściwym w końcu głazie też trochę naszukamy lampionu, bo po prostu go nie zauważymy, ale o tym zaraz...
Oba punkty: kaskady i głaz, niby dość blisko siebie, a zjadły nam naprawdę dużo czasu.
No i teraz się zacznie… kaskada numer 1 nie ma punktu. Kaskada numer 2 nie ma punktu. Kaskada numer 3 nie ma punktu. Zaczynamy się zastanawiać co dokładnie znaczy "nad".
Czy „nad” znaczny że trzeba minąć kaskadę i podążać w górę rzeki – wtedy będziemy nad tą kaskadą czy też „nad” znaczy, że trzeba do kaskady zejść. Rzeka płynie w głębokim jarze i lampion może być na zboczu NAD kaskadą, względem drogi… no zagwozdka. Mijają kolejne minuty, a my nie możemy namierzyć punktu kontrolnego. Z resztą nie tylko my, zaczyna się robić gęsto od zawodników - każdy biega, szuka, krzyczy. Nikt jeszcze nie znalazł.
Z mapy wiemy, że na wysokości rozejścia szlaków będziemy już „za wysoko” (za daleko) względem punktu. Zamierzamy zatem z tego miejsca schodzić w dół… rzeką. Walimy po prostu potokiem… tak, przekraczając kolejne kaskady. Zawsze twierdziłem, że „brute force” to dobra metoda… lampion znaleziony. Niemniej oba punkty (szyb i teraz kaskady) zjadły nam naprawdę sporo czasu. Chyba dzisiaj jest po prostu trudno…
Głaz – kolejny lampion ma być przy głazie. Łapiemy azymut od szlaku i ruszamy zanikającą ścieżką w stronę głazu. Niby to powinno być proste, ale… kiedy mijacie 718281828459045235360 głaz (tak, to rozwinięcie liczby e po przecinku – widziałem, że zauważycie! Jestem z Was dumny :P) i nie ma tam lampionu, to zaczyna Was to lekko irytować. Co więcej jak będziemy przy właściwym w końcu głazie też trochę naszukamy lampionu, bo po prostu go nie zauważymy, ale o tym zaraz...
Oba punkty: kaskady i głaz, niby dość blisko siebie, a zjadły nam naprawdę dużo czasu.
Rypiemy potokiem na wprost :P

Drzewo zwiędło jak zobaczyło nasz wariant :P

GŁAZ!!!

Andrzej: "Ej, a może w lewo?)

Ciśnij pod górkę, a nie w lewo :D

Bidon wprost z BALI :D
Ktoś zgubił bidon, co mogę powiedzieć... "W tym słońcu, w takich warunkach to jakby byli już w zasadzie martwi" (parafraza sceny z 2:50 - TUTAJ)

Open space

Szkodnik na trawce :)

Woda! Woda! Woda!

Forsujemy potoki :)

"Nie palę się... piętnaście warstw nomexu chroni mnie przed najgorszym, ale gorąco odbiera mi ostatnie siły... muszę się ruszyć, bo nie ma już żadnych w zapasie"
(i tak pewnie nie znacie, jeden z odcinków "Knightfall'u" :P - TUTAJ)
Smażymy
się… żar leje się z nieba, a na łąkach i innych takich open-space’ach
licznik pokazuje: 40,5 stopnia C. Masakra. Słonko, słoneczko… upał
nas masakruje, wysysa z nas siły. Nie wiem czy to trudność trasy, czy
to właśnie upał, nasze rozkojarzenie i inne przeszkadzacze („ogon” mnie jednak trochę boli, więc nie jedzie się super komfortowo), ale
wygląda na to że wpadliśmy w znienawidzony przeze mnie
tryb „nie widzenia lampionów”. I to wszyscy.
Jak popełniacie błąd nawigacyjny, to – gdy się zorientujecie – korekta zwykle przynosi wymierny rezultat, czyli szukaliśmy w złym miejscu, teraz szukamy w dobry i znajdujemy. Natomiast tryb „nie widzenia lampionów” oznacza, że jesteśmy w dobrym miejscu i z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie dostrzec lampionu. Korekta niewiele tu da...
Przykładem z innych rajdów może być np. rów przeciwczołgowy na Grassor 300. Obeszliśmy rów górą, dołem, trawersowaliśmy jego ściany… 40 min. To był dobry rów i lampion tam był… przeszliśmy obok niego ze 6 razy nie widząc go… aż w końcu się udało. Na tym samym rajdzie mieliśmy taką samą akcję z brzozami… siedzieliśmy pod nimi (stare brzozy wcale nie są czarno-białe… a poza tym była noc). W praktyce jednak siedzieliśmy obok lampionu i go nie widzieliśmy… tam nam zeszło ponad godzinę… brzoza w ruinach. K***a, drzewa nie będące czarno-białe i dwa kamienie... taka ruina...
Teraz widzę, że znowu wpadamy w ten tryb.
Najpierw był „nieczynny szyb” – minimalnie przestrzelony przez nas, ale ogólnie byliśmy w dobrym miejscu. Szukanie…
Potem „Nad kaskadami”, także dobre miejsce w terenie… brodzimy rzeką aby znaleźć lampion.
Następnie „Głaz”, 3 razy obeszliśmy właściwy głaz szukając lampionu, gdy on sobie spokojnie wisiał na drzewie obok.
Teraz „fundamenty”. Jest wielki opuszczony dom – kapitalne miejsce, robi wrażenie. Obok domu są fundamenty innej budowli – ale nie ma tam lampionu… no chyba że przejdziesz przez nie 4-ty raz, to wtedy jest. Naprawdę... przeszedł Karol i nie widział, przeszedł Andrzej i nie widział, przeszedłem ja i nie widziałem. Andrzej przeszedł drugi raz (czyli czwarty sumarycznie) i wtedy znalazł… ech, doskonale wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, co więcej wiedzieliśmy, że jesteśmy w dobrym miejscu, a i tak nam zeszło z tym punktem kontrolnym. Przynajmniej był zajebisty… ten opuszczony dom naprawdę robił wrażenie.
Oby jak najszybciej wyjść z tego trybu, bo będzie dramat…
Jak popełniacie błąd nawigacyjny, to – gdy się zorientujecie – korekta zwykle przynosi wymierny rezultat, czyli szukaliśmy w złym miejscu, teraz szukamy w dobry i znajdujemy. Natomiast tryb „nie widzenia lampionów” oznacza, że jesteśmy w dobrym miejscu i z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie dostrzec lampionu. Korekta niewiele tu da...
Przykładem z innych rajdów może być np. rów przeciwczołgowy na Grassor 300. Obeszliśmy rów górą, dołem, trawersowaliśmy jego ściany… 40 min. To był dobry rów i lampion tam był… przeszliśmy obok niego ze 6 razy nie widząc go… aż w końcu się udało. Na tym samym rajdzie mieliśmy taką samą akcję z brzozami… siedzieliśmy pod nimi (stare brzozy wcale nie są czarno-białe… a poza tym była noc). W praktyce jednak siedzieliśmy obok lampionu i go nie widzieliśmy… tam nam zeszło ponad godzinę… brzoza w ruinach. K***a, drzewa nie będące czarno-białe i dwa kamienie... taka ruina...
Teraz widzę, że znowu wpadamy w ten tryb.
Najpierw był „nieczynny szyb” – minimalnie przestrzelony przez nas, ale ogólnie byliśmy w dobrym miejscu. Szukanie…
Potem „Nad kaskadami”, także dobre miejsce w terenie… brodzimy rzeką aby znaleźć lampion.
Następnie „Głaz”, 3 razy obeszliśmy właściwy głaz szukając lampionu, gdy on sobie spokojnie wisiał na drzewie obok.
Teraz „fundamenty”. Jest wielki opuszczony dom – kapitalne miejsce, robi wrażenie. Obok domu są fundamenty innej budowli – ale nie ma tam lampionu… no chyba że przejdziesz przez nie 4-ty raz, to wtedy jest. Naprawdę... przeszedł Karol i nie widział, przeszedł Andrzej i nie widział, przeszedłem ja i nie widziałem. Andrzej przeszedł drugi raz (czyli czwarty sumarycznie) i wtedy znalazł… ech, doskonale wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, co więcej wiedzieliśmy, że jesteśmy w dobrym miejscu, a i tak nam zeszło z tym punktem kontrolnym. Przynajmniej był zajebisty… ten opuszczony dom naprawdę robił wrażenie.
Oby jak najszybciej wyjść z tego trybu, bo będzie dramat…
Jest źle... jest bardzo źle...

Przeloty

"- To nie jest woda!
- To czarna krew ziemi.
- Masz na myśli ropę naftową?
- NIE, CZARNĄ KREW ZIEMI" (klasyk klasyków ---> TUTAJ)

Jest i kolejny lampion

Jeden z cmentarzy wojennych na naszej trasie

Andrzej zwiedza krzaki... tak to jest gdy grunt usuwa się Wam z pod nóg, dosłownie :D

Przybyli pod okienko :P

W sumie...

Krzyż Pański - czyli po angielsku: "Show me you lower back, Sir" (oj przydałoby mi się... )

Widoczki

Domek na kurzej stopce :D

"Ogień nas nie spali, nie utopi woda
wróci z nami z rajdu słońce i pogoda" (parafraza TEGO)
No
i zaczyna się… dramat. Ale nie z trybem postrzegania, a z trybem
odczuwania. Burza. No ale ciężko się dziwić, bo grzmiało sobie tak już
od 2-3
godzin. Pohukiwało sobie złowieszczo, a teraz już nie pohukuje, tylko napierd**a.
Srogo napierd**a i deszcz w ciągu kilku sekund przechodzi w grad. Tyle dobrze, że stosunkowo niewielki i tłucze głównie po kasku i plecaku. Gdyby to były większe kawałki lodu, to by nas nieźle obiło. Wjeżdżamy właśnie na punkt „KOPANKA” w zagajniku, znajdującym się na sporej wielkości łące. Temperatura spada o jakieś 20 stopni, acz nam to niestraszne i tak w plecaku mam kurtkę i dwie, słownie „dwie” warstwy pod-kurtkowe (tak, wiem że było 40 stopni... dlatego mówię, że mam TYLKO dwie warstwy, czego nie rozumiesz?… no i drugie spodnie). Karol trochę się wyłamał z tego trybu prepersowego, bo nie wziął nawet kurtki – poratujemy Go jednak jedną warstwą.
Leje zacnie, naprawdę zacnie – grad przeczekamy w zagajniku, bo trochę za starzy już jesteśmy na napieranie kiedy wali po hełmach. Najgorsze przeczekamy... w deszczu to już sobie pojedziemy dalej. Niby popada krótko bo jakieś 40 min, ale trasa miejscami spłynie błotem i to konkretnie – zobaczcie na zdjęcia.
Srogo napierd**a i deszcz w ciągu kilku sekund przechodzi w grad. Tyle dobrze, że stosunkowo niewielki i tłucze głównie po kasku i plecaku. Gdyby to były większe kawałki lodu, to by nas nieźle obiło. Wjeżdżamy właśnie na punkt „KOPANKA” w zagajniku, znajdującym się na sporej wielkości łące. Temperatura spada o jakieś 20 stopni, acz nam to niestraszne i tak w plecaku mam kurtkę i dwie, słownie „dwie” warstwy pod-kurtkowe (tak, wiem że było 40 stopni... dlatego mówię, że mam TYLKO dwie warstwy, czego nie rozumiesz?… no i drugie spodnie). Karol trochę się wyłamał z tego trybu prepersowego, bo nie wziął nawet kurtki – poratujemy Go jednak jedną warstwą.
Leje zacnie, naprawdę zacnie – grad przeczekamy w zagajniku, bo trochę za starzy już jesteśmy na napieranie kiedy wali po hełmach. Najgorsze przeczekamy... w deszczu to już sobie pojedziemy dalej. Niby popada krótko bo jakieś 40 min, ale trasa miejscami spłynie błotem i to konkretnie – zobaczcie na zdjęcia.
"- The storm is coming, Mr Wayne
- You sound like you are looking forward to it
- I'm adaptable" (klasyk...TUTAJ)

Kopanka

Zaczyna się :P

Jak ja to lubię... k***a

Kur*a 2...

Ech...

