aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

SFA

Dystans całkowity:29223.00 km (w terenie 23.00 km; 0.08%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Liczba aktywności:413
Średnio na aktywność:70.76 km
Więcej statystyk

Podsumowanie 2025

  • DST 1.00km
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 31 grudnia 2025 | dodano: 14.01.2026

Kolejny rok za nami, a jeśli dobrze pamiętacie poprzednie wpisy podsumowujące minione lata, to każdy rok jest dla nas rokiem czegoś... Tak jak 2024 był rokiem odejść i powrotów, tak rok 2025 stanie się rokiem przedsięwzięć. Ogromnych, czasem karkołomnych i szalonych, a czasem tych realizowanych konsekwentnie według obranej strategii. Będzie tego bardzo dużo, więc zapraszam Was - jak zawsze w przypadku takich podsumowań - na wpis wykraczający poza rajdy i wyprawy. Będzie zatem także o pracy, o problemach... ogólnie o życiu, które tak bardzo lubi sprzedawać bitch-slap'y na ryj i robi to zawsze w najmniej oczekiwanych momentach. Tym razem przeszło jednak samo siebie, bo hmmmm... kiedy siada Wam na poślad - tak z przyczajki - kabel od prodiża, a Wy zrywacie się z bólu i zaskoczeniu na równe nogi, odwracacie się krzycząc "EJ..." i właśnie właśnie zaliczacie plaskacza, bitch-slap'a na ryj, to jest to już jednak lekka przesada. Wtedy trzeba zacząć wdrażać działania odwetowe bo - ach, jakże ja kocham tą zasadę - "lepiej spalić jedno miasto niż złorzeczyć ciemnościom". A skoro to rok przedsięwzięć, to bierzemy na cel tylko największe aglomeracje i megapolis'y... no ale od początku. Klasycznie wpisuję  1 km i możemy wspólnie przejść się po minionym roku raz jeszcze...

...takim trochę niepewnym mostem nad przepaścią.


STYCZEŃ
Mówią, że jaki Sylwester taki cały rok, a Sylwester to było coś - wschód i zachód Słońca w Pieninach. Niesamowity spektakl acz oczywiście rzeczywistość będzie nas mocno podszczypywać w poślad... BYŁO -12 na "zegarku" i wiało jak cholera. Cała magia social mediów: widzicie piękne zdjęcie z zachodzącym słońcem, z widokiem na Tatry, pojawiają się ochy i achy gdy oglądacie to z zapartym stolcem... ale jest też coś czego nie widać. I nie słychać. To ten dialog w tle:
- "Zrobiłeś już to zdjęcie... bo nie wystoję tu dłużej, telepie mnie, zamarzam!"
-  "Nie zrobiłem... nie mam czucia w palcach, nie nacisnę...". (no właśnie czego, spusty migawki, przycisku, kawałka software'u?)
No i sprawdzi się nam to powiedzenie - ten rok przyniesie nam niesamowite wyprawy, ale nie będzie on nas podszczypywał w poślady, on wyżre mięso do kości...
Drugiego stycznia, jak tylko "otworzą sklepy", udamy się w poszukiwania pieczywa bo braknie nam Chleba i tych w poszukiwaniach zawędrujemy aż na Velky Krywań
Ogólnie to do "Trzech Króli", to dzień w dzień będziemy na jakieś wycieczce:
- jak nie na Lachów Groń i Jałowiec (moja binarna góra - 1111m)
- to Rysianka i Krawców Wierch (kocham bacówkę na tym szczycie). Wyprawa w towarzystwie Kuby de Szermierza :D
- albo Czupel na Hrobaczej Łące
- lub Radegost i Certuv Młyn w Czechach

W styczniu uda się nam także wyciągnąć moją kuzynkę z jej mężem na "małą" (31km) wycieczkę w Beskid Żywiecki i tak przejdziemy sobie  "Worek Wielkiej Raczy", wracając przez Bendoszkę. Jako, że cały dzień będzie napierać śniegiem, to trzeba będzie nieźle torować szlaki, zwłaszcza te mniej uczęszczane odcinki granicą między Raczą w Wielką Rycerzową.  Tydzień później odwiedzimy nie-lawinowe Tatry i zobaczymy co słychać na Przełęczy pod Kopą oraz z schroniskach przy Zielonym Plesie oraz w Chacie Plesnevec.  
Pod koniec dnia, wracając już "na latarkach", gdzieś w śnieżnym lesie, "dostaniemy" telefon, który będzie mrocznym widmem tego co stanie się pod koniec roku. Na tym etapie nie wiemy jeszcze jednak, że to dopiero zwiastun listopadowej katastrofy... na razie mamy styczeń, do listopada daleko. Pamiętam jednak to połączenie jakby odbyło się wczoraj. Na social mediach piękne zdjęcia z Tatr, ale życie nie zawsze wygląda jak na obrazkach... mega nerwowy powrót do Krakowa i próba zarządzenia sytuacją zdalnie. 
Jako, że sytuację uda się opanować, to jeszcze w ten sam weekend uderzamy w zimowe Dolinki Podkrakowskie. Co więcej uda się nam na tą wyprawę wyciągnąć szermierczą ekipę: Piotrka i Kubę.    
Styczeń to dla nas także stan zawieszenia czy uda się zrobić nasz rajd CZARNA OWCA ORIENTEERINGU czy też nie. Rozmowy o tym rajdzie z gminą Lipnica Wielka zaczęliśmy już we wrześniu 2024 roku, ale potem wszystko utknęło w martwym punkcie. I był to mega deadlock. Okazało się że w okresie okołoświątecznym władze gminy gościły u Polonii Amerykańskiej, ale nam to kompletnie nie pomogło, bo nie mieliśmy potwierdzenia dostępności bazy... ani tego, że rajd może się odbyć. Sprawa utknęła tak bardzo, że realnie rozważaliśmy odwołanie imprezy. W sumie to chyba zbyt hucznie powiedziane... na ten moment całe przygotowanie rajdu to był post na Facebook'u, że takowy się odbędzie (rajd, nie Facebook). Więc nie było w sumie nawet co odwoływać :P
I wtedy, gdy umierała już ostatnia nadzieja, dzwoni do mnie WIEŻA WIDOKOWA Marysina Polana! Serio! Tak zidentyfikował się numer, który wyświetlił mi się na ekranie. A przecież wiecie jak kochamy wieże widokowe, więc nie mogłem nie odebrać. Przyznacie chyba sami, że nie do każdego z Was, dzwoni wieża widokowa. Szacun na dzielni... eee.... tzn. szacun między pagórami, prawda?
Mamy potwierdzenie bazy! Mamy potwierdzenie terminu, mamy dedykowaną osobę z gminy do pomocy we wszelkich załatwieniach! Nie mamy tylko... jeszcze nic gotowe! Ani strony www, ani trasy, ani zaplecza, no więc zaczyna się jazda bez trzymanki. Jest koniec stycznia, a rajd będzie w marcu. I tyle by było z zajęcia się tematem we wrześniu... k***a, a przecież próbowaliśmy, naprawdę próbowaliśmy. Antyczne FATUM jest bezlitosne. Jeśli pamiętacie ze szkoły, challenge'owanie go jak korpo-szczura nic nie daje... "Klęski nawet w starym wieku, nauczą Cię rozumu człowieku". Skoro jesteśmy w środowisku znani, że my to zawsze na styk, że wpadamy na metę na sekundy przez NKL'em, to nie może nam się udać organizacja rajdu z wyprzedzeniem. To musi odbyć się na ostatnią chwilę.... taki już nasz los, takie nasze przeznaczenie, na FATUM to takiego huge'a poradzisz. 
Miesiąc i pół... dramatycznie krótki czas... ale ruszamy z przygotowaniami. Stara dobra zasada, mądrzejsza niż mogło by się wydawać "Wiesz jak DELEGUJ, nie wiesz jak ESKALUJ" - Ty tym zarządzasz, spinasz wątki, odpowiadasz za to aby wszystko zagrało, a więc nie możesz wszystkiego robić sam, bo to się rozjedzie w czasie. Musisz to skoordynować na kilku poziomach jednocześnie: strategicznym, taktycznym i operacyjnym. Zwłaszcza działania operacyjne musisz delegować i zająć się taktycznymi bo potem będzie klasyk: wszyscy zrobili swoją robotę dobrze, a produkt nie działa! 
Co więcej, na tym etapie wielu rzeczy jeszcze nie wiem JAK zrobić, więc trzeba je eskalować do osób które wiedzą - aby nas tego nauczyły, aby nam pokazały, aby sięgnąć po ich wiedzę i doświadczenie. Pamiętajcie "uczyć się na swoich błędach to oznaka mądrości... na cudzych, geniuszu!". Nie mamy czasu na własne błędy! Nawet na cudze jest słabo. Tym bardziej działania operacyjne muszą iść równolegle, bo nie zdążymy! Musimy mieć przestrzeń na rozwiązywanie kwestii, których na ten moment nie ogarniamy. Ogólnie zacznie się istny hardcore czasowo-zadaniowy... Złapiemy jeszcze jakieś naleśniki i pomidorówkę w schronisku za Okrąglicą czyli na Hali Krupowej, a kolejny dzień to już - kierunek: ORAWA. Lecimy "Skodą 100 na Orawu !!!" domykać trasę, zaczętą gdzieś we wrześniu 2024.
I wpadną nam na mapę piękne tereny BUDIN (1222m), Javorovy Vrch, Rio de Klin... teren ma potencjał, ale wyścig z czasem rozpoczęty. 
Ale pryska pod tą piekarnią!

Ale piździ pod tą piekarnią!

Wielka Racza mnie przeistacza :D


LUTY
W luty wchodzimy na pełnej... sami wiecie jakiej pełnej. Mamy non-stop wyjazdy w teren, na Orawę aby zbudować trasę.
Uruchamiamy wszystkie możliwe kanały, które mogą udzielić nam wsparcia. Strona WWW rajdu, jego promocja w social mediach, jego promocja lokalnie w Lipnicy, ogarnięcie wpisowego, mapy, trasy, nagrody, catering, zagadki na punkty, zadania na przygodówkę. Blog mi po prostu umrze i niestety, to co zaczęło się w 2024 roku dopadnie nas znowu... czyli coraz większe braki we wpisach. To nie jest rysa na szkle, to katastroficzne kruche pękanie... strasznie nad tym ubolewam, ale dorwie mnie także opisywany przez Stephen'a Kinga w książce "Work kości" tzw. "writer's block"... nawet jak znajdę chwilę czasu, to będą miał niemal chorobliwą awersję do pisania kolejnych postów... kiedyś pisanie bloga bardzo mnie cieszyło, ale coś mnie odrzuca. Czy to przemęczenie, czy to wypalenie, czy to nerwówka z rajdem... nie wiem... ale w styczniu miałem ogromną determinację, aby nie powtórzył się przypadek z 2024 roku. Styczeń stał się najlepiej uzupełnionym miesiącem roku, ale od początku "jazdy z rajdem" blog mi po prostu upadnie na pysk... a ja będę przez cały 2025 rok ratował go randomowymi wpisami. Smutne to... bo chciałbym mieć wszystko aktualne, jako pamiętnik naszych wypraw, no ale nie mogę zmusić się do jego regularnej aktualizacji. Dopadają mnie wszystkie możliwe stany lękowe "to bez sensu, nikt tego nie czyta, piszesz jak upośledzony" (k***a, zawsze tak pisałem i jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało...).
Luty to jazda bez trzymanki - rajd, rajd, rajd. A trzeba to przecież pogodzić z obowiązkami rodzinnymi, domowymi... i z PRACĄ! Zwłaszcza, że jeśli mówimy o pracy, to tu mamy osobne zagadnienie. Pisałem Wam w podsumowaniu 2024, że tamten rok był dla mnie najtrudniejszy w tzw. "karierze"... z braku lepszego słowa, bo mnie bardziej cieszą góry, lasy i szlaki, niż tytuły przed nazwiskiem. Praca to narzędzie a nie cel.. Owszem to kwestia ważna bo spędzacie tam ogromną część swojego życia, dobrze też robić coś co nam sens i jest wartościowe dla świata... ale nie jest to cel sam w sobie. Luty to początek rozmów o tym, aby może coś zmienić w tej kwestii i przejść do branży lotniczej. Rok 2025 zapowiada się jeszcze gorzej niż poprzedni dla automotive, do tego rok 2024 mocno mnie wypalił etycznie... ja rozumiem że w biznesie nie ma sentymentów, ale dla mnie forma i pewien szacunek dla ludzi ma ogromne znaczenie... że, zacytuję klasyk polskiego kina "...ale na kompanii byś zdechł, pierwszego dnia i na gębę nic nie wyjaśnisz, w armii wszystko jest proste... i trzeba być człowiekiem a nie ścierką". Mam zatem dość bitew z ołowianymi żołnierzykami (Ci którzy znają mnie lepiej zawodowo w mig rozszyfrują ten kod - a jak nie, to podpowiem, sprawdźcie sobie w tablicy pana M. jaki symbol ma ołów).
To nie ma większego sensu, gdy całkowicie rozjeżdżają Wam się z kimś systemy wartości. Zawsze uważałem, patrząc na historię, że jak ktoś się z czymś nie godził - moralnie, etycznie, to mógł zawsze podać się do dymisji... no to życie mówi SPRAWDZAM. Podasz się? 
"Tak dalej już nie może być, czym że ja biedna zawiniłam, że mi się nie chce żyć, w kraju o który walczyłam. Naprawdę mam wszystkiego dość, walka o bułkę na śniadanie i wszystkożerna złość..."

Zaczynam się rozglądać za zmianą, zwłaszcza że zostaję polecony jako dobry organizator/planista/koordynator dla wyżej wymienionej branży. Brzmi to trochę jak żart w kontekście robienia rajdu na ostatnią chwilę. Niemniej luty to start procesu wielkiej zmiany - kolejnego wielkiego przedsięwzięcia tego roku: jakieś rozmowy, negocjacje, przesłuchania, formalne przepychanki, itp. Dzisiejszy rynek to nie jest Endomondo...eeee... Eldorado... a inna sprawa, że ja jakoś tak mam, że nie przepadam za zmianami pracy, więc staż 8 lat w jednej robocie jest dla mnie typowy i normalny. Potencjalną zmianę muszę dobrze przemyśleć, co nie ułatwia podejmowania decyzji i wydłuża proces także po mojej stronie.    
Chwilę wytchnienia, kwant ukojenia (czemu te barany nie wybrały tej wersji jako głównego motywu, ktoś wie...?) przynosi rowerowa wycieczka w TRÓJKĄT TRZECH CESARZY oraz rajd SILESIA RACE... no ale właśnie... Silesia. Miała być relacja i relacji nie ma. Tutaj macie przykład - zdjęcia są, nigdy wcześniej nie publikowane. Relacja nawet zaczęta ale przeleżała się w szkicach bloga przez cały rok... mistrz pierwszego akapitu.... drugiego już nie ma, ech. Opublikowałem wczoraj jako niekompletną...  
W lutym na bloga wrzucę już tylko zaproszenie na CZARNĄ OWCĘ ORIENTEERINGU i nic więcej... a każdy weekend byliśmy w zasadzie w terenie: albo szukając miejsc na punkty kontrolne albo ustalając na miejscu w Lipnicy szczegóły cateringu, bazy, itp. 

Gdzie by tu postawić lampion... :D

W tym tunelu zawiśnie lampion - pamiętacie jeszcze jak wyglądało zdjęcie z nocy?

LODOWA WIEŻA - no to się nam trafił punkt kontrolny !!! MEGA

MARZEC
Czas przyspiesza... rajd zbliża wielkimi krokami. Tryb "brak snu" w modelu "nie ma spokoju dla podłych... ani tych, którzy ośmielają się stawić im czoła" (tego Wam nie zalinkuje, bo to z jednego komiksu Spider-man'a było, mega mroczna historia). 
Nie ma spokoju, nie ma i nie będzie, nie będzie jak doktora G. - mapa, trasa, trofea, bloczki na jedzenie, sam catering, promocja rajdu, dogranie zasad użytkowania bazy, dogadanie i pozyskanie sponsoring od Oshee, wszystko na raz... nie ma już odwrotu, przekroczyliśmy Rubicon, musimy ten rajd zrobić! "Failure was not an option, captain" - jak powiedział Lord Vader. 
A co chodzi z tym doktorem G? Ha, to jeszcze akcja z czasów uczelni... był taki prowadzący, który po prostu uwielbiał wszystkich gnoić... znacie to, prawda? Kochamy takich ludzi. 
Gość po prostu do rany przyłóż... facet jak skarb, tylko go zakopać w ogródku. Drugiego takiego to z pochodnią szukać...widłami i grupą rozwścieczonych wieśniaków.
No i chłop nie zdał doktoratu. Peszek, uronił bym łezkę... "gdybym tak bardzo nie pragnął jego głowy, użaliłbym się nad nim" (znowu komiks - tym razem "Batman: Knightfall") 
No i pojawił się kawał, który rozniósł się po całym wydziale, że trzeba zapukać do jego kanciapy, którą dzielił z innym prowadzącym i zapytać:
- Jest doktor G?
- Nie ma
- I nigdy nie będzie :D
Hahaha, SZACH MAT !!!
Musimy czasem się jednak zrestartować, bo inaczej wykopyrtniemy na zawał, przekręcimy się... musimy się oderwać od przygotowań nim popadniemy w otchłań szaleństwa. Tak więc udajemy się zapolować na Czarownice. A chwilę potem znowu w nasze ukochane DOLINKI. Dolinki zawsze ukoją i sponiewierają zszargane nerwy... srogimi przewyższeniami :D
My się czasem musimy po prostu upodlić i sponiewierać... życie od razu odzyskuje kolory. Terapia szokowa jest najlepsza. 
Koniec marca to już istny kosmos, bo rusza rozkładanie trasy, a potem sam rajd. CZARNA OWCA ORIENTEERINGU - W cieniu wielkiej góry!
Jako, że nigdy nie zrobiłem wpisu o przygotowaniach (tak, blog mi umiera...) i to mimo faktu, że bardzo go planowałem. Miałem go do gminy nawet podesłać jako rajd okiem organizatorów... no i co? TAKIEGO HUGE'a...  No więc chociaż teraz, tak oficjalnie, przy podsumowaniu roku -->

