Rajd
| Dystans całkowity: | 11972.00 km (w terenie 1.00 km; 0.01%) |
| Czas w ruchu: | b.d. |
| Średnia prędkość: | b.d. |
| Liczba aktywności: | 136 |
| Średnio na aktywność: | 88.03 km |
| Więcej statystyk | |
Kiwon 2025
-
DST
120.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Uczycie deja vu wchodzi nam zatem jakiś inżynier z czarnego lądu nocą do domu po telewizor... i do wchodzi całe w błocie, bo upaćkaliśmy się tak jak roku temu, a może nawet bardziej. Jak mawiał pewien chorąży, dowódca naszego plutonu "pogoda taktyczna, ziemia mokra więc łatwiej się kopie okopy...".
Deja vu
A tak? Siedzimy i myślimy: Kiwon czy Tropiciel? Kiwon czy Tropiciel? Tropiciel czy Kiwon? Mijają tygodnie, a my nadal nie wiemy: "Czy tu, czy tam, po świecie błąkam się sam..." no dobra, nie sam, bo ze Szkodnikiem, ale nadal nie zmienia to faktu, że nie wiemy gdzie jechać. Ciągle próbuję jakoś sensownie połączyć dwie imprezy, ale non-stop wychodzi mi przelotowa na A4-rce ponad 240 km/h.
Nie wiem czy stać mnie na... olej jaki zeżre silnik naszego SFA-Panzerkampfwagen'a przy takiej prędkości. I nie mówię tutaj o napędowym, bo mamy benzynę (olej jest to traktorów, a gaz do kuchenek :P :P :P)... ale o oleju - oleju. Bynajmniej nie rzepakowym, ale takim 10W-40 o zacnej liczbie centystoksów. Nasza gablota na 100 km regularnie pali trochę oktanów i... ze 3 wioski, ale jakby ją rozpędzić do takich przelotowych to spaliłaby by wszystko co by znalazła pod maską. Nie ma huge'a zatem pogodzić w tym roku tych dwóch imprez i nieuchronnie zbliża się jednak czas decyzji
Kiwon: przedpagóry Beskidu Niskiego, za dnia (jasno, więc coś widać - z turystycznego pkt widzenia lepiej), Ania robi trasę rowerową, długi limit...
Tropiciel: płasko, nocą (ch*ja widać, ale jest kozacki klimat!), zadania specjalne...
W ostatnim tygodniu przed rajdem zapada w końcu decyzja: Kiwon - czyli pagóry wygrywają.
Pisałem Wam rok temu jak bardzo niewyspani byliśmy na zeszłorocznej edycji tej imprezy, prawda? No to jak deja vu, to deja vu bo w noc z piątku na sobotę śpię 2,5h... piątek miał być spokojny, mieliśmy się spakować popołudniem na rajd i pójść wcześniej spać, ale zaatakowało nas milion tematów i o pierwszej w nocy to ja się dopiero kończyłem pakować. Fantastycznie, po prostu fantastycznie ale to nie jest pierwszy raz, jak takie rzeczy się nam przydarzają - przecież my częściej startujemy niewyspani niż wyspani, więc pozostaje chyba po prostu przywyknąć. Po prostu znowu się łudziliśmy, że tym razem będzie inaczej... który to już raz. Budzik na 4:00 rano i ruszamy
"...błota będzie po pachy"
Tymczasem idziemy na odprawę wysłuchać kilku uwag o trasie, a po drodze "zbieramy" także Andrzeja, który dotarł właśnie do bazy, więc znowu pojedziemy w trójkę. Odprawa przynosi informacje, że jeden punkt na trasie będzie nieobowiązkowy, czyli nadal można zdobyć "komplet" (punktów kontrolnych) nie zaliczając tego punktu. Będzie on dawał pewien bonus czasowy do wyniku, ale trzeba jednak pamiętać, że bonus nie przesuwa limitu czasu, a ten jest o 20:30. Za każde rozpoczęte 10 minut spóźnienia odejmowany jest jeden punkt kontrolny. Ha! jak rok temu... a wtedy spóźniliśmy się 21 minut z tego pamiętam, albo jakoś tak, ogólnie weszliśmy już wtedy w trzecią "dziesiątkę". Czyli parszywie :P
Kreślimy na mapie nasz wariant --> postanawiamy zrobić pętlę po lampionach od południa na północ, czyli tak naprawdę pojedziemy najpierw na wschód bo baza znajduje się w lewym, dolnym rogu naszej mapy. Zrobimy cały dół mapy, a potem "dzida" na na górę czyli na północ. Brzmi jak plan.
Wyjeżdżamy z bazy i ruszamy w teren. Póki poruszamy się po asfalcie to jest w miarę spoko, przechodzą jakieś deszcze, potem przestają, a potem znowu pada, ale asfalt równa WALCEM.... ufff ale to był betonowy żart... asfalt równa się brak błota. No, ale punkty z opisem "szczyt" rzadko kiedy oferują asfaltowe dojazdy, więc dość szybko wjeżdżamy w las... a tam... no co może na Was czekać w "lesie deszczowym" jesienią? No właśnie, niech to wybrzmi piosenką (AI wymiata :P)
JESIEŃ NADCHODZI - nieziemska słota
JESIEŃ NADCHODZI - z nią tony błota !!
Odkurz swoje gumiaki i sztormiak przygotuj
błota będzie po pachy, uwalisz nim przedpokój
Jeden z punktów jest na kiwonie (koniku - urządzeniu do wydobycia ropy), który działa! Trzeba uważać... nie, nie dlatego, że kiwon może zabić, nie nie może... chyba że się na Ciebie przewróci... ale błoto przy nim czasem lubi mieć posmak wydobywanego surowca, a to może być nowy level uwalenia się czymś lepkim :P
Cmentarz wojenny z IWW, jakich niemało w tych terenach
"...it's a stalemate at the frontline where the soldiers rest in mud..." (klasyk)

Przez zamglony las, po błocie...

Pierwszy pagór dzisiaj :)

Zdjęcie tego nie oddaje, ale to jest mega śliski zjazd!

Kiwon :)

Od baru do baru :P
Ja tam wiem jedno - jak ktoś mi daje ciasteczka, zwłaszcza z marmoladą, to idzie w moim rankingu wyżej. A uważam, że warto. Na potrzeby wyjaśnienia dlaczego warto - załóżmy, że ciasteczka dawał Józek... a jak Józek da mi sporo ciastek, to potem nie będzie miał dramy w autobusie.
Ja bywam aspołeczny (refren) i czasem dziwne akcje odwalam. Na przykład wchodzę z kałaszem w ręku do autobus... widzę konsternację i szok wśród pasażerów.
Pytam wtedy "Jest Józek?"
Ludzie przerażeni patrzą po sobie, a głos z tłumu "Jestem!"
Ja na to: "To padnij"
Takie akcje zawsze pozwalają się odstresować, koją nerwy, tylko potem te dociekliwe pytania z lampą świecącą w oczy "Czym Pan się kierował?" Siekierował? Chłopcze, tam nie było siekiery, tam był karabin jeśli nie zauważyłeś... a ja ciągle powtarzam, bądź jak Józek, daj ciasteczka :P
Dobra dość tych non-sens'ów - ogólnie to ciastka były super. Posililiśmy się i pojechaliśmy dalej. Tym razem na zupę. Serio. Na kolejnym punkcie żywieniowym ugoszczono nas pomidorówką. No tak, to można rajdować. Przyjechałem to szukać lampionów i jeść pomidorową...i wiecie co? Nie mogę znaleźć tych lampionów :D
Ładne to! Ten punkcik mi się naprawdę podobał. Ja bym go nazwał "KOPUŁA nad zielonymi wodami" :)

Zdjęcie zrobione nam przez obsługę pkt żywieniowego :)
3 jeźdźców pato-nawigacji... 4-ty się zgubił, bo też był pato-nawigatorem :D

Lampion przy kapliczce (klassssssyk :D)

Wariant czarny czyli przez chaszcz do kolejnego punktu kontrolnego.

Niedaleko stąd dawali pomidorówkę :)

Nad wodą

Nie wiem czemu ale widzę TO(z tym linkiem ostrożnie, bo tego się nie da od-zobaczyć - klasyka, po prostu klasyka :D)

Śladami trudnej historii...

"JESIEŃ NADCHODZI - nieziemska słota, JESIEŃ NADCHODZI - z nią tony błota !!
Odkurz swoje gumiaki i sztormiak przygotuj, błota będzie po pachy, uwalisz nim przedpokój"

W kierunku Babiej Góry
Ech, a w drugiej części miało przestawać padać... tymczasem od 14:00 to nam napiera w ryj mocniej niż rano. A mogliśmy siedzieć w domu pod kocem... ale nie, chodź na rajd, będzie fajnie...
Natomiast jeden z punktów jest na bardzo fajnym moście - takim, że ciężko przejść z rowerem i ciężko jest na kilku płaszczyznach.
Prawie pionowe schody w górę, bardzo wąskie - trudno wnieść tam rower, a potem sama kładka i poręcze tak wąskie, że moja kierownica się nie mieści... rower muszę prowadzić w pionie, na tylnym kole... a potem pionowe schody w dół. Powiem Wam tak... w górę były łatwiejsze. W górę grawitacja nie pomagała, w dół pomagała aż za bardzo :P
Trasa wyprowadza nas także "nad Jasło", na szczyt który nazywa się Babia Góra. Pod szczytem czeka nas 3-ci punkt żywieniowy - no na bogato dzisiaj mamy.
Nawet jajecznicę oferują... ja bym wziął, nawet podwójną ale czas, czas, czas, Szkodnik popędza, bo nie jest najlepiej na zegarze. a jesteśmy bardzo daleko od bazy.
Czuć wilgoć na tym zdjęciu :P

Wąski most :)

Kierownica szerokości przejścia :P

Można spaść na ryj i nie jest to trudne :P

Jest i Babia

Deja vu... po nocy
Jedziemy "na komplet" i niech się dzieje wola nieba... chociaż na razie wolą nieba jest napierać deszczem po zmroku. "Fantabulous and fabulous... ech, what else is new?... been through denial, depression, bargaining and now I am just pissed but I never been a quitter 'cause my heart's full of glitter".
Gdzieś tam podświadomie zakładałem, że jednak zrobimy komplet i się nie spóźnimy na metę.
Nie zakładałem, że będzie pod górę - było. Nie zakładałem, że ciężko będzie utrzymać średnią 30 km/h (to był warunek zdążenia) - to nie było ciężkie, to było niemożliwe :P
No ale komplet zrobiliśmy - ogólnie ostatni punkt to był ekstra na wypasie, bo był to opuszczony, zarośnięty roślinnością plugawą, dom pośrodku niczego. To lubimy!
Oczywiście, dochowując zeszłorocznej tradycji spóźniliśmy się na metę.
Mimo wszystko wynik, zaskakujący - mimo spóźnienia ponad 10 min i utraty (kara) dwóch punktów, Basia ląduje na drugim miejscu podium. Zacnie, srogo, czcigodnie!
Dobry rajd, tylko szkoda że niemal cały w deszczu, no ale cóż - jesień. Chyba nas trochę rozpieściły duże ilości rajdów z dobrą pogodą. "Pogoda taktyczna" też się jednak czasem zdarza i trudno. Powiem Wam jednak, że domyć maszyny z tej ilości błota to był wyczyn :P
Do następnego!

Dwa monumentalne dęby :)

Klimat, klimat, klimat !!!