Ruinki :)

Pod stołem :)

Wyżerka na zakończenie :)
Pod
koniec naszej trasy podjedziemy na bufet i powiem Wam, że REWELACJA. Ja
się pytam gdzie dostaliście takie zajebiste PYSZNE-ingery? Odpowiadać,
bo zamierzam przejąć cukiernię. Przejmę i będę okupował! Nie wyjdę po dobroci, a cukiernika wezmę na zakładnika!
Jak nie podacie adresu, to jestem skłonny sięgnąć po radykalne środki przesłuchań - pamiętajcie z akumulatorem na jajach, jeszcze nikt nie zaprzeczał, więc pytam ostatni raz po dobroci... Potrzebuję ten adres! Uzależniłem się, a na głodzie robię głupie rzeczy.
Lemoniada to też była super. Ja nie wiem ile czasu spędziliśmy na bufecie, ale naprawdę sporo – ok, „ogon” mi doskwiera, ale byłem gotowy symulować totalną niesprawność, TOTALNĄ aby tylko dłużej zostać z ciasteczkami sam na sam. Niestety Szkodnik nie dał się oszukać… wygnanie z raju. Bez kitu, wygnano mnie z raju… BUUU :(
Wracamy do bazy kilka minut przed limitem. Zrobiliśmy trochę ponad 70 km i jakieś – mniej więcej – dwie trzecie trasy. Okazuje się, że Basia ląduje na drugim stopniu podium, co jest dla nas dużym zaskoczeniem, bo – jak to mawia nasza koleżanka – „szło nam jak ku***e w deszcz”… No deszcz w sumie był, a my czasem szukaliśmy lampionów stojąc obok nich… do tego 40 stopni nas lekko zabiło… ale chyba innych też, bo tylko 1 osoba zrobiła komplet punktów. Jak spojrzałem na mapę rano to zakładałem, że czołówka będzie z kompletem jakieś 2h przed limitem, a tu takie niespodzianki. Chyba jednak było trudno i to na kilku płaszczyznach. Co nie znaczy, że nie było super – było.
Acha i ja mówię poważnie z tą cukiernią, bo jak nie podacie, to ja już ładuję akumulator!
Pewnie zapytacie, czy akumulator 12V może zabić... a ja odpowiem, że to zależy z jakieś wysokości spadnie. I wskazywałem miejsce, gdzie może spaść :P
Albo wytnę Wam jakąś ślepą kiszkę… a jak nie macie, to się jakąś oślepi, a potem wytnie!
Jak nie podacie adresu, to jestem skłonny sięgnąć po radykalne środki przesłuchań - pamiętajcie z akumulatorem na jajach, jeszcze nikt nie zaprzeczał, więc pytam ostatni raz po dobroci... Potrzebuję ten adres! Uzależniłem się, a na głodzie robię głupie rzeczy.
Lemoniada to też była super. Ja nie wiem ile czasu spędziliśmy na bufecie, ale naprawdę sporo – ok, „ogon” mi doskwiera, ale byłem gotowy symulować totalną niesprawność, TOTALNĄ aby tylko dłużej zostać z ciasteczkami sam na sam. Niestety Szkodnik nie dał się oszukać… wygnanie z raju. Bez kitu, wygnano mnie z raju… BUUU :(
Wracamy do bazy kilka minut przed limitem. Zrobiliśmy trochę ponad 70 km i jakieś – mniej więcej – dwie trzecie trasy. Okazuje się, że Basia ląduje na drugim stopniu podium, co jest dla nas dużym zaskoczeniem, bo – jak to mawia nasza koleżanka – „szło nam jak ku***e w deszcz”… No deszcz w sumie był, a my czasem szukaliśmy lampionów stojąc obok nich… do tego 40 stopni nas lekko zabiło… ale chyba innych też, bo tylko 1 osoba zrobiła komplet punktów. Jak spojrzałem na mapę rano to zakładałem, że czołówka będzie z kompletem jakieś 2h przed limitem, a tu takie niespodzianki. Chyba jednak było trudno i to na kilku płaszczyznach. Co nie znaczy, że nie było super – było.
Acha i ja mówię poważnie z tą cukiernią, bo jak nie podacie, to ja już ładuję akumulator!
Pewnie zapytacie, czy akumulator 12V może zabić... a ja odpowiem, że to zależy z jakieś wysokości spadnie. I wskazywałem miejsce, gdzie może spaść :P
Albo wytnę Wam jakąś ślepą kiszkę… a jak nie macie, to się jakąś oślepi, a potem wytnie!
Ogólnie było super, ale naprawdę uzależniłem się od tych ciastek... do następnego!
Końcówka rajdu - po deszczu

Przed-ostatni punkt :)

Ja i tak jestem fanem tekstu z Odrzechowej: ODRZE z godności, SCHOWA punkty - genialne :D

Kategoria Rajd, SFA
TROPICIEL 32
-
DST
65.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 26 maja 2024 | dodano: 23.12.2024
Z naszej wyprawy na Wzgórza Strzelińskie zjeżdżamy wprost do bazy Tropiciela, czyli lecimy naszym Aramisowym klasykiem - wycieczka za dnia, rajd nocą. Sen jest dla słabych :D Weekendy trzeba po prostu wykorzystywać w pełni, więc w zasadzie to już nasza tradycja, aby łączyć imprezy nocne z dziennymi. Jedynym parametrem, który trzeba uwzględnić to przejazd z jednego rajdu na drugi, no ale jako, że nasza minuta startowa na Tropicielu wypada około 20 minut po północy, to tym razem będzie to "na spokojnie".
Musimy tylko przebrać się w suchy zestaw ciuchów i w zasadzie jesteśmy gotowi ruszać w ciemność. No dobra, jeszcze łyk ELIKSIRU (sroga dawka kofeina czyli Szkodnik LEJ PO BOMBIE) zgodnie z poniższym:
Musimy tylko przebrać się w suchy zestaw ciuchów i w zasadzie jesteśmy gotowi ruszać w ciemność. No dobra, jeszcze łyk ELIKSIRU (sroga dawka kofeina czyli Szkodnik LEJ PO BOMBIE) zgodnie z poniższym:
"Po co nam stymulanty,
bojowe narkotyki,
ziołowe wynalazki, lokalnych ludów dzikich
mogą się iść z tym schować
i iść na limbę
i się tam wypałować
wolimy BIMBER
Wszędzie wokół anarchia
mutanty i bandyci
A czasem jakiś wariat za miotacz ognia chwyci
Ciągłe niebezpieczeństwo
i możesz skończyć marnie
To amok i szaleństwo, na trzeźwo nie ogarniasz
Jeźdźcy apokalips, wizja po trzeciej trąbie
dookoła RUINY i LEJ PO BOMBIE
A gdy kurz wreszcie opadł i straszą miasta-duchy
radioaktywny opad i wielkie karaluchy
wszędzie wspomniane wyżej, zgliszcza i ruiny
takie to smutne skutki, Szkodnik polewaj KOFEINY...
A skoro świat się skończył,
to chociaż się narąbię
Szkodnik, odkręcaj butelkę
i LEJ PO BOMBIE..."
(przecież to cały Tropiciel - radioaktywne artefakty? BYŁY - Tropiciel 20...ech nie zrobiłem wpisu... apokalipsa i trąby? - BYŁY, gaszenie ognia po wariacie z miotaczem - BYŁO !!!)
(Całość to lekka parafraza genialnej, po prostu genialnej piosenki w klimacie FALLOUT'a - znajdziecie ją TUTAJ)
Tak więc, wracając do relacji - bomba z kofeiny po ciężkim dniu na Wzgórzach Strzelińskich i meldujemy się na starcie... a tam "Orgi" zdradzają co nas dzisiaj czeka.
Na odprawie usłyszymy, że dwa punkty będą bardzo trudne - zarówno terenowo jak i nawigacyjnie. Ma być przygoda... będziemy kląć na czym świat stoi, będziemy ich przeklinać w rozpaczy, ale przygoda będzie i... nawet nas dojedzie. Brzmi jak każdy punkt JASZCZURA (na przykład TUTAJ), więc śmiem twierdzić, że jesteśmy zahartowani... niekoniecznie gotowi, ale na pewno zahartowani. To znaczy, wiecie... niedawno poszerzyłem swój słownik przekleństw i klątw, więc chyba spełnimy pokładane w nas oczekiwania. Jestem już na lekcji nr pięć i obecnie konstruujemy bluzgi wielokrotnie złożone, a ja nieustannie się dokształcam, poprzez różne wykłady:D :D :D Definitywnie jesteśmy zahartowani :)
Dostajemy mapy i planujemy nasz wariant. Postanawiamy zacząć od jednego z tych dwóch problematycznych punktów - czyli przyjmujemy strategię jak w "Czarnej Żmii": "Uderzymy w najbardziej ufortyfikowany fragment frontu, aby się przekonali, że NIE ŻARTUJEMY!"
Tak, ten plan jest bez wad - mapy na mapnik, odpalamy czołówki i światła na kierownicy i ruszamy w noc. Znacie już to uczucie (albo przynajmniej ten cytat - z innych moich relacji): "Światło wzywa, Mrok musi odpowiedzieć".
No wzywa, wzywa... mamy pełnię!!!
Na odprawie usłyszymy, że dwa punkty będą bardzo trudne - zarówno terenowo jak i nawigacyjnie. Ma być przygoda... będziemy kląć na czym świat stoi, będziemy ich przeklinać w rozpaczy, ale przygoda będzie i... nawet nas dojedzie. Brzmi jak każdy punkt JASZCZURA (na przykład TUTAJ), więc śmiem twierdzić, że jesteśmy zahartowani... niekoniecznie gotowi, ale na pewno zahartowani. To znaczy, wiecie... niedawno poszerzyłem swój słownik przekleństw i klątw, więc chyba spełnimy pokładane w nas oczekiwania. Jestem już na lekcji nr pięć i obecnie konstruujemy bluzgi wielokrotnie złożone, a ja nieustannie się dokształcam, poprzez różne wykłady:D :D :D Definitywnie jesteśmy zahartowani :)
Dostajemy mapy i planujemy nasz wariant. Postanawiamy zacząć od jednego z tych dwóch problematycznych punktów - czyli przyjmujemy strategię jak w "Czarnej Żmii": "Uderzymy w najbardziej ufortyfikowany fragment frontu, aby się przekonali, że NIE ŻARTUJEMY!"
Tak, ten plan jest bez wad - mapy na mapnik, odpalamy czołówki i światła na kierownicy i ruszamy w noc. Znacie już to uczucie (albo przynajmniej ten cytat - z innych moich relacji): "Światło wzywa, Mrok musi odpowiedzieć".
No wzywa, wzywa... mamy pełnię!!!

Strzeż się "L-ek", zwłaszcza w lesie :D
Wyjeżdżamy z miejscowości "bazowej" i kierujemy się na okoliczne łąki i otaczające je lasy. Znowu spędzimy noc w lesie - który to już raz... chyba wchodzi nam to już w krew, skuteczniej niż kleszcze i komary. No dobra, przekonajmy się czy ten trudniejszy "Punkt L" nawiąże walkę z zahartowaną rajdowo, acz trochę upośledzoną ekipą. Droga, którą widzicie na powyższym zdjęciu szybko przechodzi w łąkę... mimo, że na mapie dobry trakt biegnie sobie na całej długości lasu. W rzeczywistości jednak urywa się znienacka (a pamiętajcie, że jak atakowaliście Znienacka, to Znienacko bronił się jak Umiał, a Umiał to był dopiero zawodnik :P). Ładny początek... niczego innego nie oczekiwaliśmy.
Drogi zatem już nie ma, a trawa to jedna rosa - aż lśni w świetle czołówek... Do tego wszędzie mgły, mgły i jeszcze raz mgły... oj będzie mokro. Bardzo mokro. Na razie to nie punkt, ale buty i spodnie nie nawiążą walki... przemoczymy je w kilkanaście sekund. Co więcej, im głębiej "w łąkę" tym mgła gęstnieje i widoczność spada do kilku metrów. Nie będzie łatwo nawigować na przykład po kształcie lasu, bo drzewa po prostu toną w białym mleku. Według naszej mapy, oprócz tej głównej drogi (której nie ma...) powinno od niej odchodzić kilka różnych ścieżek/przecinek/traktów, ale w praktyce mamy (skąpane we mgle) łąki, łąki, łąki i rozrzucone (na nich) mniejsze lub większe zagajniki.
Nawigujemy właściwie tylko z kompasem. Azymut na róg lasu (którego z łąki nie widać) i przechodzimy 20-30 metrów, sprawdzenie azymutu, kolejne 20 metrów, sprawdzenie azymutów... widoczność na kilka metrów, więc ciężko jest "złapać tym azymutem" coś w terenie, aby się na to kierować. Poruszamy się zatem bardzo, bardzo pomału, bo co kilka kroków weryfikujemy kierunek. Jest róg lasu! Widzimy go dopiero gdy w zasadzie na niego wejdziemy... teraz kolejny azymut i znowu 20-30 metrów przez mgłę, weryfikacja azymuty, kolejny kawałek i znowu kompas... No bez kitu, nawigacja precyzyjna a jak było w Iraku (-ej czym się różni szkoła od bazy ISIS? - nie wiem, ja tylko steruję dronem)
Pomału, precyzyjnie ale bardzo się nam to opłaci. WCHODZIMY NA "L-kę" bezbłędnie! Ha! Super. Mamy czasem swoje momenty.
Niemniej, szczerze powiem: TAK, był trudny nawigacyjnie, zwłaszcza w tej mgle. Naprawdę trudny. Lubimy takie, ale zaowocowało nam tutaj doświadczenie z naszych chorych nawigacyjnych gier KrakINO. Bez niego to chyba do dziś chodzilibyśmy po tej mokrej łące :P
Być może jak ktoś "robił" ten lampion już o świcie, to wtedy nie był aż tak trudny. Niemniej w ciemności i we mgle, łapany z kilku azymutów (róg lasu, kolejna polana, następna ściana lasu, drugie jeziorko, itp) był naprawdę wyzwaniem. Strasznie nas cieszy, że wszedł nam tak bezbłędnie, ale zajął nam prawie godzinę - czyli był naprawdę trudny! Godzina i to bez błędów nawigacyjnych, to chyba samo w sobie potwierdza, że to było wyzwanie.
Z resztą przedzierając się potem na kolejny punkt, trochę "ratowaliśmy" 3 zagubione ekipy, które desperacko krążyły po łąkach i lesie w poszukiwaniu "L-ki".
Wyjeżdżamy z miejscowości "bazowej" i kierujemy się na okoliczne łąki i otaczające je lasy. Znowu spędzimy noc w lesie - który to już raz... chyba wchodzi nam to już w krew, skuteczniej niż kleszcze i komary. No dobra, przekonajmy się czy ten trudniejszy "Punkt L" nawiąże walkę z zahartowaną rajdowo, acz trochę upośledzoną ekipą. Droga, którą widzicie na powyższym zdjęciu szybko przechodzi w łąkę... mimo, że na mapie dobry trakt biegnie sobie na całej długości lasu. W rzeczywistości jednak urywa się znienacka (a pamiętajcie, że jak atakowaliście Znienacka, to Znienacko bronił się jak Umiał, a Umiał to był dopiero zawodnik :P). Ładny początek... niczego innego nie oczekiwaliśmy.
Drogi zatem już nie ma, a trawa to jedna rosa - aż lśni w świetle czołówek... Do tego wszędzie mgły, mgły i jeszcze raz mgły... oj będzie mokro. Bardzo mokro. Na razie to nie punkt, ale buty i spodnie nie nawiążą walki... przemoczymy je w kilkanaście sekund. Co więcej, im głębiej "w łąkę" tym mgła gęstnieje i widoczność spada do kilku metrów. Nie będzie łatwo nawigować na przykład po kształcie lasu, bo drzewa po prostu toną w białym mleku. Według naszej mapy, oprócz tej głównej drogi (której nie ma...) powinno od niej odchodzić kilka różnych ścieżek/przecinek/traktów, ale w praktyce mamy (skąpane we mgle) łąki, łąki, łąki i rozrzucone (na nich) mniejsze lub większe zagajniki.
Nawigujemy właściwie tylko z kompasem. Azymut na róg lasu (którego z łąki nie widać) i przechodzimy 20-30 metrów, sprawdzenie azymutu, kolejne 20 metrów, sprawdzenie azymutów... widoczność na kilka metrów, więc ciężko jest "złapać tym azymutem" coś w terenie, aby się na to kierować. Poruszamy się zatem bardzo, bardzo pomału, bo co kilka kroków weryfikujemy kierunek. Jest róg lasu! Widzimy go dopiero gdy w zasadzie na niego wejdziemy... teraz kolejny azymut i znowu 20-30 metrów przez mgłę, weryfikacja azymuty, kolejny kawałek i znowu kompas... No bez kitu, nawigacja precyzyjna a jak było w Iraku (-ej czym się różni szkoła od bazy ISIS? - nie wiem, ja tylko steruję dronem)
Pomału, precyzyjnie ale bardzo się nam to opłaci. WCHODZIMY NA "L-kę" bezbłędnie! Ha! Super. Mamy czasem swoje momenty.
Niemniej, szczerze powiem: TAK, był trudny nawigacyjnie, zwłaszcza w tej mgle. Naprawdę trudny. Lubimy takie, ale zaowocowało nam tutaj doświadczenie z naszych chorych nawigacyjnych gier KrakINO. Bez niego to chyba do dziś chodzilibyśmy po tej mokrej łące :P
Być może jak ktoś "robił" ten lampion już o świcie, to wtedy nie był aż tak trudny. Niemniej w ciemności i we mgle, łapany z kilku azymutów (róg lasu, kolejna polana, następna ściana lasu, drugie jeziorko, itp) był naprawdę wyzwaniem. Strasznie nas cieszy, że wszedł nam tak bezbłędnie, ale zajął nam prawie godzinę - czyli był naprawdę trudny! Godzina i to bez błędów nawigacyjnych, to chyba samo w sobie potwierdza, że to było wyzwanie.
Z resztą przedzierając się potem na kolejny punkt, trochę "ratowaliśmy" 3 zagubione ekipy, które desperacko krążyły po łąkach i lesie w poszukiwaniu "L-ki".
Jest i "L-eczka"