PODZIĘKOWANIA DLA:
Basi i Krystiana, który gościli nas na Orawie tyle razy ile było trzeba... a trzeba było wiele. Plus za to, że pomogli nam ogarnąć milion rzeczy w bazie.
Ani i Mateusza, którzy pomogli nam ogarnąć drugi milion spraw, liczyli punkty, wydawali pakiety, wzięli na siebie prawie całą administrację. 
Łukasza za... wszystko, gościu! Dołączyłeś do grupy ludzi, którzy jednak są. ŁUKASZ, TY TO JEDNAK JESTEŚ!
Od zdjęć, po rozkładania i składanie trasy, a także obsługę zawodników w bazie! Łukasz pełen pakiet. 
Tomka - za owieczki! My tylko wymyśliliśmy imiona (Chaszczuś, Krzorek, Kontrolpunktek...), cała reszta to już On. Egzekucja owieczek... eee tzn... wykonanie!  :D
Piotra za pomoc przy mapach. Live your life by the COMPASS not by the clock :D
Trochę mało-dobrego-Wojtka - który dla nas był bardzo dobry! Za namiary na kluczowe kontakty.
Lenona - za pomoc ze składaniem trasy i... taśmą malarską. JEBANĄ taśmą malarską. Ponoć to najsłabsza taśma na rynku, taaaaak... usuńcie ją z podłoża hali sportowej. 4h walki... woda, opalarka, benzyna i inne rozpuszczalniki, drapaczka do szyb... uwierzcie na słowo: NIE KLEJCIE taśmy malarskiej na halach sportowych.  
Oraz dla wszystkich innych, bez których ten rajd by się nie odbył. Wiesz jak - DELEGUJ, nie wiesz jak - ESKALUJ :D 
Dziękujemy, że mogliśmy się zająć ESKALOWANIEM :D
Ogromne podziękowania należą się także wszystkim, którzy pomogli nam po rajdzie zebrać trasę - bez Was to chyba do dziś byśmy te lampiony zbierali! 
Rajd CZARNA OWCA to było jedno z naszych największych przedsięwzięć ever (nie tylko w 2025 roku). Zrobienie całego, "swojego" rajdu - już nie tylko jako budowniczowie trasy innej imprezy, nie jako attache wojskowy innej organizacji, ale jako główni Organizatorzy rajdu pod własną marką. To nowy rozdział w naszym rajdowym życiu. 
A jak wyszła sama impreza? Noooo, to już sami to oceniliście. Przynajmniej Ci którzy byli.  
Owieczki :D

Gdzieś w deszczu w Beskidzie Małym... na próżno Wam szukać wpisu z tej wyprawy. Ile ja mam lat aby moknąć w lesie :P


KWIECIEŃ
Gdy życie chociaż trochę zwalnia swoje obroty i Czarna Owca pomału przechodzi do historii, możemy w końcu odespać... bo naprawdę spaliśmy po 3-4h na dobę przed rajdem, a w sam dzień rajdu (z piątku na sobotę) niecałe dwie. W kwiecień wchodzimy zatem jak zombie, ale przeszczęśliwi że się udało!!! A czy były jakieś potknięcia? No ba! zawsze są, ale pytanie czy je zauważyliście, bo protokół "damage control" odpalany był wtedy natychmiast :P 
Kwiecień zaczyna się LISZKOREM, czyli rajdem będącym obecnie memoriałem naszego rajdowego kolegi Grześka Liszki. Tymczasem Monika zapowiada, że na pewien czas kończy z organizacją zawodów i tegoroczny Liszkor będzie ostatnią jej imprezą. Wielka szkoda... no ale cóż zrobić. Życie. Liszkor to górska wyrypa gdzie zrobimy ponad 100 km i 2200m przewyższenia... tylko po to aby w niedzielę ruszyć już sami w Góry Bystrzyckie. Skoro i tak jesteśmy już na Dolnym Śląsku, to góry wzywają! Jednak tym razem oprócz moich ukochanych tabliczek na szczytach, znajdziemy jeszcze jeden "napis" - ITBS... i stanie się on kolejnym naszym przedsięwzięciem w tym roku. Walka z tym syndromem będzie kosztować mnie wiele bólu... a było już tak pięknie, złożyliśmy się w pełni po operacjach kolan, wróciliśmy do pełnej sprawności. Rok 2024 był bez żadnych kontuzji i przygód zdrowotnych (a więc musiało nam wtedy dojebać z sytuacją w robocie - nazywam to zasadą zachowania bólu i kłopotu... jak coś uda się poskładać, to coś innego musi się wyjebać. Klasyczna zasada zachowania... brzydkiego zachowania). Końcówka wycieczki była naprawdę dramatyczna bo myślałem, że nie dojadę już do auta... i tak oto stałem się miłośnikiem nowego skrótu, jego wiernym fanem. ITBS - I Tak Będzie Spier***one... Czy udało mi się to zwalczyć, przekonamy się w lecie 2026... bo na późną jesień syndrom odpuści, no ale przyjdzie zima, więc nie będzie to już środek sezonu rowerowego. Zobaczymy zatem ulop 2026... bo tegoroczne wakacje (czerwiec 2025), to mnie te cztery literki będą mocno prześladowały. Niby pierdoła... a niesamowicie uprzykrzy mi to życie rajdowo-wyprawowe.
W kwietniu nie uda mi się zrobić już żadnego wpisu na blogu, a wiele się działo wyprawo. Trochę wycieczek pieszych, a nie rowerowych aby odciążyć literki (ITBS).  
"Trochę? PRZECIEŻ BYŁO ICH OD GROMA" - Szkodnik.  
Jedną z największych wypraw było ponad 40 km z buta w Beskidzie Śląskim. Z Wisły Trzy Kopce, potem Czantoria, potem Soszów i Stożek Wielki, czyli "spacer" dookoła Wisły po górach. Taka tam przechadzka... leżeliśmy nocą przy aucie na asfalcie dysząc ze zmęczenia.  
Pamiętacie może co pisałem o styczniu w kontekście mrocznego widma katastrofy listopadowej... no więc jeśli w styczniu mieliśmy teaser-trailer, to kwiecień przynosi nam trailer, no bo premiera coraz bliżej. Czekają nas najbardziej przejebane Święta Wielkanoce ever. Smutne i pełne zmartwień, ech... zasada zachowania bólu i kłopotu musi się dopełnić. Jak się zaczynają niektóre rzeczy za dobrze układać, to inne muszą się przewrócić... dosłownie. Niestety dosłownie.  

Zachód słońca pod Stożkiem Wielkim

WĄSKO !!!

Nie musi smakować, byle sponiewierało - jeden z pkt kontrolnych na LISZKORZE

No i sponiewierało... nie widać tego, ale jest kilka kresek poniżej zera. Jesteśmy jednak tak wykończeni, że musimy się trochę przespać w lesie 
(Góry Bystrzyckie po Liszkorze)

"Potem odbyło się rajdowisko, gdzie wielu gości upadło nisko
Były rowery i czek od papy i trasa całkiem od czapy
I chociaż Szkodnik był niewyżyty
to śpiący Misiek spał jak zabity..."
parafraza 
TEGO ale jak zawsze na własną odpowiedzialność :D :D :D 

Nie wierzycie, że było ujemnie? To patrzcie, moja SNOW RIDE :P

...oj niewyżyty 

Stąd do... 


MAJ
Maj to przede wszystkim jedna z trzech naszych wielkich wyryp w tym roku. W 2024 udały się cztery: Szlak PiekielnyWarszawaTatry w wariancie czarnym oraz Przemyśl, ale ten rok nie pozwolił nam aż tak poszaleć. Udadzą się jeno trzy. Głównym powodem będzie to, że sporo weekend'ów wyleci nam z kalendarza bo będziemy przygotowywać dwa rajdy... oj, podsumowuję maj, a już ja się wygadałem. Tak - zrobimy drugi rajd w tym roku. W końcu to rok przedsięwzięć, więc przed-się-bierzemy :P  
Co tu dużo mówić, tak właśnie było: rekonesanse, budowanie trasy, "na niewtajemniczonych to robi wrażenie" (to jest tekst z tego filmu, ale nie znalazłem tej konkretnej sceny na YT ---> pamiętacie? "Z takim zapleczem to każdy by tak umiał, nie, owszem, nie, owszem, nie, owszem" :D :D :D). Będzie to czasochłonne i trochę nas ograniczy wyprawowo. 
Tegoroczne wyrypy zaczynamy od okrążenia Kielc różnymi szlakami poprzez przejechanie właściwie całych Gór Świętokrzyskich. Trzy kolory szlaków: czerwony (główny świętokrzyski), niebieski i żółty... ach żółty! Coś wspaniałego: Wierna Rzeka (zakochany jestem w tej nazwie!), Miedzianka no i Grząby Bolemińskie oraz Grzywy Korzeczkowskie - rozpływam się przy tych nazwach. Pasuje Wam? Powiedzmy to na głos raz jeszcze: Grząby Bolemińskie i Grzywy Korzeczkowskie - CUDOWNE !!! Inna sprawa, że to także naprawdę ładne pagóry! Niesamowita wyprawa: 277 km oraz 5200m przewyższenia. 
Ale się wyrypaliśmy, sponiewieraliśmy i upodliliśmy. 52h non-stop, dwie noce w terenie. Może i jesteśmy pojebani, ale takie wyprawy to coś niesamowitego... mimo, że czasem chce się Wam rzygać ze zmęczenia, czasem jest Wam tak zimno że Was telepie, czasem dowali Wam deszczem, czasami siądzie się na brzegu drogi chcąc się położyć i powiedzieć "dość", ale mimo to, mimo wszystko idzie się dalej... to wszak nasz "Imperatyw"

"Będziemy szli, nieprzerwanie,
w ulewie, skwarze, huraganie,
przez chwiejne mosty, grząskie bagna
chaszcze, pustynie i mokradła... upalne lata, mroźne zimy, będziemy szli, nie zawrócimy!"


Podejście pod ZAMCZYSKO w Górach Świętokrzyskich

Jest i ono - Zamczysko

Główny Świętokrzyski też bywa srogi

Zielono nam na tym niebieskim szlaku :)


ITBS skutecznie mi jednak uprzykrzy tą wyrypę. Najbardziej przed Pasmem Jeleniowskim, gdzie sieknie mnie to najmocniej... już sama wyrypa czasem powoduje kryzys i załamanie... chęć powrotu do domu w trybie natychmiastowym, no ale jak jeszcze ITBS zacznie odwalać swoją dramę, to jprdl... prawie mnie przekręci. Będę siedział gdzieś w polu i rozmasowywał udo... no ale cóż, taka jest cena takich przygód. Nie oszczędzamy się i nie zwalniamy tempa. Za to przychodzi nam zapłacić. Szermierczo zatem powiem: "You will die as you lived, in the flash of the Blade..." i innego końca ja nie chcę. Może nie jutro, może nie za tydzień, ale za jakieś 50 lat... klingą po rękojeść skrwawioną lub po prostu zostać gdzieś w górach już na zawsze (cholera, tylko w których jak wszystkie tak kocham - ciężki wybór).

"Ja Was kocham moje góry
A że miłość nie rdzewieje
To gdy Pan mnie wezwie w chmury
powiem Mu: JA WOLĘ W KNIEJE..."
(całość TUTAJ)

Dokładnie tak, dokładnie tak. 
No i znowu w maju brak wpisów na blogu... miesiąc leci, kolejne wyprawy robimy, a na bloga nie trafia nic. Dopiero końcówka miesiąca znajdzie swój post, ale pamiętacie kiedy wrzuciłem te wpisy? Tak, w grudniu, bo tyle leżały w szkicach. Masakra...  
Łaknąc wyryp i weekendów bez snu porywamy się na kolejne przedsięwzięcie - takie typowo nasze:
- sobota, wyprawa za dnia - tym razem Góry OPAWSKIE
TROPICIEL w nocy
- niedziela, wyprawa za dnia BORY STROBRAWSKIE (Ruiny Labiryntu oraz Wilcza Buda)
...i znowu w poniedziałek w robocie ledwie widzę na oczy. Klasyka. Po raz kolejny na to szaleństwo udaje się namówić Andrzeja, który dołączy do nas na cały weekend :)
Pozostałe weekendy... pozostałe wyprawy, wycieczki, podróże? Nie znajdą już swojego miejsca na blogu... ech.  
Góry Opawskie :) 
Chwiejne mosty :D czyli DOLINIARZE PODKRAKOWSCY :D 

Więcej CHWIEJNYCH MOSTÓW - w lasach pod Alwernią :)

Wieczorne PROMocja :D

Wpadniemy także do Bolesławia na własne oczy zobaczyć to o czym wszyscy mówią - zalaną obwodnicę. POJEZIERZE OLKUSKIE

Takie atrakcje mamy pod Jaworznem :)


CZERWIEC
Początek czerwca przynosi ORIENTAKCJĘ. Dawno nie byliśmy na Akcji typu "O", ale ta edycja to memoriał naszej zmarłej koleżanki rajdowej - Renaty. Ruszamy zatem w środek Polski, poszukać lampionów gdzieś w lasach Ziemii Sieradzkiej... i w deszczu. 
Czerwiec to także rozstrzygnięcie procesu zmiany rozpoczętego w lutym. Dosłownie na dwa dni przed naszym dwutygodniowym urlopem dostaję informację, że właśnie dostałem czarter... podstawiano mi samolot i mogę odlecieć z automotive. To już tylko kwestia mojego wyboru - TAK lub NIE. To bardzo trudna decyzja, bo uwielbiam zespół który prowadzę, mam ogromny sentyment do MySystemTEAM'u, ale także mam już dość ołowianych żołnierzyków oraz piwa EB (hermetyczne ale niektórzy zrozumieją). Jestem po odprawie i stoję w hali odlotów... samolot nie będzie jednak czekał wiecznie... wsiadasz czy nie? Wsiadam.  
Ci którzy nas dobrze znają wiedzą jak kocham pewną symbolikę, a odwali nam się niesamowita akcja pod tym kątem. I tak... wiem... że sam nadam jej taki odbiór, ale chrzanić to. To będzie niesamowite. Nikt jeszcze nie wie, że zmienię pracę. Oprócz Tomka, człowieka który wie wszystko. Zawsze... i cholera wie to NIE ode mnie. Nie wiem jak, ale to wie :)
W dzień, w który podjąłem decyzję, zaraz po pracy jedziemy się przejechać na rowerze, w końcu czerwiec - dzień jest długi. Kompletnie spontaniczny wyjazd, bez planu ale chyba na jakieś podświadomości trafiamy pod wieczór na tzw. górkę lotniczą czyli pkt widokowy na samoloty lądujące na lotnisku Kraków - Balice.
Ustrzelimy sobie ładny okaz i Basia wrzuci to zdjęcie na FB - tak po prostu, bez żadnego podpisu. A Tomek je skomentuje: "...mówię Wam, będą znaki"
ARGHHHH... magiczna chwila. 

Lecimy W DAL, "DAL 5 (Safety Level)" 

    
Czerwiec to nasz, wspomniany powyżej, dwutygodniowy urlop, więc wycieczek będzie od groma... napisałbym że właściwie codziennie, ale nie będzie to właściwie. Będzie to codziennie. Urlop z przejazdami: najpierw okolice Świnoujścia, potem zachodni środek Polski i wschodnio-środkowe Niemcy, a na koniec góry Czech i Polski czyli Izery i przyjaciele. 
Do tego jedna z wypraw to jazda W BUNKRACH, pod ziemią - na jedynej w Polsce podziemnej, "zbunkrowanej" trasie rowerowej w MRU (Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym). 
To jest ze 14 wpisów do zrobienia... nie dam rady. Cholera nie dam rady. Strasznie nad tym ubolewam bo to piękne tereny, piękne miejsca... ale nie dam rady. Nic z tego urlopu nie wpadnie na bloga. Kto śledzi FB Basi ten widział zdjęcia na bieżąco... ale na blogu nic... po prostu nic. A nawet tytuły powymyślałem. 
- Ani MRU MRU (40km) - przerwa w trasie Kraków - Świnoujście
- Wir nehmen PENNE mit MUNDE und DAS BOOT (148 km)
- Las UZNAM za Martwy (Anklem - 120 km)
- A my WOLIN zobaczyć Gazoport (123 km)
- Wielkie Konstrukcje III Rzeszy - PRORA (Rugia - 85 km)
- O czym MRUczą bunkry? (7 km, ale za to pod ziemią, po korytarzach w bunkrach)
- Piramidy na wodzie
- Wieża z Kortenu 
- Nad wodami w kolorze szkarłatu
- Czarny i Biały Boh
- JIZERKA na nas burza (60 km, 1500m przewyższenia)
- HOCHWALD na LUZ'ie (70 km) - powrót w przepiękne Góry Żytawskie
- Saksońsko Szwajcarski młyn
- Nawet w RAJU odnalazły nas TROSKY (Czeski Raj i zamek TROSKY)
ITBS będzie chciał mnie zniszczyć... po prostu zabić.

Wzdłuż wybrzeży Afryki (naprawdę!)

Szkodnik kosmonauta :)

Piramidy na wodzie
"Cause the ship's going down
All on account of the weather
Though we'll drown
There's no need to frown '
Cause we're all going together

And I won't say "Woe is me"
As I disappear into the sea
'Cause I'm in good company
As we're all going together"
(dokładnie tak, "we're all going together" !!! - całość TUTAJ)
Rugia !!!
Penne mit Munde :D
Wieża z Kortenu

O czym MRUczą bunkry?

"Years have passed. How many, I don't know anymore.
Lost adrift at sea, a storm comes. It's getting cold."
"I stand on the moors, searching a sea of blue
And forever more, I'll wait here for you.

I can't forget, I won't forgive this sea
for the endless hurt it gave to me.
I want to stab, I want to kill this sea.
Took you away, took you away from me"
(warto posłuchać, piękny tekst... całość TUTAJ)


Czerwiec to także potwierdzenie kolejnego naszego wielkiego przedsięwzięcia w tym roku - współpraca z GORLICE BIKE.
Od słowa do słowa w 2024 roku obiecaliśmy sobie zrobić jakiś rajd wspólnie w Beskidzie Niskim. Trochę wolno wszystko szło, bo długo rozpatrywane były wnioski grantowe (czasem trzeba było takowy przepisać pod inny program), ale finalnie zapada decyzja - GorliceBike dostają fundusze na zrobienie rajdu na orientację, a w praktyce oznacza to, że robimy drugą Owcę w tym roku - CZARNA OWCA ORIENTEERINGU - Wołoskim szlakiem przez Beskid Niski
Jako, że grant rozpatrzył się także bardzo późno względem daty imprezy... to zamiast niemożliwych dwóch miesięcy na organizację, mamy w zasadzie jeden miesiąc. MASAKRA! 
Pamiętajcie: nie walczcie z FATUM, to nie ma sensu. "Plemiona skazane na 100 lat samotności, nie mają już drugiej szansy na ziemi..." pisał Marquez
"Aramisy skazane na 100 lat bycia na styk... " - napisało nasze życie. 
O tyle, że tym razem to my robimy trasę i mapy. Bazę, catering i inne rzeczy ogarniają GorliceBike. 
O tej kooperacji będą pisać historycy! "Ten dzień zapisze się w pamięci pokoleń" - Lord Vader.
Jako, że na tym blogu nie ma świętości, a humor jest czasem "czarnejszy niż sumienie faszysty, zamiary polskiego pana i polityka angielskiego ministra" łapcie poniżej naszą interpretację tejże kooperacji :D

WSPÓŁPRACE KTÓRE ZMIENIŁY ŚWIAT grzebiąc stary porządek !!! 

