aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

Bike Orient Nad Czarną

  • DST 120.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 2 lipca 2022 | dodano: 04.07.2022

...czyli "dzida" w Świętokrzyskie! Jedziemy na Bike Orient nad Czarną... "nad" i "z" bo z Basią. Tak, pamiętam że Basia jest nieodmienna z wyboru, ale sami przyznacie jak to brzmi: Z CZARNĄ NAD CZARNĄ. A to dla mnie niesamowicie wiele znaczy.  O jakże wspaniały był ten Bike Orient: piękne tereny, genialne punkty kontrolne i zastrzyk dopaminy w postaci powrotu Basi do rajdów.
Musicie zatem wybaczyć, ale relacja będzie: DŁUGA, PEŁNA ZDJĘĆ I BARDZO EMOCJONALNA. Dziś zatem zimny osąd i militarnie skrupulatną analizę sytuacji odkładamy na półkę, cynizm i kąśliwe komentarze też, bo dziś jedziemy bez trzymanki na emocjonalnym rollecoasterze. A co! Czy zawsze trzeba kierować się głosem rozsądku, nie znacie powiedzenia o żalu i grzechu? Grzech włożyć, żal wyjąć... a nie, czekajcie to nie to. To fragment do innego tekstu, który piszę... ale nie interesujcie się tym :D
Miało być lepiej grzeszyć i żałować, niż żałować że się nie grzeszyło. No, teraz jest dobrze.
Jak mawiał Imperator Palpatine "LONG HAVE I WAITED AND NOW YOU'RE COMING TOGETHER" (tutaj). Dokładnie tak, od dawna... niby tylko od stycznia, ale mam wrażenie jakby minęły całe dekady.  Nareszcie ruszamy na rajd razem... acz nie wiem czy to jest do końca mądre. Nie wiem czy nie jest za wcześniej... to znaczy wiem, że jest, ale miało być bez rozsądnych analiz dzisiaj, więc jeszcze raz, bardziej emocjonalnie - "jedziemy, musi być dobrze, przecież jeśli czegoś nie wolno, ale bardzo się chce, to można" :D  

"Jeszcze stać ich by historii się przypomnieć
Wskoczyć w siodło i wykrzesać iskry z ostrza,
znów uwierzyć w zew:
MUSZKIETEROWIE DO MNIE !!!"
(całość TUTAJ- Mistrz Jacek)


"Stacja meteo dezinformuje jak na dwór mam ubrać się...może powiedzą prawdę wreszcie " (całość TUTAJ)

Jak wychodzimy z domu około 5:00 rano... to leje. A miało być ładnie. Ech, to jest pech... pierwszy rajd od dawna i musi lać. Przez tyle dni był skwar niemal nie do wytrzymania i każdy modlił się o deszcz, a jak chcielibyśmy ładny dzień na rajd to leje... zaje-k****a-biście :P
No, ale jedziemy, nieraz jeździliśmy w deszczu (na przykład TU)... ale to chyba nie jest tajemnicą, że wolimy jednak NIE.
Ruszamy w kierunku na Warszawę... parę kilometrów za Krakowem leje... bardziej. W sumie to napiera z nieba jak Lufftwaffe na Londyn podczas bitwy o Anglię. 
A według prognoz miało być naprawdę ładnie i nie tak gorąco jak ostatnio... taaa... na wysokości Jędrzejowa nadal leje i temperatura spada do 10 stopni.
Widzę, że będzie dzisiaj ostro... szkoda tylko, że nie jesteśmy do końca przygotowani na taki warun. Ciepłe nieprzemakalne ciuchy zostały w domu... bo miało być ładnie.
Owszem mam kurtę przeciwdeszczową w plecaku i ze dwie warstwy dodatkowe... zawsze wożę, ale nie są to sprzęty HEAVY-DUTY na deszcz, raczej takie awaryjne. Gdybyśmy wiedzieli, że będzie tak nawalać deszczem i zimnem, to byśmy się lepiej przygotowali. Co to jest okrągłe i nas nienawidzi? Tak, zgadliście - świat. Pierwszy rajd Szkodniczka od dawna i musi nawalać ulewą... aby korzenie były śliskie, aby 10 godzin na zewnętrzu było mokre i nieprzyjemne... ech, ufać prognozą. Pamiętam kiedyś akcję w Lutowiskach (Bieszczady)... W Sanoku miał być wodny armagedon, Ustrzyki miała zabrać powódź stulecia, a prognoza do nas: "w Lutowiskach nie będzie kropelki deszczu". Dla tych co nie ogarniają Bieszczad, Lutowiska są między Sanokiem i Ustrzykami, więc to było dość mało prawdopodobne, abym tam nie padło, skoro Sanok i Ustrzyki miało zmyć... ale co tam. Uwierzyliśmy! Pojechaliśmy rowerami w Pasmo Otrytu... i zmyło ale nas, spłynęliśmy z gór... to nie były drogi płynące deszczem... to były rzeki płynące drogami... pacany uwierzyły, że będzie ładnie, pacany spływały z Otrytu...
Dziś wygląda na to, że będzie podobnie... jestem zły, bo martwię się o Basię, że będzie ślisko, a miała jechać ostrożnie, miała mieć lekki, delikatny powrót a będzie ciężki warun... ogólnie martwię się, a do tego czuję się oszukany bo miało nie padać! "Oszukała mnie, banda decydentów. Wielka straż. Za darmo pieniądze biorą, moje pieniądze! Jestem bardzo wylewny..." (ej no co, miało być emocjonalnie dzisiaj, tak? A to przecież cytat z klasyki TUTAJ.)