Jedna z ekip, której pomogliśmy namierzyć lampion - tak, tak wyglądała cała ta łąką. To nie był trawa po kostki... i TAK, wszystko było mokre :P

Lecisz w kulki czy... w kosmos :D
Jest "pięknie"... niby dość blisko bazy ten lampion był, ale tak jak pisałem - kosztował nas godzinę. Grubo... a do tego, buty i spodnie to można wykręcać z wody. No dobra, wiem co powiecie, tak bywało nieraz... i pewnie nie jest to też ostatni raz, ale mimo wszystko "czemu zawsze na początku rajdu, a nie pod koniec!". No dobra, jak to mówili nam na kursie podoficerskim w CSSP "mundur najlepiej schnie w temperaturze 36.6". Innymi słowy wyschniemy po drodze - pora ruszać dalej. "Siadamy" na czerwony szlak i ciśniemy przez nocny las. Przed nami dość spory przelot, ale ze to dobrą drogą, więc można "odpalić kopyto". Miła odmiana od mokrej łąki z wysoką roślinnością plugawą (czyli roślinnością, która rośnie poniżej 1000m).
Przed nami dwa punkty zadaniowe. Pierwsze to gra w kulki. Ja nie zrozumiałem zasad, więc grał Szkodnik. Dla mnie gra w kulki jest dość prosta, trzeba trafić nie będąc trafionym (jak w szermierce!), a tutaj nawet nie pozwolono mi wyciągnąć broni. Coś krzyczeli "cholera! padnij, padnij", a ja się pytam "czemu? po co mam się ubrudzić, trafię ze stójki - nie muszę z leżenia!".
Ktoś inny darł ryja "rzuć to"... mówię Mu "tym się nie rzuca! To nie nóż, to działa inaczej". Panika jakaś się zrobiła...
Ech. co to za gra w kulki, gdzie nikt tej kulki nie dostaje... ja już nie ogarniam. Szkodnik bierze to zadanie jak pytania w "Jeden z dziesięciu" ---> NA SIEBIE.
Na drugim punkcie, zadanie wybieramy w ciemno - nasz wybór pada na KOSMOS i NASA.
No i znowu dojdzie do zadymy, tyle że teraz z nielegalnymi imigrantami... z innej planety. Push back finalnie udany, acz nie było łatwo bo nawiązali walkę (relację z bitwy macie TUTAJ)
Chwila pogawędki z obsługą i lecimy dalej. Pasuje Wam, że jak byśmy wybrali inne zadanie, to reanimowalibyśmy obywatela Franka Kamienia :D
Nie wierzycie? Zobaczcie zdjęcie poniżej :P
Grają w kulki bez strzelania... nie ogarniam tych nowoczesnych odmian :P

Lampion na czerwonym szlaku

Podziurawiliśmy im ten ich statek :P

CLEAR! CLEAR! CLEAR!

Kolejny punkt wchodzi nam także bez większego problemu, a tam dostajemy fiolkę z jakimś podejrzanym specyfikiem. Będzie nam ona potrzebna później. Ciekawe czy to krokodyl czy tylko brown sugar - chciałem zrobić próbę smakową, ale się Szkodnik nie zgodził...
Wiele więcej nie napiszę, bo w tym roku nie wyrabiałem z relacjami i nie dawałem rady pisać ich na bieżąco - rajd był w maju, a ja już w grudniu... robię wpis.
Punkt L oraz NASA pamiętam bardzo dobrze, bo robiły mocne wrażenie, natomiast pozostałe punkty wchodziły nam trochę na zasadzie formalności, ale też bez większych przygód, wtop czy też porażek, więc nie wyryły się także zatem w mojej pamięci. Dopiero nad ranem las znowu nas czymś zaskoczył, ale o tym zaraz - najpierw kilka zdjęć z nocy.
Potion of... ?

Są bunkry...

...jest więc zajebiście :D

Szlak artyleryjski - już Napoleon mówił, że artyleria to królowa wojny

Poranna mgły

Mgły i księżyc :)

Napisałem przed chwilą, że nad ranem znowu się zaczęło... zapytacie pewnie "co się zaczęło"? To dobre pytanie. Najpierw wpadliśmy na ukryte w lesie laboratorium i tam musieliśmy przeprowadzić doświadczenia z różnymi odczynnikami używając specyfiku w naszej probówce. Pamiętacie to jeszcze z chemii, nadmanganian potasu lub w nowej nomenklaturze manganian (VII) potasu. Uwielbiam takie zadania... to jest klimat. Zwłaszcza ta trupia czacha na flaszce. Scena trochę jak TUTAJ.
Chwilę później wpadamy rakietę wbitą w ziemię - no, teraz to jest już się mega klimat zrobił. Te lasy były niegdyś niemieckimi poligonami i skrywają niejedną tajemnicę.
Sami zobaczcie na zdjęciach poniżej.
Chwilę później wpadamy rakietę wbitą w ziemię - no, teraz to jest już się mega klimat zrobił. Te lasy były niegdyś niemieckimi poligonami i skrywają niejedną tajemnicę.
Sami zobaczcie na zdjęciach poniżej.
Zabawy z trucizną :D

Zdążyć na start...

RAKIETY :D

Przelot!

Bunkry mają oczy

Ciśniemy!

"From LA through to Berlin, from WUHAN through to ROME...STAY THE FUCK AT HOME" (kocham ta piosenkę - TUTAJ. Dla mnie obok "Resistire", to był hymn 2020 roku)
Docieramy do WUHAN! Teren jest skażony, dlatego musimy ubrać się w specjalne ochronne stroje aby zbliżyć się do punktu kontrolnego. Kocham takie akcje na Tropicielach.
Chociaż na zdjęciu poniżej to Szkodnik przypomina mi bardziej Kubę Rozpruwacza, a nie lekarza... jakby przed chwila napisał "LIST DO SZEFA" (jak nie znacie, nie wiecie o czym mówię to zobaczcie podłączony link i przeczytajcie, bo to właśnie w tym liście, po raz pierwszy pojawił się pseudonim, który znamy do dziś wszyscy). Czy ja już mówiłem jak bardzo uwielbiamy takie punkty kontrolne :D
Chociaż na zdjęciu poniżej to Szkodnik przypomina mi bardziej Kubę Rozpruwacza, a nie lekarza... jakby przed chwila napisał "LIST DO SZEFA" (jak nie znacie, nie wiecie o czym mówię to zobaczcie podłączony link i przeczytajcie, bo to właśnie w tym liście, po raz pierwszy pojawił się pseudonim, który znamy do dziś wszyscy). Czy ja już mówiłem jak bardzo uwielbiamy takie punkty kontrolne :D

Chińskie sposoby na pandemię - dekapitacja zarażonych. Brzmi legitnie, prawda?

Rogatki miasta, w którym to wszystko się zaczęło...

Pomału nastaje nowy dzień.

Poranek w lesie... mimo, że mamy koniec maja, to jest dość zimno :)

A tutaj już zadania stricte wojskowe - słoniki biegają :P

Szkodnik "DWIE SEKUNDY" :D :D :D (nie wiecie o czym mówię? Oj, to znaczy że nie znacie naprawdę dobrego filmu o wojnie w Korei 1950 - 1953 - TUTAJ oraz TUTAJ)

I znowu w stronę słońca

Jedno z ostatnich zadań - pomiary laserowe. Niestety nie miałem jak zrobić zdjęcia całego stanowiska

Drugi z tych trudnych punktów - znowu azymut i bez ścieżki, ale nie ma ciemności i mgły, więc jest prościej :)

Nasz ostatni punkt dzisiaj

No i komplet. Na ten moment brakuje nam już tylko jednego rajdu do złotej odznaki TROPICIELA - zaczynamy być weteranami tej imprezy... i nie planujemy przestać :D

