Wiosenne KORNO 2017
-
DST
90.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 25 marca 2017 | dodano: 27.03.2017
Kosmiczne Rajdy na Orientacje (KORNO) to jedne z najlepszych imprez na orientacje. Od takiego też rajdu zaczęliśmy kiedyś naszą przygodę z rajdami...kurde, to było już parę lat temu. To naprawdę wstyd, że żadna z imprez KORNO nie doczekała się jeszcze relacji na naszym blogu. Jakoś nigdy nie było weny czy czasu naskrobać nawet kilka słów...hańba, zwłaszcza, że imprezy u Monique i TomASH'a są naprawdę w DHę :)
Nadrabiając zaległości relacjonujemy ostatnią imprezę czyli Wiosenne KORNO 2017, które okazało się doskonała imprezą od strony Organizatorów i katastrofą w oparach absurdu po naszej stronie. No ale od początku...
Kiedy puszczają hamulce
Baza w Bolesławiu obok Bukowna czyli Szlak Pustynny, Kozi Bród, Zakola Szotły...chyba moje ulubione okolice na Jurze. Czekamy zatem na imprezę jak na szpilkach. Już w bazie przedsmak tego co nas czeka na trasie. Awaria hamulca Basi - i to na zasadzie w czwartek działałem, w piątek nie jeździłem, to się w sobotę zepsuję...próbujemy zrobić coś z tym na poczekaniu. Łapie nas lekka nerwówka bo serwis się przedłuża, a właśnie zaczyna się odprawa. Udaje się jednak zdążyć.
Monique i TomASH rozdają mapy - jest nawet odbity lustrzanie fragment, no ale po chorych grach KrakINO takie rzeczy nas nie przerażają. Dostajemy dwa arkusze formatu A3 - cześć zachodnia i wschodnia. Postanawiamy złapać dwa punkty, w okolicach bazy na części zachodniej i uderzyć na wschodnią mapę bo tam jest więcej punktów.
Pierwszy punkt leci od strzała, ale na drugim zaczynają się kłopoty. 3-ci dom na końcu drogi, docieramy tam ale punktu nie ma. Jest za to kilka ekip, zarówno pieszych jak i rowerowych, które także szukają...Jakiś facet na balkonie stoi i się śmieje. Krzyczy do nas coś w stylu: "TUTAJ NIC NIE MA...GŁUPCY...POMRZECIE TUTAJ, ROZSZARPANI PRZEZ BESTIĘ".
(Bestia to upośledzone bydle, które dostaje szału że szwendamy się w tył i na zad...ujada, wierzga (narowisty huncwot) zaraz przegryzie płot, a potem pewnie nasze tętnice).
Nie żeby gość sugerował tym śmiechem, że ukradł punkt kontrolny...ale oddaj coś wziął, Poczwaro!!
Dzwonimy do Moniki i okazuje się, że punkt się lekko przestrzelił na mapie i jest trochę dalej niż zaznaczono. Robimy korektę i odnajdujemy zgubę.
Szkoła ŁATANIA Aramis
Wyjeżdżając z trzeciego punktu, słyszę klap, klap, klap...no kurde. Nowa dentka założona tuż przed rajdem i nowa opona (ma całe 3 rajdy). To jest pech. Zabieramy się do naprawy. Trochę czasu zeszło na przestrzelonym punkcie, teraz kapeć - no niezły początek.
Mijają nas Zdezorientowani plus kilka innych ekip, a my łatamy.
Witamy na infolinii Szkoły ŁATANIA Aramisy, jeśli potrzebuje Pan porady jak wymienić dentkę, proszę nacisnąć 1, jeśli chce Pan użyć łatek, proszę nacisnąć 2...jeśli chce Pan ponarzekać na "to życie k***skie", proszę krzyczeć głośno i wyraźnie zaraz po usłyszeniu sygnału.
Nie ma jak sobie podymać z rana.
Nadrabiając zaległości relacjonujemy ostatnią imprezę czyli Wiosenne KORNO 2017, które okazało się doskonała imprezą od strony Organizatorów i katastrofą w oparach absurdu po naszej stronie. No ale od początku...