Szczęśliwie, prognoza się mimo wszystko się sprawdzi. Przed startem, już w bazie, deszcz będzie wygasał i za dnia chwilowy stan klimatu na danym obszarze (czyli pogoda) się poprawi. I to nawet znaczenie. No ale co się naklęliśmy w aucie, że miało być ładnie, a jest ładnie ale... przejeb***ne, to nasze :D :D :D
W bazie zaliczamy jednak bardzo ciepłe przyjęcie, bo wiele osób pyta o stan zdrowia Basi i humory bardzo nam się poprawiają.
Zapowiada się, że mimo początkowych trudności, będzie to całkiem ładny dzień. Byle tylko kolano Basi wytrzymało... tym martwię się chyba nawet bardziej niż sama zainteresowana.
Inna sprawa, że mapy na Bike Oriencie mają w sobie coś zwodniczego. Patrzysz na to i stwierdzasz, 10 godzin? Z palcem w... korbie objadę całość (acz to mogłoby naprawdę boleć)... ale doświadczenie przypomina mi, że na ostatnim Bike Oriencie też tak myślałem... na przedostatnim też... trzy Bike Orient'y do tyłu także...
RAZ, raz w życiu udało nam się zamknąć całą trasę w limicie na Bike Orient... Nie zmienia to jednak faktu, że za każdym razem mapa wygląda tak, jakby była do zrobienia na spokojnie. Potem jest zawsze tak samo, 2-3 pierwsze punkty wchodzą od kopa i utwierdzasz się przekonaniu że jest GIT, ale im dalej w rajd tym zaczyna się weryfikacja założeń..., która kończy się niezmiennie tak samo. Wydawało mi się, że zrobię całość - miałem rację, wydawało mi się...

Niepozorna leśna mapa :)


Owczy pęd (czyli masa owcy razy prędkość owcy, a chcecie dowiedzieć się czym jest owczy moment pędu?)
Wybijamy z bazy i kieruję się na pierwszy punkt kontrolny - leśny cmentarz choleryczny.
Standardowo, pierwsze punkty leci się tłumie, bo na Bike Orient frekwencja zawsze duża. W ciągu 30 minut każdy rozjedzie się we własny wariant i będą takie chwile, że przez 2-3 godziny nie spotkam żadnego zawodnika (jak jedzie się nie-ortodoksyjnymi wariantami, to ciężko kogokolwiek spotkać...)
Niemniej pierwszy punkt lecimy w tłumie. Powtarzam sobie jak mantrę: "nie jedź za tłumem, nawiguj sam, nie jedź za tłumem, nawiguj sam". Dodaję sobie do tego "kurwiu", aby lepiej to do mnie przemówiło :D
Tłum skręca w prawo... ja też... przecież wszyscy nie mogą się mylić, prawda? To jeden z błędów poznawczych: powszechny dowód słuszności... ej, miało być bez analiz, miało być emocjonalnie. Jeszcze raz, wszyscy skręcają w prawo, JA TEŻ, JA TEŻ, JA TEŻ !!!
Jarek odbija w lewą przecinkę: Jaruś, nie zostawiaj mnie, ja pocisnę za Tobą!
Przecinka zanika szybciej niż się zaczęła...
K***a..., a miałem nie jechać za tłumem. W sumie to nie jadę... niosę rower przez chaszcze... za tłumem... której części zdania "nie jedź za tłumem" nie zrozumiałem?
Wariant wypass (godny owcy, prawda?) jeśli chodzi o dotarcie do cmentarza, do którego prowadzi także wygodna, szeroka leśna ścieżka, ale nie... my przez krzoki.
Zawsze tak jest... po prostu zawsze...
ale próbuję się pocieszyć, że to jednak pokora, skoro wszyscy walą w prawo, a Tobie się wydaje, że powinno się skręcić w lewo... to zaczynasz powątpiewać w swój osąd... pokora, a nie czysta głupota i ślepe trzymanie się grupy. Chyba była za mały akcent na to "kurwiu"... 
Niemniej... podsumowując... ogólnie drę przez mokre krzory, przez jakiś gęsty las... ale przynajmniej drę w dobrym kierunku, bo korekta z kompasu całkiem nieźle weszła. Wchodzę prosto w punkt, a tam... BASIA... jadąca pomału, ostrożnie, niespiesznie... ale przede wszystkim drogą. Jest lekko zaskoczona, że wychodzę z krzaków i pyta czy wiem, że była tutaj droga... ja na to, że już wiem... ech, ja już Wam kiedyś mówiłem, że bez Szkodnika moje warianty jeszcze bardziej dziczeją...
Inna sprawa, że takim mokrym lesie, ten cmentarz robi naprawdę duże wrażenie... niesamowicie klimatyczne miejsce. Uwielbiam takie punkty kontrolne.