Kategoria Rajd, SFA
Rudawska Wyrypa 2024
-
DST
160.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 27 kwietnia 2024 | dodano: 20.12.2024
Nasz dłuższy urlop w Sudetach podczas tegorocznego weekendu majowego zaczynamy od RUDAWSKIEJ WYRYPY czyli
24-godzinnej poniewierki po Rudawach Janowickich, Górach Kaczawskich
oraz innych wszelakich okolicznych pagórach. Kto nas choć trochę zna ten
wie, że na Rudawską wbijamy regularnie jak ruska kukułka godzinę inwazji na kolektywny Zachód.
Tak wiem, że godzinę się wybija a nie wbija, ale jakoś tak pasowało mi to do narracji, a że słowa podobne, to zakładam że połapiecie się o co chodzi. Natomiast mówiąc o poprzednich edycjach, to jak ktoś nigdy nie widział relacji z poprzednich Wyryp, to może zaglądnąć TUTAJ (2017), TUTAJ (2018) czy TUTAJ (2019)...z roku 2020 wpisu nie ma, bo po świecie latały wtedy jakieś kulki z kolcami i ogólnie zrobiła się trochę niezdrowa atmosfera, a w późniejszych latach, zamiast w rajdzie to uczestniczyliśmy w specjalnej operacji" kryptonim "KOLANO", więc także relacji nie ma. Ciągle coś... jak to teraz piszą na mieście. Ciągle coś leci światłowodem... tak, coś na pewno, ale jednak nie relacja bo mieliśmy sporą przerwę. Można zatem powiedzieć, że jest to dla nas powrót... dobrze, że przynajmniej nie zza grobu. Inna sprawa, że na blogu relacja ta zostanie zapisana w miesiącu kwietniu 2024... a tak naprawdę piszę ją dopiero w drugiej połowie grudnia 2024. No bo CIĄGLE COŚ i jako tak weny nie było.
Spróbujmy zatem odtworzyć, chociaż częściowo, co się wtedy działo... Gotowi? Nie? Doskonale! My też nie, więc improwizujmy :P
Tak wiem, że godzinę się wybija a nie wbija, ale jakoś tak pasowało mi to do narracji, a że słowa podobne, to zakładam że połapiecie się o co chodzi. Natomiast mówiąc o poprzednich edycjach, to jak ktoś nigdy nie widział relacji z poprzednich Wyryp, to może zaglądnąć TUTAJ (2017), TUTAJ (2018) czy TUTAJ (2019)...z roku 2020 wpisu nie ma, bo po świecie latały wtedy jakieś kulki z kolcami i ogólnie zrobiła się trochę niezdrowa atmosfera, a w późniejszych latach, zamiast w rajdzie to uczestniczyliśmy w specjalnej operacji" kryptonim "KOLANO", więc także relacji nie ma. Ciągle coś... jak to teraz piszą na mieście. Ciągle coś leci światłowodem... tak, coś na pewno, ale jednak nie relacja bo mieliśmy sporą przerwę. Można zatem powiedzieć, że jest to dla nas powrót... dobrze, że przynajmniej nie zza grobu. Inna sprawa, że na blogu relacja ta zostanie zapisana w miesiącu kwietniu 2024... a tak naprawdę piszę ją dopiero w drugiej połowie grudnia 2024. No bo CIĄGLE COŚ i jako tak weny nie było.
Spróbujmy zatem odtworzyć, chociaż częściowo, co się wtedy działo... Gotowi? Nie? Doskonale! My też nie, więc improwizujmy :P
Na planie krzyża... czyli "TRISTA TRIDTSAT TRI" :P
Łoooo,
Panie... wytłumaczyć tytuł tego rozdziału i moje chore skojarzenia,
czyli prace mojego schorowanego umysłu to będzie ciężko. No ale spróbujmy.
Po pierwsze mapy jakie dostajemy układają się w krzyż (dobrze, że nie żelazny...), co jest widoczne na zdjęciu poniżej. Mówiąc dyplomatycznie: "trasa będzie trudna i długa, więc krzyżyk na drogę"... mówiąc w wprost: "do przejechania jest w HUGE". Układamy to sobie jakoś i próbujemy zaplanować jakiś sensowny wariant. Robert i Aśka (niestrudzeni Organizatorzy Rudawskiej) nie pomagają, bo trzeba będzie zrobić po tej mapie dwie pętle. Nie można zbierać punktów jak leci, nawet jeśli będą blisko siebie bo karta startowa Wam na to nie pozwoli. Trzeba wybrać jedną z pętli, przejechać ją i dopiero potem wyjechać na pętle drugą. Pamiętacie, że jesteśmy w górach, prawda? No więc ogólnie, można to podsumować stwierdzeniem, że celem będzie nie tylko zapierdalać po pagórach przez 24 godziny, ale zapierdalać DWA RAZY po tych pagórach przez 24 godziny. Zacnie milordzie, prawda? :P
Próbujemy zatem zaplanować jakiś sensowny przejazd, ale nagle dostrzegam skalę mapy... 1:333 i to jest koniec. Kotwica na umyśle weszła jak ruska armia do Afganu w 79-tym... Przez cała noc, naprawdę przez całą noc, jadąc lub pchając rower pod górę będę nucił piosenkę "TRISTA TRIDTSAT TRI" (333). Zakładam, że to jest tak hermetyczne, że muszę to wyjaśnić, bo wiele osób nie ogarnie o czym teraz piszę. Może zauważyliście, że poszły już dwa nawiązania do ruskiej armii... nie bez przyczyny. Tylko uwaga - aby to wyjaśnić... no zrobi się trochę kontrowersyjnie, więc wrzućcie na luz przed czytaniem.
Kontekst: Ci którzy znają nas lepiej, wiedzą jak głęboko siedzimy w temacie obecnej wojny za naszą wschodnią granicą. Mimo że nie sposób przewidzieć, czy to wszystko nie skończy się Trzecią-Światową, to jeśli śledzicie na bieżąco zmiany linii frontu (ale tak naprawdę dokładnie), to nie sposób nie znać "piosenki" o tytule: "TRISTA TRIDTSAT TRI" czyli 333.
Jak zobaczyłem zatem skalę mapy, to po prostu aż mnie siekło... to tylko liczba, ale jednoznacznie kojarzy się ona z rosyjską artylerią.
Jest to komenda synchronizacji ostrzału artyleryjskiego z "Gradów" czy "Uraganów"... ostrzału służącego do wyburzania całych miast... kiedyś w Afganistanie, później Syrii a teraz na Ukrainie --> zobaczcie sobie koncert w Moskwie po ogłoszeniu aneksji obwodów. Tłum się bawi, a orkiestra gra "333"
Ogólnie tekst utworu można streścić do stwierdzenia: wszyscy walimy ze wszystkiego przez cały czas. Wykonanie z angielskimi napisami, tłumaczeniem TUTAJ.
Wszyscy: ruski pariniok (Mobiki), ruski aficer, ruski huligan ("Sztorm Z")
Ze wszystkiego: "Grad", "Sołncepiok", "Smerch", "Iskander", "Uragan"
Przez cały czas: "333 od zmierzchu do świtu, od świtu do zmierzchu... za Rasiju Matuszku 333"
Inne fragmenty typu DRG czy WSU to zostawiam już Wam do samodzielnego rozszyfrowania. To dość łatwe w erze Google'a :P
Będąc fanem różnego rodzaju wojskowych pieśni i marszów, muszę przyznać że utwór mi się podoba... muzycznie... pod kątem prezentowanej w nim wschodniej mentalności i zapowidzi, nie podoba mi się wcale (dokładnie jak TEN... tu tekst też zabija).... Nie zmienia to faktu, że to "333" tak mi wjechało na psychę, że naprawdę całą noc będę podśpiewywał "333"... Szkodnika zacznie już to nawet trochę drażnić, że będziemy iść przez jakieś chaszcze, a ja będę nucił sobie "trista tridtsat tri... " Chociaż w sumie trochę ten utwór także i nas charakteryzuje na rajdach takich Rudawska.
Walimy wszystkim co mamy, przez cały czas, przez 24 godziny... przez rzeki, wąwozy i góry.
Cóż zrobić, Robert dała skalę 1:333... i zrobił mi noc "na muzycznie" :P
Po pierwsze mapy jakie dostajemy układają się w krzyż (dobrze, że nie żelazny...), co jest widoczne na zdjęciu poniżej. Mówiąc dyplomatycznie: "trasa będzie trudna i długa, więc krzyżyk na drogę"... mówiąc w wprost: "do przejechania jest w HUGE". Układamy to sobie jakoś i próbujemy zaplanować jakiś sensowny wariant. Robert i Aśka (niestrudzeni Organizatorzy Rudawskiej) nie pomagają, bo trzeba będzie zrobić po tej mapie dwie pętle. Nie można zbierać punktów jak leci, nawet jeśli będą blisko siebie bo karta startowa Wam na to nie pozwoli. Trzeba wybrać jedną z pętli, przejechać ją i dopiero potem wyjechać na pętle drugą. Pamiętacie, że jesteśmy w górach, prawda? No więc ogólnie, można to podsumować stwierdzeniem, że celem będzie nie tylko zapierdalać po pagórach przez 24 godziny, ale zapierdalać DWA RAZY po tych pagórach przez 24 godziny. Zacnie milordzie, prawda? :P
Próbujemy zatem zaplanować jakiś sensowny przejazd, ale nagle dostrzegam skalę mapy... 1:333 i to jest koniec. Kotwica na umyśle weszła jak ruska armia do Afganu w 79-tym... Przez cała noc, naprawdę przez całą noc, jadąc lub pchając rower pod górę będę nucił piosenkę "TRISTA TRIDTSAT TRI" (333). Zakładam, że to jest tak hermetyczne, że muszę to wyjaśnić, bo wiele osób nie ogarnie o czym teraz piszę. Może zauważyliście, że poszły już dwa nawiązania do ruskiej armii... nie bez przyczyny. Tylko uwaga - aby to wyjaśnić... no zrobi się trochę kontrowersyjnie, więc wrzućcie na luz przed czytaniem.
Kontekst: Ci którzy znają nas lepiej, wiedzą jak głęboko siedzimy w temacie obecnej wojny za naszą wschodnią granicą. Mimo że nie sposób przewidzieć, czy to wszystko nie skończy się Trzecią-Światową, to jeśli śledzicie na bieżąco zmiany linii frontu (ale tak naprawdę dokładnie), to nie sposób nie znać "piosenki" o tytule: "TRISTA TRIDTSAT TRI" czyli 333.
Jak zobaczyłem zatem skalę mapy, to po prostu aż mnie siekło... to tylko liczba, ale jednoznacznie kojarzy się ona z rosyjską artylerią.
Jest to komenda synchronizacji ostrzału artyleryjskiego z "Gradów" czy "Uraganów"... ostrzału służącego do wyburzania całych miast... kiedyś w Afganistanie, później Syrii a teraz na Ukrainie --> zobaczcie sobie koncert w Moskwie po ogłoszeniu aneksji obwodów. Tłum się bawi, a orkiestra gra "333"
Ogólnie tekst utworu można streścić do stwierdzenia: wszyscy walimy ze wszystkiego przez cały czas. Wykonanie z angielskimi napisami, tłumaczeniem TUTAJ.
Wszyscy: ruski pariniok (Mobiki), ruski aficer, ruski huligan ("Sztorm Z")
Ze wszystkiego: "Grad", "Sołncepiok", "Smerch", "Iskander", "Uragan"
Przez cały czas: "333 od zmierzchu do świtu, od świtu do zmierzchu... za Rasiju Matuszku 333"
Inne fragmenty typu DRG czy WSU to zostawiam już Wam do samodzielnego rozszyfrowania. To dość łatwe w erze Google'a :P
Będąc fanem różnego rodzaju wojskowych pieśni i marszów, muszę przyznać że utwór mi się podoba... muzycznie... pod kątem prezentowanej w nim wschodniej mentalności i zapowidzi, nie podoba mi się wcale (dokładnie jak TEN... tu tekst też zabija).... Nie zmienia to faktu, że to "333" tak mi wjechało na psychę, że naprawdę całą noc będę podśpiewywał "333"... Szkodnika zacznie już to nawet trochę drażnić, że będziemy iść przez jakieś chaszcze, a ja będę nucił sobie "trista tridtsat tri... " Chociaż w sumie trochę ten utwór także i nas charakteryzuje na rajdach takich Rudawska.
Walimy wszystkim co mamy, przez cały czas, przez 24 godziny... przez rzeki, wąwozy i góry.
Cóż zrobić, Robert dała skalę 1:333... i zrobił mi noc "na muzycznie" :P
Mapa - wydanie krzyżowe :P

NA SKOPIEC !!!
Wiecie już zatem jak mija nam noc – na podśpiewywaniu piosenki ruskiej artylerii… natomiast co do trasy, to trzeba przyznać że już na etapie planowania, okazało się że bardzo mocno wpisuje się ona w nasze plany długo-weekendowe. Po Rudawskiej Wyrypie planujemy bowiem zostać na tydzień na Dolny Śląsku i przejechać czeską stronę Karkonoszy oraz KRAINĘ WYGASŁYCH WULKANÓW czyli Góry Kaczawskie, bo Compass wydał nową mapę tego terenu. Trzeba zatem ją objechać i sprawdzić – bierzemy na siebie tą misję. Nie pamiętam kiedy ostatnio byliśmy na Skopcu, czyli na najwyższym szczycie Kaczaw, to będzie z 8-10 lat jak nic, bo choć Dolny Śląsk odwiedzamy często, to jednak Skopiec nie bywał naszym pierwszym wyborem… a tu jeden z dzisiejszych punktów kontrolnych rajdu to właśnie ten szczyt.
Doskonale – wyprzedzamy oczekiwania Klienta! Będziemy na Skopcu wcześniej niż planowaliśmy… tyle że w nocy, bo start rajdu to północ. Tak też zaplanowaliśmy wariant przejazdu - ruszamy najpierw w Kaczawy, a Rudawy zostawiamy sobie na drugą cześć rajdu. Wyjeżdżamy zatem z Janowic Wielkich i przez ciemność kierujemy się w stronę Gór Kaczawskich… pamiętacie? „Noc była czarna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana i polityka angielskiego ministra…” a w tej nocy słychać tylko TRISTA TRIDTSAT TRI !!!
Wiecie już zatem jak mija nam noc – na podśpiewywaniu piosenki ruskiej artylerii… natomiast co do trasy, to trzeba przyznać że już na etapie planowania, okazało się że bardzo mocno wpisuje się ona w nasze plany długo-weekendowe. Po Rudawskiej Wyrypie planujemy bowiem zostać na tydzień na Dolny Śląsku i przejechać czeską stronę Karkonoszy oraz KRAINĘ WYGASŁYCH WULKANÓW czyli Góry Kaczawskie, bo Compass wydał nową mapę tego terenu. Trzeba zatem ją objechać i sprawdzić – bierzemy na siebie tą misję. Nie pamiętam kiedy ostatnio byliśmy na Skopcu, czyli na najwyższym szczycie Kaczaw, to będzie z 8-10 lat jak nic, bo choć Dolny Śląsk odwiedzamy często, to jednak Skopiec nie bywał naszym pierwszym wyborem… a tu jeden z dzisiejszych punktów kontrolnych rajdu to właśnie ten szczyt.
Doskonale – wyprzedzamy oczekiwania Klienta! Będziemy na Skopcu wcześniej niż planowaliśmy… tyle że w nocy, bo start rajdu to północ. Tak też zaplanowaliśmy wariant przejazdu - ruszamy najpierw w Kaczawy, a Rudawy zostawiamy sobie na drugą cześć rajdu. Wyjeżdżamy zatem z Janowic Wielkich i przez ciemność kierujemy się w stronę Gór Kaczawskich… pamiętacie? „Noc była czarna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana i polityka angielskiego ministra…” a w tej nocy słychać tylko TRISTA TRIDTSAT TRI !!!
Nocny las wita nas słowami księdza Twardowskiego

...i ogromnymi ruinami folwarku. Fantastyczne miejsce na punkt kontrolny !!!