Podium :)

Kategoria Rajd, SFA
OrientAkcja 2025
-
DST
105.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Tak... gdy mnie wezwie w chmury, powiem Mu, że wolę w knieje... no właśnie, tym razem jest inaczej, bo ta edycja OrientAkcji to memoriał. W podsumowaniu poprzedniego roku (Podsumowani 2024) pisałem Wam, że w 2024 przedwcześnie pożegnaliśmy dwójkę znanych nam zawodników. I tak jak Liszkor stał się memoriałem Grześka, tak OrientAkcja staje się memoriałem Renaty. Nie może nas tam zatem zabraknąć, więc już od początku roku - widząc rajdowy kalendarz - planujemy, że w tym roku na OrientAkcję w województwie Łódzkiem wrócimy.
Na ziemi Sieradzkiej...
To jedna z tych map, która wciąż, nadal, ciągle (i jeszcze kilka takich słów) czeka na objechanie.
Na ten moment znamy jakieś jej drobne wycinki, głównie na południu w okolicy Góry Kamieńsk, ale "zielone" na północy nie doczekało się jeszcze swojej... swojej...swojej... kolei??
Nie wiem co to za konstrukcja zdaniowa, ale zawsze myślałem, że jeżdżą tam jakieś pociągi :P :P :P
Ruszamy zatem w łódzkie, a że mamy kawałek drogi to budzik dzwoni o 4:00 rano... nie ma to jak spokojny początek weekendu, dzień relaksu po ciężkim tygodniu :P
Po dotarciu na miejsce meldujemy się w bazie, rejestrujemy i czekamy na start, acz gdy dostajemy mapy jestem trochę zaskoczony - zakładałem, że trasa "uderzy" na południe od Sieradza, a u niespodzianka, lecimy w lasy na północ i nad Wartę. Jeszcze głębiej w nieznane nam tereny.
...ciągle pada deszcz
Prognozy pogody były słabe: do 16:00 ładnie, ale o 17:00 "wzwyż" spory deszcz. Mimo, że nieraz jeździliśmy w deszczu to spodziewany się terenów mocno zapiaszczonych, a piach i woda to jest rzeź dla sprzętu. Liczy zatem, że prognozy się nie sprawdzą... i mamy rację! To znaczy sprawdzą się częściowo: o 16:00 będzie mocno padać, ale do 16:00 będzie padać słabiej, z krótkimi momentami kiedy nie... świetnie, po prostu świetnie. Cytując znanego pomysłodawcę głównych funkcjonalności platformy FaceBook, Adama Mickiewicza TO LUBIĘ, rzekałem TO LUBIĘ :P
No ale cóż było robić, przynajmniej deszcz nie jest zimny więc ruszamy w bory... czasem na pełnej petardzie, a czasem przy żałosnych dźwiękach dławiących się mokrym piachem napędów.
Kompletu punktów się nie udało - zebraliśmy 23 z 27 (albo 24 z 28, czy jakoś tak - nigdy nie przywiązuje do tego większej uwagi). Ogólnie BEZ CZTERECH, więc nie jest tragicznie. "Not good, not terrbile" - cytując klasyka, ale fajna zabawa była.
Jedziesz?

Jadę, jadę...

Wariant czarno-zielony :P

Wzdłuż pól

Dobry techniczny drop :)

Trochę się tego naszukaliśmy, bo sporo skoczni tam było

"...kładka była zła..." :P :P :P

Kocham takie miejsca i ten kolor

Wciąż dalej i dalej

Omijając piasek :)

Zacna wieża :)

Bunkry zawsze na propsie

Pada i...

...mokro :P

Nad Wartą

Industrialnej akcenty

Coraz bardziej mokro, bo drzewa już przeciekają :)

Kategoria Rajd, SFA
Tropiciel 34
-
DST
70.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Tym razem zatem także nie mogło odbyć się bez jakiegoś takiego combo, a wybór padł na spędzenie soboty w Górach Opawskich. Pękło nam przy tej okazji 1400m przewyższeń, więc jesteśmy dobrze rozgrzani (styrani... chciałeś powiedzieć styrani) przed startem, no ale cóż zrobić. Jak będą pytać, co robiłeś w sobotę, to odpowiem, że byłem na rowerze, a jak zapytają o niedzielę, to odpowiem, że nadal... byłem na rowerze. A co jeszcze robiłeś przez weekend? BYŁEM NA ROWERZE !!!
Na wyprawę w Góry Opawskie dołączył do nas Andrzej, więc rajdowo także tym razem nasz duet robi się tercetem.
Kilka minut po zachodzie słońca, gdzieś pod Biskupią Kopą, ruszamy do Ligoty Książęcej. Nasza minuta startowa to 15 minut po północy, więc przeskoczymy tam ze sporym zapasem czasowym. Idealnie aby na spokojnie zarejestrować się w bazie, a potem już tylko oczekiwać na wywołanie naszego zespołu. W między czasie stroimy radio do (zadanej nam w bazie) częstotliwości: 94 MHz... TAK, tym razem wyposażaniem zalecanym na tą edycję rajdu jest odbiornik radiowy, na którym będziemy musieli robić nasłuch w wybranych miejscach trasy. Trzeba będzie odbierać, dosłownie ODBIERAĆ (sic!) wskazówki i podpowiedzi odnośnie ukrytego (czyli nieoznaczonego na mapie) punktu X. Następnie na podstawie odsłuchanych wiadomości, punkt ten zlokalizować i zdobyć. Jest klimat, prawda ?!? Prowadzenie nasłuchu w lesie w nocy... no, brakuje tylko korygowania ognia artylerii.
"Ja brzoza, ja brzoza - grab, jak mnie słyszysz?"
No nie wiem czy była to brzoza, czy jakieś inne drzewo - ale to nieważne. Dostaliśmy mapy, więc kilka minut po północy ruszamy w ciemność. Już na pierwszym punkcie, który wybierzemy będziemy musieli prowadzić nasłuch radiowy! Zaczynamy zatem z grubej rury!
Do lampionu, mimo że w lesie, w jego okolicy będzie kilkanaście różnych ścieżek, odmierzymy się perfekcyjnie i wjedziemy w niego jak dzik w maliny. HA! Fachura!... lub FUKS :D
Ucieszy nas to tym bardziej, że jedna z mijanych w drodze ekip, krzyknie lekko ironicznie "szukacie punktu K? No to powodzenia...". Dobry start! Naprawdę dobry start. Oby tak zostało... acz wiecie jak jest. Bywa różnie... do dziś wspominamy "bagna rozpaczy" i naszą mordeczą walkę, aby wyrwać się z "Rozlewiska Moczarki". Nie można zatem ulegać zbytniej pewności siebie i trzeba zachować czujność, bo nieraz... i nie dwa razy... punkty kontrolne uczyły pokory. Zwykle były to bolesne lekcje.
Odpalamy nasłuch i odbieramy pierwsze wskazówki dotyczące ukrytego punktu X.
Leży on na linii łączącej punkt "K" (na którym właśnie jesteśmy) oraz punkt "I".. no dobra, to na razie bardzo wstępne zawężęnie obszaru poszukiwań, bo "K" oraz "I" leżą prawie na obu końcach przekątnej naszej mapy (a jest to format A3).
Niewiele nam w takim razie daje, ale jednak wyznacza pewną tendecję, co do dalszych poszukiwań. Co więcej, zakładamy że "X" nie może być bardzo daleko od bazy - ze względów organizacyjnych --> różne ekipy będą zdobywać wskazówki w różnej kolejności. Będą zatem najeżdżać/nachodzić ten z różnych kierunków. Organizatorzy na pewno nie dopuszczą do sytuacji, że tylko od szczęścia zależeć będzie to jak punkt "X" wpisze się w waszą marszrutę. Chodzmi mi o sytuację, w której jedna ekipa po odczytaniu ostatniej wskazówki ma na ten punkt "rzut beretem", a druga całą mapę.
Dlatego też zakładamy, że punkt X musi być dość blisko bazy, tak aby niezależnie od wariantu przejazdu, każdej ekipie wypadł w miarę "po drodze". Cóż, sami organizując rajdy, wiemy jak ważne jest przewidywanie takich rzeczy, ocenianie co zrobią zawodnicy i w jakiej sytuacji się wtedy znajdą. Niestety czasami coś, co wydaje się super pomysłem, w praktyce może kompletnie nie wypalić... Wyobraźcie sobie akcję, że ekipa nr 1 ma do punktu "X" 2 km od ostatniej wskazówki, a ekipa nr 1 ma jakieś 25 km bo jest po drugiej stronie mapy. Zakładam że zrobiłaby się niezła chryja :D
Oczywiście to na razie hipoteza robocza - zobaczymy jak będzie w "realu", ale skoro kolejność punktów mamy dowolną, to na pewno jest ta kwestia jakoś uwzględniona w całym przebiegu rajdu. Tymczasem mamy nasze pierwsze wskazówki, więc możemy ruszać dalej!
Dwa zdjęcia z oficjalnej galerii rajdu: RAZ

i DWA (dobrze, że nie 2i - tak, wiem, znowu hermitowski... eeee... hermetyczny suchar :P)

A teraz już nasze zdjęcia --> Night riders :)

To prawda, dym i lustra, dym i lustra :)

Czacha !!!

Lampion już miga w oddali :)

Nocne rozkminy :)
Ruszamy dalej, suniemy przez nocny las i zaczynamy się zastanawiać... nad techniczną realizacją dzisiejszego rajdu.
Czy wolno tak nadawać na takim paśmie, a jeśli tak to z jaką makysmalną mocą nadajnika?
Tropiciel ma to na pewno ogarnięte, ale fajne dyskusje się nawiążą w naszej grupie - przypominam, że kiedyś robiłem w certyfikacjach WIRELESS'ów wszelakich (czyli AM/FM/DAB, Bluetooth, Wifi, ZigBee, etc) względem dyrektyw i wymagań RED'a, FCC, Anatel'a oraz innych podobnych.
No więc jak, Panie i Panowie, ile my tu mamy "di-bi-em'ów" na metr kwadratowy :D
No i druga sprawa, na wielu punktów są różne komunikaty, więc "nie leci" wszystko z centrali naraz, abyśmy nie odebrali na pierwszym punkcie wszystkich wskazówek, ale przy kolejnych lampionach mamy inne komunikaty na nasłuchu. REWELACJA pomysł i super ogranizacja.
Kochamy takie klimaty... ale zawsze też idzie rozkmina technicza pod kątem realizacji, takie zboczenie. Pamiętam jak przepytywałem kiedyś obsługę jednego punktu kontrolnego jak zrobili odpalenie licznika Geigera, gdy podawaliśmy im próbówkę ze "skażoną" wodą (TROPICIEL 26)
Bierzesz licznik i nie działa przy sprawdzeniu wody w bidonie (zrozumiałe - odżywiamy się zdrowo :D), ale biorą wodę w próbówce, którą przywiozłeś z jeziora i licznik "skwierczy" - NO HALO, wow!
Powiedziałem, że nie wyjdę z tego namiotu, jak nam nie powiedzą JAK ONI TO ZROBILI... i powiedzieli!
GENIALNE TO BYŁO !!
To kochamy w Tropicielach. A teraz kilka zdjeć z różnych punktów kontrolnych -->
Gdzieś w lesie

TO JEST KLIMAT !!!

DOKŁADNIE JAK TUTAJ !!!

Praca na mapie :)

Lampion na wysokości :)

All night long :)
Przedzieramy się przez mrok, kierując na kolejne punkty kontrolne, na których również włączamy nasłuch. Na mapę trafia zatem coraz więcej "zapisków" przechwyconych w eterze (nota bene, wiecie skąd wogóle się wzięło to powiedzenie: "puścić coś w eter"? TUTAJ macie historyczny kontekst).
Pozyskane informacje mówią nam o kolejnych odległościach punktu "X" od innych punktów kontrolnych. Gdy umieszczamy kolejne dane na mapie, to krąg poszukiwań coraz bardziej nam się zawęża i... potwierdza naszą hipotezę. "IKS" będzie niedaleko bazy. Na razie musi jednak poczekać - będziemy go brać jako ostatni punkt --> na powrocie.
Zadania na punktach kontrolnych będą przeróżne:
- alfabet Morse'a (nadajemy i odbieramy wiadomość)
- straż pożarna i pompa wody (widać o co chodzi na zdjęciu)
- szyfry do rozszyfrowania w procesie deszyfracji :P
oraz chyba najlepsze z zadań: próba ognia.
Fantastyczna ekipa na jednym z naszych ostatnich punktów uczy nas jak obchodzić się z ogniem.
Trzeba wziąć płomień do ręki!
No bez kitu, w takich chwilach to mi się przypomina to --> KTO BĘDZIE PRÓBOWAŁ SKRAŚĆ PŁOMIEŃ ZGINIE, trzeba było go sposobem zajumać. Tylko człowiek duchowny dał radę :D
Chociaż Szkodnik to się zachował bardziej jak w baśni z lat dzieciństwa - po prostu capnał ogień, schował w dłoni, przekazał dalej i mówi: "PIECZ rogatego!!!" (pamiętacie TĄ SCENĘ?)
Kapitalny punkt kontrolny :)
Księżyc w krwawej aurze :)

Punkt na wieży widokowej

Nad ranem gdzieś w polach :)

Nad ranem gdzieś w lesie :D

Już za dnia

WOW!

