IROKEZ 2016
-
DST
110.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dwa lata trzeba było czekać na drugą edycję imprezy, ale doczekaliśmy się.
Tym razem baza jednak nie była w Żelazku, ale w Nowej Górze (okolice znanego i lubianego, acz nielichego podjazdu w Miękini).
Rogaining czyli nikt nie zrobi całej trasy, a punkty w terenie mają punkty przeliczeniowe w zależności od odległości od bazy i trudności nawigacyjnej. Innymi słowy - kluczowa jest TAKTYKA !!
Zrywamy się wcześniej rano w sobotę i lecimy do Nowej Góry. Jadąc autem planujemy nie finiszować w ostatnich sekundach rajdu, bo górka w Miękini skutecznie może pokrzyżować nam plany. Trzeba uwzględnić, że powrót do bazy to będzie naprawdę długi i mozolny podjazd, którego nie można zlekceważyć.
Przybywamy na miejsce i rejestrujemy się w bazie. Pierwsza miła niespodzianka - COMPASS rozdaje starsze edycje map za darmo (szarpałem jak Reksio szynkę) oraz sprzedaje z 30-40% zniżką nowe wydania map (targałem jak komornik telewizor). Finalnie już przed zawodami, mamy jakieś 15 map w ręku.
O 9:30 zaczyna się odprawa - dostajemy dwa ogromne arkusze map.
Jakby ktoś chciał je zobaczyć, to są dostępne na stronie imprezy ----> http://irokez24.pl/
Postanawiamy najpierw uderzyć na północny-zachód, lasami aż pod Bukowno. Potem na południe aż do Puszczy Dulowskiej, a stamtąd przeskoczyć na drugą mapę i wyhaczyć z niej wszystko, a no co zostanie czasu.
Godzina 10:00 - start. Ruszamy.
Ruszamy na pkt 32. Dość ławo znaleziony z dojazdem niemal pod sam punkt.
Teraz szukamy jaskini (pkt 56) - tu trzeba trochę pochaszczować za nią, ale udaje nam się ją znaleźć. W lesie jest przepięknie:


Opis punktu: DÓŁ. Wszystkie pięknie, ale po 3679-tym dole, pozostaje nam do zbadania tylko 4967 dołów. Masakra jakaś. Dół za dołem, dołem pogania. W końcu udaje się nam znaleźć punkt, ale godzina w plecy jak nic - tzn. godzina na spacery po lesie, po jakimś nie takim łagodnym zboczu.

Tak, tak...przyszliśmy "z głębi" tego zdjęcia :)
Kolejny ruchem jest przelot przez Bukowno na znany nam parking nad dawną kopalnią i lecimy po najdroższy punkt na tej mapie - 91.
Łapiemy go i dalej przez kopalnię ku Diable Górze. Wymijamy ją jednak, nie pchając się tym razem na jej szczyt i jedziemy po 46.
Tutaj ukrywamy rowery w krzakach i idziemy z buta pod nielichą górkę, na azymut od głównej drogi. Jest trochę podejścia ale łapiemy 46-stkę.
Zaczyna się weryfikacja planu. Mieliśmy jechać na 74, ale ten punkt jest dość daleko i sporo czasu stracimy jadąc po niego. Uznajemy, że się nie opłaca, lepiej kontynuować pętlę po zagęszczeniu punktów, a nie jechać specjalnie po jeden tam i z powrotem.
Odpuszczamy 74 i lecimy na przez Płoki na 67 (ścieżkami "na południe").
Wyliczamy gdzie powinien być i odbijamy ze ścieżki na azymut - chwila poszukiwań i jest.
Lecimy dalej przez Psary i atakujemy 66 - piękny wąwóz!

Czas leci nieubłaganie, zbliża się godzina 16:00. Musimy znowu weryfikować plany - kwintesencja rogainingu!!
Miało być teraz 45 i 73, ale odpuszczamy na rzecz Puszczy Dulowskiej (płasko i sporo punktów). Leciemy na 72, gdzieś tam zostawiając sobie opcję powrotu po 73, jak się uda (ale od południa - od Puszczy).
Ruszamy w Puszczę ale te punkty to nie główne ścieżki znanej nam Puszczy a mokradła :)
Zaczyna się zabawa z bagnami.

Finalnie jednak objeżdżamy mokradła w trójkę i 65 łapiemy od porządnej drogi.
Teraz skok na 42, Grzesiek nas wyprzedza i wracając z punktu krzyczy "podjechałem pod sam punkt!!" - za chwilę wiemy już o co Mu chodziło, rzeczywiście podjechać pod punkt to nie taka prosta sprawa. Jest dość grząsko, ale się udaje :)
Skaczemy po 54, który łapiemy dość łatwo ale postanawiamy nie wracać po 73, tylko cisnąć na zachód. Znowu, sporo czasu by nas kosztował skok po 73, a tak kierujemy się na 31 i potem na 53.
Ruiny pod 31 poszły szybko, bo zaatakowaliśmy od drogi, ale pod 53 było ostre podejście z buta. Kolejna "dobra techniczna skarpa" do pokonania :).
Przeskakujemy na drugą mapę - dochodzi 20:15. Zostało już bardzo mało czasu (limit do 22:00 a Miękinia nie wybacza błędów).
Łapiemy zatem jeszcze 41 i 61 i kierujemy się na bazę. 61 to jest MEGA punkt --> ogromna skała, chore nachylenie stoku, wspinaczka na czworakach, zjazd na butach. Doskonały punkt !!!
Jest 21:20 kiedy wpadamy do Krzeszowic. Chcielibyśmy złapać jeszcze 63 i 35 po drodze, ale nie ryzykujemy. Podjazd pod Miękinie gdy ma się ponad 100 km w nogach nie idzie szybko. Ale mamy zapas, nie trzeba finiszować w typowy dla nas, morderczy sposób.
Do bazy docieramy koło 21:45.
Nasz wynik to ponad 1000 punktów przeliczeniowych, co Basi daje 5-te miejsce. Niezły start i świetny rajd. Compas pokazał klasę i to po raz kolejny. Czpaki z głów bo trasa fantastyczna (mówię to z pełną świadomością że całej nie widziałem :P)
Kategoria Rajd, SFA
Hardcore weekend majowy - część 2
-
DST
85.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ludy, które nas dobrze znają wiedzą, że właściwie nigdy nie narzekamy na regulaminy, zasady czy organizację, bo zdajemy sobie sprawę jak ciężką pracą jest przygotować profesjonalny rajd. A my tą pracę zawsze staramy się docenić!
Podobnie będzie i tym razem, ale - jak nigdy - pojawią się również pewne przemyślenia i komentarze, a może nawet pewne słowa krytyki. Powód? Po prostu nasz pierwszy "RAJD 360" otarł się o kilka ważnych kwestii, o których nie sposób nie wspomnieć. Otarł się dużo bardziej niż wszystkie inne rajdy do tej pory!
No, ale od początku...ostrzegam jednak, relacja będzie długa.
WSTĘP:Po 7:00 rano żegnamy się z Organizatorami i Uczestnikami Rudawskiej Wyrypy. Fajnie by było zostać i pogadać trochę dłużej, ale musimy uciekać aby zdążyć zdać przepaki w bazie Rajdu 360. Opuszczamy zatem "Janowice Niemałe" i lecimy do Szklarskiej Poręby.
W Szklarskiej meldujemy się po 8:00 i zdajemy przepaki. Okazuje się, że odprawa już się odbyła, więc po rejestracji "otrzymujemy" jej skróconą wersję. Rajd będzie składał się z następujących części:
- Zadanie logiczne na starcie (aby rozbić stawkę na wejściu) - bardzo dobry pomysł !
- Etap biegu na orientację 1 (około 7 km po Szklarskiej Porębie)
- Etap rowerowy 1 (około 32 km)
- Etap kajakowy (około 20 km, podczas tego etapu Zadanie Specjalne)
- Trek (około 26 km, trzeba jakoś wrócić po rowery)
- Etap rowerowy 2 (około 36 km)
- Etap biegu na orientację 2 (9 km po lesie)
- Etap rowerowy 3 (finisz 12 km z Zadaniem Specjalnym pośrodku)
To co na wejściu nie podoba nam się w regulaminie (i co będzie się za nami ciągnąć do końca rajdu) to:
Do nas ten pomysł zupełnie nie przemawia, zwłaszcza na rajdach wielo-dyscyplinowych, gdzie słaby wynik treku możemy nadrobić napieraniem na rowerze. Tutaj limity są ostre, zwłaszcza dla tych "niebiegających".
Nasza trasa ma limit 34 godzin, słownie TRZYDZIESTU CZTERECH GODZIN, a mamy być np. na pkt 7 najpóźniej o 02:30...
A co jak nie będę? To co wtedy?
Patrząc w regulamin, nie zaliczam pkt nr 7, a trzeba mieć komplet aby nie mieć NKL'a...
Logicznie rozumując już o 2:30 dostaję NKL, mimo że nadal mam pół nocy i cały kolejny dzień do końca limitu rajdu!
Z drugiej strony, na etap rowerowy o długości 36km jest limit 6h!!
Dla nas zupełnie niepotrzebne zamotanie sprawy.
Niemniej limity na punktach to zło....
Zostawmy na razie tą sprawę, choć ten temat jeszcze wróci...gdy dopadnie nas nocą.
START:

Znaków możecie użyć dowolną ilość byle równanie było matematycznie poprawne.
Innymi słowy tworzycie potworki postaci: (-x+(x*x)):pierw(x) = y
Limit tego etapu i pierwszego biegu to godzina 12:00, więc trzeba pamiętać, żeby zdążyć te 10 km po Szklarskiej zrobić. Robimy bezbłędnie 9 równań na 10 (nie idzie nam na szybko wymyślić rozwiązania dla 6-tek). Zdajemy zadania o 10:20, dostajemy 10 min kary i ruszamy w Szklarską....5 minut później, idąc pod nielichą górę rozkminiamy jak banalna była 6-stka. Niemniej nie wpadliśmy na mając zegarek Damoklesa nad głową.
LUSTRO ! Mapa jest odbita lustrzanie i to dwukrotnie, zarówno względem osi X jak i osi Y.
Mamy godzinę czterdzieści na zrobienie kilku punktów na terenie miejskim. Praca z mapą idzie nam bardzo dobrze, ale limit czasu jest dla nas ostry.
ETAP ROWEROWY 1
"tam gdzie zaczyna się rywalizacja, tam często kończy się zdrowy rozsądek"
(Organizujemy zawody na 50-60 luda z bronią, więc coś o tym wiemy...).