Drzewo sandałowe czyli… INTO THE BLUE
Przed Skopcem złapiemy punkt w ruinach starego
folwarku – OGROMNYCH ruinach. Takie punkty kontrolne uwielbiamy.
Zwłaszcza nocą robią niesamowite wrażenie. Stamtąd jesteśmy już na
wypadkowej na Skopiec, ale przed nim natkniemy się na hmmm
drzewo sandałowe. Ostatnie takie widziałem na poligonie w Centrum
Szkolenia Siła Powietrznych, na którym po kursie podoficerskim wieszało
się trampki (tak, te kultowe z „podaję strój na ZAPRAWĘ”). Gdy byliśmy
tutaj ostatni raz, nie było tutaj tej instalacji…
ej, to była kraina Konokowicza tu NIE BYŁO NICZEGO. Nawet drogi… bo
dopiero ją budowali.
A teraz takie cuda. Niebieskie drzewo z wiszącymi butami. W sumie… nie ma do końca zdania czy to ładne czy nie.
Uwielbiam osobliwości w lesie (dziwne tabliczki z napisami, upiorne konstrukcje, rzeźby i inne takie leśne skarby) więc SUPER KLIMAT, ale czy artystycznie to ładne… na pewno uroku dodaje, że jest to pomalowane na niebiesko, bo to nietypowa kolorystyka dla drzew.
Nazwa też fajna: INTO THE BLUE i dobrze coś takiego zobaczyć, skoro już ktoś to tu postawił, ale nie mam do końca zdania czy sama rzeźba mi się podoba. Może jestem za głupi aby zrozumieć przesłanie.
Dla mnie postawił to DENDROFIL-SNEAKERhead. Ja tam nie wnikam w wasze fantazje i zachcianki, acz jak macie jakiś ciekawy fetysz to wyślijcie na priv… dla kolegi szukam.
Mimo, że punkt jest na Skopcu to obok jest Baraniec, który jest ponoć wyższy niż najwyższy szczyt Kaczaw – nie pytajcie, korona gór to jest tak pełna sprzeczności, że nie ma sensu tego roztrząsać (np. Góry Złote i ichnie Kowadło co ma poniżej 1000m, kiedy obok jest Postawna 1117 i Brusek też ponad 1000… tak, tak, powiecie że ma tam prowadzić znakowany szlak turystyczny. Tak jak NIE prowadzi na Wysoką Kopę w Izerach, która w koronie jakoś jest. Albo Kłodzka Góra vs Szeroka Kopa czy też pomiary Borowa vs Chełmiec… jedni mierzą górę z wieżą, drudzy… my mamy koronę zrobioną kilka razy już i zaliczone wszystkie podejrzane o najwyższość, więc kłóćcie się dalej o listę). My tymczasem dla sportu wbijamy także na Baraniec, bo TAK - bo warto, skoro już tu jesteśmy.
Chwilę później łapiemy punkt na Skopcu. Jest zacnie – piękna noc, a my znowu na jakimś szczycie i teraz kozacki zjazd na Wojcieszów.
A teraz takie cuda. Niebieskie drzewo z wiszącymi butami. W sumie… nie ma do końca zdania czy to ładne czy nie.
Uwielbiam osobliwości w lesie (dziwne tabliczki z napisami, upiorne konstrukcje, rzeźby i inne takie leśne skarby) więc SUPER KLIMAT, ale czy artystycznie to ładne… na pewno uroku dodaje, że jest to pomalowane na niebiesko, bo to nietypowa kolorystyka dla drzew.
Nazwa też fajna: INTO THE BLUE i dobrze coś takiego zobaczyć, skoro już ktoś to tu postawił, ale nie mam do końca zdania czy sama rzeźba mi się podoba. Może jestem za głupi aby zrozumieć przesłanie.
Dla mnie postawił to DENDROFIL-SNEAKERhead. Ja tam nie wnikam w wasze fantazje i zachcianki, acz jak macie jakiś ciekawy fetysz to wyślijcie na priv… dla kolegi szukam.
Mimo, że punkt jest na Skopcu to obok jest Baraniec, który jest ponoć wyższy niż najwyższy szczyt Kaczaw – nie pytajcie, korona gór to jest tak pełna sprzeczności, że nie ma sensu tego roztrząsać (np. Góry Złote i ichnie Kowadło co ma poniżej 1000m, kiedy obok jest Postawna 1117 i Brusek też ponad 1000… tak, tak, powiecie że ma tam prowadzić znakowany szlak turystyczny. Tak jak NIE prowadzi na Wysoką Kopę w Izerach, która w koronie jakoś jest. Albo Kłodzka Góra vs Szeroka Kopa czy też pomiary Borowa vs Chełmiec… jedni mierzą górę z wieżą, drudzy… my mamy koronę zrobioną kilka razy już i zaliczone wszystkie podejrzane o najwyższość, więc kłóćcie się dalej o listę). My tymczasem dla sportu wbijamy także na Baraniec, bo TAK - bo warto, skoro już tu jesteśmy.
Chwilę później łapiemy punkt na Skopcu. Jest zacnie – piękna noc, a my znowu na jakimś szczycie i teraz kozacki zjazd na Wojcieszów.
Into the blue :P

SKOPIEC !!!

Into the darkness :)

A tam ławeczka :)

Świta

Powiewa flaga gdy wiatr się zerwie...

Takie miejsca to my lubimy - śniadanie na trawie :D

Wstęgą szos, miedzą pól...

...krętą ścieżką poprzez las, po ten lampion, po ten lampion czerwony, skoro przyszedł na to czas" (parafraza - całość TUTAJ) :)

Nawigacja tunelowa :)

"Chodź pomaluj mój świat, na żółto i na niebiesko..." ale dołóż też "Zielone wzgórza nad..." KACZAWĄ :D :D :D

Dziury w mózgu…
No niestety, piszę te relację po ponad pół roku od
imprezy więc ciężko mi pamiętać każdy szczegół wyprawy. Muszę się zatem
oprzeć mocno o zdjęcia.
Jedno jest pewne, Robert chyba wziął sobie do serca, że lubimy ciekawe punkty kontrolne i nawalił ich na trasie ich naprawdę sporo. Odwiedzimy różne sztolnie/jaskinie/wyrobiska oraz fajne punkty widokowe. Takie trasy kochamy. Naprawdę ładna trasa w tym roku i mimo że w Rudawach byliśmy wiele razy, to nadal rajd rzucił nas w miejsca, w których nigdy wcześniej nie byliśmy! REWELACJA.
Nie obyło się także bez błędów nawigacyjnych. Ten który pamiętam, to punkt który miał być na skale na zboczu… nie pamiętam ile to miało być od drogi, ale załóżmy że ze 150 metrów. Przeszedłem prawie kilometr pod górę… wyszedłem na szczyt jakieś góry, patrzę na mapę. Przeszedłem o wiele poziomic za dużo, bo jak spojrzałem na mapę to lampion miał być bliżej drogi stokowej niż szczytu… a ja wlazłem na szczyt. To zabawne jak czasem lecimy pół rajdu jak po sznurku, od punktu do punktu, nawigacja level expert, potem nagle wtopa jak HUGE…. i w sumie nie wiemy dlaczego tak się stało. Przecież mapę odczytaliśmy dobrze: skała na zboczu. Czemu zatem wleźliśmy aż na szczyt… bo nie znaleźliśmy skały podczas podejścia… tej samej, tej ogromnej, z której ciężko będzie nam zejść, bo jest tak wielka i stroma…
Skała, którą przegapiliśmy... Jedno jest pewne, Robert chyba wziął sobie do serca, że lubimy ciekawe punkty kontrolne i nawalił ich na trasie ich naprawdę sporo. Odwiedzimy różne sztolnie/jaskinie/wyrobiska oraz fajne punkty widokowe. Takie trasy kochamy. Naprawdę ładna trasa w tym roku i mimo że w Rudawach byliśmy wiele razy, to nadal rajd rzucił nas w miejsca, w których nigdy wcześniej nie byliśmy! REWELACJA.
Nie obyło się także bez błędów nawigacyjnych. Ten który pamiętam, to punkt który miał być na skale na zboczu… nie pamiętam ile to miało być od drogi, ale załóżmy że ze 150 metrów. Przeszedłem prawie kilometr pod górę… wyszedłem na szczyt jakieś góry, patrzę na mapę. Przeszedłem o wiele poziomic za dużo, bo jak spojrzałem na mapę to lampion miał być bliżej drogi stokowej niż szczytu… a ja wlazłem na szczyt. To zabawne jak czasem lecimy pół rajdu jak po sznurku, od punktu do punktu, nawigacja level expert, potem nagle wtopa jak HUGE…. i w sumie nie wiemy dlaczego tak się stało. Przecież mapę odczytaliśmy dobrze: skała na zboczu. Czemu zatem wleźliśmy aż na szczyt… bo nie znaleźliśmy skały podczas podejścia… tej samej, tej ogromnej, z której ciężko będzie nam zejść, bo jest tak wielka i stroma…

Piękna, trochę dzika ścieżka

Ładna nazwa

Mokro!

"...świat był drzwiami słabości i ścianą odwagi, wytrąciłaś mnie z równowagi"

Dobre drzewo na punkt :)

QUAD się na boku
Oooo… tą akcję pamiętam dobrze. Lecimy sobie
szlakiem przez las, gdzieś za Kolorowymi Jeziorkami, a tu nagle quad… w
konfiguracji nietypowej, można zobaczyć na zdjęciu. Kierowca do nas: z
nieba mi spadacie, pomożecie mi go podnieść. No
pomożemy, ale pytam czy nic Mu nie jest… bo gość nie ma kasku… i nie
to, że go już ściągnął, nie jest ubrany jak typowy kierowca quada.
Twierdzi, że jest OK tylko go cytuję „wyjebało na wyboju”. Fajnie to
brzmi… Pan twierdzi że jechał 100 km na godzinę i go
wyjebało. Pytam o ten wybój, a on pokazuje 5 cm „górkę” na szutrowej
drodze. Mówi z dumą „O tutaj, tutaj”.
Hmmm… Pan chyba nie umie za bardzo jeździć… w to 100 km/h też nie wierzę, bo „przeturlikanie” się po lesie z taką prędkością grozi różnymi urazami, na przykład złamaniem jakieś ważnej kości… na przykład podstawy czaszki. Nie kwestionujemy jednak Pana osiągnięć i staramy się pomóc wytachać quad z powrotem na drogę. W trójkę to jest mega trudne… masakra, ale się uda. Na tyle, że będzie mógł podpiąć traktor jak tu wróci popołudniem i weźmie maszynę na hol. Pan jest mega wdzięczny za pomoc i zaprasza na wódkę. Mówimy OK, ale tylko jeśli pojedziemy po nią 100 km/h przez las na quadzie… chyba nie zrozumiał ironii bo mówi OK i zaprasza jak kiedyś jeszcze będziemy w okolicy… zaprasza na quady… pokaże nam jak się jeździ. Tak… na pewno zadzwonimy do Pana jak będziemy znowu w Rudawach. Na pewno.
Hmmm… Pan chyba nie umie za bardzo jeździć… w to 100 km/h też nie wierzę, bo „przeturlikanie” się po lesie z taką prędkością grozi różnymi urazami, na przykład złamaniem jakieś ważnej kości… na przykład podstawy czaszki. Nie kwestionujemy jednak Pana osiągnięć i staramy się pomóc wytachać quad z powrotem na drogę. W trójkę to jest mega trudne… masakra, ale się uda. Na tyle, że będzie mógł podpiąć traktor jak tu wróci popołudniem i weźmie maszynę na hol. Pan jest mega wdzięczny za pomoc i zaprasza na wódkę. Mówimy OK, ale tylko jeśli pojedziemy po nią 100 km/h przez las na quadzie… chyba nie zrozumiał ironii bo mówi OK i zaprasza jak kiedyś jeszcze będziemy w okolicy… zaprasza na quady… pokaże nam jak się jeździ. Tak… na pewno zadzwonimy do Pana jak będziemy znowu w Rudawach. Na pewno.
Quad kładł się na boku :P

Niezmiennie pod górkę :)

Kamienna ławeczka - kultowe miejsce w Rudawach

Kiedy nawet BRUTE FORCE zawodzi :P
OOO... to też akcja, którą pamiętam. Poszukiwanie jednego punktu przez ponad godzinę, chyba nawet ponad półtorej... i finalnie go nie znaleźliśmy. Odmierzyliśmy się gdzie powinien być, wchodzimy w krzaki, a tam nic. No to opcja BRUTE FORCE czyli przeczesanie okolicznego lasu. Nie ma.
Powrót do drogi, odmierzenie się raz jeszcze i dzida w krzaki... nic. Ni HUGE'a... no to jeszcze raz, ale tym razem od drugiej strony lasu. Przedzieramy się przez wiatrołomy i nic... nigdzie nie ma lampionu. Dochodzą do nas inne ekipy i potwierdzają nasze czytanie mapy - wskazują to samo miejsce, w którym - także według nas - powinien wisieć lampion. Nic. Jeszcze raz, reset i razem idziemy po lampion. Nadal nic... w pewnym momencie mamy już 5 zespołów (łącznie z nami), które niemal karczują las. I to nie taki zwykły las bo obrodziło tu wiatrołomami... przedzieramy się przez podmokłe tereny i zwalone drzewa. Wszyscy mówią TUTAJ, a tutaj nie ma nic... no TA SCENA, Serio.
Finalnie wszyscy wpiszemy BPK (Brak Punktu Kontrolnego). Mogę komisyjnie stwierdzić, że jak 5 ekip mówi że lampionu tam nie było - albo to był błąd na mapie, błąd rozstawienia lub ktoś zabrał lampion. Wszystkie rzeczy czasem się dzieją. Niemniej dla nas BPK i kropka :)
Powrót do drogi, odmierzenie się raz jeszcze i dzida w krzaki... nic. Ni HUGE'a... no to jeszcze raz, ale tym razem od drugiej strony lasu. Przedzieramy się przez wiatrołomy i nic... nigdzie nie ma lampionu. Dochodzą do nas inne ekipy i potwierdzają nasze czytanie mapy - wskazują to samo miejsce, w którym - także według nas - powinien wisieć lampion. Nic. Jeszcze raz, reset i razem idziemy po lampion. Nadal nic... w pewnym momencie mamy już 5 zespołów (łącznie z nami), które niemal karczują las. I to nie taki zwykły las bo obrodziło tu wiatrołomami... przedzieramy się przez podmokłe tereny i zwalone drzewa. Wszyscy mówią TUTAJ, a tutaj nie ma nic... no TA SCENA, Serio.
Finalnie wszyscy wpiszemy BPK (Brak Punktu Kontrolnego). Mogę komisyjnie stwierdzić, że jak 5 ekip mówi że lampionu tam nie było - albo to był błąd na mapie, błąd rozstawienia lub ktoś zabrał lampion. Wszystkie rzeczy czasem się dzieją. Niemniej dla nas BPK i kropka :)
To już inny punkt - ten którego nie bylo, nie będzie także na zdjęciach :D

Snow White :D (tutaj)

I znowu po nocy...