Kiedy puszczają hamulce
Baza w Bolesławiu obok Bukowna czyli Szlak Pustynny, Kozi Bród, Zakola Szotły...chyba moje ulubione okolice na Jurze. Czekamy zatem na imprezę jak na szpilkach. Już w bazie przedsmak tego co nas czeka na trasie. Awaria hamulca Basi - i to na zasadzie w czwartek działałem, w piątek nie jeździłem, to się w sobotę zepsuję...próbujemy zrobić coś z tym na poczekaniu. Łapie nas lekka nerwówka bo serwis się przedłuża, a właśnie zaczyna się odprawa. Udaje się jednak zdążyć.
Monique i TomASH rozdają mapy - jest nawet odbity lustrzanie fragment, no ale po chorych grach KrakINO takie rzeczy nas nie przerażają. Dostajemy dwa arkusze formatu A3 - cześć zachodnia i wschodnia. Postanawiamy złapać dwa punkty, w okolicach bazy na części zachodniej i uderzyć na wschodnią mapę bo tam jest więcej punktów.
Pierwszy punkt leci od strzała, ale na drugim zaczynają się kłopoty. 3-ci dom na końcu drogi, docieramy tam ale punktu nie ma. Jest za to kilka ekip, zarówno pieszych jak i rowerowych, które także szukają...Jakiś facet na balkonie stoi i się śmieje. Krzyczy do nas coś w stylu: "TUTAJ NIC NIE MA...GŁUPCY...POMRZECIE TUTAJ, ROZSZARPANI PRZEZ BESTIĘ".
(Bestia to upośledzone bydle, które dostaje szału że szwendamy się w tył i na zad...ujada, wierzga (narowisty huncwot) zaraz przegryzie płot, a potem pewnie nasze tętnice).
Nie żeby gość sugerował tym śmiechem, że ukradł punkt kontrolny...ale oddaj coś wziął, Poczwaro!!
Dzwonimy do Moniki i okazuje się, że punkt się lekko przestrzelił na mapie i jest trochę dalej niż zaznaczono. Robimy korektę i odnajdujemy zgubę.
Szkoła ŁATANIA Aramis
Wyjeżdżając z trzeciego punktu, słyszę klap, klap, klap...no kurde. Nowa dentka założona tuż przed rajdem i nowa opona (ma całe 3 rajdy). To jest pech. Zabieramy się do naprawy. Trochę czasu zeszło na przestrzelonym punkcie, teraz kapeć - no niezły początek.
Mijają nas Zdezorientowani plus kilka innych ekip, a my łatamy.
Witamy na infolinii Szkoły ŁATANIA Aramisy, jeśli potrzebuje Pan porady jak wymienić dentkę, proszę nacisnąć 1, jeśli chce Pan użyć łatek, proszę nacisnąć 2...jeśli chce Pan ponarzekać na "to życie k***skie", proszę krzyczeć głośno i wyraźnie zaraz po usłyszeniu sygnału.
Nie ma jak sobie podymać z rana.

Naprawione, lecimy na Sławków. Robi się piękny dzień. Trasa poprowadzona jest genialnie.


Ja: To chyba koniec przygód na dzień dzisiejszy
Życie: Bitch, please...
Szkoła ŁATANIA Aramis 2: Akwen otchłani
Wpadamy nad jezioro. Rewelacyjne miejsce na punkt...jestem zachwycony, aż tu nagle klap, klap, klap. Znowu guma. WTF?
To samo koło. Co się dzisiaj dzieje...?
Witam na infolinii Szkoły Łatania ARAMIS. Podajemy parametry środowiskowe łatania, z zaznaczeniem że mogą być one zależne od aktualnej lokalizacji.
Jeśli łatasz opony nad jeziorem pamiętaj o:
- uprzedniej rezerwacji miejsca na plaży, aby potem nie było spiny z innymi łataczami
- starając się załatać oponę uważaj aby nie wpieprzyć się w akwen wód przybrzeżnych. Woda jest przyczyną 100% utonięć, więc to niebezpieczna sprawa
- osoby naruszające regulamin, pójdą łatać gdzieś indziej. Zadba o to Pan Stefan, który dobrze wali z grzywy...