Northshore'y na Bobrze.
ETAP KAJAKOWY
Przenośka 2 i katastrofa
Najgorsze jednak jest to, że cały mój rowerowy plecak jest pełen wody. Wszystko pływa: dętki, łatki, pompki, jedzenie, ubrania dodatkowe itp. Istny dramat.
Chociaż i tak powinniśmy być szczęśliwi, że nie zaliczyliśmy wywrotki.
Na FB stronie TEAM360 jest wiele filmików z tamtego miejsca i różnych wywrotek/zatopień itp.
Próbujemy wdrapać się na wielką skarpę z tym cholernie ciężkim kajakiem. Zespół OSA OPOLE walczy obok. Musimy pomóc sobie nawzajem, bo nie idzie wytachać tych kajaków po zboczu. Obchodzimy jaz i płyniemy dalej. Morale siadło bo cały sprzęt "dostał w kość porządnie"

Zadnie specjalne numer 2
Przenośka 3

Przypomina mi się kawał:
Siedzi sobie wędkarz nad rzeka i łowi ryby. Nagle coś mu się tak zdało, że z daleka-daleka słyszy cichutkie "spieeerdaaaalaaaj.....". Chwilę sie zastanowił... nie, no wydawało się, nie ma co zawracać sobie tym głowy.
Siedzi dalej i nagle troszeczkę głośniej "spieerdaalaj...". Trochę się tym już zdenerwował, rozejrzał się dookoła... cisza.... Nic to, lowię dalej - pomyslał... Po kilku chwilach jeszcze wyraźniejsze... "Spierdaaalaj". Zerwał się zdenerwowany na równe nogi... ale znów cisza....
No niestety znów po paru chwilach, teraz już głośno i wyraźnie słyszy "SPIERDALAJ". Zerwał się, serce mu wali, już miał uciekać, gdy nagle:
rzeką płynie kajakiem koleś, ale zamiast wioseł ma w rekach patelnie i nimi odgarnia wodę... Wędkarza to trochę rozbawiło, wiec zagaduje do gościa:
- Panie, a nie wygodniej wiosłami?
- SPIERDALAJ!!!
...nie mam wprawdzie patelni, ale cisnę przez las. Mam ochotę zapytać kogoś: "Panie dobrze płynę bo mi się coś z mapą nie zgadza". Jest wesoło, ale czas ucieka a pokonywanie tych przenosiek trwa niemiłosiernie długo.
Przenośka 4
Bieg środkiem Bobru
TREK
Szybko się przebieramy i ruszamy w las. Nawigacja idzie nam bardzo dobrze, ale czas nie jest łaskawy dla "niebiegających".
Kiedy byliśmy tu ostatnio był niedostępny dla zwiedzających, więc jest nareszcie okazja go zobaczyć. 6-stka też wchodzi łatwo i zaczynamy dłuuuuugi spacer na 7-mkę. Zajmuje nam on koło półtorej godziny, ale docieramy po wskazaną górę.
Udaje nam się wdrapać na szczyt, który robi niesamowite wrażenie - ogromna płaska platforma skalna z doskonałym widokiem na całą okolicę. Nie ma jednak punktu...obchodzimy szczyt w kółko i nic. Pojawia się pomysł "nie ta góra?" - nogi miękną na taką myśl. Patrzymy na mapę - nie ma szans, że to nie ta góra. To musi być tutaj !
Jest 2:40 nad ranem, spóźniliśmy się na ten punkt - limit rajdu to 20:00, ale 7-mka według regulaminu jest niezaliczona. Czy to oznacza NKL, skoro trzeba mieć wszystkie punkty?
Razem odnajdujemy pkt 8-my (również po limicie czasu - około 20 min) i ruszamy na przepak do Siedlęcina - tam gdzie zostawiliśmy rowery. Docieramy tam o 5:30 czyli 30 minut po limicie na ten punkt. Sędzia na punkcie nie pozwala nam zarejestrować chip'ów bo "jest już po czasie".
Taką sugestię organizatorzy zrobili w bazie przed rajdem!!
Zapis w regulaminie mówi, że zespoły który się wycofają/odpadną wracają do bazy na własną rękę. Nie wiem - podkreślam NIE WIEM - czy tak by się stało, ale jeśli dotarlibyśmy do Siedlęcina po nocy na butach i okazała by się, że pół godziny temu ktoś nam zwiózł rowery do bazy to bym się wk***** nieprzeciętnie i byłby to nasz ostatni raz na rajdzie TEAM'u 360.

Dalej lecimy zielonym szlakiem na Staniszów, a potem na Marczyce. Później przelot na Piechowice i mozolna wspinaczka pod schronisko "Złoty Widok". Ponownie zapas czasowy ogromny względem limitu tego punktu, co jeszcze bardziej potęguje uczucie absurdu jeśli chodzi o nocny trek po górach...

ETAP BIEGOWY 2
Pod schroniskiem otrzymujemy nową mapę i zaczynamy kolejny etap pieszy "TRZY JAWORY".
Komplet bez kompletu
Niemniej dochodzi do innej kuriozalnej sytuacji.
Kombinuję, że to dlatego, że na 7-me i 8-mce nie było sędziów. Zarejestrowaliśmy chip'y nie bacząc na to, że jesteśmy spóźnienie. Na 9-tce sędzia nie pozwolił nam na rejestrację chipa, co ostatecznie daje 24 punkty zarejestrowane - brak jednego punktu.
Tym śmieszniej, że to punkt przepakowy, a którym odebraliśmy rowery więc musieliśmy tam być, gdyby ktoś miał wątpliwości.
Tym samym mamy komplet bez kompletu.
Śmiejemy się z tego i idziemy spać bo sen to towar deficytowy w ten weekend.
Kategoria Rajd, SFA
Hardcore weekend majowy - część 1
-
DST
115.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Weekend majowy zaplanowany był bardzo intensywnie.
Najpierw Rudawska Wyrypa (24h ścigania) a potem Rajd 360 (34h ścigania).
Chociaż słowo jadę to eufemizm bo stoimy w 10 km korku w Brzegu.
Maszyny wesoło przerzucają asfalt a my podziwiamy spektakl z oczyma utkwionymi w dal (na jakieś 10 km)
Patrzymy zatem, zastygwszy w zamyśleniu, źrenice karmiąc milionem świateł...szkoda, tylko że czerwonych "stopu".
Stoimy..."i tak minął wieczór i poranek - dzień pierwszy"
Stoimy..."i tak minął wieczór i poranek - dzień drugi"
Udało się, jedziemy dalej. Mieliśmy być na 21:00, a wygląda na to, że spóźnimy się na odprawę o 22:30, bo ktoś źle zdefiniował warunki BRZEG'owe funkcji drogi.
Janowice Wielkie. Dotarliśmy. Wszyscy już czekają. Chwytamy rowery i uderzamy na odprawę, a Robert już zaczyna:
Robert: wichry wyrwą drzewa, rozstąpi się ziemia a wody potopu...
Dobra pogodę już znamy, teraz parę słów o trasie.
OS planujemy robić za dnia, na zakończenie pętli.
(Gdyby ktoś chciał to na stronie Wyrypy są udostępnione mapy).
Wyruszamy na punkt 71, jedziemy wzdłuż Bobru - nie zaczynamy od gór aby się trochę rozgrzać (w końcu niby nadal mam szlaban na rower z tym kolanem...). Jedziemy przez Trzcińsko a burki nas gonią aż miło. Jak ja nienawidzę takich głupich psów...
Docieramy do przejazdu kolejowego i potem drogą gruntową kierujemy do polany. Ukrywamy rowery i wchodzimy w las szukać skały na zboczu.
Przetyralliśmy górę 3 razy, dwukrotnie schodząc do rowerów i próbując ponownie, ale za trzecim razem zeszliśmy jakoś dziwnie. Dotarliśmy na inną polanę, nasza nie miała betonowych słupków ogrodzenia. Nie do końca wiemy gdzie jesteśmy i nie do końca wiemy, gdzie są rowery....Jak było w "300"? A GOOD START !!!
- No dobra wiemy, że jesteśmy na polanie
Próbujemy się uspokoić. Tylko spokojnie. Nie dać się ponieść....Wrócimy po śladach, przez górę. Próbujemy ponownie wejść na szczyt, ale góry NIE MA !!! wszystkie drogi z polany prowadzą w dół. No jaja...Bosko. Zgubiłem rower, zgubiłem się, a teraz jeszcze zgubiłem górę. BOSKO.
Dobra, odnajdźmy linię kolejową, tam się zorientujemy i wrócimy do rowerów od torów, jak przyjechaliśmy.

Ruszamy w kierunku Jeleniej po 51. Po drodze przejeżdżamy przez stację Wojanów, a tam...PENDOLINO !!! No noc cudów w Rudawach.

51 - ruiny, łatwo odnalezione, teraz na południe.
Czas pomału zacząć wjeżdżać w Rudawy.
Na punkcie 88 jesteśmy jak już świta. Jest ujemna temperatura, na łące trawa biała od szrony, wstają lekkie mgły - jest pięknie. A skoro jest pięknie, to robimy popas :)
Chwilę później odbijamy z drogi i dość łatwo znajdujemy punkt.
Teraz atak na Kamienną Ławeczkę, czyli podjazd z cyklu "każdy umiera w samotności". Warto było jednak, ponieważ to jeden z najładniej położonych punktów na Wyrypie.

Kolejny punkt to schronisko "Szwajcarka". Tu robimy dłuższy popas: 8 naleśników z serem, 3 krokiety i tost na 2-jkę.
Od razu robi się lepiej na duchu.
Dobrze zjeść ciepłe śniadanie po nocy w lesie.
"I haven't got all day... actually, I do. I have all the time in the world!"
Ruszamy dalej i atakujemy OS. Znamy ten OS z dwóch poprzednich Wyryp, więc idzie nam w miarę nieźle, co nie znaczy że nie ma podjazdów - to Rudawy, tu gdzie się nie ruszysz tam będzie podjazd. Na OS'ie Basia zgłasza awarię: odpadł koszyk od bidonu.
Ja się pytam JAK to Szkodnik dał radę uczynić? JAK JAK JAK?
Kończymy OS i zjeżdżamy do bazy koło południa.
Bierzemy drugą mapę i wyruszamy na pętle A. Zaczynamy od krótkiego ataku po 67, następnie szybki powrót i atakujemy podjazd pod Miedziankę.



Zjeżdżamy do bazy koło 21:00. Wypychają nas na 3-cią pętle, ale odmawiamy - mamy w nogach koło 115 km, a w perspektywie kolejnych dni 34-godzinny Rajd 360.
Podsumowując:
bawiliśmy się świetnie w naszych kochanych Górach, acz jeśli mam być szczery nie zachwycił mnie pomysł 3 podobnych pętli. Nie był zły - rzucił w serce Rudaw, robiąc z rajdu prawdziwą Rudawską Wyrypę. Jednak moja dusza eksploratora mówi mi, że wolałbym jednak Rudawy i okolice.

