aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

Wpisy archiwalne w miesiącu

Czerwiec, 2024

Dystans całkowity:612.00 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Liczba aktywności:3
Średnio na aktywność:204.00 km
Więcej statystyk

Warszawa Zachodnia - Kraków Wawel (Smok)

  • DST 482.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 21 czerwca 2024 | dodano: 01.07.2024

czyli przejazd rowerem z Warszawy do Krakowa w wariancie czarnym, tym razem nie-do-końca  planowanym, ale wiecie jak jest - to nam się po prostu przytrafia. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Zapraszam na opowieść o drodze i walce. Walce z wieloma przeciwnościami losu, czasami o oceanie frustracji, koszmarnym zmęczeniu... ale i o ogromnej, wspaniałej przygodzie, gdy liczy się tylko pęd powietrza i uciekająca pod kołami droga. Opowieść o tym, że to właśnie "droga jest celem", historia o długim powrocie do domu przez wszelakie trudy i znoje.

"WARSZAWA: GENEZA" czyli Warszawa ma swój początek na... Podhalu!
Do tej pory tylko dwa razy złamaliśmy barierę 300 km podczas pojedynczej wyprawy. Naszym rekordem było zrobienie trasy Kraków - Częstochowa (tam: pieszym, czerwonym Szlakiem Orlich Gniazd, powrót: pieszym, niebieskim Szlakiem Warowni Jurajskich), gdzie złamaliśmy barierę 300 km. Potrzebowaliśmy na to 44 godzin, bo wyszło także około 4000 przewyższeń. 
Za drugiem razem był to Grassor 444 w Podlaskiem, w czasach gdy nasza wschodnia granica była mniej problematyczna niż obecnie...
Trzeci raz było prawie (282 km) to nasze tegoroczny SZLAK PIEKIELNY w długi weekend z Bożym Ciałem.
Nie chodzi tutaj o fetyszyzowanie liczby 300, bo niektóre nasze wyrypy, gdy zrobiliśmy 160 czy 200 km też były niesamowite, ale jednak gdy "pękają" takie liczby, to jest w tym pewna magia. Gdy spędzicie więcej niż 24h w terenie, gdy sprawdzicie czy dacie radę przetrwać długodystansowy, długi (pod kątem czasu trwania) rajd. To nie są tylko piękne momenty odkrywania nieznanych terenów, to także często zmęczenie, frustracja, zniechęcenie, chęć poddania się i zejścia z trasy - to kuźnia charakteru, ale i kapitalny sposób "zwiedzania". 
Pisząc relację z naszego tegorocznego 282-kilometrowego przejazdu SZLAKIEM PIEKIELNYM, napisałem Wam, że była to "wyrypa zastępcza" i powiedziałem, że nie zdradzę co planujemy. Zmieniłem jednak zdanie, bo bez pewnego kontekstu nie do końca będzie wiadomo, skąd takie a nie inne decyzje w naszym wykonaniu... można też powiedzieć, że napiszę bo przelała się pewna czara goryczy. Aż się prosi dodać "k***a". No prosi się, więc jeszcze raz: "przelała się pewna czara goryczy KU***A!" 
Otóż od lat planujemy objazd Tatr, ale nie tak jak zrobiło to już wielu "szosowców". Nie, absolutnie nie - my chcemy szlakami. Rowerowymi, ale także i pieszymi - tymi legalnymi dla rowerów.
Zwykle jak ludzie objeżdżają Tatry to robią grubo ponad 200 km i około 3500m przewyższeń (są różne warianty). Nasz plan to około 175-180 km (o ile nie walnęliśmy się w liczeniu) oraz jakieś 7000m przewyższeń. Nie będę podawał wszystkich szczegółów - dowiecie się w swoim czasie - ale aby dać Wam pewien obraz, to powiem tak: Skoruszyna (1314m), Magura Witowska (1232m) - czaicie już bazę? A jakbyście chcieli objazd Czorsztyna (tak ścieżka Velo jest piękna, ale pamiętajcie, że wariant czarny to Żar, Grandeus i Lubań z Przełęczą Knurowską :P)
No i liczba podejść do tego "projektu" zaczyna mnie pomału przerastać...
Jedziemy w 2021! A nie czekaj, obostrzenia sanitarne COVID i brak wstępu na Słowację...
Jedziemy w 2022! A nie czekaj, Basia ma operację kolana...
(pamiętajcie, że trzeba wrócić do formy przed taką wyprawą, więc połowa 2023 będzie spalona...)
A nie czekaj! Co tam forma. Przecież rok 2023 to moja operacja "śruba w kolanie"...
Rok 2024 (część pierwsza...) jesteśmy gotowi! Prognozy pogodny: będzie wodny armagedon... pojechaliśmy wyrypę zastępczą czyli wspomniany Szlak Piekielny.
Wątek równoległy: no właśnie, tutaj mamy drugi nurt zdarzeń, bo Tatry Tatrami, ale równolegle zaczynamy realizować plany innych wyryp pod zbiorczą nazwą "Polskie miasta".
Pociąg DO, powrót rowerem. Muszę przyznać, że to pomysł mojej Żony (Mała, mówiłem Ci już, że jesteś niesamowita? Nie? No to kiedyś na pewno Ci powiem :D :D D:), który siadł mi zacnie na serduchu, bardzo zacnie. Gdzieś tam w głowie kołacze mi się... PRZEMYŚL dobrze tą propozycję... ale Basia mówi, no PRZEMYŚL, PRZEMYŚL ale może przemyśl także Warszawę, Opole, Wrocław, Sandomierz. Oszalałem! OSZALAŁEM! Jesteś genialna!
Powiem Wam, że jak usłyszałem Warszawa... to jak zaczarowany. Ale by było kosmicznie... kiedyś trzeba będzie to zaplanować...   
Wątki się przeplatają: no więc bierzemy dzień urlopu na piątek, bo zapowiadają piękny weekend. Pakujemy się w Tatry, a tu w czwartek rano prognozy się zmieniają i ma lać. Jak odbieram SMS'a od Basi, z wklejonymi meteorogrami o treści "Widziałeś?", to chce mi się wyć... Dlaczego! Po raz piąty! Naprawdę? K***a... 
Ma lać... i nie chodzi o to, że będzie burza (to lato, burze sobie chodzą... ostatnio to nawet jakoś bardzo agresywnie chodzą), ale ponoć ma lać przez sporą część dnia (piątku). Oczywiście nie wiadomo czy prognoza się sprawdzi, ale wiecie - TATRY TO MA BYĆ KLEJNOT W KORONIE. Ma być pięknie (zdjęcia!). To nie ma być przejechanie dla samego przejechania, to ma być uczta dla zmysłów... i poniewierka, upodlenie dla ciała... "Chodzi przede wszystkim o to, aby mieć dobrą pogodę". Ech, ostatnim razem jak tak powiedział pewien malarz na tzw. Big-Room-Planningu, to upadła Francja... w maju /czerwcu 1940-tego...
Rozsądniej będzie zatem przełożyć... serce mi się łamie... czytaj rzucam mięsem... otwieram po prostu masarnie.
Zastanawiamy się czy nie odwołać urlopu i jechać na jakaś wycieczkę w sobotę (weekend ma być już ładny...). Cholera, szkoda... nie tylko Tatr (tego to k***wsko szkoda), ale i całej wyprawy. Już się nastawiliśmy na długą jazdę... Sprawdzamy raz jeszcze pogodę na piątek. No najładniej, w zasadzie czysto, ma być w środkowej części kraju... hmmm

Ja: - To co, ta Warszwa?
Basia: - Tak, na spontanie? Nie mamy w pełni jeszcze zaplanowanej trasy
Ja: Compass wydał ostatnio mapę "Południowe Okolice Warszawy" i mamy już ją. Raz byliśmy w lasach Otwocka, ładnie tam było - może zatem po prostu pojedziemy "przez zielone koło Otwocka, a potem przez zielone obok Radomia?"
Basia: No można spróbować, ale czy będą bilety na pociąg z dwoma rowerami? Tak z czwartku na piątek...?
Ja: Kopsnę się na dworzec wracając z biura. Zobaczymy.