Szkoła ŁATANIA Aramis 3: Dzieci Drzew
Wspinamy się pod wielką górę. Mijamy skałki i otwieramy rozświetlenie. Ono pomoże odnaleźć pkt...tzn pomogło by gdyby nie klap, klap, klap.
Krzyczę: KRUCA FUKS
A echo z przyzwyczajenia: mać, mać, mać...
Nie wierzę. Naprawdę nie mogę uwierzyć.
Nie wierzę jak Luke w X-winga z bagien. Brakuje mi tylko Yody, który odpowie: "Dlatego przegrywasz".
Znowu guma. Trzeci raz to samo koło. Niektóre ekipy mijają nas, z niedowierzaniem kręcąc głową. Tym razem środek lasu.
Jeśli łatasz opony w lesie pamiętaj:
- o niestraszeniu zwierzaków odgłosami dymania (dotyczy każdego dymającego w lesie, nie tylko łataczy)
- zakazuje się łatania poza szlakami i ścieżkami
- osoby naruszające regulamin, zostaną zeżarte. Misiek Gerwazy pomoże w tej kwestii.
Krzyczę: KRUCA FUKS
A echo z przyzwyczajenia: mać, mać, mać...
Nie wierzę. Naprawdę nie mogę uwierzyć.
Nie wierzę jak Luke w X-winga z bagien. Brakuje mi tylko Yody, który odpowie: "Dlatego przegrywasz".
Znowu guma. Trzeci raz to samo koło. Niektóre ekipy mijają nas, z niedowierzaniem kręcąc głową. Tym razem środek lasu.
Jeśli łatasz opony w lesie pamiętaj:
- o niestraszeniu zwierzaków odgłosami dymania (dotyczy każdego dymającego w lesie, nie tylko łataczy)
- zakazuje się łatania poza szlakami i ścieżkami
- osoby naruszające regulamin, zostaną zeżarte. Misiek Gerwazy pomoże w tej kwestii.

Uderzamy w szlak pustynny. Uwielbiam ten szlak, lecimy na pełnym gazie aż do Sztoły a potem do Przemszy. To niesamowite okolice Bukowna i Jaworzna. Najpierw lecimy na bardzo charakterystyczny most - od lat grozi zawalaniem, a jednak nadal stoi.

Chwilę później łapiemy jeden z najfajniejszych punktów na sobotnim rajdzie.

Jestem zaskoczony i trochę w sumie to nawet rozczarowany, że podjeżdżamy go od ludzkiej strony - od drogi. Wiele ekip cisnęło piaszczystą skarpą od dołu. Naprawdę to dziwne, że to my zrobiliśmy go od drogi. Zwykle jest na odwrót.
Szkoła ŁATANIA Aramis 4: Lisy Pustyni - Geneza
Witamy ponownie na naszej infolinii. Gromkie brawa dla tego Pana...a opona na to: klap, klap, klap.
Jeśli łatasz opony na pustyni pamiętaj:
- o unikaniu skorpionów, kaktusów i dywizji pancernych Deutsch Afrika Krops
- kryj ryj przed słońcem nim spali ci tak skórę, że zacznie sama odchodzić płatami od kości
- mówią, że najlepiej dyma się wydmach
- mówią też, że "niejedna wydma niejedno już widziała"
- "Ludzi Pustyni łatwo przestraszyć, ale szybko wracają"
Po raz kolejny szukam czegoś w oponie, czy nie zamieszkał tam jakiś Monsieur Kol-lec czy inny Herr Schpila.
No nie ma nic...po raz kolejny nie ma nic. Dopiero bliskie oględziny wnętrza opony wskazują genezę. Cała opona jest pełna płynu z dętki, coś ją po prostu ściera. I tym czymś jest opona. Masakra, wyszedł oplot - małe drucik, które żywią się gumą. Zżerają dętkę z prędkością 1 dętka na 10-15 km. Kurde będzie ciężko coś z tym zrobić na trasie...
