aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

Silesia Race - zima 2020

  • DST 97.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 8 lutego 2020 | dodano: 11.02.2020

Nasz pierwszy rajd w tym roku. Zwykle sezon zaczynamy od Rajdu 4 Żywiołów, więc Silesia jest rajdem drugim. Niemniej tym razem, jak pewnie wiecie, na 4 Żywiołach występowaliśmy w roli budowniczych tras - "Aramisy i Przyjaciele" Spółka z ograniczoną... poczytalnością. Tym sposobem Silesia Race Zima robi się naszym pierwszym startem w 2020. Wszyscy już dawno zahartowani, rozgrzani, rozbudzeni a my na początku ścieżki zwanej powrotem do rajdowej formy...
Chociaż z drugiej strony ciężko wracać do czegoś czego się nigdy nie miało. Kiedy wszyscy rozpisują sobie plany treningowe: to my jedziemy po prostu na wycieczki i planujemy dobrze (lub nie...) się bawić. Nie zmienia to jednak faktu, że skoro ostatni rajd był w październiku, to naprawdę ciężko rozruszać tyłek w lutym... nie mówiąc o sobotnim budziku około 4:00 rano. Trochę od tego odwykliśmy.

"If you're good at somethinng, never do it for free" (1*)
Pamiętacie czyje to słowa? Oczywiście, to Joker w "Mrocznym Rycerzu" Nolana. Rozmowa w takim klimacie nawiązuje się podczas odprawy trasy PROFI.

Marcin: Dziękuję Wam że zdecydowaliście się być dziś za nami.
Jeden z zawodników: To my dziękujemy, że Ci się chce (organizować rajdy)
Marcin: Za darmo przecież tego nie robię


I tak powinno być. Jeśli jesteś w czymś dobry, nigdy nie rób tego za darmo... bo aby być w czymś dobrym potrzeba czasu, pracy i doświadczenia. A tego ostatniego Marcinowi nie brakuje. Może czasem brakuje Mu rozsądku, gdy przekłada miłość swojego życie do pociągów i torów nad BHP i nasze bezpieczeństwo, ale doświadczenie nie brakuje Mu na pewno. W tej kwestii także! Inna sprawa, że te torowe przygody sprawią że Rajdy Katowice i Silesie bywają niezapomniane.
Ech ja Wam tu o trasie PROFI, a w sumie to jeszcze nic o samym rajdzie nie powiedziałem. No więc... nie zaczyna się zadania od "no więc". Tak, wiem! No więc, jedziemy na trasę PROFI, ale tak nie do końca.
Lecimy poza klasyfikacją czyli robimy na rowerze całą trasę PROFI. Dzięki temu nie będziemy mieć części pieszych czy rowero-treku, a czyste 16 godzin rowerowania. Raz jeszcze dziękujemy za tą możliwość, bo dla nas to najlepsza możliwa opcja.
Przygodówki są fajne, ale długo-czasowo-dystansowe rajdy rowerowe są najlepsze.
Mamy tylko zrobić chociaż kawałek prologu pieszo po parku zamkowym w Pszczynie, a potem rower non-stop. Ustawiamy się zatem na starcie czyli na rynku w Pszczynie i wraz z Organizatorami odliczamy do startu naszego pierwszego rajdu w tym sezonie.