Wariant czarny na zielono (bo przez las). Wszystko jeszcze mocno mokre :)

Pierwszy lampion Basi od bardzo dawna!! Jakże takie chwile cieszą...
"It's been a long time, been a long, long wait"
(całość TUTAJ- cover piosenki zespołu Motorhead w wykonaniu Metallicy)


Pod (MAŁO)DOBRYMI skrzydła.
Basia postanawia jechać z Wojtkiem Małodobrym, albo Wojtek postanawia jechać z Basią... konfiguracja nie ma tutaj znaczenia. Ważne jest, iż oznacza to, że Szkodniczek będzie miał opiekę podczas jazdy! A cały czas zastanawiałem się co robić, jechać z Basią czy gnać samotnie w las.
Niby wyrwałem lekko do przodu przez krzaki zaraz po starcie, ale cały czas mam "myslenicę" czy robię dobrze, czy nie lepiej jednak zostać przy Niej.
Basia od kilku dni mi powtarzała, że sobie poradzi, że jest OK z kolanem i że - jakby się cokolwiek działo - to przecież jestem na rajdzie, więc najwyżej zbiorę Ją autem.
Ogólnie zatem mówi mi, że sobie poradzi, ale ja i tak się martwię. Trochę nie mogę podjąć decyzji... wyrwałbym do przodu, ale coś mnie przy Niej trzyma... to pewnie wspólny kredyt... 
Niemniej, kiedy okazuje się, że Basia będzie jechać z Wojtkiem, że będzie "pod opieką", to emocje mi schodzą... to przecież świetna opcja. Szkodnik będzie zaopiekowan, a i Wojtkowi będzie raźniej pojechać w towarzystwie. Lubię jak problemy same się rozwiązują.
Basia mówi mi wprost:

"startuj, dosiądź konia, ruszaj za tym co tak kochasz...
do przodu, do przodu, pędź jak wiatr, znasz drogę, znasz drogę, to twój świat !!!"

(całość TUTAJ, hermetyczne, mega hermetyczne, chłopaki nie mają głosu, nie trzymają rytmu, ale klimat piosenek o grach mnie po prostu kupuje)

No to odpalam! Mogę gnać bez martwienia się gdzieś w głębi duszy. Włączam tryb przelotowy i ruszam w las po mokrych drogach.
Kierunek południowy-zachód: trzeba najpierw zgarnąć wszystkie 4 punkty w prawym dolnym rogu mapy.
A tam czeka już na mnie - znany mi już z innego fragmentu - Piekielny Szlak

Szkodnik zaopiekowany

Mogę ruszać do Piekieł, ale pamiętaj Szkodniczek:

"Watch for me by the moonlight
I'll come to thee by the moonlight, though HELL should bar the way"

(przepiękna ale smutna  ballada/historia, w której aż dwa razy pojawia się słowo RAPIER !!! --> TUTAJ)


"Welcome to HELL, I'm movin' in
Someone tell the DEVIL I'm gonna have a room with HIM" (HIM - His Infernal Majesty) - całość TUTAJ
Znamy trochę ten PIEKIELNY bo w pierwszym roku plagi czyli w 2020, zrobiliśmy sobie tutaj wypad w większej grupie - wpis dedykowany tej wyprawie znajdzie pod TYM LINKIEM.
Ale wtedy targaliśmy głównie przez krzory i bagna, co nie znaczy, że nie było wypaśnie - Kamila, jeśli dobrze pamiętam, śmiała wątpić :D
Jednakże tamta wycieczka, to było tereny bardziej na wschód od miejsca rozgrywania rajdu, więc ta część PIEKIELNEGO., na której właśnie jestem, nie jest mi znana. Tym chętniej cisnę przez las, odkrywając nowe miejsca. A jest co podziwiać, sami zobaczcie gdzie były zlokalizowane kolejne punkty kontrolne:

Ołtarz do składania ofiar z ludzi, zacny ten piekielny szlak, zacny...


Dąb Starzyk - pomnik przyrody



ZAMEK TORX'a :D
Targam dalej w kierunku zamku w Fałkowie. Ej czemu ten miejscowości nie pisze się V-ków, ale byłby klimat :D
Muszę złożyć petycję w urzędzie gminy. Nim jednak dotrę do zamku, to wpadam jeszcze po 21 nad jeziorem, a tam jakaś ekipa walczy ze sprzętem.
Debatują czy wolą "piszczący" hamulec czy jazdę bez, bo pisk denerwuje. Życie to sztuka wyboru.
Pytam czy maja narzędzia jak coś, odpowiadają że musiałbym mieć TORX'a... no ba! No proste, że mam. Kto dziś jeździ bez heksagonalnych kluczy trzpieniowych (imbusy) oraz wewnętrznych kluczy sześciokarbowych według ISO 10664 (Torx)?
Widzieliście wielkość mojego plecak? Cała norma ISO się zmieści. Łapcie TORX'a a ja idę po lampion.
Chłopaki zachwyceni szcześciokarbem, naprawili i pojechali... a ja przelot na zamek.
No zacne mają tutaj te ruiny. Zacne. Genialny punkt kontrolny.

V-ków !!!