...w lesie :)

Jeden z naszych ostatnich punktów

To chyba tyle bo ciężko odtworzyć cały rajd po takim czasie, a nie lubię pisać relacji typu zaliczyliśmy 16-stkę, potem jedziemy na 20-stkę, a potem na 9-tkę. Ostatnie zdjęcie to co w lesie uwielbiam – osobliwości. Czyli leśna biblioteczka na szlaku. KAPITALNE. Kiedyś już tu byliśmy, ale zawsze niesamowicie cieszy nas takie miejsce.
Tegoroczna Rudawska miała piękną trasę. Dobrze tu wrócić po dłuższej przerwie spowodowanej najpierw pandemią a potem operacją kolan. Zostajemy w okolicy jeszcze kilka dni (do kolejnego weekendu) i atakujemy czeską stronę Karkonoszy oraz Kaczawskie Wulkany. Dobrze znowu być na Dolnym Śląsku
Leśna biblioteczka :)

Kategoria Rajd, SFA
Jaszczur - Galicyjskie Pagóry
-
DST
52.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 20 kwietnia 2024 | dodano: 19.05.2024
Jaszczur/Chaszczur. Naprawdę! "Spytajcie Andrzeja, daję słowo nie kłamię..." (parafraza TEGO). To był naprawdę dziki Jaszczur… pełen chaszczy, kolców i walki z terenem. Nierównej walki... z nierównym terenem, bo to były pagóry. Galicyjskie pagóry. Zapraszam
zatem na opowieść o naszej poniewierce… zarówno - właśnie po tychże pagórach Pogórza
Przemyskiego, jak i rubieżach „Księstwa Arłamowskiego”.
Na wstępie, powiedziałbym też, że to piękna klamra kompozycyjna… ale w sumie nie wiem czy taka znowu piękna. Klamra na pewno, czy piękna – to już dyskusyjne. Klamra na pasku być jednak musi, bo wtedy bardziej boli jak soczyście siądzie Wam na plerach. Mlaśnie! Pamiętajcie tylko kabel od żelazka jest lepszy w te klocki… a skoro już mowa o tym, to Andrzej znowu wyruszył z nami w trasę. No ale po kolei, wróćmy na razie do klamry.
Rok – w zasadzie mija równy rok od momentu kiedy dałem się namówić na podniesienie własnej wartości (i masy!) poprzez włożenie śruby w kolano… OK, gdyby spojrzeć po aptekarsku to brakuje tygodnia i pełna rocznica od operacji, to będzie RUDAWSKA WYRYPA 2024… też ostro, bo tam jest planowana trasa rowerowa 200 km.
Niemniej, mam wrażenie pewnej klamry kompozycyjnej, bo ostatnim rajdem przed operacją był "Jaszczur – Łemko Combat" w Beskidzie Niskim, a teraz… około 12 księżyców później… znowu wracamy na Jaszczura i to ponownie we wschodnie rubieże naszego kraju. Tym razem w „Galicyjskie Pagóry”.
Owszem, to nie jest może pierwszy Jaszczur po operacji bo już na jesieni 2023 udało się wybrać na edycje: „Saint Cross” oraz niesamowitą „Złoto-Zlaty”, ale jednak… jakaś tam symbolika dla mnie występuje, a inna sprawa że ja lubię doszukiwać się takich powiązań.
Dzisiejszy plan zabaw
Na wstępie, powiedziałbym też, że to piękna klamra kompozycyjna… ale w sumie nie wiem czy taka znowu piękna. Klamra na pewno, czy piękna – to już dyskusyjne. Klamra na pasku być jednak musi, bo wtedy bardziej boli jak soczyście siądzie Wam na plerach. Mlaśnie! Pamiętajcie tylko kabel od żelazka jest lepszy w te klocki… a skoro już mowa o tym, to Andrzej znowu wyruszył z nami w trasę. No ale po kolei, wróćmy na razie do klamry.
Rok – w zasadzie mija równy rok od momentu kiedy dałem się namówić na podniesienie własnej wartości (i masy!) poprzez włożenie śruby w kolano… OK, gdyby spojrzeć po aptekarsku to brakuje tygodnia i pełna rocznica od operacji, to będzie RUDAWSKA WYRYPA 2024… też ostro, bo tam jest planowana trasa rowerowa 200 km.
Niemniej, mam wrażenie pewnej klamry kompozycyjnej, bo ostatnim rajdem przed operacją był "Jaszczur – Łemko Combat" w Beskidzie Niskim, a teraz… około 12 księżyców później… znowu wracamy na Jaszczura i to ponownie we wschodnie rubieże naszego kraju. Tym razem w „Galicyjskie Pagóry”.
Owszem, to nie jest może pierwszy Jaszczur po operacji bo już na jesieni 2023 udało się wybrać na edycje: „Saint Cross” oraz niesamowitą „Złoto-Zlaty”, ale jednak… jakaś tam symbolika dla mnie występuje, a inna sprawa że ja lubię doszukiwać się takich powiązań.
Dzisiejszy plan zabaw

Pierwszy punkt kontrolny rajdu

"Galicja była magiczna, absolutnie owiana słodką pajęczyną
ponadnaturalności, która wraz z deszczem obmywała ludzi i zaklęte w
czasie budynki" (TUTAJ)
Galicyjskie Pagóry. Tereny przedeptane przez dzielnego wojaka Szwejka czy też ogólnie armię Austro-Węgier... Tereny skrywające przez nami jeszcze wiele tajemnic.Tymczasem...
Malo wraca do pandemicznych schematów organizując „NnN” czyli NIEmaraton na NIEorientację… innymi słowy nie podaje gdzie zlokalizowana jest baza rajdu, a rzuca tylko kilka wskazówek. Na ich podstawie trzeba przyjechać w wytypowane miejsce i zrobić sobie tam selfie. Jeśli zdjęcie rzeczywiście będzie zrobione w miarę dobrym miejscu, to podeśle Ci On wtedy pełne dane dotyczące lokalizacji bazy… a jeśli nie, no cóż – pojeździsz sobie sam w innym tereny (zdarzyło się już takie coś… szczęśliwie nie nam, ale z tego co wiem, to na jednym „NnN” już się to zdarzyło… i to nie był to błąd o 3 wioski, ale inne województwo…).
My jednak jesteśmy zabezpieczeni na taką ewentualność – bierzemy ze sobą mapę Compass’u „Pogórze Przemyskie”. Jak nie znajdziemy bazy to sobie jakąś wycieczkę po okolicy sami zrobimy. Nie damy się terroryzować Jaszczurowi :P
Otrzymane wskazówki przedstawiają profil wysokościowy czyli pokazują jak kształtuje się droga do bazy, wychodząc z jakieś doliny. Przeglądając mapę Compass’u wytypujemy lokację: pagór ŁYSA i powiem Wam, że będziemy naprawdę blisko dokładnego trafienia… no ale nie uprzedzajmy faktów.
Na razie budzik dzwoni o 3 w nocy, a kilka minut po 4-tej ruszamy w drogę. Trzeba mieć trochę zapasu na szukanie tej cholernej bazy...
Po drodze, już na autostradzie A4 dołączy do nas Andrzej. Powiedziałbym, że był to idealny timing spotkania bo "zjechaliśmy się" tuż przed zjazdem/ślimakiem… ale w praktyce był to kompletny przypadek, bo w praktyce umówiliśmy się już na miejscu.. tzn. na jakimś tam miejscu (dokładnie to w okolicy Birczy) bo dokładnego położenia bazy jeszcze przecież nie znamy…
Finalnie, po korespondencji zdjęciowo-lokalizacyjnej odnajdziemy bazę – szczyt góry Chomińskie (468m). Łysa jest górą w zasadzie obok, więc nie trzeba było dużo nadrabiać aby znaleźć się we właściwym czasie, we właściwym miejscu. Malo rozbił namiot tuż przy wieży widokowej i to stamtąd wyruszymy w teren. Taka ciekawostka: tuż przy wieży znajduje się pomnik, upamiętniający tragiczną bitwę Wojsk Polskich z 1939 roku tzw. bitwę na Wzgórzu Chomińskim lub bitwę obronną pod Birczą… i okaże się on pierwszym punktem kontrolnym rajdu.
Ruszamy!Galicyjskie Pagóry. Tereny przedeptane przez dzielnego wojaka Szwejka czy też ogólnie armię Austro-Węgier... Tereny skrywające przez nami jeszcze wiele tajemnic.Tymczasem...
Malo wraca do pandemicznych schematów organizując „NnN” czyli NIEmaraton na NIEorientację… innymi słowy nie podaje gdzie zlokalizowana jest baza rajdu, a rzuca tylko kilka wskazówek. Na ich podstawie trzeba przyjechać w wytypowane miejsce i zrobić sobie tam selfie. Jeśli zdjęcie rzeczywiście będzie zrobione w miarę dobrym miejscu, to podeśle Ci On wtedy pełne dane dotyczące lokalizacji bazy… a jeśli nie, no cóż – pojeździsz sobie sam w innym tereny (zdarzyło się już takie coś… szczęśliwie nie nam, ale z tego co wiem, to na jednym „NnN” już się to zdarzyło… i to nie był to błąd o 3 wioski, ale inne województwo…).
My jednak jesteśmy zabezpieczeni na taką ewentualność – bierzemy ze sobą mapę Compass’u „Pogórze Przemyskie”. Jak nie znajdziemy bazy to sobie jakąś wycieczkę po okolicy sami zrobimy. Nie damy się terroryzować Jaszczurowi :P
Otrzymane wskazówki przedstawiają profil wysokościowy czyli pokazują jak kształtuje się droga do bazy, wychodząc z jakieś doliny. Przeglądając mapę Compass’u wytypujemy lokację: pagór ŁYSA i powiem Wam, że będziemy naprawdę blisko dokładnego trafienia… no ale nie uprzedzajmy faktów.
Na razie budzik dzwoni o 3 w nocy, a kilka minut po 4-tej ruszamy w drogę. Trzeba mieć trochę zapasu na szukanie tej cholernej bazy...
Po drodze, już na autostradzie A4 dołączy do nas Andrzej. Powiedziałbym, że był to idealny timing spotkania bo "zjechaliśmy się" tuż przed zjazdem/ślimakiem… ale w praktyce był to kompletny przypadek, bo w praktyce umówiliśmy się już na miejscu.. tzn. na jakimś tam miejscu (dokładnie to w okolicy Birczy) bo dokładnego położenia bazy jeszcze przecież nie znamy…
Finalnie, po korespondencji zdjęciowo-lokalizacyjnej odnajdziemy bazę – szczyt góry Chomińskie (468m). Łysa jest górą w zasadzie obok, więc nie trzeba było dużo nadrabiać aby znaleźć się we właściwym czasie, we właściwym miejscu. Malo rozbił namiot tuż przy wieży widokowej i to stamtąd wyruszymy w teren. Taka ciekawostka: tuż przy wieży znajduje się pomnik, upamiętniający tragiczną bitwę Wojsk Polskich z 1939 roku tzw. bitwę na Wzgórzu Chomińskim lub bitwę obronną pod Birczą… i okaże się on pierwszym punktem kontrolnym rajdu.

Szkodnik na taktycznym pieńku obserwacyjnym :D

Miś :D

Zaczyna się...

Kurwiu :D Zabrakło KURWIU
Drzewa przemówiły :D

W punkt! Kontrolny... bez dojazdu :D

"Lecz jedno to co miałem, mocne jak wóda swojska
to mądrość pewna, którą dał mi kolega z wojska
Jak kończą się naboje, to się zakłada bagnet,
gdy się kupuje furę, to tylko PUSSY MAGNET" (całość TUTAJ) :D :D :D
Czyli zaczynamy testy naszych nowych napędów, a mnie właśnie
założyli złoty łańcuch.
Pasuje Wam złoty łańcuch na kasecie – to nawet lepsze niż takowy na szyi. Ciekawe czy foczki na to lecą :D... byle nie miśki, bo tutaj to można w lesie niedźwiadka spotkać.
Sprzęt przeszedł gruntowny przegląd i remont tuż przed Jaszczurem, bo nasze poprzednie napędy były już w dramatyczny stanie. Można by się zastanawiać czemu akurat przed Jaszczurem, tam się przecież głównie pcha i spaceruje z rowerem. No właśnie! Brać nowy napęd od razu na zużycie, to zawsze żal. Sami chyba wiecie, że pierwsza rysa boli najbardziej, a tutaj nam to nie grozi – wiele przecież nie pojeździmy. A tak naprawdę, tak po prostu wyszło.
Popatrzcie na to z drugiej strony, przejdę się po lesie, poświecę złotem sarnowatym (sarniawym?) i jeleniowatym po oczach, a co! Niech widzą bogactwo i przepych… dosłownie, czaicie bazę przePYCH… podPYCH… i tak dalej, i tak dalej. Wciąż dalej… bo pchania to będzie po horyzont.
Dobra, tyle o sprzęcie, pora ruszać w trasę… jeszcze tylko ciepłe słowo od Malo na drogę (nie, nie będzie to „KALORYFER”). Będzie to…
Pussy Magnet - 12 karatów :D

Przepych :D
Pasuje Wam złoty łańcuch na kasecie – to nawet lepsze niż takowy na szyi. Ciekawe czy foczki na to lecą :D... byle nie miśki, bo tutaj to można w lesie niedźwiadka spotkać.
Sprzęt przeszedł gruntowny przegląd i remont tuż przed Jaszczurem, bo nasze poprzednie napędy były już w dramatyczny stanie. Można by się zastanawiać czemu akurat przed Jaszczurem, tam się przecież głównie pcha i spaceruje z rowerem. No właśnie! Brać nowy napęd od razu na zużycie, to zawsze żal. Sami chyba wiecie, że pierwsza rysa boli najbardziej, a tutaj nam to nie grozi – wiele przecież nie pojeździmy. A tak naprawdę, tak po prostu wyszło.
Popatrzcie na to z drugiej strony, przejdę się po lesie, poświecę złotem sarnowatym (sarniawym?) i jeleniowatym po oczach, a co! Niech widzą bogactwo i przepych… dosłownie, czaicie bazę przePYCH… podPYCH… i tak dalej, i tak dalej. Wciąż dalej… bo pchania to będzie po horyzont.
Dobra, tyle o sprzęcie, pora ruszać w trasę… jeszcze tylko ciepłe słowo od Malo na drogę (nie, nie będzie to „KALORYFER”). Będzie to…
Pussy Magnet - 12 karatów :D

Przepych :D

Nadal przepych :)

Wąwoziada :)

Wąwoziada 2 :)