"Wsiąść po pociągu byle jakiego,
nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet..." (całość TUTAJ)
No nie do końca. Pociąg to: IEC 144 "Hańcza"
Bagaż także jest zaopiekowany bo na taką wyprawę to plecaki mamy większe niż normalnie, a bilety...?
No były! Tak, z czwartku na piątek, o 17:30. Były!
Przemiła Pani w kasie mówi: "dwa na jutro do Warszawy na 4:50 z dwoma rowerami, no będą jeszcze"
Tutaj Wam powiem, że brak super-szczegółowo zaplanowanej trasy, taki spontan odbije nam się trochę czkawką w trasie:P
W sumie to będzie powodem przejazdu w wariancie czarnym... no ale znowu nie uprzedzajmy faktów, dajcie się ponieść opowieści
Trzeba się spróbować wyspać (uda się całe 4h...), spakować, nie ma czasu na bardzo dokładne planowanie - mamy plan taki "z grubsza", a Basia dodaje do tego planu kilka "punktów" do zobaczenia w Warszawie, bo przecież lata nie byliśmy tak aby zwiedzać stolicę... co może pójść nie tak, skoro czeka nas bardzo duża droga, a czasu będzie mało? :D :D :D
Jestem podniecony jak dziecko! Pierwszy raz cieszę się na wyjazd do Warszawy. Nie przepadam za naszą stolicą i nie chodzi mi o samo miasto, ale o ruch - dla mnie bycie kierowcą w W-wie to jest sport ekstremalny...
Do stolicy jeździłem głównie służbowo, więc to także nie pomaga... bo kiedy w rolach jakie sobie w pracy wybrałem jeździ się w delegacje? Po zjeby - to na pewno, rozwiązywać nierozwiązywalne przypadki - owszem, negocjować nie-wy-negocjowywalne - ano!, zapobiegać nieuniknionym wojnom i eskalacjom - no ba!
Tak więc jak mam jechać do Warszawy, to wiedzcie że "dobrze, to już było"... a dziś to się cieszę jak dziecko, że jedziemy. To jest trochę niedorzeczne, ale i bardzo miłe zarazem.
Budzik ustawiamy na 3:00 w nocy, a plecaki upchany do granic możliwości (samych map mamy pięć: Płd Okolice Way, Ziemię Radomską, Góry Świętokrzyskie, Ponidzie oraz Okolice Krakowa, a na takie wyprawy bierzemy wszystko - nawet drugi zestaw ubrań, jakbyśmy gdzieś przemokli i mówię tutaj w zasadzie o pełnym outfit'cie, nie mówiąc już o zapasach wody i jedzenia czy powerbank'ach, itp ) .
"Hańcza" rusza z Kraków - Głowny o 4:55, a ja mam ochotę powiedzieć nieśmiertelne "Here we go again".

"Jedzie pociąg z daleka,
na nikogo nie czeka,
konduktorze łaskawy..."
BYLE DO WARSZAWY
:D :D :D (parafraza Ryśka - TUTAJ)


W pociągu staramy się doprecyzować jak w zasadzie pojedziemy. Coś tam zaplanowane mam, ale tak jak pisałem zgrubnie - a znacie nas, chcemy lasami, szutrami i po fajnych miejscach, a nie "główną". Tu ogólnie zabawna historia, bo jak robiłem pierwszą przymiarkę do planu kilka dnia temu (nie wiedząc, że będę potrzebował tego planu "na już"!). Wrzuciłem na Google pytanie, a tu materiały od jakiegoś gościa: "JECHAŁEM odwrotnie - z Krakowa". Czytam. No więc pierwsze 80 km Pan walił krajową 7-mkę... i mówi, że nie jest źle, bo szerokie pobocze... Taaa... Panu już podziękujemy... inne trafienie: gość na gravel'u także drogami... cholera, nikt nie jechał przez lasy i pagóry, nikt nie łączył różnych szlaków? Naprawdę? Ja wiem, że to nie jest optymalne, ale naprawdę nikt...? Gravele... szutszaki. Boją się bagien i lasów :P
Niemniej wstępny plan zakładał:
- lasy Otwocka (główny czerwony szlak plus szlaki pomocnicze, a na koniec ruiny szpitala psychiatrycznego)
- potem żółtym i niebieskim szlakami dalej przez lasy na Osiek i Garwolin (może przy okazji ruiny "Szubienicy")
- poniżej jest prom Świerże Górne - Antionówka i wypadniemy w sercu Puszczy Kozienickiej
Ogólnie to mosty są problemem... na Wiśle mamy prawdziwy deficyt mostów poza miastami. Warszawa ma kilka, potem Góra Kalwaria, a potem dopiero Dęblin... no żesz.
Jak się spóźnimy na prom w Świerżach, a ostatni jest o 19:00 to wydłużymy wyprawę o jakieś 70 km... mamy 30 km do Dęblina, a potem powrót na "track" - owszem jakoś po skosie, ale na bidę wydłuży to przejazd o 70 km, jak nie więcej...
Hmmm 19:00... a do Świerży jest jakieś 80 km. Będziemy w Warszawie o 8:30... zdążymy lecąc lasami? Hmm... w lesie jak to w lesie, raz się jedzie, raz się niesie więc jakiś tam awaryjny plan mam. W sumie to nawet 3 takie plany... w tym ten nieszczęsny Dęblin, ale to jest upośledzony plan ratunkowy. Betonowe koło ratunkowe...
Szkodnik dodaje do listy atrakcji warszawskie miejscówki: Łazienki, parki, Syrenkę, stadion narodowy, itp... przecież to zajmie kilka minut, prawda :D ?
Już chyba wyczuwacie do czego zmierzam... tak, do katastrofy czasowej :D
Na razie jest jednak 8:30 i jesteśmy w W-awie. Na dworcu od razu spotkanie - wpadamy na "rajdową Izę", perfect timing jak to mówią. Chwila pogawędki i ruszamy w miasto. A ja zaczynam czuć "kotwicę" na mózgu - Warszawa, Warszawa, Warszawa... przypominają mi się chyba wszystkie piosenki dotyczące Warszawy. Cały dzień będę coś nucił - jechał i nucił.

"Na Jasnej, Kruczej i na Pańskiej
trąbi o tym sto aut...
… Prostak czy graf, z nami się baw
Z nami się baw I nie szczędź braw
Czego pan śpi, Obudź się i
My damy ci!
Revue


Cała Warszawa zobaczyć musi to
Jeszcze niejeden raz
Cała Warszawa zawoła nam Hallo
To zachwyciło nas..."  (
całość TUTAJ)

Lecimy w parki i zakamarki stolicy: Pola Mokotowskie, Park Ujazdowski i Łazienki, Bulwary, Syrenka, nowa kładka pieszo-rowerowa, stadion narodowy, Park Skaryszewski, Praga Południe, Goclaw i Wawer. A co będę pisał - niech polecą zdjęcia - oglądamy i śpiewamy :P
Jak ktoś nie umie, to niech po prostu drze ryja - permission granted :D

"W moich snach wciąż Warszawa,
pełna ulic, placów, drzew,
rzadko słyszysz tu brawa,
częściej to drwiący śmiech..."
(całość TUTAJ)

"Wielu zbrojnych tędy przeszło,
Sporo się przelało łez,
Lecz wracali tu z orkiestrą,
Bo zwycięstwo jedno jest... (...)
Jeszcze kurz nie opadł z drogi,
Jeszcze się czerwieni mak,
a już wpisał czas w historię
Tyle nowych dni i dat.
Wszystkie znane i wciąż bliskie,
Bo dotyczą przecież nas.
I tej NUTY CHOPINOWSKIEJ,
Która w sercach gra...
(całość TUTAJ)

"Gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świt
Już dziś wyruszaj ze mną tam
Zobaczysz jak przywita pięknie nas
Warszawski dzień..."
(całość TUTAJ)