No i nie ukrywam, że mam słabość do munduru. Jakoś tak, trochę utożsamiam się z poniższym cytatem:
"...ale bardzo dobrze pamiętam nasze drugie spotkanie, wtedy był Pan wtedy w cywilu... zdecydowanie jest Pan człowiekiem munduru". (time stamp: 5:55)
Taka scena i to w zamku KSIĄŻ !!
Dlatego też ARAMISY musiały być w mundurze :D


LIPIEC
Lipiec to kolejne wyprawy, które nie dostały się na bloga... ech.
Acz do opisu jednej się jakoś zmobilizowałem. Kraniec TATR NIŻNYCH i zaliczona z buta Velka Chochula. Przepiękna wycieczka. Niesamowita i wspaniała widokowo.
Coś pięknego... tym bardziej, że była to wyprawa długo przeze mnie planowana palcem po mapie. 
Lipiec to także non-stop wyprawy w Beskid Niski zbudować trasę CZARNEJ OWCY. Pamiętacie zasadę zachowania bólu i kłopotu? No więc, jak trasa jest gotowa i stwierdzamy: hmmmm wyrobiliśmy się jednak? Wtedy okazuję się, że tracimy bazę rajdu! No żesz... jakieś oficjele przyjeżdżają do Centrum Narciarstwa Biegowego w Krzywej i mówią: "wszyscy...wypier***lać"... a jako, że są to dyplomaci, to powiedzieli to w taki sposób, że nawet poczuliśmy podniecenie na skutek zbliżającej się podróży. 
No a tak serio, to baza nam po prostu wypada 2 tygodnie przed rajdem. KOSMOS... owszem GorliceBike ogarną to w sposób mistrzowski (kaski z głów, Panie i Panowie!), ale my też mamy tutaj dependencje! Względem bazy projektuje się trasę rodzinną, co oznacza że trasa rodzinna nam się właśnie wywaliła... trzeba ją zbudować od zera, a gdzieś w innym miejscu mapy (tam gdzie miała być baza) mamy nagle zagęszczenie punktów kontrolnych. Do tego okolice nowej bazy są piękne (Zdynia), ale Krzywa lepiej pasowała do trasy rodzinnej - więcej lasów, "mniej" drogi głównej, itp... no ekwilibrystyka to była aby postawić trasę rodzinną w trybie awaryjnym. 
Powiem Wam, że uda się na styk... znowu... zdążymy ze wszystkim na sekundy przed rajdem. 
CHO-CHO-CHOCHULA i to Velka :D

Niezmiennie :D

Przepiękna trasa



SIERPIEŃ
W sierpniu odpala się Owca na Wypasie czyli CZARNA OWCA ORIENTEERINGU leci Wołoskim Śladem przez Beskid Niski. Kolejne przedsięwzięcie tego roku - nasz drugi rajd.
Niesamowity zwrot akcji, w życiu nie pomyśleliśmy że zrobimy dwa rajdy w jednym roku, a tutaj taka akcja i to jeszcze nasz ukochany Beskid Niski, sercu bliski. Coś niesamowitego i początek chyba dłuższej współpracy. Sojusz, syndykat, przymierze, diarchia, KONDOMINIUM !!! 
Czy to oznacza nowe Czarne Owieczki. No chyba tak! :D 
Sierpień to także nasze dwie wielkie wyrypy.
Pierwsza to powrót z Zakopanego szlakami, przez góry... mega, naprawdę mega wyrypa. Coś niesamowitego, a wkrw i nocne załamanie na Groniu to będziemy pamiętać latami... tak jak i wschód słońca na Koskowej Górze. 
Druga to jeszcze większy hardcore: powrót z Łodzi (496 km) objeżdżając Częstochowę od Zachodu. 66h w trasie... dwie noce pod gołym niebem, Lasy nad Górną Liswartą, długodystansowy szlak Jury Wieluńskiej, Góra Mocy - Kamieńsk, lasy Miasteczka Śląskiego i powrót przez Dolinki Podkrakowskie. 
A mówiąc o Dolinkach - końcówka sierpnia to także długo wyczekiwana wycieczka rowerowa z MySystemTeam. Ruszyło ich (i dobrze! w końcu), że jestem tylko do końca września z nimi. Udało się ich w końcu namówić na rower. Jako, że nie znają dobrze Dolinek Podkrakowskich to pokazujemy Im czym są nasze Dolinki. "Imperator pokaże Ci prawdziwą naturę mocy" - powiedział kiedyś Vader do Luke', a my mówimy "Aramisy pokażą Wam prawdziwą naturę Dolinek". Przewyższenia level srogi! ale najważniejsze że się podobało :)

Wschód słońca na Koskowej Górze - powrót z Zakopanego na rowerze 

Szlak, który zaginał... zniknął.

Coś ostatnio ciągle natrafiamy na samoloty - przypadek? NIE SĄDZĘ :D - powrót z Łodzi na rowerze.

VENTILATOR !!! Benzin-motor, aligator, monitor, wibrator !!!
Chwiejne mostki znowu :D

Chwila snu gdzieś w terenie

Znowu jako Lucyfer - niosący światło :)

Ogień pustyni i spalona ziemia

Pojebani :D
Zdrowo pojebani :D
WRZESIEŃ
Z centrali przychodzi zlecenie - dorwać ZŁOTOROGA !!! Nasze kolejne przedsięwzięcie tego roku - SŁOWENIA. Alpy Julijskie, Kras, wybrzeże Adriatyku. Przymierzaliśmy się do tej misji jakieś 3 lata i non-stop coś się wywalało... aż w końcu dostajemy zielone światło i ruszamy na tajną misję w kraju byłeś Jugosławii.
- Śladami Złotoroga i Jamnika
- OD-skocznia na wodospad (czyli latamy jak przystało latać w Planicy!)
- Ruski ślad prowadzi do źródeł Soczy...
- Białe ściany Mangartu ("Maginificent, aren't they?")
- Forsując masyw Kolovratu
- Śladami wojny - Drogą Pokoju
- PIRAN(ia) Adriatyku - nie dzień pisania podsumowania roku 2025, nadal brakuje ostatniego rozdziału sagi o Złotorogu... ech blog mi umiera...
Dobre tape'owanie nogi pozwoli nam uniknąć klątwy ITBS'a... i objadę Słowenię w klasycznym bolu zakwasów i zmęczenia, ale bez dodatkowych atrakcji "pasma"...
Pamiętajcie dobrze przyklejony duct-tape zamienia każde: "nie, nie, nie" w "mhmych, mychym, mhhmy..." :P
Zrobi się z tego obóz kondycyjny, naprawdę obóz kondycyjny bo ekipa z jaką pojedziemy będzie na elektrykach. Nie utrzymamy ich tempa, Oni w 1,5h wyjadą z 800 na 2200m! To jest chore, ale dzięki temu będzie w zasadzie sami... będziemy zatem robić dużo dłuższe trasy niż Oni. Wodospady, Doliny, Schroniska. Nie zmienia to faktu, że będzie to obóz kondycyjny...  
Wrzesień to także ostatnia wycieczka z moim jeszcze obecnym MySystemTEAM'em - taka trochę pożegnalna, bo od października będę w nowej robocie. Padło na TATRY aby pożegnać się z rozmachem z jakim minąło te ostatnie 8 lat - przed nami Salatyn i Pachoł. Choćby niektórzy mieli umrzeć po drodze, to jest to poświęcenie na które jestem gotów.. Finalnie Banikova, niechętnie, ale Im już odpuściliśmy, bo robiła się u niektórych panika w garnizonie i bunt... a ja zawsze powtarzam, to nie zmrok zabija, to istoty w nim się kryjące.... tzn.... eeee.... to wasz brak przygotowania do niego.
We wrześniu uda nam się obczaić także w końcu nowo otwarte VELO SOŁA, ale w wariancie czarnym czyli z Rysianką przy okazji. Co się będziemy ogranicza!
We rode till we BLED :D :D :D

NIESAMOWITE MIEJSCE

NIESAMOWITE WIDOKI !!!

W kryjówce Złotoroga!

Do źródeł Soczy

Było ostro

Scena jak z Indiana Jones :D

Szkodnik po kamyczkach

Master and commander :D

Białe ściany Mangartu

Italia :)


PAŻDZIERNIK
Kiwon i powtórka z zeszłego roku: deszcz, spóźnienie na metę i kara czasowa. Mówią, że pierwszy raz to błąd, drugi to wybór... być może, ale jest jeszcze trzecia opcja: upośledzenie i głupota. Nie tłumaczcie złą intencją tego co da się wytłumaczyć głupotą. To, że Basia ląduje na podium, to jest jakiś kosmos -  więcej szczęścia niż rozumu.
Październik to także JASZCZUR I SOWA w górach Sowich... niesamowity, tajemniczy i niepokojący Jaszczur. Jeden z tych, które na długo zostają w pamięci... "Gdy spoglądasz w otchłań, otchłań spogląda w twoją duszę" - wiadomo kto... przecież cała niemiecka filozofia opiera się na Kancie i Niczym.
Po Jaszczurze noc spędzamy na Przełęczy Woliborskiej. W nocy jest ujemnie i będzie nas trochę telepać... ale niedziela jest już piękna i ruszamy na Dzikowiec i Szpiczak, czyli w moje ukochane GÓRY KAMIENNE. 
Tutaj kończą się wpisy... nie uda mi się zrobić już żadnego więcej do końca roku.Blog mi umiera. Wiem, wiem, piszę to już n-ty raz... ale naprawdę to smutne... nie mam motywacji go utrzymywać, nie mogę zmobilizować się do pisania, mimo że chciałbym go mieć jako pamiętnik... Chyba trochę się wypaliłem. Liczę jeszcze na jakieś "jak feniks z popiołów", ale czy będzie mi to dane, czas pokaże. 

Kiwon oficjalnie

"My heart is like open highway" - ale koniecznie przez las, koniecznie przez las

I znowu Główny Świętokrzyski - tym razem w barawch jesieni


Październik to także początek mojej nowej lotniczej przygody. 
Mega wielkie wyzwanie dla mnie: inna branża, nowe dwa zespoły, budowanie wszystkiego - może nie od zera - ale od początku. To dla mnie chyba największe przedsięwzięcie tego roku. No i symbolika, symbolika, symbolika. Niesamowita klamra kompozycyjna, będąca zupełnym przypadkiem, ale w mojej głowie wspaniałym znakiem a nie czystą koincydencją. Pewne pewne deja vu wjeżdża na pełnej... pamiętam jak zacząłem poprzednią robotę, także w październiku (2017).
Dopiero poznawałem ludzi, pierwsze rozmowy na jakieś kawie takie o wszystkim i o niczym... a tu przytrafił się nam JASZCZUR - ŚCIEŻKA MUFLONA, gdzie omal nie zamarzliśmy na Śnieżniku, dzień i noc w warunkach dla konesera bo najpierw deszcz, potem śnieg, zjazd na tyłku jakaś "płynącą" strumieniem górską ścianą, mgła... ogólnie hardcore'owa noc w lesie. No a wszyscy rozmawiają o weekendzie: ten programował jakaś płytkę, inny pisał jakaś własną aplikację, trzeci coś tam konfigurował... pytają: "A Ty?". A ja widzę przed oczami co odwalaliśmy... i mówię: "Nic szczególnego, na spacerze z Żoną byłem". Przecież Im nie powiem, że 16h w błocie i deszczu, za wcześniej trochę na to chyba...
No i rok 2025... wróciłem właśnie z JASZCZUR I SOWA. Znowu noc w lesie, a było już ujemnie - przynajmniej nie padało. Niemniej wejście w podziemia Ludwikowic Kłodzkich, jakimś kanałem odpływowym, chodzenie nocą po wąwozach, skałach i ruinach... mówię "Nic szczególnego, na spacerze z Żoną byłem"
Nie da się cofnąć pierwszego wrażenia, więc może nie będę opowiadał cośmy odwalali. 
Jeszcze dedykacja dla ołowianych żołnierzyków - 8 lat na dobre i złe ... 8 lat budowy, a potrafiliście to wszystko zaorać w rok. Każde słowo tej piosenki, po prostu każde słowo tej piosenki ---> DLA WAS Z DEDYKACJĄ.
Tak więc, pożegnanie level Denethor : "Go now and die in what way seems best to you"

Zrozumieją co robiliśmy przez weekend...? :)

Może lepiej nie ryzykować... 


LISTOPAD...

Rodzinna katastrofa listopadowa spada na nas jak grom z jasnego nieba. Ten miesiąc mógłby nie istnieć, proszę wykasować ten fragment lub nigdy więcej go nie puszczać. Blog wyprawowy to nie jest może miejsce na opis sytuacji rodzinnej, ale nic nie dzieje się w próżni. Życie dookoła wpływa na nasze możliwości odbywania kolejnych wypraw.... a jak śledzicie FB Basi i znacie nas trochę, to sami wiecie, że jak jest długi weekend, a tam ani jednego zdjęcia z gór czy z lasów... to znaczy, że coś się porządnie wywaliło.
Tak jak powiedział Yoda "taka jest kolej rzeczy i działanie mocy". Odpalamy protokół "damage control", ale możemy tylko łagodzić skutki sytuacji, nie możemy jej zapobiec. Nie mamy takiej mocy sprawczej - nikt nie ma. Mimo że ograniczamy skutki na tyle ile to realnie możliwe, to wiele rzeczy stanie pod znakiem zapytania i to na czas bliżej nieokreślony. To nie jest sprint, to maraton. Nie wiemy zatem czy uda nam się zrobić rajd w 2026 roku...  :(
Wyrywamy każdą wolną chwilę aby gdzieś pojechać, acz kosztuje nas to czasem niesamowite kombinacje czasowe. Wschód słońca w Pieninach aby o 17:00 być już z powrotem w Krakowie. Przecież normalnie o 22:00 to bylibyśmy jeszcze gdzieś w lesie. Wyrywamy każdy możliwy moment.
Zbiega się to także z moim drugim miesiącem w nowej robocie. Powinien być dyspozycyjny, wdrażać się, a najbardziej przydałoby mi się ...wziąć miesięczny urlop aby wszystko jakoś poukładać. I w takim modelu dobijemy sobie do końca roku... z trudem ale dobijemy.... i wtedy przyjdzie Święto 3 Króli 2026. Kontrolowana katastrofa stanie się katastrofą niekontrolowaną ("Abandon selecting targets. Shoot everything. All targets are now free... We've lost control... No exceptions. Repeat: no exceptions").
Ale to już inna historia, która dopiero się pisze.... która być może nigdy na bloga nie trafi, jeśli ten ostatecznie umrze. Na dzień dzisiejszy - nie wiem.. .  
Zachód słońca w Gorcach...

Noc w górach - widok z wieży na Gorcu

Wschód słońca w górach

Urodzinowe góry :)

W drodze na Babią przez Małą Babią w listopadzie - warun gorszy niż niejedną zimą

Mega ciężki warun... jak cały listopad

Po tym zdjęciu czuć że wieje, chyba sami przyznacie

Torowanie granicy od Mędralowej do Babiej Góry - tzw. kopanie się... z górą


Postanawiamy jednak, że cokolwiek by się nie działo, to chcemy zrobić CZARNĄ OWCĘ 2026. Nieważne ile będzie nas to kosztować, nieważne jak ciężko będzie. Czy deklaracja ta wytrzyma konfrontację z rzeczywistością? Nie wiemy... ale taki jest plan. Wiemy bowiem, że jeśli nie zrobimy jej teraz... to raczej już do tego nie wrócimy. Znamy ten mechanizm aż za dobrze... 
Zapytacie pewnie "gdzie jest grudzień?"... grudnia to w zasadzie nie pamiętamy, mimo że udało się w tym okresie złapać kilka prześlicznych wschodów słońca i inwersji. Zniknął wśród obowiązków rodzinnych i tak jak to napisała Basia - łapaniem każdej chwilę:
"Zatroskany w nurcie różnych ważnych spraw
wynajduję w kalendarzu parę wolnych dat
i zataczam myślą - drogi mojej kres - co mnie wiedzie w ukochane góry
tam gdzie był i jest:
TEN MÓJ DRUGI, RODZINNY, WŁASNY DOM
zbudowałem go przed laty wyobraźnią swą
powędruje beskidzim pasem gór
by odnaleźć swoją młodość zostawioną tu..."
(całość TUTAJ)

Grudzień na jednym obrazku


"Die Sonne scheint mir aus den Handen, kann verbrennen, kann euch blenden..." - niesamowicie ten tekst tu pasuje !!!Szkodnik casts FIREBALLS :D

Gdzieś między Radziejową i Przehybą

A na koniec jeszcze kilka zdjęć z wycieczek, które (w większości) na bloga nie trafiły. Zabrakło czasu, zabrakło chęci... wpisów zatem nie ma. 

W poszukiwaniu tetrapoda:

"Buckle up and hit the gas
KICK UP DUST AND KICK SOME ASS..."
(całość TUTAJ)

Wozimy się Wielkim Wozem po górach !!!

Szkodnik PLACZLIWY :)

"Nothing's ever as we expect
They keep asking me where I go next
All we're chasing is the sunset..."
(całość TUTAJ)
"...if there is moment when it is perfect, we'll carve our names as the sun goes down" (jak my kochamy zachody słońca)

Niezmiennie, niezmiennie - UPHILL BATTLE 



Kategoria SFA, Wycieczka

LESISTA droga na DZIKOWIEC i SZPICZAK

  • DST 55.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 19 października 2025 | dodano: 08.11.2025

Po Jaszczurze (i Sowie, pu-hu, pu-hu, pu-hu !!!) i krótkim noclegu w aucie ruszamy w Góry Kamienne. Góry, które mają szczególne miejsce wśród panteonie moich ukochanych pagórów. Albowiem... "Znam, góry z kamienia, które będą wiecznie trwać" (parafraza TEGO).
W planie mamy Dzikowiec, Lesista Wielka oraz Szpiczak i trawers Waligóry aż do kultowej Andrzejówki.     
Dzikowiec bo jest tam nowa wieża - góra zatem zresetowana i trzeba ją ponownie zaliczyć.
Lesista Wielka, bo będzie po drodze, a Szpiczak... bo to Szpiczak! Wieża i podejście z cyklu "każdy umiera w samotności" - adekwatnie do nazwy SZPICZAK !!!
A na Dzikowiec pójdziemy niebieskim szlakiem... i to będzie chyba błąd. Błąd, który kocham popełniać wciąż i wciąż... ten, którego nie da się żałować. Popatrzcie sami!

Zaczynamy podejście na Dzikowiec

"Look at her. That's my Wife, godammit !!!" (parafraz TEGO

Jest srogo!!

SROGIEJ :D

SROGOWATO :D

Szkodnik klnie pod nosem, przyrzeka mi śmierć w piekle żywcem obdartych ze skóry... ale CIŚNIE, nadal CIŚNIE !!!

Na razie wolę nie pytać czy szlak się podoba... nie ryzykujmy... 

Przed nami wieża... tak tą drogą można było tu wyjechać... owszem stromo, ale jednak droga. No ale niebieski... :)

Gość na nielegalu (zakaz wjazdu na rowerze), ale wygląda to extra

Widoczki zacne

Bajkowo

ZNAM GÓRY Z KAMIENIA - porównajcie zdjęcia z linka :D :D :D

Pięknie !!!

Dzida z Dzikowca :D

I znowu pod górę...

Pieniny? Kamienne Pieniny!? WYPASSS OSOM !!!

Szosa na LESISTĄ WIELKĄ

Autostrada na Lesistą!