Kategoria Rajd, SFA
RAJD Katowice
-
DST
60.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rajd zorganizowany był perfekcyjnie, ekipa z Silesii jest naprawdę niesamowita w te klocki. O całym evencie możemy wypowiadać się jedynie w superlatywach - to my zawiedliśmy i to w sposób jaki nie powinien się wydarzyć...Cóż, wypadki chodzą po ludziach, ale ludzie po wypadach czasem nie.
No ale po kolei.
Na odprawie dostajemy 2 mapy + kopertę.
Pierwsza mapa to mapa części miejskiej gdzie obowiązuje scorelauf, a druga to mapa Katowic i Lasów Murckowskich, gdzie scorelauf obowiązuje w teorii - tzn. trasa jest ułożona w pętlę, więc wielu możliwości nie ma.
Natomiast kopertę można otworzyć dopiero na punkcie dość daleko oddalonym od bazy - super sprawa, klimat jak w filmach szpiegowskich, brakuje tylko napisu TIBI ET IGNI !!
Planujemy trasę, postanawiamy zacząć od wieżowca "ALTUS". Zadanie to wbiec na 30 piętro.Ciśniemy zatem po schodach w kierunku nieba. Mijamy jakieś ekipy, inne ekipy mijają nas - widać różne podejścia do tematu:
- "Tato, już 10-te!!"
- "Rany, jeszcze 20 pięter"
Wpadamy na 30 piętro i zaliczamy nasz pierwszy punkt kontrolny. To była niezła rozgrzewka! Lecimy schodami w dół i dopadamy do rowerów. Teraz kierunek Międzynarodowe Centrum Kongresowe, gdzie czeka kilka zagadek logicznych.
Anagram oraz zadania matematyczne. Trzeba chwile pomyśleć, ale dajemy radę - punkt zaliczony. Lecimy do centrum Katowic.
Kolejny punkt to sklep z grami, gdzie losuje się obrazki a następnie trzeba szybko wymyślić historię je łączącą.
Dostajemy: samolot, kłódka i żarówka. Basia jak zawsze idzie w klimaty horror:
"To był rutynowy lot. Nic nie zapowiadało tego co miało się stać. Piloci siedzieli w kabinie, gdy nagle ktoś zatrzasnął drzwi za ich plecami...i wtedy zgasło światło". ARGHHH...
Łapiemy dwa klasyczne punkty po drodze i lecimy przez Park z konkretną prędkością i... no właśnie.
Do dziś nie wiem co się stało. Zaliczamy "niesamowitą" kraksę synchroniczną (nie zderzywszy się!).
W tym samym momencie lądujemy na ziemi "waląc betami" o bruk.
Zaliczyłem w swoim życiu niejedną kraskę na rowerze - w górach, w dolinach, na lodzie, na hopach...ale dawno, naprawdę dawno nie walnąłem o glebę z taką siłą.
Straż miejska będzie mieć ubaw oglądając monitoring - dwa rowery w tym samym momencie wykonują synchroniczny "pad na ryj".
No JACKASS...nadal nie wiem co zrobiliśmy, było chyba po prostu bardzo ślisko w tamtym miejscu.
Gorsze jednak, że nie jest to upadek bez konsekwencji. Basia "tylko" mocno się potłukła - dziura w łokciu, obity bark, stłuczone biodro i nadkręcone kolano (przez "tylko" rozumiem brak trwałej kontuzji). Natomiast ja rozwalam/skręcam(?) kolano...i to oczywiście to samo, z którym mam "problemy z więzadłami" od kontuzji złapanej na Mistrzostwach w Szermierce Klasycznej w 2012 roku.
Wiecie, permanentny "niedobór chlorku aluminium" (ALCL3). Jak nie wiecie o co chodzi to wygooglajcie frazę "kolano urazy ACL LCL"...
Nie jestem w stanie stać...Znam ten ból wewnątrz kolana: za pierwszym razem kosztował mnie 10 tygodni rehabilitacji, za drugim już tylko 6...doświadczenie robi swoje! Jakoś zwlekamy się z drogi i siadamy na ławce. Deszcz wesoło sobie siąpi, a my siedzimy w środku parku w Katowicach i zastanawiamy się co dalej.
...pojawia się pomysł wycofania z rajdu - całkiem słuszny i rozsądny. Postanawiam jednak pojechać kawałek i zobaczyć jak będzie - w końcu i tak trzeba do bazy wrócić na rowerze. Nie wiem czy to był dobry pomysł - no dobra, wiem że był zły, ale bardzo nie chciałem zjeżdżać do bazy. Wbrew wszelkiej logice jedziemy zatem dalej z opcją "jak będzie źle to zjeżdżamy".
Prędkość "przelotowa" spada do rekreacyjnej 10-14 km/h i taka utrzyma się do końca rajdu.
Wpadamy na punkt z zadaniem z piłeczkami - trzeba odbić między sobą piłeczkę (przy użyciu paletek) co najmniej 8 razy.
Zadanie banalne ale jesteśmy lekko rozbici...udaje nam się chyba przy 50-tej próbie.
Po zaliczeniu zadania suniemy sobie dalej niespiesznie na kolejne punkty.
Wpadamy na punkt, gdzie trzeba dokończyć cytaty sławnych ludzi - udaje się 5/6.
Chwilę później punkt z zadaniem specjalnym - "skakanie w workach" taaaa fantastycznie...co to jest okrągłe i mnie nienawidzi? Tak zgadza się - to ŚWIAT!
Zgłaszamy, że nie nie ma opcji wykonać tego zadania z tym kolanem. Dostajemy wpis w kartę i lecimy dalej.
Zaliczamy punkt z zadaniem Frisbee i lecimy na plażę - tam czeka nas zadanie kajakowe. Trzeba popłynąć do 2 punktów - zadanie fajne, łatwe i przyjemne. Trochę nas to relaksuje, co bardzo nam potrzebne.
Kolejny punkt to CROSSFIT. Acha...przypomnijcie mi, aby następnym razem rozwalił się PO zadaniach sprawnościowych, wszystkim będzie trochę łatwiej. Jakoś zaliczamy ciągnięcie odważnika przez łąkę i gonimy czołówkę...z naszą zawrotną prędkością 10-12 km/h.
Teraz kierujemy się do Lasów Murckowskich. Strasznie lubię te lasy, to fantastyczne miejsce ale dzisiaj jestem lekko nie w formie.
Lecimy pętle po lasach w kierunku odwrotnym niż sugerowany przez Marcina na odprawie - a co?! BUNT, REBELIA :)
Otwieramy kopertę na wskazanym punkcie, a tam dodatkowa mapa i dodatkowe punkty. Spróbujemy je zaliczyć jednak po pętli Murckowskiej bo - przez to, że jedziemy w odwrotnym kierunku - musielibyśmy zawrócić.
Hmmm, może Marcin nie sugerował kierunku bez powodu...
Kolejny punkt to osławiona "eksploracja hałdy" z odprawy technicznej. Byliśmy tu na Tropicielu, wdrapujemy się pod krzyż, ale punktu nie ma. Ktoś się nie bał i za....brał. Amba fatima, było i ni ma - amba to takie zwierze, co zobaczy to zabierze.
Robimy zatem zdjęcie i "ciśniemy" dalej.
Lecimy głębiej w las i spotykamy... Marcina - super sprawa, sam jeździ po trasie i robi zdjęcia uczestnikom. SZACUN !!
Poniższe zdjęcie to właśnie jego zasługa:

