aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

IROKEZ 2016

  • DST 110.00km
  • Sprzęt SANTA
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 7 maja 2016 | dodano: 17.05.2016

Nazwa IROKEZ zawsze będzie kojarzyć mi się z "IROKEZ ŻELAZKO", czyli z zawodami, które odbyły się dwa lata temu. Organizatorem był wielki i niesamowity mapo-rysownik COMPASS, więc impreza wyszła rewelacyjnie, a dla nas były to pierwsze zawody w formule ROGAINING'u - czyli zupełnie nowe dla nas doświadczenie.
Dwa lata trzeba było czekać na drugą edycję imprezy, ale doczekaliśmy się.
Tym razem baza jednak nie była w Żelazku, ale w Nowej Górze (okolice znanego i lubianego, acz nielichego podjazdu w Miękini).
Rogaining czyli nikt nie zrobi całej trasy, a punkty w terenie mają punkty przeliczeniowe w zależności od odległości od bazy i trudności nawigacyjnej. Innymi słowy - kluczowa jest TAKTYKA !!

Zrywamy się wcześniej rano w sobotę i lecimy do Nowej Góry. Jadąc autem planujemy nie finiszować w ostatnich sekundach rajdu, bo górka w Miękini skutecznie może pokrzyżować nam plany. Trzeba uwzględnić, że powrót do bazy to będzie naprawdę długi i mozolny podjazd, którego nie można zlekceważyć.
Przybywamy na miejsce i rejestrujemy się w bazie. Pierwsza miła niespodzianka - COMPASS rozdaje starsze edycje map za darmo (szarpałem jak Reksio szynkę) oraz sprzedaje z 30-40% zniżką nowe wydania map (targałem jak komornik telewizor). Finalnie już przed zawodami, mamy jakieś 15 map w ręku. HAHAHAHA ja już dzisiaj wygrałem - wracam obładowany mapami.

O 9:30 zaczyna się odprawa - dostajemy dwa ogromne arkusze map.
Jakby ktoś chciał je zobaczyć, to są dostępne na stronie imprezy ----> http://irokez24.pl/
Mamy 30 minut na zaplanowanie trasy. Wydaje się, że czasu jest dużo ale spójrzcie na mapy - kwintesencja ROGAINING'u. Brak oczywistych wariantów, pomieszane wagowo punkty (nie tak że wszystkie 80-tki daleko, a wszystkie 30-tki blisko). Planujemy.
Postanawiamy najpierw uderzyć na północny-zachód, lasami aż pod Bukowno. Potem na południe aż do Puszczy Dulowskiej, a stamtąd przeskoczyć na drugą mapę i wyhaczyć z niej wszystko, a no co zostanie czasu.

Godzina 10:00 - start. Ruszamy.

Ruszamy na pkt 32. Dość ławo znaleziony z dojazdem niemal pod sam punkt.
Teraz szukamy jaskini (pkt 56) - tu trzeba trochę pochaszczować za nią, ale udaje nam się ją znaleźć. W lesie jest przepięknie:


https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/t31.0-8/13173602_1176236609077437_9096580548453522722_o.jpg

Teraz kierunek punkt 34 - zagajnik. Łykamy go bez większych problemów i kierujemy się na 68. Problemy witajcie !!
Opis punktu: DÓŁ. Wszystkie pięknie, ale po 3679-tym dole, pozostaje nam do zbadania tylko 4967 dołów. Masakra jakaś. Dół za dołem, dołem pogania. W końcu udaje się nam znaleźć punkt, ale godzina w plecy jak nic - tzn. godzina na spacery po lesie, po jakimś nie takim łagodnym zboczu.

Tak, tak...przyszliśmy "z głębi" tego zdjęcia :)

Godzina w plecy, ale dużo czasu jeszcze więc ruszamy na 57. Kolejny dół, acz tym razem trochę łatwiej nam on przychodzi. Potem szybki skok i powrót po 47 i lecimy już na 33. Gdy na mapie są zaznaczone linie wysokiego napięcia, nawigacja jest dużo dużo prostsza. Łatwo łapiemy 33 i lecimy do Drogi Żołnierskiej i dalej na Pustynią Starczynowską po punkt 82.

Wjeżdżamy w pustynię, wyliczamy z mapy gdzie powinien być punkt i niemal jak po sznurku na niego trafiamy (trzeba trochę pochaszczować od głównej drogi ale bez jeżyn i róż więc nie ma tragedii).

Kolejny ruchem jest przelot przez Bukowno na znany nam parking nad dawną kopalnią i lecimy po najdroższy punkt na tej mapie - 91.
Łapiemy go i dalej przez kopalnię ku Diable Górze. Wymijamy ją jednak, nie pchając się tym razem na jej szczyt i jedziemy po 46.
Tutaj ukrywamy rowery w krzakach i idziemy z buta pod nielichą górkę, na azymut od głównej drogi. Jest trochę podejścia ale łapiemy 46-stkę.
Zaczyna się weryfikacja planu. Mieliśmy jechać na 74, ale ten punkt jest dość daleko i sporo czasu stracimy jadąc po niego. Uznajemy, że się nie opłaca, lepiej kontynuować pętlę po zagęszczeniu punktów, a nie jechać specjalnie po jeden tam i z powrotem.
Odpuszczamy 74 i lecimy na przez Płoki na 67 (ścieżkami "na południe").
Wyliczamy gdzie powinien być i odbijamy ze ścieżki na azymut - chwila poszukiwań i jest.
Lecimy dalej przez Psary i atakujemy 66 - piękny wąwóz!
https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/t31.0-8/13116397_1176236839077414_2973745737002538184_o.jpg

Czas leci nieubłaganie, zbliża się godzina 16:00. Musimy znowu weryfikować plany - kwintesencja rogainingu!!
Miało być teraz 45 i 73, ale odpuszczamy na rzecz Puszczy Dulowskiej (płasko i sporo punktów). Leciemy na 72, gdzieś tam zostawiając sobie opcję powrotu po 73, jak się uda (ale od południa - od Puszczy).
Ruszamy w Puszczę ale te punkty to nie główne ścieżki znanej nam Puszczy a mokradła :)
Zaczyna się zabawa z bagnami.
https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/t31.0-8/13123398_1176236829077415_4367022528209103207_o.jpg
72 udaje się nam znaleźć, ale trzeba parę razy rower ponosić aby dotrzeć. Następnie próbujemy zaatakować 65 od północy, ale rozlewiska nam skutecznie powstrzymują. Spotykamy tu Grzegorz L., który również postanowił się przedzierać przez bagna - cieszy, że nie jesteśmy jedyni, którzy taki wariant wybierają.
Finalnie jednak objeżdżamy mokradła w trójkę i 65 łapiemy od porządnej drogi.
Teraz skok na 42, Grzesiek nas wyprzedza i wracając z punktu krzyczy "podjechałem pod sam punkt!!" - za chwilę wiemy już o co Mu chodziło, rzeczywiście podjechać pod punkt to nie taka prosta sprawa. Jest dość grząsko, ale się udaje :)
Skaczemy po 54, który łapiemy dość łatwo ale postanawiamy nie wracać po 73, tylko cisnąć na zachód. Znowu, sporo czasu by nas kosztował skok po 73, a tak kierujemy się na 31 i potem na 53.
Ruiny pod 31 poszły szybko, bo zaatakowaliśmy od drogi, ale pod 53 było ostre podejście z buta. Kolejna "dobra techniczna skarpa" do pokonania :).
Przeskakujemy na drugą mapę - dochodzi 20:15. Zostało już bardzo mało czasu (limit do 22:00 a Miękinia nie wybacza błędów).
Łapiemy zatem jeszcze 41 i 61 i kierujemy się na bazę. 61 to jest MEGA punkt --> ogromna skała, chore nachylenie stoku, wspinaczka na czworakach, zjazd na butach. Doskonały punkt !!!
Jest 21:20 kiedy wpadamy do Krzeszowic. Chcielibyśmy złapać jeszcze 63 i 35 po drodze, ale nie ryzykujemy. Podjazd pod Miękinie gdy ma się ponad 100 km w nogach nie idzie szybko. Ale mamy zapas, nie trzeba finiszować w typowy dla nas, morderczy sposób.
Do bazy docieramy koło 21:45.

Nasz wynik to ponad 1000 punktów przeliczeniowych, co Basi daje 5-te miejsce. Niezły start i świetny rajd. Compas pokazał klasę i to po raz kolejny. Czpaki z głów bo trasa fantastyczna (mówię to z pełną świadomością że całej nie widziałem :P)



Kategoria Rajd, SFA

Hardcore weekend majowy - część 2

  • DST 85.00km
  • Sprzęt SANTA
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 1 maja 2016 | dodano: 10.05.2016

...czyli nasza druga przygoda w długi weekend. Dopełnienie "Majowej masakry mapą sportową", którą zafundowaliśmy sobie na naszym kochanym Dolnym Śląsku.
Ludy, które nas dobrze znają wiedzą, że właściwie nigdy nie narzekamy na regulaminy, zasady czy organizację, bo zdajemy sobie sprawę jak ciężką pracą jest przygotować profesjonalny rajd. A my tą pracę zawsze staramy się docenić!

Podobnie będzie i tym razem, ale - jak nigdy - pojawią się również pewne przemyślenia i komentarze, a może nawet pewne słowa krytyki. Powód? Po prostu nasz pierwszy "RAJD 360" otarł się o kilka ważnych kwestii, o których nie sposób nie wspomnieć. Otarł się dużo bardziej niż wszystkie inne rajdy do tej pory!
No, ale od początku...ostrzegam jednak, relacja będzie długa.
WSTĘP:Po 7:00 rano żegnamy się z Organizatorami i Uczestnikami Rudawskiej Wyrypy. Fajnie by było zostać i pogadać trochę dłużej, ale musimy uciekać aby zdążyć zdać przepaki w bazie Rajdu 360. Opuszczamy zatem "Janowice Niemałe" i lecimy do Szklarskiej Poręby.

W Szklarskiej meldujemy się po 8:00 i zdajemy przepaki. Okazuje się, że odprawa już się odbyła, więc po rejestracji "otrzymujemy" jej skróconą wersję. Rajd będzie składał się z następujących części:
- Zadanie logiczne na starcie (aby rozbić stawkę na wejściu) - bardzo dobry pomysł !
- Etap biegu na orientację 1 (około 7 km po Szklarskiej Porębie)
- Etap rowerowy 1 (około 32 km)
- Etap kajakowy (około 20 km, podczas tego etapu Zadanie Specjalne)
- Trek (około 26 km, trzeba jakoś wrócić po rowery)
- Etap rowerowy 2 (około 36 km)
- Etap biegu na orientację 2 (9 km po lesie)
- Etap rowerowy 3 (finisz 12 km z Zadaniem Specjalnym pośrodku)

To co na wejściu nie podoba nam się w regulaminie (i co będzie się za nami ciągnąć do końca rajdu) to:
- zapis, że trzeba zrobić całą trasę aby być sklasyfikowany
- punkty kontrolne mają limity czasowe, tzn musisz je zaliczyć do danej godziny, potem pkt jest nieważny (wygasa)

Do nas ten pomysł zupełnie nie przemawia, zwłaszcza na rajdach wielo-dyscyplinowych, gdzie słaby wynik treku możemy nadrobić napieraniem na rowerze. Tutaj limity są ostre, zwłaszcza dla tych "niebiegających".
Nasza trasa ma limit 34 godzin, słownie TRZYDZIESTU CZTERECH GODZIN, a mamy być np. na pkt 7 najpóźniej o 02:30...
A co jak nie będę? To co wtedy?
Patrząc w regulamin, nie zaliczam pkt nr 7, a trzeba mieć komplet aby nie mieć NKL'a...
Logicznie rozumując już o 2:30 dostaję NKL, mimo że nadal mam pół nocy i cały kolejny dzień do końca limitu rajdu!
Z drugiej strony, na etap rowerowy o długości 36km jest limit 6h!!
Dla nas zupełnie niepotrzebne zamotanie sprawy.
Zasada: Całość albo NKL - spoko. Nie ma problemu, ostro ale jasno.
Niemniej limity na punktach to zło....

Zostawmy na razie tą sprawę, choć ten temat jeszcze wróci...gdy dopadnie nas nocą.
Zostaje chwila czasu na luźne rozmowy - Zespół OSA OPOLE wita nas w bazie. Chwilę potem udajemy się na start.

START:
Zadanie logiczne jak poniżej.


Należy pomiędzy liczby wstawić znaki: dodawania, odejmowania, mnożenia, dzielenia, silnia, pierwiastek drugiego stopnia, dowolne nawiasy.
Znaków możecie użyć dowolną ilość byle równanie było matematycznie poprawne.
Innymi słowy tworzycie potworki postaci: (-x+(x*x)):pierw(x) = y
(Uwaga: Nie wolno potęgować bo przy potędze wstawiacie liczbę a nie znak)
Za każde nierozwiązane równianie 10 min kary.

Limit tego etapu i pierwszego biegu to godzina 12:00, więc trzeba pamiętać, żeby zdążyć te 10 km po Szklarskiej zrobić. Robimy bezbłędnie 9 równań na 10 (nie idzie nam na szybko wymyślić rozwiązania dla 6-tek). Zdajemy zadania o 10:20, dostajemy 10 min kary i ruszamy w Szklarską....5 minut później, idąc pod nielichą górę rozkminiamy jak banalna była 6-stka. Niemniej nie wpadliśmy na mając zegarek Damoklesa nad głową.


ETAP BIEGOWY 1
Bierzemy mapę i...coś jest bardzo nie tak. Znam Szklarską dość dobrze i te drogi na mapie... bynajmniej nie lecą w terenie.
LUSTRO ! Mapa jest odbita lustrzanie i to dwukrotnie, zarówno względem osi X jak i osi Y.
Kochamy takie mapy - to jest to! Uwielbiamy zagadki nawigacyjne.
Mamy godzinę czterdzieści na zrobienie kilku punktów na terenie miejskim. Praca z mapą idzie nam bardzo dobrze, ale limit czasu jest dla nas ostry.
TAK TAK TAK...my nie biegamy!! Bieganie i szermierka to dwa różne światy.
Możecie się z nas śmiać, proszę bardzo, ale radziłbym uważać bo istnieje legalna opcja zorganizowania pojedynku "na ostre" w Unii Europejskiej.
Do punktu startu z kompletem docieramy na 10 min przed limitem czasu.


ETAP ROWEROWY 1
Wsiadamy na rowery i tu niespodzianka. Na mapie nie nie jest skreślona droga krajowa nr 3 (czyli Jelenia - Szklarska), a mamy długi weekend majowy, Ruch jak w ulu. Dziwne, bo na większości rajdów organizatorzy wykluczają takie drogi. Tak wiem, że jesteśmy dorośli i wiemy co robimy, ale wierzę w jedną niezwykle ważną rzecz:

"tam gdzie zaczyna się rywalizacja, tam często kończy się zdrowy rozsądek"
(Organizujemy zawody na 50-60 luda z bronią, więc coś o tym wiemy...).

Olewamy krajową 3-jkę, mimo że wiele ekip napiera właśnie główną szosą. Nie będziemy cisnąć wśród aut. Lecimy na Szklarską Dolną (dolna tylko z nazwy, 15-20% podjazdy to norma w tamtych okolicach). Przebijamy się przez górę i wybieramy "dobry, techniczny zjazd" przez las na Górzyniec. Docieramy do znanej nam drogi, która wyprowadzi nas na Babią Przełęcz. Tam też spotykamy szczeciński Dziaba Team, który będzie nam towarzyszył w sposób "nieciągły" na niektórych etapach rajdu.