„Macie przejebane...”
To cytat z Organizatora, bo na odprawie okazuje się, że
trasa TNP-50 to nie będzie „Trasa NIE-piesza”, ale raczej „TRASA NAPRAWDĘ PRZEJEBANA”.
Co gorsza zapowiedzi nie będą odbiegać jakoś znaczenie od rzeczywistości, bo
okaże się, że będzie to jeden z najdzikszych Jaszczurów, w jakich będziemy
uczestniczyć. Owszem, Jaszczury bywają najdzikszymi rajdami wśród rajdów, w
których uczestniczymy - tak z założenia, ale ta edycja postanowiła sięgnąć po nowe standardy…
albo ich zupełny brak. Wszystko zależy z jakiej perspektywy spojrzycie na to
zagadnienie i jaką metrykę przyłożycie. A pomyśleć, że bywały i takie Jaszczury, na których robiliśmy komplet
punktów kontrolnych… tym razem nam to jednak nie zagrozi.
Z samej mapy, która - jak zawsze - jest raczej poglądowym spojrzeniem na teren niż jego dokładnym odwzorowaniem, nie wynika wprost z czym się dzisiaj spotkamy… a będzie to w zasadzie całkowity brak dróg. Tzn, źle powiedziałem… jakieś drogi się zdarzą, niektóre nawet dość dobre, ale będą biegnąć tak, że nie będzie nam się opłacać nimi podążać wcale… k***a, nawet 50 metrów… naprawdę!! Wszystkie dobre i akceptowalne drogi będziemy tylko przecinać. Będzie zatem chwila na spojrzenie z tęsknotą w lewo i prawo, zachwycenie się linią traktu… i znowu w las na dziko…
Co więcej lasy pogórza będą zawalone wiatrołomami, a błota będzie po kolana… skutecznie nas to spowolni w naszym noszeniu rowerów…
Jak ktoś włóczył się szlakami pogórzy, ten wie jak bardzo nie-turystyczne bywają to tereny (i dobrze, bo to oznacza, że nadal są dzikie)… ale po 15 godzinach „w dziczy” bywa, że macie po prostu dość :P
Z samej mapy, która - jak zawsze - jest raczej poglądowym spojrzeniem na teren niż jego dokładnym odwzorowaniem, nie wynika wprost z czym się dzisiaj spotkamy… a będzie to w zasadzie całkowity brak dróg. Tzn, źle powiedziałem… jakieś drogi się zdarzą, niektóre nawet dość dobre, ale będą biegnąć tak, że nie będzie nam się opłacać nimi podążać wcale… k***a, nawet 50 metrów… naprawdę!! Wszystkie dobre i akceptowalne drogi będziemy tylko przecinać. Będzie zatem chwila na spojrzenie z tęsknotą w lewo i prawo, zachwycenie się linią traktu… i znowu w las na dziko…
Co więcej lasy pogórza będą zawalone wiatrołomami, a błota będzie po kolana… skutecznie nas to spowolni w naszym noszeniu rowerów…
Jak ktoś włóczył się szlakami pogórzy, ten wie jak bardzo nie-turystyczne bywają to tereny (i dobrze, bo to oznacza, że nadal są dzikie)… ale po 15 godzinach „w dziczy” bywa, że macie po prostu dość :P
Nasza droga :P

Klasyk :P

Rypiemy dalej :P

Wariant czarny... ale tak szczerze, to innego w zasadzie nie ma (nie przy tej mapie, bo po prostu nie ma na niej podane jak to objechać)

A w lesie – jak to w lesie
Raz się jedzie, raz się niesie…
Dobra - zdjęcia znaczenie wyprzedziły relację, ale co tam nadrobimy :P
Wyjeżdżamy z bazy przez wielką zieloną polanę i wjeżdżamy w las. Tam nasza droga w zasadzie od razu się kończy – mówię o tej dość słabej ścieżce, która na mapie prowadzi w kierunku punktów kontrolnych. Zaczynamy zatem od chaszczowania, nie wiedząc jeszcze, że dziś to cały dzień tak będzie wyglądał…
Próbujemy ustalić położenie tzw. LOP’ki (linii obowiązkowego przejścia), na której znajdą się ukryte dwa lampiony. Linią tą jest oczywiście… przebieg wąwozu, więc zostawiamy rowery na krawędzi tego parowu i zaczynamy go przeszukiwać „brute-force’em”.
Stowarzysze wyrastają jak po deszczu, mamiąc i kusząc „weź mnie”, ale pilnujemy mapy. Towarzyszy nam tutaj Marcin G, który Jaszczury zwykł robić z buta. Tempo mamy podobne, ale finalnie będzie On szybszy. Idzie bowiem dalej po odnalezieniu punktu kontrolnego – nie musi wracać po rower.
Teraz dużą część opowieści można streścić w następujący sposób:
- znajdujemy dobrą drogę HURRAA
- jej kierunek jest kompletnie nam nie pasujący
- przecinamy ją zatem (nie) bez żalu…
- ryjemy dalej jakimiś zachaszczonymi przecinkami lub nawet bez nich
To jest jakaś paranoja, że w zasadzie – w pierwszej fazie rajdu – nie będziemy trafiać na żadne drogi, których kierunek byłby chociaż trochę nam pasujący.
Co ciekawe zmieni się to w drugiej części rajdu, ale obecnie to mamy tylko chaszcz, krzor, błoto, wiatrołom. Zapętl… powtórz. Noch ajn-mal, otra vez, egen...
A gdy przez moment wydaje się, że teren stał się spoko bo macie trawy, to zaraz dostajecie FONETYCZNE ostrzeżenie: mlask, chlup, śluuurp… i już wiecie, że trzeba uważać aby się nie uzależnić, bo chodzenie po bagnach wciąga.
Dzikie tereny Pogórza Przemyskiego to też ogromne zielone polany – do jednej z nich przedzieramy się bez drogi przez jakieś 20 min! Szkodnik zahartowany w bojach, rzuci czasem tylko „zaklęciem mocnego słowa” i będzie chaszczował dalej. Widać, że wziął sobie kiedyś do serca radę z tytułu tego rozdziału, którą można także sparafrazować do stwierdzenia, że „jeśli brutalna siła nie działa, to oznacza że używasz jej za mało”. Fajny ten Szkodnik, zacny i renomowany - mało jest niewiast, które tak targałyby ze mną rower po chaszczach za jakąś kartką na drzewie... doceniam to bardzo :)
Wyłamujemy sobie zatem drogę przez krzory i wiatrołomy trójosobową tyralierą: Szkodnik, Andrzej i ja.
Polana jest tzw. wysoko-wartościowym celem (high-value target) bo w jej okolicy znajdują się aż 4 punkty kontrole. Dwa poniżej na jakiś rozejściach strumieni, jeden to mega zarośnięta ambona w której trzeba policzyć szczebli, a ostatni to szczyt góry… na który nie prowadzi żadne ścieżka. Będzie gęsto… bardzo gęsto. Ukryjemy zatem rowery w gąszczu i pójdziemy po lampion pieszo. Polany te są przepiękne, ale także niebezpieczne. Za dnia tego zagrożenia uda się unikać, ale w nocy już nie – mianowicie zaczynają na nich, z ziemi, wyrastać jakieś pochodne tarniny lub inne chuj-Wi-co… nie znam się na botanice. To coś ma mega twarde gałęzie i kolce, wjechanie na to – to jest murowany flak. Nawet nasze grube opony nie wytrzymają takiego strzału z kolca.
Wspomniana polana...Wyjeżdżamy z bazy przez wielką zieloną polanę i wjeżdżamy w las. Tam nasza droga w zasadzie od razu się kończy – mówię o tej dość słabej ścieżce, która na mapie prowadzi w kierunku punktów kontrolnych. Zaczynamy zatem od chaszczowania, nie wiedząc jeszcze, że dziś to cały dzień tak będzie wyglądał…
Próbujemy ustalić położenie tzw. LOP’ki (linii obowiązkowego przejścia), na której znajdą się ukryte dwa lampiony. Linią tą jest oczywiście… przebieg wąwozu, więc zostawiamy rowery na krawędzi tego parowu i zaczynamy go przeszukiwać „brute-force’em”.
Stowarzysze wyrastają jak po deszczu, mamiąc i kusząc „weź mnie”, ale pilnujemy mapy. Towarzyszy nam tutaj Marcin G, który Jaszczury zwykł robić z buta. Tempo mamy podobne, ale finalnie będzie On szybszy. Idzie bowiem dalej po odnalezieniu punktu kontrolnego – nie musi wracać po rower.
Teraz dużą część opowieści można streścić w następujący sposób:
- znajdujemy dobrą drogę HURRAA
- jej kierunek jest kompletnie nam nie pasujący
- przecinamy ją zatem (nie) bez żalu…
- ryjemy dalej jakimiś zachaszczonymi przecinkami lub nawet bez nich
To jest jakaś paranoja, że w zasadzie – w pierwszej fazie rajdu – nie będziemy trafiać na żadne drogi, których kierunek byłby chociaż trochę nam pasujący.
Co ciekawe zmieni się to w drugiej części rajdu, ale obecnie to mamy tylko chaszcz, krzor, błoto, wiatrołom. Zapętl… powtórz. Noch ajn-mal, otra vez, egen...
A gdy przez moment wydaje się, że teren stał się spoko bo macie trawy, to zaraz dostajecie FONETYCZNE ostrzeżenie: mlask, chlup, śluuurp… i już wiecie, że trzeba uważać aby się nie uzależnić, bo chodzenie po bagnach wciąga.
Dzikie tereny Pogórza Przemyskiego to też ogromne zielone polany – do jednej z nich przedzieramy się bez drogi przez jakieś 20 min! Szkodnik zahartowany w bojach, rzuci czasem tylko „zaklęciem mocnego słowa” i będzie chaszczował dalej. Widać, że wziął sobie kiedyś do serca radę z tytułu tego rozdziału, którą można także sparafrazować do stwierdzenia, że „jeśli brutalna siła nie działa, to oznacza że używasz jej za mało”. Fajny ten Szkodnik, zacny i renomowany - mało jest niewiast, które tak targałyby ze mną rower po chaszczach za jakąś kartką na drzewie... doceniam to bardzo :)
Wyłamujemy sobie zatem drogę przez krzory i wiatrołomy trójosobową tyralierą: Szkodnik, Andrzej i ja.
Polana jest tzw. wysoko-wartościowym celem (high-value target) bo w jej okolicy znajdują się aż 4 punkty kontrole. Dwa poniżej na jakiś rozejściach strumieni, jeden to mega zarośnięta ambona w której trzeba policzyć szczebli, a ostatni to szczyt góry… na który nie prowadzi żadne ścieżka. Będzie gęsto… bardzo gęsto. Ukryjemy zatem rowery w gąszczu i pójdziemy po lampion pieszo. Polany te są przepiękne, ale także niebezpieczne. Za dnia tego zagrożenia uda się unikać, ale w nocy już nie – mianowicie zaczynają na nich, z ziemi, wyrastać jakieś pochodne tarniny lub inne chuj-Wi-co… nie znam się na botanice. To coś ma mega twarde gałęzie i kolce, wjechanie na to – to jest murowany flak. Nawet nasze grube opony nie wytrzymają takiego strzału z kolca.

przecinana w poprzek :)

Szukając rozwidlenia strumieni

Rowery ukryte/porzucone idziemy na szczyt. Jakby ktoś pytał, to rowery KIEROWNICAMI są ustawione W STRONĘ szczytu :P

Jest i jakiś szlak :D

Kolejne polany

Mówcie co chcecie, ale dla mnie piękne ujęcie :D
Szkoda tylko że "się zlicowali", ale to jest zdjęcie z partyzanta, podczas zjazdu

Brute force w akcji :)

"Czerez ritchku, czerez haji..." (całość TUTAJ)

Nasza droga :P

Znowu CZEREZ RICZKU, chodź sporo było W POPRZEK RICZKU :D

Wojna Światowa odcisnęła piętno na tych terenach... a nikt nie wiedział, że kiedyś zostanie nazwana PIERWSZĄ...

Kapliczka świętego lampionu :)

Przeprawiamy się przez kopiące ogrodzenia :P

Znowu klasyk...

W poszukiwaniu (udanym!) kolejnego lampionu :P

Taaaa....

Kolacja pod lasem… pójdzie jak po sznurku :P
Mijają kolejne godziny, słońce chyli się już ku zachodowi, a
u nas bez zmian – chaszczujemy po kolejnych lidarach, za kolejnym lampionami,
ale jakby trochę mniej! Od popołudnia zaczęły występować tu jakieś drogi, ścieżki,
które umożliwiają chociaż trochę jazdy. Nie wiem, nie znam się, może wszelakie drogi
wychodzą na żer dopiero popołudniami… rano ich nie było.
W nogach mamy też już trochę przewyższeń (znaczenie przekroczyliśmy już 1000) bo tu ciągle góra – dół, góra – dół. Tak, przez dół rozumiem także wąwóz czy debrzę do spenetrowania w poszukiwaniu lampionu.
Tuż po zachodzenie słońca, góra na którą podchodzimy wydaje się nie kończyć (Szybenica)… mimo, że ma tylko około 500 m npm. Masakra to jest podpych… ale polana z widokiem na szycie, to coś pięknego. Ostatnie promienie słońca jeszcze tu padają, więc to idealny moment na kolację. Rozkładamy się z popasem i zastanawiamy co my robimy z własnym życiem…rypiemy się przez nieprzebieżne lasy w poszukiwaniu kartek na drzewie. Jeśli przyszło by to wyjaśnić jakieś pozaziemskiej cywilizacji, to przecież "tego się nie da wytłumaczyć"...
Zakładamy lampki, bo „Ciemności kryją ziemię”. Teraz zrobi się naprawdę ciekawie bo będzie jeszcze trudniej nawigacyjnie…
Niemniej, zjazd polaną już w ciemnościach (gdyż zeszło nam na ucztowaniu), to jest bajka. Ach, to musi z dołu pięknie wyglądać - jest już ciemno, ale jeszcze nie na tyle aby nie odróżnić nieba od pagóra (pagór jest ciemniejszy). Jak ktoś zatem by nas obserwował, to będzie widział światła sunące po stoku – ta polana, jako jedna z nielicznych nie ma kolczastych pułapek, wiec zjeżdża się super. Bajer! Natomiast jedno z pierwszy zadań po zmroku to odnalezienie starej dzwonnicy. Nie dość, że można do niej wejść – co nie jest takie oczywiste w przypadku zabytków, to wisi w niej sznur, którego długość musimy zmierzyć. Kapitalne zadanie!
Reper na szczycie :)
W nogach mamy też już trochę przewyższeń (znaczenie przekroczyliśmy już 1000) bo tu ciągle góra – dół, góra – dół. Tak, przez dół rozumiem także wąwóz czy debrzę do spenetrowania w poszukiwaniu lampionu.
Tuż po zachodzenie słońca, góra na którą podchodzimy wydaje się nie kończyć (Szybenica)… mimo, że ma tylko około 500 m npm. Masakra to jest podpych… ale polana z widokiem na szycie, to coś pięknego. Ostatnie promienie słońca jeszcze tu padają, więc to idealny moment na kolację. Rozkładamy się z popasem i zastanawiamy co my robimy z własnym życiem…rypiemy się przez nieprzebieżne lasy w poszukiwaniu kartek na drzewie. Jeśli przyszło by to wyjaśnić jakieś pozaziemskiej cywilizacji, to przecież "tego się nie da wytłumaczyć"...
Zakładamy lampki, bo „Ciemności kryją ziemię”. Teraz zrobi się naprawdę ciekawie bo będzie jeszcze trudniej nawigacyjnie…
Niemniej, zjazd polaną już w ciemnościach (gdyż zeszło nam na ucztowaniu), to jest bajka. Ach, to musi z dołu pięknie wyglądać - jest już ciemno, ale jeszcze nie na tyle aby nie odróżnić nieba od pagóra (pagór jest ciemniejszy). Jak ktoś zatem by nas obserwował, to będzie widział światła sunące po stoku – ta polana, jako jedna z nielicznych nie ma kolczastych pułapek, wiec zjeżdża się super. Bajer! Natomiast jedno z pierwszy zadań po zmroku to odnalezienie starej dzwonnicy. Nie dość, że można do niej wejść – co nie jest takie oczywiste w przypadku zabytków, to wisi w niej sznur, którego długość musimy zmierzyć. Kapitalne zadanie!
Reper na szczycie :)