Wpadamy na Linię Warunkowego Przejechania - w sumie to przejścia bo wykroty i krzory. Tam do odnalezienia są 3 punkty - na mapie nie ma ich dokładnej lokalizacji. Wiadomo tylko, że będą na tej linii. Odnajdujemy je bez problemu i lecimy dalej.
Niestety nie udaje nam się zaliczyć punktu przy Kopalni - czynny był tylko do 14:00, a my jesteśmy tam 14:30. Cóż jak się jeździ wolno, to tak bywa. Trzeba było się nie rozbijać po parku...
Kolejny punkt przy fantastycznym jeziorze, na zakręcie drogi. Podbijamy kartę i kierujemy się w ku bazie. Niestety nie zdążymy zaliczyć mapy z koperty - za mała prędkość aby nawet próbować. Łapiemy ostatni punkt (czynny do 16:00) o 16:03 i wracamy na bazę.
Dojeżdżamy do bazy z 10 minutowym zapasem.
Było świetnie. Rewelacyjna trasa, super klimat rajdu, genialne miejsce...bardzo żałujemy, że nie udało się 3-ciej mapy zrobić, no ale sukcesem jest to, że objechaliśmy do końca trasę. Finalnie daje nam to 6-te miejsce, co w zaistniałych okolicznościach jest naprawdę dobrym wynikiem.
Na pocieszenie w losowaniu nagród wygrywam BIDON - Basia go znowu zgubi, to bardziej niż pewne, ale i tak miło :)
Teraz ortopeda i po raz kolejny etap "składanie się".
Za tydzień KORNO - nie wiem czy pojedziemy, sprawa bardzo otwarta nadal w obecnej sytuacji.
Za dwa tygodnie Bike Orient, a za trzy Rudawska Wyrypa i Rajd 360 (dwa rajdy w weekend majowy 24h + 34h, ze snem pomiędzy oczywiście).
Trzeba się zatem składać jak najszybciej...trzymajcie kciuki.
Kategoria Rajd, SFA
RAJD WILCZY 2016
-
DST
90.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rok temu Rajd Wilczy urzekł nas niesamowitą formą i klimatem. Cóż tu dużo mówię - Harcerze, czyli klasa sama w sobie! Do dziś opowiadamy o Rajdzie Wilczy 2015 w samych superlatywach.
Zwłaszcza zagadka ze sznurkiem, zagadka z dwoma butelkami, zadanie linowe czy też bieganie po okopach z telefonem polowym kupiły nasze serca. Zadanie w komisariacie (ciekawe pytania z kodeksu drogowego: "czy pędzący bydło szosą jest kierującym"), także nas nieźle ubawiło. Wiedzieliśmy zatem, że na Wilczym 2016 nie może nas zabraknąć, mimo że musieliśmy wybierać, gdyż "obrodziło" imprez orientacyjnych 2 kwietnia.
Niemniej, tegoroczna edycja zapowiadała się zgoła odmiennie: już sam jej opis lekko sugerował, że zmieni się klimat rajdu. Schemat trasy składał się z kilku etapów, na które składał się bieg górski, kilka odcinków rowerowych, dwa odcinki biegu na orientację oraz etap kajakowy. Zapowiadał się trudny rajd typu AR.
Przez cały marzec czekałem na noc z 1-wszego na 2-gi kwietnia z niecierpliwością, ale gdy nadeszła...chyba pierwszy raz w życiu zacząłem się niepokoić: czy na pewno damy radę? Zaczął mnie zjadać większy stres niż przed naszą pierwszą Rudawską Wyrypą. Dużo odcinków pieszych, za dużo jak dla nas przy limicie tylko 16h...
My nie biegamy - z działalności "nożnej" uznajemy tylko pracę nóg w Szpadzie i Rapierze :P
Do tego etap kajakowy kończy się powrotem na butach do miejsca zostawienia rowerów, czyli jak nic ze 3h w plecy dla nas.
Wszystko to spowodowało, że jak nigdy zjadały mnie nerwy.
Odprawa (21:30):
Dostajemy 3 arkusze map: każda formatu A3! Do tego na trasie dostaniemy jeszcze dwie dodatkowe mapy na odcinki specjalne...dużo...
Kolejność punktów obowiązkowa bo są rozrzucone w pętlę od Wisły do Żor.
Słuchamy kilka uwag organizacyjnych i dostajemy czas do 23:00 na zaplanowanie trasy. Dostajemy także tracker'y GPS - wszyscy będziemy śledzeni na trasie.
Mimo, że kolejność punktów jest obowiązkowa wcale nie ma oczywistych dróg między nimi - widać, że będziemy kilka razy cisnąć na azymut. Planujemy całą trasę, ale już wiemy że będziemy korygować plan w trakcie. Nie ma szans zrobić całości w 16 godzin (tzn. my nie mamy - inni dadzą radę).
Wyjazd (23:00):
Pakujemy się do autokaru - wywożą nas do Wisły. Rowery jadą ciężarówką do Schroniska na Przysłopie pod Baranią Górą. Tam musimy dotrzeć na butach. Nie ma zmiłuj się, środek nocy, baza "została" ponad 50 km za nami (w Żorach), my jesteśmy na rynku w Wiśle a rowery prawie 20 km od nas w górach. Trochę nie ma wyboru...ani miejsca na "skróćmy sobie trasę".
Wisła...stres mnie zjada, chrupie kostki aż miło. Wokół wiele znanych twarzy, ale to sami wymiatacze z największych rajdów na jakich byliśmy: Eventry, Wodzionka, Dziabnięci itp. Wszyscy żartują, rozgrzewają się, śpiewają "będzie się działo...znów nocy będzie mało".
Wkładam chustę z trupią czaszką na twarz, po części bo jest zimo (już jest minusowa temperatura, a ma być nawet -4, -5), a po części po to aby ukryć twarz. Przynajmniej wyglądam na tyle groźnie, że miejscowy menel, który przyszedł pokibicować i "zabawia" rozmową 3/4 grupy, do mnie nie podchodzi.
Start (0:00)
Dokładnie to kilka minut przed północą bo wszystko było już gotowe i pozwolili nam dłużej nie marznąć. Rozpoczyna się bieg. Biegniemy z tłumem w kierunku żółtego szlaku, który prowadzi na pierwszy punkt. Nie mija kilka minut i jesteśmy ostatni. Jak zawsze...bieganie to zło. Dawno nie miałem przed rajdem tak niskiego morale. "Na szczęście" zaczyna się ostre podejście i część ekip zwalnia - idą, nie biegną. Ich czołówki i latarki pozostają w zasięgu wzroku.
PKT 1
Znaleziony bez problemu, ale czekał nas kawał stromego zejścia w dół po błocie...a potem dymaniem z powrotem na górę.
PKT 2
Zastanawiamy się czy ciąć na azymut na dwójkę czy też drogami. Dwójka leży na innym wzniesieniu, więc dochodzimy do wniosku, że azymut niewiele nam da. I tak trzeba zejść z góry na której jesteśmy i wydymać na Grapę (700 coś metrów) - tego nie unikniemy, więc lepiej zrobić to drogą, niż się zgubić. Tym razem - jak nigdy - nie wybieramy opcji azymutowej. Schodzimy do Wisły tracąc całą zdobytą wysokość i wspinamy się na nowo przez osiedle Wróblonki. Po dłuższej drodze docieramy na górnej stacji wyciągu i dalej do punktu.
Nagle za nami pojawiają się światełka, 3 ekipy są za nami. JAK ? Przecież byliśmy ostatni na pkt 1. To zresztą nieważne, ważne, że morale trochę się podnosi.
PKT 3
Do trójki jest kawał drogi. Uderzamy w zielony szlak, a potem ścieżkami na wschód, aż do Wisły-Malinki. Tam znowu pod górę, znowu na około 700 m do żółtego szlaku. Kilku ścieżek nie ma na mapie, a światełka w lesie przed nami wskazują że inne ekipy wybrały odmienny wariant od nas - finalnie jednak wszyscy spotykamy się na punkcie. Każdy trochę inną drogą, ale w podobnym czasie.
Mimo, że nie biegamy nie jest źle. Utrzymujemy się w ariergardzie na części biegowej. To sukces!! acz nogi dają już o sobie znać. Ciągle jest góra-dół, góra-dół...a najlepsze dopiero przed nami.
PKT 4
Po raz kolejny tracimy zdobytą wysokość, aby zaraz zacząć ją odzyskiwać na innej górze (czasem uważam, że między górami powinny być mosty!). Atakujemy wzdłuż Potoku Bobrowskiego aż pod jaskinię. Tam wyznaczamy azymut i napieramy przez las na Przysłop (1028 m). Podejście jest bardzo strome, czasem trzeba się podciągać na drzewach takie jest nachylenie stoku. Morze wiatrołomów utrudnia wspinaczkę, a w wyższych partiach trafiamy na śnieg. Pod samym szczytem jest go bardzo dużo - miejscami zapadam się nawet po kolana. 
W kilka ekip chodzimy po szczycie - nigdzie nie ma punktu. Jedna ekipa odpuszcza i leci daje, my czeszemy las po raz kolejny. Nagle jest, kątem oka zauważony punkt. Wołamy za "uciekinierami", ale nas nie słyszą. Lecimy na punkt piąty - do schroniska.
PKT 5
Schronisko. Koniec etapu pieszego i pierwszy przepak. My tu nie mamy zbyt dużo rzeczy, większość jak zawsze tachamy przy sobie w plecakach. Ciepła herbatka, kanapka na śniadanie - zaraz będzie świtać i ruszamy.
Jest 5:30 - mamy pół godziny aby zdążyć na 6-tkę. Jest szansa. Tam jest zadanie specjalne, ale czynne tylko do 6:00 rano
(jak się potem dowiemy był to wbieg na skocznię narciarską).
Bez zaliczenia zadania nie będziemy mieć podbitego punktu nr 6.
"Odpalam" rower, wsiadam ruszam i TRACH...łańcuch zerwany.
Komentuję to jedynym właściwym słowem: "O Kobieto Negocjowalnego Afektu !!!"
Patrzę: niestety nie spinka, spinka jest cała - sworzeń poszedł w drebiezgi (pewnie przeżył i tylko wypadł, ale jest minusowa temperatura, ciemno bo jeszcze noc, podłoże to kamienie, a sworzeń jest mały...).
Targam rower do schroniska i zaczynam serwis. Założyłbym drugą spinkę ale tutaj mała retrospekcja zeszłego tygodnia:
~~~~~~~~
Serwis: Masz nowy napęd: kaseta i łańcuch 10-tki. Wszystko działa
Ja: To wezmę jeszcze spinkę 10-tkę, bo do tej pory jeździłem na 9-tce.
Serwis: OK...chociaż, pech, akurat nie mam 10-tek. Będą za tydzień.
Ja: Spoko...co może się stać przez tydzień z nowym łańcuchem.
~~~~~~~~
No można go na przykład zerwać. BRAWO JA !!!
Trudno krytyczne sytuację wymagają nieortodoksyjnych działań. Rozkuwacz w rękę i...i tak wydawał mi się ten łańcuch za długi :)
Naprawione, ale kilkanaście minut w plecy. Dobry wiadomość: już świta. Robi się jasno.
Ruszamy w dół, do Wisły - czarnym szlakiem. Zjazd jest boski, tylko trochę zimo bo nadal jest poniżej zera.
PKT 6
Omijamy punkt 6, jest po 6:00. Łańcuch skutecznie nas zatrzymał.
Skoro i tak nie zaliczymy szóstki, to gnamy na 7-mkę.
Po drodze chwila na zdjęcia o wschodzie słońca.

PKT 7
Ostry podjazd na 7-mkę. Zakręt drogi, nie ma problemu ze znalezieniem lampionu. Jesteśmy dość wysoko, więc nie ma sensu zjeżdzać. Teraz na azymut do żółtego szlaku i na 8-mkę. Trochę jak pijani, ale winne temu są choinki, róże, kolczaste krzewy, krzory i błotnista ściana. Musieliśmy trochę takich rekwizytów leśnych powymijać - stąd ślad lekko "niestabilny"
A gdyby ktoś nie wiedział o czym mówię, to:
"Zaufaj mi, tędy będzie najlepiej"
"Zaufaj mi. Nie ma lepszej drogi"
"Zaufaj mi, to góra 20 metrów. Na pewno nie więcej"
Docieramy do żółtego szlaku. Żółtym do końca i przeskakujemy na czerwony szlak graniczy.
Już tutaj wiemy, że na pewno nie zdążymy etapu kajakowego. Jest grubo po 8:00 rano. Kajak i powrót z buta to dla nas ze 3 godziny. Nasuwa się pytanie czy nie zjechać i nie zaatakować 8-meki od dołu, ale...
PKT 8
...ja nigdy nie byłem na Czantorii. Wstyd. Mamy zaliczoną Koronę Gór Polski, a na Czantorii nie byłem nawet raz.
Basia była raz, dawno temu. Nie ma opcji - jedziemy przez CZANTORIĘ !!!
Zwłaszcza, że pogoda zrobiła się przepiękna. Na pewno stracimy sporo czasu jadąc górami, ale po to tu jesteśmy. I tak nie ma już szans na dobry wynik. Jesteśmy w ogonach, więcej wykorzystajmy fakt, że tu jesteśmy. Potem okaże się, że jesteśmy jedyną drużyną, która wybrała wariant przez Czantorię. Może taktycznie to nie najlepszy wariant pod kątem wyniku w rajdzie, ale skoro już tu jesteśmy...
Wynik wynikiem, ale my kochamy Góry !! Tutaj jest pięknie.
Morale level MAX: Ruszamy przez Czantorię
Dobre, techniczne zjazdy !!! 
Dobre, techniczne podejścia !!!
CZANTORIA !!!
Lecimy dalej czerwonym szlakiem, krótkie odbicie po 8-mkę i ciśniemy dalej.
PKT 9
Czasowo dobrze nie jest. Dobrze, że teraz głównie zjazdy. Łapiemy 9-tkę na skrzyżowaniu szlaków i ruszamy na 10.
Oczywiście musimy wtopić z jedną ścieżką i musimy korygować trasę. Kolejne cenne minuty w plecy.
PKT 10
Docieramy na pkt 10. Sędzia mówi nam, że za nami jest...cała 1 drużyna.
Zostawiamy rowery, dostajemy specjalną mapę i ruszamy pieszo w las. Las żyje - sarny to stadami uciekają z pod nóg, a my czeszemy kolejne krzory.
Zaliczamy PKT 11 oraz PKT 14 (na tym odcinku obowiązuje scorelauf).
Chwila refleksji. Mamy grubo ponad 40 km do bazy, a zostało nam 3h 12 min czasu...
Odpuszczamy resztę odcinka specjalnego - jeśli nie chcemy NKL trzeba ruszać na bazę już.
Szkoda, bo nie pierwszy raz mamy taką mapę w ręku i łatwo nam przychodzi szukanie tych punktów. Niestety nie ma już właściwie czasu na nic. Biegniemy do rowerów. Postanawiamy lecieć na bazę, łapiąc do drodze najbliższe punkty (ten plan i tak za moment ulegnie zmianie).
PKT 22
Robi się bardzo słabo z czasem. Niby jeszcze 2,5h ale do bazy musimy przejechać 2 mapy i to "w pionie", na północ. 2 arkusze A3, a zostało dwie i pół godziny. Łapiemy 22 bo jest na naszej trasie, ale wprowadzamy nowy plan - NAJKRÓTSZĄ NA BAZĘ !!
Nie wiem czy zdążymy - z naszych wyliczeń wynika że będziemy 15:55 lub 16:05. Jesteśmy na styk utrzymując przez cały czas bardzo mocne tempo. Robi się nerwowo.
NIEZWYKŁE SPOTKANIE
Ciśniemy ile fabryka dała. Robimy dzikie kalkulacje, jeśli będziemy na danym skrzyżowaniu najpóźniej o 14:15 to powinniśmy dać radę na styk. Walczymy aby być tam o 14:00 aby trochę uspokoić sytuację - docieramy tam 14:14...no masakra. Nie ma granicy błędu. Nic nie jesteśmy w stanie nadrobić co do planu, który zakłada błąd na poziomie sekund.
Poza tym, cały czas jest lekko pod górę i strasznie wieje w twarz. Wieje tak, że potrafi nas to zwolnić czasem o 10km/h. Póki jest czas trzeba walczyć, ale słabo to widzę...
Na jednym ze skrzyżowaniu wpadamy na Eti-Darka i Tomka od Kosmy. No to są jaja! Nierzadko się mijamy na trasie, często w różnych kierunkach ale...ONI SĄ NA NADWIŚLAŃSKIM MARATONIE a nie na Rajdzie Wilczym. Jesteśmy na różnych zawodach a spotykamy się na skrzyżowaniu pośrodku niczego. Bardzo miło, ale nie mamy czasu dłużej pogadać...trzeba cisnąć.
MORDERCZY FINISZ
Napieramy ile fabryka dała. Wieje w ryj nieprzeciętnie, ale nie zatrzymujemy się. Ciśniemy ile tylko się da. Póki jest czas...15:30, a my wpadamy do Pawłowic. Został jeszcze spory kawał drogi. Droga zamknięta - budowy, remonty, naprawy. Wylany beton i ogrodzenie.
NIE !!!! nie ma jak tego objechać szybko. No wszystko przeciw nam. Rower na plecy i biegiem przez pole obok robót.
Ciśniemy dalej. Może zdążymy. Stan przedzawałowy ze stresu i wysiłku, nogi jak z waty ale została minuta....ciśniemy !!!
Minuta nadziei... GAZ!!!
Wpadamy na metę - nie wiem w której sekundzie, ale przed 16:00.
Wpis w kartę 15:59 - udało się. Można umrzeć pod drzewem. Nie jestem w stanie nawet kaszleć.
Finalnie daje nam to 3 miejsce kategorii MIX. To niepojętne bo byliśmy przedostatnią ekipą.
Wygląda no to, że chwila kiedy postanowiliśmy odpuścić punkty i lecieć na bazę była kluczowa.
Wiele zespołów wtedy była na etapach kajakowych, biegowych i nie zdążyli przed 16:00 na metę. Posypało się trochę NKL'ów.
Po raz kolejny udaje nam się coś wygrać taktycznie. niesamowita sprawa. Wykończeni ale szczęśliwi.
Na mecie pogaduchy ze znajomymi z rajdów - okazuje się, że śledzili nasz track w nocy na części pieszej. Bardzo to miłe. 3 miejsce i Czantoria - to jest dopiero COMBO :)
Kategoria Rajd, SFA
Rajd IV Żywiołów - zima 2016
-
DST
70.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Do bazy w Bydlinie przybywamy po 7:00 i od razu wpadamy na naszego ulubionego Piechura. Kogo jak kogo, ale Jego nie mogło tu zabraknąć. Idziemy razem na odprawę a tam dowiadujemy się, że:
- jaskinia będzie umiarkowanie ciasna (kłamstwo!!)
- siepacze ALP aktywni na trasie, więc w rezerwatach nie schodzić z wyznaczonych traktów
- baza wysunięta w Żelazku (tam gdzie byłą baza Irokeza w 2014)
- część rowerowa kolejność obowiązkowa, część piesza scorelauf
Rozdanie map i oficjalny start.
Lecimy z tłumem do pierwsze skrzyżowania: szlakiem przez las czy dłuższą drogą na około asfaltem. Zgadnijcie co wybraliśmy i za moment pchamy rowery po śniegu po jakaś nielichą górkę. Po 20 min pchania zaczynają się - jak zawsze - pierwsze wątpliwości czy była to dobra decyzja, ale zjazd "na gaz" po śniegu rozwiewa wszelakie wątpliwości. Pod oponami wesoło chrupie, a my lecimy w dół przez las. Trochę "szarpie" na zakrętach bo sporo białego nieubitego puchu, a i miejscami lód pod śniegiem.