Jest i ta że :D

Niegdyś opuszczone Sokołowsko

Jeździć, obserwować! CUDOWNE !!!

Szpiczak - jak ktoś chce zobaczyć jak wygląda podejście to TUTAJ

Panoramka

Szpiczakowa huśtawka

Jak ja kocham te szczyt

Kultowe miejsce... niedziela, październik późny wieczór. Kameralnie a naleśniki mega zacne :D

Wracamy do auta bo jeszcze dziś (znaczy w nocy z niedzieli na poniedziałek) trzeba do Krakowa wrócić

Żegnamy Góry Kamienne. Takie weekendy uwielbiamy - no sleep as there is no rest for the wicked :D


Kategoria SFA, Wycieczka

JASZCZUR... i sowa

  • DST 62.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 18 października 2025 | dodano: 08.11.2025

Jaszczurek Sowiogórek... czyli Jaszczur w Górach Sowich. Ta wiadomość nas zelektryzowała, naprawdę dawno nie byliśmy w Górach Sowich. Jakoś tak ostatnie lata to Karkonosze, Izery, Rudawy czy nawet Kaczawy jeśli chodzi o Dolny Śląsk... ale nie Sowie. Nawet gdy ostatnio byliśmy w Górach Kamiennych (jak ja je kocham... 3 Kamienne Korony to jest bajka!) to także o Sowie wtedy nie zahaczyliśmy.
Tym bardziej zatem mocno nastawiamy się na dzień (i noc...) pełną wrażeń. Specyficznych wrażeń, BDSM wjedzie na pełnej - to Jaszczur... to gryzie, drapie, kopie i pluje... kwasem... stężonym. Lubi także nieraz wytarzać w błocie i przeczołgać pod wiatrołomami, a wszystko to z klamrami zaciśniętymi na sutach i z jajami w imadle. Tak tu jest, nie kłamię. 
Czekamy na rajd i zaklinamy pogodę: "aby tylko było ładnie, aby tylko było ładnie" - wiecie jak jest, cytując klasyka "żal umierać w taki deszcz".
Ciężko powiedzieć czy uda się nam tym razem z chwilowym stanem klimatu na danym obszarze (czyli pogodą) bo Jaszczury na Dolnym Śląsku, zwłaszcza te październikowe to potrafią dowalić do pieca, sponiewierać i upodlić. Wracając myślą do poprzednich edycji to mogę powiedzieć, że gdy po Ciemnej Stronie Gór było jeszcze w miarę do życia, chociaż wieczorem mgła była tak gęsta, że widoczność spadła do około dwóch metrów... total whiteout i szukaj kartek na drzewach... białych kartek... no to Ścieżka Muflona to był istny hardcore - do dziś wspominamy to jako jeden z najtrudniejszych rajdów ever (36 km w 16 godzin). Stacja pogodowa "Śnieżnik" w trybie bojowym napierda... jak dzika kuna w agreście.  
Zastanawiamy się zatem czym - tym razem - przywita nas Dolny Śląsk. A potrafi przywitać, oj potrafi przywitać - nie tylko w październiku... dobrze pamiętam także TO ("Take your best shoot", acz to akurat była Rudawska Wyrypa).

No dobrze, ale dość już tych wstępów do wstępu, pierwszego rozdziału, pierwszego tomu... przejdźmy do konkretów. Tym razem planujemy spędzić cały weekend w siodle. Limit czasu na Jaszczurze zawsze zahacza mocno o noc, więc zwykle wracamy do bazy o pierwszej, czy drugiej w nocy... zdarzyło się też po 3:00, a czasem już prawie świtało, więc na bogato. Niedziela ma być piękna, więc nastawiamy się na:
- jazdę do późna w sobotę tzn. w nocy z soboty na niedzielę, krótki nocleg w aucie i...
- uderzenie albo w drugą część Gór Sowich albo w Góry Kamienne
Nasze ukochane... tzn. moje, bo Basia nie zawsze jest ich fanem, Góry Kamienne... pionowe ściany oraz przepaście!
Budzik dzwoni o 4:00 rano, a kilka minut po 5:00 wyruszamy w drogę. Malo znowu organizuje NnN czyli Niemaraton na Nieorientację... spodobało Mu się to z czasów pandemii, gdzie rajdy były organizowane lekko po partyzancku. Znowu zatem nie będzie cywilizowanej bazy w cywilizowanym miejscu. Dostaliśmy tylko instrukcję (niejawną - a jakże by inaczej...) jak dotrzeć do miejsca, które będzie pełniło rolę takowej. To nie jest jednak dokładna instrukcja. Znamy wysokość and poziomem morza tego miejsca, znamy profil wysokościowy całej trasy... no i wiemy, że Góry Sowie, a teraz radźcie sobie. Obstawiamy, że za bazę robić będą okolice Przełęczy Woliborskiej.
Mógłby ktoś zapytać: no a co jeśli się mylisz i pojedziesz nie tam gdzie trzeba. Hmmmm, no cóż, Malo zapłacze nad twoim losem... lub nie. W sumie nie liczyłbym na to. Po prostu będzie w dupie. Tylko tyle i aż tyle :D 
Wracając... gdy wjeżdżamy do Bielawy, zgodnie z instrukcją, robimy sobie zdjęcie potwierdzające, że przybyliśmy w okolice Gór Sowich, a potem czekamy na dalszą część instrukcji. Sygnał SMS'a i jest! Mini mapa - HA! Tak, Przełęcz Woliborską oraz zaznaczony sposób dojścia z niej na jedną z gór, bez szlaku. Średniak. Baza to zatem taki Średniak, bez spa... no chyba że błotne, bez śniadania, chyba że coś upolujecie sobie...
Przynajmniej nie pada i ponoć ma tak już dzisiaj zostać. Trzeba doceniać te małe uśmiechy losu... mogło napierda**ć deszczem jak drony w ruskie rafinerie.
(nota bene, chciałbym nominować Budanowa do eco nagrody Nobla za redukcję przetwarzania paliw kopalny w Federacji o jakieś 20% i czekam na rozbiórkę tej samowoli budowlanej na Morzu Azowskim)
Czuć jednak, że przez cały zeszły tydzień przechodziły ulewy... wszędzie jest błoto, błoto, błoto. Można zaśpiewać "Zapachniało powiewem jesieni...", ale powiem Wam, że bardziej adekwatny to będzie utwór z relacji z Kiwona "JESIEŃ NADCHODZI, nieziemska słota, jesień nadchodzi, z nią tony błota!" ... ale z drugiej strony jest przepięknie. Cześć drzew jest w kolorze złota, inne karmazynowe, jeszcze inne w barwach zachodzącego słońca. Jesień w górach to coś pięknego.
Naprawdę pięknego. Nie od dziś wiem, że "jesienią góry, są najszczersze, żurawim kluczem otwierają drzwi, jesienią smutne piszę wiersze, smutne piosenki śpiewam Ci...".
Inna sprawa, że sama nazwy imprezy przynosi mi na myśl skojarzenia z aferą podsłuchową - Jaszczur i Sowa czyli w sumie można powiedzieć, że... SOWA I PRZYJACIELE :D
Interpretacja AI w tym temacie jest doskonała :D

SOWA I PRZYJACIELE :D

W drodze do bazy

Nadal w drodze do bazy :)

Dzisiejsza mapa chociaż niedzisiejsza bo aktualność to jak dobrze pamiętam lata 70-te. 


"Obudziłem się w ogórkach, wszędzie wojska od cholery..." (całość TUTAJ)
Temperatura jest jaszczurowata - podgryza w poślad, łapki i policzki. Jest koło 2-3 stopni, więc jak stoimy w środku lasu, przed czymś co miało być namiotem... a jest raczej pałatką? plandeką? rozpiętą między drzewami, to nam trochę zimno.
Nie chcemy jednak opatulać się w kolejne warstwy z plecaka, bo zaraz będzie pchanie roweru po błocie pod górę i zrobi się ciepło...
Po krótkiej odprawie dostajemy mapy i możemy ruszać. Mapy... tak, mapy to osobny temat. Na Jaszczurze mapy zawsze są trudne, ale dzisiaj - mimo że są podobnej klasy jak na innych edycjach - są dla nas jakoś mniej czytelne. Dłuższą chwilę nam zajmie zatem "wstrzelenie" się w nie i to nawet nie dlatego, nie możemy złapać "fix'a" (urządzenia GPS łapią tzw. "fix" gdy ustalają swoje położenie), ale dlatego, że wszystko nam się na nich zlewa. Ciężko przychodzi nam rozróżnić, czy na mapie linia to jest ścieżka, poziomica, czy granica czegoś... nie wiem jak innym uczestnikom, ale bardzo ciężko było nam "wejść" w nawigację na tym podkładzie. Dobrze, że się finalnie udało, ale to była walka.
W rogu mapy Malo umieścił napis "Only attracted to things which bring you trauma". Grubo... będzie srogo. Od razu wspomnieniem sięgam, że jak był napis tego typu na Białych Dolinach to było srogo.
Aby odnaleźć pierwszy punkt kontrolny musimy znaleźć resztki, pozostałości... jakieś ścieżki leśnej, przecinki. Jak głębiej w lesie, jest ona nawet jakoś tam zarysowana między drzewami, to trafić w nią z leśnej drogi głównej (czytaj: szutrowo-błotnistej stokówki idąc wzdłuż masywu), to jest wyczyn. Skrzyżowanie po prostu nie istnieje, trzeba wejść w krzaki, zejść po stromej skarpie i OOOOOOO!! jest dawna droga. No zapowiada się grubo z nawigacją dzisiaj... przy takiej klasie mapy, przy takiej jej aktualności, dokładając do tego teren górski... może być zabawa.
W drodze na nasz drugi punkt kontrolny czeka nas prawdziwy "nostalgia trip", bo przebijamy się do czerwonego szlaku - tak, Głównego Sudeckiego. Weekend majowy 2013, jedna z naszych pierwszy rowerowych wypraw w Góry Sowie... Ze Srebrnej Góry czerwonym szlakiem na Wielką Sową. I pierwszy ever wpis na blogu... 12 lat temu! Tak, wiem silnik jest przestarzały, blog mi umiera bo coraz mniej wpisów... wiem, wiem. Co gorsza, trochę nie mam serca czegoś z tym zrobić... Ale i tak... 12 lat temu, pierwszy wpis.
Super tu ponownie trafić, zwłaszcza że znane nam (czyli oswojone) wiatrołomy nadal leżą tak jak leżały :D
Chwilę później, nostalgia ustępuje jednak lekkiemu zaskoczeniu bo mija nas grupa z bronią. Niemała grupa z niemałą ilością broni.
Dobrze, że to "nasze" zielone ludziki, a nie... te co można kupić/wynająć w każdym sklepie z zielonymi ludzikami. Wygląda na to, że wpakowaliśmy się w środek jakiś ćwiczeń WOT'u. I to są naprawdę spore manewry bo grup żołnierzy jest kilka i będziemy je mijać na całej długości szlaku w kierunku na Kalenicę. Na lokalnych pagórach, czyli "kalenickich" przedwierzchołkach będziemy także spotykać czekających na te grupy instruktorów... najpewniej z jakiś przejebanym zadaniem, a nie ciepłym słowem i herbatką. Ta instytucja tak działa, wiem coś o tym - pozdrowienia dla dowódcy naszego plutonu z CSSP. Na skrzyżowaniu szlaków, na przełęczy, żołnierze mają punkt zborny i powiem Wam, że to robi wrażenie. Nie wszystkie grupy tutaj jeszcze doszły, bo kilka z nich wyprzedziliśmy na zjeździe, a mimo to stacjonuje tutaj (w miejscu tymczasowej dyslokacji - musiałem, musiałem!) ponad 50 osób w mundurach i Berylami. Robi to wrażenie.
Mijamy wojskowych i kierujemy się w kierunku...

Ruszamy w drogę


Zaczyna się...

No i się zaczęło...

Jest pięknie pod kątem kolorów

Nostalgia trip - czerwony sudecki

"Push, push, push, Just a little, Push, push, push, A little further. Push, push, push
Just a little bit, Push, push, push. A little bit more..."
(starocie, naprawdę starocie)


WIELKIEJ SKAŁY
W sumie, to mogłoby być pięknie... kolory liści niczym bajka. Żółto, czerwono - po prostu magia.
Nic tylko zaśpiewać chyba moją ulubioną piosenkę o jesieni w górach.

"Przyszła do mnie od Podola,
zamieszkała w zżółkłym lesie
przegoniła wiatr po polach
spadła deszczem na mnie jesień..."


i ten refren

"Ja Was kocham moje góry,
a że miłość nie zrdzewieje,
to gdy Pan mnie wezwie w chmury
powiem Mu, że wolę w knieje...".


Dokładnie tak, "...powiem Mu, że wolę w knieje".

Czemu zatem piszę, że mogłoby być a nie jest... no tak naprawdę, to jest... ale tryb przypuszczający wynika z tego, że w normalnych okolicznościach to byśmy podziwiali te widoki i kolor z jakieś fajnej drogi, ciekawego szlaku... a tymczasem... przedzieramy się przez nie na rympał. Po prostu na rympał: po jakieś pionowej ścianie, przez krzory, bez ścieżki i czasem na czworakach.
Kolejny lampion jest bowiem na szczycie wielkiej skały. Nie wiemy jeszcze, że moglibyśmy do niej dojść od góry, ze szlaku wiodącego na Kalenicę. Tego dowiemy się później, gdy już zdobędziemy tą skałę tzw. "brute forcem". Na ten moment idziemy od dołu, wspinając się po niezłym pionie i przedzierając się przez chaszcz. Czasem zastanawiam się co my robimy ze swoim życiem... za jakaś kartką na drzewie... włazimy na wielką, śliską skałę, z której będzie ciężko zejść. To jest inny stan umysłu, to są "odmienne stany świadomości", tego się nie da wytłumaczyć. Potem ktoś pyta po co to robisz, Ty odpowiadasz, że to nie jest zwykła kartka na drzewie... On mówi, że nie rozumie, Ty odpowiadasz że to nie jest obowiązkowe, On się obraża... a Ty idziesz na kolejną skałkę, po kolejną kartę na drzewie... której nawet stamtąd nie zabierasz! A więc twój stan posiadania się nie zwiększa, a mimo to twierdzisz, że ją zdobyłeś...Ja naprawdę czasem nie ogarniam tego bez piguł... Jimmy, dawaj piguły!

"...zamieszkała w zżółkłym lesie..."

Teraz trzeba tam wleźć... 

Atak szczytowy

Za kartką na drzewie - przynajmniej widoki ładne :)

"... powiem Mu, ja wolę w knieje"

Magic!


WIELKA SOWA... w pohukiw....eee... w poszukiwaniu punktów kontrolnych
Zostawiamy za sobą wojsko i wielką skałę. Nadal trzymamy się czerwonego - głównego sudeckiego, chociaż niektóre z punktów kontrolnych "wyrzucą" nas poza ten szlak. Przejdziemy przez Kalenicę oraz kilka innych fajnych miejsc. Ze dwa razy nie trafimy także w punkt przy pierwszej próbie i będzie wymagana drobna korekta, ale nic spektakularnego - bez tragedii. Finalnie, zebrawszy z mapy co było "pod" tymże pagórem, zaczynamy wspinać się na Wielką Sową. Cel - wieża widokowa. Tu będzie trochę ludzi, w końcu mamy piękny pogodowo weekend... no ale jak większość dochodzi tu szlakiem, to tylko nieliczni wyłaniają się z krzaków... budząc pewne zainteresowanie. Niektórzy z tych wyłaniających się trzymają jakieś dziwne, kolorowe mapy w rękach i liczą schody na wieżę, nawet po dwa razy aby upewnić się, że się nie jeb***, to znaczy: nie zrobili błędu... jebn*li to się już dawno, w głowę, mocno... skoro takie rzeczy robią.
Policzywszy "schodziszcze" zjeźdżamy różnymi dziwnymi, błotnistymi ścieżkami do wielkiej, ale mocno zarośniętej łąki, poprzecinanej potokami. I znowu się zaczyna, odmierzanie, liczenie strumieni, przedzieranie się przez mokradła (tak, łąka jest podmokła... w końcu jest poprzecinana strumieniami, tak?). Za kolejną kartą na drzewie. Szukamy jej chyba ze 20 min wędrując wzdłuż potoku... można by rzecz, w górę rzeki, ale nie, jest to w dół... do tego jest to nie ta rzeka, co potrzeba, więc wędrujemy najpierw w dół, a potem w górę, aby wrócić... chwilę później idziemy już w dół innego cieku wodnego. A gdy już punkt znajdziemy, to do następnego prowadzi coś co kiedyś było przecinką leśną. Wiatrołomy, wichrowały, drzewozwały... k****a, ja zawsze się zastanawiam, po co Malo tu lezie. To znaczy wiem, lezie rozwiesić tu lampion, ale na cholerę szedł tutaj przed rozwieszaniem lampionów. Co go tu pchnęło na eksploracji i planowaniu trasy... 
Niemniej udało się - mamy to. Kolejna karta na drzewie w naszej kolekcji, możemy być z siebie dumni. Zacne nawigatory z nas!
Zjeżdżamy do doliny, czyli w pewnym sensie - do zera... trzeba będzie potem podchodzić utraconą wysokość, ale nie ma innej drogi, nie ma wyboru... musimy zjechać w dół. Na drodze spotykamy dwóch innych zawodników, idących w górę... idą do naszego ostatniego punktu, tyle że Oni od dołu... no ale jako, że spotkaliśmy ich już bardzo nisko, to mają do lampionu naprawdę kawałek. Pytają "znaleźliście?".
My mówimy, że TAK i chcemy im trochę podpowiedzieć jak iść, no ale w sumie co powiesz... dalej pod górę, bez ścieżki. Potem trzeba skręcić w prawo 90 stopni, kiedy... no też bez ścieżki, przy takim dużym wiatrołomie. Następnie przejść przez choinki i wyminąć spróchniały pień... k****a, jesteśmy w lesie, wiecie ile jest tu spróchniałych pni?
A jakiego miejsca szukacie... w zasadzie nic charakterystycznego, drzewo w lesie... orienteering, to jest zajebiste :D :D :D

Wieża na Kalenicy


"...buckle up and hit the gas, KICK UP DUST and kick some ass. Way out here we don't shake hands, make the rules or take demands" (całość TUTAJ)

Kolorowo

Najmniej znana ścieżka na Wielką Sowę :P

"Kiedy sowa jest wysoko, to mam ubaw po chu***... eeee... że hu-hu" (wymienimy wszystkie kolory? - TUTAJ)