Kreska kropka, kreska, kropka... nadajemy dziś ze żłobka :D

HORROR TREE wymiata !!!

Mamy już wszystkie dane potrzebne do znalezienia punktu "X".
Pozostałe punkty kontrolne także już zaliczone, więc pora postawić kropkę nad... no właśnie, co się stawia nad "X". Na "I" można postawić kropę, a nad "X"... przecież zrobimy wtedy z IKS'a "IKS prim" czyli pierwszą pochodną. To już będzie prędkość (czyli pierwsza pochodna drogi po czasie). No nic, ja się zastanawiam co postawić, a tymczasem docieramy już do miejsca ukrytego wcześniej na mapie.
A tam... STRAŻ i zadanie z mini torem przeszkód, ale trzeba go pokonać z butlą na plecach.
Ponoć nad ranem - tak mówią strażacy - już mało ekip chciało robić to zadanie. Szkodnik chce. Bardzo.
Panowie ostrzegają, że jest ciężka. Szkodnik zakłada uprząż i mówi "jak nasze plecaki w dalekie wyprawy" (np. tutaj lub tutaj).
Lekką konsternację to wywołuje, ale chwilę później jest już po zadaniu a my wracamy do bazy z kompletem punktów.
Miano Tropiciela zdobyte po raz kolejny, czyli złota odznaka + 1 rajd. Jest dobrze, chociaż przyznam szczerze, że myślałem, że zamkniemy trasę o wiele szybciej. Prawie 7h nam ona zajęła (z 8h limitu). To chyba znaczy, że nie było łatwo - ale to dobrze, my lubimy jak jest pod górkę. Do następnego razu!
Butla na plerach :)

Xtra-wagancki punkt :)

Nasza mapa i radio :)

Kategoria Rajd, SFA
Liszkor 2025
-
DST
120.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Nie może nas tam zatem zabraknąć i nie przeraża nas nawet wyjaz z Krakowa o 3:30 w nocy.
Iście za SZCZYTNA miejscówka
Wracając... aktywności było zatem całkiem sporo, ale jednocześnie mało roweru. Natomiast start na trasie 150 km z przewidywanym przewyższeniem powyżej 3000m uznaję za lekko hardcore'owy "początek sezonu" i to mimo faktu, że sezonu to my w zasadzie nigdy nie kończymy (nie można zatem tak do końca mówić o początku jakiegoś kolejnego :P). Biorąc jednak pod uwagę nasze przygotowanie kondycyjne, zakładamy że Liszkor nas nieźle sponiewiera... upodli, styra oraz wybatoży. No ale w zasadzie tego przecież potrzebujemy, za tym tęsknimy i tego też oczekujemy.
Meldujemy się w bazie na 30 min przed odprawą naszej trasy, więc z całkiem bezpiecznym zapasem - jest czas się przywitać, krótko porozmawiać z innymi zawodnikami, przygotować do startu (KOFEINA, lej mi do gardła KOFEINĘ !!!).
Ze względu na "dłuższą nieobecność" Grześka, trasę rajdu tym razem układał Łukasz... oczekujemy zatem, że będzie ona zarówno naprawdę ciekawie poprowadzona, jak i będzie swoistym "ukłonem" w stronę dawnych Liszkorowych przygód.
Nie pomylimy się!
Czy to japoński słoń - Mamutu? :D

Zstępujemy do PIEKIEŁ... a tam góry :P
Kiedy cześć zawodników wybiera klasycznie: objechanie szczytu w drodze między punktami, to my równie klasycznie poruszamy się przez szczyt i szlakami. W praktyce... ich wariant wygląda tak, że zaliczają jeden z punktów kontrolnych, zjeżdżają w dolinę, objeżdżają górę i atakują kolejny punkt kontrolny od dołu, a my rypiemy się "granią" przez szczyt i wszelakie przedwierzchołki.
Zwykle Oni są szybciej, no ale my jakoś tak nie możemy przekonać się do tej metody - jazda szlakiem przez szczyt to jazda szlakiem przez szczyt, a nie co innego! Tak, wiem. Zapachniało tautologią, ale co ja poradzę - my chyba jesteśmy nieferomowalni... to też tautologia :P
Lecimy zatem zdobywać góry - przez góry, a nie objazdem :P
A to, że jest to iście piekielny szlak to możecie zobaczyć po zdjęciach:
- jakie stwory spotkamy po drodze!
- a i dość jawnie podany będzie kontakt do Administratorów tego zacnego przybytku
Piekielna góra - dosłownie :D

Parking z widokiem

Służby, wszędzie służby :)

Stwory!

Dzień dobry, poproszę z kotłownią, z panem LUCKIEM :D

Jak zwykle wariant lekko z dvpy :D

Zacne miejsce na punkt!

Szlakiem wyrwa... czerwonych serc :)

Szlakiem w kolorze ciemności :)

POISON, you're my POISON running in my veins... (całość TUTAJ)
To swoisty tribute (hołd) dla Grześka Liszki, który lubił takie specyfiki. Widać, że chociaż nie ma Go już z nami, to nadal czuwa nad swoim rajdem i różne dziwne specyfiki nadal można na trasie odnaleźć. A ekipy, które lubiły się raczyć tymi eliksirami, również zapierdalają jak dzicy, to aż prosi się o pytanie: "gdzie pędzisz? Bo ja na balkonie"
My wprawdzie wybieramy wstrzemięźliwość i abstynencję, więc nie wypróbujemy na sobie efektów trucizny, ale znaleźć taką flaszkę w penetrowanej grocie (skalnej, pacany, skalnej... a nie grocie Nestle...) to rarytas, unikat, iście smaczny kąsek.
To jest niesamowity klimat, więc nie zapomnijcie jednak, że takie miejsca to także potencjalne zagrożenie jakimś rogatym za winkla, który nagle zacznie napierać siekierą Wam w plecy (czyli - jak to mówiliśmy na dzielni - zacznie nakurw**ć Wam z AXE'a....
Zdarza się to nagminnie - coś się zalęgnie w ciemności i potem już tylko całopalenie komnat zostaje...
A do do trucizny jeszcze to czy pamiętacie TO - trzeba było uważać aby nie wypić niebieskiego napoju :)
POISON, YOU'RE POISON RUNNING THROUGH MY VEINS... (a TĄ wersję znacie :D :D :D)

Punkty PEREŁKI
Znajdzie się tu kilka perełek jeśli chodzi o punkty kontrolne - sami zobaczcie, cmentarz/mauzoleum, Grodziszcze, okazała infrastruktura hydro oraz inne. Znowu dużo zdjęć teraz poleci :)
Przydrożna kapliczka

Uwielbiamy takie miejsca

Miłość Ci wszystko wypaczy :P

Srogo...

Leśny cmentarz - mauzoleum

Hydro obiekty

"...straszliwy kształt przed nimi zjawia się w półkroku
i niszczy spokój, czy artysta się wygłupia,
na kształt trzeba spojrzeć z boku...
żeby zobaczyć, że to czaszka trupia" (całość TUTAJ)

Przez pola

Pamiętacie mafię, która komunikował się piórem (nie nie chodzi, że pisała do siebie... taki mieli znak. Sporo szermierki tam też było --- ADIOS, SEŃOR MAGISTRADO !! )

Telepiemy się zielonym szlakiem

Grodziszcze
PK65 planu - realase SOFTWARE'u :P
W kierunku Wambierzyc - tym razem asfaltem

Happy birthday, żulu, happy birthday ŻU LU :P
My jedziemy - no bo jak! Jest już zmierzch, dzień powoli umiera a my kierujemy się przez pola w kierunku Wambierzyc (pola = zdjęcie powyżej). Zadanie związane z punktem kontrolnym to odnaleźć dzwon przy kapliczce i odczytać rok, jaki tam jest wyryty. .
Gdy dotrzemy do miejscowości i zaczniemy wspinać się na górkę w kierunku dzwonów... to trafimy tam na lokalną imprezę. Mocno wstawiony gość wstaje od ogniska/grilla i podbija do nas... ech uwielbiam pijanych, którzy muszą... po prostu muszą się Tobą zainteresować. Tyle dobrze, że gość jest nawalony "na wesoło", a nie konfrontacyjnie do obcych...
Krzyczy do nas, że ma dzisiaj urodziny i zaprasza nas na wódkę. HA, WÓDKI I PACIERZA NIGDY NIE ODMAWIAM! Nie, no żart... przecież ja nie piję.
Grzecznie zatem odmawiamy, ale chłop nalega... bo ma urodziny i będzie Mu przykro jak się z Nim nie napijemy. Ach, czyli sięgnął po metodę wywoływania poczucia winy... doświadczony menel, ale jesteśmy twardzi. Metoda nie działa. Przykro mi (hmmm... skoro jest mi przykro to może jednak działa?)
Ogólnie kolo jest niczym ruski ornitolog o specjalności proktologia. Nawalony w 3 dupy... idąc do nas wyrżnął orła, puścił pawia, dwa gile z nos, a potem rozczarowany nadal poszedł pić na sępa...
No nic, punkt zaliczony - można "wracać" na południe. Zakładamy lampki, bo zaraz będzie już zupełnie ciemno i ruszamy w noc.
"Biją dzwony, dźwięczą dzwony, Henryk został powieszony..." (całość TUTAJ, chociaż akurat wers ten brzmi trochę inaczej...)

Azymut krzyżowy :D
Jeden z punktów - kamienny krzyż - to będzie prawdziwe wyzwanie, zwłaszcza że zakładamy iż będzie do niego prowadzić jakaś ścieżka. Będzie to... błąd założenia, dlatego przy pierwszej próbie przestrzelimy go.. w sumie, to nawet nie wiem o ile, ale przejdziemy kawał lasu i gdy dotrzemy do skrzyżowania szlaków, to wtedy upewnimy się, że jesteśmy za daleko.
Tuż przed drugą próbą odnalezienia punktu spotkamy jednego z zawodników, ale wiecie - noc w lesie, latarkami walimy sobie po ryju, do tego piszę to relację z opóźnieniem - za cholerę zatem nie pamiętam kogo. Pamiętam tylko, że będzie narzekał D:
W pewnym stopniu: NA NAS :D :D :D
Dlaczego? Dlatego, że chwilę posiedzimy razem nad mapą i stwierdzimy jednomyślnie z Basią, że należy na ten punkt wyjąć ciężką artylerię - czytaj: walić na azymut. Wiemy gdzie jest skrzyżowaniem szlaków, właśnie na nim jesteśmy, więc odczytujemy azymut z mapy i dawaj przez las. Bez ścieżki, na wprost, na rympał. Kolega idzie z nami, ale będzie dość często dopytywał "Wy na pewno wiecie co robicie?".
Co to za pytanie, oczywiście że nie ---> TA SCENA.
Trzymamy jednak azymut i rozciągamy naszą dwuosobową tyralierę, tak aby pozostawać w kontakcie wzo... lampkowym (przypominam, że jest noc w lesie) i tak, aby krzyż nie wydostał się z oblężenia, "przechodząc" między nami. No i jest! Udało się!
Kolega jest pod wrażeniem, a ja mam - jak zawsze w takich chwilach, ochotę powiedzieć - "na niewtajemniczonych to zawsze robi wrażenie" (kocham ten film).
Żegnamy się i lecimy dalej, każdy w swoją stronę.
Znowu noc w lesie :)

Trasa ostra jak...