Lecimy dalej przez miejscowość i za moment ponownie w las. Tutaj na trasie towarzyszy nam ekipa Silesia Race, którą bardzo polubiliśmy po Rajdzie Katowice i rajdzie Silesia Race. Kierujemy się na Hutki-Kanki - mam słabość do tego urokliwego miejsca. Fajnie być tu znowu, a do tego pierwszy raz zimą. Wyhaczamy kolejnego punkta i teraz kierunek Żelazko.

Zajmie nam ona sporo...dużo więcej niż się spodziewaliśmy. No ale Szermierze nie biegają - ile my mamy lat aby biegać?
Broń biała przy pasie wymusza krok Arystokraty a nie jakieś gonienie po traktach :P
(tak jest na wszystkich naszych rajdach przygodowych - na częściach pieszych zawsze tracimy najwięcej i trwonimy każdą przewagę nad innymi zespołami...oczywiście o ile jest ktoś za nami, bo zdarza się nam robić za ariergardę).

Lecimy po naszemu czyli nieraz na azymut przez las bez ścieżki.
Dla niekumatych:
a) na azymut - na skróty (sic!), szybko i sprawnie miedzy drzewami
b) na szagę - na skróty (+ / -), krzory, jeżyny, chaszcze, rzeki
c) na rympał - na skróty (???) rower na plecach, my na czworakach na skarpie, w bagnie po pas itp
Nagle robi się "na szagę" bo rzeka. Mostu nie ma, a nie będziemy nadrabiać 3 km do mostu (nie pieszo!).
Tu drobna uwaga co do mostu - skrót zakładał przeprawę przez rzekę, mostu tu miało nie być.
Jakoś tylko ta rzeka szersza niż zakładaliśmy - dobrze, że w miarę płytka.
Tak więc, buty do łapy i boso przez rzekę. Jest cudownie, temperatura koło - 3 stopni a my po kolana w wodzie.
Zaliczamy wszystkie punkty trasy pieszej i dosłownie na 3 minuty przed zmrokiem jesteśmy w bazie wysuniętej.
Odśnieżamy rowery i ruszamy na drugą część rowerową. Miejscami (przy rzece) temperatura spada do -11, średnio jest koło -8.

Teraz to dopiero chrupie pod kołami.

Przed nami 2 zadania specjalne:
a) wspinaczka
Uprząż i luźno wisząca drabinka linowa. Właśnie wtedy dowiedziałem się, że jestem nie tylko gruby ale i ciężki.
Niemniej wyleźliśmy na sam szczyt aż do lampionu. Dla mnie było o tyle trudne, że będąc w górskich butach ledwie mieściłem stopę na strasznie wąskich szczebelkach.
b) jaskinia
Umiarkowanie ciasna tak? Basia ledwo się tam wczołgała!! I słowo wczołgała nie jest przenośnią.
Po zadaniach lecimy przez las żółtym szlakiem pod dwa ostatnie punkty, a potem już do bazy.
Pierwszy rajd w tym roku i pierwszy komplet punktów!!
Bez charakterystycznego dla nas morderczego finishu z walką o życie, a za to z prawie godzinnym zapasem.
Znak zmian czy wypadek przy pracy?

Kategoria Rajd, SFA
Jaszczur - Złamany Krzyż
-
DST
66.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Punkty w formie: policz krzyże na opuszczonym cmentarzu w środku lasu, rzut obiektu od strony zachodniej, azymut dawnej linii elektrycznej plus bardzo trudna nawigacyjnie trasa - to jest przepis na niesamowity rajd.
Niemniej, życie bywa przewrotne i uznało za stosowne prześladować nas pechem przez cały rajd...ale nie daliśmy się!!
W sobotę musimy wstać po 4-tej, a więc przygotowujemy wszystko w piątek wieczorem i kładziemy się spać, wierząc że wszystko pójdzie zgodnie z planem.
(* kto nas dobrze zna, ten wie że jakiś podoficer rezerwy się u nas znajdzie, mapa i kompas też )
Sobota rano - zaspaliśmy. Tyko 15 min, więc nie ma tragedii ale okaże się to początkiem sumy nieskończonego ciągu opóźnień. Wypadamy z domu, rowery na auto...a to co?. Amor w Sancie jak Velvet - "miękki jak aksamit". Halo, przecież pompowałem go wczoraj wieczór aby był gotowy, aby nic nas nie zaskoczyło... zeszło całe powietrze. Bieg na górę po pomkę. No tak, spieszymy się... więc oczywiście nie pamiętam gdzie ją położyłem.
Jest! napompuję amora w bazie bo mamy już kolejne 20 min w plecy...
Jedziemy - kierunek A4. Już mam wjeżdżać na ślimaka, a głos od Basi:
- Nie skręcaj bo pisało objazd!
- Gdzie? Jaki objazd?
- Nie skręcaj jedź prosto!
- Ale jak prosto?
- Jedź za tą ciężarówką !!
Jadę. Ciężarówka nagle myk w pola, tumany kurzu, to jakaś pustynia...ja zostaję. Wygląda to na objazd dla wozów pancernych, droga udostępniona przez Asada dla rosyjskich czołgów (których przecież tam nie ma :P).
Szukam napisu DAMASZEK 50 km. Jak tam wjadę to powieszę auto na tych wertepach.
Dobra, zawracam i próbuję raz jeszcze. No rzeczywiście jest objazd - ale nie dla nas! My powinniśmy normalnie wjechać na autostradę. Kolejne 10 min w tyłek. Czuję się jak Marcel P., który "W poszukiwaniu straconego czasu" pisał tęgie knigi.
Lecimy A4, ale tylko do Bochni - potem na Nowy Sącz, Grybów, Ujście Gorlickie.Szybko jesteśmy na drogach jednopasmowych, a tam inwazja traktorów.
No bez jaj - sobota nad ranem a tu jak na zlocie snopowiązałek. Jadę za jednym takim, ruch z przeciwka że nie wyprzedzisz a gość spojrzał śmierci w oczy - rozpędził się do 23 km/h. Arghh...no spóźnimy się...jak tak dalej pójdzie, to tylko jakieś 6 godzin... Wydostałem się, ciśniemy. Wypadam za zakrętu i nasz wzrok się spotyka. 200 m przede mną, na podporządkowanej kolejny traktor i ten wzrok: "Widzę że jechałeś długo za moim bratem, pozwól że poprowadzę Cię przez najbliższe 15km, a tam przejmie Cię mój kuzyn-rajdowiec - znany z pobicia rekordu prędkości beczkowozem 27 km/h
"NIE, NIE, NIE !!! To jakaś pokuta? Przecież byłem grzeczny...no dobra, nie byłem, ale kara nieadekwatna do grzechów...
Gładyszów - baza. Jesteśmy. Udało się. Nie wiem jak ale mamy 15 min do odprawy.
Pompuję amora i meldujemy się na starcie.
Jaszczur zaraz się zacznie, Malo jak zawsze w formie opowiada o trasie a my czekamy z niecierpliwością na mapy. Są, dostajemy mapy. Dzisiejszy dzień sponsoruje słówko LIDAR - laserowy skan terenu. Wycięte fragmenty są pokazane właśnie takiej formie, dopasować to do siebie to jakiś koszmar. Do tego jak zawsze fragment obrócony i opisy, które już rozweselają nasze serca: n-te słowo, k-tego wiersza na tablicy, rzut obiektu sakralnego od zachodu, rodzaj i model samolotu!! Będzie ciężko, ale tego chcieliśmy.