"Gdy patrzę w twe oczy zmęczone jak moje,
to kocham to miasto zmęczone jak ja,
gdzie H*** i Stalin zrobili co swoje,
gdzie wiosna spaliną oddycha..." (całość,  TUTAJ ale bez "pełnego Adolfa" bo różnie dzisiaj algorytmy mogą to zinterpretować i będzie chryja :P)

"Jesteśmy z tamtej strony Wisły, z naprzciwka
mamy swój fason i swój własny fason
Gdy nam na wódkę brak lubimy popić piwka
W tem nie dorówna nam warszawski żaden łyk
Rzuć Bracie blagę i chodź na Pragę -
weź grubę lagę, melonik tyż
zobaczysz plagie dziewczynki nagie
każda na wagę ma to co wisz"
(całość TUTAJ)

"Siekiera, motyka, piłka, deska,
To ulica Skaryszewska.
Siekiera motyka i dwie deski,
Już jesteśmy na Skaryszewskiej.
  (chodzi o "obóz przejściowy" z łapanek TUTAJ... dziś nazywamy to obozami "filtracyjnymi")
Siekiera, motyka, piłka, alasz.
Przegrał wojnę głupi malarz.
Siekiera, motyka, piłka nóż.
Przegrał wojnę już, już, już"
(na zdjęciu pomnik w Parku SKARYSZEWSKIM) - całość TUTAJ


MAPA NUMER 1 - szturmując południowe rubieże stołecznego miasta

No i nam zeszło...czasowo to nawet konkretnie nam zeszło. Nie ma się co się w sumie dziwić, bo na liczniku mamy już 30 km. To tu, to tam, coś zobaczyć, coś cyknąć, gdzieś podjechać... gdzieś się zgubić (my mniej gubimy się w lesie niż w miastach...). Przejażdżka na samo miejsce startu, uwzględniając zdjęcia i zwiedzania zajęła nam około 2h. I tak dobrze, bo to 30 km mnie zaskoczyło, jakoś tak myślałem, że to będzie ze 20 max... no ale my zawsze nie-do-szacowujemy wycieczek tak o jedną trzecią, jak nam kiedyś powiedziała Kinga. W sumie nastawialiśmy się, że przejazd z W-wy do Krakowa zajmie nam jakieś 330-350 km i około 40h... a wyszedł 480 km i 54h... hmmmm, coś w tym jest, z tą jedną trzecią :D
Nie podnosimy na razie alarmu, nadal jest piątkowe przedpołudnie, ale gdzieś tam w głowie mi się kołacze... PROM JEST DO 19:00. Hmm.... To tylko 80 km, chyba że znowu czegoś nie doszacowałem... zdążymy?
Czerwony szlak prowadzi nas przez Las Króla Jana III Sobieskiego i Mazowiecki Park Krajobrazowy. Czasem łapiemy także szlak żółty i niebieski rowerowy. Koła się kręcą, a my tak jakoś mocno zygzakiem po tych pisakowych kniejach... piasek także nam bardzo średniej nie poprawia. A jest jeszcze upał... koszmarny. Masakra, zrobiło się 36 stopni... jest naprawdę gorąco.
Pot zalewa nam oczy gdy walczymy z piaskami sosnowych lasów. Wolno to idzie... za wolno. O wiele za wolno, aby zdążyć na prom ale docieramy także do fajnych miejsc - tych które mieliśmy zaplanowane: Góra Lotników oraz ruiny szpitala psychiatrycznego pod Otwockiem.
Niemniej, lecenie lasem przez piach, a szosówką po asfalcie to jest różnica - nie narzekam, stwierdzam fakt. My woliny na full'ach... ale ma to też swoje konsekwencje.
Na razie zdjęcia - lasy Otwocka -->

30 km dojazdu na START było :D

Kierujemy się na Radość? ZAWSZE :D

Tutaj piasku tylko znikoma ilość... takich miejsc będzie jednak mniej niż więcej :P

MTB !!!

"A tych, co pozostali, trwoga nie przenika,
Radość skrzydła nam rozwija, nie przeraża z śmigieł krzyż.
Nigdy nie ścichnie w dali mocny głos silnika.
“Lecieć, a nie dać się mijać” - zawsze wzwyż..." --->

"...Jak równo silnik gra, jak śmiało śmigło tnie!
Już ginie pośród chmur najśmielszych orłów niebotyczny ślad,
Nie straszny mrok i mgła, nie straszny wiatr, co dmie,
Jesteśmy od Ikara mędrsi O tysiące lat!...  --->


"...a jeśli z nas
Ktoś padnie śród szaleńczych jazd ,
Czerwieńszy będzie kwadrat,
Nasz lotniczy znak,
Znów pełny gaz!
Bo cóż, że spada któraś z gwiazd,
Gdy cała wnet eskadra pomknie na szlak..."
(całość TUTAJ)


Jesteśmy w Otwocku, prawie 16:00... nie ma opcji zdążyć na prom. Nie ma szans, zwłaszcza że robimy sobie małą przerwę w ruinach dawnego szpitala psychiatrycznego. Chcemy go "zwiedzić" bo niesamowite są takie miejsca... co powiem na ten temat Google:
"Upiorne ruiny żydowskiego szpitala psychiatrycznego z początku XX wieku, gdzie podczas II wojny światowej miała miejsce masakra."
Powie także: "otwarte cała dobę"... a nie tak jak prom. Historię tego miejsca możecie przeczytać TUTAJ oraz także TUTAJ.  Nie wiem jak tam z waszą wiarą w duchy, ale nazywają to miejsce jednym z najbardziej nawiedzonych w naszym kraju... a nawet jeśli w duchy nie wierzycie, to warto wierzyć w historię i jej opowieści.
Chciałbym tutaj zacytować pewien wiersz, ale nie znam go na pamięć... a widziałem go tylko raz. Zrobił na mnie duże wrażenie, dlatego fragmentarycznie go zapamiętałem (acz cytat może nie być idealnie wierny oryginałowi). Był to wiersz o żydowskim szewcu, a dokładniej o "butach, które go odwiedzały". W każdej zwrotce przychodziły do niego inne buty, które wiersz opisywał, aż
"...pewnego dnia, usłyszał tupot butów
pełnych butnej, tępej siły,
butów, które .... [nie pamiętam niestety... ]
i te buty go zabiły..."

Jedną z pacjentek murów tego zakładu była także matka Juliana Tuwim, która potem została zamordowana przy likwidacji otwockiego getta (na terenie którego znajdował się szpital).

"Zastrzelił ją faszysta,
Kiedy myślała o mnie,
Zastrzelił ją faszysta,
Kiedy tęskniła do mnie..." --->


"Przestrzelił świat matczyny:
Dwie pieszczotliwe zgłoski,
Trupa z okna wyrzucił
Na święty bruk otwocki..." ---> (całość to wiersz Tuwima, znajdziecie sobie)


"Ja chciałbym tak zawsze biec pod wiatr
Nie liczyć dni, ciągle zmieniać twarz
Sprawić by czas wciąż omijał mnie
Wszystko to już dziś nie liczy się...
Bo jesteś TY,
wciąż przy mnie budzisz się,
Bo jesteś TY
i wciąż czuję, że
Bo jesteś TY
cóż więcej mógłbym chcieć..."
(całość TUTAJ)