Odbijamy punkt na przełączy i ruszamy w kierunku Starej Kamienicy.
Mimo, że w nogach mamy Rudawską Wyrypę lecimy przelotem ponad 30 km/h.
Kolejny punkt to platforma widokowa na wielkiej skale na zakolu Bobru. Piękne miejsce, ale trzeba trochę ponosić nasze maszyny aby się tam dostać. Najbardziej urzekła nas kładka nad Bobrem, którą trzeba było przejechać.
Po zaliczeniu punktu numer 2, skierowaliśmy się do Strefy Zmian w Siedlęcinie.

Northshore'y na Bobrze.

ETAP KAJAKOWY
Zostawiamy rowery w Siedlęcinie i wbijamy na kajaki. Ja oczywiście w wersji na Arktykę czyli nieprzemakalne spodnie, nieprzemakalna kurtka i rękawiczki. Wiosła w ruch i napieramy przez Jezioro Wrzeszczyńskie. Na trasie mieliśmy do pokonania "przenośki", bo rzeka jest zagospodarowana: elektrownie, tamy it. Na tym etapie jeszcze nie wiedzieliśmy, co nas czeka.

Przenośka 1:
Napotykamy pierwszy problem. Kajak jest odrobinę za ciężki dla Basi, bardzo trudno się go jej tacha. Robi się kłopot, bo do przejścia jest kilkadziesiąt metrów a co ruszymy z miejsca, to stajemy. Mógłbym niby go ciągnąć, ale zniszczę kajak stosując metodę "na pych" po asfalcie.
Jakoś jednak dajemy radę i płyniemy dalej.

Przenośka 2 i katastrofa
Chwilę potem płyniemy w kierunku zniszczonego jazu. Przed nim są tzw "white water'y", w końcu Bóbr to górska rzeka. Rzuca nas w górę i w dół, prędkość spływu rośnie a my w środku wodnej burzy. Jak się potem okaże, kilka ekip zaliczyło w tym miejscu wywrotkę. My walczymy. Udało się, przeszliśmy ale....siedzimy po pas w wodzie. Mimo, że rzeczy mieliśmy zabezpieczone, utonęło wszystko. Woda wdarła się wszędzie, spenetrowała cały plecak, wpłynęła nawet do portfela --> w bazie po rajdzie będę suszył banknoty na kaloryferze.
Tracimy oba telefony. Mój, mimo że pancerny to ma już swoje lata i woda dostaje się przez port USB. Przeżyć przeżył ale nie da się go użyć bo funkcje szaleją, np. przycisk latarki steruje dźwiękiem, a wyświetlacz jest mokry (od tyłu/spodu). Basi komórka nie daje znaku życia. (Moja po wysuszeniu w bazie w pełni ożyła i działa - pokrycie konformalne RULEZ!!!, smartfon Basi zakończył żywot definitywnie).
Co by nie mówić zostaliśmy bez telefonów.
Najgorsze jednak jest to, że cały mój rowerowy plecak jest pełen wody. Wszystko pływa: dętki, łatki, pompki, jedzenie, ubrania dodatkowe itp. Istny dramat.
Chociaż i tak powinniśmy być szczęśliwi, że nie zaliczyliśmy wywrotki.
Na FB stronie TEAM360 jest wiele filmików z tamtego miejsca i różnych wywrotek/zatopień itp.

Próbujemy wdrapać się na wielką skarpę z tym cholernie ciężkim kajakiem. Zespół OSA OPOLE walczy obok. Musimy pomóc sobie nawzajem, bo nie idzie wytachać tych kajaków po zboczu. Obchodzimy jaz i płyniemy dalej. Morale siadło bo cały sprzęt "dostał w kość porządnie"


Zadnie specjalne numer 2
Wspinaczka po linie z poziomu kajaka. JASNEE...za gruby jestem na to. Nie ma szans tego wykonać. Dostajemy karę czasową i płyniemy dalej.
Myślimy trochę o tym zadaniu - lina zwisająca z mostu, bez uprzęży czy innego zabezpieczenia oraz bez ratownika na punkcie... Może być to niebezpieczne, jeśli ktoś nie pomyśli (np. spadnie na kajak, bo partner nie odpłynął). Tak wiem...jesteśmy dorośli, robimy to na własną odpowiedzialność, ale jednak...Pewnie nazwiecie mnie panikarzem bo nic nikomu się nie stało, ale jednak inne rajdy mają takie kwestie dużo lepiej zabezpieczone. Być może przywykłem do innego standardu, być może zbyt dużo myślimy o bezpieczeństwie tych, którzy o nim nie myślą.

Przenośka 3
Plichowice, tama...najpierw schody, potem kilkaset metrów tachania kajaka drogą, a na koniec ścieżka w lesie z korzeniami. Kajakiem po lesie. Ostro. Jest śmiesznie, dostaję głupawy jak widzę wzrok ludzi na szlaku.


Przypomina mi się kawał:

Siedzi sobie wędkarz nad rzeka i łowi ryby. Nagle coś mu się tak zdało, że z daleka-daleka słyszy cichutkie "spieeerdaaaalaaaj.....". Chwilę sie zastanowił... nie, no wydawało się, nie ma co zawracać sobie tym głowy.
Siedzi dalej i nagle troszeczkę głośniej "spieerdaalaj...". Trochę się tym już zdenerwował, rozejrzał się dookoła... cisza.... Nic to, lowię dalej - pomyslał... Po kilku chwilach jeszcze wyraźniejsze... "Spierdaaalaj". Zerwał się zdenerwowany na równe nogi... ale znów cisza.... 
No niestety znów po paru chwilach, teraz już głośno i wyraźnie słyszy "SPIERDALAJ". Zerwał się, serce mu wali, już miał uciekać, gdy nagle:
rzeką płynie kajakiem koleś, ale zamiast wioseł ma w rekach patelnie i nimi odgarnia wodę... Wędkarza to trochę rozbawiło, wiec zagaduje do gościa:
- Panie, a nie wygodniej wiosłami?
- SPIERDALAJ!!!

...nie mam wprawdzie patelni, ale cisnę przez las. Mam ochotę zapytać kogoś: "Panie dobrze płynę bo mi się coś z mapą nie zgadza". Jest wesoło, ale czas ucieka a pokonywanie tych przenosiek trwa niemiłosiernie długo.

Przenośka 4
Płyniemy zostawiając w tyle Plichowice, ale to nie koniec zabawy z kajakiem. Było "kajakiem po lesie", teraz jest "kajakiem po łące", a potem przez ziemniaki. Gorzej, że zaczynaliśmy mieć już pomału tego dość...

Bieg środkiem Bobru
Papiernia potrzebuje wody? Papiernia bierze wodę. Wszyscy się cieszą...oprócz zespołów idących po kolana w Bobrze. Poziom wody spadł tak nisko po tej operacji, że sporo część trasy pokonujemy ciągnąć kajak po mokrych kamieniach. Ten niski stan zupełnie nie przypomina Bobru - przez chwilę mamy nawet wątpliwości czy nie wpłynęliśmy (weszliśmy) w jakaś odnogę Bobru i czy nie ciśniemy "do diabła". Kompas mówi, że powinno być OK, ale niepokój jest.


TREK
Do bazy kajakowej docieramy około 20:30. Ufff...udało się przed zmrokiem (takie było założenie i udało się je spełnić). Względem "limitu" na tym punkcie mamy półtorej godziny zapasu. Obawiamy się jednak, że na części pieszej stracimy dużo czasu. Do rowerów musimy dotrzeć najpóźniej 5:30 według regulaminu.
Musimy ogarnąć katastrofę, która wydarzyła się przed jazem. W przepaku mam suche spodnie, ale tylko 1 koszulkę. W plecaku rowerowym miałem 4 warstwy...ale wszystko jest tak mokre, że nie ma opcji tego założyć - zwłaszcza, że nocą może temperatura spaść w okolice zera.
Kombinuję z tym co mam. Postanawiam zostawić mokre rzeczy, a zabrać nieprzemakalne kurki - nie oddychają, ale nie są mokre tzn. wystarczy je wytrzeć.W nich nie zmarznę.
Plecak również zostaje - całą resztę trasy zrobię bez mojej nieśmiertelnego żółtego przyjaciela, a z plecakiem kajakowym.
Szybko się przebieramy i ruszamy w las. Nawigacja idzie nam bardzo dobrze, ale czas nie jest łaskawy dla "niebiegających".
Piątka to Zamek Wleń.

Kiedy byliśmy tu ostatnio był niedostępny dla zwiedzających, więc jest nareszcie okazja go zobaczyć. 6-stka też wchodzi łatwo i zaczynamy dłuuuuugi spacer na 7-mkę. Zajmuje nam on koło półtorej godziny, ale docieramy po wskazaną górę.
Na jej szczyt nie prowadzi na mapie żadna ścieżka, a kierowanie się w środku nocy drogami ścinkowymi to marny pomysł. Dlatego ciśniemy na azymut przez krzory. Zaczyna się niewiarygodne podejście, czasami trzeba iść na czworakach takie jest nachylenie stoku. Do tego wydaje się on nie kończyć.
Udaje nam się wdrapać na szczyt, który robi niesamowite wrażenie - ogromna płaska platforma skalna z doskonałym widokiem na całą okolicę. Nie ma jednak punktu...obchodzimy szczyt w kółko i nic. Pojawia się pomysł "nie ta góra?" - nogi miękną na taką myśl. Patrzymy na mapę - nie ma szans, że to nie ta góra. To musi być tutaj !
Analizujemy mapę raz jeszcze. Ta góra ma 2 szczyty - przedzieramy się zatem przez choinki na drugi, ukryty szczyt. JEST PUNKT.
Jest też 10 minut po limicie na ten punkt. Mimo wszystko rejestrujemy chip'y.

Jest 2:40 nad ranem, spóźniliśmy się na ten punkt - limit rajdu to 20:00, ale 7-mka według regulaminu jest niezaliczona. Czy to oznacza NKL, skoro trzeba mieć wszystkie punkty?
Lekko demotywujące, zwłaszcza że mamy pół nocy i cały dzień jeszcze. Staramy się o tym nie myśleć i wędrujemy dalej.
Spotykamy zespół Kankan - okazuje się, że Dziewczyny również były na 7-mce po limicie czasowym i mają takie same rozterki jak my. Lecimy dalej razem, droga szybciej mija w większej grupie.
Razem odnajdujemy pkt 8-my (również po limicie czasu - około 20 min) i ruszamy na przepak do Siedlęcina - tam gdzie zostawiliśmy rowery. Docieramy tam o 5:30 czyli 30 minut po limicie na ten punkt. Sędzia na punkcie nie pozwala nam zarejestrować chip'ów bo "jest już po czasie".
Punkt miał być zamknięty o 5:00 rano - pytanie: czy gdybyśmy nie zadzwonili z 8-mki, że jednak dotrzemy, to czy nasze rowery zostały zwiezione by do bazy?
Taką sugestię organizatorzy zrobili w bazie przed rajdem!!
Zapis w regulaminie mówi, że zespoły który się wycofają/odpadną wracają do bazy na własną rękę. Nie wiem - podkreślam NIE WIEM - czy tak by się stało, ale jeśli dotarlibyśmy do Siedlęcina po nocy na butach i okazała by się, że pół godziny temu ktoś nam zwiózł rowery do bazy to bym się wk***** nieprzeciętnie i byłby to nasz ostatni raz na rajdzie TEAM'u 360.
Zadzwoniliśmy i nasze rowery czekały (choć 90% bazy była już spakowana do auta), ale udało się tylko dzięki uprzejmości zespołowi KANKAN - przypominam, że nasze komórki poszły do wody i na tamtą chwilę byliśmy w terenie zupełnie bez kontaktu.
Do dziś mnie gnębi ta myśl... Czy rzeczywiście zwieźliby nam nasze rowery, a my musielibyśmy samodzielnie kombinować jak wrócić z Siedlęcina do Szklarskiej? Ta myśl to jeden z największych minusów tego rajdu. Niesmak pozostał...


ETAP ROWEROWY 2
Przepakowujemy się i ruszamy na dalszą część trasy. Jest 6:00 rano, świt, mgły na my lecimy na Jelenią Górę. Chcemy zjeść jakieś małe ciepłe śniadanie na szybko, ale wszystko pozamykane o tej godzinie. Ciśniemy zatem dalej w kierunku Łomnicy.


Pięknie przygotowana ścieżka rowerowa wyprowadza nas niemal pod sam punkt (10).
Ten punkt zaliczamy z niesamowitym zapasem czasowym, bo na niego - mimo, że rowerowy - było 4 godziny !!!
Dalej lecimy zielonym szlakiem na Staniszów, a potem na Marczyce. Później przelot na Piechowice i mozolna wspinaczka pod schronisko "Złoty Widok". Ponownie zapas czasowy ogromny względem limitu tego punktu, co jeszcze bardziej potęguje uczucie absurdu jeśli chodzi o nocny trek po górach...
Po drodze zaliczamy jeszcze 10 minutową drzemkę, gdzieś w lesie.



ETAP BIEGOWY 2

Pod schroniskiem otrzymujemy nową mapę i zaczynamy kolejny etap pieszy "TRZY JAWORY".
Lubimy takie mapy i mimo zmęczenia nawigujemy bezbłędnie. Las jest przebieżny więc punkty są dobrze widoczne. 24h wyrypa plus noc i dzień rajdu 360 nie pozostaje jednak bez śladu, jeśli chodzi o naszą wytrzymałość. Dochodzi do kuriozalnej sytuacji, spowodowanej zmęczonym umysłem:

Basia: Patrz Chomik, chomik..
Ja: Jaki znowu chomik?
Basia: No chomik, patrz chomik
Podnoszę wzrok, widzę...NIEDŹWIEDŹ. ZGINIEMY !!!
Zaraz...czemu ten niedźwiedź jest na smyczy?
Czemu ktoś prowadzi miśka na smyczy. Zginiemy w kuriozalny sposób - rozszarpani na rozkaz Pana Niedźwiedzia...)
...chomik, chomik, chomik...
Kobieto zginiemy! co Ty mi tu o jakimś...
...konik, konik...
To koń...na smyczy. Tylko jak tarpan, włochaty, ale koń.
Boże potrzebuję snu...natychmiast.

Zaliczamy cała trasę etapu pieszego. Jest przed 15:00, a zostało nam 12 km do bazy. 5 godzin do limitu, ale nadal nie wiemy czy nie będzie NKL'u za spóźnienie na 7-mkę, 8-mkę i 9-tkę.
Ruszamy na ostatni punkt, zaliczamy go - odpuszczając jednak zadanie specjalne, jesteśmy już zbyt wykończeni na to, a wymaga uwagi bo to zadanie linowe. Do tego kontuzja nabyta na Rajdzie Katowice nie jest w pełni zaleczona jeszcze - w sumie nie powinno mnie tu być tak naprawdę. Nie obciążam zatem kolana zadaniem wspinaczkowym.
Zaliczamy tylko punkt i zjeżdżamy do bazy około 16:00.