Przyczółek dawnego mostu
Piotr na odprawie zapowiadał, że ten punkt będzie MEGA i miał rację. Był mega. Stary most, który runął. Jadę tam koniecznie bo uwielbiam takie punkty.
Aby się tam dostać muszę przeprawić się przez dzikie knieje i oczywiście wybieram przecinkę, która dobrze rokuje i kończy się nagle.
Niemniej darcie na rympał przez las się opłaci, bo dość ładnie wyjadę na drogę prowadzącego do starego mostu.
Super miejsce i genialna przeprawa przez wodę :D

Dobrze rokująca przecinka :D

Oj, chyba trzeba będzie to objechać... przecież nie będziemy łamać przepisów, prawda? :D :D :D

Przez leśny korytarz :)

Przyczółek dawnego mostu i przeprawa przez rzekę - zacny punkt kontrolny, bardzo zacny!


Tysiące mil za sobą mam
(no dobra, jakieś 40 km)
I punkty dwa dziś między nami
(w międzyczasie złapałem dwa lampiony)
Nie minie rajd, ucichnie łoskot dział
(pasuje Wam, że Bike Orient otworzyła SALWA Z ARMATY? - filmik TUTAJ)
nadejdzie czas, znów się spotkamy
(o tak, o tak) - parafraza znanej SZANTY

Wbijam na punkt 17 i stwierdzam, że zadzwonię do Basi, zapytać jak się czuje i jak się Jej jedzie. Dzwonię i okazuje się, że Basia z Wojtkiem zbliżają się właśnie do punkty nr 17, czyli tego na którym właśnie jestem. Pojechali z zamku wprost na niego, dobrymi drogami aby nie obciążać kolana - ja w międzyczasie wybiłem na północ zbierając punkty 18 i 2 (to był właśnie wspomniany wyżej przyczółek mostu) i teraz "dzidowałem" na południe po 17. Perfect timing, więc postanawiam na Nich chwile poczekać.
Dosłownie 5 minut później się pojawiają. Basia mówi, że wszystko jest w porządku i bardzo dobrze się jej jedzie, o tyle że jadą wolno... 10-12 km /h. Na spokojnie i czasem na około, byle tylko dobrą drogą, a nie na rympał przez las. Dla mnie ważne jest, że wszystko z Nią w porządku. Mogę zatem targać dalej, jeszcze bardziej spokojny o Nią.
Idealnie wyszło z tym spotkaniem :D

Morka 17-stka. Jak ja takie lubię... dobra, bo się rozmarzyłem (TUTAJ :P :P :P) 
Coraz mniej mokra, bo las zaczyna już wysychać


Spotkanie przy 17-nastce :)

No to co? Sekwencja zapłonu... i DZIDA !!!

Leśna autostrada bez ograniczenia prędkości - PRZELOT i UPALANIE :D


Tygrys bagienny...
Gonię Tygryska (Krystian ma takie barwy stroju rowerowego jakby ktoś nie widział). Ciśnie na punkt opisany Róg Torfowiska. Staram się utrzymać za Nim chociaż chwilę, bo to dzisiejszy, przyszły zwycięzca rajdu. Przelotowa jest kosmiczna, bo droga zachęca do upalania. Zbieram lampion i nadal próbuję utrzymać się za "prowadzącym". Leci teraz na 20-stkę i wali na wprost... ale z mapy wynika, że z tego kierunku, nie prowadzi tam żadna droga. Co więcej, na mapie są tam bagna... Krystian nie zważa na to, targa na wprost, ja się waham... tak, to zwykle my z Basią włazimy w bagna, ale dla mnie na mapie:
- po pierwsze primo: tych bagien jest tam dużo
- po drugie primo: jest dobry dojazd na około
Zadziwiam sam siebie, ale jadę objazdem, a nie za Tygryskiem na bagna. Może w końcu ktoś mi uwierzy, że my w bagnach wchodzimy przypadkiem, a nie z wyboru.
Objazd jest spoko, owszem trzeba trochę nadrobić drogi ale wjeżdżam na lampion bez większego problemu.
Następnie ruszam po kolejny lampion - Dąb Mikołaj (WOW!)
Jest niesamowity, siadam na chwilę pod zacnym drzewem i robię popas... wpada Tygrysek:
- Utknąłem na bagnach!!!
- Hmmm... szok i niedowierzanie, prawda? Ja pojechałem objazdem
- No... a ja dziś tak jak Wy normalnie
Dokładnie TAK.
Jestem dumny, że to nie ja dzisiaj utknąłem na bagnach
- Bronek odrobił na tym 15 min - krzyczy i już Go nie ma.
Ostro walczą o wynik, a ja nie spodziewam się, że za moment będę też ostro walczył, ale z roślinnością plugawą :)


Jest i torfowisko :)

Jest i lampion :)

Dąb Mikołaj... imponujący!


Twój szcześliwy numerek, k***a...