Zaczynamy od dwóch cerkwi, gdzie trzeba spisać słowa na pamiątkowych tablicach, a następnie opuszczamy Gładyszów w kierunku Ujścia Gorlickiego.Zaczynają się pierwsze kłopoty - lampion w okolicy strumienia. Po 40 minutach szukania, i 40 strumieniach odpuszczamy ten punkt - rzadko nam się to zdarza, ale przeszukaliśmy całą łąkę, wszystkie odnogi strumieni i nie ma (a był - inni znaleźli). Lecimy na kolejny pkt - szczyt góry. Wszystko pięknie, ale na górę nie prowadzi żadna droga. To lubię - przeprawiamy się na dziko przez rzekę (gdzie są wojska inżynieryjne kiedy są potrzebne?), Basia spektakularnie wpada do wody prawie po kolana. Niezły początek! Wspinamy się chorym nachyleniem i wychodzimy na szczyt. Punkt jest dokładnie na szczycie, idealnie z mapą. Śmiech mnie bierze bo przypominam sobie jednego jednego rowerzystę z Tropiciela, który narzekał że pkt na Tropicielu są fatalnie oznaczone (namiot, lampion, ognisko!). A tu mamy krzak i pomiędzy gałęziami karta A4. Chciałbym zobaczyć tutaj Pana "Fatalnie oznaczone punkty" :) Tuż obok zauważamy stowarzyszony pkt, kilkanaście metrów od poprawnego - lepiej widoczny, ale trochę pod szczytem. Mapa mówi: SZCZYT, więc nie dajemy się nabrać.
Lecimy w dół i dalej na Żdynię. Zaczyna się kolejne podejście - pchamy. Czerwony szlak idący na chyba najbardziej znany cmentarz z pierwszej wojny światowej w Beskidzie Niskim - ROTUNDA. Po drodze łapiemy jeszcze pkt nr 5, ale tuż przed ostatnim podejściem na Rotundę jest pierwszy lidar. Masakra, próbujemy dopasować, który element tu pasuje. Jakiś koszmar - w końcu wybieramy acz to wybór na zasadzie "dawno nie było A". Punkt znajdujemy, ale nie mając pewności co do dobrego wyboru, pachnie nam to punktem stowarzyszonym. Trudno, nic lepszego nie wymyślimy (na Jaszczurze za stowarzyszony jest 60 pkt przeliczeniowych, za poprawny 100 pkt - więc skoro niewiele więcej zadziałamy, to zawsze będzie to chociaż 60 pkt do przodu). Podbijamy kartę i wspinamy się na Rotundę.

Cmentarz robi niesamowite wrażenie, zbudowany na planie koła. "Kto spoczywa we wspólnej mogile z Sawely Poleszczukiem..." szukamy właściwej mogiły. Jest - spisujemy odpowiedź i lecimy w dół. W planie jest Lampion nr 6, na zjeździe ale na mapie 2 ścieżki w rzeczywistości jakieś 15. Próbujemy wybrać właściwą, ale rozwidleń coraz więcej, mapa właściwie nie pomaga - zjeżdżamy na czuja. Zjeżdżamy totalnie nie tam gdzie chcemy do tego pojawia się kolejny problem - znowu nie mam powietrza w amorze. Fantastycznie jestem na górskim zjeździe bez amora - tak wiem, jako dzieciak zjeżdżałem z Mogielicy na Wigry3 i było dobrze, ale dziś jestem profesjonalistą, więc bez sprzętu nie umiem :P :P :P
(w domu okaże się, że to tylko "fizyka głupcze" - zawory trzeba zamykać bo inaczej są...zgadniecie?...tak! otwarte. Zaskakujące prawda?).
Krew mnie zalewa, że powietrze zeszło ale cóż zrobić jedziemy dalej. Jak wspomniałem jesteśmy totalnie nie tam gdzie chcemy, co oznacza że przegapiliśmy punkt, a wracać po niego to dymać raz jeszcze pod Rotundę prawie (zakładając że wiemy którą drogą...a nie wiemy).
Jak to było: 5 faz smutku: zaprzeczenie, złość, targowanie się, depresja, akceptacja?
Koło naprawione, znowu straciliśmy trochę czasu ale odpoczęliśmy także chwilę i postanawiamy walczyć do końca. Przetrwaliśmy kryzys..ruszamy.


Punkt łatwo znajdujemy bo pomaga nam nasz ulubiony, zawsze uśmiechnięty Piechur, który właśnie stamtąd wraca - rzut oka na kartą, na tak widać że jestesmy na Jaszczurze, piechurzy mają ponad 10 pkt więcej zrobiony niż my :)
Następny punkt zaliczamy już po zmroku - ilość osób na religijne figurze. Liczymy postacie i lecimy przez Radocynę na kolejny cmentarz wojenny. Liczymy liczbę krzyży w promieniu 50 m. Chwilę potem kapliczka i spisanie kolorów fresków. Wjeżdżamy do Magurskiego Parku Narodowego i jedziemy żółtym szlakiem. Szlak jest mroczny i dziki, ciągle kluczy przecinając kilka razy rzekę - ani raz nie ma mostu :)
Czasem trzeba ostro pokombinować aby się przeprawić na drugą stronę. Nagle krzyk "STAĆ!! STAĆ" - dwie osoby z czołówkami biegną w naszą stronę. To szorstkie "STAĆ" i ich wygląd (moro) budzi w nas lekki niepokój. Jesteśmy gotowi na seryjnych morderców, szaleńców...ale nie na brutalnych i bezlitosnych Magurskich Siepaczy ze Straży Parku Narodowego. No to chyba będzie mandat, bo nie jesteśmy na szlaku rowerowym. Podbiegają do nas i pytają "nie wiecie gdzie może jesteśmy?"

UFF..."po raz kolejny udało się przeżyć". Pomagamy Im zorientować się na tyle ile umiemy z naszą mega dokładną mapą z 1987 roku bez zaznaczonych szlaków :)
Koledzy patrząc na naszą mapę stwierdzają, że zdawało Im się że to Oni są nienormalni. I mieli rację, zdawało Im się.
Ruszamy dalej, przemierzamy Królestwo Salamander, dziesiątki uciekają ich z pod kół, a my zaliczamy kolejne punkty: cerkiwe, kilka cmentarzy wojennych, pomniki, w tym pomnik angielskich lotników - katastrofa samolotu Halifax, dostarczającego zaopatrzenie walczącej Warszawie.
Finalnie kończymy rajd mając ponad 20 pkt, co ostatecznie daje nam pierwsze miejsce na trasie rowerowej (a było kilka zespołów w tej kategorii).Wygrywamy Jaszczura!! Mimo tylu przeciwności losu! To niesamowite.

Wynik chociaż bardzo nas cieszy, nie jest jednak dla nas najważniejszy - nie tutaj, nie na tym rajdzie. Na Jaszczurze liczy się coś innego...a co? sami się przekonajcie :)

A jeśli komuś spodobały się wojskowe prawa Pana M., to poniżej jeszcze kilka moich ulubionych:
- granat z 7 sekundowym zapalnikiem wybucha po czterech
- ogień wspierający nie wspiera
- ogień wspierający jest bardziej niebezpieczny od ognia przeciwnika
- nie ściągaj na siebie ognia, to irytuje wszystkich dookoła
- czysty mundur polowy przyciąga błoto i deszcz
- pociski smugowe służą do oznaczenia nieprzyjacielowi twojej pozycji
- efektywny promień rażenia granatu jest większy niż odległość na jaką rzuca przeciętny żołnierz
- twoja obecność jest niezbędna zawsze tam, gdzie najbardziej pada
- nigdy nie chybiasz mając pełny magazynek, z dwoma ostatnimi nabojami nie trafiasz nawet w stodołę [biathlon? :) ]
- doświadczenie bojowe zyskuje zaraz potem, jak Ci było naprawdę potrzebne
Kategoria Rajd, SFA
MORDOWNIK 2015
-
DST
140.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
UWAGA. Relacja zawiera materiały prowokacyjne, niepoprawne politycznie, manipulacje faktami, słowa uznawane za obraźliwie a nawet wulgaryzmy - zostają tylko Ci, których to nie razi. Reszta może się odchrzanić:D
Santa vs Szermierz
Santa (Santa Cruz): zwyrodniały, pyskaty stwór na dwóch kołach. Z niezłą korbą. Niemoralny, aspołeczny ale jakże kochany.
Szermierz: miłośnik broni białej, który czasem jeździ na rowerze. Niemniej pyskaty niż jego kołowy kolega.
Giant: ogranicznik pyskatości dwóch powyższych osobników.
SANTA:
czy Ciebie pogrzało?
SZERMIERZ:
Santa, nie pyskuj i wskakuj na dach
Bóg nawigacji - tak przezwanym w kuluarach
SANTA:
Bóg nawigacji? -
No głaszcz mnie i patrz jak bardzo się puszę
ostry tekst, Szermierz, jak na faceta w pielusze !!
i nie wmawiaj, że rowerowe spodnie tak mają
pieluchy - z założenia - są dla tych co s... :P
SZERMIERZ:
Santa, mój drogi huncwocie,
SANTA:
Gwratuję, że zgubimy się jeszcze z samego rana :P
Stadniki Szermierz, byłaby to całkiem fajna mieścina
SZERMIERZ:
Zapadnie cisza Ty zwyrodniały stworze
gdzie jechać i o jakiej porze
SANTA:
----------------------------------PKT 5----------------------------------
SANTA
od godziny jeździmy w kółko tej góry
SZERMIERZ:
----------------------------------PKT 6----------------------------------
SZERMIERZ:
nie tylko my wtopiliśmy na piątce
a drogi znaleźć jakoś nie umieć
i szukał wyjścia podobnie jak my
SANTA:
Tylko że Jego nie pogoniły psy
...daleko het tam
znów honorowo w ariergardzie
----------------------------------PKT 3, PKT 13, PKT 9----------------------------------
SANTA:
----------------------------------PKT 16----------------------------------
SANTA:
SZERMIERZ:
Ścieżka zniknęła w lasu otchłani
po skarpie pod górę
a ja Cię za rurę
SANTA:
...za rurę to łap sobie swoich Kolegów
z Santą się takich zabaw stanowczo zabrania
acz na plecach?
to nieść się pozwolę łaskawie
przez las, po trawie
SZERMIERZ:
16-stka zdobyta,7-mka przed nami
SANTA:
Patrz jak inni tu przyjechali - DROGAMI !!
----------------------------------PKT 7----------------------------------
SZERMIERZ:
----------------------------------PKT 15----------------------------------
SZERMIERZ:
SANTA:
----------------------------------PKT 14----------------------------------
SANTA:
GIANT:
Jedziemy,
i to już JUŻ bo zegar nie tęgi
SZERMIERZ:
GIANT:
SANTA:
----------------------------------PKT 4 i PKT 2----------------------------------
Piękny zjazd i piękne lasy
SANTA:
Wedle rozkazu
Ty, Szemierz, zwolnij w tym pędzie
i da nam swą cnotę, i jabłka i wisnie
SZERMIERZ:
Santa...Księżnicza z Wieży Ciśnień
SANTA:
..i poszło się paść moje zaliczanie
----------------------------------PKT 8----------------------------------
SANTA:
SZERMIERZ:
SANTA:
SZERMIERZ:
Pod most i długa w ogródki
SZERMIERZ:
Niech już ucichnie ten ryk
----------------------------------PKT 12----------------------------------
Szukaj Santa, szukaj ambony
SANTA:
Szermierz kopiemy w polu jakiegoś KAŁU
GIANT:
NIE ZDĄŻYMY, 7 minut zostało
SZERMIERZ:
Giant, skończ proszę ten lament
JEST,
podbijam, teraz ile tylko pary
GIANT:
nie zdążymy, zabraknie minuty
SANTA:
Giant, w sowieckiej Rosji znali sposoby
ideowe chłopaki z niebieskim otokiem
SZERMIERZ:
WSZYSCY RAZEM:
W ostatnich sekundach
ARAMISy zawsze do końca powalczą
i nieraz do bazy wracają z tarczą
Gdzie są szpalery, kwiaty, fanfary?
hultaje, szubrawce, półdiabły
nie ma chwały, tłumów i podniecenia
jest tylko głód i halucynacje z niedożywienia...
Kategoria Rajd, SFA
Izerska Wielka Wyrypa 2015
-
DST
133.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dlatego też, jak tylko dowiedzieliśmy się, że baza tegorocznej IZERSKIEJ WYRYPY będzie w Świeradowie-Zdroju to wiedzieliśmy, że nie może nas tam zabraknąć.
Odprawa jest kilka minut po 5:30.Całą drogę obstawialiśmy, gdzie będzie rozdanie map. Naszym typem był parking nad kolejką, nad Zajęcznikiem, przy starcie polskich singletrek'ów. Wydawało się to idealnym miejscem: dużo wolnej przestrzeni, ostry podjazd który rozsunie peleton. To co zrobili Organizatorzy nas zniszczyło. Mapy będą rozdawane na "AGRAFCE". Myślałem że padnę jak to zobaczyłem. To niczym rozmowa z jakimś "Doctorem":
- Na chandrę i smutki, zalecam dla Pana 300 m czystego przewyższenia.
- Ale ja...mam to wdychać czy wstrzykiwać?
- Podjeżdżać. Łykać i podjeżdżać
AGRAFKA! No jest ostro...ostro pod górę. Nie ma 7:00 ma my mamy połowę trasy na Izerski Stóg łykniętą. Dostajemy Mapy. To już nie problem ale koszmar komiwojażera - mam nadzieję że uważałeś na optymalizacji bo dziś jest level hard. Na pierwszy rzut oka trasa jest nie do zaplanowania pod kątem jakieś sensownej pętli. Nie dość, że nie ma oczywistego wariantu to trzeba uważać aby czegoś bez sensu nie zjechać i potem nie podjeżdżać tego na nowo - to góry! Rewelacja! Taktyka będzie miała znaczenia, a nie tylko działania operacyjne (czytaj. ciśniesz ile fabryka dała).
Mimo, że tą część Izer znam na pamięć i widzę charakterystyczne punkty: Świeradowiec, Chatka Górzystów, Jakuszyce, okolice "Samolotu", Drwale, "Katorga", to nijak nie idzie tego poskładać w jakaś sensowną trasę. Postanawiamy planować fragmentami.Postanawiamy zacząć od "Katorgi" - zielonym szlakiem w dół do punktu (pkt 17), podbić kartę, cofnąć się kawałek i uderzyć na Łącznik. Dalej "Drogą Telefoniczną" dół i odbić na w lewo na Świeradowiec (pkt 20)
Plan zaakceptowany. Lecimy na "Katorgę" - dwa razy tam byłem, raz w górę z rowerem, to było zło. Raz w dół rowerem, to też było zło: biały dym z tarcz i nadpalone klocki. Na punkcie spotykamy się ze Zdezorientowanymi, których widzieliśmy już na starcie. Wybierają zjazd "Katorgą" i walkę o punkty na północnej części mapy. Zazdroszczę zjazdu bo jest on rewelacja, ale nie chcemy tracić tyle wysokości - najpierw góry skoro jesteśmy już tak wysoko.