Komplet bez kompletu
W bazie kilka zespołów debatuje czy będą NKL'a czy nie, bo kilka zespół gdzieś na trasie spóźniło się na któryś z punktów.
Finalnie okazuje się, że nie będzie NKL'i za spóźnienie - trochę nam "szkoda", bo złośliwie nabijaliśmy się z regulaminu, że fajnie byłoby mieć komplet punktów, zmieścić się w czasie z 4 godzinnym zapasem i załapać NKL'a. To było by coś :)

Niemniej dochodzi do innej kuriozalnej sytuacji.
Nasz wynik to 24 pkt na 25. WTF?
Zaliczyli nam 2 "spóźnione" punkty z 3-ech.
Kombinuję, że to dlatego, że na 7-me i 8-mce nie było sędziów. Zarejestrowaliśmy chip'y nie bacząc na to, że jesteśmy spóźnienie. Na 9-tce sędzia nie pozwolił nam na rejestrację chipa, co ostatecznie daje 24 punkty zarejestrowane - brak jednego punktu.

Tym śmieszniej, że to punkt przepakowy, a którym odebraliśmy rowery więc musieliśmy tam być, gdyby ktoś miał wątpliwości.
Tym samym mamy komplet bez kompletu.
Śmiejemy się z tego i idziemy spać bo sen to towar deficytowy w ten weekend.


Kategoria Rajd, SFA

Hardcore weekend majowy - część 1

  • DST 115.00km
  • Sprzęt SANTA
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 30 kwietnia 2016 | dodano: 09.05.2016

Weekend majowy zaplanowany był bardzo intensywnie.
Najpierw Rudawska Wyrypa (24h ścigania) a potem Rajd 360 (34h ścigania).

Wyruszamy z Krakowa około 15:00 tak aby dotrzeć do bazy Wyrypy między 21:00 a 22:00.
Ruszam pełen niepokoju w sercu - Aśka obiecała chabrowe pamiątkowe koszulki! To może być zwiastun czegoś złego...albo dobrego. Określiłbym się precyzyjniej gdyby tylko wiedział, jaki kolor miała na myśli. A tak jadę w nieznane.

Chociaż słowo jadę to eufemizm bo stoimy w 10 km korku w Brzegu.
Maszyny wesoło przerzucają asfalt a my podziwiamy spektakl z oczyma utkwionymi w dal (na jakieś 10 km)
Patrzymy zatem, zastygwszy w zamyśleniu, źrenice karmiąc milionem świateł...szkoda, tylko że czerwonych "stopu".
Stoimy..."i tak minął wieczór i poranek - dzień pierwszy"
Stoimy..."i tak minął wieczór i poranek - dzień drugi"
Jakiś dziadek zagaduje "Panie, w XVI wieku to jeszcze się człowiek o parę metrów miesięcznie ruszył, ale dziś...nie te czasy Panie, nie te czasy"

Udało się, jedziemy dalej. Mieliśmy być na 21:00, a wygląda na to, że spóźnimy się na odprawę o 22:30, bo ktoś źle zdefiniował warunki BRZEG'owe funkcji drogi.
O 22:00 odbieramy telefon, dzwonią Organizatorzy: martwią się o nas. To bardzo miłe. Przekładają odprawę o pół godziny. REWELACJA. Chyba nas lubią, mimo że spóźnieniem sprawiamy kłopoty :)

Janowice Wielkie. Dotarliśmy. Wszyscy już czekają. Chwytamy rowery i uderzamy na odprawę, a Robert już zaczyna:

Robert: wichry wyrwą drzewa, rozstąpi się ziemia a wody potopu...
Ktoś: przepraszam, a w środę?
Robert: w środę to zachmurzenie umiarkowane, bez deszczu...

Dobra pogodę już znamy, teraz parę słów o trasie.
Trasa składa się z 3 pętli. Dwóch w terenie, jednej na szyję..., a tak serio to z trzech pętli w ternie i OS'a.
Każdą pętlę zaczynamy i kończymy meldując się w bazie. Pętle idą po grzbietach Rudaw, więc przewyższeń będzie parę tysięcy :)
Wybieramy pętle B czyli tą z OS'em. Wiemy, że nie zrobimy całości trasy, więc wybieramy część z największą ilością punktów.
OS planujemy robić za dnia, na zakończenie pętli.

(Gdyby ktoś chciał to na stronie Wyrypy są udostępnione mapy).

Wyruszamy na punkt 71, jedziemy wzdłuż Bobru - nie zaczynamy od gór aby się trochę rozgrzać (w końcu niby nadal mam szlaban na rower z tym kolanem...). Jedziemy przez Trzcińsko a burki nas gonią aż miło. Jak ja nienawidzę takich głupich psów...
Docieramy do przejazdu kolejowego i potem drogą gruntową kierujemy do polany. Ukrywamy rowery i wchodzimy w las szukać skały na zboczu.
Półtorej godziny później szukamy już nie tylko punktu ale i rowerów...masakra.
Przetyralliśmy górę 3 razy, dwukrotnie schodząc do rowerów i próbując ponownie, ale za trzecim razem zeszliśmy jakoś dziwnie. Dotarliśmy na inną polanę, nasza nie miała betonowych słupków ogrodzenia. Nie do końca wiemy gdzie jesteśmy i nie do końca wiemy, gdzie są rowery....Jak było w "300"? A GOOD START !!!

- No dobra wiemy, że jesteśmy na polanie
- Pan jest matematykiem prawda?
- Tak. Skąd Pani wiedziała?
- Bo udzielił Pan informacji prawdziwej, precyzyjnej i zupełnie bezwartościowej...

Próbujemy się uspokoić. Tylko spokojnie. Nie dać się ponieść....Wrócimy po śladach, przez górę. Próbujemy ponownie wejść na szczyt, ale góry NIE MA !!! wszystkie drogi z polany prowadzą w dół. No jaja...Bosko. Zgubiłem rower, zgubiłem się, a teraz jeszcze zgubiłem górę. BOSKO.
Dobra, odnajdźmy linię kolejową, tam się zorientujemy i wrócimy do rowerów od torów, jak przyjechaliśmy.
Idziemy, skręcamy w lewo, przechodzimy przez krzaki, wchodzimy na drugą polanę i...ROWERY. Stoją przed nami.
Do dziś nie wiem jak, ale spoko. Są rowery, nie ma punktu - gorzej by było na odwrót.
Odpuszczamy ten cholerny punkt - mamy i tak 2h w plecy i to przy pierwszym punkcie. Doskonały początek.
https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/t31.0-8/13123269_1176181589082939_1227435700310692343_o.jpg

Ruszamy w kierunku Jeleniej po 51. Po drodze przejeżdżamy przez stację Wojanów, a tam...PENDOLINO !!! No noc cudów w Rudawach.
https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/t31.0-8/13161753_1176181592416272_5182484689540966346_o.jpg

51 - ruiny, łatwo odnalezione, teraz na południe.
Czas pomału zacząć wjeżdżać w Rudawy.
Atakujemy 59 i łatwo go zgarniamy. Mamy trochę problemów z 57, bo odnajdujemy na początku niewłaściwy strumień, ale finalnie przedzieramy się przez krzaki do właściwego miejsca.

Na punkcie 88 jesteśmy jak już świta. Jest ujemna temperatura, na łące trawa biała od szrony, wstają lekkie mgły - jest pięknie. A skoro jest pięknie, to robimy popas :)
Buła i ciasteczka plus herbata z termosu.

Wpadamy do Kowar - powtórka z rozrywki, dokładnie tak samo było rok temu. Świt, a my lecimy przez centrum Kowar i atakujemy zakręt nazwany "Jęzorem Teściowej" na drodze na Przełęcz Kowarską.
Chwilę później odbijamy z drogi i dość łatwo znajdujemy punkt.

Teraz atak na Kamienną Ławeczkę, czyli podjazd z cyklu "każdy umiera w samotności". Warto było jednak, ponieważ to jeden z najładniej położonych punktów na Wyrypie.


Punkt 56 także nie sprawił nam problemów, ale zaskoczył nas osobliwością strumienia. W sumie odnaleźliśmy odwrotność źródła - wodę wpływającą pod ziemię i to dość wartkim strumieniem. 

Kolejny punkt to schronisko "Szwajcarka". Tu robimy dłuższy popas: 8 naleśników z serem, 3 krokiety i tost na 2-jkę.
Od razu robi się lepiej na duchu.
Dobrze zjeść ciepłe śniadanie po nocy w lesie.
Zapytajcie: a wyścig, a czas? Odpowiem cytatem z jednej z ekranizacji Hrabiego Monte Christo

"I haven’'t got all day... actually, I do. I have all the time in the world!”"

Ruszamy dalej i atakujemy OS. Znamy ten OS z dwóch poprzednich Wyryp, więc idzie nam w miarę nieźle, co nie znaczy że nie ma podjazdów - to Rudawy, tu gdzie się nie ruszysz tam będzie podjazd. Na OS'ie Basia zgłasza awarię: odpadł koszyk od bidonu.
Ja się pytam JAK to Szkodnik dał radę uczynić? JAK JAK JAK?

Kończymy OS i zjeżdżamy do bazy koło południa.

Bierzemy drugą mapę i wyruszamy na pętle A. Zaczynamy od krótkiego ataku po 67, następnie szybki powrót i atakujemy podjazd pod Miedziankę.
Stamtąd wjeżdżamy w drugą część Rudaw, tam gdzie są Kolorowe Jeziorka (nad Kamienną Górą) i łapiemy 3 kolejne punkty rozsiane po zboczach.
https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/t31.0-8/13064581_1176182369082861_2993426682757211271_o.jpg

https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/t31.0-8/13119881_1176182795749485_7542301436597919003_o.jpg
Na punkcie 77 spotykamy Jarka Wieczorka i Krzyśka Szawdzina, który kończą już 3-cią pętlę a nie drugą tak jak my.
Na koniec dnia lecimy jeszcze na 75. Schodzący z tego punktu rowerzyści z TR100 ostrzegają nas, że punkt jest mocno ukryty. Przyznaję rację, długo się go naszukaliśmy, ale udało się.

https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/t31.0-8/13123023_1176183049082793_8810620070925393432_o.jpg

Zjeżdżamy do bazy koło 21:00. Wypychają nas na 3-cią pętle, ale odmawiamy - mamy w nogach koło 115 km, a w perspektywie kolejnych dni 34-godzinny Rajd 360.
Dorywam się do makaronu i jak to na Wyrypie, zawsze jest dokładka.
Będzie nawet rano na śniadanie. I to jest definicja dobrego rajdu!!

Podsumowując:
bawiliśmy się świetnie w naszych kochanych Górach, acz jeśli mam być szczery nie zachwycił mnie pomysł 3 podobnych pętli. Nie był zły - rzucił w serce Rudaw, robiąc z rajdu prawdziwą Rudawską Wyrypę. Jednak moja dusza eksploratora mówi mi, że wolałbym jednak Rudawy i okolice.
https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/t31.0-8/13147528_1176249285742836_8104756710928241311_o.jpg



Kategoria Rajd, SFA

RAJD Katowice

  • DST 60.00km
  • Sprzęt SANTA
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 9 kwietnia 2016 | dodano: 13.04.2016

Doskonała atmosfera, fantastyczne zawody, genialne zagadki i zadania specjalne, Marcin F. jak zawsze w najwyższej formie, słowem...PERFEKCYJNY DZIEŃ tak?  No nie do końca...coś poszło nie tak jak powinno i nie mam tu na myśli pogody bo dla nas pogoda to jedynie luźne wskazówki i jedziemy niezależnie od warunków atmosferycznych. Ma na myśli że miała być walka o podium a była...tylko WALKA.

Rajd zorganizowany był perfekcyjnie, ekipa z Silesii jest naprawdę niesamowita w te klocki. O całym evencie możemy wypowiadać się jedynie w superlatywach - to my zawiedliśmy i to w sposób jaki nie powinien się wydarzyć...Cóż, wypadki chodzą po ludziach, ale ludzie po wypadach czasem nie.

No ale po kolei.
Na odprawie dostajemy 2 mapy + kopertę.
Pierwsza mapa to mapa części miejskiej gdzie obowiązuje scorelauf, a druga to mapa Katowic i Lasów Murckowskich, gdzie scorelauf obowiązuje w teorii - tzn. trasa jest ułożona w pętlę, więc wielu możliwości nie ma.
Natomiast kopertę można otworzyć dopiero na punkcie dość daleko oddalonym od bazy - super sprawa, klimat jak w filmach szpiegowskich, brakuje tylko napisu TIBI ET IGNI !!
Planujemy trasę, postanawiamy zacząć od wieżowca "ALTUS". Zadanie to wbiec na 30 piętro.Ciśniemy zatem po schodach w kierunku nieba. Mijamy jakieś ekipy, inne ekipy mijają nas - widać różne podejścia do tematu:
- "Tato, już 10-te!!" 
- "Rany, jeszcze 20 pięter"
Wpadamy na 30 piętro i zaliczamy nasz pierwszy punkt kontrolny. To była niezła rozgrzewka! Lecimy schodami w dół i dopadamy do rowerów. Teraz kierunek Międzynarodowe Centrum Kongresowe, gdzie czeka kilka zagadek logicznych.
Anagram oraz zadania matematyczne. Trzeba chwile pomyśleć, ale dajemy radę - punkt zaliczony. Lecimy do centrum Katowic.
Kolejny punkt to sklep z grami, gdzie losuje się obrazki a następnie trzeba szybko wymyślić historię je łączącą.
Dostajemy: samolot, kłódka i żarówka. Basia jak zawsze idzie w klimaty horror:

"To był rutynowy lot. Nic nie zapowiadało tego co miało się stać. Piloci siedzieli w kabinie, gdy nagle ktoś zatrzasnął drzwi za ich plecami...i wtedy zgasło światło". ARGHHH...

Łapiemy dwa klasyczne punkty po drodze i lecimy przez Park z konkretną prędkością i... no właśnie.
Do dziś nie wiem co się stało. Zaliczamy "niesamowitą" kraksę synchroniczną (nie zderzywszy się!).
W tym samym momencie lądujemy na ziemi "waląc betami" o bruk. 
Zaliczyłem w swoim życiu niejedną kraskę na rowerze - w górach, w dolinach, na lodzie, na hopach...ale dawno, naprawdę dawno nie walnąłem o glebę z taką siłą.
Straż miejska będzie mieć ubaw oglądając monitoring - dwa rowery w tym samym momencie wykonują synchroniczny "pad na ryj".
No JACKASS...nadal nie wiem co zrobiliśmy, było chyba po prostu bardzo ślisko w tamtym miejscu.
Gorsze jednak, że nie jest to upadek bez konsekwencji. Basia "tylko" mocno się potłukła - dziura w łokciu, obity bark, stłuczone biodro i nadkręcone kolano (przez "tylko" rozumiem brak trwałej kontuzji). Natomiast ja rozwalam/skręcam(?) kolano...i to oczywiście to samo, z którym mam "problemy z więzadłami" od kontuzji złapanej na Mistrzostwach w Szermierce Klasycznej w 2012 roku.
Wiecie, permanentny "niedobór chlorku aluminium" (ALCL3). Jak nie wiecie o co chodzi to wygooglajcie frazę "kolano urazy ACL LCL"...

Nie jestem w stanie stać...Znam ten ból wewnątrz kolana: za pierwszym razem kosztował mnie 10 tygodni rehabilitacji, za drugim już tylko 6...doświadczenie robi swoje! Jakoś zwlekamy się z drogi i siadamy na ławce. Deszcz wesoło sobie siąpi, a my siedzimy w środku parku w Katowicach i zastanawiamy się co dalej.