Jest i on - znalezion!

Do bazy
Wracając do Liszkora, to cieszy że nie zardzewieliśmy przez zimę, a z naszym wynikiem Basia ląduje na miejscu pierwszym w swojej kategorii. To bardzo miłe, zwłaszcza że wygląda na to, że nastąpi - trochę nieoczekiwana - przerwa w rajdach organizowanych przez ROC. Skoro tak musi być, to fajnie że Basi udało się wygrać "edycję" pożegnalną. Choć wierzymy mocno, że rajd jeszcze powróci do kalendarza.
Tymczasem my zostajemy w bazie na noc, a w niedzielę ruszymy w Góry Bystrzyckie - na Jagodną i jej koleżanki, no ale to już zupełnie inne historia :)
Światełko w okienku czyli moja ukochana klasyka --->
"Windows burn to light wayback home,
the light that warms, no matter where they've gone
They are off... to find a Hero of the Day
but what if they should fall by someone's wicked way..." (całość TUTAJ)

Kategoria Rajd, SFA
CZARNA OWCA ORIENTEERINGU - zaproszenie
-
DST
1.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zapraszamy na nasz maraton/rajd na orientację "CZARNA OWCA ORIENTEERINGU - W cieniu wielkiej góry"
Trasy rowerowe (krótkie: 70~80 km z limitem 8h; 150+ km z limitem 16h)
Trasy piesze z takim samym limitem.
Trasa przygodowa (Adventure Race ---> część trasy pieszo, część na rowerze + zadania specjalne)
Trasa dla rowerów elektrycznych (bez klasyfikacji)
Trasa rodzinna/rekreacyjna (bez klasyfikacji)
Strona rajdu: www.rajdczarnaowca.pl
Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/970440438356006/
Opis wydarzenia na BIKESTATS: Czarna Owca Orienteeringu | Rowerowa jazda na orientację RJnO - Lipnica Wielka na Orawie, 29.03.2025
ZAPRASZAMY - ZAPISY NADAL TRWAJĄ (do 25 marca)
Owca oswojona: 
Kategoria Rajd, SFA
Silesia Race 2025 - Olsztyn
-
DST
113.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
RELACJA NIEDOKOŃCZONA...
STOMIL OLSZTYN !!! A nie - czekaj, ZAMEK OLSZTYN, tak! Nie Stomil, a Zamek OLSZTYN czyli nasz pierwszy rajd w tym roku. Dla tych, którzy zaczęli już sezon rowerowy nie będzie to nic dziwnego, że mamy rajd w lutym, ale dla tych którzy - z niezrozumiałych dla nas powodów, zakończyli sezon w 2024 - może to wydać się dziwne. Temperatura -4 o poranku a my ruszamy w teren na 12 godzinny rajd na orientację "SILESIA RACE zima 2025". Zimno, no ale zima jest piękna do pewnego stopnia - tak powiedział Celcjusz :P
Chociaż minęły już trochę czasy gdy jeździliśmy niezależnie od ilości śniegu (np. TUTAJ, TUTAJ czy TUTAJ) to jednak, po poskładaniu się pod kątem kolan, unikamy dzikich poślizgów na lodzie i gleb betami o ziemię (jak wtedy... tez Silesia). Niemniej zima w tym roku nie zasypuje nas ani śniegiem ani lodem, więc można bezpiecznie odpalić nasze rajdowe bestie. Tak też robimy i w sobotni, dość zimny poranek... jak już wspomniałem, meldujemy się w Olsztynie na trasie rowerowej 12h.
Ach, dawno nie byliśmy w tej części Jury, chyba jakoś wczesnym latem 2023 jeśli dobrze pamiętam, a i tak mówię o Złotym Potoku, a nie samym Olsztynie, który najbardziej to pamiętamy jednak z TEGO PRZEJAZDU.
Dobrze zatem tutaj wrócić.
Po ten krzak z lampionem
Strzeżcie się bo CZARNA OWCA ORIENTEERINGU nadciąga, a z Nią czarny redyk, a także być może Nekro-baca i Juhas Ciemności :D
W bazie - za pozwoleniem Marcina - rozwieszamy plakaty naszego rajdu (28-30 marca 2025, Lipnica Wielka na Orawie). Przygotowania idą pełną parą, acz niestety wolniej niż byśmy chcieli... z baaaaardzo wielu względów, ale to pewnie opiszę w relacji z samego rajdu. Na ten moment jesteśmy w Olsztynie i zaraz ruszamy w teren.
Odprawa jak to u Marcina - konkretna, ale i humorystyczna. Marcin opisuje punkty kontrolne dla trasy rowerowej i przy jednym z nich mówi "jeśli dotrzecie tutaj na rowerze, to...".
Zaiste dotarcie do lampionu rowerem na trasie rowerowej to ewenement :D
Albo trasa przeora nas terenowo przez chaszcze, kolczastych przyjaciół i bagna. Uwielbiamy taki klimat.
Chwilę po otrzymaniu map planujemy nasz wariant przejazdu. Plan jest ambitny: zamknąć trasę w 10h... spoiler alert: nie uda nam się to :D :D :D
Najbardziej oddalone punkty za Jeziorem Porajskim postanawiamy zostawić sobie na koniec dnia... lub początek nocy. Nadal mamy zimę, więc obowiązuje czas "zimowy": 17 w nocy, 18 w nocy, itp. Na pierwszy ogień poleci zagęszczenie lampionów w okolicy bazy.
Kreślimy nasz wariant na mapie i DZIDAAAAA w teren !!!
No właśnie... punkt przy zamku wszedł całkiem fajnie, ale chwilę później, już po wjeździe w teren, pojawił się pierwsze problemy. Nie możemy się wstrzelić w nawigację, ciągle skręcamy za wcześniej i musimy robić korekty. Odmierzamy się: za 400m w prawo... a patrz droga w prawo! Ile przejechaliśmy, 150m? To na pewno będzie ta!
No to nie była ta... wiecie jak jest. Kiedy to nie jest ta, to są problemy... pozwy, rozprawy i inne takie. Lepiej aby to była ta... a jakoś nie możemy się włączyć w tryb "w punkt".
Do lampionów docieramy, ale prawie do każdego z jakaś korektą. Grrr... dopiero po jakiś 2h jazdy zaczynamy się wstrzeliwać w dobrą nawigację. Widać, że dawno nie byliśmy na rajdzie, a to jednak zupełnie inna jazda niż wycieczki po szlakach.
Warowny STOMIL... tzn. Zamek Olsztyn :D
Ciekawe do czego służył ten komin... Zamek Fabryka Chęciny ma kilka takich, to widać jak jedziecie "7-mką" na północ.
Ruszamy w teren !!!
Dzida przez las!! Szkoda tylko, że źle :D
Plan było wjechać tam...
...w ten sposób. Coś nie pykło (na poprzednim zdjęciu)
To lubię :D
Zdobywcy jurajskich pagórów :D
...po ten krzak z lampionem, skoro nadszedł na to czas :D
Gdy już w końcu wstrzelimy się w mapę, no to zaczyna się nawigacja 


Naprzód !!!
Za mną !!!



"Jaskinia... przypomnij sobie swoją porażkę w jaskini" (klasyk: TUTAJ)
Yoda wiecznie żywy, zawsze ciepłym słowem obdarzy... no dobrze, moi Drodzy, ale to nie jest takie proste. Aby odnieść porażkę w jaskini należy najpierw tą jaskinię odnaleźć, inaczej przeżyjcie porażkę - co najwyżej - w okolicach jaskini. Też ładnie, ale to jednak nie będzie to - porażka w, a porażka w epsilonie jaskini to matematycznie nie to samo. Celujmy w porażkę w jaskini, a nie przed, obok czy nieopodal... Najpierw jednak wydymaliśmy nie na tą skałkę, którą trzeba. Pchamy pod górę aż na szczyt (zdjęcie poniżej), a następnie patrzymy na mapę. Powinniśmy być na środkowej skale, więc z lewej i prawej będą skały... a tu z lewej... ZAMEK. Hmmm... czyli jesteśmy na skale granicznej przedziału skałkowego, a nie w środku.
Ech... no cóż, bywa. Nie pierwsza i pewnie nie ostatnia góra na którą wydymamy błędnie. Korekta i jesteśmy na właściwej skale, a tam... no, jaskinia. Czego oczekiwaliście?
Patrzymy na mapę: na pierwszym skrzyżowaniu, prawym korytarzem. Zacnie, to nie może być trudne. Wchodzimy... a tu korytarza nie ma.
Nieeee, no był, ale skala wykręciła nam małego psikusa. To odbicie było właściwie zaraz po wejściu, a my walimy od razu do głównej komnaty.






Załapaliśmy się na resztki zachodu słońca
Pustynia nocą :)
Mały Szkodnik o pokaźnym cieniu na wielkiej pustyni :D
Nocni wędrowcy
Te lasy kryją wiele tajemnic :D
Zielony... most :D ?

"-Piękna noc, Alfredzie.
- Zgadza się, panie Bruce. Noc godna myśliwego" (klasyka: TUTAJ)
Kategoria Rajd, SFA
TROPICIEL 33
-
DST
78.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze

Zepnij to na krótko... lepiej nie na długo bo będzie iskrzyć :D

:) :)

:) :) :)

MIŚ !!!

"NZn" pichcimy NIEZNISZCZALNIUM :D

Klimat

Takie tam z obsługą punktu :D

Szkodnik w szałasie :)

Gdzieś w lesie

Świecące lampiony

Nocne eksperymenty :)

Przez mrok i mgłę :)

Zimno, naprawdę zimno i wilgotno... to niemal czuć na tym zdjęciu :)

W stronę światła

Świta

Jest pięknie

Jak z obrazka :)

Nie potrzeba podpisu - jest napisane :D

Złoto toczy się w krąg, rąk do rąk, z rąk do rąk... NASZYCH RĄK !!!
Kategoria Rajd, SFA
Jaszczur- Puszcza Pyzdrska
-
DST
45.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
"Po miesiącu pięknych dni
zbrakło forsy, zbrakło sił,
nowy rejs już zacząć mam
nowej pannie digi dam..."
Zbrakło sił aby napisać tą relację... tymczasem nowy rejs (w rok 2025) już za moment zacząć trzeba... nowym rajdom relacje przyjdzie dać...
Zostawiam zatem to co udało się napisać do tej pory, acz jest w w zasadzie tylko wstęp...
[19.10.2024]
Hardcore'owy weekend czas zacząć... iście twardo-rdzeniowy bo liczba godzin snu w okresie: piątek wieczór - niedziela wieczór wyniesie niecałe 5 (słownie: pięć) i żadna z nich nie przypadnie na noc z soboty na niedzielę :P Czasem mam wrażenie, że jesteśmy już za starzy na takie akcje... wiecie jak jest, zaczyn kusić klasyczny tryptyk weekendowy: kocyk - łóżeczko - herbatka... a potem przychodzi taki weekend jak ten... i znowu przechodzimy w tryb "sen jest dla słabych" oraz "w moich żyłach płynie czysta kofeina" i a odwalamy jakaś (kolejną) głupią akcję. Co tym razem? NA BOGATO bo to będzie więcej niż rajd, to będą dwa rajdy (te rowerowe) oraz rajd przez połowę Polski aby wszędzie zdążyć na czas. Małopolskie, Śląskie, Opolskie, Łódzkie, Wielkopolskie i Dolnośląskie czyli chyba "jeszcze stać ich na to by historii się przypomnieć, wskoczyć w siodło i wykrzesać ogień z ostrza" (całość TUTAJ, oczywiście Mistrz Jacek). No ale zacznijmy od początku bo jak zawsze potrzeba było dobrego planowania i elastyczności w działaniach operacyjnych.
"Zmienność decyzji świadczy o ciągłości planowania" - jak mawiał dowódca mojego plutonu w CSSP
No żesz... a tak pięknie mieliśmy poukładany kalendarz. Mieliśmy jechać na Waligórę i potem na Tropiciela, a tu konflikt z Jaszczurowatym!
Zawsze powtarzam jednak, że jak życie wali Was w twarz, to trzeba w odpowiedzi sprzedać Mu solidnego kopa. Eskalacja do deeskalacji, a zgliszcza i ruiny powstałe w procesie jakoś się posprząta. Gdy tydzień temu także "wypadł nam z kalendarza" rajd , to uderzylismy w Tatry, na Rohacze i udało nam się zobaczyć widmo Brocken'u (no! Takie alternatywny to ja rozumiem i szanuję!). Gorzej z najbliższym weekendem, bo nie damy rady złapać Rajdu Waligóry i Jaszczura... Tropiciel nie jest problemem, bo start mamy po północy. Obskoczymy - damy radę. Ciężki wybór, ale Jaszczur jest dłuższy niż Waligóra, no i Jaszczur jest... JASZCZUREM !!!... dodatkowo z Jaszczura na Tropiciela jest około 150 km, a nie 400... no szkoda Rajdu Waligóry, ale finalnie wybieramy Puszczę Pyzdrską i to mimo tego, że na Waligórę byliśmy już zapisani.
Nowy plan:
- dzida za Kalisz i start na Jaszczurze
- skończenie rajdu o zmierzchu (jak nigdy - zjechanie z Jaszczura przed nocą brzmi jak herezja, ale nie ma innej opcji)
- dzida z Wielkopolskiego w Dolnośląskie
- Tropiciel
- powrót do Krakowa
To nie jest pierwszy raz jak skaczemy z Jaszczura na Tropiciela (Z "Kamiennych Ścian" zrobiliśmy to samo - TUTAJ, acz wtedy, przy "zgodności" województw, nie trzeba było z Jaszczura zjeżdżać przed zmrokiem).
Budzik dzwoni koło 3:00 w nocy, bo mamy 5 godzin dojazdu... przetniemy małopolskie, śląskie, fragmentem opolskiego, łódzkie i wielkopolskie aby zameldować się przed 10:00 spory kawałek za Kaliszem. Jaszczura numer 50 czas zacząć!
Dzisiaj będzie kolorowo... pojechał Pacan z ilością "wstawek". Mapy Jaszczura są zjawiskowe jak się na nie patrzy... gorzej jak musicie na nich nawigować :P