Nie uda nam się wyPROMOWAĆ naszego rozwiązania, ale przynajmniej załapiemy się na jakąś inną PROM-opcje :P
Nie ma szans zdążyć na prom w Świerże-Górne-Antoniówka (cholera, jak to się odmienia?). Nie ma takiej opcji. Jest po 15:00 a jesteśmy w Otwocku. Wolno nam to wszystko idzie... acz pełna refleksja co robimy nie tak, dopiero przyjdzie (poczekajcie do nocy :P). Musimy wdrożyć plan awaryjny. Basia nie jest fanką tego absurdalnego planu czyli nadłożenia 30 km do Dęblina, do mostu, aby potem wracać przez 30 km (o tyle, że te powrotna trzydziestka to by była przez Puszczę Kozienicką...). No, ale nie śmiejąc się - sam nie jestem przekonany, że objazd przez Dęblin to dobry pomysł. Są dwie inne opcje - mówiłem, że mam 3 plany awaryjne. Most Góra Kalwaria albo prom w Karczewie.
Niestety obie sprawią, że ominiemy "duże, zielone" od Otwocka do Garwolina. Zachodnia część Wisly - przynajmniej z mapy - nie wygląda tak fajnie jak wschodnia, ale nie ma za bardzo wyboru. Jak się nie zdecydujemy, to najatrakcyjniej to będzie wyglądać Dęblin.. z braku innych opcji. Wiecie jak to bywa, kiedy macie ochotę, a opcji jest mało... atrakcyjność niektórych jednostek niebezpiecznie wzrasta. A mówiąc o "jednostkach", to Dęblin... wywaliliśmy tam z "chłopakami" 700 sztuk amunicji w 2022. Tak, przeterminowała się i trzeba było ją wywalić :P, czego nie rozumiesz :P
Niemniej Dęblin to jednak dzisiaj (lub jutro - pamiętajcie, że to nadal dużo kilometrów...) najgorsza opcja. Czekać na pierwszy kurs w sobotę w Świerżach (6:00)... hm, zakładamy że o 6-stej rano to będziemy dużo dalej... chociaż patrząc na nasze tempo, to nie jest to do końca pewne. Sami widzicie, dużo opcji - trzeba się na coś zdecydować.
Wybieramy PROM, bo jest bliżej niż most. Ten tutaj działa do 20:00, a jest zaraz za Otwockiem. Na ten zdążymy :P
Kierunek Karczew i poddajemy się PROM'ocji :D

W oczekiwaniu na upragnioną promocję !!!

Promujemy się :D

No! To rozumiem!


Inspekcja owoców w Dolinie Czerska. Głowny inspektor sanitarny: Pani Wywerna :P
Jesteśmy po właściwej stronie Wisły. To dobrze, ale to oznacza zmianę planów przejazdowych "w locie". Musimy zedytować nasz wariant - wybór poda na drogi rowerowe i szutry, a także na posiłkowanie się dość długim zielonym szlakiem. Okaże się to naprawdę strzałem w dziesiątkę bo:
- zaliczymy świetną cukiernię (ah eklery...szkoda tylko, że nadal jest 36 stopni i podają je w płynie...) Góra Kalwaria
- sady, sady, sady... po prostu piękne drogi przez niekończące się sady. Dolina Czerska. Jabłonki, jabłonki, jabłonki...
- zamek w Czersku (duży, fajny zamek, gdzie mają JAJO WYWERNY - info TUTAJ)
Bałem się, że skończy się na długim przelocie bez atrakcji, a tutaj bardzo pozytywnie zaskoczyła nas ta strona Wisły.

Rycerz na schwał, na koniu w cwał,
w dzień jasny i noc bladą...
przedsiębiorcą się zwał
i handlował jajami Wywerny pod ladą :D


Wchodzimy na zamek - dostaliśmy zniżkę na bilety (dla rowerzystów są zniżki - serio!!! Kapitalne!)

Ale by z tego była jajecznica :D

WidnoKRĄG :D

Żadna praca nie hańbi - każą straszyć to straszy :D
Sprawdzamy czy będzie z czego SOKI TŁOCZYĆ czyli przez sady Doliny Czerwska :)

Ostry ma Pani makijaż, Panno Moo :)


WARKA - Uznany smak... frustracji. Prawdziwa nawałnica zniechęcenia...
Teraz będzie rozdział o tym jak prawie się wycofaliśmy z naszej przygody. Wrażliwy mogą wyciąć sobie teraz około 75% tekstu, bo będzie nim słowo "K***A". Tak było, nie kłamię (nagranie macie TUTAJ). Aby jednak lepiej zrozumieć tą sytuację, trzeba pamiętać o kontekście.
Pojechaliśmy Warszawę, a nie Tatry bo miało nie padać, tak? Miało być pięknie i wszystkie prognozy tak pokazywały... do czasu kupienia biletów na pociąg. Wtedy się zmieniły.
Miały być lasy Garwolina, ale słabo nam idzie z tempem i trzeba było plany awaryjne wdrażać - owszem udało się skorygować przejazd dość ładnym terenem, ale zaraz będzie zachód słońca, a my jesteśmy między Górą Kalwarią a Warką. W takim tempie, to my do Krakowa nie dotrzemy do środy... Plan mówił: noc z soboty na niedzielę. Rzeczywistość mówi, że - jak tak dalej pójdzie - to sobotę zaczniemy nadal w Mazowieckiem... K***A
Cały dzień było 36 stopni... jesteśmy przepoceni (tak, tak, śmierdzący i ubrudzeni pyłem z drogi...). Do tego na granicy udaru, bo nam dogrzało konkretnie, zwłaszcza że ostatnie kilometry, dużo ostatnich kilometrów, to nie było "grama" cienia.
Jesteśmy kilkanaście kilometrów przed Warką, a tu nagle czarne niebo i widać, że zaraz walnie deszczem... i to nie będzie zwykła burza. Widać, że jebnie srogo. Grzmi i błyska, a niebo jest "czarne jak sumienie faszysty, zamiary polskiego pana i polityka angielskiego ministra" (cytat - STĄD). Szukamy jakiegoś schronienia, ale tutaj mają open-space'y ciągnące się hektarami w tych sadach. Niebo wysyła nam ostrzegawcze sygnały "nie będę czekać wiecznie". Szukamy intensywnie i udaje się dorwać wiatę nad stawem. Wjeżdżamy pod nią i dosłownie 10 sekund później - nie przesadzam, to nie jest metafora - to było 10 sekund, może 5 !!! zaczyna padać. Cieszymy się, że się udało! Mamy wiatę, nie zmokniemy, hurrra.... i wtedy rozpętuje się nawałnica. Wiatr urywa łeb, łamie gałęzie, rzuca samochodami... no to byłoby wszystko spoko, ale wiatr sprawia że deszcz pada poziomo (zacina). Wiata słabo nas chroni, w kilka chwil jesteśmy przemoczeni. Tzn. wiecie bez wiaty to byłby maskara, ona zawsze tam jakoś chroni, ale burza nawala tak, że i tak nas przemoczy mimo schronienia.
Obok wiaty jest murowany kibelek. Niestety dostrzegliśmy go z opóźnieniem, kiedy deszcz już wtargnął nam pod wiatę... zostawiamy pod wiatą rowery i chowamy się w kiblu (pasuje Wam, jak za starych czasów z podstawówki...). Jest tylko jeden problem... do kibelka woda dostaje się drzwiami, ścianami i dachem... po kilku chwilach stoimy w wodzie... robi się jej po kostki... zajebiście, utoniemy w kiblu... chce włączyć światło (bo siedzimy po ciemku), ale w świetle latarki dostrzegam taki obrazek... serio