...pojawia się pomysł wycofania z rajdu - całkiem słuszny i rozsądny. Postanawiam jednak pojechać kawałek i zobaczyć jak będzie - w końcu i tak trzeba do bazy wrócić na rowerze. Nie wiem czy to był dobry pomysł - no dobra, wiem że był zły, ale bardzo nie chciałem zjeżdżać do bazy. Wbrew wszelkiej logice jedziemy zatem dalej z opcją "jak będzie źle to zjeżdżamy".
Prędkość "przelotowa" spada do rekreacyjnej 10-14 km/h i taka utrzyma się do końca rajdu. 
Wpadamy na punkt z zadaniem z piłeczkami - trzeba odbić między sobą piłeczkę (przy użyciu paletek) co najmniej 8 razy.
Zadanie banalne ale jesteśmy lekko rozbici...udaje nam się chyba przy 50-tej próbie.

Po zaliczeniu zadania suniemy sobie dalej niespiesznie na kolejne punkty.
Wpadamy na punkt, gdzie trzeba dokończyć cytaty sławnych ludzi - udaje się 5/6.
Chwilę później punkt z zadaniem specjalnym - "skakanie w workach" taaaa fantastycznie...co to jest okrągłe i mnie nienawidzi? Tak zgadza się - to ŚWIAT!
Zgłaszamy, że nie nie ma opcji wykonać tego zadania z tym kolanem. Dostajemy wpis w kartę i lecimy dalej.
Zaliczamy punkt z zadaniem Frisbee i lecimy na plażę - tam czeka nas zadanie kajakowe. Trzeba popłynąć do 2 punktów - zadanie fajne, łatwe i przyjemne. Trochę nas to relaksuje, co bardzo nam potrzebne.
Kolejny punkt to CROSSFIT. Acha...przypomnijcie mi, aby następnym razem rozwalił się PO zadaniach sprawnościowych, wszystkim będzie trochę łatwiej. Jakoś zaliczamy ciągnięcie odważnika przez łąkę i gonimy czołówkę...z naszą zawrotną prędkością 10-12 km/h.

Teraz kierujemy się do Lasów Murckowskich. Strasznie lubię te lasy, to fantastyczne miejsce ale dzisiaj jestem lekko nie w formie.
Lecimy pętle po lasach w kierunku odwrotnym niż sugerowany przez Marcina na odprawie - a co?! BUNT, REBELIA :)
Otwieramy kopertę na wskazanym punkcie, a tam dodatkowa mapa i dodatkowe punkty. Spróbujemy je zaliczyć jednak po pętli Murckowskiej bo - przez to, że jedziemy w odwrotnym kierunku - musielibyśmy zawrócić.
Hmmm, może Marcin nie sugerował kierunku bez powodu...

Kolejny punkt to osławiona "eksploracja hałdy" z odprawy technicznej. Byliśmy tu na Tropicielu, wdrapujemy się pod krzyż, ale punktu nie ma. Ktoś się nie bał i za....brał. Amba fatima, było i ni ma - amba to takie zwierze, co zobaczy to zabierze.
Robimy zatem zdjęcie i "ciśniemy" dalej.

Lecimy głębiej w las i spotykamy... Marcina - super sprawa, sam jeździ po trasie i robi zdjęcia uczestnikom. SZACUN !!
Poniższe zdjęcie to właśnie jego zasługa:


Wpadamy na Linię Warunkowego Przejechania - w sumie to przejścia bo wykroty i krzory. Tam do odnalezienia są 3 punkty - na mapie nie ma ich dokładnej lokalizacji. Wiadomo tylko, że będą na tej linii. Odnajdujemy je bez problemu i lecimy dalej.

Niestety nie udaje nam się zaliczyć punktu przy Kopalni - czynny był tylko do 14:00, a my jesteśmy tam 14:30. Cóż jak się jeździ wolno, to tak bywa. Trzeba było się nie rozbijać po parku...
Kolejny punkt przy fantastycznym jeziorze, na zakręcie drogi. Podbijamy kartę i kierujemy się w ku bazie. Niestety nie zdążymy zaliczyć mapy z koperty - za mała prędkość aby nawet próbować. Łapiemy ostatni punkt (czynny do 16:00) o 16:03 i wracamy na bazę.

Dojeżdżamy do bazy z 10 minutowym zapasem.
Było świetnie. Rewelacyjna trasa, super klimat rajdu, genialne miejsce...bardzo żałujemy, że nie udało się 3-ciej mapy zrobić, no ale sukcesem jest to, że objechaliśmy do końca trasę. Finalnie daje nam to 6-te miejsce, co w zaistniałych okolicznościach jest naprawdę dobrym wynikiem.

Na pocieszenie w losowaniu nagród wygrywam BIDON - Basia go znowu zgubi, to bardziej niż pewne, ale i tak miło :)

Teraz ortopeda i po raz kolejny etap "składanie się".
Za tydzień KORNO - nie wiem czy pojedziemy, sprawa bardzo otwarta nadal w obecnej sytuacji.
Za dwa tygodnie Bike Orient, a za trzy Rudawska Wyrypa i Rajd 360 (dwa rajdy w weekend majowy 24h + 34h, ze snem pomiędzy oczywiście).
Trzeba się zatem składać jak najszybciej...trzymajcie kciuki.


Kategoria Rajd, SFA

RAJD WILCZY 2016

  • DST 90.00km
  • Sprzęt SANTA
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 2 kwietnia 2016 | dodano: 04.04.2016

Rok temu Rajd Wilczy urzekł nas niesamowitą formą i klimatem. Cóż tu dużo mówię - Harcerze, czyli klasa sama w sobie! Do dziś opowiadamy o Rajdzie Wilczy 2015 w samych superlatywach.
Zwłaszcza zagadka ze sznurkiem, zagadka z dwoma butelkami, zadanie linowe czy też bieganie po okopach z telefonem polowym kupiły nasze serca. Zadanie w komisariacie (ciekawe pytania z kodeksu drogowego: "czy pędzący bydło szosą jest kierującym"), także nas nieźle ubawiło. Wiedzieliśmy zatem, że na Wilczym 2016 nie może nas zabraknąć, mimo że musieliśmy wybierać, gdyż "obrodziło" imprez orientacyjnych 2 kwietnia. 

Niemniej, tegoroczna edycja zapowiadała się zgoła odmiennie: już sam jej opis lekko sugerował, że zmieni się klimat rajdu. Schemat trasy składał się z kilku etapów, na które składał się bieg górski, kilka odcinków rowerowych, dwa odcinki biegu na orientację oraz etap kajakowy. Zapowiadał się trudny rajd typu AR.
Przez cały marzec czekałem na noc z 1-wszego na 2-gi kwietnia z niecierpliwością, ale gdy nadeszła...chyba pierwszy raz w życiu zacząłem się niepokoić: czy na pewno damy radę? Zaczął mnie zjadać większy stres niż przed naszą pierwszą Rudawską Wyrypą. Dużo odcinków pieszych, za dużo jak dla nas przy limicie tylko 16h...
My nie biegamy - z działalności "nożnej" uznajemy tylko pracę nóg w Szpadzie i Rapierze :P
Do tego etap kajakowy kończy się powrotem na butach do miejsca zostawienia rowerów, czyli jak nic ze 3h w plecy dla nas.
Wszystko to spowodowało, że jak nigdy zjadały mnie nerwy.

Odprawa (21:30):
Dostajemy 3 arkusze map: każda formatu A3! Do tego na trasie dostaniemy jeszcze dwie dodatkowe mapy na odcinki specjalne...dużo...
Kolejność punktów obowiązkowa bo są rozrzucone w pętlę od Wisły do Żor.
Słuchamy kilka uwag organizacyjnych i dostajemy czas do 23:00 na zaplanowanie trasy. Dostajemy także tracker'y GPS - wszyscy będziemy śledzeni na trasie.
Mimo, że kolejność punktów jest obowiązkowa wcale nie ma oczywistych dróg między nimi - widać, że będziemy kilka razy cisnąć na azymut. Planujemy całą trasę, ale już wiemy że będziemy korygować plan w trakcie. Nie ma szans zrobić całości w 16 godzin (tzn. my nie mamy - inni dadzą radę).

Wyjazd (23:00):
Pakujemy się do autokaru - wywożą nas do Wisły. Rowery jadą ciężarówką do Schroniska na Przysłopie pod Baranią Górą. Tam musimy dotrzeć na butach. Nie ma zmiłuj się, środek nocy, baza "została" ponad 50 km za nami (w Żorach), my jesteśmy na rynku w Wiśle a rowery prawie 20 km od nas w górach. Trochę nie ma wyboru...ani miejsca na "skróćmy sobie trasę".
Wisła...stres mnie zjada, chrupie kostki aż miło. Wokół wiele znanych twarzy, ale to sami wymiatacze z największych rajdów na jakich byliśmy: Eventry, Wodzionka, Dziabnięci itp. Wszyscy żartują, rozgrzewają się, śpiewają "będzie się działo...znów nocy będzie mało".
Wkładam chustę z trupią czaszką na twarz, po części bo jest zimo (już jest minusowa temperatura, a ma być nawet -4, -5), a po części po to aby ukryć twarz. Przynajmniej wyglądam na tyle groźnie, że miejscowy menel, który przyszedł pokibicować i "zabawia" rozmową 3/4 grupy, do mnie nie podchodzi.

Start (0:00)
Dokładnie to kilka minut przed północą bo wszystko było już gotowe i pozwolili nam dłużej nie marznąć. Rozpoczyna się bieg. Biegniemy z tłumem w kierunku żółtego szlaku, który prowadzi na pierwszy punkt. Nie mija kilka minut i jesteśmy ostatni. Jak zawsze...bieganie to zło. Dawno nie miałem przed rajdem tak niskiego morale. "Na szczęście" zaczyna się ostre podejście i część ekip zwalnia - idą, nie biegną. Ich czołówki i latarki pozostają w zasięgu wzroku.

PKT 1
Znaleziony bez problemu, ale czekał nas kawał stromego zejścia w dół po błocie...a potem dymaniem z powrotem na górę.

PKT 2
Zastanawiamy się czy ciąć na azymut na dwójkę czy też drogami. Dwójka leży na innym wzniesieniu, więc dochodzimy do wniosku, że azymut niewiele nam da. I tak trzeba zejść z góry na której jesteśmy i wydymać na Grapę (700 coś metrów) - tego nie unikniemy, więc lepiej zrobić to drogą, niż się zgubić. Tym razem - jak nigdy - nie wybieramy opcji azymutowej. Schodzimy do Wisły tracąc całą zdobytą wysokość i wspinamy się na nowo przez osiedle Wróblonki. Po dłuższej drodze docieramy na górnej stacji wyciągu i dalej do punktu.
Nagle za nami pojawiają się światełka, 3 ekipy są za nami. JAK ? Przecież byliśmy ostatni na pkt 1. To zresztą nieważne, ważne, że morale trochę się podnosi.

PKT 3
Do trójki jest kawał drogi. Uderzamy w zielony szlak, a potem ścieżkami na wschód, aż do Wisły-Malinki. Tam znowu pod górę, znowu na około 700 m do żółtego szlaku. Kilku ścieżek nie ma na mapie, a światełka w lesie przed nami wskazują że inne ekipy wybrały odmienny wariant od nas - finalnie jednak wszyscy spotykamy się na punkcie. Każdy trochę inną drogą, ale w podobnym czasie.
Mimo, że nie biegamy nie jest źle. Utrzymujemy się w ariergardzie na części biegowej. To sukces!! acz nogi dają już o sobie znać. Ciągle jest góra-dół, góra-dół...a najlepsze dopiero przed nami.

PKT 4
Po raz kolejny tracimy zdobytą wysokość, aby zaraz zacząć ją odzyskiwać na innej górze (czasem uważam, że między górami powinny być mosty!). Atakujemy wzdłuż Potoku Bobrowskiego aż pod jaskinię. Tam wyznaczamy azymut i napieramy przez las na Przysłop (1028 m). Podejście jest bardzo strome, czasem trzeba się podciągać na drzewach takie jest nachylenie stoku. Morze wiatrołomów utrudnia wspinaczkę, a w wyższych partiach trafiamy na śnieg. Pod samym szczytem jest go bardzo dużo - miejscami zapadam się nawet po kolana.

W kilka ekip chodzimy po szczycie - nigdzie nie ma punktu. Jedna ekipa odpuszcza i leci daje, my czeszemy las po raz kolejny. Nagle jest, kątem oka zauważony punkt. Wołamy za "uciekinierami", ale nas nie słyszą. Lecimy na punkt piąty - do schroniska.

PKT 5
Schronisko. Koniec etapu pieszego i pierwszy przepak. My tu nie mamy zbyt dużo rzeczy, większość jak zawsze tachamy przy sobie w plecakach. Ciepła herbatka, kanapka na śniadanie - zaraz będzie świtać i ruszamy.
Jest 5:30 - mamy pół godziny aby zdążyć na 6-tkę. Jest szansa. Tam jest zadanie specjalne, ale czynne tylko do 6:00 rano
(jak się potem dowiemy był to wbieg na skocznię narciarską).
Bez zaliczenia zadania nie będziemy mieć podbitego punktu nr 6.

"Odpalam" rower, wsiadam ruszam i TRACH...łańcuch zerwany.
Komentuję to jedynym właściwym słowem: "O Kobieto Negocjowalnego Afektu !!!"
Patrzę: niestety nie spinka, spinka jest cała - sworzeń poszedł w drebiezgi (pewnie przeżył i tylko wypadł, ale jest minusowa temperatura, ciemno bo jeszcze noc, podłoże to kamienie, a sworzeń jest mały...).
Targam rower do schroniska i zaczynam serwis. Założyłbym drugą spinkę ale tutaj mała retrospekcja zeszłego tygodnia:
~~~~~~~~
Serwis: Masz nowy napęd: kaseta i łańcuch 10-tki. Wszystko działa
Ja: To wezmę jeszcze spinkę 10-tkę, bo do tej pory jeździłem na 9-tce.
Serwis: OK...chociaż, pech, akurat nie mam 10-tek. Będą za tydzień.
Ja: Spoko...co może się stać przez tydzień z nowym łańcuchem.

~~~~~~~~
No można go na przykład zerwać. BRAWO JA !!!
Trudno krytyczne sytuację wymagają nieortodoksyjnych działań. Rozkuwacz w rękę i...i tak wydawał mi się ten łańcuch za długi :)

Naprawione, ale kilkanaście minut w plecy. Dobry wiadomość: już świta. Robi się jasno.
Ruszamy w dół, do Wisły - czarnym szlakiem. Zjazd jest boski, tylko trochę zimo bo nadal jest poniżej zera.

PKT 6
Omijamy punkt 6, jest po 6:00. Łańcuch skutecznie nas zatrzymał.
Skoro i tak nie zaliczymy szóstki, to gnamy na 7-mkę.
Po drodze chwila na zdjęcia o wschodzie słońca.




PKT 7
Ostry podjazd na 7-mkę. Zakręt drogi, nie ma problemu ze znalezieniem lampionu. Jesteśmy dość wysoko, więc nie ma sensu zjeżdzać. Teraz na azymut do żółtego szlaku i na 8-mkę. Trochę jak pijani, ale winne temu są choinki, róże, kolczaste krzewy, krzory i błotnista ściana. Musieliśmy trochę takich rekwizytów leśnych powymijać - stąd ślad lekko "niestabilny"



A gdyby ktoś nie wiedział o czym mówię, to:

"Zaufaj mi, tędy będzie najlepiej"


"Zaufaj mi. Nie ma lepszej drogi"


"Zaufaj mi, to góra 20 metrów. Na pewno nie więcej"

Docieramy do żółtego szlaku. Żółtym do końca i przeskakujemy na czerwony szlak graniczy.
Już tutaj wiemy, że na pewno nie zdążymy etapu kajakowego. Jest grubo po 8:00 rano. Kajak i powrót z buta to dla nas ze 3 godziny. Nasuwa się pytanie czy nie zjechać i nie zaatakować 8-meki od dołu, ale...