Trzymamy się planu, po Świeradowcu przejeżdżamy przez Drwale, łapiemy punkt na drodze ścinkowej (pkt 22) a potem lecimy do żółtego szlaku i wzdłuż granicy po kolejny punkt (pkt 23). Dziś tu jest sucho, pamiętam zółty szlak jako rzekę. Potem przelot żółtym szlakiem odbicie na bagienko (pkt 26) i długa na Chatkę Górzystów (pkt 29).Rewelacyjnie zaopatrzony punkt żywieniowy: izotonik, drożdżówki (nooo!!! a nie jak rok temu!!), owoce. Aż nie chce się stamtąd wychodzić.

Trzymamy się nadal żółtego szlaku, do przedłużenia "Trasy Radiowej Jedynki". Skręt w prawo i kierunek: punkt pod mostem. Oczywiście najpierw szukamy na przepuście i dopiero głos rozsądku krzyczący "OGARNIJ PODSTAWOWĄ WIEDZĘ Z INŻYNIERII LĄDOWEJ, PACANIE" mówi nam, że to jednak kawałek dalej (pkt 30). Ciśniemy długi przelot aż do Szklarskiej Drogi, skąd odbijamy w małe ścieżki po kolejny punkt (pkt 34). Powrót przez "Samolot" aż do Jakuszyc (pkt 35). Kolejny punkt żywieniowy i kolejne drożdżówki - jestem w niebie: opycham się drożdżówkami w Izerach. "Tu mi dobrze, tu mi ciepło, tu się będę rozmnażał" :)
Tą część jechaliśmy niemal bez mapy - w tej części Gór Izerskich znamy każdy kamień i każdy krzak. Teraz będzie trudniej bo wkraczamy na tereny dużo mniej znane (1-2 razy przejazdem tam byliśmy) oraz zupełnie nieznane. Przecinamy linię kolejową, łapiemy kolejny punkt (pkt 33). Ciśniemy koszmarny podjazd czerwonym szlakiem prawie pod schronisko Wysoki Kamień. Co charakteryzuje Wysoki Kamień? Jest wysoko położonym kiemień. Pchamy grzecznie, a końca nie widać - punkt jest na skałach przed schroniskiem, na dochodzącym żółtym szlaku (pkt 32). Karta podbita - decydujemy się na zjazd żółtym szlakiem. Decyzja w ciemno, bo tych terenów nie znamy, okazał się doskonała. Trudny, techniczny zjazd. Sekcja kamerdolców, pakiet korzenny, sekcja kamerdolców, pakiet korzenny...próbuję ominąć jakieś chore układy korzeni, ale las spycha mnie z powrotem na drogę. Jakaś choinki uprzejmie informuje mnie: "proszę odebrać swój pakiet korzeny!!" i rzucają mnie z powrotem na ścieżkę. Pokornie więc odbieram kolejne pakiety. Lecimy żółtym w dół, aż w okolice Zakrętu Śmierci. Pierwsze pasmo Izer zrobione.(odpuściliśmy tylko 1 punkt, który był nam zupełnie nie pod drodze).

Przeprawiamy się przez drogę i teraz czeka nas drugie pasmo - to dziksze i prawie nam nieznane (raz byliśmy tutaj na kilku ścieżkach czyli w jakimś jego niewielkim fragmencie). Pierwszy punkt z tego pasma jest przy sztolniach (pkt 31) - fantastyczne miejsce. Łapiemy go a potem na azymut przez chyba istniejącą ścieżkę do drogi. Kocham takie skróty :)
Potem tylko przeprawa przez rzekę bo nie ma mostu i już jesteśmy na drodze, na której chcieliśmy być. Punkt w "bagienku" (pkt 28)Ciśniemy jakiś chory podjazd, jechać się da, ale ja "nie negocjuję z terrorystami". Pcham. Basia jedzie, bo nie lubi pchać (plecy ją bolą jak pcha więc woli jechać) - zawsze wiedziałem, ze ma ADHD. Dialog z cyklu klasyka:
- Jedziemy w górę, jest dobrze
- Jakbyśmy jechali w dół byłoby źle?
- No w dół byłoby źle. Trzeba jechać w górę.
Pamiętajcie, moi drodzy. W dół jest źle. Jakby Was kiedyś naszła ochota, to nie dajcie się zwieść i ciśnijcie tylko w górę.Po długim, mega długim podjeździe docieramy na znaną nam ścieżkę (pkt 27). Aha wiem, gdzie to jest, znam to miejsce - teraz nadal będzie w górę. Nawet ten podjazd już raz kiedyś wyjechałem. Nawet w dobry tempie. Hmmm...może dlatego że taki wielki, czarny owczarek chciał urwać mi rękę a biegł dość szybko. Obudził się wtedy we mnie Bóg Podjazdów - grunt to motywacja. Tym razem jedziemy ten podjazd wolniej, dużo wolniej - gdzie jest to głupie bydle kiedy jest potrzebne! Aha zapomniałem, że przecież śpi ze Szpadą w głowie. Nie dobudzimy go teraz, bo ponoć taka ilość żelaza dobrze robi na wyciszenie i sen. Jedziemy dalej przez jakąś górę i trafiamy na pkt 24.
Trzeba przyspieszyć tempo, a najlepiej zrobić to zjazdem - ciśniemy na Rozdroże Izerskie i puszczamy się zjazdem w kierunku Świeradowa. Pod drodze kolejny rewelacyjnie zaopatrzony punkt żywieniowy: drożdżówki, owoce, izotonik. Uzupełniamy zapasy i ruszamy dalej - łapiemy 3 punkty w 45 min, co bardzo dobrze wpływa na morale (Pkt 21, 19, 15). Teraz atak na pkt 16. Droga po ścince, pchamy. To najgorszy punkt na całej wyrypie - masakra podejście pod zniszczonej drodze. Spotykamy na nim Magdę G. to już 3-ci raz dzisiaj i 3-ci raz w odwrotnym kierunku. Podbijamy 16-stkę i lecimy dalej. Magda oczywiście odstawia nas w kilka sekund. Ciśniemy na pkt 11 - okolice Sępiej Góry nad Świeradowem, a potem ścieżkami na azymut do punktów 14, 10 oraz 13, starając się jechać cały czas na wschód i nie tracić wysokości.
Drugie pasmo Izer zrobione - tu również odpuściliśmy 1 pkt (18), który był nam zupełnie nie po drodze. Główna część planu zrealizowana - zrobić oba pasma górskie a potem, spróbować wyrwać tyle punktów na płaskiej północy, na ile limit pozwoli.

Ruszamy na północ. Kierunek pkt 7. Lecimy przez Rębiszów i szybko trafiamy na 7-mkę. Potem przez Mirsk na 5-tką. Tutaj się trochę gubimy i kończy się dymaniem przez pole na azymut. Finalnie pkt 5 jest nas - znowu spotykamy Magdę i znowu jedzie w przeciwną stronę. JAK?Zaczyna być kruchą z czasem, jeszcze koło 2 godzin zostało, ale wiemy co nas czeka przed Świeradowem. Odpuszczamy pkt na północy i lecimy na pkt 6 - nad granicą. Tam jakaś impreza z ogniskami, pochodniami, chóralne śpiewy. Zabieramy się stamtąd i rozważmy opcję. Pkt 8 kusi, niby niedaleko - koło 8 km przelotem. Dyskutujemy około 10 min czy jechać na 8-mkę, a czas leci. Finalnie czas spędzony na dyskusji czy jechać przekonuje nas, aby odpuścić ten punkt i zaliczyć jeszcze punkty: 9 i 12.Okaże się to bardzo dobrą decyzją taktyczną, ale o tym jeszcze nie wiemy.Lecimy przelotem na Orłowice i stamtąd atakujemy Zajęcznik - jest już ciemno. Z latarkami szukamy 9-tki i po chwili szukania udaje nam się ją znaleźć. To skała na SignleTrek'u! Przeraża mnie widmo dymania z pod kolejki w okolice parkingu - mamy w nogach już ponad 120 km.