Prądu chyba dzisiaj nie będzie... jesteśmy przemoczeni, a temperatura spadła naprawdę sporo. Tymczasem deszcz rozhulał się na dobre i "radar burz" mówi: "to chwile potrwa". Chwila liczona będzie w godzinach... co na pewno poprawi nasz wynik czasowy. Siedzimy, co było robić... leje tak, że nie sposób wyjść. Kiblujemy... czaicie bazę, prawda? KIBLUJEMY...
Gdy burza przejdzie (burza w znaczeniu pioruny, nie deszcz) wracamy pod wiatę i czekamy na lepsze czasy. Błyskawice poszły napierdalać gdzieś indziej, ale leje nieprzerwanie... godzinę, dwie, trzy... fajnie...ekstra...
Jesteśmy przemoczeni i naprawdę zrobiło się nam zimo - owszem, mamy drugi zestaw ciuchów, ale jako że od czasu do czasu coś nadal "zawieje" pod wiatę, to pasowałby się przebrać jak już będzie po - aby nie przemoczyć drugiego zestawu. Robi się naprawdę zimno, zaczyna nas telepać, naprawdę mocno telepać...
Jak to dziś mówią? Wyjdź poza swoją strefę komfortu, poczuj prawdzie życie... k***a, dawno jestem poza swoją strefą komfortu, mam dreszcze. Przegrzany przez cały dzień upiornym słońcem, teraz zamarzam... a nowe dostawy zimnej wody rusz co rusz odwiedzają nas pod wiatą (srogie podmuchy wiatru).
Jakby to powiedziała Magda "idzie nam dziś jak k**wie w deszcz...". Dosłownie. W DESZCZ. A miało nie padać... skoro już i tak siedzimy pod wiatą, to mogliśmy siedzieć pod wiatą w Tatrach. Jesteśmy tutaj bo miało nie padać... mamy piątkowy wieczór, a jesteśmy "trochę" za Górą Kalwarią, gdzie tam do Krakowa, wrócimy chyba w środę... jest nam bardzo zimno i jesteśmy przemoczeni, a radar burz pokazuje, że postój będzie długi... dramat, żałość i sromota...
Psychicznie dojechało nas to jak jakiś dres, który dojeżdża dzieciaki pod szkołą o 50 groszy na szluga... kompletnie nam się już od-nie-chciało...zaczynamy realnie rozważać zejście z trasy. 
Sprawdzamy opcje... i po raz kolejny okazuje się, że bezradność i brak alternatyw bardzo ułatwiają decyzję :P :P :P
- można zjechać do Warki na dworzec i poczekać kilkanaście godzin na najbliższy pociąg (z rowerami, więc 9h do Krakowa i 4 przesiadki...)
- można złapać nocleg w Warce, a rano wstać i... być w Warce (9h drogi i 4 przesiadki...)
- można złapać pociąg z Warki do Radomia (tylko kilka godzin czekania, a potem czekać w Radomiu na kolejny pociąg...)
- można po kogoś zadzwonić, to tylko 3h drogi nocą po nas... i potem powrót do Krakowa.
No możemy powiedzieć "schodzimy z trasy" i co się zmieni... nadal będzie nam zimno, gdzieś pod wiatą nad stawem w Przylocie (kilka kilometrów przed Warką).
Mówię Wam, brak alternatyw bardzo wspomaga procesy decyzyjne...
Musimy jakoś odzyskać komfort termiczny (przebrać się planujemy później - nadal... mimo wszystko). Wyciągamy nasze folie NRC. Zwykle chronią nas przed 5G, ale tym razem chronić będą przed zimnem... pierwsza folia leci na blat stołu (izolacja od "dołu"). Kurtki na grzbiet, a drugą folią cali się owijamy i idziemy spać... 
Deszcz nadal pada, a pod wiatą leżą zawinięte sreberka/złotka...

Nadupia... srogo nadupia...

Pasuje Wam, nasza wiata miała oświetlenie :) Klasa :)

Wiata z oświetleniem, molo, grill - lokalna społeczność naprawdę kocha swój staw (i ja to naprawdę szanuję - wiata nas naprawdę poratowała).


MAPA NUMER 2 - Prowadząc ofensywę w głąb Ziemi Radomskiej
Z lekkiego, niezbyt wygodnego snu (raczej drzemki - bo zimno, twardo oraz mokro) budzi nas samochód wjeżdżający nad staw. W sumie to prawie wpływa, bo droga do stawu przykryta jest wodą na jakieś 15 cm i to na całej długości. To musiał być widok, gdy zaświecili światłami pod wiatę, a tutaj wstają jakieś pozłacane mumie... 
Przynajmniej deszcz przestał padać.. .jest koło 22:30. Chcieliśmy się trochę przespać, ale zapowiada się że ekipa z samochodu zrobi sobie imprezę na molo. Deszcz przestał padać, więc ruszyli nad swój ukochany staw. No nic, trzeba się zbierać zatem. Przebieramy się w suchy zestaw - ten przemoczony do worka i do plecaka (niech gnije :P :P :P). Robi się trochę lepiej bo w suchych ciuchach humor od razu się poprawia. Niemniej czas, 22:30 - myśleliśmy że o tej godzinie to będziemy w połowie Świętokrzyskiego... a mamy nadal "w ch**j" czyli dość daleko do Radomia... no nic, trudno. Jedziemy.
Noc mimo wszystko będzie ciepła - burza już przeszła. Nawet przyjemnie ciepła, a nie jak za dnia 36 stopni. Leję w paszczu pierwszy z 4 magicznych eliksirów - KOFEINĘ i czuję, że oczka mi się otwierają (polecam ten iście Diablo'wy POTION OF REJUVENATION). "Matka wie, że ćpiesz" - no pewnie, wszyscy w rodzinie lubimy "kofeinki" :D
Odpalamy lampki i ruszamy w noc. Coś tam jeszcze pokapuje, ale mamy nadzieję, że to jakieś tam ostatki deszczu. Nie mamy trzeciego zestawu na przebranie, a raczej skoro tu była wiata, to kolejna nie będzie za rogiem (gdyby nagle znowu zło się rozhulało...)
Kierunek Puszcza Kozienicka, w której byliśmy do tej pory tylko raz (tutaj). Naszym celem są Studzianki Pancerne i pomnik czołgu - w podlinkowanym wpisie znajdziecie więcej info, a przede wszystkim polecam merytoryczny komentarz któregoś z czytelników bloga. Jest noc, nie ma upału, jedzie się dobrze - lecimy zatem "przelotem". Odpalamy kopyto i pożeramy kolejne kilometry. Mgły i księżyc, księżyc i mgły, a my lecimy przez noc. Być suchym, niby tak mało a tak wiele.
Wpadamy do Studzianek i przy pomniku czołgu jemy kolację. Jest przed 1:00 w nocy. Połowa naszych znajomych pewnie na jakieś imprezie, a my siedzimy pod czołgiem w Puszczy Kozienickiej i wsuwamy bułeczki. Dobrze znowu Cię widzieć, Numerze 217 :) 
Przy kolacji pozwalamy sobie na pewne refleksje... jesteśmy w Studziankach Pancernych, tak?
Google mówi: Warszawa - Studzianki, około 80 km.
Nasz licznik: 140 km...
Prawie dwa razy więcej... wygląda na to, że mocno jeździmy po mapie wschód - zachód, zamiast jechać na południe (Warszawa i początkowe 30 km było idealnym przykładem).
Jak nie zmienimy tej tendencji, to wrócimy do Krakowa na środę, a zamiast 350 km będziemy mieć z pyńcet... no dobra, może się uda na wtorek. O wiem, dojadę wprost na Chief Review...
Już widzę jak to będzie wyglądać:

- Jak wyglądają metryki, ile Wam jeszcze zostało do przeprocesowania?
- 486 kilome...eee wymagań
- Jak? Przecież było mniej. Koło 350. A co to za liczba... z dupy
- Z dupy.. oj z dupy
- Ty się dobrze czujesz?
- Tak... tylko, chciałbym się przewrócić... złożyć wniosek formalny?


W blasku księżyca...

Wieś, która w 1969 otrzymała dopisek "PANCERNE" na pamiątkę największej, "polskiej" bitwy pancernej.

"Flers–Courcelette showed the way, evolution leading to El-Alamein until today
We're the first ones into the fray (...)
From the Mark 1's introduction to the beast known as the Leopard
With our Chieftains and Centurions, our frontline has been tempered
From the fields of Prokhorovka, to the shores of Overlord
The beginning of the victory, Shermans rolling on to Sword..."
(jak kocham Siły Powietrzne to rozumiem, naprawdę rozumiem miłość do tych pancernych bestii  - całość TUTAJ).

"Bo wolność krzyżami się mierzy, historia ten jeden ma błąd..." (chyba już wiecie, nieraz przytaczałem te słowa)

Wstaje nowy dzień...

Gdzieś w Puszczy Kozienickiej...

Nie jest Wam przypadkiem...