Mój numer startowy to 29... i z tego też powodu, los postanowił ze mnie okrutnie zakpić. To co się odwaliło na punkcie 29-tym, jest niepojętne... wtopa nawigacyjna level patologia, upośledzenie i zrycie łba. Prawie godzinę zajął mi ten punkt, bo chodziłem w kółku... a było to tak.
Spójrzcie na mapkę pomocniczą, a ja Wam opiszę się tam działo.
Plan był prosty (jadę z zachodu). Prawie do zakrętu drogi, potem skręt w lewo, cmyk cmyk, trzy zakręty drogi, ostatnia prosta  - PUNKT. Kurtyna, oklaski, dziękuję dziękuje, nie ma potrzeby tych kwiatów dla wybitego nawigatora.
Taki był plan... rzeczywistość wyszła trochę inaczej...
Jadę z zachodu i stwierdzam, co będę jechał do zakrętu, skoro właśnie doszedł mi konny szlak od południa. Jestem na wysokości punktu, dzida przez pole !!!
Przecinam jedną ścieżkę, dochodzę do drugiej (niebieska kropka) i jestem pewien, że jestem w miejscu tej kropki. I tak było, byłem na obrzeżu kółka. No to teraz formalność, tak? Chcę w lewo, ale chaszcz jest nieprzeciętny... kolce, pokrzywy, gałęzie, no gęsto. No nic, podejdę trochę na północ i potem odbiję w lewo... idę, idę, idę, a chaszcz po lewej tylko narasta i gęstniej... prawie do wsi doszedłem. Trzeba się było z tego pomysłu wycofać wcześniej. Słabo. Od północy tego nie obejdę, no to może od południa. Wracam do punktu zbornego.


Jestem w punkcie zbornym - no to spróbuję obejść chaszcz od południa. Aby było jasne, ścieżka którą tu tak pięknie widać wprost na punkt, właśnie zniknęła mi gdzieś w gęstwinie.
Przedzieram się, ale jest gęsto... gęsto i kolce. Jeżyny, tarnina, i akcje... k***a, akacje.
AKACJE, ZNOWU SĄ AKACJE, NA PEWNO MAM RACJĘ, AKACJE KŁUJĄ ZNÓW... (parafraza TEGO)
Chodzę do lasu i różne lampiony zbieram,
szóstki i piątki, 29-tki nieraz...
przedzieram się dzielnie od niedzieli do soboty... AKACJE znowu są akacje
.


K***a... wszystko kłuje i drapie. Jest ciężko. Próbuję trzymać kierunek, ale nie ma huge'a... dżungla. Wychodzę do jakieś drogi i zadowolony, że wyszedłem z syfax'u roślinności plugawej, jestem przekonany, że jestem na dobrym trakcie. Dzida po lampion! Nie zauważam, że droga zmieniła kierunek, a tak naprawdę to w sumie zawróciła... co tam CISNĘ !!!
Coś długo lampionu nie ma... ale pewnie jadę wolno, bo łąką. PRZYSPIESZ !!!. Racjonalizacja... wytłumaczy Ci wszystko...
W pewnym momencie mój umysł mi mówi: "no bez jaj, dawno powinien być", zaraz wyjedziesz po zachodniej części lasu... sprawdzam komaps. WSCHÓD... WAT WAT WAT... jak wschód?
Zawracam do najbliższego skrzyżowania i jadę na południe, aby się zorientować gdzie jestem jestem... a tu, asfalt z którego wjeżdżałem. NO ŻESZ K***A...
Mistrzostwo świata w patonawigacji... być przy punkcie, "w kółku" i pocisnąć w pizdu... dwa razy... wracam do punktu zbornego. Biorę kompas do ręki... ZACHÓD (z nutką północy), patrzę na akacje i tarninę... zobaczymy kto twardszy, moi kolczaści przyjaciele. DRĘ ZA WSKAZÓWKĄ KOMPASU... kolce, gałęzie, pokrzywy... CH*** !!!
LOK TAR OGAR (orc. tryumf abo śmierć). Przejdę przez ten las BRUTE-FORCEM... zachód na kompasie vs kolce... GIVE ME YOUR BEST SHOOT, MR. Forest !!!
Nie zatrzymasz mnie... nie po raz trzeci... drę na zachód...ooo... jest i pierwsza krew, sika aż miło.... łydka i przedramię... AKACJE, ZNOWU SĄ AKACJE...  walcie się na ryj kolczaści, nie zatrzymacie mnie, idę na zachód po lampion.
"i nie święty, ni diabeł mi tego nie odbierze" (cytat z "Batman: Knightsend")
Kolce walczą aby mnie zatrzymać, drapią, gryzą, wbijają się, ale każda kolejna rana tylko zwiększa mój gniew i determinację. To nie jest wycieczka po lesie, to ja vs chaszcze i coś w tym równaniu musi umrzeć. Krzory rzucają drugi rzut strategiczny aby mnie zatrzymać, ale ja wierzę w maksymę "jeśli brutalna siła nie działa, oznacza że używasz jej za mało", napieram więc mocniej, bardziej, brutalniej. Łamię kolejne chasze, które stają mi na drodze, depczę, rozrywam, wręcz rozszarpuję, nakur***am z AXE'a roślinność plugawą...
Jestem MŁOTEM na chaszczo-krzora (i MŁOTEM jeśli chodzi o nawigację..ale to inna bajka...)
Dzika dżungla walczy, ale też płacze. Rycz, nic Ci to nie pomoże - nie zatrzyma mnie żaden twój kolec, KARCZUJĘ MASOWO: 
"Psychopathic in the mind, I don't care if you suffer, so go ahead and call me names, like I'm ugly motherf****er"
(całość TUTAJ)
Wychodzę na polanę... szkarłat to mój kolor. Krwawię z ran ciętych i szarpanych, a świat widzę na czerwono. To wściekłość... nie odpuszczę tego punktu. Jeśli będzie trzeba to wykarczuję ręcznie cały ten las, osuszę ten staw z opisu, ale znajdę ten lampion. Droga gmino, wyrąbałem Wam nową drogę przez ponoć nieprzebieżny las...
Idę polaną i wchodzę w punkt, tym razem jak  po sznurku (moim ulubionym SZNURKU - tylko musicie kliknąć YouTube'owi potwierdzenie, że rozumiecie że materiał dotyczy samookaleczeń).