To czwarta guma dzisiaj. Nie mamy już dętek - poszły przy pierwszej, drugiej i trzeciej wymianie. Zostaje łatanie.
Jeśli łatasz opony na pustyni pamiętaj:
- o unikaniu skorpionów, kaktusów i dywizji pancernych Deutsch Afrika Krops
- kryj ryj przed słońcem nim spali ci tak skórę, że zacznie sama odchodzić płatami od kości
- mówią, że najlepiej dyma się wydmach
- mówią też, że "niejedna wydma niejedno już widziała"
- "Ludzi Pustyni łatwo przestraszyć, ale szybko wracają"
Po raz kolejny szukam czegoś w oponie, czy nie zamieszkał tam jakiś Monsieur Kol-lec czy inny Herr Schpila.
No nie ma nic...po raz kolejny nie ma nic. Dopiero bliskie oględziny wnętrza opony wskazują genezę. Cała opona jest pełna płynu z dętki, coś ją po prostu ściera. I tym czymś jest opona. Masakra, wyszedł oplot - małe drucik, które żywią się gumą. Zżerają dętkę z prędkością 1 dętka na 10-15 km. Kurde będzie ciężko coś z tym zrobić na trasie...
To czwarta guma dzisiaj. Nie mamy już dętek - poszły przy pierwszej, drugiej i trzeciej wymianie. Zostaje łatanie.
Nagle z lasu wyłania się jakaś MAŁODOBRA postać. To Geralt z Libii? Demokryt z Abwery? Sedes z Bakelitu?
Nie to, WÓJ CIECH z Miechowa.
Ratuje nas kolejną dętką. Chwała Mu za to. Nasze piaski czasu się jeszcze nie przesypały. Kończymy serwis i jedziemy dalej.

Zaczyna być kiepsko z czasem - ale tak jest zawsze jak się dyma po kątach, zamiast zająć się pracą.
A dziś to dymam po królewsku: już 4 razy. Nawet gimbaza w dzisiejszych czasach nie dochodzi...do takiego wyniku.
Ta wymiana da nam około 1,5 godziny spokoju i pozwoli zaliczyć jeszcze kilka punktów. Finalnie przejeżdżamy na drugą mapę.
Nasz wynik dzisiaj poraża, ale ciężko się dziwić.
A dziś to dymam po królewsku: już 4 razy. Nawet gimbaza w dzisiejszych czasach nie dochodzi...do takiego wyniku.
Ta wymiana da nam około 1,5 godziny spokoju i pozwoli zaliczyć jeszcze kilka punktów. Finalnie przejeżdżamy na drugą mapę.
Nasz wynik dzisiaj poraża, ale ciężko się dziwić.
5. Szkoła ŁATANIA Aramis 5: Nekropolis
Czas się pomału kończy. W sumie to nawet nie pomału i trzeba zaczynać zwrot na bazę. Mamy kawałek drogi.
Zdążymy na spokojnie dotrzeć do bazy, jeśli nie...klap, klap, klap.
Brak mi słów. Zaczyna mnie to już nawet śmieszyć. Zatrzymujemy się obok cmentarza i odpadamy piąty dzisiaj serwis tego samego koła...
Jeśli łatasz przy cmentarzu, pamiętaj:
- aby nie łatać na grobach swoich wrogów, to rodzi ujemne PH - chemicy skumają :)
- cmentarz to zajebiste miejsce, ludzie giną aby się tam dostać
Uwijamy się z serwisem w kilka minut - się wie, fachura i doświadczenie procentują.
Ruszamy na bazę. Mamy do przejechania koło 20 km i godzinę bez paru minut. Zdążymy.
Zdążymy na spokojnie dotrzeć do bazy, jeśli nie...klap, klap, klap.
Brak mi słów. Zaczyna mnie to już nawet śmieszyć. Zatrzymujemy się obok cmentarza i odpadamy piąty dzisiaj serwis tego samego koła...