I nagle olśnienie. SingleTrek !! Przecież czerwony wychodzi na parkingu na szczycie. Jedziemy. Basia nie jest zachwycona pomysłem bo zostało nam koło 40 min do limitu - pyta mnie ze 3 razy czy na pewno jestem pewien, że dojdziemy tym SingleTrek'iem. Przy pierwszym pytaniu byłem pewien, przy drugim trochę mniej, przy trzecim zaczynam się wahać ale jedziemy dalej. Nocą na Singlach, jest fajnie - wąskie ścieżki w świetle czołówek wiją się jeszcze bardziej niż za dnia.Wypadamy na pkt 12 - wszystko się zgadza. Podbijamy kartę i długa na bazę. Jeszcze przelot przez Świaradów i meta. 28 pkt - bardzo dobry wynik ja na nas. Jesteśmy mega zadowoleni z niesamowicie spędzonego dnia w naszych ukochanych górach.
W bazie dowiadujemy się, że te 28 pkt dają Basi pierwsze miejsce w kategorii kobiet. Jest to dla nas szok, zwłaszcza że obstawialiśmy że Magda zgarnie pierwsze (tak jak prawie zawsze kiedy jest na zawodach, zwłaszcza górskich). Okazuje się jednak, że spóźniła się na metę 7 min i zaliczyła NKL - jesteśmy w jeszcze większym szoku. Po rozmowach w bazie wychodzi, że stanęła przed tym samym wyborem co my - czy jechać na 8-mkę. Pojechała.Utwierdza nas to w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzję. Skoro Magda nie zdążyła z 8-mki wrócić, to zaliczylibyśmy spóźnienie ze 30-40 min. Żal nam Magdy bo po całym dniu walki złapać NKL'a o 7 min, to boli.Z jednej strony trochę szczęścia, z drugiej to też na tym polega ta zabawa aby dobrze zaplanować trasę - finalnie pewnie wypadkowa tych czynników zdecydowała o pierwszym miejscu dla Basi.
Mega zadowoleni pakujemy się do auta, trzeba wracać do domu, przespać się ze 2-3 godziny i uderzać na AirShow do Radomia. Intensywny weekend :)
Kategoria Rajd, SFA
TROPICIEL 17 - Lasy Murckowskie
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze

Czuję także zarwaną noc z piątku na sobotę, a tej nocy nie zmrużymy oka wcale. Czas nas zaczyna gonić, warunki na autostradzie są ciężkie bo mocno pada, a trzeba jeszcze przepakować plecaki po Szczawnicy. Zaczyna się nerwówka.
Wpadamy do Katowic o 1:10, start mamy o 1:35. Wszystko w biegu - rejestracja, ściągnięcie roweru, przepak plecaka, założenie oświetlenia. Wołają nas na odprawę a ja jestem w lesie z przygotowaniem - i to bynajmniej nie Murckowskim. Dostajemy mapę, wskazówki i pada hasło start. Basia oczywiście gotowa od 10 min, Dominik także czeka - jak Oni to robią...Dobra, kij z tym. Jadę na numerze startowym z Szczawnicy, oświetlenie założone, trudno z tym numerem - będzie trochę śmiechu z tego tytułu po drodze ze względu na zdziwiony wzrok niektórych zawodników (aż tak się zgubił?).
Ruszamy na trasę od północy - punkty układają się w dość oczywistą pętle, ale to co lubię w Tropicielu to fakt, że właściwie można zacząć tę pętlę od dowolnego punktu. Nie jest tak że któryś się narzuca jako pierwszy. Dzięki temu oraz startom godzinowym (po kilka zespołów w odstępach czasowych) nie ma tłoku na punktach i na zadaniach. Tropiciel opracował to do perfekcji - zwłaszcza pod wrażeniem byłem edycji 16-stej gdzie było około 800 osób i w zasadzie nie było tłoku na punktach!!
Tu w Katowicach frekwencja również dopisała - niemniej ze względu na naszą prośbę przed rajdem startujemy jako jeden z ostatnich zespołów (dziękujemy Organizatorom, że dali nam czas potrzebny na dojazd ze Szczawnicy!).
Tniemy przez las - punkt ze strzelaniem. Jako, że my nie pierwszy raz już na Tropicielu pozwalamy wyszaleć się Dominikowi. Wchodzi do "budynku" i ściąga kolejnych zakładników...tzw zakładników uwalania, a ściąga terrorystów. Chyba, nie wiem...ale liczy się, że zadanie zaliczone - lecimy dalej. Przed nami Jezioro Barbary, jak miło!
A potem dalej przelot przez las. Trafiamy na lochę z małymi, ale szczęśliwie zajęta jest szukaniem punktów i nie zwraca na nas uwagi.
Zadanie linowe - no tu to był konkret. Dwie rozpięte liny: jedna pod stopy, druga nad głową i trzeba dymać po dolnej trzymając się tej górnej. Punkt jest zawieszony dokładnie pomiędzy dwoma skarpami. Wbrew pozorom nie było to takie łatwe, zwłaszcza w deszczu. Dominiki i Basia mnie asekurują, ja bawię się w linoskoczka. Docieram do punktu i jest problem...perforator owinięty wokół górnej liny, nie sięgnę do niego kartą. Nie mogę użyć drugiej ręki, bo czymś się muszę trzymać. Walczę na wysokości.
Głos z obsługi: odwiąż perforator bo się zaplątał
Walczę dalej
Głos z obsługi: odwiąż go to Ci sięgnie do karty
Odwiązuję...nie ta lina...punkt runął w dół :)
Głos z obsługi: Złaź
No fajnie...rozstrzelają mnie za sabotaż.
Punkt zaliczony, kartę podbiłem kulturalnie na dole - tyle, że zrobiliśmy kłopot bo musieli na nowo punkt montować. Tak się bawi, tak się bawi S-F-A :) :) :)
Na kolejny punkcie spotykamy FILIPA od nas ze Szkoły Fechtunku ARAMIS.
Idzie trasą pieszą tym razem, zamiast z nami rowerem, jak się wypada.
Lecimy dalej. Dopada mnie kryzys braku snu. Dobrze, że Basia i Dominik nawigują bo jadę za nimi jak zombie. Nie jestem dla Nich żadną pomocą. Zaliczamy kolejne punkty, acz cały ciężar nawigacji spada na Nich. Nie narzekam, kryzys trzeba przetrwać w ciszy ale mam wrażenie że zasnę - trasa jest prosta, szeroka droga przez las. Przysypiam. Wpadamy w "obszar odwrócony" na mapie. Zaczynają się jaja bo, mimo że przyzwyczajeni jesteśmy do takich zagadek, to coś jest bardzo nie tak z tym wycinkiem. Gubimy się. Z resztą, nie tylko my. Kilka ekip jedzie w losowych kierunkach,choć wszyscy twierdzą że jadą na ten sam punkt. Brodzimy przez jakaś ścieżkę i łąkę, totalnie nie wiemy gdzie jesteśmy.
Jezioro - do tego kwadratowe. Patrzymy na mapę - jest. Hmmm..tylko tak totalnie nie tam gdzie zakładaliśmy że jesteśmy. Masakra. Niemniej przynajmniej wiemy gdzie jesteśmy. Jedziemy dalej....drugie jezioro, też kwadratowe. Na mapie jest tylko jedno. No dobra nie wiemy gdzie jesteśmy.
Próbujemy się zorientować, podbija do nas ekipa piechurów i pyta skąd idziemy. Okazuje się, że idziemy z punktu na który Oni chcą dotrzeć. Nie umiemy Im jednak pomóc. Zgubiliśmy się, skręciliśmy po kilka razy na czuja - nikt z nas nie jest w stanie odtworzyć drogi. Oni także nie są w stanie nam powiedzieć drogi do punktu, z którego idą.
"NA ZACHÓD" - mówię
"Co? Jak?" - pyta Basia i Dominik.
"Na zachód. Na pałę na zachód. Opuśćmy obszar odwrócony, wyjdźmy z tego koła na mapie. Gdziekolwiek z niego wyjdźmy, tam się zorientujemy. Teraz nawet jak się uda nam zorientować to zaraz się znowu pomylimy" - ten fragment mapy chyba był zarówno odwrócony o pewien kąt jak i odbity lustrzanie.
Plan zaakceptowany - ciśniemy na zachód. Z kompasem, po prostu na zachód. Udaje nam się wydostać z tej pułapki. Niemniej czas jest kiepski - nie ma raczej co liczyć na komplet. Zwłaszcza że ten fragment bardzo mocno mocno wpłynął na morale - wszyscy mają dość, nawet Basia co jest rzadkością. Czuć Szczawnicę i brak snu.
Docieramy na punkt z pierwszą pomocą. Tu jest tłok, wiele ekip dotarło a do tego zadanie jest długie - udzielenie pierwszej pomocy na fantomie, opatrzenie rany (z całą scenką wezwania pomocy itp) Trwa to trochę, więc się zebrało zespołów. Dominik i Basia próbują się dostać do obsługi, a ja siadam na jakiś kamieniach. Wpadam w taki pół-sen, "śpię" 2-3 minuty i jak nowo narodzony. Kryzys jest tylko wspomnieniem. Nie wiem jak to możliwe, ale mam wrażenie nowych sił.
Akurat moja ekipa zalicza zadanie.
"Jedziemy mamy szansę na komplet" - krzyczę. Nie wierzą. Mamy 4 pkt do zrobienia a została godzina i 10 minut.
Damy radę!! To jest realne. Ciśniemy ile się da. Deszcze pomału przestaje padać, a my kręcimy. Wpadamy na pierwszy punkt i zaczynamy się rozbierać.
Dominik pyta: "Co robicie"
"Ściągamy kurtki. BĘDZIEMY ZADUPCAĆ" pada odpowiedź.
Widać, że jest lekko zaskoczony, mówi "Chciałem zjeść..."
"NIE MA CZASU" pada odpowiedź.
Walka z czasem, Basia do ostatniego punktu nie wierzy że zrobimy komplet.
Dopiero kiedy zaliczamy ostatni punkt na 15 min przed limitem a mamy 2 km do bazy zaczyna wierzyć, że nam się uda!
To Tropiciel - tu nie ma znaczenia czy jesteś pierwszy czy 30-sty, tutaj liczy się czy zdobyłeś miano "Tropiciela" czy nie.
Wpadamy na metę na 10 minut przed naszym limitem. Miano TROPICIELA zdobyte.
Czy 2 rajdy były dobry pomysłem? Nie, nie były dobrym...BYŁY DOSKONAŁYM.
Dawno nie wróciliśmy tak zadowoleni z weekendu. Dobra zabawa w Szczawnicy i komplet punktów na Tropicielu.
"Żelazo nie klęka" jak mawiamy w SFA !!
Kategoria Rajd, SFA