PKT 8
...ja nigdy nie byłem na Czantorii. Wstyd. Mamy zaliczoną Koronę Gór Polski, a na Czantorii nie byłem nawet raz.
Basia była raz, dawno temu. Nie ma opcji - jedziemy przez CZANTORIĘ !!!
Zwłaszcza, że pogoda zrobiła się przepiękna. Na pewno stracimy sporo czasu jadąc górami, ale po to tu jesteśmy. I tak nie ma już szans na dobry wynik. Jesteśmy w ogonach, więcej wykorzystajmy fakt, że tu jesteśmy. Potem okaże się, że jesteśmy jedyną drużyną, która wybrała wariant przez Czantorię. Może taktycznie to nie najlepszy wariant pod kątem wyniku w rajdzie, ale skoro już tu jesteśmy...
Wynik wynikiem, ale my kochamy Góry !! Tutaj jest pięknie.
Morale level MAX: Ruszamy przez Czantorię


Dobre, techniczne zjazdy !!!


Dobre, techniczne podejścia !!!


CZANTORIA !!!

Lecimy dalej czerwonym szlakiem, krótkie odbicie po 8-mkę i ciśniemy dalej.

PKT 9
Czasowo dobrze nie jest. Dobrze, że teraz głównie zjazdy. Łapiemy 9-tkę na skrzyżowaniu szlaków i ruszamy na 10.
Oczywiście musimy wtopić z jedną ścieżką i musimy korygować trasę. Kolejne cenne minuty w plecy.

PKT 10
Docieramy na pkt 10. Sędzia mówi nam, że za nami jest...cała 1 drużyna.
Zostawiamy rowery, dostajemy specjalną mapę i ruszamy pieszo w las. Las żyje - sarny to stadami uciekają z pod nóg, a my czeszemy kolejne krzory.
Zaliczamy PKT 11 oraz PKT 14 (na tym odcinku obowiązuje scorelauf).
Chwila refleksji. Mamy grubo ponad 40 km do bazy, a zostało nam 3h 12 min czasu...
Odpuszczamy resztę odcinka specjalnego - jeśli nie chcemy NKL trzeba ruszać na bazę już.
Szkoda, bo nie pierwszy raz mamy taką mapę w ręku i łatwo nam przychodzi szukanie tych punktów. Niestety nie ma już właściwie czasu na nic. Biegniemy do rowerów. Postanawiamy lecieć na bazę, łapiąc do drodze najbliższe punkty (ten plan i tak za moment ulegnie zmianie).

PKT 22
Robi się bardzo słabo z czasem. Niby jeszcze 2,5h ale do bazy musimy przejechać 2 mapy i to "w pionie", na północ. 2 arkusze A3, a zostało dwie i pół godziny. Łapiemy 22 bo jest na naszej trasie, ale wprowadzamy nowy plan - NAJKRÓTSZĄ NA BAZĘ !!
Nie wiem czy zdążymy - z naszych wyliczeń wynika że będziemy 15:55 lub 16:05. Jesteśmy na styk utrzymując przez cały czas bardzo mocne tempo. Robi się nerwowo.



NIEZWYKŁE SPOTKANIE
Ciśniemy ile fabryka dała. Robimy dzikie kalkulacje, jeśli będziemy na danym skrzyżowaniu najpóźniej o 14:15 to powinniśmy dać radę na styk. Walczymy aby być tam o 14:00 aby trochę uspokoić sytuację - docieramy tam 14:14...no masakra. Nie ma granicy błędu. Nic nie jesteśmy w stanie nadrobić co do planu, który zakłada błąd na poziomie sekund. 
Poza tym, cały czas jest lekko pod górę i strasznie wieje w twarz. Wieje tak, że potrafi nas to zwolnić czasem o 10km/h. Póki jest czas trzeba walczyć, ale słabo to widzę...
Na jednym ze skrzyżowaniu wpadamy na Eti-Darka i Tomka od Kosmy. No to są jaja! Nierzadko się mijamy na trasie, często w różnych kierunkach ale...ONI SĄ NA NADWIŚLAŃSKIM MARATONIE a nie na Rajdzie Wilczym. Jesteśmy na różnych zawodach a spotykamy się na skrzyżowaniu pośrodku niczego. Bardzo miło, ale nie mamy czasu dłużej pogadać...trzeba cisnąć.

MORDERCZY FINISZ
Napieramy ile fabryka dała. Wieje w ryj nieprzeciętnie, ale nie zatrzymujemy się. Ciśniemy ile tylko się da. Póki jest czas...15:30, a my wpadamy do Pawłowic. Został jeszcze spory kawał drogi. Droga zamknięta - budowy, remonty, naprawy. Wylany beton i ogrodzenie.
NIE !!!! nie ma jak tego objechać szybko. No wszystko przeciw nam. Rower na plecy i biegiem przez pole obok robót.
Ciśniemy dalej. Może zdążymy. Stan przedzawałowy ze stresu i wysiłku, nogi jak z waty ale została minuta....ciśniemy !!!


Minuta nadziei... GAZ!!!
Wpadamy na metę - nie wiem w której sekundzie, ale przed 16:00.
Wpis w kartę 15:59 - udało się. Można umrzeć pod drzewem. Nie jestem w stanie nawet kaszleć.

Finalnie daje nam to 3 miejsce kategorii MIX. To niepojętne bo byliśmy przedostatnią ekipą.
Wygląda no to, że chwila kiedy postanowiliśmy odpuścić punkty i lecieć na bazę była kluczowa.
Wiele zespołów wtedy była na etapach kajakowych, biegowych i nie zdążyli przed 16:00 na metę. Posypało się trochę NKL'ów.

Po raz kolejny udaje nam się coś wygrać taktycznie. niesamowita sprawa. Wykończeni ale szczęśliwi.
Na mecie pogaduchy ze znajomymi z rajdów - okazuje się, że śledzili nasz track w nocy na części pieszej. Bardzo to miłe. 3 miejsce i Czantoria - to jest dopiero COMBO :)


Kategoria Rajd, SFA

Rajd IV Żywiołów - zima 2016

  • DST 70.00km
  • Sprzęt SANTA
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 16 stycznia 2016 | dodano: 25.01.2016

Zachwyceni rajdem IV Żywiołów w 2015 roku z niecierpliwością wyczekiwaliśmy edycji zimowej. Rower, trekking oraz zadania specjalne czyli wszystko co charakteryzuje doskonałą zabawę.

Do bazy w Bydlinie przybywamy po 7:00 i od razu wpadamy na naszego ulubionego Piechura. Kogo jak kogo, ale Jego nie mogło tu zabraknąć. Idziemy razem na odprawę a tam dowiadujemy się, że:
- jaskinia będzie umiarkowanie ciasna (kłamstwo!!)
- siepacze ALP aktywni na trasie, więc w rezerwatach nie schodzić z wyznaczonych traktów
- baza wysunięta w Żelazku (tam gdzie byłą baza Irokeza w 2014)
- część rowerowa kolejność obowiązkowa, część piesza scorelauf
Rozdanie map i oficjalny start.

Lecimy z tłumem do pierwsze skrzyżowania: szlakiem przez las czy dłuższą drogą na około asfaltem. Zgadnijcie co wybraliśmy i za moment pchamy rowery po śniegu po jakaś nielichą górkę. Po 20 min pchania zaczynają się - jak zawsze - pierwsze wątpliwości czy była to dobra decyzja, ale zjazd "na gaz" po śniegu rozwiewa wszelakie wątpliwości. Pod oponami wesoło chrupie, a my lecimy w dół przez las. Trochę "szarpie" na zakrętach bo sporo białego nieubitego puchu, a i miejscami lód pod śniegiem.


Szybko chwytamy dwa pierwsze punkty i uderzamy na Ryczów. Znamy to miejsce z niejednego rajdu - Strażnica nadal stoi jak stała :)
Lecimy dalej przez miejscowość i za moment ponownie w las. Tutaj na trasie towarzyszy nam ekipa Silesia Race, którą bardzo polubiliśmy po Rajdzie Katowice i rajdzie Silesia Race. Kierujemy się na Hutki-Kanki - mam słabość do tego urokliwego miejsca. Fajnie być tu znowu, a do tego pierwszy raz zimą. Wyhaczamy kolejnego punkta i teraz kierunek Żelazko.   


W bazie wysuniętej zostawiamy rowery i wyruszamy na 20 km część pieszą po okolicznych lasach.
Zajmie nam ona sporo...dużo więcej niż się spodziewaliśmy. No ale Szermierze nie biegają - ile my mamy lat aby biegać?
Broń biała przy pasie wymusza krok Arystokraty a nie jakieś gonienie po traktach :P
(tak jest na wszystkich naszych rajdach przygodowych - na częściach pieszych zawsze tracimy najwięcej i trwonimy każdą przewagę nad innymi zespołami...oczywiście o ile jest ktoś za nami, bo zdarza się nam robić za ariergardę).



Lecimy po naszemu czyli nieraz na azymut przez las bez ścieżki.
Dla niekumatych:
a) na azymut - na skróty (sic!), szybko i sprawnie miedzy drzewami
b) na szagę - na skróty (+ / -), krzory, jeżyny, chaszcze, rzeki
c) na rympał - na skróty (???) rower na plecach, my na czworakach na skarpie, w bagnie po pas itp 

Nagle robi się "na szagę" bo rzeka. Mostu nie ma, a nie będziemy nadrabiać 3 km do mostu (nie pieszo!).
Tu drobna uwaga co do mostu - skrót zakładał przeprawę przez rzekę, mostu tu miało nie być.
Jakoś tylko ta rzeka szersza niż zakładaliśmy - dobrze, że w miarę płytka.
Tak więc, buty do łapy i boso przez rzekę. Jest cudownie, temperatura koło - 3 stopni a my po kolana w wodzie.

Zaliczamy wszystkie punkty trasy pieszej i dosłownie na 3 minuty przed zmrokiem jesteśmy w bazie wysuniętej.
Odśnieżamy rowery i ruszamy na drugą część rowerową. Miejscami (przy rzece) temperatura spada do -11, średnio jest koło -8.



Teraz to dopiero chrupie pod kołami.



Przed nami 2 zadania specjalne
:

a) wspinaczka
Uprząż i luźno wisząca drabinka linowa. Właśnie wtedy dowiedziałem się, że jestem nie tylko gruby ale i ciężki.
Niemniej wyleźliśmy na sam szczyt aż do lampionu. Dla mnie było o tyle trudne, że będąc w górskich butach ledwie mieściłem stopę na strasznie wąskich szczebelkach.

b) jaskinia
Umiarkowanie ciasna tak? Basia ledwo się tam wczołgała!! I słowo wczołgała nie jest przenośnią.

Po zadaniach lecimy przez las żółtym szlakiem pod dwa ostatnie punkty, a potem już do bazy.

Pierwszy rajd w tym roku i pierwszy komplet punktów!!
Bez charakterystycznego dla nas morderczego finishu z walką o życie, a za to z prawie godzinnym zapasem.
Znak zmian czy wypadek przy pracy? 


Kategoria Rajd, SFA

Jaszczur - Złamany Krzyż

  • DST 66.00km
  • Sprzęt SANTA
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 3 października 2015 | dodano: 06.10.2015

Na kolejną edycję Jaszczura, w Beskidzie Niskim, czekamy jak na szpilkach. Zakochani w formule tej imprezy po edycji "Ukryty Wapień", nie możemy się doczekać sprawienia sobie tak fantastycznego prezentu na rocznicę ślubu.
Punkty w formie: policz krzyże na opuszczonym cmentarzu w środku lasu, rzut obiektu od strony zachodniej, azymut dawnej linii elektrycznej plus bardzo trudna nawigacyjnie trasa - to jest przepis na niesamowity rajd.
Niemniej, życie bywa przewrotne i uznało za stosowne prześladować nas pechem przez cały rajd...ale nie daliśmy się!!

W sobotę musimy wstać po 4-tej, a więc przygotowujemy wszystko w piątek wieczorem i kładziemy się spać, wierząc że wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Wykazujemy się totalną ignorancją zapominając o wojskowych prawach Murph'ego:
- plan operacji wygląda świetnie do pierwszego kontaktu z przeciwnikiem
- im droższy i lepszy posiadasz sprzęt tym szybciej i dalej trzeba go odesłać do serwisu
- jeśli masz dwie mapy, bitwa rozegra się w obszarze między nimi
- najgroźniejszą rzeczą jest podoficer* z mapą i kompasem
- pogoda nie jest stroną neutralną
- nieważne którą drogę wybierzesz i tak zawsze jest pod górę
(* kto nas dobrze zna, ten wie że jakiś podoficer rezerwy się u nas znajdzie, mapa i kompas też )

Sobota rano - zaspaliśmy. Tyko 15 min, więc nie ma tragedii ale okaże się to początkiem sumy nieskończonego ciągu opóźnień. Wypadamy z domu, rowery na auto...a to co?. Amor w Sancie jak Velvet - "miękki jak aksamit". Halo, przecież pompowałem go wczoraj wieczór aby był gotowy, aby nic nas nie zaskoczyło... zeszło całe powietrze. Bieg na górę po pomkę. No tak, spieszymy się... więc oczywiście nie pamiętam gdzie ją położyłem.
Jest! napompuję amora w bazie bo mamy już kolejne 20 min w plecy...

Jedziemy - kierunek A4. Już mam wjeżdżać na ślimaka, a głos od Basi:
- Nie skręcaj bo pisało objazd!
- Gdzie? Jaki objazd?
- Nie skręcaj jedź prosto!
- Ale jak prosto?
- Jedź za tą ciężarówką !!

Jadę. Ciężarówka nagle myk w pola, tumany kurzu, to jakaś pustynia...ja zostaję. Wygląda to na objazd dla wozów pancernych, droga udostępniona przez Asada dla rosyjskich czołgów (których przecież tam nie ma :P).
Szukam napisu DAMASZEK 50 km. Jak tam wjadę to powieszę auto na tych wertepach.
Dobra, zawracam i próbuję raz jeszcze. No rzeczywiście jest objazd - ale nie dla nas! My powinniśmy normalnie wjechać na autostradę. Kolejne 10 min w tyłek. Czuję się jak Marcel P., który "W poszukiwaniu straconego czasu" pisał tęgie knigi.

Lecimy A4, ale tylko do Bochni - potem na Nowy Sącz, Grybów, Ujście Gorlickie.Szybko jesteśmy na drogach jednopasmowych, a tam inwazja traktorów.
No bez jaj - sobota nad ranem a tu jak na zlocie snopowiązałek. Jadę za jednym takim, ruch z przeciwka że nie wyprzedzisz a gość spojrzał śmierci w oczy - rozpędził się do 23 km/h. Arghh...no spóźnimy się...jak tak dalej pójdzie, to tylko jakieś 6 godzin... Wydostałem się, ciśniemy. Wypadam za zakrętu i nasz wzrok się spotyka. 200 m przede mną, na podporządkowanej kolejny traktor i ten wzrok:  "Widzę że jechałeś długo za moim bratem, pozwól że poprowadzę Cię przez najbliższe 15km, a tam przejmie Cię mój kuzyn-rajdowiec - znany z pobicia rekordu prędkości beczkowozem 27 km/h

"NIE, NIE, NIE !!! To jakaś pokuta? Przecież byłem grzeczny...no dobra, nie byłem, ale kara nieadekwatna do grzechów...