TROPEM WILCZYM
Z czym kojarzy mi się Pszczyna? Oczywiście z Zamkiem, Parkiem i Zagrodą Żubrów, które kiedyś się odwiedziło, ale także z jedną z edycji Rajdu Wilczego. To właśnie tutaj, także po parku i także nad ranem (a nawet jeszcze wcześniej niż dziś - bo dziś start jest o 8:00 dopiero), szukaliśmy lampionów. Pamiętam to dobrze. Styrani przez bagna Kobióra, gdzie utknęliśmy i to tak konkretnie koło 3 w nocy, dotachaliśmy się w końcu do Pszczyny i wśród porannych mgieł szukaliśmy lampionów ukrytych w zamkowym parku.
Dziś klimat jest podobny. To nasz początek, pierwsze koty za płoty jak mawiają... acz jeśli chodzi o płoty, to przegapiliśmy wejście do parku i aby się nie wracać, chcieliśmy przez ten płot... no wiecie, ale potem zobaczyliśmy, że w tym miejscu jest monitoring i trochę głupio jednak, tak nie po pijaku...
Finalnie weszliśmy zatem przez główną bramę. Nie ma to jak zacząć sezon od takiej wtopy jak przegapienie wejścia do parku, który jest dość dobrze oznaczonym i znamy zabytkiem... to nie tak, aby było to wejście było jakieś ukryte czy schowane.
Niemniej to pewnie wina Sergiusza i jego ekipy, bo gdy wszyscy z PROFI pognali, a TP50 czekało na swój start, my nie mając presji czasu i wyścigu ucięliśmy sobie miłą przedstartową pogawędkę, zapraszając Ich oczywiście na nasza marcowe Wiosenne CZARNE KoRNO - Siła KORNOlisa. Przecież my nie robimy takich błędów w nawigacji, więc to na pewno ich wina ... :D :D :D
Po krótkim BnO po parku dopadliśmy naszych rowerów i od wtedy złapaliśmy wiatr w żagle. Uwaga, złapanie wiatru w żagle, nie jest jednoznaczne z tym, że się wie gdzie się płynie i nie można rozbić się na rafach.
A tak przy okazji to Wy jak wolicie?


Od dupy strony czyli przodem na zad
Jako, że nie obowiązuje nas narzucona kolejności etapów trasy Profi, zaczynamy zupełnie inaczej niż cała ekipa. Ruszamy na wschód a potem na południe. Jest to powodowane faktem, że na pierwszych pieszych etapach jest zagęszczenie punktów kontrolnych (jak to na BnO), więc nie chcemy robić tłoku wśród (u)BIEGAJĄCYCH się o zwycięstwo. Jedziemy zatem trasę po części od tyłu, bo kiedy wszyscy walą na zachód, to my ciśniemy w przeciwnym kierunku. Niedługo zaczną się tu pojawiać zawodnicy z innych tras, więc gnamy naprzód póki jesteśmy sami w terenie.
Wyjeżdżamy z Pszczyny i pierwsze punkty to formalność. Nawigacyjnie trafiamy na nie perfekcyjnie i kiedy zaczynamy myśleć, że mimo przerwy, nie wyszliśmy jednak z wprawy zaczyna się Aramisowy klasyk... czyli, jak to zwykle: NIC NIE ZAPOWIADAŁO TRAGEDII.
Docieramy do wielkiej hałdy i tam robię sobie zdjęcie typu:
Uwodzicielski Prorok na szycie wysokiej góry w otoczeniu miłujących go wyznawców...

Wylazłem, a teraz zejść nie mogę...




MAZUTOWE PIEKŁO
Hieronim miał swoje, muzyczne, więc jak mogę mieć mazutowe. Tak wiem, to nie mazut bo mazut jest z ropy, ale mój schorowany umysł już złapał kotwicę. Czasem przez 12 godzin, bez przerwy nucę jakaś chorą piosenkę, tak dziś - czymkolwiek by to nie było, dla mnie jest to mazut i ch*j...
W sumie to ta maź zachowuje się nawet podobnie. Liczba centistokes'ów (jednostka lepkości jak ktoś nie ogarnia) wyczuwalnie wysoka. Konsystencja tego czegoś jest straszliwa - chyba ma to sporą domieszkę miału węglowego bo oblepia wszystko. To że oblepia to jedno, ale blokuje wszelaki ruch i waży chyba z tonę. Wypełnia wszystkie otwory i zapycha prześwity... masakra. Mam wrażenie że toniemy... próbujemy wołać o pomoc, ale maź wlewa się do gardła i dławi... "gdy nie możesz oddychać, nie możesz krzyczeć" (2*)
Słoneczko nas tak załatwiło - jeszcze niedawno maź spokojnie spała skuta nocnym lodem, ale teraz niczym gad, ciepłolubna, rozmarza i grzeje się w cieple dnia. Walczymy, ale nie dajemy rady... "Mazut" zabija... rower nabiera mi tyle tego syfu, że nie jestem w stanie go pchać. Nieraz tonęliśmy w błocie, ale tym razem jest gorzej. Lepkie palce Zła wpychają nam się do gardła jak, jak.. mniejsza z tym jak co. Wypychają się, tak?
Postanawiamy objechać tą przeszkodę na około... do dziś nie wiem, jak niektórym nie zalepiło roweru tak, że tamtędy przejechali (może grubość opon) bo u mnie nie kręcił się ani przód ani tył w pewnym momencie. To był pierwszy rajd w naszej historii, w którym dopadliśmy jakąś myjnię 24h i myliśmy sprzęt jeszcze w trakcie zawodów... ale po prostu trzeba było. Hamulce zapchane breją, rower ważący tonę... no po prostu jak nigdy.
Nasze nowe rowerki... co za dramat. Nie zasłużyły na taki los. Ja wiem, ja wiem... i tak pójdą w błoto i będą tyrane w górach, ale wiecie jak jest z nowym sprzętem. Pamiętam Tatę i noc kiedy po raz pierwszy jego ukochane auto stało nie w garażu.
Ojciec stoi rano zapatrzony w okno, Mama na to: "Co robisz?"
On grobowym głosem "W nocy padało..."
No więc właśnie... na drodze był "mazut"