Po drodze dostaję jeszcze delikatną podpowiedź od ekipy która najechała ten punkt z drugiej strony. To bardzo miłe, że podpowiadają, bo potwierdza mi to, ze plan "BRUTE FORCE" przez kolce zadziałał. Korekta na zachód weszła mi jak Ruscy do Afganistanu w 79-tym. Tylko mam ponad godzinę w plecy, nowe szramy na rękach i nogach... taka jest cena, ale MAM GO. MAM GO !!!
Co do nawigacji... spuśćmy na to zasłonę Milczenia. Najlepiej "Milczenia" autorstwa Edgara Allana (fragment poniżej)

"Posłuchaj mnie - rzekł Demon -
położywszy mi rękę na głowie..."
(nie można tak nawigować - naprawdę tak mi powiedział - krzywdę sobie zrobisz...)

I stałem w bagnie pomiędzy wysokimi nenufarami,
i deszcz mi padał na głowę,
i nenufary wzdychały, jeden do drugiego,
w solenności swego opuszczenia... 

Są i nenufary...


Legendarna 29-tka...


Był PIEKIELNY SZLAK, no to wypada odwiedzić GOSPODARZA tychże włości - kierunek DIABLA GÓRA

Nim jednak wbiję na Diablą, to skoczę jeszcze po dwa inne punkty kontrolne.
Nie ma się co tu za bardzo rozpisywać, bo nawigacyjnie poszło bez przygód, a same punkty kontrolne świetne. Sami zobaczcie.
Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym na Diablą wszedł jakoś sensownie, a nie skarpą... ale powiedzmy, że było to mniej lub bardziej planowo.

Ruiny gospodarstwa - wypassss

Na wydmie :)

Kolejny fajny punkt kontrolny

Dzień dobry, zastałem Gospodarza :D ?

Pamiętaj Diable co powiem Ci, nigdy z Fechtmistrzem nie stawaj do gry
Pomnij to Diable, bom szczery - nigdy nie stawaj z Fechtmistrzem na Rapiery
Pomnij to mocno, pomnij Diable - nigdy nie stawaj z Fechtmistrzem na Szable
Pomnij Diable, pomnij me rady - nigdy nie stawaj z Fechtmistrzem na Szpady...
(własne)

Pomnik/Miejsce Pamięci też robi wrażenie !!!