Widoczki


Szkodnik skało-zachłannych
Zjechaliśmy do doliny jednym z jej zbocz... zboków?:P
No to teraz dymamy po górę jej zboczem numer dwa. Zaraz się zrobi ciemno, dzień pomału umiera i "Ciemności kryją ziemię" (dobra książką, poczytajcie :P). Nim zrobi się zupełnie ciemno siadamy na środku kamienistego szlaku i jemy kolację. Nie ma to jak bułka z kotletem zjedzona na kamieniu o zmroku, gdzieś pośrodku niczego... siedzisz na kamieniu pokrytym mchem i zastanawiasz się nad sensem tej sceny. Ktoś patrząc z boku, np jakiś malarz mógłby to uwiecznić na płótnie, tytułując obraz: NA-mchu-JA-dali. Tak, ewidentnie, tak się z tym czuję... na-mchu-jadali. 
Szkodnik mówi, że zaraz będzie srogo po górę bo musimy wyjść na wielką skałę. Ech, no cóż zrobić... to nie pierwsza skała na którą dymamy. Zostawiamy rowery i podchodzimy stromym zboczem po wiatrołomach... znowu. Skała przed nami rzeczywiście jest wielka i będzie ciężko na nią wejść... zbieram siły na atak szczytowy, a Szkodnik... "to nie ta skała, musimy iść wyżej". Ech, no dobra... moja mapa została na mapniku na rowerze (Szkodnik wziął do łapy swoją), no to ufam na słowo. Podchodzimy wyżej, jest stromo a czuć już trudy dzisiejszego dnia. Wspinamy się wciąż wyżej i wciąż, na dziko tym zboczem... jest druga skała. O kurde, ale wysoka... no dobra, trzeba szturmować, a Szkodnik "to nie ta skała, ta jest druga, musimy iść wyżej". K***A! No bez jaj! Jeszcze wyżej tym zboczem? Ono nie ma końca... rowerów to już nie widać, znikły gdzieś u podnóża pierwszej skały... Szkodnik ponawia komunikat "to nie ta skała". Coś Ty się stał taki skało-zachłanny... a może skało-wybredny. Kurde mol czyli kurde razy liczba Avogadra (6,022 razy 10 do 23-ciej). Nie ta skała, ta też nie... a tamta będzie OK? Nieeee... nie, też nie pasuje. No ale dobrze, rozumiem że to nawiązanie do klasyki... jeśli nie chcesz mojej zguby, trzecią skałę daj mi luby... to jakaś ZEMSTA za to, że nie sprzątam okruszków z blatu w kuchni?
Dymamy pod górę na trzecią skałę. K***a, jak tu stromo... znowu idę jakimś żlebem, znowu przekraczam jakieś wiatrołomy... i granice zdrowego rozsądku. Znowu ocieram jajami o głazy wielkości lodówek, a wszystko to za jakaś kartką na drzewie... CHOCIAŻ... CHOCIAŻ... obczajcie jaki był tam widok na zachód słońca. Oczy się nacieszą, dusza także... no a jaja to się posmaruje jakiś kremem na otarcia. Damy radę :P
Chwilę później mamy już jednak noc. Lampki na kask, na kierownicę i co, Szkodnik? Znowu nocą w lesie. Jak mogło być inaczej.
Ciemno, mrok nas otacza, jakieś przerażające dźwięki dochodzą spośród drzew, Szkodnik się trochę lęka, ale mówię Mu, że to tylko:
Wyjebana w lesie... Szkodnik: CO?
No to powtarzam: Wyje bana w lesie. Po śląsku to jest: wyje czyli trąbi, bana czyli pociąg, no a w lesie, to w lesie. Wyje bana w lesie, tak! Nie ma się co bać! 
(niedaleko stąd jest linia kolejowa...). Panika w garnizonie opanowana. Można jechać dalej. 

Zejście... tu jest naprawdę stromo, trzeba rower opuszczać przed sobą.
Cóż by nie... jaszczurowo...

Zaczynamy podejście po skały

WOW !!!

"Nothing's ever what we expect, they keep asking me where I go next, all we chase is a sunset... doesn't matter where we are. If there is a moment when it's perfect, it's a moment as the sun goes down " (całość TUTAJ)


Jest dobrze, a będzie... JESZCZE LEPIEJ
Przedzieramy się przez nocny las zaliczając kolejne punkty kontrolne, a mapa kieruje nas na Ludwikowice Kłodzkie. Jak widzę imię związane z tą miejscowością (Ludwik), to zawsze widzę przed oczami suchar "Dzień dobry, czy jest Ludwik w butelce? - Tak, jest - To proszę go natychmiast wypuścić!" BA DUM PST. Kurtyna. Suchar niemal tak mocny jak ten: "jak szybko powiedzieć, że hak holowniczy od samochodu Fiat Uno posiada ojciec? HAK UNA MA TATA". Beton, po prostu beton :D
Tymczasem w Ludwikowicach jest Muchołapka, którą pierwszy raz widzieliśmy jeszcze około 2010 roku, kiedy ten teren był kompletnie niezagospodarowany przez gminę. Porwaliśmy przewodnika z kopalni węgla w Nowej Rudzie (serio - przepraszam, czy to chusteczka pachnie chloroformem) i On przeszedł się z nami po ruinach oraz pokazał właśnie Muchołapkę (drugi link). Dziwna nazwa, ale nie będę Wam opisywał o co chodzi - otwórzcie sobie linki, które podrzuciłem. Dziś jest tutaj muzeum - a my musimy wykonać zadanie na jego terenie... przypominam, że mamy już noc. To pewna komplikacja. No więc dojeżdżamy do bramy i świecimy latarkami, aby ujrzeć i przeliczyć to co mamy zadane :P
Nagle głos... o kurde, a jeśli to naziści zombie, widziałem to w kilku filmach, więc oni tu mogą być, jeszcze w takim miejscu, to na pewno oni... (naziści zombie, nota bene - dobry horror klasy Z, Ż, Ziet... jak lubicie takie klimaty, a TUTAJ temat trochę mniej poważnie...  - "Tak jakby pierwszy link był bardzo poważny" - Szkodnik).
Przygotowujemy się do odparcia ataku, a tymczasem gość podbiega do bramy i krzyczy "czego tu szukacie". Mam ochotę odpowiedzieć "zgubiliśmy pociąg... taki złoty, nie widział Pan może?" :P
Basia mówi, że my z rajdu i że wykonujemy zadanie, a gość...
"Aaaa z rajdu, ku*wa, rajdu... nie wiem kto Wam projektował trasę, ale to jest jakaś masakra, można przecież nogi połamać chodząc tak po tych zboczach. Jeszcze po nocy, naprawdę niepoważne, róbcie swoje i uważajcie, aby nie wpaść w jakaś dziurę nogą"
Basia na to, że "spokojnie, my na rowerach" (jako, że rozmawiamy przez siatkę i z pewnej odległości oraz w nocy, to mógł naprawdę gość nie zauważać naszych maszyn, zwłaszcza że świecimy sobie w ryj czołówkami).
"Rowerami?... jeszcze, kur*a, lepiej...".
Pan chyba nie zdaje sobie sprawy, że w kilku słowach zdefiniował Jaszczura :D
Ubawiło nas to... chociaż nie można odmówić Panu trafnej diagnozy :P

Jaszczurzy klimat, tak się zaczyna, jest biały lampion, choć dróg tu ni ma, dzień musiał minąć, więc można zginąć... 


Noc w lesie - klasyk klasyków

Muchołapka


"Gdy patrzysz w otchłań, otchłań patrzy w twoją duszę..."
... i pryska po oczach. Tego ostatniego Fryderyk już nie wspomniał. Przed nami chyba najbardziej niesamowity punkt tego rajdu i robimy go po nocy, więc ma to dodatkowy klimat. W sumie jest to chyba jakiś techniczny tunel pod wiaduktem, ale sami zobaczcie na zdjęcia. Po prostu kosmos. Zejście w dół... pasuje Wam... to jakiś hardcore. Chyba ze 22m, tak przynajmniej Malo napisał w opisie punktu "-22" nie podając nic więcej. Miejsce niesamowite, ale trochę jednak niebezpiecznie będzie schodzić tędy... owszem można spróbować i mnie nawet kusi, ale ciężko powiedzieć w jakim stanie jest ta drabinka. Jak coś się ukruszy i oderwie od ściany to można zaliczyć Imperatora Palpatine. Postanawiamy zobaczyć czy nie ma tam wejścia od strony strumienia... skoro leje się woda (i pryska) to to musi gdzieś wypływać. Kierujemy się zatem wzdłuż cieku wodnego i JEST. Boczne wejście. W sumie nie wiem, które z tych wejść było "mocniejsze" w znaczeniu, że patrzycie na nie po prostu z zapartym... stolcem. Niesamowity punkt, naprawdę niesamowity. Jeden z najlepszych ever pod kątem klimatu i jak zawsze, nie do końca bezpieczny... cały Jaszczur. Ja naprawdę w takich miejscach mam wrażenie że zaraz usłyszę:
"deep down six feet is where I like to eat..." i zawsze zastanawiam się czy to dobrze, że zostawiłem ręczny granatnik w bagażniku. Nie wiem czy to, co może tu mieszkać, będzie rogate, skrzydlate czy pełzające, ale zakładam że profilaktyczne ze 3 granaty ostudziłby jego chęć na zainteresowanie się nami :P
Wiecie jak jest, czasem randka (z przeznaczeniem) nie idzie zbyt dobrze... "Chciałaś rwać ze mną owoce z drzew, nic poza tym, chyba coś mi się pojebało i przyniosłem granaty"
Tak czy siak - niesamowity miejsce, niesamowity punkt kontrolny. Za to kochamy Jaszczury.

Pamięci tych którzy zostali pod ziemią...

"Kiedy patrzysz w otchłań...

...otchłań patrzy w twoją duszę" - przynajmniej tak mówił Fryderyk N. :P

"Deep down six feet is where I'd like to eat..."

"The worm of light has entered my tomb. Prepare yourself, mortal, to serve my Master for the eternity..."
(Leoric, królu złoty, nie ma ch*ja na Mariolę, ja pracuję tylko za hajs, nie potrzebuję eternitu ani innych takich pierdół. Weź dostosuj ofertę do warunków rynkowych albo porachuję Ci kości :D 
(ten opis jest hermetyczny na kilku poziomach, propsy jak łapiesz je wszystkie :P)


No ale miejscówka MEGA !!!


Fajna ta Nowa, Ruda...
Oj tak - kiedyś tu byliśmy za dnia i goniliśmy po wszystkich wieżach dookoła :P
Wiemy zatem czego się spodziewać... podjazdów i podpychów. Jest już jednak po północy, więc trzeba będzie prawie połowę trasy rajdu odpuścić. Klasyk - Jaszczur górski na rowerach to nie jest przejażdżka. Zeszło nam dzień i pół nocy aby zrobić trochę ponad połowę trasy. Jesteśmy właśnie w Nowej Rudzie i zaliczamy nasz ostatni punkt kontrolny dzisiaj - wieżę widokową na Górze Św Anny. Nie to nie tak góra, co jest obok Opola i przy A4-rce przy MOP'ie Wysoka :P. To ta Góra Św. Anna obok Góry Wszystkich Świętych, czego nie rozumiesz? Noworudzkie przestrzenie, mało, naprawdę mało znane tereny.
Jesteśmy już grubo po podstawowym czasie i kończy nam się limit spóźnień, więc trzeba zostawić Rudę i zacząć wracać na bazę... a przed nami będzie podjazd pod Przełęcz Woliborską. To nie jest łatwy podjazd, to jakieś 8 km ciągle pod górę, z serpentynami, więc trzeba wykrzesać z siebie jeszcze trochę energii.
Szkoda trochę zostawiać Rudę, ale trzeba odpuścić bo nie chcemy dziś jeździć do rana. Na niedzielę mamy zaplanowane Góry Kamienne, więc chcemy złapać chociaż ze 3-4 godziny snu. I tak będziemy w bazie dopiero koło 2:00 w nocy. Przełęcz Woliborska nie odpuści, trzeba ją podjechać... będzie ciężko, zwłaszcza po całym dniu chaszczowania...
...no ale w "bazie" (przypominam plandeka na drzewie...), ognisko i ciepły posiłek. Posiedzieć w nocy, w lesie przy ognisku, no to jest to... mimo, że w górach jesteśmy właściwie non-stop, to jednak ognisko to rzadkość. To już nie są czasy obozów i biwakowania... teraz się zapierdala po nocy za lampionami, a nie biwakuje :D
No zakończenie zatem niech zabrzmi "Płonie ognisko i szumią knieje... a ponad nami wiatr szumny wieje i dębowy huczy las". Fajnie było znowu posiedzieć przy ogniu.
Tak samo jak rok temu na Galicyjskich Pagórach.
To koniec opowieści o Jaszczurze i Sowie... pora złapać kilka godzin snu w aucie, bo ze wschodem słońca wołać nas będę Góry z Kamienia: Dzikowiec, Lesista Wielka, Szpiczak, ale to już inna historia.

Po-hu...Po-huuu, Po-huuu...ja włóczysz się tutaj po nocy :P


Jaszczurowy klasyk - szkic obiektu sakralnego

Pierwsza w nocy w lesie... na trzeźwo nie da rady...

Nasza Jaszczurowa karta :P (awers, na rewersie tylko kody z lidarów, więc nie ma co go wrzucać)


Kategoria SFA, Wycieczka

Kiwon 2025

  • DST 120.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 11 października 2025 | dodano: 14.10.2025

Kiwon czyli niewyspanie, deszcz, mgła, pagóry i spóźnienie na metę... Tak było w 2024, więc chyba mamy deja vu bo edycja 2025 przynosi nam dokładnie ta samo: niewyspanie, deszcz, mgłę, pagóry i spóźnienie na metę. Nawet baza rajdu jest w tym samym miejscu...  No bez kitu. Parafrazując moje chore, hermetyczne utwory: "ever got a feeling of deja vu? Whenever I lose, then I do..."
Uczycie deja vu wchodzi nam zatem jakiś inżynier z czarnego lądu nocą do domu po telewizor... i do wchodzi całe w błocie, bo upaćkaliśmy się tak jak roku temu, a może nawet bardziej. Jak mawiał pewien chorąży, dowódca naszego plutonu "pogoda taktyczna, ziemia mokra więc łatwiej się kopie okopy...".       

Deja vu 
Początek października przynosi nam dwie imprezy KIWON-iastego i TROPICIELA, a jeśli znacie nas choć trochę, to wiecie że lubimy łączyć za sobą takie rzeczy: rajd za dnia i rajd po nocy. Wiele razy nam się to udało, chociaż czasem było hardcore'ow (np. Mordownik Ryś czy też Jaszczur Tropiciel), ale tym razem nam to nie grozi. Nie ma szans aby się udało bo Tropiciel jest "nad" Wrocławiem, a Kiwon na terenach Pogórzach Jasielskiego. Limit czasu na Kiwonie mamy do 20:30, a start tras rowerowych na Tropicielu jest o północy. Nie do zrobienia... nie w naszym wieku :P, nie bez dużego skrócenia imprezy dziennej, a tego bardzo chcielibyśmy uniknąć. Celem jest złapanie obu rzeczy, a nie jednej kosztem drugiej. Ten rok zatem nie pozwoli na taką akcje, bo oba rajdy dzieli kawał drogi. Owszem, ja pamiętam jak kiedyś z rajdu Rudawska Wyrypa obok Jeleniej Góry przeskoczyliśmy do Przemyśla na rajd Team 360, no my jesteśmy zodiakary i wtedy to się dało, bo koniunkcja (implikacja oraz alternatywa także :P :P :P) planet była inna. Czemu o tym piszę? No bo jestem zdania, że brak alternatyw wspomaga procesy decyzyjne! Jeśli nie masz wyboru to nie ma problemu z wyborem, proste prawda? :D 
A tak? Siedzimy i myślimy: Kiwon czy Tropiciel? Kiwon czy Tropiciel? Tropiciel czy Kiwon? Mijają tygodnie, a my nadal nie wiemy: "Czy tu, czy tam, po świecie błąkam się sam..." no dobra, nie sam, bo ze Szkodnikiem, ale nadal nie zmienia to faktu, że nie wiemy gdzie jechać. Ciągle próbuję jakoś sensownie połączyć dwie imprezy, ale non-stop wychodzi mi przelotowa na A4-rce ponad 240 km/h
Nie wiem czy stać mnie na... olej jaki zeżre silnik naszego SFA-Panzerkampfwagen'a przy takiej prędkości. I nie mówię tutaj o napędowym, bo mamy benzynę (olej jest to traktorów, a gaz do kuchenek :P :P :P)... ale o oleju - oleju. Bynajmniej nie rzepakowym, ale takim 10W-40 o zacnej liczbie centystoksów. Nasza gablota na 100 km regularnie pali trochę oktanów i... ze 3 wioski, ale jakby ją rozpędzić do takich przelotowych to spaliłaby by wszystko co by znalazła pod maską. Nie ma huge'a zatem pogodzić w tym roku tych dwóch imprez i nieuchronnie zbliża się jednak czas decyzji 
Kiwon: przedpagóry Beskidu Niskiego, za dnia (jasno, więc coś widać - z turystycznego pkt widzenia lepiej), Ania robi trasę rowerową, długi limit...
Tropiciel: płasko, nocą (ch*ja widać, ale jest kozacki klimat!), zadania specjalne...
W ostatnim tygodniu przed rajdem zapada w końcu decyzja: Kiwon - czyli pagóry wygrywają.  
Pisałem Wam rok temu jak bardzo niewyspani byliśmy na zeszłorocznej edycji tej imprezy, prawda? No to jak deja vu, to deja vu bo w noc z piątku na sobotę śpię 2,5h... piątek miał być spokojny, mieliśmy się spakować popołudniem na rajd i pójść wcześniej spać, ale zaatakowało nas milion tematów i o pierwszej w nocy to ja się dopiero kończyłem pakować. Fantastycznie, po prostu fantastycznie ale to nie jest pierwszy raz, jak takie rzeczy się nam przydarzają - przecież my częściej startujemy niewyspani niż wyspani, więc pozostaje chyba po prostu przywyknąć. Po prostu znowu się łudziliśmy, że tym razem będzie inaczej... który to już raz. Budzik na 4:00 rano i ruszamy 
 
"...błota będzie po pachy"
Deja vu ciąg dalszy - ma padać cały dzień. Raz mocniej, raz słabiej, ale jednak ma padać. Jak rok temu. No cóż zrobić, nie przeskoczymy. Będziemy jeździć w deszczu. Przynajmniej nie jest bardzo zimno. 10 stopni to nie dramat - owszem jak Was przemoczy w takiej temperaturze, gdzieś w lesie, to nie jest super miło, ale mogło Was przemoczyć w temperaturze 1-2 stopnie, więc nie ma co narzekać. Nota bene, to jest chyba najbardziej parszywa pogoda... 1-2 stopnie i deszcz. Jak spada poniżej zera to jest zimno, ale przynajmniej jest sucho, a przy okolicach zera z deszczem, dużą wilgotnością i wiatrem, to jest wtedy czyste zło.
Tymczasem idziemy na odprawę wysłuchać kilku uwag o trasie, a po drodze "zbieramy" także Andrzeja, który dotarł właśnie do bazy, więc znowu pojedziemy w trójkę. Odprawa przynosi informacje, że jeden punkt na trasie będzie nieobowiązkowy, czyli nadal można zdobyć "komplet" (punktów kontrolnych) nie zaliczając tego punktu. Będzie on dawał pewien bonus czasowy do wyniku, ale trzeba jednak pamiętać, że bonus nie przesuwa limitu czasu, a ten jest o 20:30.  Za każde rozpoczęte 10 minut spóźnienia odejmowany jest jeden punkt kontrolny. Ha! jak rok temu... a wtedy spóźniliśmy się 21 minut z tego pamiętam, albo jakoś tak, ogólnie weszliśmy już wtedy w trzecią "dziesiątkę". Czyli parszywie :P
Kreślimy na mapie nasz wariant --> postanawiamy zrobić pętlę po lampionach od południa na północ, czyli tak naprawdę pojedziemy najpierw na wschód bo baza znajduje się w lewym, dolnym rogu naszej mapy. Zrobimy cały dół mapy, a potem "dzida" na na górę czyli na północ. Brzmi jak plan. 
Wyjeżdżamy z bazy i ruszamy w teren. Póki poruszamy się po asfalcie to jest w miarę spoko, przechodzą jakieś deszcze, potem przestają, a potem znowu pada, ale asfalt równa WALCEM.... ufff ale to był betonowy żart... asfalt równa się brak błota. No, ale punkty z opisem "szczyt" rzadko kiedy oferują asfaltowe dojazdy, więc dość szybko wjeżdżamy w las... a tam... no co może na Was czekać w "lesie deszczowym" jesienią? No właśnie, niech to wybrzmi piosenką (AI wymiata :P)

JESIEŃ NADCHODZI - nieziemska słota
JESIEŃ NADCHODZI - z nią tony błota !!
Odkurz swoje gumiaki i sztormiak przygotuj
błota będzie po pachy, uwalisz nim przedpokój


Mlaska pod nogami i kołami. Pod górę nie pojedziesz, a z górki także ciężko bo zrobiło się naprawdę ślisko. Dobrze przynajmniej, że nie jest to to klejące się do wszystkiego błoto, które zapycha prześwity i blokuje mechanizmy ruchome. Przedzieramy się od lampionu do lampionu, ale już widzę, że na nasze standardowe po-rajdowe pytanie "czy myjemy dziś rowery?", odpowiedź będzie tylko jedna. Chwila w lesie, a rama i widelec... a także my jako tacy, zaczynamy nabierać charakterystycznego błotnego "ubranka".
Jeden z punktów jest na kiwonie (koniku - urządzeniu do wydobycia ropy), który działa! Trzeba uważać... nie, nie dlatego, że kiwon może zabić, nie nie może... chyba że się na Ciebie przewróci... ale błoto przy nim czasem lubi mieć posmak wydobywanego surowca, a to może być nowy level uwalenia się czymś lepkim :P  
    
Cmentarz wojenny z IWW, jakich niemało w tych terenach
"...it's a stalemate at the frontline where the soldiers rest in mud..." (klasyk)

Przez zamglony las, po błocie... 