Jeśli łatasz przy cmentarzu, pamiętaj:
- aby nie łatać na grobach swoich wrogów, to rodzi ujemne PH - chemicy skumają :)
- cmentarz to zajebiste miejsce, ludzie giną aby się tam dostać
Uwijamy się z serwisem w kilka minut - się wie, fachura i doświadczenie procentują.
Ruszamy na bazę. Mamy do przejechania koło 20 km i godzinę bez paru minut. Zdążymy.

6. Szkoła ŁATANIA Aramis 6: Przymierze
...albo nie. Klap, klap, klap. Znowu...zaczynam dostawać głupawy. To jakiś chory sen chorego umysłu.
Jeśli łatasz na drodze, pamiętaj:
- o zapewnieniu sobie bezpiecznej odległości od samochodów-pułapek
- jak powiedzieć, że hak holowniczy od samochodu Fiat Uno zabrał ojciec?
HAK-UNA-MA-TATA :P
Zawieram jednak przymierze z oponą. Ja Cię załatam, tym mnie dowieź do bazy.
Zgodziła się. Dała się oszukać. Nie wie, że w domu spłonie. Przyrządzę z niej rosół...
...albo nie. Klap, klap, klap. Znowu...zaczynam dostawać głupawy. To jakiś chory sen chorego umysłu.
Jeśli łatasz na drodze, pamiętaj:
- o zapewnieniu sobie bezpiecznej odległości od samochodów-pułapek
- jak powiedzieć, że hak holowniczy od samochodu Fiat Uno zabrał ojciec?
HAK-UNA-MA-TATA :P
Zawieram jednak przymierze z oponą. Ja Cię załatam, tym mnie dowieź do bazy.
Zgodziła się. Dała się oszukać. Nie wie, że w domu spłonie. Przyrządzę z niej rosół...

Docieramy do bazy...parę minut spóźnieni. Ciężko, żeby nie łapiąc dwie gumy na finiszu.
Jestem i tak pod wrażeniem: 15 pkt zdobytych...i coś koło 6-7 minut spóźnienia. Jak na "against all odds" to chyba niezły wynik.
A w bazie, jak to w bazie: fotoreporterzy, wywiady:
- Jak Pan skomentuje dzisiejszą walkę.
- Ku**** mać.
- I tyle w temacie. Mądrej głowie dość dwie słowie
Mimo wszystko bawiliśmy się świetnie. Od 3-ciego kapcia to już więcej śmiechu niż złości było. Trasa genialna, czapki z głów dla Monique i TomASH'a za przygotowanie rajdu. To tyle na dziś...idę jeść rosół. Będzie pyszny :D
Kategoria Rajd, SFA
RAJD WILCZY 2017
-
DST
140.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 11 marca 2017 | dodano: 14.03.2017
Trzecia edycja Rajdu Wilczego. Podobnie jak w zeszłym roku zapisujemy się na najdłuższą i najtrudniejszą trasę tzw. AR PROFI (adventure race). Rajd składa się z wielu etapów: 4 x etap rowerowy, 3 etapów biegu na orientacje (licząc z prologiem), etapu kajakowego oraz etapu rolkowego. Start w nocy z piątku na sobotę (o północy), meta o 16:00 w sobotę, czyli 16 godzin na pokonanie trasy. Szkoda, że limit nie jest do 20:00 lub chociaż do 18:00, bo o 16:00 to niemal jak połowa dnia. Niemniej, przynajmniej jest konsekwentnie: rok rocznie 16:00 to godzina śmierci. Nawet sekunda spóźnienia i leci dyskwalifikacja (NKL). Rok temu była rzeź - wiele zespołów nie zdążyło na metę w limicie, a my wpadliśmy na metę o 15:59, 56 sekund...po niemal 3h finiszu. Nowa definicja powiedzenia "na styk" :D
Broń w bagażniku, rower na dachu, rolki w...poważaniu
Urywamy się z treningu szermierczego kilka minut przed końcem, aby zdążyć do Żor na 23:00, na odprawę. Szpady lądują w bagażniku, a rowery na dachu. Rolek nawet nie posiadamy, więc nie mamy co zabrać. Co więcej, ja nigdy nawet nie jeździłem na rolkach...więc postanawiamy, że etapu rolkowego nie będziemy robić. I tak mamy tylko 16 godzin na całą trasę, jest duża szansa, że nie zrobimy kompletu punktów. No chyba, że będziemy mieć taki zapas czasu, że zdążymy obrócić etap rolkowy pieszo bo regulamin dopuszcza taką możliwość...niemniej, czuję że nam to nie grozi przy takim limicie.