Speak of a devil and he shall appear (i to w sumie razy dwa)
- dobrze, że na swój pierwszy raz trafili na taką edycję, może - dzięki temu - się nie zniechęcą za bardzo
- szkoda, że nie trafili na przejebaną edycję, aby podzielić nasz żałosny los na tym kurwi dole... eeee.... łez padole, łez padole!
Ciekawe co ich zaskoczy na trasie... a mówiąc o zaskoczeniu, znacie ten dowcip -->
Mąż pichci jakieś dobroci w kuchni i pyta żony: "co chcesz na obiad?"
Ona: "Zaskocz mnie"
On: RUCHAM TWOJĄ SIOSTRĘ!
Ja myślicie, udało się zaskoczyć :D :D :D ?
Wracając...
Siadamy do planowania naszego wariantu. Celujemy aby być w okolicach zmroku z powrotem w bazie, tak aby na spokojnie zjeść, przebrać się i nie musieć gnać na Tropiciela na ostatnią chwilę. Uznajemy, że najprawdopodobniej uda nam się zatem zrobić tylko jedną z map. Wybór pada zatem na tą z większą ilością punktów opisowych/zagadek. To jest przecież kwintesencja Jaszczura!
Na załączonym powyżej zdjęciu to ten arkusz po prawej stronie. Oprócz odcinków "wysokościowych" na mapie mamy także wycinki z 1935 roku, przedstawiające różne domy i zabudowania... co to dokładnie będzie, przyjdzie nam odkryć po drodze. Przypisanie wycinków do otworów w mapie zajmie nam klasycznie... jak zawsze tutaj... około 45 minut i nie mamy żadnej pewności, że zrobiliśmy to dobrze. Najwyżej trzeba będzie korygować w terenie.
Diabeł numer 2: Wychodząc z bazy przekonujemy się, że "wielka sława to żart" bo łapie nas inny jaszczurowy rowerzysta i pyta:
- Szkodnik?
- (Basia w konsternacji trochę) yyy Tak.
- Ha! Widziałem, że to Wy.
Hahaha, okazało się, że rozpoznano nas "po blogu". To miłe, ale i śmieszne zarazem - tego bym się nie spodziewał, bo wiele tutejszych wpisów jest hmmm hermetycznych i stawia nas w dziwnym świetle... albo w krzywym zwierciadle. (patrz kawał o zaskoczeniu...) Tak, skwitujmy to takim określeniem aby nie powiedzieć inaczej :D
Jak to było w całości? "Wielka sława to żart, wariant nasz chuja jest wart, lampion toczy się w chaszcz, gałęzie znów drapią w paszcz..." czy jakość tak (TUTAJ możecie sprawdzić czy nic nie popieprzyłem z tekstem)
Historia zaklęta wśród drzew...
Właściwie od samego początku naszej wyprawy trafiamy na miejsca mocno związane z historią. Chociaż dobrze wiemy, że lasy nierzadko skrywają różne tajemnicę, to nadal jesteśmy zaskoczeni jak wiele tajemniczych miejsc w tej puszczy dzisiaj odnajdziemy.
Związane jest to z faktem, że tereny te były niegdyś dość mocno zamieszkane... dość mocno w rozumieniu leśnych osad i przyczółków, a nie metropolii miejskich - więc weźcie sobie na to poprawkę...
[30.12.2024]... i tu opowieść się urywa... "zbrakło forsy, zbrakło sił..." (całość to szanta - TUTAJ), ale skoro jeden obraz mówi więcej niż 1000 słów to zapraszam do sporej galerii z rajdu...
Lampion przebiegły jak...

W krzaki, znowu w krzaki :D

Śladami dawnych wsi

Uwielbiam takie miejsca na punkty kontrolne

Szkodnik inwentaryzuje wnętrze :P

Znowu cały dzień w lesie

Klimatycznie

Szkodnik pomiarowy :D

Kolejny lampion nasz

Komisyjne odczytywanie nagrobków

Wciąż dalej i dalej

Hydro obiekty!

Na brzegu rzeczki, opodal krzaczka, wisiał Lampion :D

Rypiemy na wydmę :P

Kolejne ruiny domu

Zdobywanie pierwszego piętra

Przeloty

Epitafium do odczytania

Mówiłem Wam, że kocham epitafia... a jedno z najprostszych, a jednocześnie najpiękniejszych jakie widziałem (bo dotyka wieczności całej) brzmi:
"Kiedyś mnie nie było, potem się stałem... teraz znów mnie nie ma" (GENIALNE, po prostu genialne w swojej prostocie i - nie wiem jak Was - ale mnie łapie za serce)

Gdy patrzysz w otchłań (studni), to otchłań patrzy w twoją duszę... eee te teksty są do Nietzsche'ego (obczajcie materiał TUTAJ)

Kolejne pomiary... albo dendrofilia :)

Historia ruin - niesamowita historia wspólnego sąsiedztwa w czasach gdy świat zmierzał do drugiej "rundy"pierwszej wojny światowej

Nad wodą

Zachód słońca

Kolejne ruiny

Jak lampion w stogu siana...

Kategoria Rajd, SFA
Rajd miejski KRAKÓW
-
DST
66.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zapisujemy się zatem, ale za zgodę Marcin polecimy poza klasyfikacją (NKL) bo chcemy zrobić całą trasę na rowerze, bez części pieszych czy kajakowych.
Innymi słowy, tym razem wpadamy w roli inspektoratu, czyli dokonamy inspekcji przygotowanej trasy. Rajd miejski KRAKÓW - Witamy w mieście królów Polski :)
W drodze do bazy - Błonia :)

Mostek nad Rudawą

Oczekiwania vs rzeczywistość czyli czytanie ze zrozumieniem pomaga :D
Na odprawie Marcin przedstawia zasady zabawy i punkty kontrolne. No nie będzie Puszczy Dulowskiej za Krzeszowicami na rajdzie w Krakowie. Szok, prawda?
No ale będzie za to Lasek Wolski, Lasek Tyniecki, WTR'ka i kilka innych znanych fajnych krakowskich miejscówek.
Jako że baza jest tuż przy Błoniach, postanawiamy zacząć od najdalszych punktów. Decyzja ta jest spowodowana tym, że skoro lecimy poza klasyfikacją, to nie chcemy "korkować" punktów kontrolnych przy bazie. Dla niektórych ekip strata nawet 2-3 minut może być na wagę... dosłownie ZŁOTA, a nie wiemy jakie będą zadania na tych punktach. Czasem zdarzają się "korki", zwłaszcza jak zadanie bywa czasochłonne - pamiętam na przykład, że na jednym Rajdzie Katowice bardziej opłacało się wziąć karę czasową za niewykonanie zadania, niż czekać w kolejce (to była sztuczna ścianka wspinaczkowa, która została oblężona przez najmłodszych - jednocyfrowych pod kątem wieku - uczestników rajdu).
Lecimy zatem odwrotnie do "logiki" rajdu, tak na wszelki wypadek. Dla nas NKL'owców to nie ma znaczenia, bo i tak planujemy zaliczyć wszystkie punkty kontrolne.
Niby będzie to Rajd Miejski, a wyjdzie 700m przewyższenia :D
No ba! Lasek Wolski i Tyniecki zrobią swoje... nasze autorskie warianty też. No ale to nasze miasto, możemy cisnąć każdym możliwym najgłupszym - ale i najkrótszym wariantem.
Rajd miejski i noszenie przez wiatrołomy? A czemu NIE !!!
Tak się bawi KRAKÓW :D :D :D
Kraków :D

Nadal Kraków :D

Nasze główne ulice miasta :D

Szermierze na rowerze :D

Boczne uliczki wielkiego miasta :D

Są budynki, no to jest to miasto - koniec dyskusji :D

Widok z osiedla :D

Kraków ma naprawdę dobre drogowe oznakowanie - w tym mieście się nie zgubisz :D

Skrót do piekarni :D

Komunikacja miejska znana z PŁYNNOŚCI ruchu :D

W drugiej części dnia niestety zacznie nam padać i to dość mocno... październik i deszcz. Zimno... ewidentnie "zapachniało powiewem jesieni, z wiatrem zimnym uleciał wariantu nam sens, tak być musi, niczego nie może już zmienić, brylanty na na krańcach tych rzęs" (parafraza klasyki)
Jeden z punktów będzie w naszych kultowych KAWERNACH - muszę przyznać, że Marcin naprawdę przyłożył się do miejscówek na punkty kontrolne. Nie wszyscy wiedzą, że mamy kawerny... a zwłaszcza, jak ktoś nie mieszka na co dzień w Krakowie!
Tyniec :)

Droga na Skawinę nadal niewyasfaltowana :D (i dobrze! tak ma zostać!)

Lasek Tyniecki - skrót do zielonego szlaku :D

Drogowcy pracują dla Ciebie, uśmiechnij się :D

Ulicą Polną :D

A teraz leśną :)

Kapliczka przy drodze :)

Piaszczysta :D (tak naprawdę przedłużenie Skotnickiej, ale na potrzeby relacji została Piaszczystą :D)

Pychowicka, to od srogiego WYPYCHU - wszystko się zgadza :D

Uważajcie na te miejsca w mieście :D

Za dnia jeszcze jakoś idzie przetrwać wizytę tutaj...

...ale po nocy robi się niebezpiecznie (TAK, TAK, to właśnie tutaj robiliśmy sesję promocyjną naszego pierwszego wielkiego rajdu - Wiosenne CZARNE KoRNO)

Jak gra terenowa, to gra terenowa - nieważne że nie nasza, zbieramy :D

Jedyny lampion na trasie, bo Marcin ostatnio zapadł na LAMPIONO-WSTRĘT i operujmy na punktach bardzo fotogenicznych :D

Przypadkiem wpadamy - pod Kopcem Kościuszki - na imprezę w forcie, a tam mają BnO - także bierzemy !!!!

"Już miałem na oku hacjendę, piękną mówię Wam..."