Przez Puszczę - kierunek Radom


"To most people, the sky is the limit. To those who love aviation, the sky is home"
Kolejny punktem kontrolnym na naszej trasie jest pomnik poświęcony pilotom białoruskiego SU-27, którzy zginęli w Radomiu podczas Air Show 2009... zginęli na naszych oczach.
Byliśmy tam wtedy... to była czarna seria lotnictwa. Najpierw wypadek Grupy Żelazny na Air Show Radom 2007 (gdzie zginął założyciel grupy - płk pilot Lech Marchlewski)... a miał to być ostatni, pożegnalny, kończący karierę lot... a potem AirShow 2009, gdzie roztrzaskał się białoruski SU-27. Śledztwo wykazało błąd pilota, a trochę nieoficjalnie w Siłach Powietrznych mówi się, że po treningu przed pokazem piloci dostali od swoich dowódców bardzo brutalną "zjebę", że ich pokaz jest żenujący i mają zrobić go mocniej, agresywniej... nie wiem czy to nie "miejska legenda", ale raport z katastrofy jest jednoznaczny "błąd pilota".
Piloci wykonywali pętlę i powiem Wam, że już wtedy źle to wyglądało - duża prędkość, mała wysokość... wyglądało jakby miał się nie wyrobić z tzw. "wyrównaniem" przed ziemią. Wstrzymaliśmy oddech gdy maszyna zeszła bardzo nisko... pierwsza myśl "rozbił się" - samolot zniknął za ścianą lasu (więc sami możecie sobie wyobrazić jak nisko to było). Rozbił się... ale nie ma dymu, nie ma eksplozji. Mijają sekundy, a tu nic... czyżby dał radę? Niewiarygodne, ale Mu się udało!
I wtedy słup dymu... wtedy bardzo mocno odczułem relatywistyczne postrzeganie czasu. Coś co wydawało mi się godzinami, to były sekundy...
Su-27 uderzył ogonem w ziemię i rył po glebie... 2009 to były inne czasy niż mamy obecnie z Białorusią, więc postrzeganie tej tragedii było także zupełnie inne.
Od tego czasu byliśmy na wielu AirShow'ach w Radomiu, ale nigdy nie udało się podjechać pod pomnik katastrofy (znajduje się poza lotniskiem).

Pomnik w kształcie SU-27 - pięknie

Nasze zdjęcia tej maszyny z AirShow Radom 2009


Jedziemy sobie wzdłuż lotniska i co widzę, stoją AN'y. Haha, nieśmiertelne Antki. Możemy mieć i Herculesy, ale AN'y będą zawsze - tak jak ukochany Jana Hoffmana "RWD-5".
I znowu zaczynam śpiewać:

"Od wieży lotniska zachodni wieje wiatr
Na niebie rozbłysły rakiety
W stalowym rumaku otwiera się właz
i widać czerwone berety
Że skakać nam trzeba - nie bajka, co cóż
na pasach AN'y czekają
zabieraj więc bracie spadochron i nóż
koledzy w samolot wsiadają
Silniki zawyły i AN się wzniósł
i już wysokości nabiera
żołnierze się wszyscy do skoku szykują
dowódca nam sam właz otwiera... (...)
...a w dali lotniska AN'y startują
i między chmurami szybują"
(całość TUTAJ)

Minęliśmy Radom, zmierzamy w kierunku Świętokrzyskiego. Tam to będą pagóry, bo do tej pory to w zasadzie płasko było.
Trzeba jednak skorzystać ze słońca... i tak przyda nam się zjeść jakieś śniadanie. Zwłaszcza, że dorywamy drożdżówko-wóz, który jeździ po okolicznych wioskach.
Zaopatrujemy się i robimy śniadanie mistrzów w lesie. W tym samym czasie, wszystkie przemoczone ciuchy lądują na leśnych instalacjach. Dziś jest chłodniej, nie 36 a tylko 35... więc "pranie" wyschnie w 20 min. Morale znowu w górę, bo znowu będzie suchy zapas, jakby nas znowu coś dorwało. Ja nie mówię, że świeże i pachnące (bo wczorajsze), ale suche... zrozumie kto kiedykolwiek zamarzał w przemoczonych ciuchach w górach... lub okopach. Suche! To najważniejsze.

Suszymy "pranie" :D



MAPA NR 3 - Zdobywając góry Świętego Krzyża...
I lecimy wciąż dalej i dalej. Kończymy pomału mapę "Ziemia Radomska" i wjeżdżamy na mapę "Góry Świętokrzyskie". Kierujemy się na Wąchock.
Jest południe w sobotę, a my wyjechaliśmy z mazowieckiego... ostro. Pojawia się u nas niesamowite uczucie. Przecież do domu mamy po prostu... no nie czarujmy się - w ch*j.
Ale mimo to cieszymy patelnię - świętokrzyskie, to już blisko. Mazowieckie było daleko, ale świętokrzyskie - ile tu wycieczek było, to rzut beretem od domu.
Powiem, że mam tak samo z A4-ką, jak wracamy z jakiś dalekich wypraw to "O! Wrocław! To już prawie w domu" :D
Do Kielc mamy jeszcze gruby odcinek, ale umysł już spokojny, bo świętokrzyskie czyli blisko... kosmos to jest co ten umysł potrafi wykombinować. Niezły fikoł :D

"Wstęgą szos..." --->

...miedzą pól złoconych... --->

...krętą ścieżką poprzez las... --->

...po ten kwiat, po ten kwiat - czerwony
skoro przyszedł na to czas..."
(całość TUTAJ)

Wąchock za dnia, więc wjeżdżamy asfaltem :D

Wąchocka pogodynka :)

Nadal trzeba jednak uważać na wiry :P

Lasy są tu pełne historii...


Pagóry dają się we znaki - najpierw musimy pokonać WYKUS czyli spore wzniesienie Płaskowyżu Suchedniowskiego, a zaraz potem czekają na nas Pasmo Klonowe z Bukową Górą.
Powiedziałbym, że bierzemy szturmem... ale nie. Mozolny i długi podjazd... a nadal mamy 35 stopni... masakra.
To nie koniec atrakcji - przełęcz pod Radostową czyli Pasmo Lubrzanki po Masłowem... Radostowa to chyba najdziksza góra z Gór Świętokrzyskich. Niesamowita jest!
W kolejce czekają już Grupa Otrocza, Pasmo Daleszyckie i Grzbiet Szczecniański...
Ufff... to bolało, naprawdę bolało. Jak kochamy pagóry, to jednak jak jedziecie z Warszawy, to to będzie boleć.
Co tu dużo mówić, mijamy Świętokrzyski Park Narodowy i Kielce, więc chyba już blisko, prawda?
Miało być blisko :P

Dzień dobry!

Świętokrzyskie style, BABA JAGA więc muszę, po prostu muszę hahahaha - śpiewamy i nie ma, że k***a, nie! Drzeć ryja razem ze mną:D

"Czy pamiętasz tamte góry, tamte rzeki? (och tak)
Gdy poszedłem hen za Tobą, w świat daleki.
Choć wołali - "Baba Jaga", nie wierzyłem w to,
bo z Twych oczu sama dobroć płynie, a nie zło.
Gdy patrzyłaś na mnie czule, już wiedziałaś,
swoim czarem, swą urodą, mnie spętałaś. (tak?)
Kiedy szedłem wolnym krokiem, między drzewa,
pomyślałem, chyba Tobie coś zaśpiewam.

Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem,
tę historię przecież, dawno zapomniałem.
Teraz z Tobą jestem, trzymam Cię za rękę,
to dla Ciebie miła, nucę tą piosenkę.
To dla Ciebie tylko, nucę tą piosenkę"
(całość TUTAJ)


MAPA NR 4 - Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, na Ponidzie wędrowałem :D
Koniec dnia, a więc i zachód słońca zastaje nas na granicy krainy zwanej "Ponidzie". Tereny dzikiej rzeki Nidy i jej CZARNEJ (no a jak!) siostry, Czarnej Nidy.
Zachód słońca dzisiaj - jest, po prostu jest... w przeciwieństwie do wczoraj, kiedy nadupiało złem. Jesteśmy już naprawdę zmęczeni - zaczyna się druga noc. Jest ciężko, ale idzie! Już Ponidzie, już niedaleko.... tak, tak sobie to tłumaczymy. Fikoły emocjonalno-psychiczne... 