Pierwszy pagór dzisiaj :)

Zdjęcie tego nie oddaje, ale to jest mega śliski zjazd!

Kiwon :)


Od baru do baru :P
Jedziemy dalej. Wydostaliśmy się z błota i wracamy na asfalt, a więc... zaczyna znowu padać. Równowaga musi być - miał być srogi wprdl dzisiaj, to jest srogi wprdl... wskaźniki: deszcz, błoto, zimno jeżdżą góra dół, góra dół i definiują stałą funkcję wprdl'u w czasie. Jak jest mniej błota, to jest więcej deszczu, ktoś tu dobrze ogarnął sprzężenie zwrotne w układzie i regulator PID (i nie chodzi mi o Palestyński Islamski Dżihad...). PID robi robotę. Wesoło jedziemy sobie zatem przez pola i nagle trafiamy na skitrany punkt żywieniowy. Jest on dla innej trasy (pieszej), ale ciasteczka i tak dostaliśmy - pytanie czy to była kwestia nasze uroku osobistego czy litości wzbudzonej naszym uwalonym błotem wyglądem. Może lepiej nie znać odpowiedzi? 
Ja tam wiem jedno - jak ktoś mi daje ciasteczka, zwłaszcza z marmoladą, to idzie w moim rankingu wyżej. A uważam, że warto. Na potrzeby wyjaśnienia dlaczego warto - załóżmy, że ciasteczka dawał Józek... a jak Józek da mi sporo ciastek, to potem nie będzie miał dramy w autobusie.
Ja bywam aspołeczny (refren) i czasem dziwne akcje odwalam. Na przykład wchodzę z kałaszem w ręku do autobus... widzę konsternację i szok wśród pasażerów.
Pytam wtedy "Jest Józek?"
Ludzie przerażeni patrzą po sobie, a głos z tłumu "Jestem!"
Ja na to: "To padnij"
Takie akcje zawsze pozwalają się odstresować, koją nerwy, tylko potem te dociekliwe pytania z lampą świecącą w oczy "Czym Pan się kierował?" Siekierował? Chłopcze, tam nie było siekiery, tam był karabin jeśli nie zauważyłeś... a ja ciągle powtarzam, bądź jak Józek, daj ciasteczka :P
Dobra dość tych non-sens'ów - ogólnie to ciastka były super. Posililiśmy się i pojechaliśmy dalej. Tym razem na zupę. Serio. Na kolejnym punkcie żywieniowym ugoszczono nas pomidorówką. No tak, to można rajdować. Przyjechałem to szukać lampionów i jeść pomidorową...i wiecie co? Nie mogę znaleźć tych lampionów :D 

Ładne to! Ten punkcik mi się naprawdę podobał. Ja bym go nazwał "KOPUŁA nad zielonymi wodami" :)


Zdjęcie zrobione nam przez obsługę pkt żywieniowego :)
3 jeźdźców pato-nawigacji... 4-ty się zgubił, bo też był pato-nawigatorem :D 


Lampion przy kapliczce (klassssssyk :D)

Wariant czarny czyli przez chaszcz do kolejnego punktu kontrolnego.

Niedaleko stąd dawali pomidorówkę :)

Nad wodą

Nie wiem czemu ale widzę TO(z tym linkiem ostrożnie, bo tego się nie da od-zobaczyć - klasyka, po prostu klasyka :D)

Śladami trudnej historii... 

"JESIEŃ NADCHODZI - nieziemska słota, JESIEŃ NADCHODZI - z nią tony błota !!
Odkurz swoje gumiaki i sztormiak przygotuj, błota będzie po pachy, uwalisz nim przedpokój"



W kierunku Babiej Góry
Druga część dnia upływa nam... w deszczu. Czaicie bazę? UPŁYWA.... pływa... w deszczu i błocie. Gonimy po jakieś zabłoconych polach i strumieniach. Nie ma to jak podejście na jakiś pagór, który normalnie to wzięlibyśmy z biegu, ale dziś... wyjechać nie wyjedziesz bo błoto. Dwa kroki po przodu zjazd na butach w tył, kolejne dwa kroki do przodu i zjazd tym razem na ryju... ryju, boku lub tyłku bo tak ślisko. Na ale walczymy. Na zdjęciu poniżej trochę czuć ten mokry klimat... grunt daje nam czasem fonetyczne ostrzeżenia. Robisz krok, a błoto robi ŚLURPPPP... tak, to ostrzeżenie, bo przy kolejnym kroku nie będzie już ślurppp ale CHLUP jak wpadniesz po kostki. 
Ech, a w drugiej części miało przestawać padać... tymczasem od 14:00 to nam napiera w ryj mocniej niż rano. A mogliśmy siedzieć w domu pod kocem... ale nie, chodź na rajd, będzie fajnie... 
Natomiast jeden z punktów jest na bardzo fajnym moście - takim, że ciężko przejść z rowerem i ciężko jest na kilku płaszczyznach.
Prawie pionowe schody w górę, bardzo wąskie - trudno wnieść tam rower, a potem sama kładka i poręcze tak wąskie, że moja kierownica się nie mieści... rower muszę prowadzić w pionie, na tylnym kole... a potem pionowe schody w dół. Powiem Wam tak... w górę były łatwiejsze. W górę grawitacja nie pomagała, w dół pomagała aż za bardzo :P
Trasa wyprowadza nas także "nad Jasło", na szczyt który nazywa się Babia Góra. Pod szczytem czeka nas 3-ci punkt żywieniowy - no na bogato dzisiaj mamy.
Nawet jajecznicę oferują... ja bym wziął, nawet podwójną ale czas, czas, czas, Szkodnik popędza, bo nie jest najlepiej na zegarze. a jesteśmy bardzo daleko od bazy.

Czuć wilgoć na tym zdjęciu :P


Wąski most :)

Kierownica szerokości przejścia :P

Można spaść na ryj i nie jest to trudne :P

Jest i Babia


Deja vu... po nocy
Zapada zmrok. Limit czasu mamy do 20:30 więc przyszła pora podjąć decyzję. Czy lecimy komplet i ryzykujemy spóźnienie czy też lecimy na bazę bez kompletu. Rok temu zaryzykowaliśmy i spóźniliśmy się na metę i to ponad 20 min. Weszliśmy wtedy w "trzecią" dziesiątkę kar. Zapowiada się, że w tym roku staniemy przed podobnym wyborem. Postanawiamy jednak zaryzykować - wiecie jak jest: jest ryzyko jest zabawa, "kto się śmieli ten korzysta" i inne takie. Najwyżej znowu się spóźnimy, a skoro mamy dostać jeden punkt kary za każde rozpoczęte 10 min, to jeśli zdobędziemy dwa punkty w tym czasie, to możemy się spóźnić nawet 20 min i nadal wyjdziemy na zero. Trochę fuck-logic, a trochę jednak prawda, no ale cóż... pewien starszy człowiek powiedział kiedyś, że "przekonasz się, że wartość wielu uznawanych prawd zależy od punktu widzenia". Ryzykujemy zatem. 
Jedziemy "na komplet" i niech się dzieje wola nieba... chociaż na razie wolą nieba jest napierać deszczem po zmroku. "Fantabulous and fabulous... ech, what else is new?... been through denial, depression, bargaining and now I am just pissed but I never been a quitter 'cause my heart's full of glitter".
Gdzieś tam podświadomie zakładałem, że jednak zrobimy komplet i się nie spóźnimy na metę.
Nie zakładałem, że będzie pod górę - było. Nie zakładałem, że ciężko będzie utrzymać średnią 30 km/h (to był warunek zdążenia) - to nie było ciężkie, to było niemożliwe :P
No ale komplet zrobiliśmy - ogólnie ostatni punkt to był ekstra na wypasie, bo był to opuszczony, zarośnięty roślinnością plugawą, dom pośrodku niczego. To lubimy!
Oczywiście, dochowując zeszłorocznej tradycji spóźniliśmy się na metę. 
Mimo wszystko wynik, zaskakujący - mimo spóźnienia ponad 10 min i utraty (kara) dwóch punktów, Basia ląduje na drugim miejscu podium. Zacnie, srogo, czcigodnie!  
Dobry rajd, tylko szkoda że niemal cały w deszczu, no ale cóż - jesień. Chyba nas trochę rozpieściły duże ilości rajdów z dobrą pogodą. "Pogoda taktyczna" też się jednak czasem zdarza i trudno. Powiem Wam jednak, że domyć maszyny z tej ilości błota to był wyczyn :P
Do następnego!  
Znowu czeka nas noc w lesie :)

Dwa monumentalne dęby :)

Klimat, klimat, klimat !!!

Podium :)


Kategoria Rajd, SFA

Rysianka i inne pagóry + Velo Soła

  • DST 75.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 20 września 2025 | dodano: 26.12.2025

Skoro wszyscy polecają przejechać się VELO SOŁA to musimy je obczaić własnymi kołami. W necie widzimy różne analizy jak jechać czy z Żywca do Rajczy czy z Rajczy do Żywca... i rozważają różne opcje powrotu, tylko po co...? Przecież Takie Vela są wypasss, ale jako trasy ratunkowo-powrotno-techniczne czyli nie jako cel sam w sobie, ale idealne jako "łączniki" szlaków lub awaryjne lub planowane trasy powrotne z gór. Tak też planujemy nasz wypad. Przerypiemy się przez Beskid Żywicki na rympał, a potem wrócimy Velo Sołą. Brzmi jak plan, prawda? Mówiąc w skrócie pojedziemy z Żywca na Rysiankę, a potem wrócimy sobie po nocy wzdłuż rzeki :)

No to co, zaczynamy?

Powiedziałem, że się przerypiemy na rympał...

...no to rypiemy na rympał...

Mało znane a strome pagóry po drodze na Rysianek :)


Naprawdę strome

Ale coś tam pojeździmy

...będzie sporo pchania...

ALE POJEŹDZIMY !!!

Zacnie

"JEDZ SKAŁY NA ŚNIADANIE !!!" (to była kiedyś, lata temu reklama rowerów Giant - czasy modelu ATX 840 :D - jedz skały na śniadanie, no to jadłem :D

Będzie rypania... oj będzie

No to dawaj!

Rowerem po łańcuchach :D

Dobry techniczny zjazd

Między Romankiem a Rysiankiem :D

Moje kochane OPEN SPACE'y


Jest ładnie

Jakby to powiedział JAMES ---> TATRY

Prawda, po 20 min tutaj można zaliczyć ostre zejście :D

Najpiękniejsza pora dnia w górach

Magia

Niezmiennie: 
"They keep asking me where I go next
All we chase is a sunset...if there is a moment when it's perfect...  as the Sun goes down"
(całość)

Po prostu magia

Noc w lesie, noc w górach - znowu :D

Końcówka VELO SOŁY w Żywcu (mało zdjęć z samego Velo, prawda? Tak wyszło, VELO to idealna opcja powrotna :)



Kategoria SFA, Wycieczka

SYSTEMowy Pachoł Salatyna

  • DST 20.00km
  • Aktywność Wędrówka
Sobota, 13 września 2025 | dodano: 14.09.2025

Pamiętajcie jak pisałem Wam kiedyś, że Banikov to Pachoł Salatyna? Aby to ustalić potrzebowaliśmy 17h godzin, musieliśmy zrobić 2500m podejścia oraz przejść 30 km, a także musieliśmy jeszcze to skonsultować Berestovą, Sivy'm Vrch'em oraz Ostrym... ale ważniejszą obserwacją tej wyprawy było to, że grań między Salatynem a Pachołem jest niesamowita. Są takie miejsca, w które chcecie wrócić i to nie raz, więc gdy nadarza się okazja, aby zabrać System Team w góry, to tym razem wybór pada na Tatry Zachodnie.
Zwłaszcza, że - jak tamten rok w zasadzie ciągle siedzieliśmy w Tatach - to w tym roku byliśmy w nich tylko raz, w zimie (tutaj). Włóczymy się po jakiś Alpach (nie jakiś, tylko Julijskich - Szkodnik)  a w Tatrach nie było nas wieki. Trzeba to zmienić.  
Jako, że zabieramy ze System Team, to plan wyprawy jest jak zwykle trzy wariantowy (trasa krótka, trasa średnia i trasa najlepsza!), ale jak to zawsze bywa w grupowych wyjściach, trzeba do tego podchodzić mocno elastycznie i dostosować wyjście do wszystkich uczestników.
Finalnie zatem uda się zrobić następującą pętlę:
- Dolina Rohacka, podejście pod Brestovą (1934m) 
- Salatyn (2048m)
- Pachoł (2166m)
- Banikovskie Sedlo (2043m) i w dół do doliny 
- Wodospad Rohacki i powrót do Doliny Rohackiej
Powrót jak zawsze po nocy - umówiliśmy się na cały dzień, to wykorzystamy cały dzień, mimo że będą lekkie bunty na pokładzie... przywykliśmy, doświadczenie w tłumieniu jest. 
Zawsze powtarzamy "brak alternatyw wspomaga procesy decyzyjne" i jak jesteście na 2000 o zachodzie słońca, to niewiele można już zrobić aby uniknąć powrotu nocą :D
Jedziemy ze zdjęciami !!

"Zatroskany w nurcie różnych ważnych start
wynajduję w kalendarzu - parę wolnych dat
i zataczam myślą drogi mojej kres,
co mnie wiedzie w ukochane góry, tam gdzie był i jest..."
(Drugi dom


Wszystkie cytaty pochodzą z... dużej ilości utworów referujących do gór (TEGO, a także TEGO oraz TEGO, trochę też TEGO, jak również TEGO, no i oczywiście TEGO)
Mistrz Jacek też się znajdzie - TUTAJ

Ładna ekipa, razem ze mną 10 osób. To już konkret :)

"Porwaliśmy się na, zdobycie wielkich gór,
herosi z dawnych lat, służyli nam za wzór..." 


"...przez niebotyczną grań, pieliśmy długo się
niejeden odpadł tam, znajdując w dole śmierć..."
(udało się, że nie :P) 

"...idę dołem, a Ty górą
jestem słońcem, Ty wichurą
ogniem ja, wodą Ty
śmiechem ja, Ty ronisz łzy..."


"...a prowadziły nas, nadzieja, wiar, złość,
bo tam na dole zła, było dość..."
(z dedykacją dla PB i BE :P :P :P)

"...i warto było iść, do góry wciąż się piąć,
by sobą wreszcie być i przestać karki giąć"


"W blasku ostrzeją zęby gór,
ja także oczy zaostrzę,
ostrzę naostrzę, mądrość milcząca, spiętrzona,
skały żywe, ściany milczące, turnie życzliwe..."




"...i tylko niech Tatry w śniegu zapłaczą (już za 2-3 miesiące :P)
Za Tobą, za mną, za nami,
oto są sprawy najprostsze
i nic ponad Tatrami"


"Tary z żył moich wyprute,
Tatry zdjęte z chmur, które już wielu zabiły
najtwardsze mięso ziemi,
powstałe z piękności, z wybuchu i z siły..."
 

"...lecz nie ustawał nikt, nawet w godzinie złej
zaciskał pięści i ze śmiechem wołał HEJ, PRZEPIĘKNIE JEST... i tylko tlenu mniej"


"...góry wysokie, wiem co z Wami walczyć każe,
ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze,
największa rzecz - swego strachu mur obalić
odpadnie stu lecz następni pójdą dalej...
sam możesz wybierać los, zrozum to - wejdź na szczyt " 


"Po grani, po grani, po grani,
tu mi drogi nie zastąpią pokonani
Tylko łapią mnie za nogi, krzyczą NIE IDŹ, STAŃ
Ci co w pół stanęli drogi, 
i zębami, pazurami kruszą grań..."


"...teraz ścieżka jak od lat,
wiedzie mnie w cudowny świat,
do przyjaciół, których z mapy dobrze znam"


Pacholski Ekscalibur - ostatnio jak chciałem go wyciągnąć ze skały i ogłosić się królem, to mnie straż parku pytała co odwalam i czy się leczę :D

"Lecz nie odezwał się tym razem żaden śmiech
Bo wszyscy padli tu zajadle łapiąc dech
I dziwny jakiś był zwycięstwa słodki smak
Minęło parę chwil aż ktoś wychrypiał tak... PRZEPIĘKNIE JEST I TYLKO TLENU BRAK"


"Bo tutaj w górach jest mój dom,
śpią marzenia, gwiazdy lśnią,
Tu przestrzenią karmię serce,
żyć - co krok pragnę więcej..."


Z widokiem na BANIKOV :)

Na wypasie :)

Wracamy w doliny

"...przez Was w górach schodziłem nogi,
nie mogąc złapać oddechu,
Gór co stoją, nigdy nie dogonię,
znikających punktów na mapie,
jakie miejsce nazwę swym domem
jakim dotrę do niego szlakiem?"