SMOKU Po raz kolejny. Tym razem lokalnie czyli bez przejazdu rowerem z Warszawy czy Przemyśla :D

Aha, no i najważniejsze - Marcin - jak byś robił kolejną edycję to:
- z chęcią ją także przejedziemy
- ale możemy też zbudować Ci część rowerową (i wiesz, zrobimy to zgodnie z wszelakimi wymaganiami: Kraków historyczny? Spoko, Kraków nietypowy - no ba!, Kraków przejebany - mówisz masz! :D :D :D
Kategoria Rajd, SFA
Kiwon 2024
-
DST
107.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Jak to powiedział kiedyś Stephen King: "mam serce małego chłopca, trzymam je w słoiku na biurku" :D :D :D
Aż nastał rok 2024 i mamy wjazd - dosłownie, wjazd, czaicie bazę? - wjazd na Kiwon rowerami. To zacna kooperatywa klasycznych KIWON'iastych z zawodnikami (vox populi, vox dei - a to pupuli grubo darło ryja o ROWER) Trasę rowerową układa Ania, a w bazie pomagać będzie jej Grzesiek, których znamy już... o Panieee... laaaaaata... Jak to niegdyś powiedziała przeurocza Bridget von Hammersmark do upiornego, ale hipnotyzująco charyzmatycznego SS-Sturmbannfuhrer'a Dieter'a Hellstrom'a: "Jesteśmy starymi przyjaciółmi, majorze. Z bardzo starych czasów. Starszych, niż aktorka powinna wspominać..." (*) - jak ktoś nie ogarnia, to fragment tej klasyki jest TUTAJ.
A skoro mamy taką a nie inną sytuację, to na imprezę wbijamy jak osikowy kołek w wampira. Budzik ustawiony na 3:30 (w nocy? nad ranem?... co będzie mieć też swoje konsekwencje dzisiaj...) i ruszamy w Beskid Niski-ale-stromy. Niestety prognozy pogody nie są łaskawe: ostatnie dni to deszcz, deszcz, deszcz i jeszcze trochę deszczu... a po deszczu to dopiero przychodzi ulewa... ech. Piękna, złota jesień nam dziś nie grozi... choć i tak w sobotę ma być trochę lepiej niż na przykład w piątek.
Inna sprawa, że we mgle i deszczu, to góry także bywają niesamowite... klimatyczne i złowieszcze...
No nic, to chyba tyle tytułem wstępu.
Zapraszam zatem na opowieść o pewnym niesamowity rajdzie, który w nie-mniej pokazowy sposób położyliśmy na całej linii. Chociaż to także zależy pod jakim kątem się na sprawę spojrzy, bo pod kątem polityki "damage control" (tzw. kontrolowanej katastrofy i zarządzania kryzysowego) to jestem z nas dumny. Nie zmienia to jednak faktu, że katastrofa to katastrofa i nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Zobaczycie jednak, że mogło być o wiele, naprawdę o wiele, wiele gorzej, bo czasami walczy się NIE o sukces, ale o minimalizację strat.
I właśnie to z efektów tej walki jesteśmy naprawdę dumni. Z samego wyniku na rajdzie już mn-NIE-j, bo finalny wynik to ZŁO, KATASTROFA, PORAŻKA, SROMOTA... tak, sromota najbardziej.
"Chyba dobrze się już znamy, wdychamy się do płuc
mamy nastrój z porcelany i tak łatwo nam go stłuc
Za dobą doba mija, tak jakby nam na złość
obojętność mnie dobija, Ty już dawno masz mnie dość
Sama nie jesteś bez skazy, więc zanim wpadniesz w gniew
zastanów się dwa razy, czy szaleństwa czujesz zew (i czy chcesz przelewać krew?) (piosenka KOŁOWROTEK)
Nasz "Dream Team" przeżyje spory kryzys, jeden z największych w naszej historii. Czy wyniknie on z niewyspania czy z czegoś innego, to w sumie ciężko stwierdzić. Owszem przez różne nietypowe zdarzenia ostatniego tygodnia od środowej nocy spaliśmy łącznie tylko 11 godzin... bo - na przykład - w czwartek Basia miała z pracy wyjazd w Kotlinę Kłodzką pomagać przy usuwaniu skutków powodzi. Inna sprawa że to kapitalnie, iż firmy organizują płatne urlopy dla chętnych, którzy zgłoszą się do pracy. U mnie w firmie też była taka opcja - zgłaszasz, że jedziesz i jedziesz. Nie tracisz urlopu, masz ubezpieczenie, tak jakbyś był normalnie w pracy (delegacja), a na miejscu koordynatorzy (głównie) ze Straży Pożarnej przydzielają Cię do pomocy przy konkretnej robocie pod konkretnym adresem. Naprawdę podobają mi się takie inicjatywy!
A to tylko jedna z kilku akcji z poprzedniego tygodnia... ogólnie zatem snu będzie trochę za mało. I to jest po prostu fakt.
Chciałbym tylko zaznaczyć, że to nie jest wymówka dla gorszego wyniku. Wyrosłem już z takiej narracji "bo coś tam..." lata temu. Wszystko co robimy to nasz wybór i nasze decyzje. Złe przygotowanie do zawodów to błąd strategii/taktyki/przygotowań. Tyle w temacie. Piszę o tym tylko po to, abyście lepiej zrozumieli zdarzenia, jakie będą miały miejsce, bo dla niektórych mogą być one spory zaskoczeniem.
W bazie po 7:00 rano meldujemy się zatem dość mocno niewyspani. Ja jestem jeszcze na tyle zmulony, że gdy podpisuję formularz startowy i patrzę na zegarek, aby sprawdzić jaką mamy dziś datę, to wpiszę 7:49... Czterdziesty dziewiąty lipca :D
Jest grubo, ale czekajcie, to dopiero zapowiedź tego co będzie - nawigacja w takim stanie będzie jeszcze grubsza :D
Odprawa przebiega sprawnie, bo Ania szybko omówi mapy i punkty kontrolne. Padnie hasło "start" i możemy ruszać...
Już zaplanowanie wariantu... coś co uwielbiamy! Optymalizacja, problem komiwojażera, macierze, problemy NP-trudne to jest mój ukochany matematyczny świat, a dziś samo zaplanowanie wariantu jest mega trudne... i nie chodzi o to, że mapa jest wielowariantowa (chociaż jest i to bardzo!) ale... mamy problemy z... decyzyjnością. Kryzys zarządzania... może tak, a może inaczej. Może od zachodu, albo od wschodu... Nie możemy się zdecydować na jakikolwiek wariant. Co więcej, "jeszcze śpiąc" nie widzę na mapie takich szczegółów, że droga się kończy... jak nią za chwilę pojedziemy, to wjedziemy w jakiś dom i będziemy musieli robić korektę z nawrotką. A wiecie jakie korekty są najlepsze? Ano te drogami, które też się kończą... i tego też nie zobaczyliście na mapie. W praktyce nie było bowiem połączenia pomiędzy dwa drogami i na mapie było to widać, bardzo widać, ale jak patrzycie zaspanym okiem to, to takie niuanse jak ciągłość drogi mogą Wam umknąć.
Chwilę później uświadamiam sobie, że nie schowałem kluczyków do auta do wodoodpornego pokrowca i nadal wiozę je w kieszeni spodni. Jak przemokniemy, to pilot może nie być zadowolony z takiej sytuacji. Muszę się zatem zatrzymać, aby je zabezpieczyć. Chwilę potem okazuje się, że złożyłem na mapniku mapę tak, że pęd powietrza podwija ją tak bardzo, że nie da się nawigować. Innymi słowy złożyłem mapę tak jak pisma procesowe na tej stronie: "Pisma procesowe napisane na odpierdol"
Moje rozkojarzenie zaczyna lekko irytować Szkodnika ("...Ty już dawno masz mnie dość"), który zaczyna to coraz dobitniej wyrażać. Nakazuje mi sięgnąć po eliksir (kofeinę), a ja nadal twierdzę, że "jest w porzo i nie tragizujmy". Zaraz przecież wejdę w rajdowy trans i będzie git. Wystarczy mnie tylko "nie popychać", bo to bywa przeciwskuteczne. Cierpliwość, a nie stymulacja. Spokój, a nie burza...
Chwilę później przestrzeliwujemy cmentarz wojenny i to taki, który zlokalizowany jest zaraz przy drodze. Skręcamy z szosy i go po prost mijamy. Owszem... może jestem mega rozkojarzony i po prostu go nie widziałem, no ale halo! Nawiązując do Kazimierza Przerwy, powiem tak: Szkodnicze, końca wieku... zwiesiłbyś głowę niemy, bo Ty tez go nie zauważyłeś! ("...sama nie jesteś bez skazy, więc zanim wpadniesz w złość...").
No i mamy wybuch... obustronny. Nasz Dream Team rajdowy właśnie posypał się ja domek z kart... stoimy w jakimś polu, we mgle, deszczyk sobie kapie, a nas szarpie żądza - o! widzę, że nareszcie mam waszą pełną uwagę - dobrze, dobrze, acz rozczaruję Was... jest to żądza mordu. Okoliczne wioski w strachu, bo w Beskidzie Niskim bywamy częstymi gośćmi, więc tubylcy już się nauczyli, że hołduję zasadzie "Lepiej spalić jedno miasto niż złorzeczyć ciemnościom... Corgo nie złorzeczył... wiele razy".
Z perspektywy czasu to jest śmieszne, my naprawdę prawie wcale się nie kłócimy. Ja wiem, że są tacy co i tak w to nie uwierzą , ale naprawdę tak jest!
Niezależnie od tego czy mieści się to w czyjeś głowie czy nie. Nasze największe spory są właśnie o "warianty przez wiatrołomy i bagna" czy też o "zły skręt" :D.
I nie, nie są to wojny zastępcze (proxy war).
My to z takich, którzy raczej:
“Wiesz, nieważne jak bardzo się ze sobą kłóciliśmy, najbardziej nie lubiłam patrzeć jak odchodzisz.” - Księżniczka Leia do Hana Solo.
Niemniej na ten moment, właśnie mamy kryzys i Dream Team jest już odległym wspomnieniem. Ja jestem pragmatyczny do bólu, bo emocje są wrogiem rozsądku: widzę, że nie mogę się włączyć w tryb nawigacyjny, jestem świadom że robię błędy, więc spowalniam drużynę, więc propozycja może być tylko jedna: jedź sama. Przecież wiele par tak robi (my do tej pory nigdy!), rozdzielają się i nie ma w tym nic złego. Każde z nas umie nawigować, zwykle się bardzo uzupełniamy, ale przecież to nie jest obowiązkowe. Zrzuć balast i dawaj wpjerjot. Ja pojadę sam - włączę się w tryb rajdowy już na spokojnie i "może spotkamy się tam, gdzie trafi każde z nas, może spotkamy się tam gdzie w miejscu stoi czas" (czyli na mecie o 20:30 bo taki jest limit)...
Apogeum kryzysu jest na kolejnym punkcie kontrolnym - szczyt. Zostawiamy rowery za mygłami (składowisko drewna) i z buta idziemy po lampion. Ja spojrzałem na mapę: szczyt to szczyt, póki droga idzie pod górę jest git. Basia wzięła ze sobą mapę i mówi "to góra 100 metrów".
Idziemy z 10 min pod górę... k***a, długie te 100 metrów. Żadne z nas jednak - będąc lekko wściekłe - nie kwestionuje tego co robimy... takie klasyczne "szybciej, szybciej nim dojdzie do nas, że to bez sensu"
...aż jednak w końcu przychodzi opamiętanie. Ta góra ma dwa szczyty... jeden z lewo (niższy... 100 metrów... z lampionem) i drugi w prawo (daleko... bez lampionu). Zgadnijcie, na który idziemy... No właśnie, upośledzenie level hard...
W końcu robimy korektę i wbijamy z buta na dobry szczyt. Ech... jesteśmy ponad godzinę w plecy przez te głupie błędy... głupie, durne błędy: zawracanie na wiosce i krążenie w kółko po ulicach, przestrzelenie cmentarza, teraz "nie tak góra...". Cudownie... PKP czyli Pięknie, K***a, Pięknie...no a do tego mamy ochotę się pozabijać...
Przez mgły...