Forsując Czarną Nidę :)

Hydro obiekty na Czarnej Nidzie :)

"Czasem, kiedyś już zmęczona,
W chwili krótkiej przyjemności,
W złotych słońca stu ramionach
Ty wygrzewasz stare kości..."
(całość TUTAJ)

Jakby to powiedział Pan Tadeusz "Słońce już gasło, wieczór był ciepły i cichy, kkrąg niebios gdzieniegdzie chmurkami zasłany, u góry błękitnawy, na zachód różany..."

Powiedziałbym, że Pan Tadeusz ma rację :D


"Siedzieliśmy pod jodłą i dobrze nam się wiodło..." (parafraza TEGO)
No nie pod jodłą, a pod sosną i nie wiodło, a spało :P
A było to tak... noc widzie nas przez Ponidzie. Odliczamy... byle dotrzeć do Wiślicy i tam wskoczyć na Velo. Znamy je (tutaj) więc umysł już oswojony. To już będzie chwila, to już blisko. Nieważne, że to Velo ma ponad 50 km do Proszowic. Znamy, więc oswojone - to blisko :)
Ale na razie wpadamy do Chmielnika przywitać się z Gąską :)
Zaskoczyła mnie historia tej miejscowości i jej powiązania z gęsiami. Niesamowite - warto poszukać i poczytać :)
Po Chmielniku droga widzie na Busko Zdrój... ale SLEEPMONSTER jest koszmarny. Oczy nam się zamykają... eliksiry pomagają  tylko na chwilę. Muli nas masakrycznie. Chcemy dotrzeć w okolice Buska bo tam są dwie mega wypaśne wiaty na lokalnym Velo rowerowym. Tam się prześpimy, tam oszukamy organizm krótkim snem... bez tego się nie obejdzie, bo zasypiamy kręcąc. Droga do wiaty trwa wieczność i połowy nie pamiętam, bo jadę na automacie. Szkodnik też... byle dotrwać.
Dojeżdżamy i okazuje się, że w pierwszej wiacie jest... gniazdo szerszeni. Nie są zachwycone światłem naszych czołówek. Uciekamy do drugiej wiaty, a tam... większe gniazdo szerszeni. Grubo... tutaj nie pośpimy, ale bez tego nie damy rady. Odcina nas... ruszamy zatem pod tzw. SOSNĘ NA SZCZUDŁACH. Nie ma tu niestety ławek i stołów jak pod wiatą... ale w sumie piasku jest tutaj jak na plaży. Gleba w piach i śpimy na ziemi. Jak jesteście wykończeni to nie będziecie wybrzydzać... piach jest suchy, ciepły i miękki. Owszem ja jestem trochę jak Anakin i nie lubię piasku, ale nie mamy siły wybrzydzać - TUTAJ macie kosmiczne nawiązania do "I hate sand", kocham tekst tej piosenki :D
Tak jak pisałem, gleba w piach i chrapiesz. Godzinka, może półtorej... byle tylko oszukać sleepmonstera.
No i udało się... wstaje się ciężko, ale shot z eliksiru, chwila snu i znowu kontaktuję. Może nie jestem obecnie najostrzejszą kredką w piórniku, ale kontaktuję na tyle aby jechać.
Przed samą Wiślicą... coś koło 2:00 w nocy wbijamy na stację benzynową uzupełnić plecaki.
Pan za ladą lustruje mnie wzrokiem... wiem, wiem, źle wyglądam. Spałem na ziemi, w piachu, jestem przepocony, z zaciekami.
Pan mnie pyta: "czy wszystko w porządku" i wskazuje na moje ubranie...
Ja mówię: "tak... dopiero dziś mam pranie"
Na pewno widzieliście kiedyś taką scenę - na przykład TUTAJ.

Gąska :)

Nasza sypialnia :)

Na już znanym na Velo.

Velo przed świtem :)

Nadal przed świtem :)

Bez kitu... mam wrażenie, że prawie jesteśmy w domu... znam te drogi.. znam te drogi.
Znowu drę ryja... pusto, łąki i pola, mogę bezkarnie drzeć ryja.
Tylko Szkodnik prosi o litość, aby nie śpiewał... ale cóż, to silniejsze ode mnie, chce mi się wyć

"Country roads, take me home
To the place I belong
Eastern Velo
Bike Lane Mama
Take me home
Country roads..
." (drobna parafraza TEGO)

Coś czuję, że będzie dzisiaj wynik ponad 400 - wszystko mi to mówi, po prostu wszystko :D

Rammstein'a "Sonne" bym podlinkował, ale robiłem to w relacji z Piekielnego więc może polecę klasyką... TUTAJ

Wszystko pięknie, ale to co siedzi na liściu gryzie... a tego jest tu DUŻO !!!

Tunel i mostek :)


MAPA NR 5 - Kraków. Pora postawić kreseczkę nad "o".
Za moment, wjedziemy na mapę "Okolice Krakowa". Nie chce mi się wierzyć, że jeszcze "chwilę" temu byliśmy w Warszawie. To jest nie do wiary.
Velo kończy się w Proszowicach - stamtąd ruszamy na południe, złapać Wiślaną Trasę Rowerową (WTR), która doprowadzi nas pod Wawel, do smoka.
Tak Szkodnik, zabierz mnie do Smoka. Uwielbiam Smoki :D
Gdy ciśniemy Velem na Krakow, mijamy zawodników maratony Wisła 1200 (od źródeł na Baraniej Górze do ujścia do Bałtyku)... 1200 km.
To jest niesamowite - lekcja pokory. Wracamy mając przejechane prawie 500 km, jesteśmy wykończeni, zmieleni, sponiewierani, wybatożeni i wytarmoszeni... ale w sercu gdzieś tam czujemy się dumni i wtedy mija nas gość, który leci WIĘCEJ niż dwa razy dłuższą trasę. Czyli nic się nie zmieniło, nadal jesteśmy słabi :D
Jak w wojsku... chuj**wo ale stabilnie. No ale przynajmniej było fajnie :D

Lubimy to miejsce :)

Pkt kontrolny "Koniec ścieżki" :D

Wiślana Trasa Rowerowa czyli końcówka

BYŁ OGIEŃ !!!

Co teraz? Jak masz teraz plan?
Planuję... PRZEWRÓCIĆ SIĘ :)


Nasza wyprawa w pięciu obrazkach :)

Nasz wyprawa na jednym obrazku :D
Nasza wyprawa w kilku liczbach... tak, Kinga ma rację. Zawsze nie-do-szacowujemy wycieczek o 1/3.
Miało być 40h i 330 km... coś nie poszło :)
Ale i tak było fajnie!