Jak ja kocham wodospady - pryska po oczach :)

"To moja droga z piekła do piekła
Z wolna zapada nade mną mrok
Więc biesów szpaler szlak mi oświetla
Bo w siódmy krąg kieruję krok..."




Kategoria SFA, Wycieczka

Śladami wojny - Drogą Pokoju

  • DST 87.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 5 września 2025 | dodano: 26.12.2025

Misja w kraju byłej Jugosławii. Kryptonim: ZŁOTORÓG. Odcinek 6.
Restauracja w krainie Winnic. Spotkanie z agentem DJ. 

DJ: Cieszę się, że Was widzę... po tej akcji pod Mangartem bałem się, że już się nie spotkamy. 
Ja: Mam zbyt rogatą duszę aby tak umrzeć... wszystko mieliśmy pod kontrolą.
Basia: Tak? Nie zauważyłam... kiedy dokładnie mieliśmy to pod kontrolą? Wtedy kiedy do nas strzelali czy wtedy kiedy prawie wypadliśmy z drogi będąc ostrzeliwani?


- Detale, to są naprawdę detale. Liczy się wynik końcowy - powiedziałem.
- Przypominam, że nadal nie odnaleźliśmy Złotoroga, więc nie rozpędzałabym się z tym wynikiem końcowym. 
- Jaki Ty masz pseudonim operacyjny Szkodnik, przypomnisz mi? KILLJOY? Dobrze pamiętam?
DJ roześmiał się serdecznie i powiedział:
- Może zostawmy już tą akcję pod Mangartem. Widzę że macie to jeszcze do przepracowania na osobności. Proponuję terapię, to dziś popularne. 
Zignorowałem jednak tą uwagę i nadal pytam Szkodnika
- No powiedz, mi czy kiedykolwiek Ci zawiodłem?
- Hmmm pomyślmy, Rozlewisko Moczarki?
- Ej, pomysł był zajebisty... to że teren nie współpracował, to nie zmienia to faktu, że sam pomysł...
- Pole kukurydzy na Świętokrzyskiej Jatce?
- No dobra, dobra... zdarza się najlepszym.
- Tak, najlepszym także 
- Co masz na myśli !?
DJ był wyraźnie rozbawiony tą rozmową, ale postanowił interweniować:
- Może jednak przejdziemy do spraw bieżących?
Odpowiedziała Mu cisza, więc spróbował trochę uspokoić dyskusję między nami.  
- Może napijemy się czegoś najpierw, jesteśmy w końcu w krainie winnic. Mają tu wszystko. 
- Cokolwiek byle nie szkocką. "Ich mag Scotch, Scotch mag mich nicht"
- Ty znowu zaczynasz! - wybuchł Szkodnik
- Obawiam się, że nadal nie rozumiem - przerwał DJ.
- Ostatnim razem kiedy zmawialiśmy "szkocką" to przywalił się do nas jakiś językoznawca i skończyło się wielką rozpierduchą... wina Szkodnika - wyjaśniłem
- Ej! Co ja poradzę, że Pan był SS-pecjalistą od lingwistyki, a mój niemiecki jest - jakby to powiedzieć - "niśt gut". (TUTAJ macie zapis z kamer przemysłowych z tej knajpy, oj działo się).  
 - Wy tak zawsze? - zapytał naprawdę rozbawiony DJ. 
- Chodzi Ci o kłótnie i rozpierduchy? To TAK
- Dobra, już się uspokajamy - ucięła dyskusję Basia -  Do rzeczy. Co masz dla nas?
- Seks i przemoc, Mała, seks i przemoc - rzuciłem złośliwie - same rarytaski. 
- Tego się właśnie obawiam - skwitowała Basia - Do rzeczy! 
- Mamy nowe informacje odnośnie Złotoroga - zaczął DJ - Wygląda, że rzeczywiście opuścił chwilowo Alpy Juliskie i zaszył się gdzieś nad Adriatykiem. Wydaje się, że chce przeczekać cała akcję w bezpiecznym miejscu.
- Adriatyk bezpieczny? - zakpiłem - przecież tam zatonęły tysiące statków
- Nie chodzi Ci czasem o Atlantyk? - zapytała Basia
- Pierdoły, szczegóły, detale...
- Mierny z geografii? - zapytała złośliwie 
- Mierny to miałem z muzyki. Potem dopiero aby dzieci się nie cięły w rozpaczy zmienili "mierny" na "dopuszczający". Słabe to pokolenie, słowo "mierny" realnie oddawało uzyskany poziom wiedzy - rzucimy. 
- Aby tam dojechać najlepiej będzie jeśli przejdziecie tzw. Drogą Pokoju (Pot Mira) - podsumował DJ
- Zakładam, że będzie POTU sporo. To chyba mocno pod górkę - dorzuciła Basia
- A czy w tym kraju jest jakaś droga NIE pod górę? - zapytałem
- Cóż, nikt nie powiedział że będzie łatwo - powiedział DJ.
- Nikt też nie powiedział, że będzie aż tak trudno - skomentowałem kwaśno - Miał być relaks na Bałkanach.
- To był trailer, Szkodnik. Wersja demo - dopowiedziałem.
- Zastrzeżenia kierujcie do agencji. Nasze HQ na pewno rozpatrzy skargę i udzieli odpowiedzi na piśmie.
- Nie ma potrzeby. Damy radę! - Basia odpowiedziała bardzo pewnie siebie - Czy kiedykolwiek zawiedliśmy?
- Niech no pomyślę, Rozlewisko Moczarki... - powiedziałem jakby w eter.
- Ej, to był pomysł Tropiciela! Próbowaliśmy ratować sytuację, w jaką nas wpakowałeś. 
- Widzę, że wracacie w swój domyślny tryb. No nic, to ja już lecę - widzimy się nad morzem. Może... - rzucił DJ znikając w tłumie.
- Pakuj się, Szkodnik. Ruszamy!  

POT MIRA czyli droga pokoju upamiętniająca WOJNĘ ŚWIATOWĄ (kiedy nikt jej jeszcze nie nazywał pierwszą...). 
12 bitew o Dolinę Soczy... dwanaście bitew. Makabra (tutaj). Linia frontu na ponad 2000m zimą, artyleria specjalnie wywołująca lawiny aby pogrzebać oddziały wroga...
A czemu Polacy. No byliśmy pod zaborami, więc sytuacja idealna aby wcielać nas siła do armii i rzucać na odległe fronty. Jakby ktoś nie widział, to do wojny 1905 Rosja - Japonia, także rzucano naszą ludność. Tanie mięso armatnie zawsze się przyda (dokładnie to się dzieje teraz z okupowanymi terenami na Ukrainie - obywatelstwo i oooo masz nieuregulowaną służbę, zapraszamy na front).
Przyszły Generał Stanisław Maczek i przyszły Feldmarszałek Erwin Rommel walczący po jednej stronie... i potem 1944 walczący przeciwko sobie po lądowaniu Aliantów w Normandii... mówić kolokwialnie: "kosmos". 
Niesamowita wycieczka śladami tragicznej historii Europy, ale także naszej walki o niepodległość. 
Kompletnie inna wyprawa od poprzednich alpejskich wycieczek, ale naprawdę, naprawdę "mocna", zwłaszcza dla kogoś tak głęboko siedzącego w historii XX wieku jak ja. 
A na koniec egzotyka... roślinność już iście południowa  gdy docieramy nad wybrzeża Adriatyku. 

Koniec "Trzeciej Jugosławii", powstanie niepodległych Republik, "kocioł bałkański lat 90-tych"

Ruszamy za szlakami POT MIRA

Upamiętnienie Wojny Światowej

Zachowane konstrukcje okopów

Obce nosili mundury...

A część osób mówi, że nie interesują się historią czy polityką... tylko czasem one zainteresuje się nimi. 
Fortyfikacje

Dolina Soczy

Wjeżdżamy na chwilę do Włoch!

Kolejny element dawnych czasów - most wzniesiony po IIWW przez wojska brytyjskie. Stoi do dziś i jest głównym mostem we wsi... historia. 

Muzeum POT MIRA

Poszukajcie sobie co to jest :) ambitne zadanie ale warto!

"Bands of skeletons is playing, don't act like you do not know the tune...dance while the sky crushes down" (całość TUTAJ


ZŁOTORÓG kolejny ślad !!!

W stronę morza

Nie obędzie się bez podjazdów

Widokowo

Uphill battle in 3, 2, 1... 

Jest i morze

Szczyt za szczytem czyli nie hamujemy dla nikogo

Do tego te rowery zostały stworzone!

Przeczytajcie... tutaj obyło się bez wojny domowej, która rozszarpała Jugosławię 
"...Ty uchodzisz w agoń, sjestra maja, Jugoslavia" (całość TUTAJ)


Ostatnie kilometry przed Adriatykiem, ale o tym już może w ostatnim odcinku serii "Kryptonim: ZŁOTORÓG"



Kategoria SFA, Wycieczka

Forsując masyw Kolovratu

  • DST 82.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 4 września 2025 | dodano: 15.10.2025

Misja w kraju byłej Jugosławii. Kryptonim: ZŁOTORÓG. Odcinek 5.

Cisza. Jeszcze chwilę temu akcja działa się niemal z prędkością światła, a teraz w uszach dzwoni nam złowieszcza, niemal absolutna cisza. Zamykam oczy i staram się ukoić zszargane nerwy. Tak jak uczono nas w akademii, dawno temu, lata przed naszą pierwszą misją... głęboki wdech, długo prowadzony wydech. Trzeba uspokoić akcje serca. Zamykam oczy i raz jeszcze przeżywam ostatnie godziny. Najpierw atak na białe ściany Mangartu, gdzie przy każdym kroku po nogami kruszyły się nam wapienne skały, a żelazna lina ferrary wpadała w wibracje przy każdym jej mocniejszym obciążeniu. Wspinaczka i mozolne zdobywanie wysokości... - lecz nagle! JEST, kilkusekundowy kontakt wzrokowy z Rogozłotym, mamy Cię!... a potem rozpętało się piekło. Nie wiem skąd się wzięli, pojawili się niemal znikąd. Siepacze Złotoroga. Uzbrojeni po zęby i zahartowani w walkach górskich podczas wojny domowej w Jugosławii. To co się wydarzyło chwilę później, to już nie była kurtuazyjna wymiana ognia między służbami, to była regularna bitwa. Mieli przewagę w ludziach i sprzęcie... mieli wsparcie z powietrza (jakiś dron ciągle nad nami latał). Ledwie udało nam się wycofać z via ferraty Mangartu, bo byliśmy na niej "jak na widelcu", bez osłony, przyciśnięci ogniem... odskoczyliśmy w skały, ale rogozłote oddziały nie odpuszczały... ruszyli za nami. Górska droga, zakręty, przepaście, granica z Włochami, szalony pościg i strzały... (filmik z tej akcji macie tutaj).
Dobrze, że też mieliśmy trochę "sprzętu" ze sobą. W krytycznym momencie udało się puścić krótką celną serię... a potem już tylko pisk hamulców i ten huk auta rozrywanego przez skały. Później cisza... tylko nasze oddechy i próba odzyskania spokoju. Było blisko. Prawie nas pod tym Mangartem dorwali. Złotoróg niesamowicie to wykombinował... to była pułapka. Pułapka, z której uszliśmy jednak z życiem. Ledwie, ale się udało.
Otrząsam się z letargu i kilkoma skokami, w dół po skałach, docieram do tlącego się wraku samochodu. Widok nie jest przyjemny - sponiewierało ich straszliwie, ale cóż... takie jest życie. Mogli do nas nie strzelać... albo strzelać celniej. Mocnym szarpnięciem otwieram zgniecione drzwi i wytarguję na zewnątrz ciała. 
- Co robisz? - rzuca do mnie Basia.
- Przesłuchuję go - odpowiadam
- I co Ci powie? Jestem martwy?
- Nie wiem dopóki nie spytam...
Szukam... w zasadzie to nie wiem czego, ale szukam... tylko broń i amunicja, żadnych dokumentów. Na mundurach także żadnych naszywek... ech znowu zielone ludziki.
Nagle dostrzegam na tylnym siedzeniu.. albo tym co z niego zostało, walizkę. Zamknięta na kluczyk, ale kto by się przejmował takimi szczegółami. Wyciągam noż i rozpruwam jej bok. W środku są jakieś dokumenty. Rzucam te papiery Basi
- Masz, przejrzyj to proszę. Ja sprawdzę czy znajdziemy jeszcze coś wartościowego.
- Scavenger z Ciebie... - wzdycha 
- Zawsze! Może mają jakieś cenne artefakty, item'y, może znajdziemy trochę golda albo eliksiry - śmieję się i kopię dalej po schowkach wraku. 
Basia przegląda dokumenty i nagle odrywa mnie od roboty zbieracza.
- Powinieneś na to spojrzeć...
Jej ton nie zwiastuje dobrych wieści. Wyczołguję się z wraku auta i biorę dokumenty, a w nich...
Nasze zdjęcia. Dużo naszych zdjęć. Zrobione w każdym hotelu w którym się zatrzymaliśmy. I nad jeziorem Bohinj... i nad Bled'em.
Tracki GPS naszych przejazdów... grubo. Złotoróg wie o nas więcej niż się spodziewaliśmy. Jesteśmy obserwowani... ten Mangart to zatem ewidentnie była pułapka. Czekali na nas.
- Musimy zmienić miejsce pobytu - mówi Basia - Natychmiast. Jestem przekonana, że jeśli tego nie zrobimy to dziś w nocy odwiedzi nas jeszcze kilku siepaczy...
- Albo artyleria i powiedzą, że wybuch gazu... ch*j, że wszystko w hotelu jest na prąd, potrzeby wybuch gazu to będzie wybuch gazu. Masz rację. Alpy Julijskie są pewnie już całe obstawione agentami Rogozłotego.  
Basia otwiera mapę i mówi...
- KOLOVRAT. Przebijmy się, przez ten masyw. Potem szosą na KRAS, krainę winnic... w stronę Adriatyku. 
- Czy to jest ten moment, w którym to my zaczynamy uciekać, a nie gonić?
- Nad Adriatykiem znajduję się także jedna z rezydencji Złotoroga. Pod Mangartem robił tylko za przynętę.
- Robił za przynętę i prawie go dorwaliśmy... 
- Tak, zakładam zatem, że nawet jeśli teraz będziemy mieć liczniejsze towarzystwo, to Rogozłoty jednak się trochę przeliczył. Mało brakło aby Im ta zasadzka kompletnie nie wyszła. Zakładam, że będzie wolał przyglądać się temu teraz z daleka. W końcu my stoimy, oni leżą. Chyba miało być trochę inaczej w jego planie. Na jego miejscu, nie ryzykowałabym drugi raz podejścia tak blisko. 
- Czyli twierdzisz, że Alpy zaroją się od jego ludzi, a On sam będzie to wszystko obserwował z daleka...
- Hipoteza, ale i tak zostanie tutaj ściągnie na nas tylko uwagę... i ogień. 
- Zgadzam się. Jest tylko jeden problem... Masyw Kolovratu. To jeszcze mamy na mapie, ale potem biała plama. Nie znamy tych terenów. "Tam kończy się mapa, tam...
- Wiem, "...mieszkają potwory" - dokończyła Basia - ale nie gorsze niż te, co zaraz przyjdą tutaj po nas. Załatwimy mapę po drodze, coś się skombinuje od lokalnej ludności.
Patrzę na końcówkę naszej mapy... jej południowy kraniec. Kolovrat. Ponad 1200m. W porównaniu z Alpami, które mają ponad 2000 a czasem ponad 2500m, nie robi imponującego wrażenia. 
- 1200m, to nie będzie jakiś hardcore, tam się przeprawić - mówię
- Spójrz na wysokość na jakiej jest miejscowość.
Patrzę i aż mnie zatyka...
- Ile? - pytam
- Tak, 209m... - odpowiada Basia
- To będzie zatem 1000m ciągłego podjazdu! 
- Dziś mieliśmy 1800m...
- No dobra, trzeba zatem ruszać. 
Zaczyna się nasza ucieczka na KRAS... ucieczka z Alp... przez Masyw Kolovratu... zwłaszcza, że wieczorem mamy spotkać się na kolacji z DJ'em i dostać nowe wytyczne z centrali.
Dobrzy są, już wiedzą co się odwaliło pod Mangartem. Ciekawe czy znowu każą mi rozliczyć się z ilości łusek... biurokracja, nawet na wojnie :P  
Ten ostry to bezsamogłoskowy (KRN 2244m) 

Zostawiamy Alpy za sobą

Przedzieramy się przez lasy...

...i tajne skalne przejścia, przez wodę po kolana :P

W kierunku KOLOVRATU

Piękna droga prowadzi pod...

KOZJAK wodospad!! 

Podjazd pod KOLOVRAT ma... 

...no właśnie

Śladami historii... partyzantka na Bałkanach była niesamowita. Można poczytać, ogólnie o Bałkanach podczas IIWW

Agenci Rogozłotego nas obserwują

Wydostaliśmy się z doliny... bez kitu, 1000m ciągłego podjazdu. Srogo 

Okopy z IWW, wykute w skałach. Front włoski, Monte Colowrat...

Dzisiaj mamy nowy rozdział...

...ale wtedy, w IWW odbyły się tutaj 12 krwawych bitew o Dolinę Soczy (front przebiegał, także zimą na ponad 2000m npm)

Sprawdźcie nawet prosty wpis na Wiki (tutaj), acz więcej o tym pewnie w kolejnym rozdziale... bo znaleźliśmy dużo polskich śladów na tym froncie. 

Republica Italii nas wita

Prowadzi nas zarówno Alpe Adria jak i Droga Pokoju (Pot Miru)

Pachnie zasadzką Rogozłotego... 

Jako, że wieczorem umówiona była uroczysta kolacja, to dzisiaj nie będzie jazdy po nocy, ale powiem Wam że czuliśmy się jak na rajdzie... trzeba zdążyć na metę na 19:00, a po drodze sporo punktów kontrolnych było i teraz lecimy "finish" po pagórach. 30 km finiszu "stokówkami" (na 400 - 600m npm) - naprawdę rajdowo!

Pagór za pagórem, a do "bazy" nadal ponad 20 km!!