Na Rozstaju Przemyśl co robisz :P

Kolacja pod lasem :)

Zrobiło się ciemno

Ach, ile razy jeszcze będę to cytował - pewnie tyle ile razy będziemy jeździć po nocy.
"We found an untrodden path
And followed it down
The moon in the sky
Like a dislodged crown
I told her that the moon
Was a magical thing
It shone gold in the winter
And silver in spring..." (całość TUTAJ)

Prince(ss) of Persia czyli brakuje tylko szkieletu na "moście"
Lecimy dalej – znowu podmokła ścieżka, która doprowadza do kolejnej polany, a tam przedziwna ale kapitalna konstrukcja. Pomost prowadzący na drzewo. Most przypomina mi moje traumy z dzieciństwa! Walczyliście kiedyś ze kościotrupem/szkieletem na takim moście, który w każdej chwili mógł się załamać? (Prince of Persia 2 - TUTAJ). Ile godzin próbowało się to przejść, jak ja się bałem kościanego... horror, a teraz, w środku nocy, w środku ciemnego lasu, spotykacie podobną konstrukcję do swoich dziecięcych koszmarów. Niesamowity klimat.
A mówiąc o Prince of Persia, jak widzę Szkodnika na moście to wychodzi mi, że nie Prince a Princess... i to będzie koniec dla mojej zwichrowanej psychiki... natychmiast wczesa mi się niemiecki „szlagier” PRINZESSIN i będę go sobie nucił już do końca rajdu :P
Będziemy jechać przez polany, przez pagóry, przez las, a ja jak zapętlony: "Ich weiß nicht, was mich an dir so reizt (Prinzessin!), Vielleicht, weil du mit deinen Reizen geizt? Ist das nur Spott
(Prinzessin) Oder ist das Hohn (Prinzessin)...?" :D
Strzeż się Szkieletu, Szkodniku - On tu gdzieś jest, wiem o tym!A mówiąc o Prince of Persia, jak widzę Szkodnika na moście to wychodzi mi, że nie Prince a Princess... i to będzie koniec dla mojej zwichrowanej psychiki... natychmiast wczesa mi się niemiecki „szlagier” PRINZESSIN i będę go sobie nucił już do końca rajdu :P
Będziemy jechać przez polany, przez pagóry, przez las, a ja jak zapętlony: "Ich weiß nicht, was mich an dir so reizt (Prinzessin!), Vielleicht, weil du mit deinen Reizen geizt? Ist das nur Spott
(Prinzessin) Oder ist das Hohn (Prinzessin)...?" :D

"Moje mocne 'wierzę tylko w to co ma sens', traci na znaczeniu w ciemnym lesie o 3 w nocy...
Wierzę w to co widziałem, a widziałem armię upiorów maszerującą rzeką..." (cytat - luźno - za "Pan Lodowego Ogrodu")
Noc już głęboka a my nadal w lesie. Trzymamy się czerwonego
szlaku, którego przebieg – mimo że nie jest zaznaczony na naszej mapie –
całkiem fajnie wpasowuje się w marszrutę pomiędzy punktami kontrolnymi. Jednakże
w pewnym momencie dostrzegam strzałkę w bok na drzewie… i to taką dość wyraźną.
Wskazuje ona całkiem niezłą ścieżkę i podaje informację 100 metrów.
Nie podaje jednak co będzie za te 100 metrów. Pytam moich towarzyszy naszej dzisiejszej poniewierki: „sprawdzimy?”. Niezbyt zainteresowani, ale mnie zaintrygowała ta strzałka… zwłaszcza, że jest dość wyraźna i.. krzywa, więc widać, że nie była narysowana przez leśnika czy kogoś z „obsługi lasów”. Ktoś ewidentnie chce nam coś pokazać… mówię „poczekajcie, sprawdzę”. Basia i Andrzej są nawet zadowoleni z takiego obrotu spraw - zrobią sobie w tym czasie mała przerwę. Zostawiam rower i ruszam z czołówką na głowie głębiej w las.
Ścieżka jest wąska i dość kręta, ale dobrze przetarta, przypomina trochę rowerowy „singiel”. Podążam za jej biegiem i chwilę później znajduję… GRÓB. Trochę tego się spodziewałem, ale kompletnie nie spodziewałem się tego co na nim znajdę… tabliczka na krzyżu mówi „JESTEM W STUDNI”. A obok grobu znajduje się studnia… NO HARDCORE klimat się właśnie zrobił… pamiętajcie, że jesteśmy w środku lasu i w nocy. Studnia jest dość spora, wyłożona kamieniami… podejść i zaglądnąć?
Co znajdę w studni „tylko to co zabiorę ze sobą” czy wręcz przeciwnie, na przykład fankę filmu „Ring”, która powie że czuje się trochę samotna i abym wpadł tam do niej… ogarniacie, WPADŁ. To jest słowo klucz.
Zrobiła się atmosfera, którą najlepiej przybliża cytat z „Pana Lodowego Ogrodu”, który jest tytułem tego rozdziału. W takich chwilach to nim zaglądnę do studni, to miałbym ochotę – tak profilaktycznie, tak na „dobry wieczór” – wrzucić do niej jakiś egzotyczny owoc, najlepiej bez zawleczki. Albo może to będzie lepszy pomysł, posłuchać rady majora Pluta i delegować to zadanie: „Ja major, ja nie mogę odstąpić żołnierzy, do mnie komenda batalionu należy, Ryków - miły przyjacielu, Ty jesteś zuch na Szpady, wyjdź Ty, bracie Ryków... wiesz co, wyślemy kogo z naszych poruczników”
A tak na zimno: czy historia opisana na tablicy jest prawdziwa? Może być, to są tereny na których dokonywały się zbrodnie lat 40-stych, ale może to też być propagandowa legenda. Tego pewnie się już nie dowiemy, ale dziwi mnie, że Malo nie dał tutaj punktu. To jest miejsce typowo Jaszczurowe.
Nie podaje jednak co będzie za te 100 metrów. Pytam moich towarzyszy naszej dzisiejszej poniewierki: „sprawdzimy?”. Niezbyt zainteresowani, ale mnie zaintrygowała ta strzałka… zwłaszcza, że jest dość wyraźna i.. krzywa, więc widać, że nie była narysowana przez leśnika czy kogoś z „obsługi lasów”. Ktoś ewidentnie chce nam coś pokazać… mówię „poczekajcie, sprawdzę”. Basia i Andrzej są nawet zadowoleni z takiego obrotu spraw - zrobią sobie w tym czasie mała przerwę. Zostawiam rower i ruszam z czołówką na głowie głębiej w las.
Ścieżka jest wąska i dość kręta, ale dobrze przetarta, przypomina trochę rowerowy „singiel”. Podążam za jej biegiem i chwilę później znajduję… GRÓB. Trochę tego się spodziewałem, ale kompletnie nie spodziewałem się tego co na nim znajdę… tabliczka na krzyżu mówi „JESTEM W STUDNI”. A obok grobu znajduje się studnia… NO HARDCORE klimat się właśnie zrobił… pamiętajcie, że jesteśmy w środku lasu i w nocy. Studnia jest dość spora, wyłożona kamieniami… podejść i zaglądnąć?
Co znajdę w studni „tylko to co zabiorę ze sobą” czy wręcz przeciwnie, na przykład fankę filmu „Ring”, która powie że czuje się trochę samotna i abym wpadł tam do niej… ogarniacie, WPADŁ. To jest słowo klucz.
Zrobiła się atmosfera, którą najlepiej przybliża cytat z „Pana Lodowego Ogrodu”, który jest tytułem tego rozdziału. W takich chwilach to nim zaglądnę do studni, to miałbym ochotę – tak profilaktycznie, tak na „dobry wieczór” – wrzucić do niej jakiś egzotyczny owoc, najlepiej bez zawleczki. Albo może to będzie lepszy pomysł, posłuchać rady majora Pluta i delegować to zadanie: „Ja major, ja nie mogę odstąpić żołnierzy, do mnie komenda batalionu należy, Ryków - miły przyjacielu, Ty jesteś zuch na Szpady, wyjdź Ty, bracie Ryków... wiesz co, wyślemy kogo z naszych poruczników”
A tak na zimno: czy historia opisana na tablicy jest prawdziwa? Może być, to są tereny na których dokonywały się zbrodnie lat 40-stych, ale może to też być propagandowa legenda. Tego pewnie się już nie dowiemy, ale dziwi mnie, że Malo nie dał tutaj punktu. To jest miejsce typowo Jaszczurowe.
Grubo...

Kolejny mega klimat... nie idź do koni, jeśli chcesz żyć, tak?
Znowu mi się coś wczesuje -->
"Don't go by the river if you love your wife
'Cause you'll make that girl a widow
And you'll cause her pain and strife
Hell, if you go by the riverside
You'll lose your l-l-l-l-life...!" (całość TUTAJ)

Kolejne klimatyczne miejsce - ruiny dzwonnicy po dawnej cerkwi

Trójnóg nocą... a nocą pękają opony
Wędrujemy dalej, nocą przez lasy pagórza. Noc jest niesamowita, naprawdę niesamowita a my podchodzimy pod kolejny szczyt - KOPYSTAŃSKĘ.
Niesamowite miejsce, a nocą - przy tym księżycu dzisiaj - robi jeszcze większe wrażenie.
No niestety, w ciemności nie unikniemy spotkania z kolczastym przyjacielem. Rozora mi on zalotnie koło… niby nic nowego, przecież to nie pierwsza guma, no ale jest noc, a opona to jest jedno błoto. Aby wymienić dętkę i mieć jako taką pewność, że nie napcham wraz z nią do opony jakiegoś syfu, to najpierw muszę tą oponę odczyścić. Powiem Wam, chyba z 15 minut mi zeszło – liczba centisztoksów była naprawdę wysoka, gęstość także nie mała. Niedawno, na Liszkorze, dymałem sobie o zachodzie słońca, teraz dymam sobie w nocy… no żyć, nie umierać. Powiem Wam więcej – trochę uprzedzając fakty – jako że w niedzielę, jeszcze pojeździliśmy sobie po tych terenach (po złapaniu kilku godzin snu w samochodzie)… to nie była to jedyna guma w ten weekend. Łącznie trzy! Ja przód i tył, Basia przód. Dzikie tereny, po prostu dzikie. 3 gumy w dwa dni – ja wiem, że to nijak nie zbliża się do naszego rekordu (6-ciu na jednym rajdzie – weź mi k***a, nie przypominaj – TUTAJ), ale jednak to mocny, naprawdę mocny wynik.
Szkodnik z trójnogiem

Serwis 24/7

Daj mi zgodę na ten dzień, który właśnie KONA ? :P :P :P
Dorzuć do ogniska drzew, utul mnie w ramionach (klasyk TUTAJ)
Ale się romantycznie zrobiło, co? Uprawiamy przecież tzw. kolarstwo romantyczne – bez ścigania się, ale za to przez chaszcze. Czego nie rozumiesz ?
A tak serio, to docieramy pomału do bazy czyli do namiotu pod wieżą, przy której pali się ognisko. Jest grubo po 2-gie w nocy, prawie 3:00. To był hardcore’owy dzień. Jeden z dzikszych Jaszczurów w naszej karierze orientacyjnej, ale bardzo nam się podobał. Jesteśmy wytyrani, sponiewierani i srogo wybatożeni, ale także zadowoleni. Fajny klimat aby na końcu rajdu usiąść przy ognisku. Oj, jakoś dawno nie było okazji…
Koniec kwietnia, Pogórze, lód skuwa szyby samochodów w okolicy bazy (duży spadek temperatury w nocy nastąpił), jest 3:30 w nocy, a Ty siedzisz przy ogniu i dokładasz aby nie zgasło… to był piękny, ale i trudny rajd.
A w niedzielę rano… no dobrze, przedpołudniem bo trzeba to odespać (w aucie), ruszymy na dzikie trakty Księstwa Arłamowskiego, no ale to już kolejna z naszych opowieści…
„Już dopala się ogień biwaku, a nad rzeką unosi się mgła, po oddziale nie śladu, ni znaku, tylko łańcuch w oddali gdzieś gra” (parafraza TEGO)

"Tu księżyc pełni straż... " To był piękny rajd i piękna noc!

Kategoria Rajd, SFA