Kategoria SFA, Wycieczka

Vihorlat i Morskie Oko... w huku artylerii

  • DST 70.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 12 czerwca 2024 | dodano: 25.06.2024

...czyli opowieść o naszym szturmie najwyższego szczytu Wyholrackich Wierchów (Vihorlat 1076m). Szturmie który załamał się tuż przed wierzchołkiem na skutek zaporowego ognia karabinów maszynowych i kontr-bateryjnego ognia artylerii. Brzmi jak click-bite, ale naprawdę tak było, po prostu kontekst ma znaczenie. 
Vihorlat był jednym z naszych głównych celów drugiego tygodnia urlopu, spędzanego gdzieś na styku Beskidu Niskiego i Bieszczad (ze sporą ilością wypadów na Słowację czyli w ichni Narodny Park Poloniny oraz jego okolice). Wyholrackie Wierchy to bardzo dzikie pasmo górskie, które w połowie jest także ogromny poligonem wojskowym. Do niedawna nie było tutaj nawet szlaków, ale w 2022 Ministerstwo Obrony Narodowej Słowacji udostępniło te tereny w celach turystycznych. Tzn. udostępniło częściowo bo poligon nadal działa, ale o tym zaraz.
Wyznaczono tutaj nawet czerwony szlak na najwyższy szczyt Vihorlat, ale cały obszar podzielono na dwie sekcje: tą z całkowitym i permanentnym zakazem wstępu i tą, którą można odwiedzić, ale tylko wtedy kiedy nie ma tutaj ćwiczeń wojskowych... o tym też zaraz :D
Pierwsze ("po końcu historii w 1989 roku" :P :P :P) w miarę legalne wyjście na Virholat to są lata 90-tego, bo wcześniej były to tereny całkowicie zamknięte dla postronnych.
Ruszamy zatem ostro pod górę. Najpierw na Sninsky Kameń, a potem przez całe pasmo na "Vihorlaaaa" :P
Powiem Wam, że było noszenia... srogie podpychy i noszonka, naprawdę srogie, co widać trochę po zdjęciach. Prawie 3h godziny walki aby wyleźć na Sninskego... ale warto, bo widok i skały ma niesamowite. Niemniej, gdy stoimy sobie na szczycie, to nagle jak coś nie jebnie... i to tak konkretnie, tak że czuć drżenie powietrza. Pierwsza myśl, że mamy naprawdę niedaleko do ukraińskiej granicy, no ale musiałby to być bombardowanie celów na zachodniej granicy (co jest w tej wojnie jednak dość rzadkie). Nagle drugi huk i znowu drżenie powietrza... potem prawie od razu trzeci i teraz widzimy dym "idący" z doliny. Czyli poligon... poligon działa. 
Kolejna eksplozja i znowu czuć falę w powietrzu, no klimat jest niesamowity. Sprawdzamy na stronie Ministerstwa - cały czerwiec to ćwiczenia wojskowe - będziemy mogli zatem przejechać tylko obrzeżem poligonu pod sam szczyt. Sam szczyt nie będzie dostępny... tzn. Słowacy mają to trochę prościej niż my. Zakazu w sumie nie ma - jest informacja, że masz sprawdzić na stronie kiedy nawalają i wtedy nie wchodzić, a jak wchodzisz to Ministerstwo nie ponosi odpowiedzialności za wszelakie szarpane mięso.    
Niesamowicie klimatyczna zrobi się ta nasza wyprawa - dziki las i to taki wpisany jako Prastara Puszcza na listę UNESCO (zobaczcie jedno z ostatnich zdjęć). Przedzieranie się przez srogo zarośnięty szlak, a niemal co chwilę las "przynosi" dźwięki serii z karabinów maszynowych oraz huki eksplozji. "Aż nagle pierdoln**ło, zatrzęsła ziemia się, jak nic przeciwpiechotny... nie ma już, zostało ni-ch*ja, opada z wolna kurz (...) Pracuje artyleria, chłopaki jebią fest...powietrzno-desantowa rozjeb**a już w pizdu"
Coś co zostanie w naszej pamięci na długo, mimo że na sam Vihorlat nie będzie mogli wyjść bo leży on na terenie poligonu.
Zjedziemy zatem nad tzw. Morskie Oko... czyli chyba można jednak powiedzieć, że nasz szturm na Vihorlat został zatrzymany przez ogień karabinów, a obłożeni artylerią musieliśmy wycofać się, aż nad Morskie Oko :P

Srogi, techniczny podpych :P

Szturm Sninsky'ego Kamienia

WOW !!!


Dzień dobry, panie Jaszczurowaty :)

Tu dopiero będzie ciężko wynieść rowery...

ALE WARTO !!!

Tego nie widać na zdjęciu, ale dym z doliny robił wrażenie

No właśnie...

Hmmm...

Droga ze Sninsky'ego na Vihorlat - w większości dobrze przejezdna, ale miejscami :D

Ciało doskonale czarne czyli dziupla na średniej wielkości wiewiórkę :D

Średniej wielkości wiewiórka :D

Dotąd nam wolno... dalej już nie.

Chciałem dzikie góry, więc mam...

Chciałeś dzikie to się przedzieraj :P

Morskie Oko !!!

Widok z góry!

Nad wody spokojne... no tutaj w miarę spokojne, ale w sąsiedniej dolinie nawalają artylerią :D

Nie dotykaj tego, broń bobrze !!!!

Cyklohodnikiem małych planet po stopach Herkula :D


A tu jeszcze dwa zdjęcia z początków dnia - każda ławka miała imię!!

Kupiło mnie, że to była VIERA. Jeszcze akurat dzisiaj --> "Viera to oficera, jedną ręką Cię rozbiera, drugą grzebie Ci w papierach, bo choć w łóżku jest jak zwierzę, wiedz że robisz to z żołnierzem..." :P :P 

Poligon i pradawne lasy bukowe Karpat !!!


Kategoria SFA, Wycieczka

U Króla Ruskiego i przy Trzech Studzienkach

  • DST 60.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 11 czerwca 2024 | dodano: 26.06.2024

Z wizytą u Króla Ruskiego i w polskiej ambasadzie :)
Ruskie to dawna, wysiedlona wieś zaraz za granicą czyli po drugiej stronie "naszej" Przełęczy nad Roztokami - słowacka nazwa przełęczy to Ruskie Sedlo.
Wyprawa w głąb Narodnego Parku Polonniny... tutaj jest pusto. Niesamowicie pusto.
Dzień wyrwany pogodzie... z trudem, ale wyrwany, brutalnie wyrwany
- start 10:00
- 10:30 deszcz... szczęśliwie zdążyliśmy pod wiatę, ale ponad godzinę padało
- 12:00 znowu w drodze...
- 13:15 Przełęcz Nad Roztokami
- 13:30 deszcz... mega wielki, znowu szczęśliwie obok domek do nocowania/ rozbudowana wiata
Pada 3,5 godziny... co było robić. Śpimy pod wiatą... muzyka relaksacyjna: deszcz w lesie. Prawie jak DESZCZ W CISNEJ :P
17:00 - przestało padać... co robimy? Zjeżdżamy do Cisnej (do Siekierezady) na kolację czy jednak jedziemy... późno już trochę... ech...
EJ, przecież to czerwiec, jest jeszcze 4 godziny dnia - JEDZIEMY.
No i super... wycieczka wyrwana pogodzie. Powrót około północy, ale było warto!
Piękne, dzikie tereny, a góry parują/dymią jak szalone. Niesamowity klimat!

Zjazd z Ruskiego Sedla


Czyli nasza Przełęcz nad Roztokami :)

Śladami wielkiej wojny...

"Stoczymy się jak lawina na równinę węgierską i przeniesiemy nareszcie pożar wojny na obcą ziemię..." - jest coś hipnotyzującego w tych słowach
Ten sam dreszcz na plecach, gdy po raz pierwszy raz - pewnej nocy - przeczytałem "The Sin War will once again know the FURY OF THE THREE..."

...niejednej wojny

Uciekamy przed deszczem pod wiatę/do domku :)

Po deszczu

"Oh Mother Russia, Union of Lands, once more victorious the Red Army stands..." (całość TUTAJ)

"... zaklęte w melodii RUSKICH chat, gdzieś na krańcu świata, gdzie nie widać piekieł, tylko niebo na ikonach srebrem lśni" (całość TUTAJ)

"... na kształt ten trzeba spojrzeć z boku, żeby zobaczyć jasno, że to czaszka trupia" (całość TUTAJ)

Królu ZŁOTY mianuj mnie SZARŻE-DA-FĘ :D (ambasadorowie bywają czasami mocno poszukiwani... więc wole niższe stanowisko  :D ) 

W głąb nieznanego...

Jak ja kocham takie miejsca

Szumi!

Wciąż dalej i dalej

Tri Studenki :)

Jaszczurowo się zrobiło :P

Najpiękniejsza pora dnia :)

Stary, zapomniany kirkut

Powrót po zabytkowej drodze

Gdzieś pod Okrąglikiem :)



Kategoria SFA, Wycieczka