Gładyszów - baza. Jesteśmy. Udało się. Nie wiem jak ale mamy 15 min do odprawy.
Pompuję amora i meldujemy się na starcie.

Jaszczur zaraz się zacznie, Malo jak zawsze w formie opowiada o trasie a my czekamy z niecierpliwością na mapy. Są, dostajemy mapy. Dzisiejszy dzień sponsoruje słówko LIDAR - laserowy skan terenu. Wycięte fragmenty są pokazane właśnie takiej formie, dopasować to do siebie to jakiś koszmar. Do tego jak zawsze fragment obrócony i opisy, które już rozweselają nasze serca: n-te słowo, k-tego wiersza na tablicy, rzut obiektu sakralnego od zachodu, rodzaj i model samolotu!! Będzie ciężko, ale tego chcieliśmy.




Zaczynamy od dwóch cerkwi, gdzie trzeba spisać słowa na pamiątkowych tablicach, a następnie opuszczamy Gładyszów w kierunku Ujścia Gorlickiego.Zaczynają się pierwsze kłopoty - lampion w okolicy strumienia. Po 40 minutach szukania, i 40 strumieniach odpuszczamy ten punkt - rzadko nam się to zdarza, ale przeszukaliśmy całą łąkę, wszystkie odnogi strumieni i nie ma (a był - inni znaleźli). Lecimy na kolejny pkt - szczyt góry. Wszystko pięknie, ale na górę nie prowadzi żadna droga. To lubię - przeprawiamy się na dziko przez rzekę (gdzie są wojska inżynieryjne kiedy są potrzebne?), Basia spektakularnie wpada do wody prawie po kolana. Niezły początek! Wspinamy się chorym nachyleniem i wychodzimy na szczyt. Punkt jest dokładnie na szczycie, idealnie z mapą. Śmiech mnie bierze bo przypominam sobie jednego jednego rowerzystę z Tropiciela, który narzekał że pkt na Tropicielu są fatalnie oznaczone (namiot, lampion, ognisko!). A tu mamy krzak i pomiędzy gałęziami karta A4. Chciałbym zobaczyć tutaj Pana "Fatalnie oznaczone punkty" :) Tuż obok zauważamy stowarzyszony pkt, kilkanaście metrów od poprawnego - lepiej widoczny, ale trochę pod szczytem. Mapa mówi: SZCZYT, więc nie dajemy się nabrać.

Lecimy w dół i dalej na Żdynię. Zaczyna się kolejne podejście - pchamy. Czerwony szlak idący na chyba najbardziej znany cmentarz z pierwszej wojny światowej w Beskidzie Niskim - ROTUNDA. Po drodze łapiemy jeszcze pkt nr 5, ale tuż przed ostatnim podejściem na Rotundę jest pierwszy lidar. Masakra, próbujemy dopasować, który element tu pasuje. Jakiś koszmar - w końcu wybieramy acz to wybór na zasadzie "dawno nie było A". Punkt znajdujemy, ale nie mając pewności co do dobrego wyboru, pachnie nam to punktem stowarzyszonym. Trudno, nic lepszego nie wymyślimy (na Jaszczurze za stowarzyszony jest 60 pkt przeliczeniowych, za poprawny 100 pkt - więc skoro niewiele więcej zadziałamy, to zawsze będzie to chociaż 60 pkt do przodu). Podbijamy kartę i wspinamy się na Rotundę.


Cmentarz robi niesamowite wrażenie, zbudowany na planie koła. "Kto spoczywa we wspólnej mogile z Sawely Poleszczukiem..." szukamy właściwej mogiły. Jest - spisujemy odpowiedź i lecimy w dół. W planie jest Lampion nr 6, na zjeździe ale na mapie 2 ścieżki w rzeczywistości jakieś 15. Próbujemy wybrać właściwą, ale rozwidleń coraz więcej, mapa właściwie nie pomaga - zjeżdżamy na czuja. Zjeżdżamy totalnie nie tam gdzie chcemy do tego pojawia się kolejny problem - znowu nie mam powietrza w amorze. Fantastycznie jestem na górskim zjeździe bez amora - tak wiem, jako dzieciak zjeżdżałem z Mogielicy na Wigry3 i było dobrze, ale dziś jestem profesjonalistą, więc bez sprzętu nie umiem :P :P :P
(w domu okaże się, że to tylko "fizyka głupcze" - zawory trzeba zamykać bo inaczej są...zgadniecie?...tak! otwarte. Zaskakujące prawda?).

Krew mnie zalewa, że powietrze zeszło ale cóż zrobić jedziemy dalej. Jak wspomniałem jesteśmy totalnie nie tam gdzie chcemy, co oznacza że przegapiliśmy punkt, a wracać po niego to dymać raz jeszcze pod Rotundę prawie (zakładając że wiemy którą drogą...a nie wiemy).
Jedziemy zatem dalej, źli na siebie...szur, szur, co to? Koło ociera mi o ramę. NO NIE!!! Co się jeszcze dzisiaj stanie?
Koło jest pancerne, nie mogłem go scentrować ot tak. Koło jest proste, to "siedzisko" ośki się rozkręciło. Wyciągam imbusy i bawię się w warsztat.
Basia patrzy na zegarek, jest po 15:00.
Fantastycznie, po 5h jazdy mamy 6 pkt z prawie 40...KATASTROFA.
Pojawia się nawet pomysł powrotu do bazy, co na nas oboje działa jak płachta na byka.
Jak to było: 5 faz smutku: zaprzeczenie, złość, targowanie się, depresja, akceptacja?
Ja walczę z kołem, Basia siada do mapy. Zostało 4h i kilka minut (+3h ewentualnych spóźnień czyli z karami punktowymi). Basia wpada, na jak się potem okaże genialny pomysł - odpuszczamy lampiony, które dziś się za dobrze przed nami chowają. Lecimy po punktach opisowych i lidarach, ale tylko tych po drodze do wspomnianych punktów opisowych.

Koło naprawione, znowu straciliśmy trochę czasu ale odpoczęliśmy także chwilę i postanawiamy walczyć do końca. Przetrwaliśmy kryzys..ruszamy.

PKT 27 - Rysunek krzyża nad wejściem do dzwonnicy. Poszło, lecimy dalej - kapliczka przy drodze (PKT 26): rzut obiektu sakralnego od zachodu. Zaliczony.


Ciśniemy dalej, teraz na PKT 25 i 24, ale po drodze kolejny LIDAR. Spotykamy Piechurów i razem udaje się znaleźć punkt ukryty w wąwozie, choć debata który lidar jest poprawny trwa dość długo. Dalej pod górę - 25-tka to wprawdzie lampion, ale po drodze więc próbujemy.
Spotkamy kolejnych piechurów i próbujemy znaleźć ją już w 6-stkę. Wpakowujemy się w mega zarośnięty wąwóz, ale brniemy dalej szukając "skrzyżowania" wąwozów. Kończy się to brodzeniem w bagnie, w bardzo zarośniętym wąwozie. Mija 40 min, a punktu nie ma.
DOŚĆ !! Zawracamy, spróbujemy od drugiej strony. To był dobry pomysł - udało się. Lecimy dalej na pkt 24 - pomnik. Trafiamy na niesamowite miejsce. Polana na której znajduje się framuga i drzwi - jedyne co zostało z wysiedlonej wioski. Kilkaset metrów dalej odnajdujemy pomnik i zaczynamy szukać dawnego cmentarza.


Punkt łatwo znajdujemy bo pomaga nam nasz ulubiony, zawsze uśmiechnięty Piechur, który właśnie stamtąd wraca - rzut oka na kartą, na tak widać że jestesmy na Jaszczurze, piechurzy mają ponad 10 pkt więcej zrobiony niż my :)

Następny punkt zaliczamy już po zmroku - ilość osób na religijne figurze. Liczymy postacie i lecimy przez Radocynę na kolejny cmentarz wojenny. Liczymy liczbę krzyży w promieniu 50 m. Chwilę potem kapliczka i spisanie kolorów fresków. Wjeżdżamy do Magurskiego Parku Narodowego i jedziemy żółtym szlakiem. Szlak jest mroczny i dziki, ciągle kluczy przecinając kilka razy rzekę - ani raz nie ma mostu :)

Czasem trzeba ostro pokombinować aby się przeprawić na drugą stronę. Nagle krzyk "STAĆ!! STAĆ" - dwie osoby z czołówkami biegną w naszą stronę. To szorstkie "STAĆ" i ich wygląd (moro) budzi w nas lekki niepokój. Jesteśmy gotowi na seryjnych morderców, szaleńców...ale nie na brutalnych i bezlitosnych Magurskich Siepaczy ze Straży Parku Narodowego. No to chyba będzie mandat, bo nie jesteśmy na szlaku rowerowym. Podbiegają do nas i pytają "nie wiecie gdzie może jesteśmy?"

UFF..."po raz kolejny udało się przeżyć". Pomagamy Im zorientować się na tyle ile umiemy z naszą mega dokładną mapą z 1987 roku bez zaznaczonych szlaków :)
Koledzy patrząc na naszą mapę stwierdzają, że zdawało Im się że to Oni są nienormalni. I mieli rację, zdawało Im się.

Ruszamy dalej, przemierzamy Królestwo Salamander, dziesiątki uciekają ich z pod kół, a my zaliczamy kolejne punkty: cerkiwe, kilka cmentarzy wojennych, pomniki, w tym pomnik angielskich lotników - katastrofa samolotu Halifax, dostarczającego zaopatrzenie walczącej Warszawie.
Finalnie kończymy rajd mając ponad 20 pkt, co ostatecznie daje nam pierwsze miejsce na trasie rowerowej (a było kilka zespołów w tej kategorii).Wygrywamy Jaszczura!! Mimo tylu przeciwności losu! To niesamowite.


Wynik chociaż bardzo nas cieszy, nie jest jednak dla nas najważniejszy - nie tutaj, nie na tym rajdzie. Na Jaszczurze liczy się coś innego...a co? sami się przekonajcie :)

A jeśli komuś spodobały się wojskowe prawa Pana M., to poniżej jeszcze kilka moich ulubionych:
- granat z 7 sekundowym zapalnikiem wybucha po czterech
- ogień wspierający nie wspiera
- ogień wspierający jest bardziej niebezpieczny od ognia przeciwnika
- nie ściągaj na siebie ognia, to irytuje wszystkich dookoła
- czysty mundur polowy przyciąga błoto i deszcz
- pociski smugowe służą do oznaczenia nieprzyjacielowi twojej pozycji
- efektywny promień rażenia granatu jest większy niż odległość na jaką rzuca przeciętny żołnierz
- twoja obecność jest niezbędna zawsze tam, gdzie najbardziej pada
- nigdy nie chybiasz mając pełny magazynek, z dwoma ostatnimi nabojami nie trafiasz nawet w stodołę [biathlon? :) ]
- doświadczenie bojowe zyskuje zaraz potem, jak Ci było naprawdę potrzebne


Kategoria Rajd, SFA

MORDOWNIK 2015

  • DST 140.00km
  • Sprzęt SANTA
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 12 września 2015 | dodano: 02.10.2015

UWAGA. Relacja zawiera materiały prowokacyjne, niepoprawne politycznie, manipulacje faktami, słowa uznawane za obraźliwie a nawet wulgaryzmy - zostają tylko Ci, których to nie razi. Reszta może się odchrzanić:D

Santa vs Szermierz

Santa (Santa Cruz): zwyrodniały, pyskaty stwór na dwóch kołach. Z niezłą korbą. Niemoralny, aspołeczny ale jakże kochany.

Szermierz: miłośnik broni białej, który czasem jeździ na rowerze. Niemniej pyskaty niż jego kołowy kolega.

Giant: ogranicznik pyskatości dwóch powyższych osobników.


SANTA:

Mordownik, Szermierz?
czy Ciebie pogrzało?
Krowy, przepaście - tak przecież bywało
- ostatnio -
bo choć gór beskidzkość była NISKA
to chyba cudem przeżyliśmy cholerne Jaśliska

SZERMIERZ:
Santa, nie pyskuj i wskakuj na dach
Mapę mi zostaw, to nie jest twój fach
Bóg nawigacji - tak przezwanym w kuluarach
Ty masz dziś tylko dawać po garach
ostro cisnąć, gdzie Szermierz kieruje
więc hop na dach - Santa nie pyskuje

SANTA:
Bóg nawigacji? -
No głaszcz mnie i patrz jak bardzo się puszę
ostry tekst, Szermierz, jak na faceta w pielusze !!
i nie wmawiaj, że rowerowe spodnie tak mają
pieluchy - z założenia - są dla tych co s... :P
Bogiem nie jesteś, raczej Drapichrustem
który nie pamięta już chyba kiedy bawił się biustem

SZERMIERZ:
Santa, mój drogi huncwocie,
morda w kubeł i skup się na robocie
pyskaty ancymonie, bezczelny hultaju
nażarłeś się korzeni i jesteś na haju
zostaw planowanie dla swojego Pana

SANTA:
Gwratuję, że zgubimy się jeszcze z samego rana :P
...
Stadniki Szermierz, byłaby to całkiem fajna mieścina
gdyby nie jeden fakt, że tu w sumie nic NI MA !!
Powinszować wyboru mój drogi Kolego
znowu jesteśmy pośrodku NICZEGO
Mapa też w pyteczkę, byłaby iście morowa
gdyby lubił tereny na wschód od Krakowa

SZERMIERZ:
Zapadnie cisza Ty zwyrodniały stworze
potrzebuję skupienia gdy wariant tworzę
gdzie jechać i o jakiej porze
którędy drogi niewiele nadłożę
gdzie przejedziemy, a gdzie jest morze
którędy pojechać by zaliczyć zorze

SANTA:
Zaliczyć Szermierz? ty brzydka Pokrako
Ty zaliczasz przez prawy przycisk i "Zapisz jako"
Wariant, że "kisiel w majtach" i "podziwiam szczerze"
a potem znowu przemierzamy jakieś dzikie rubieże
ja zapytam "czy wiesz co robisz jadąc tędy"
Ty powiesz "morda i przecinaj te pędy"
bo utknęliśmy w środku nieprzebytych krzaków
Szermierz i Santa, takich dwóch Pokraków....

----------------------------------PKT 5----------------------------------
SANTA

Szermierz,
od godziny jeździmy w kółko tej góry
odwiedziliśmy miejsce, gdzie hasają knury
i spa błotne sobie urządzały z rana
a Ty wpadłeś tam aż po kolana
Pierwszy punkt trasy a my już w opałach
Medal Immortal? Ha ha - takiego wała!