JAZ kozie śmierć
Czasem trzeba ryzykować, kalkulować szansę i podejmować decyzję "na granicy". O to przecież chodzi w tej zabawie. Zostało mi niecałe dwie godziny, to niewiele ale postanawiam powalczyć o maksymalną liczbę punktów w tym czasie. Zwłaszcza, że czuję, że zaczynam wchodzić w pewien trans... zafiksowania się na mapie. To kwestia poziomu motywacji, determinacji i siły woli. To moment, w którym coś w Was się odpala i wszystko zaczyna się układać.
A było to tak --->
Jadę na punkt opisany "poniżej jazu". Aby się na niego dostać trzeba się przeprawić przez 3 "zerwania" drogi. W takich chwilach zawsze przypomina mi się ten komiks - tam była taka scena jak Frank Castle wchodził do płonącego budynku uratować dziecko i na klatce "brakuje 3 metrów schodów - co to dla mnie?". Bądź jak Frank, rower na ramię i "co to dla mnie" - przeprawiam się przez rozwalaną drogę i kanały wodne, a chwilę później łapię lampion przy jazie. Punkt wypasss - ekstra, za to kochamy orientację!
Zostało niewiele mniej niż 2h... przypadkowo spotkany tutaj inny zawodnik odradza mi ciśnięcie na pkt 13 (Ruiny domu), ale kurcze to RUINY DOMU - klimat, klimat, klimat... przecież to też może być wypas. Chrzanić rekomendację - dzida na ruiny i właśnie wtedy włącza mi się ten trans... uwielbiam te chwile. Uwielbiam ten stan... kiedy mózg przełącza się w tryb stricte zadaniowy... wszystko dookoła zaczyna tracić na znaczeniu, a przed oczami widzę tylko drogi, zakręty, ścieżki i niemal upływający czas.
Mój umysł zaczyna przeliczać odległości, jeszcze 250 metrów, jeszcze 100, skręt w lewo i dawaj... upalaj. 34 km/h, szybciej, szybciej, szybciej... ignoruj że boli. Zamknij ból w pudełku i schowaj głęboko na dnie umysłu... na później.
Zakręt w lewo, przelot, zakręt w prawo... tam dalej kończy się na mapie szuter i zaczyna droga polna. Mam nadzieję, że będzie przejezdna, bo tego to nigdy nie wiadomo... a nie ma za wiele czasu na błędy i poprawki wariantu. Nie jest źle, drę na dziko przez pola, ale droga nagle się kończy całkowicie... jadę jednak dalej, na krechę przez łąkę. Jest dobrze, bo jechać się da. Po prostu kręć - nie zwalniaj. Przedzieram się aż do rzeki i teraz w prawo, wzdłuż brzegu... są! RUINY DOMU. Perfekcyjnie. Patrzę na zegarek. 14 min od poprzedniego punktu. Jest dobrze, tylko utrzymaj ten stan umysłu. Porywam lampion i cisnę dalej... tym razem przez błotnisty zagajnik do najbliższej utwardzonej drogi i w kierunku kolejnego punktu.
Znowu liczę drogi i przecinki, w trzecią w prawą - potem UPAŁ czyli dzida ile fabryka dała, aż do zakrętu drogi, ale ja wtedy ścieżką na wprost przez pole... jest kolejny lampion. CZAS i KIERUNEK, CZAS I KIERUNEK - nie ma w mojej głowie miejsca na nic innego. Uwielbiam ten stan. Przeliczam w głowie mapę na obrazy w ternie, najpierw wzdłuż skarpy po lewej, potem miń dwa doły po prawej i w lewo do kapliczki. JEST.
Czasu coraz mniej, ale trans trwa więc ryzykuję, zawracam i oddalam się od bazy. Została niecała godzina, a ja oddalam się od bazy po kolejny lampion... ale wiem, że mi się uda. Kierunki, prędkości, kąty krzyżujących się dróg i czas... mam wrażenie że widzę nie świat, a zmieniającą się macierz pełną liczb. To jest jak narkotyk, wystrzał dopaminy. Kocham ten stan !!!
Ech gdyby zawsze udawało się wejść na taki poziom pobudzenia - w szermierce mamy to samo, jak się Wam uda w niego wejść, to jesteście w stanie "przejść po" każdym. Całą kwintesencją rywalizacji, jest wejście "na żądanie" w taki tryb i utrzymanie go do końca zmagań. To jest właśnie mistrzostwo.
Nie mógł ten stan odpalić się na 29-tce, co? :D :D :D
Widocznie nie mógł :P

Urwana droga

Zacny punkt - takie miejsca uwielbiam :)

Ruiny domu:

Coś się skrada po ścianie... ale w końcu to Piekielny Szlak (tam, znowu jadę Piekielnym)

Jest i kolejny lampion

Mroczna kapliczka niczym SPOOKY SHRINE (pamiętacie, TUTAJ).

Jak to było?
"When avarice fails, patience brings reward"



Jest Afryka są i banany :D
Tak... została niecała godzina, a ja jadę w stronę punktu zlokalizowanego w Afryce, czyli dość daleko.
Zlokalizowany jest tu punkt żywieniowy. Zastanawiam się czy coś jeszcze tu będzie... nierzadko na Bike Oriencie czy Rajdzie Waligóry zaczynają składać trasę, zakładając że o tak później godzinie nikt już tu nie dotrze. I to kolejny raz kiedy zadaję kłam takim przesądom. Objawiam się! Ja wiem, że zostało niewiele ponad 30 min do limitu, ale co mi tam - nadal jestem w transie, czuję że dam radę. JESTEM. Obsługa w szoku "Pan jeszcze na jedzenie?
Uwaga - to będzie ten humor, za który się płonie w piekle, więc jak ktoś wrażliwy to niech nie czyta:
Widzę, że w Afryce nadal głód (a dla realnie zainteresowanych temat, polecam niesamowicie gorzką książkę "GŁÓD")
Na bufecie nie ma już prawie nic... wszystko zjedzone lub pochowane, bo obsługa zaczyna zwijać punkt.
Udaje Im się jednak wyłuskać dla mnie jakieś ostatnie banany - w końcu nazwa AFRYKA zobowiązuje. Pożeram dwa, niemal łykając je w całości. Banany to czysta energia - teraz dopiero zacznie się upalanie. Podbijam kartę i ruszam w kierunku bazy. 28 minut, a po drodze chce jeszcze 2 lampiony zebrać. NO TO OGIEŃ Z DUPY i nie hamujemy dla nikogo. Co na drodze to pod koła: psy, dziki, grzybiarze, dzieci, cokolwiek... napęd przemieli, amortyzator łyknie. CISNĘ !!!