"Na drugim planie ŻÓŁTA KOPARKA pochylała się nad dziurą w ziemi, jakby zaglądając do niej z zaciekawienie..." (3*)
Pamiętacie Silesię 3 Beskidów na jesień zeszłego roku. Tam też był jeden z punktów kontrolnych na żółtej koparce. Problemem było to że ta koparka odjechała. Według Marcina była porzucona ale według rzeczywistości już nie. Jak zobaczyliśmy zatem że tym razem lampion ma także wisieć na koparce, zastanawialiśmy się czy będziemy mieć powtórkę z rozrywki. Jednakże dzisiaj lampion wisiał gdzie miał wisieć, a koparka spata tam gdzie miała stać. Dzięki temu wyszedł świetny punkt kontrolny. Sami popatrzcie na zdjęcia. Punkt taki że kopara opada (dobrze, że nie odjeżdża...)



Do tego jeden punkt wcześniej był umiejscowiony w budynku dawnego dworca i także zrobił na nas spore wrażenie. Właśnie tam czekał na nas punkt żywieniowy a dla wielu ekip był to też punkt zmian czyli przepak. Posileni i w miarę zadowoleni ruszyliśmy dalej




Co ma wisieć nie utonie... no ale chyba wisieć nie miało.
A było to tak... Na pewnym etapie rajdu czekało na nas zadanie specjalne. Przeprawa linowa przez Wisłę. Trzeba było przeprawić na drugą stronę najpierw rowery a potem siebie. Oczywiście wszystko pod okiem doświadczonych, czasem także przez los, linowych specjalistów. Rower Basi w ekspresowym tempie poleciał na drugą stronę, jego Właścicielka także. Chyba przekroczyła przy tym barierę dźwięku bo krzyk usłyszałem dopiero kiedy zbierała się z ziemi po drugiej stronie, natomiast ja... jakby to powiedzieć. Miałem trochę problemów z tą przyprawą. Kojarzycie co się dzieje gdy kat źle dobierze długość liny na szubienicy... Taaak, głowa zostaje odcięta a krew sika na około. A wiecie co się dzieje gdy na linie powiesicie ciężar przekraczający jej dopuszczalne obciążeniem.
Pamiętacie tą scenę z Batmana Tima Burtona (tego w którym Batman musiał się obracać całym ciałem, bo kostium uniemożliwiał mu kręcenie głową). Vicky Vale została przez Nietoperza zapytana ile waży gdy ratował ją przed bandą Jokera. Odpowiedziała Mu, że 48 kg po czym, pojechali na linie. Mechanizm linowy nie dał rady... i później Batman powiedział jej, że nie waży 48 kg (to jest odwaga!). No i tak też było ze mną: lina miała wytrzymać i w sumie to nawet wytrzymała, tylko tylko że poleciałem w wodne otchłanie i całkiem porządnie się skąpałem. Dobrze że była w miarę ładna pogoda bo wyszedłem z tego zadania mocno przemoczony w dolnych partiach.
Gdyby był mróz to nie byłoby ciekawie, chociaż z drugiej strony miałem też cały komplet nowych ciuchów w plecaku. Coś trzeba w nim wozić, prawda? Bez sensu wozić tak wielki plecak pusty. Z trzeciej strony, plecak też poszedł pod wodę...
Niemniej, koniec końców: oszukali mnie! Mieli przeprawić mnie na drugą stronę, a prawie mnie utopili... i dalszą część rajdu jechałem z mokrą dupą (zdjęcia od Nataszki... wiedziała, gdzie i kiedy być z aparatem).