SZERMIERZ:
Zaraz wyrwiemy się z tej cholernej matni
uwierz na słowo, nie będziem ostatni
a więc działaj i nie narzekaj wciąż znów
tylko do drogi na szagę i długa na Gdów

----------------------------------PKT 6----------------------------------
SZERMIERZ:
Patrz, Santa,
nie tylko my wtopiliśmy na piątce
Kolega przecież zawsze w dziesiątce
tej pierwszej w rankingu ma się rozumieć
a drogi znaleźć jakoś nie umieć
i szukał wyjścia podobnie jak my

SANTA:
Tylko że Jego nie pogoniły psy
Fakt faktem, zeszło Mu tyle co nam
lecz patrz jak zadupca
...daleko het tam
a my? mój drogi bardzie
znów honorowo w ariergardzie
bo zapomniałeś o "w nogach petardzie"

----------------------------------PKT 3, PKT 13, PKT 9----------------------------------
SANTA:
Poszły od kopa, wspomnienia nie warte
szybko trafiły wielo-dziurki na karte

----------------------------------PKT 16----------------------------------
SANTA:
Szermierz, niech mi się hamulce spieką
twój wariant optymalny to:
IDZIEMY RZEKĄ !!

SZERMIERZ:
Ścieżka zniknęła w lasu otchłani
Wybór tej drogi rzeczywiście do bani
trzeba zaraz na rympał
po skarpie pod górę
Santa, właź mi na plecy
a ja Cię za rurę
chwycę, bo Tobie tutaj nie starczy biegów

SANTA:
...za rurę to łap sobie swoich Kolegów
jeśli masz takie ukryte upodobania
z Santą się takich zabaw stanowczo zabrania
acz na plecach?
to nieść się pozwolę łaskawie
nieś mnie zatem gałganie,
przez las, po trawie

SZERMIERZ:
16-stka zdobyta,7-mka przed nami

SANTA:
Patrz jak inni tu przyjechali - DROGAMI !!
a nie przez skarpę na wprost przez krzory
Szermierz ten wariant jest K***A chory !!

----------------------------------PKT 7----------------------------------
SZERMIERZ:
Siódemka dość łatwa, teraz Tuzin + 3
niby Ok tylko znowu nas psy...
podbiega ta bestia z pianą na pysku
w ekstazie niczym po jakimś wytrysku
i chce się przywitać, gryząc zalotnie w nogę
Santa, wprasuj to bydle łaskawie w podłogę

----------------------------------PKT 15----------------------------------
SZERMIERZ:
Patrz, jaki piękny kościół po prawej majaczy
blask słońca, znak z nieba - to chyba coś znaczy

SANTA:
Tak, to niebo wiadomość nam śle
że k****a znów pojechaliśmy źle
kościół po prawej zostaje w oddali
a mieliśmy tam być - cośmy poje****li...
brak skrętu w prawo, puknij się w czapę
bo właśnie opuściliśmy mapę !!!
Nie chciałbym rzucać zgniłym twarogiem
ale jak to było? fragment z tym Bogiem...

----------------------------------PKT 14----------------------------------
SANTA:
Ciśnij na bufet bo tam będzie żarcie
będę jak OBCY - Decydujące Starcie
zeżrę Im wszystko jak ten stwór załogę
a plecak wypcham zapasami na drogę

GIANT:
Jedziemy,
i to już JUŻ bo zegar nie tęgi
ruszać się szybciej bo jaja w obcęgi
wepcham Wam niczym dzikie zwierzę
będziecie zadupcać jak na galerze

SZERMIERZ:
Ale...dopiero jedno jabłko połknąłem

GIANT:
Obcęgi już czekają pod stołem !!

SANTA:
Dobra jedziemy, po co te spiny,
zostały nam przecież jakieś godziny...

----------------------------------PKT 4 i PKT 2----------------------------------
SZERMIERZ:
Piękny zjazd i piękne lasy
nareszcie choć trochę trzymamy się trasy
Szybko łykam czwórkę na szlaku
ciśnij na dwójkę, Santa - Zwierzaku
Dwójka także niemal od razu
Teraz na jedynkę!

SANTA:
Wedle rozkazu

----------------------------------PKT 1----------------------------------
SANTA:
Ty, Szemierz, zwolnij w tym pędzie
tam chyba jakaś fajna wieża będzie
a jak wieża to może i piękna Księżniczka
już długo sama, pewnie swędzi ją piczka
i da nam swą cnotę, i jabłka i wisnie

SZERMIERZ:
Santa...Księżnicza z Wieży Ciśnień
co ciągle ma "ale" na tych śniadych licach
Księżniczki nie mieszkają w Dobczycach !!

SANTA:
..i poszło się paść moje zaliczanie
dawaj na 8-mkę, nim nas noc zastanie

----------------------------------PKT 8----------------------------------
SANTA:
Rowery, to chyba od nas masa luda
Tak, tak, to od nas - patrz na te uda
Cisną na bazę, spóźnione stwory
a my jeszcze 3 punkty

SZERMIERZ:
Proste...dajemy im fory ..

----------------------------------PKT 11----------------------------------
SANTA:
Chodzimy wokół szkoły jakbyśmy szukali wiedzy
a punkt będzie pewnie w dole, na miedzy
między polami, na jakiś cholernym płocie
a my w krzakach i - zagadnij! - w błocie

SZERMIERZ:
Tam pisało, że prywatne to włości
nie chcę komuś narobić przykrości
wbijając na posesję po zmroku
bo mnie dechą zatłucze
i pochowa w potoku...

----------------------------------PKT 10----------------------------------
GIANT:
Pod most i długa w ogródki
pół godziny bo takie są skutki
błędów - iście cudowna nawigacja
za moment DYSKWALIFIKACJA

SZERMIERZ:
Niech już ucichnie ten ryk
zdążyć zdążymy - chociaż na styk

----------------------------------PKT 12----------------------------------
SZERMIERZ:
Szukaj Santa, szukaj ambony
nie tam Tępoto!! - z lewej strony
szukaj tylko spokojnie, szukaj pomału...

SANTA:
Szermierz kopiemy w polu jakiegoś KAŁU

GIANT:
NIE ZDĄŻYMY, 7 minut zostało
do bazy kawałek, czasu za mało

SZERMIERZ:
Giant, skończ proszę ten lament
Immortal cenny jak szafir czy diament
na jedną kartę wszystko trza rzucić
szukaj ambony - zamiast się kłócić

JEST,
podbijam, teraz ile tylko pary
spiąć poślady, sięgnąć po czary
6 minut, kręcimy ile dała fabryka
sukces pomału z rąk się wymyka
trzeba cisnąć aż płoną buty

GIANT:
nie zdążymy, zabraknie minuty

SANTA:
Giant, w sowieckiej Rosji znali sposoby
na taki defetyzm i taki stan głowy
ideowe chłopaki z niebieskim otokiem
wydawali motywację kulek potokiem
a Lekarz-Komisarz powtarzał "Ty się lecz, lecz"
ale "ANI KROKU WSTECZ"
więc Giant się przymknie i kręci łaskawie
bo coś do ugrania mamy w tej sprawie
2 minuty to jeszcze czasu w cholerę

SZERMIERZ:
więc KRĘĆ, po prostu KRĘĆ - ja pierdzielę !!!


WSZYSCY RAZEM:
W ostatnich sekundach
jak w dobrym horrorze
wpadaliśmy do bazy
(za co dzięki Ci Boże)

ARAMISy zawsze do końca powalczą
i nieraz do bazy wracają z tarczą
Gdzie są szpalery, kwiaty, fanfary?
Czyżby wszystkim zabrakło już pary?
Drapichrusty, ladaco, huncwoty
łachudry, bezecniki, miernoty
hultaje, szubrawce, półdiabły
do bazy dotarły, na trasie nie padły !!
Czekamy zatem na wielkiej sali
ale co to - zabrakło medali
nie ma chwały, tłumów i podniecenia
jest tylko głód i halucynacje z niedożywienia...

nie ma chwały, tłumów i podnieceniajest tylko głód i halucynacje z niedożywienia...


Kategoria Rajd, SFA

Izerska Wielka Wyrypa 2015

  • DST 133.00km
  • Sprzęt SANTA
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 26 sierpnia 2015 | dodano: 26.08.2015

Uwaga RELACJA ZAWIERA LOKOWANIA PRODUKTU "Góry Izerskie"
Ktoś kiedyś powiedział: "pokochasz Góry Izerskie", więc pokochałem. To Góry, które są u mnie na specjalnych prawach - nawet po Rudawskiej Wyrypie, wykończeni i styrani pojechaliśmy specjalnie w Izery, jeszcze choć chwilę poszwędać się po tych wspaniałych ścieżkach (przed powrotem do domu).
To góry, które mają szczególne miejsce w moim sercu, z swoim "Rezerwatem Ciemnego Nieba", z śpiącym "Stanisławem" Kwarcem, Chatką Górzystów, Stacją Orle itp.
Kto raz tu był, ten na pewno tu wróci.

Dlatego też, jak tylko dowiedzieliśmy się, że baza tegorocznej IZERSKIEJ WYRYPY będzie w Świeradowie-Zdroju to wiedzieliśmy, że nie może nas tam zabraknąć.
Świeradów sam w sobie pachnie mocnymi podjazdami, więc było jasne, że będzie ostro!
Na to się pisaliśmy i to dostaliśmy. Ale od początku:Do Świeradowa-Zdroju docieramy w piątek około 22:30. Miasteczko już śpi, ale nie Żaba - Żaba na fontannie, niestrudzenie przelewa wodę - dobrze ją znowu zobaczyć. Rejestrujemy, przygotowujemy rowery i idziemy spać.

Odprawa jest kilka minut po 5:30.Całą drogę obstawialiśmy, gdzie będzie rozdanie map. Naszym typem był parking nad kolejką, nad Zajęcznikiem, przy starcie polskich singletrek'ów. Wydawało się to idealnym miejscem: dużo wolnej przestrzeni, ostry podjazd który rozsunie peleton. To co zrobili Organizatorzy nas zniszczyło. Mapy będą rozdawane na "AGRAFCE". Myślałem że padnę jak to zobaczyłem. To niczym rozmowa z jakimś "Doctorem":

- Na chandrę i smutki, zalecam dla Pana 300 m czystego przewyższenia.
- Ale ja...mam to wdychać czy wstrzykiwać?
- Podjeżdżać. Łykać i podjeżdżać

AGRAFKA! No jest ostro...ostro pod górę. Nie ma 7:00 ma my mamy połowę trasy na Izerski Stóg łykniętą. Dostajemy Mapy. To już nie problem ale koszmar komiwojażera - mam nadzieję że uważałeś na optymalizacji bo dziś jest level hard. Na pierwszy rzut oka trasa jest nie do zaplanowania pod kątem jakieś sensownej pętli. Nie dość, że nie ma oczywistego wariantu to trzeba uważać aby czegoś bez sensu nie zjechać i potem nie podjeżdżać tego na nowo - to góry! Rewelacja! Taktyka będzie miała znaczenia, a nie tylko działania operacyjne (czytaj. ciśniesz ile fabryka dała).
Mimo, że tą część Izer znam na pamięć i widzę charakterystyczne punkty: Świeradowiec, Chatka Górzystów, Jakuszyce, okolice "Samolotu", Drwale, "Katorga", to nijak nie idzie tego poskładać w jakaś sensowną trasę. Postanawiamy planować fragmentami.Postanawiamy zacząć od "Katorgi" - zielonym szlakiem w dół do punktu (pkt 17), podbić kartę, cofnąć się kawałek i uderzyć na Łącznik. Dalej "Drogą Telefoniczną" dół i odbić na w lewo na Świeradowiec (pkt 20)
Plan zaakceptowany. Lecimy na "Katorgę" - dwa razy tam byłem, raz w górę z rowerem, to było zło. Raz w dół rowerem, to też było zło: biały dym z tarcz i nadpalone klocki. Na punkcie spotykamy się ze Zdezorientowanymi, których widzieliśmy już na starcie. Wybierają zjazd "Katorgą" i walkę o punkty na północnej części mapy. Zazdroszczę zjazdu bo jest on rewelacja, ale nie chcemy tracić tyle wysokości - najpierw góry skoro jesteśmy już tak wysoko.


Trzymamy się planu, po Świeradowcu przejeżdżamy przez Drwale, łapiemy punkt na drodze ścinkowej (pkt 22) a potem lecimy do żółtego szlaku i wzdłuż granicy po kolejny punkt (pkt 23). Dziś tu jest sucho, pamiętam zółty szlak jako rzekę. Potem przelot żółtym szlakiem odbicie na bagienko (pkt 26) i długa na Chatkę Górzystów (pkt 29).Rewelacyjnie zaopatrzony punkt żywieniowy: izotonik, drożdżówki (nooo!!! a nie jak rok temu!!), owoce. Aż nie chce się stamtąd wychodzić.


Trzymamy się nadal żółtego szlaku, do przedłużenia "Trasy Radiowej Jedynki". Skręt w prawo i kierunek: punkt pod mostem. Oczywiście najpierw szukamy na przepuście i dopiero głos rozsądku krzyczący "OGARNIJ PODSTAWOWĄ WIEDZĘ Z INŻYNIERII LĄDOWEJ, PACANIE" mówi nam, że to jednak kawałek dalej (pkt 30). Ciśniemy długi przelot aż do Szklarskiej Drogi, skąd odbijamy w małe ścieżki po kolejny punkt (pkt 34). Powrót przez "Samolot" aż do Jakuszyc (pkt 35). Kolejny punkt żywieniowy i kolejne drożdżówki - jestem w niebie: opycham się drożdżówkami w Izerach. "Tu mi dobrze, tu mi ciepło, tu się będę rozmnażał" :)

Tą część jechaliśmy niemal bez mapy - w tej części Gór Izerskich znamy każdy kamień i każdy krzak. Teraz będzie trudniej bo wkraczamy na tereny dużo mniej znane (1-2 razy przejazdem tam byliśmy) oraz zupełnie nieznane. Przecinamy linię kolejową, łapiemy kolejny punkt (pkt 33). Ciśniemy koszmarny podjazd czerwonym szlakiem prawie pod schronisko Wysoki Kamień. Co charakteryzuje Wysoki Kamień? Jest wysoko położonym kiemień. Pchamy grzecznie, a końca nie widać - punkt jest na skałach przed schroniskiem, na dochodzącym żółtym szlaku (pkt 32). Karta podbita - decydujemy się na zjazd żółtym szlakiem. Decyzja w ciemno, bo tych terenów nie znamy, okazał się doskonała. Trudny, techniczny zjazd. Sekcja kamerdolców, pakiet korzenny, sekcja kamerdolców, pakiet korzenny...próbuję ominąć jakieś chore układy korzeni, ale las spycha mnie z powrotem na drogę. Jakaś choinki uprzejmie informuje mnie: "proszę odebrać swój pakiet korzeny!!" i rzucają mnie z powrotem na ścieżkę. Pokornie więc odbieram kolejne pakiety. Lecimy żółtym w dół, aż w okolice Zakrętu Śmierci. Pierwsze pasmo Izer zrobione.(odpuściliśmy tylko 1 punkt, który był nam zupełnie nie pod drodze).



Przeprawiamy się przez drogę i teraz czeka nas drugie pasmo - to dziksze i prawie nam nieznane (raz byliśmy tutaj na kilku ścieżkach czyli w jakimś jego niewielkim fragmencie). Pierwszy punkt z tego pasma jest przy sztolniach (pkt 31) - fantastyczne miejsce. Łapiemy go a potem na azymut przez chyba istniejącą ścieżkę do drogi. Kocham takie skróty :)
Potem tylko przeprawa przez rzekę bo nie ma mostu i już jesteśmy na drodze, na której chcieliśmy być. Punkt w "bagienku" (pkt 28)Ciśniemy jakiś chory podjazd, jechać się da, ale ja "nie negocjuję z terrorystami". Pcham. Basia jedzie, bo nie lubi pchać (plecy ją bolą jak pcha więc woli jechać) - zawsze wiedziałem, ze ma ADHD. Dialog z cyklu klasyka:

- Jedziemy w górę, jest dobrze
- Jakbyśmy jechali w dół byłoby źle?
- No w dół byłoby źle. Trzeba jechać w górę.