Kategoria SFA, Wycieczka

Białe ściany Mangartu

  • DST 69.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 3 września 2025 | dodano: 16.09.2025

Neutralizacja bojowej stacji pogodowej Złotoroga zakończyła się pełnym sukcesem. Szykuj talary Złotorogi, bo czeka Cię kosztowny przegląd infrastruktury. Niemniej taki cyber-atak na jej serwer na pewno przyciągnie do nas uwagę służb i obawiam się, że sytuacja stanie się napięta jak plandeka na żuku... Trzeba zatem wdrożyć działania maskujące i pozorowane, aby podrzucić im kilka fałszywych tropów. Zakładamy, że Złotoróg jeszcze nas nie zidentyfikował - w znaczeniu bezpośrednio nas - jako agentów, ale na pewno już wie, że operujemy w rowerowej grupie turystycznej. Nie bez powodu to właśnie ta grupa została obłożona wczoraj pogodową artylerią (nie ma to jak Grad... zwłaszcza GRAD BM-21) . Każde nasze oddzielenie się od grupy nie ujdzie uwadze siepaczom Rogozłotego... trzeba zatem zastosować pewną dywersję i samodzielnie rozbić grupę na bataliony i drużyny, tak aby nasze oddzielenie stało się jednym z takich poddziałów.      
W tym celu sięgamy po sprawdzone techniki perswazji i wywierania wpływu... zwłaszcza, że dzisiaj w planie jest wyjazd na 2000m npm. Przed nami stają bowiem białe ściany Mangartu (2679) - morderczy podjazd, który ciągiem będzie miał 1600m przewyższenia. Najpierw 800m w górę, potem lekkie wypłaszczenie i drugie ostrzejsze 800m up. Podjazd z cyklu: "każdy umiera w samotności". 

DYWERSJA!!!

Rzucamy wyzwanie elektrykom:
- te wasze silniki to chyba nie poradzą sobie z tą ścianą, nie chcę zapeszać ale sądzę, że nie dadzą rady. 
Rzucamy wyzwanie gravel'om:
- elektryki dziś słabo doładowane, były przerwy w dostawie energii nocą - jak dobrze zatem przyciśniecie, to są wasi! Połkniecie ich, ale musicie napierać!
Rzucamy wyzwanie harpaganom:
- dacie się przegonić gravel'om? Osłabną na takim podjeździe, gwarantuję, to wasza szansa: ścigniecie ich dzisiaj. Czuję to, zaufajcie nam. 


Taktyka zadziałała. Na masakra podjeździe pod Mangart cała grupa bardzo mocno się rozciągnie. W zasadzie podzieli na kilka różnych grupek, z których każda będzie jechać w innym tempie. Pozwoli nam to ukryć nasze działania. Będziemy wyglądać jak jedna z takich grupek, nie przyciągając uwagi do naszych poczynań. Elektryki to na 2000m npm będą w dwie godziny... już o 11:00 i zaczną zjeżdżać. To jeszcze bardziej utrudni służbom Złotoroga identyfikację, bo będziemy się tymi grupami mijać - jedni nadal w górę, inni już w dół, jeszcze inni gdzieś właśnie mają postój. Idealnie nas to ukryje przed zbyt ciekawskim wzrokiem służb.  
Dodatkowo drugą dywersją będzie podstawiona ekipa filmowa, niby kręcąca reklamę samochodu na drodze między Słowenią a Włochami. Latające drony, sztuczny dym, przejazdy sportowych samochodów i samochodów z stelażami i kamerami, czasowe zamykanie drogi, które dodatkowo sprawi że potworzą się małe oczekujące na przejazd grupki - idealnie. Bardzo skutecznie wtopimy się w tłum i będziemy mogli sprawdzić wszelakie zakamarki w okolicy drogi pod Mangart.
- Cmentarz wojenny z Pierwszej Wojny Światowej
- Sztolnie i kawerny imienia Cesarza Franciszka Józefa
- Wodospad Katedra
- Wodospad Parabola
- granica włoska i via ferrata na Mangart
- Fort z wojen napoleońskich - tzw. śpiący lew
- fort Hermana 

Jak na dzień, w którym krąg podejrzanych zaczynał się właśnie zaciskać wokół nas, to udało się nam - bez wykrycia - sprawdzić niesamowitą liczbę śladów i miejscówek.

Natomiast sama droga to 6h ciągłego podjazdu, niezliczona liczba zakrętów (nie tak jak wczoraj, gdy każdy miał swój numer) oraz 5 tuneli do pokonania. Na końcu oficjalnego traktu wkraczamy na zakazaną drogę... szosa jest zamknięta ze względu na obryw skalny, ale nasze maszyny dają radę! Przeprawiały się już nieraz przez gorsze rzeczy. Pojedziemy zatem dalej, aż do końca utwardzonego traktu. Tam musimy porzucić rowery i resztę drogi robimy z buta. Atakujemy białą ścianę Mangartu aż do początku via ferraty.
Samej ferraty nie zrobimy - nie mamy sprzętu (jesteśmy na rowerach w końcu), nie mamy dziś górskich butów (jesteśmy na rowerach przecież!), ale póki droga pozwala, to będziemy piąć się w górę. Celem jest chociaż "dotknąć" via ferraty, co sprawia że wyjdziemy na ponad 2200m.     

Wracając skręcimy w stronę Włoch oraz natkniemy się na rannego, "śpiącego lwa".
Ostatnim tchem przed śmiercią zdradzi nam krytyczne informacje o Złotorogu. Mangart to rzeczywiście jedna z jego baza, ale ciągle jesteśmy dwa-trzy kroki za naszym celem... Złotoróg dowiedziawszy się o tym, iż jest przez nas poszukiwany, zaszył się w swojej kryjówce awaryjnej w paśmie Kolovratu, ale o tym już w następnej części.
Tymczasem zapraszam pod białe ściany Mangartu!    

Znowu ruszamy w teren! 

Coś mi mówi, że będzie dziś ostro...

Pomnik z pierwszej wojny - front na 2000 metrów, zwłaszcza zimą to musiało być piekło na ziemi... 

Kawerny

Kolejne układy przelewowe

Piechota morska Złotoroga - dobrze, że huk wodospadu zagłuszył wymianę ognia, bo by nas zdemaskowano. Ciała leżą w wodnym grobie... nie sądzę, aby ktoś je znalazł :P
Wodospad KATEDRA

Wodospad PARABOLA
Ruszamy dalej

Dywersja Automotive mode - nie wiem czemu, ale jak patrzę na to zdjęcie to widzę TO. W sumie pasuje do narracji o zleceniu na Złotoroga - są góry, są Włochy, są piękne auta :)

Rypiemy pod górę

Srogo pod górę... 

Przez tunele!

Zakręt za zakrętem

Jest pięknie

Droga wydaje się nie mieć końca...

"Then it comes to be that this soothing light at the end of your tunnel, it's just a FRAIGHT TRAIN coming your way..." (całość TUTAJ)

"Hill after hill, breaking their lines of defense... our march carries on, no army can stop our approach" (całość TUTAJ

Pod obrywem skalnym

"On the road that will lead us to ROME... Head on north!! " czyli w kierunku Włoch

Duch i Mrok :)

Białe ściany Mangartu !!!

Minęło około 6 godzin od startu, jaka piękna i biała ściana Mangartu !!! mam ochotę śpiewać na tą pojebaną melodię TUTAJ :D 

No zacnie!

Teraz już z buta

Na granicy, ale nasze słupki są ładniejsze :P

Kierunek MANGART

Dotknąć VIA FERRATĘ

Nasza droga i Pan Mangart

Nasza droga widok z góry

Zjeżdżamy

"Black sheep, black sheep, have you any wool? Yes, Sir, yes, Sir, three bag's full, one for my Master" (czyli zaopatrzenie Złotoroga! Wiedziałem! - TUTAJ)

"...a Lion sleeps tonight?" (klasyka TUTAJ)

A tak serio, to niesamowite upamiętnienie bitwy... piękne

Znowu na granicy - L'italiano :D 

Szlak, SZLAK !!! do fortu Hermana

Wąską ścieżką nad przepaścią

Fort Hermana

Zawsze jak wchodzę w takie miejsca to się zastanawiam czy trzeba będzie tłuc rogacizną... może warto wrzucić najpierw ze dwa granaty, aby trochę zniechęcić rogatych... 


Kategoria SFA, Wycieczka

Ruski ślad prowadzi do źródeł Soczy...

  • DST 68.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 2 września 2025 | dodano: 11.09.2025

Misja w kraju byłej Jugosławii, Kryptonim: ZŁOTORÓG. Odcinek 3

Nasze podejrzenie zamienia się w stuprocentową pewność - Złotoróg wie o naszej obecności. Wczoraj w dolinie nad Planicą prawie udało nam się go dorwać, ale wymknał się w ostatniej chwili. Cholera, teraz na pewno będzie ostrożniejszy, co sprawi że jeszcze ciężej będzie nam go wytropić. Spodziewamy się fałszywych tropów oraz podstawionych (dez)informatorów. 
Co więcej Złotoróg, świadom już naszej obecności, zaczyna czynnie przeciwdziałać naszej operacji. Uruchomił już swoją specjalną, bojową stację pogodową, która ma za zadanie utrudnić nam poszukiwania. Zaczęła ona napierać... i zalewają nas strugi deszczu. Będzie gorzej, bo musimy jechać na ponad 1500m n.p.m, a to oznacza, że zacznie także chłostać nas zimno i sromota :P  
Informacje przekazane przez grupę OVC wskazują na pewien "ruski" ślad w kontekście naszych poszukiwań. Nie mamy pewności czy trop jest prawdziwy, ale przy braku innych informacji pozostaje nam reagować na otrzymane dane - nie mamy możliwości zaplanowania większej operacji w terenie na podstawie wskazówek otrzymanych z wyprzedzeniem. Musimy działać na bieżąco. Sprawa ewidentnie się komplikuje... ale nie pozostaje nic innego jak podążyć tym tropem. Przed nami tzw. RUSKA DROGA... mam nadzieję, że przy takich obrocie spraw, nie natrafimy na miłośników niemieckiej muzyki klasycznej. Ostatnim razem w Syrii trzeba było sięgnąć po mocniejsze argumenty aby w końcu odpuścili (relacja TUTAJ).
Na pierwszy ślad, czyli potwierdzenie że otrzymane informacje są wiarygodne, trafiamy tuż za Kranjską Górą. Miejsce kultu!!!  Złotoróg ewidentnie tutaj bywa i ma swoich wyznawców. OVC dobrze nas zatem naprowadziły - ruszamy wspomnianą RUSKĄ DROGĄ na przełęcz Vrsić. Leje, naprawdę leje... a nas czeka podjazd przez 24 serpentyny. Srogo. To jest kilka kilometrów ciągłego podjazdu, duża liczba przewyższeń do zrobienia. Wspinamy się zatem mozolnie, zakręt za zakrętem. Na jednym z wirażu odkrywamy tzw. RUSKĄ KAPILCĘ - udaje nam się dostać do akt opisujących to miejsce (macie je TUTAJ).
Historia tego miejsca sięga wielkiej wojny zwanej światową... nikt jeszcze wtedy nie podejrzewał, że będzie to zaledwie "pierwsza" światowa. No chyba, że Ferdynand... On o Traktacie Wersalskim powiedział "to nie pokój, to zawieszenie broni na 20 lat". I k***a, miał rację... warto czasem posłuchać mądrych ludzi... 
Wspinamy się wciąż wyżej i wyżej w deszczu. Złotoróg się rozkręca - jego stacja pogodowa zaczyna srogo nawalać, ale jesteśmy dobrze przygotowani na taki warun. Hydrofobowe warstwy kewlaru i nomex.. eee... goretex'u, goretex'u oczywiście chronią nas przed najgorszym. Łykamy 24 serpentyny, nie jest łatwo ale jakoś "wchodzą" i jesteśmy na ponad 1600m (od ostatniej serpentyny do przełęczy jest nadal pod górę - tyle że już bez zakrętów :P).
Mgły przewalają się przez góry, jest pięknie ale nie jesteśmy tu przecież dla przyjemności, mamy robotę - rozkładamy stanowisko z optyką taktyczną i przechodzimy do obserwacji. Włączam tryb termowizyjny i wypatruję ukrywającego się Złotoroga (nie wierzycie, że mamy taki sprzęt? To obczajcie TO lub TO)  
Ślad prowadzi dalej - szalonym zjazdem przez serpentyny po drugiej stronie przełęczy. Po drodze udaje nam się odnaleźć skitraną miejscówkę Złotego - tunel wydrążony w górze. Sprytne, ale udało się ją wyczaić. Depczemy Ci po kopytach, Rogozłoty :P 

Hint operacyjny dla innych agentów. Zawsze warto zaciągnąć informacji u źródła, dlatego na nasz radar wpadają źródła Soczy.
Ścieżka do nich to będzie hardcore - prawie via ferrata !!!, czyli średniej trudności droga rowerowa :D
Uważajcie tylko aby kierownica Was nie odepchnęła za bardzo od ściany, bo można glebnąć w dół i złamać sobie jakaś ważną kość... np. podstawę czaszki... 
Niesamowity trakt i niesamowite miejsce. Zobaczcie na zdjęcia poniżej!
Tymczasem zaczyna mnie ten deszcz irytować - dzwonię do Agenta J. 
- Da się coś z tą stacją Złotorogiego zrobić? Napiera jak ruscy na Berlin w 45-tym i zaczyna nas to już trochę drażnić. Z-hack'ujcie to jakoś!
- Zobaczymy co da się zrobić, trzymajcie się tam. Uruchamiam departament "Cyber" i chłopaki spróbują...  ale "forteca, klasyka - potrójna ściana ognia". 
A próbowałeś emacsem przez sendmail? - pytam
No i powiem Wam, że spróbowali. Piękną robotę odwalili --> "zdjęli" główny serwer stacji i deszcz się skończył. Rogotzłoty musi być wściekły, ale wychodzi piękne słońce!
Cyber-ekipa wykonała lepszy atak DDoS niż ja kiedyś na Pocztę Polską, gdy wysłałem dwie paczki równolegle... 

Obstawiamy zatem, że teraz może nastąpić PRZEŁOM w naszych poszukiwaniach i tak też się dzieje - trafiamy na Mały i Wielki Przełom Rzeki Soczy. Powiem Wam tak - coś pięknego! 
Rowery przypięliśmy do stalowych lin jednego z mostów i poszliśmy na pieszy patrol po okolicy.  
Kolejne tropy prowadziły do Wodnego Gaju czyli królestwa małych wodospadów i różnego rodzaju układów przelewowych. Znowu zeszło nam ze 45 minut na pieszej eksploracji!
Zwłaszcza, że natrafiamy także na tablice informacyjnie o tzw. froncie włoskim (przeciw wojskom austro-węgierskim) podczas IWW z dokładnie rozrysowanymi liniami frontów !!! 
12 bitew o Dolinę Soczy, straty włoskie przekraczające milion, a austro-węgierskie ponad pół milion... dolina ta spłynęła krwią (także polską, ale o tym w innym odcinku), okopy na wysokości 2000 metrów, artyleria wyzwalająca lawiny aby "zmieść" wojska wroga... linia frontu na wysokości 2200m... przeraża i fascynuje jednocześnie...

Nadszedł czas decyzji czy wracać na track, którym pojechała nasza grupa czy zaryzykować i spenetrować jeszcze cała dolinę nad Wodnym Gajem.
Postanawiamy podjąć ryzyko, może grupa nie odnotuje naszej nieobecności - meldujemy się DJ'owi, że zostajemy w terenie do nocy i ruszamy pod górę... kolejne srogie przewyższenia wchodzą. Ślady prowadzą wciąż wyżej i wyżej... ale tam odkrywamy kolejny kult Złotoroga. Czuję, że jesteśmy blisko.
Pod schroniskiem znowu spinamy rowery i z buta szlakiem pieszym do góry - na kolejny wodospad i tutaj Rogotzłoty nas zrobił po prostu na szaro.
"Na wodospad" wprawdzie dotarliśmy, ale ukrył przed nami znak "Koniec pota" (koniec drogi) i będąc przekonani, że nad nami znajdziemy jeszcze jedną platformę widokową, zaczęliśmy wspinać się zanikającą ścieżką bardzo stromym zboczem. W pewnym momencie ścieżka zanika zupełnie, a my wspinamy się już niemal na czworakach między drzewami... 

"To moja droga z piekła do piekła
Z wolna zapada nade mną mrok
Więc biesów szpaler szlak mi oświetla
Bo w siódmy krąg kieruję krok..." (całość 
TUTAJ)

Może nie biesów szpaler ale czołówka już tak, bo dzień się kończy i rzeczywiście zapada zmrok.... a my w lesie, na jakimś zboczu. Jak co weekend, nie?... no ale mamy tu robotę! 
Coś nam nie pasuje, bo mamy wrażenie że zaczynamy oddalać się od wodospadu. Szybka analiza terenu i mamy potwierdzenie, zgubiliśmy ślad... około 15 min będziemy schodzić to co właśnie bezsensu podeszliśmy. Schodząc znajdziemy przegapiony przez nas kamień z napisem "koniec drogi:.
No szkolny błąd, zgubiliśmy się, ale z drugiej strony wyszło też doświadczenie w rajdów, że coś jest nie tak i zrobiliśmy korektę w nawigacji... cieszyć się czy wstydzić, ciężko powiedzieć...Wtopa nawigacyjna konkretna ale i rozsądna korekta, takie mocne 6 na 10 :D

"When to stop and when to go,
These are things you have to know,
When to start, when to break
Choices that you have to make...
Get to know your navigation,
handle every situation!"
(całość TUTAJ

Wracamy do maszyn - wygrałeś tą bitwę Złotorogi, zgubiłeś nas na tej skalnej ścianie... zmusiłeś do odwrotu, ale to jeszcze nie koniec.
Już na lampkach zjedziemy do miejsca dyslokacji naszej grupy. 
Mamy nadzieję, że nikt nie zauważył naszej nieobecności... acz dzisiaj była długa i mogło to zostać wykryte. Trzeba na jutro przygotować jakaś zasłonę dymną... dywersję, aby nas nie zdemaskowanego. Zwłaszcza, że wpadły nam właśnie nowe wskazówki od Agentki D... przed nami bowiem staną Białe Ściany Mangartu!
A w nogach mamy coraz więcej kilometrów i przewyższeń... 

Rogozłoty Pan Mgieł :)

Zaczynamy :)

Ruska Kaplica

Wspinamy się w deszczu

Ale ma to swój klimat

Kończymy :P

Na przełęczy

Kryjówka Złotoroga!

Lucyfer czyli niosący światło

Ssssssss...serpent :) 

Niesamowity klimat

Jak to było: "trochę trudniejsza, terenowa ścieżka do źródeł Soczy"

NO SROGO !!!



"...im więcej tej wody, tym się głębiej potoczy, sama biorąc na siebie cień zboczy... ale jest ciągle rzeka na dnie tej rozpadliny, jest i będzie, będzie jak była bo źródło, źródło wciąż bije" (klasyka mistrza Jacka - TUTAJ)

Po jasnej stronie gór !!!

Pięknie

WOW !!!

BOSKO !!!

Szkodnik się wspina!

Like a boss :)

Przełom !!


Wodny Gaj 

Wodny Gaj 2

W górę doliny - my nie umiemy po tracku :D

W dolinie

Kult ZŁOTOROGA !!!

I jego kulturyści - czyli ludzie uprawiający ten kult

Zachód słońca - wiecie jak my je kochamy 

"Nothing is ever as we expect
They keep asking me where I go next
All we're chasing is a sunset... if there is a moment when it's perfect... as a sun goes down"
(całość TUTAJ)

Kontemplując wieczorne mgły :)


DZIEŃ TRZECI:

68 km, 1745m up -- Ruska Droga, Ruska Kaplica, Przełęcz Vrsić, Przełom Soczy, Sunikov Wodny Gaj, Schronisko Dom dr Klementa Juga.


Kategoria SFA, Wycieczka