Analizując układy liniowe
Wjeżdżamy w lasy otaczające zbiornik Goczałkowicki. Dziwne rzeczy się tu dzieją bo tablica dotycząca Rezerwatu Przyrody informuje, że chodzenie po rezerwacie grozi utonięciem... My natomiast spotkaliśmy także bardzo fajny mostek. Wygląda nieźle na zdjęciu, prawda? A teraz wyobraźcie sobie, że żadna z tych belek mi nie jest do niczego przymocowana... Jak na to staniesz, to się zaczyna zabawa jak w Prince of Persia. Pamiętacie te kafelki które odpadały jak się na nich stanęło? Bardzo podobnie tu to wyglądało. Niemniej dość sprawnie uporaliśmy się z punktami kontrolnymi zlokalizowanymi w tych lasach. Na koniec zostawiliśmy sobie tak zwaną "białą mapę" czyli odcinek specjalny na którym zaznaczone były tylko i wyłącznie obiekty liniowe i... nic więcej. W praktyce oznaczało to, takie same oznaczenie strumieni, ogrodzeń i ścieżki. Innymi słowy był to układ obiektów liniowych czyli - jak pewnie pamiętacie - z definicji: matematyczny model układu regulacji oparty na przekształceniu liniowym będący matematyczną abstrakcją i swoistą idealizacją układu rzeczywistego, którego odpowiedź na złożony sygnał wejściowy można opisać za pomocą sumy odpowiedzi na prostsze sygnały wejściowe. Oznacza to że w równaniach nie występują żadne iloczyny ani potęgi zmiennych a ewentualne współczynniki tych równań czyli parametry układu nie są zmiennymi. Mówimy tu oczywiście o układach równań różniczkowych czyli dużej ilości równań odejmowanek... To tyle z definicji. Etap był autorstwa Łukasza, który przeszedł samego siebie na Silesi 3 Beskidów robiąc tam rzeź, więc spodziewaliśmy się niezłego hardkoru... Tym razem ku naszemu zaskoczeniu etap ten nie był bardzo trudny.
Bynajmniej Nie narzekamy na to!





Inwazja porywaczy lampionów
Pomału kierujemy się w stronę bazy zbierając ostatnie punkty oraz atakując etap, który wszyscy robili jako pierwszy. Zmierzch zostaje nas na fantastycznej spacerowej ścieżce wzdłuż zbiornika. Etap, o którym mówię charakteryzował się sporym zagęszczeniem punktów kontrolnych. Dzwonimy do Marcina. Skoro jesteśmy tutaj ostatnią ekipą bo jedziemy od dupy strony, to może pozbieramy Mu punkty kontrolne. Sami wiemy jak wielkim złem jest ściąganie trasy. Planowanie zawodów cieszy, rozkładanie trasy jest fajne, ale ściąganie... po zawodach, gdy jesteś wytyrany po wszsytkich przygotowaniach i prowadzeniu imprezy, jest naprawdę trudne. Marcinowi ten pomysł się bardzo podoba, więc porywamy lampiony i pakujemy je do plecaków. Zawsze będzie Mu trochę łatwiej i mamy nadzieję że w marcu też nam ktoś pomoże zbierać trasę. U nas będzie ponad 110 punktów kontrolnych, więc bierzemy 3 dni urlopu na jej rozłożenie... Będzie zatem co ściągać.
Do bazy docieramy wczesnym wieczorem, ale grubo po zmroku.
Całkiem nieźle jak na pierwszy start. Kondycji Nie ma nawigacja zawodzi ale poszły pierwsze koty za płoty. dobrze że w końcu zaczęliśmy sezon.
Teraz może być już tylko lepiej... albo i nie :)

Takie tam z płonącym horyzontem

Nostalgia za morzem

Kosmos to też NASA sprawa !!!


DUCH w mroku (mimo, że Mrok nie załapał się na to zdjęcie - przypominam, że nasze rowery to mają swoje imiona: DUCH i MROK, jak dwie identyczne Bestie z pewnego filmu)


CYTATY:
1. Film "The Dark Knight".
2. Tagline do filmu "Anakonda" (horror klasy słabej, ale ja takie kocham :D )
3. Książka Zygmunta Miłoszewskiego "Gniew"


Kategoria Rajd, SFA


komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa uwala
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]