...i pod górę...

...dymamy nie na ten szczyt co potrzeba...

...tymczasem na właściwym szczycie.

...i - CYK !!! - zmiana narracji, idziemy w to łeb w łeb
bo nagłe zmiany akcji, to dla nas powszedni chleb
Zapętleni w naszym losie, ułożeni w nieporządku
tak stabilni w tym chaosie, zaczynamy od początku !!!! (nadal piosenka "KOŁOWROTEK")
Ujrzałem to co miałem ujrzeć i niech to Wam wystarczy za opis: "...choć czasem burza między nami i bije ostry grad, chcę z Tobą moknąć, poznawać razem świat".
Sojusz, Syndykat, Dwu-Przymierze, Dwój-Porozumienie, Kondominium znowu działa! Zabieramy się do odrabiania strat. Pora wracać do pracy i zacząć zbierać lampionowe żniwo.
Ruszamy w mgłę i deszcz z nowym nastawieniem i z nowym planem. Jako, że część dróg jest nieprzejezdnych... i nie chodzi o to, że są zabłocone. Zwykłe błoto nam nie straszne - mówię o błocie, które się klei, zatyka wszelakie prześwity, uniemożliwiając obrót kół oraz lepi się do roweru, w takiej ilości że maszyna zaczyna ważyć chyba z tonę... no więc jako, że część z dróg jest w ten sposób nieprzejezdnych kreślimy nasz wariant zupełnie na nowo. To nam trochę utrudni sprawę pod kątem zaplanowania przejazdu, ale czasem warto zrobić krok wstecz i zacząć od nowa. Jak to mawiał dowódca naszego plutonu w stopniu kapitana: "zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia".
TAK JEST... ale mówiąc szczerze, to drugi krok protokołu "DAMAGE CONTROL". Skoro mamy jakoś pojechać ten rajd, to zróbmy to w końcu z sensem.
A i jeszcze jedna sprawa: BARTNE. Jeden z punktów kontrolnych jest w Bacówce w Bartnem. Mimo, że jest to jeden z najdalszych punktów od bazy, to jednak chcemy odwiedzić Bacówkę. Jeśli nigdy tam nie byliście to się kiedyś wybierzcie... albo NIE, nie idźcie, nie warto (hehehe, jeśli uwierzą będą mniejsze tłumy na szlakach - so evil, so evil...).
Patrząc z perspektywy optymalnego przejazdu, jeśli zakładamy że nie zrobimy wszystkich punktów kontrolnych, Bacówkę można by odpuścić - ale nie chcemy. Za bardzo lubimy to miejsce.
No ale o Bartnem trochę później, na razie szturmujemy...
Lysula i jej nowa wieża
Natomiast na Lysuli (551m) pojawiła się nowa wieża widokowa. Nowiutka bo otwarcie nastąpiło kilka dni temu. Rewelacja, że mamy tutaj lampion. Kapitalnie... acz podejście nas lekko zmuli.
Nadal jesteśmy trochę nie-do-spani i wytyrani ostatnim tygodniem... W normalnych okolicznościach pewnie ten podjazd wszedłby od kopa, ale dzisiaj pchamy... jest ciężko.
Wychodzi z nas zmęczenie - z każdym krokiem zdobywamy wysokość, ale jednak tempo mamy wolniejsze niż normalnie, to czuć.
Mamy niecałe 30 km i już zrobione 700m przewyższenia... nasz początkowy wariant chyba nie był zbyt sensowny w takim razie...
Natomiast sama wieża jest wypasss. Super miejsce na punkt.
Tutaj zrobimy sobie także mały popas... leje deszcz, a my wyciągamy z plecaka termos i napawamy się herbatką. Jak romantycznie: w deszczu... :D
Jeszcze tylko wsunąć dwa rogale i możemy ruszać dalej. Cieszy nas, że nawigacyjnie nareszcie wbiliśmy się w mapę i zaczyna nam iść lepiej niż jak to mówi nasza koleżanka Magda S:
- Jak Ci idzie?
- Jak k**wie w deszcz
Tak, nawet deszcz się zgadza... przynajmniej zaczęło iść trochę lepiej :D
Szkodnik po resecie :)

Niemal słyszę "Jesteś na złym pastwisku, kurwiu ":D

Romantyczna wieża - w deszczu :)

Wypasss ławeczka :D

Pchamy...

Jest i Pan Wież :D

Trzeba tu kiedyś - najlepiej niedługo - wrócić, już tak nie-rajdowo, na spokojnie bo to zacna konstrukcja :)

ORIENT'alna magia
Tym razem trafia nam się właśnie super klimatyczne miejsce. Rewelacja. Mostek jak do Shire, brakuje tylko bandy Hobbitów... a skoro już jesteśmy przy tym temacie to, niech to wystarczy Wam za opis naszego stanu (oczywiście to Tolkien i pewien Władca):
"A droga wiedzie w przód i w przód
Choć zaczęła się tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak jak mogę…
Skorymi stopy za nią w ślad –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…
A potem dokąd? – rzec nie mogę..."
Nie zmienia to faktu, że ja mam taką małą prywatną listę TOP "n" najładniejszych punktów kontrolnych. Gdzie n to liczba naturalna większa od kilku :P
To lampiony, które niesamowicie wpisały się w jakieś ładne miejsca lub/i najbardziej klimatyczne punkty kontrolne(czasem to nie miejsce, a warun robi robotę - np. mgła).
Niemniej lista ta to elitarny klub. Natomiast jedyne co mogę powiedzieć to:
Dzień dobry, Panie Lampion, witamy na pokładzie :)

Co się tutaj ukrywa? :D

Jeszcze zielono choć wilgotność i klimat już w pełni jesienne

Znany nam cmentarz w masywie Magurycza(-y?)

Wszyscy kochamy jesień w górach... "Jesienią góry są najszczersze... jesienią smutne piszę wiersze, smutne piosenki śpiewam Ci..." o błocie pod kołami... (całość: TUTAJ)

Spotkanie na szlaku i to na żółtym szlaku !!!

Nyquist i Lapunow'ów lubią takie punkty kontrolne
Odwołując się wprost z definicji będzie to trochę inne pytanie: czy charakterystyka amplitudo-fazowa układu nie obejmie punktu (-1, j0)... ale praktycznie dobrze by było, aby nie objęła także rzeki pod nami...
W sumie, to jak patrzę na ten mostek i widzę strzałkę ugięcia, na którą wskazał Szkodnik to zastanawiam się czy beton powinien pracować na zginanie? Ściskanie owszem, ale zginanie...
Inna sprawa, że stabilność stabilnością, ale czy nie przeżyjemy katastroficznego kruchego pękania gdy wejdziemy na tą konstrukcję. Ciężko to może opisać, ale z jednej strony nie chciałbym przeżyć takiego katastroficznego kruchego pękania, a z drugiej to chciałbym je przeżyć (mam nadzieję, że czaicie o co mi chodzi :P)
Nooooo, a za mostem nieznany nam wcześniej stary cmentarz choleryczny - kolejny dobry punkt kontrolny na naszej trasie... aaaaa i chwilowo nie pada.
Jest zatem naprawdę zacnie :)
To jak z tą charakterystyką amplitudo-fazową? Jaki będzie zapas stabilności układu?

Cmentarz choleryczny

Padać, chwilowo nie pada, ale takie łąki to jest woda totalna - aż chlupie w butach

Dany jest Szkodnik z rowerem, na którego działa siła grawitacji (F = ma), Szkodnik porusza się z prędkością V0 (V2, ja Ci mówię, że V2 bo ten Szkodnik to jest rakieta!!!)

BARTNE oraz oddelegowany tam Negocjator !!!
Bartne - bacówka. Magiczne miejsce w Beskidzie Niskim i mamy tutaj punkt. Do tego jest to punkt żywieniowy. Gdy podjeżdżamy do bacówki, wychodzi do nas obsługa punktu i zaprasza nas na zupę. Odmawiamy, bo jednak jesteśmy w lekkim nie-do-czasie przez te durne błędny i kłótnie.
Wtedy poda "no to może pierogi?". Ooooo, negocjator!!! (ta scena, koniecznie ta scena - TUTAJ!!). Pamiętajcie, że ja noszę na masce szermierczej tą postać, więc tym bardziej ta scena do mnie przemawia. Basia jednak próbuje mnie odciągnąć, bo wie że za moment - jak padnie: schabowy albo szarlotka, to koniec. Zostaniemy do wieczora. To ostatni moment aby wyciągnąć mnie z pułapki.
Cudowne miejsce na punkt... a skoro Bartne, no to musi polecieć... i tak, tak, wiem że linkowałem to 1000 razy, ale to Bartne!!!
"Gdzieś na krańcu świata, gdzie nie widać piekieł
Tylko niebo na ikonach srebrem lśni...
Dobry Pan mnie wiedzie wyboistą drogą
Dobry Pan życzenia moje zna
W góry myśli poszybują ku pradawnym Bogom
A w kopułach cerkwi wieczność trwa.
Na tej drodze różne słowa już padały
Słowa złe i dobre, miłość szła i śmierć
Tylko buki w górach niewzruszone stoją
Jakby chciały się do nieba wznieść..." (całość TUTAJ)
"Tylko niebo na ikonach srebrem lśni...

"Święty spokój ofiaruje nam Mikołaj, Święty spokój w jego skośnych oczach tkwi..." a jak nie będzie Mikołaja, to może być Dmitro :)

"Gdzieś na krańcu świata, gdzie nie widać piekieł..."

"W kamieniołomach moi ludzie pracują szybko i dokładnie –
Daje się zauważyć zapał i szczere zaangażowanie..." (klasyka od Mistrza Jacka - TUTAJ)

Znowu przez mglisty las

Mój przyjaciel, Wierch Wirchne... mnie zawiódł
Aby odnaleźć lampion musimy w odpowiednim miejscu zejść ze szlaku i wejść w wąwóz. Odmierzamy się i zejście to czynimy. Wszystko terenowo się zgadza, powinna odchodzić ścieżka w tył - odchodzi, powinniśmy mieć wąwóz przed nami - mamy, powinna być droga w dole z zakrętem - jest.... ale lampionu nie ma. Krążymy po stromej skarpie, tak stromej że w pewnym momencie zjeżdżamy nawet na butach i tyłku po błocie... NO, ale lampionu nie ma.
Jedna rzecz nam się nie zgadza - wąwóz, według naszego lidara nie przechodzi przez drogę, a w rzeczywistości drogę przecina... to nam nie pasuje, ale cholera, wszystkie inne elementy się zgadzają... no dobra, załóżmy że jesteśmy za daleko, sprawdzamy odwzorowanie terenu z mapą. No nie, nie ma opcji, nic się nie zgadza... No to może za blisko... sprawdzamy bardzo dokładnie z mapą... o kurde, prawie bliźniacze miejsce i...jest wąwóz. K***a!! W sprawdzany na mapie miejscu przecina drogę. Jesteśmy zatem o skrzyżowanie za wcześniej... ech, dzida do góry ścianą wąwozowatego... jest jednak stromo i ślisko... ciężko było to wyjść...
Korekta konieczna, bo jesteśmy jakieś 400 metrów za blisko. Ruszamy i chwilę później atakujemy już inny wąwów... WTEM! miga mi coś czerwonego, dużego i czerwonego - to musi być lampion. Przedzieram się przez wiatrołom i znajduję... no właśnie... to nie lampion a chujnia z grzybnią... dosłownie. Muchomor. Ogromny, jak 4 moje dłonie, ale nadal tylko muchomor. Brakuje już tylko Żwira... zostałem oszukany przez grzyba. Dramat.
Kolejna korekta i JEST - nareszcie. Mamy lampion. Nie wiem jak się odmierzaliśmy, ale błąd o 400 metrów to dużo...
Wydaje mi się, że chyba walnęliśmy się w matematyce prymitywnej... odmierzone było dobrze, ale zawiodło dodawanie: czyli policzenie przy jakieś liczbie, względem obecnego wskazania licznika, mamy się zatrzymać i szukać...
Ech... czyli to nie Wierch nas zawiódł, a nasza nawigacja...
To nie błąd... to WIELbłąd. Wtopa łącznie na jakieś 30 min... Polityka DAMAGE CONTROL krok trzeci: lecimy na styk na punkt żywieniowy i koniecznie trzeba ponownie przeplanować wariant, bo zrobiło się naprawdę nieciekawie czasowo.