Afryka dzika, dawno odkryta :D


"Andrzeju, Ty się nie denerwuj" (klasyk intiernietów TUTAJ) zdążymy :)
Zostało około 15 minut, a do bazy kawałek drogi. Zebrałem jeden z planowanych lampionów, drugiego jednak już się nie uda... braknie czasu, trzeba gnać do bazy a i tak - jeśli nie jebnąłem się obliczeniach - to będę na styk. Wchodzę w tryb MORDERCZY FINISZ, czyli ból do pudełka i odstawiam na półkę, na później. Liczy się tylko droga i to aby się teraz nie pomylić w nawigacji - nie ma miejsca na najmniejszą pomyłkę. Lecę niebieskim szlakiem... gdzieś po drodze spotykam Andrzeja z IT Orientu. On też leci na bazę.
- Chyba nie zdążymy - krzyczy do mnie
O Ty małej wiary, może i uprawiam patonawigację, może odwalam warianty z dupy, ale jeśli chodzi o finisze to jestem specjalistą :P
Przypominam nasz rekord na Rajdzie Wilczym (4 sekundy przed dyskwalifikacją - przy cyfrowym pomiarze czasu). Zdążymy, na styk bo powinniśmy do bazy wpaść na minutę przed limitem, tak szacuję... no chyba, że nagle droga stanie się nieprzejezdna (błoto, piachy, cokolwiek...), ale szczęśliwie jest git-przejezdność.
- Chyba nam się nie uda - Andrzej nadal wątpi.
Andrzeju, pierwsza zasada morderczego finiszu. Cisza... i zgon w samotności. Każda zbędna utrata energii jest niewskazana. Obniż wszystkie niepotrzebne funkcje życiowe, zapomnij o konwersacjach, o świecie obok. To zbyt duży wydatek energetyczny, przekieruj wszystko w ciśnięcie w pedały. Zostaw minimalne porcję energii na wzrok i oddech, reszta niech zapodaje moment na korbie.
Pamiętajcie, że rower po płaskim jedzie siłą mięśni, ale pod górę jedzie SIŁĄ WOLI !!!
Dopóki nie wybiła godzina zero, dopóki jest czas, jest walka - targamy ile tej siły zostało.
"...w sercach ciągle żar, LOK TAR OGAR !!!" (po orkowemu: Tryumf albo Śmierć - i znowu ta sama kapela co śpiewać nie umie, rytmu nie trzyma ale klimat, klimat, klimat ---> HORDA)
Ciśniemy do samego końca... do limitu, póki jest nadzieja, że zdążymy.
Tylko droga się liczy, nic więcej... zdążymy!!!
"...zostali wystawieni na próbę, by ciągle walczyć, nigdy nie ulec, nie wpaść w przeklęty strumień, idąc przykładem Grommasha i Thrall'a, wszyscy LOK TAR OGAR, w końcu pora przekuć w wielkie czyny nasze słowa... gotowi na poświęcenie, nie rozmawia się o cenie, gdy trzeba zostać na scenie. Gdy wróg stoi u bram, patrzy z nienawiścią w oczach, WOLA WALKI TO DAR, mogący powstrzymać pożar" (OBROŃCY AZEROTH)

Basia, już w bazie mi powie, że miała rozmowę postaci:
- Zostało 5 min, chyba nie zdąży.
- To przecież jeszcze kupa czasu, oczekuj go na minutę przed limitem.
Ktoś mnie tu zna lepiej niż ja znam samego siebie.

Ostania prosta - zostało 2,5 minuty. Zdążymy !!! HAHAHA wiedziałem.... WIEDZIAŁEM. Po prostu kręć !!
Na metę wpadamy na półtorej minuty przed limitem. O jakże mi tego brakowało... takiej walki, takiego ściorania się i wybatożenia na koniec.
Piękny był ten BIKE ORIENT, zakończony tak bardzo, bardzo w naszym stylu. Wystrzał dopaminy jest niesamowity. Na liczniku mam 120 km... jest pięknie.

Andrzeju :D


Niby MAŁO a jednak BARDZO :)
... a w bazie czeka na mnie Szkodnik. Przyjechał całe 20 min temu czyli też jeździł prawie 10h... pytam jak kolano?
Odpowie: zrobiłam 70 km...
ILE?
A kolano? W PORZĄDKU? TAK?? Hahaha.. cudownie.
Tak bardzo się cieszę, że jest w porządku... i może start tutaj nie był zbyt mądry, może było to nawet całkiem głupie, ale jestem z Ciebie dumny, tak bardzo dumny.
Nie musimy być mądrzy, wystarczy mi że będziemy szczęśliwi...
Basia zrobiła 15 punktów kontrolnych !!!
To niesamowite... naprawdę niesamowite. Cieszę się, że wracasz do naszego małego świata, tego samego z którego, w końcu stycznia wypchnął Cię parszywy los... czekam tu na Ciebie.
Na koniec chciałbym bardzo podziękować Wojtkowi za opiekę nad Basią podczas rajdu.
To naprawdę wiele dla mnie znaczyło, że mogłem się spokojnie "puscić" gdzieś po lesie ("po" nie "w" - kontekst ma znaczenie, tak?).
Tak więc, niby Małodobry z nazwiska, a jednak BARDZOdobry. Dziękuję !

No i jak, było emocjonalnie we wpisie?
Byłoby, nie? :D :D :D


Czasem tak się czuję - dzikość i żar w sercu (i zamiłowanie do złota :P )

Pamiątka !!! Kawałek PIEKIELNEGO SZLAKU !!!



Kategoria SFA, Rajd


komentarze
Piotrek | 10:05 wtorek, 26 lipca 2022 | linkuj może maczetę do walki z krzalem dorzucisz do zestawu z plecaka?
Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz dwa pierwsze znaki ze słowa ojnim
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]