Pamiętajcie, moi drodzy. W dół jest źle. Jakby Was kiedyś naszła ochota, to nie dajcie się zwieść i ciśnijcie tylko w górę.Po długim, mega długim podjeździe docieramy na znaną nam ścieżkę (pkt 27). Aha wiem, gdzie to jest, znam to miejsce - teraz nadal będzie w górę. Nawet ten podjazd już raz kiedyś wyjechałem. Nawet w dobry tempie. Hmmm...może dlatego że taki wielki, czarny owczarek chciał urwać mi rękę a biegł dość szybko. Obudził się wtedy we mnie Bóg Podjazdów - grunt to motywacja. Tym razem jedziemy ten podjazd wolniej, dużo wolniej - gdzie jest to głupie bydle kiedy jest potrzebne! Aha zapomniałem, że przecież śpi ze Szpadą w głowie. Nie dobudzimy go teraz, bo ponoć taka ilość żelaza dobrze robi na wyciszenie i sen. Jedziemy dalej przez jakąś górę i trafiamy na pkt 24.

Trzeba przyspieszyć tempo, a najlepiej zrobić to zjazdem - ciśniemy na Rozdroże Izerskie i puszczamy się zjazdem w kierunku Świeradowa. Pod drodze kolejny rewelacyjnie zaopatrzony punkt żywieniowy: drożdżówki, owoce, izotonik. Uzupełniamy zapasy i ruszamy dalej - łapiemy 3 punkty w 45 min, co bardzo dobrze wpływa na morale (Pkt 21, 19, 15). Teraz atak na pkt 16. Droga po ścince, pchamy. To najgorszy punkt na całej wyrypie - masakra podejście pod zniszczonej drodze. Spotykamy na nim Magdę G. to już 3-ci raz dzisiaj i 3-ci raz w odwrotnym kierunku. Podbijamy 16-stkę i lecimy dalej. Magda oczywiście odstawia nas w kilka sekund. Ciśniemy na pkt 11 - okolice Sępiej Góry nad Świeradowem, a potem ścieżkami na azymut do punktów 14, 10 oraz 13, starając się jechać cały czas na wschód i nie tracić wysokości.
Drugie pasmo Izer zrobione - tu również odpuściliśmy 1 pkt (18), który był nam zupełnie nie po drodze. Główna część planu zrealizowana - zrobić oba pasma górskie a potem, spróbować wyrwać tyle punktów na płaskiej północy, na ile limit pozwoli.


Ruszamy na północ. Kierunek pkt 7. Lecimy przez Rębiszów i szybko trafiamy na 7-mkę. Potem przez Mirsk na 5-tką. Tutaj się trochę gubimy i kończy się dymaniem przez pole na azymut. Finalnie pkt 5 jest nas - znowu spotykamy Magdę i znowu jedzie w przeciwną stronę. JAK?Zaczyna być kruchą z czasem, jeszcze koło 2 godzin zostało, ale wiemy co nas czeka przed Świeradowem. Odpuszczamy pkt na północy i lecimy na pkt 6 - nad granicą. Tam jakaś impreza z ogniskami, pochodniami, chóralne śpiewy. Zabieramy się stamtąd i rozważmy opcję. Pkt 8 kusi, niby niedaleko - koło 8 km przelotem. Dyskutujemy około 10 min czy jechać na 8-mkę, a czas leci. Finalnie czas spędzony na dyskusji czy jechać przekonuje nas, aby odpuścić ten punkt i zaliczyć jeszcze punkty: 9 i 12.Okaże się to bardzo dobrą decyzją taktyczną, ale o tym jeszcze nie wiemy.Lecimy przelotem na Orłowice i stamtąd atakujemy Zajęcznik - jest już ciemno. Z latarkami szukamy 9-tki i po chwili szukania udaje nam się ją znaleźć. To skała na SignleTrek'u! Przeraża mnie widmo dymania z pod kolejki w okolice parkingu - mamy w nogach już ponad 120 km.


I nagle olśnienie. SingleTrek !! Przecież czerwony wychodzi na parkingu na szczycie. Jedziemy. Basia nie jest zachwycona pomysłem bo zostało nam koło 40 min do limitu - pyta mnie ze 3 razy czy na pewno jestem pewien, że dojdziemy tym SingleTrek'iem. Przy pierwszym pytaniu byłem pewien, przy drugim trochę mniej, przy trzecim zaczynam się wahać ale jedziemy dalej. Nocą na Singlach, jest fajnie - wąskie ścieżki w świetle czołówek wiją się jeszcze bardziej niż za dnia.Wypadamy na pkt 12 - wszystko się zgadza. Podbijamy kartę i długa na bazę. Jeszcze przelot przez Świaradów i meta. 28 pkt - bardzo dobry wynik ja na nas. Jesteśmy mega zadowoleni z niesamowicie spędzonego dnia w naszych ukochanych górach.

W bazie dowiadujemy się, że te 28 pkt dają Basi pierwsze miejsce w kategorii kobiet. Jest to dla nas szok, zwłaszcza że obstawialiśmy że Magda zgarnie pierwsze (tak jak prawie zawsze kiedy jest na zawodach, zwłaszcza górskich). Okazuje się jednak, że spóźniła się na metę 7 min i zaliczyła NKL - jesteśmy w jeszcze większym szoku. Po rozmowach w bazie wychodzi, że stanęła przed tym samym wyborem co my - czy jechać na 8-mkę. Pojechała.Utwierdza nas to w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzję. Skoro Magda nie zdążyła z 8-mki wrócić, to zaliczylibyśmy spóźnienie ze 30-40 min. Żal nam Magdy bo po całym dniu walki złapać NKL'a o 7 min, to boli.Z jednej strony trochę szczęścia, z drugiej to też na tym polega ta zabawa aby dobrze zaplanować trasę - finalnie pewnie wypadkowa tych czynników zdecydowała o pierwszym miejscu dla Basi.
Mega zadowoleni pakujemy się do auta, trzeba wracać do domu, przespać się ze 2-3 godziny i uderzać na AirShow do Radomia. Intensywny weekend :)


Kategoria Rajd, SFA

TROPICIEL 17 - Lasy Murckowskie

  • Sprzęt SANTA
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 26 lipca 2015 | dodano: 30.07.2015


...wyruszamy ze Szczawnicy 22:15. Jesteśmy po całodziennym rajdzie Mountain Touch Challenge. Zmęczeni  i to dość mocno...trudna była trasa a i słońce nam dogrzało. Przy wjeździe na A4 zaczyna padać deszcz i tak będzie przez większość nocy. Osobiście deszcz mi nie przeszkadza, zwłaszcza na rajdach nocnych bo w połączeniu z delikatną mgłą tworzy niesamowity klimat, ale oczywiście wolę jak nie pada.
Czuję także zarwaną noc z piątku na sobotę, a tej nocy nie zmrużymy oka wcale. Czas nas zaczyna gonić, warunki na autostradzie są ciężkie bo mocno pada, a trzeba jeszcze przepakować plecaki po Szczawnicy. Zaczyna się nerwówka.
Wpadamy do Katowic o 1:10, start mamy o 1:35. Wszystko w biegu - rejestracja, ściągnięcie roweru, przepak plecaka, założenie oświetlenia. Wołają nas na odprawę a ja jestem w lesie z przygotowaniem - i to bynajmniej nie Murckowskim. Dostajemy mapę, wskazówki i pada hasło start. Basia oczywiście gotowa od 10 min, Dominik także czeka - jak Oni to robią...Dobra, kij z tym. Jadę na numerze startowym z Szczawnicy, oświetlenie założone, trudno z tym numerem - będzie trochę śmiechu z tego tytułu po drodze ze względu na zdziwiony wzrok niektórych zawodników (aż tak się zgubił?).

Ruszamy na trasę od północy - punkty układają się w dość oczywistą pętle, ale to co lubię w Tropicielu to fakt, że właściwie można zacząć tę pętlę od dowolnego punktu. Nie jest tak że któryś się narzuca jako pierwszy. Dzięki temu oraz startom godzinowym (po kilka zespołów w odstępach czasowych) nie ma tłoku na punktach i na zadaniach. Tropiciel opracował to do perfekcji - zwłaszcza pod wrażeniem byłem edycji 16-stej gdzie było około 800 osób i w zasadzie nie było tłoku na punktach!!
Tu w Katowicach frekwencja również dopisała - niemniej ze względu na naszą prośbę przed rajdem startujemy jako jeden z ostatnich zespołów (dziękujemy Organizatorom, że dali nam czas potrzebny na dojazd ze Szczawnicy!).

Tniemy przez las - punkt ze strzelaniem. Jako, że my nie pierwszy raz już na Tropicielu pozwalamy wyszaleć się Dominikowi. Wchodzi do "budynku" i ściąga kolejnych zakładników...tzw zakładników uwalania, a ściąga terrorystów. Chyba, nie wiem...ale liczy się, że zadanie zaliczone - lecimy dalej. Przed nami Jezioro Barbary, jak miło!
A potem dalej przelot przez las. Trafiamy na lochę z małymi, ale szczęśliwie zajęta jest szukaniem punktów i nie zwraca na nas uwagi.
Zadanie linowe - no tu to był konkret.   Dwie rozpięte liny: jedna pod stopy, druga nad głową i trzeba dymać po dolnej trzymając się tej górnej. Punkt jest zawieszony dokładnie pomiędzy dwoma skarpami. Wbrew pozorom nie było to takie łatwe, zwłaszcza w deszczu. Dominiki i Basia mnie asekurują, ja bawię się w linoskoczka. Docieram do punktu i jest problem...perforator owinięty wokół górnej liny, nie sięgnę do niego kartą. Nie mogę użyć drugiej ręki, bo czymś się muszę trzymać. Walczę na wysokości.
Głos z obsługi: odwiąż perforator bo się zaplątał
Walczę dalej
Głos z obsługi: odwiąż go to Ci sięgnie do karty
Odwiązuję...nie ta lina...punkt runął w dół :)
Głos z obsługi: Złaź
No fajnie...rozstrzelają mnie za sabotaż.
Punkt zaliczony, kartę podbiłem kulturalnie na dole - tyle, że zrobiliśmy kłopot bo musieli na nowo punkt montować. Tak się bawi, tak się bawi S-F-A :) :) :)

Na kolejny punkcie spotykamy FILIPA od nas ze Szkoły Fechtunku ARAMIS.
Idzie trasą pieszą tym razem, zamiast z nami rowerem, jak się wypada.

Lecimy dalej. Dopada mnie kryzys braku snu. Dobrze, że Basia i Dominik nawigują bo jadę za nimi jak zombie. Nie jestem dla Nich żadną pomocą. Zaliczamy kolejne punkty, acz cały ciężar nawigacji spada na Nich. Nie narzekam, kryzys trzeba przetrwać w ciszy ale mam wrażenie że zasnę - trasa jest prosta, szeroka droga przez las. Przysypiam. Wpadamy w "obszar odwrócony" na mapie. Zaczynają się jaja bo, mimo że przyzwyczajeni jesteśmy do takich zagadek, to coś jest bardzo nie tak z tym wycinkiem. Gubimy się. Z resztą, nie tylko my. Kilka ekip jedzie w losowych kierunkach,choć wszyscy twierdzą że jadą na ten sam punkt. Brodzimy przez jakaś ścieżkę i łąkę, totalnie nie wiemy gdzie jesteśmy.
Jezioro - do tego kwadratowe. Patrzymy na mapę - jest. Hmmm..tylko tak totalnie nie tam gdzie zakładaliśmy że jesteśmy. Masakra. Niemniej przynajmniej wiemy gdzie jesteśmy. Jedziemy dalej....drugie jezioro, też kwadratowe. Na mapie jest tylko jedno. No dobra nie wiemy gdzie jesteśmy.
Próbujemy się zorientować, podbija do nas ekipa piechurów i pyta skąd idziemy. Okazuje się, że idziemy z punktu na który Oni chcą dotrzeć. Nie umiemy Im jednak pomóc. Zgubiliśmy się, skręciliśmy po kilka razy na czuja - nikt z nas nie jest w stanie odtworzyć drogi. Oni także nie są w stanie nam powiedzieć drogi do punktu, z którego idą.
"NA ZACHÓD" - mówię
"Co? Jak?" - pyta Basia i Dominik.
"Na zachód. Na pałę na zachód. Opuśćmy obszar odwrócony, wyjdźmy z tego koła na mapie. Gdziekolwiek z niego wyjdźmy, tam się zorientujemy. Teraz nawet jak się uda nam zorientować to zaraz się znowu pomylimy" - ten fragment mapy chyba był zarówno odwrócony o pewien kąt jak i odbity lustrzanie.
Plan zaakceptowany - ciśniemy na zachód. Z kompasem, po prostu na zachód. Udaje nam się wydostać z tej pułapki. Niemniej czas jest kiepski - nie ma raczej co liczyć na komplet. Zwłaszcza że ten fragment bardzo mocno mocno wpłynął na morale - wszyscy mają dość, nawet Basia co jest rzadkością. Czuć Szczawnicę i brak snu.

Docieramy na punkt z pierwszą pomocą. Tu jest tłok, wiele ekip dotarło a do tego zadanie jest długie - udzielenie pierwszej pomocy na fantomie, opatrzenie rany (z całą scenką wezwania pomocy itp) Trwa to trochę, więc się zebrało zespołów. Dominik i Basia próbują się dostać do obsługi, a ja siadam na jakiś kamieniach. Wpadam w taki pół-sen, "śpię" 2-3 minuty i jak nowo narodzony. Kryzys jest tylko wspomnieniem. Nie wiem jak to możliwe, ale mam wrażenie nowych sił.
Akurat moja ekipa zalicza zadanie.
"Jedziemy mamy szansę na komplet" - krzyczę. Nie wierzą. Mamy 4 pkt do zrobienia a została godzina i 10 minut.
Damy radę!! To jest realne. Ciśniemy ile się da. Deszcze pomału przestaje padać, a my kręcimy. Wpadamy na pierwszy punkt i zaczynamy się rozbierać.
Dominik pyta: "Co robicie"
"Ściągamy kurtki. BĘDZIEMY ZADUPCAĆ" pada odpowiedź.
Widać, że jest lekko zaskoczony, mówi "Chciałem zjeść..."
"NIE MA CZASU" pada odpowiedź.

Walka z czasem, Basia do ostatniego punktu nie wierzy że zrobimy komplet.
Dopiero kiedy zaliczamy ostatni punkt na 15 min przed limitem a mamy 2 km do bazy zaczyna wierzyć, że nam się uda!
To Tropiciel - tu nie ma znaczenia czy jesteś pierwszy czy 30-sty, tutaj liczy się czy zdobyłeś miano "Tropiciela" czy nie.

Wpadamy na metę na 10 minut przed naszym limitem. Miano TROPICIELA zdobyte.

Czy 2 rajdy były dobry pomysłem? Nie, nie były dobrym...BYŁY DOSKONAŁYM.
Dawno nie wróciliśmy tak zadowoleni z weekendu. Dobra zabawa w Szczawnicy i komplet punktów na Tropicielu.
"Żelazo nie klęka" jak mawiamy w SFA !!


Kategoria Rajd, SFA