No i znowu zadyma z Lokalsami :P

Szkodnik, jedźże normalnie... bez wygibasów :P

Niebieski szlak przez Wierch Wirchne

"...we are all mad here" (był link przed chwilą).
Jednakże nim zmierzymy się z tym wyzwaniem dojdzie do dość dziwnego, niepokojącego spotkania... Niedługo po wyjeździe z punktu żywieniowego meldujemy się na punkcie kontrolnym "cudowne źródełko" na którym spotykamy dość dziwną postać... Pana w sandałach (przypominam, że jest październik, pada deszcz i jest dość zimno)... z mokrym psem u nogi.
Bardzo ciężko będzie się z Nim dogadać, bo historia którą opowie będzie dość niespójna.
Ponoć spóźnił się na autobus i teraz próbuje się wydostać z tego miejsca. Próbuję ustalić czy ma gdzie spać, ale odpowiedź nie jest jednoznaczna - Basia zrozumiała że tak (w domu w którym pracował, a który znajduje się za naszymi plecami), ale ja w sumie nie potrafię potwierdzić czy na pewno miał to na myśl. Pytania pomocnicze nie przynoszą żadnych dodatkowych informacji. Pan jest jakby trochę w innym świecie. Mówi o potrzebie dostania się do Jordanowa i pyta czy tam jedziemy. Jakby ktoś by nie ogarniał kontekstu: to jesteśmy na rowerach... w Beskidzie Niskim, jest 18:20 więc zaraz zapadnie zmrok, a gość mówi o zawiezieniu go do Jordanowa. JAK?
Trochę ciężko ustalić czego chce tak naprawdę potrzebuje:
- czy transportu jeszcze dziś (no to nie pomoże Mu dwójka rowerzystów z dala od bazy... powinien zejść głębiej do miejscowości i tam szukać)
- noclegu i transportu rano?
- taksówki np. do Gorlic na dworzec?
Na każdy jednak pomysł ma jakąś wymówkę, że propozycja nie zadziała... bo albo ma bagaż i nie może jechać bez niego. Albo bagażu wziąć także nie może, bo nie ma go przy sobie?
WTF??? No to pytamy, gdzie ten bagaż się znajduje i czy jest problemem tu i teraz... Na to pytanie nie otrzymujemy już odpowiedzi...
Ponawiam pytanie czy ma nocleg na dziś, aby szukać transportu jutro - twierdzi, że ma nocleg ale jednocześnie twierdzi, że potrzebuje noclegu... i znowu że ma bagaż i bez niego nie pojedzie, ale tego bagażu tu nie ma...
Potem pyta czy ktoś będzie zbierał trasę jutro... Mówimy, że tak, ale dworzec w Gorlicach będzie chyba lepszą opcją, zwłaszcza jeśli miałby spędzić dziś noc pod gołym niebiem.
Gorlice to miasto, a tam wiecie: hostel, poczekalnia na dworcu, cokolwiek... ale Pan jest na nie.
No dobra, a transport jutro skoro dziś nocuje jednak tutaj... a to nie, bo On chce do Jordanowa. Najlepiej jutro ale w sumie mogło by być jeszcze dziś bo... nie ma noclegu....
Masakra... to co Wam tutaj opisuję to jedno... ale jego zachowanie plus "pusty wzrok"... narkotyki? choroba? Kompletnie nie dało się z Nim dogadać. Miał problem z odpowiedzią na najprościej zadane pytania. Finalnie dajemy Mu kilka wskazówek odnośnie poszukania pomocy... o ile jej potrzebuje. Przynajmniej ma działający telefon ma, więc finalnie odjeżdżamy.
Nie lubię takich sytuacji bo nie mam żadnej pewności czy nie zostawiliśmy człowieka w potrzebie, ale cholera - z drugiej strony - to tez nie był też środek lasu czy pustkowie. Źrodełko było w centrum miejscowości, telefon ma, więc chyba przeżyje... choć i tak nie czuję się z tą sytuacją dobrze. W bazie dowiem się, że w podobny sposób rozmawiał z kilkoma innymi zawodnikami i nikt nie był w stanie się z nim skomunikować. No nic... my też mamy swoje problemy. Jesteśmy dość daleko od bazy, a właśnie zapada zmrok, znów zaczyna padać deszcz i podnoszą się gęste mgły...
Forsując rzeki i cieki wodne :)

Kraina miodem i mlekiem płynąca...
Masakra warunki się robią. Ale właśnie wtedy na kilka ostatnich punktów włącza nam się tryb łowcy.
"Off through the mist I run
Out from the mist I have come
I hunt, therefore I am...
Nose to the wind... all senses clean" (minimalne parafraza TEGO)
Przedzieramy się przez mleko w powietrzu tak geste, że można by je ciąć nożem. Niektórych skrzyżowań nie widać wcale, zwłaszcza tam gdzie jest mamy szeroką leśną droga - bez podjechania do krawędzi traktu, nie widzicie odejścia ścieżki. Lecimy jednak jak w transie:
- w ostrym tempie mimo że naprawdę czuć już zmęczenie (jednak presja czasu to zawsze dobry motywator)
- odmierzamy się niemal idealnie i to na leśnych, "słabych" ścieżkach --- 200m; teraz w lewo powinna być droga; JEST!! Teraz 300m prosto i na skrzyżowaniu "Y-rekowym" prawą odnogą; JEST !! Jestem zaskoczony bo naprawdę lecimy właściwie azymutem, trzymając się najdokładniej zgodnych z nim ścieżek. Widoczność to jest jakiś żart, ale mimo to wchodzimy "w punkty" idealnie! Zwłaszcza dumni jesteśmy z punktu "Gęstwina", bo w takiej mgle uznawaliśmy go za "nie do znalezienia", a w praktyce wymierzyliśmy się na niego perfekcyjnie. Ech, gdyby zawsze i od początku tak dobrze szło, to można by jakieś rajdy jeździć :P
My to chyba musimy mieć jednak hardcore'owe warunki aby zacząć działać na pełnym obrotach - można to też nazwać determinacjo-lenistwem :P
A za 10-15 min to jeszcze niebo zgaśnie...

Kolejny nasz, mimo warunków :)

To twoje przedstawienie, Mała
ech, czuję się jak w pracy, gdy wrzucają mnie jako "eksperta" od trudnych sytuacji. Powtarzalnie i do bólu ten sam schemat...:
- czym dysponujemy?
- NICZYM !!!
- co chcemy osiągnąć?
- WSZYSTKO
- na kiedy?
- NA WCZORAJ
- Znam temat, działam...
- TYLKO MUSI BYĆ BEZBŁĘDNIE
- Nie oczekiwałem niczego innego pod kątem waszych oczekiwań :D
DAMAGE CONTROL krok drugi: podział odpowiedzialności za nawigację
Baza jest na arkuszu "B" naszej mapy, ale nadal znajdujemy się na arkuszu "A". Plan jest prosty: Basia składa na mapnik arkusz "z bazą", a ja ten "na którym jesteśmy".
Do końca mapy prowadzę ja, potem Ona już do bazy. To zawsze zaoszczędzona minuta, bo nie będzie potrzeby zatrzymać się na przepak mapy. Niby tylko minuta, ale to może być bardzo ważna minuta.
Lecimy... byle się teraz nie pomylić, bo biorę na siebie nawigację. Basia jedzie po prostu za mną... powtarzam sobie: nie sugeruj się szlakiem (nie mamy na mapie szlaków, więc nie wiemy gdzie idą), wybieraj dobrze gdzie skręcasz. Tryb nawigacji totalnej :P
Wypadamy z lasu do jakieś miejscowości - jestem trochę jak w transie. Ciśniemy ile pozostało w nas sił: na tym skrzyżowaniu prosto, teraz w lewo. Nie pomyl się. Jak mawiał pewien astmatyk na Gwiezdnym Niszczycielu "FAILURE WAS NOT AN OPTION, CAPTAIN" :P
Wyjeżdżamy za moją mapę... udało się, ale teraz to ja jestem "ślepy" lokalizacyjnie. Krzyczę do Basi: "Jesteśmy poza moją mapą. To teraz twoje przedstawienie, Mała!"
Basia przejmuje nawigację i musi teraz zaprowadzić nas do bazy. Sporo jeszcze skrzyżowań i zakrętów przed nami, a presja czasu ogromna... weszliśmy już w limit spóźnień i zegar odmierza czas do NKL'a. Niesamowite to jest w pewnym sensie, bo dzień zaczęliśmy od kryzysu współpracy, a teraz lecimy na pełnej kooperacji i zaufaniu: przed chwilą Basia jechał "na ślepo" za mną, a teraz ja robię to samo z Nią. Przypominam mi się klasyczna scena z "TOP GUN"
"- Możesz być moim skrzydłowym
- Nie, to Ty możesz być moim" (TUTAJ)
Wpadamy do bazy w ostatnich minutach limitu spóźnień. Udało się! Udało się uniknąć NKL. Odejmą nam 3 punkty za spóźnienie, więc cel udało się zrealizować połowicznie.
Pierwszym założeniem (ważniejszym) był brak NKL - udało się.
Drugim założeniem były 2 punkty odjęte od wyniku - to się nie udało, weszliśmy w karę "minus 3 punkty". Brakło nam około 2 minut aby pozostać w "2 punktach" kary...
Cóż, nie da się mieć wszystkiego.
Co mogę powiedzieć w ostatecznym podsumowaniu:
- sam rajd bardzo nam się podobał, świetne punkty kontrolne (Bartne, wieża, mostek, itp) acz pogoda raczej dla koneserów...
- wynik? FATALNY... jeden z naszych najsłabszych startów ever. No chyba że pytacie o przejechanie trasy jako takiej, no to wyszło nam 2500 przewyższeń i ponad 100 km, czyli dokładnie tyle ile pokazywał wariant Organizatora. Tyle tylko, że zebraliśmy połowę punktów kontrolnych i jeszcze 3 straciliśmy w postaci kary za spóźnienie. Nasz wariant był zatem hmmmm autorski, nazwijmy to po prostu w taki sposób: autorski :D
Nałożyło się na to wiele czynników, ale kryzys ducha zespołu i duże błędy nawigacyjne (nie ten szczyt, za wcześniej ze szlaku, przestrzelenie cmentarza, itp) to były chyba główne powody.
Natomiast rekonstrukcja zespołu z totalnych zgliszczy - no to tu psycholog rodzinny byłby z nas dumny. Ja też w sumie jestem. Od totalnego kryzysu do pełnego zaufania w końcówce.
Taki kryzys to dla nas rzadkość.. ale wychodzi, że nadal jesteśmy tylko ludźmi...chyba... z resztą: nieważne, że upadasz, ważne że wstajesz.
"Klęski nawet w późnym wieku, nauczą Cię rozumu człowieku" - czyli klasyka Antygony.
Lub bardziej nowocześnie jeśli wolicie: "I get knocked down but I get up again, you're never gonna keep me down..." :P
Dziś chce nam się już z tego już śmiać, a w poniedziałek gratulowaliśmy sobie mistrzowskiego położenia Kiwona. Szampan i ciastka. Zrobić to tak spektakularnie, to trzeba było mieć "talent" ---> ta scena (W PL tłumaczeniu było "talent" bo oryginalne angielskie słowa ciężko przetłumaczyć zachowując klimat sceny). Tak więc do następnego udanego lub nieudanego rajdu, natomiast jakby ktoś chciał nam powinszować wyniku, to gratulację przyjmujemy tylko w czwartki po 17:00 :P
Gęstwina odnaleziona :D

Warun koneserski :D

Krzyżyk na drogę :D

Kategoria Rajd, SFA