Lecimy przez noc do Żor. Ciężko w trasie nie wspominać drugiej edycji i osławionych 4 sekund. Śmiejemy się, że pora poprawić rekord. Uczucie pewnego rodzaju "deja vu" jest tym większe, że w radiu właśnie leci "będzie zabawa, będzie się działo...i znowu nocy będzie mało". Dokładnie tą piosenkę śpiewało kilka ekip na starcie rok temu.
Docieramy do Żor na chwilę przed odprawą. Podobnie jak rok temu dostajemy tracker'y GPS oraz...1 komplet map na zespół. Jeden komplet czyli po 1 sztuce każdej mapy. WAT WAT WAT?
Urywamy się z treningu szermierczego kilka minut przed końcem, aby zdążyć do Żor na 23:00, na odprawę. Szpady lądują w bagażniku, a rowery na dachu. Rolek nawet nie posiadamy, więc nie mamy co zabrać. Co więcej, ja nigdy nawet nie jeździłem na rolkach...więc postanawiamy, że etapu rolkowego nie będziemy robić. I tak mamy tylko 16 godzin na całą trasę, jest duża szansa, że nie zrobimy kompletu punktów. No chyba, że będziemy mieć taki zapas czasu, że zdążymy obrócić etap rolkowy pieszo bo regulamin dopuszcza taką możliwość...niemniej, czuję że nam to nie grozi przy takim limicie.
Lecimy przez noc do Żor. Ciężko w trasie nie wspominać drugiej edycji i osławionych 4 sekund. Śmiejemy się, że pora poprawić rekord. Uczucie pewnego rodzaju "deja vu" jest tym większe, że w radiu właśnie leci "będzie zabawa, będzie się działo...i znowu nocy będzie mało". Dokładnie tą piosenkę śpiewało kilka ekip na starcie rok temu.
Docieramy do Żor na chwilę przed odprawą. Podobnie jak rok temu dostajemy tracker'y GPS oraz...1 komplet map na zespół. Jeden komplet czyli po 1 sztuce każdej mapy. WAT WAT WAT?

Aż zacytuję klasyka..."To jest dramat, k***, to jest dramat...na tym antyludzkim rajdzie"
Jedna mapa...widzę po twarzach, że wszystkie zespoły krzywo patrzą na ten pomysł. Trzeba będzie piekielnie uważać z nawigacją i nie będzie opcji "double check'a", bez zatrzymywania się i debat. Druga osoba jedzie na ślepo za pierwszą. Postanawiamy, że ja biorę mapę i będę nawigował. Jak to było w Spider-man'ie..."z wielką mocą wiążę się wielka odpowiedzialność" .
Finalnie będzie tak, że Basia nawigować będzie na trasach pieszych, ja na etapach rowerowych z wyjątkiem końcówki, ale od początku..
Jedna mapa...widzę po twarzach, że wszystkie zespoły krzywo patrzą na ten pomysł. Trzeba będzie piekielnie uważać z nawigacją i nie będzie opcji "double check'a", bez zatrzymywania się i debat. Druga osoba jedzie na ślepo za pierwszą. Postanawiamy, że ja biorę mapę i będę nawigował. Jak to było w Spider-man'ie..."z wielką mocą wiążę się wielka odpowiedzialność" .
Finalnie będzie tak, że Basia nawigować będzie na trasach pieszych, ja na etapach rowerowych z wyjątkiem końcówki, ale od początku..
W co grają w Szwajcarii?
Na prologu dostajemy grę szwajcarską. To jest ogień!, hardcore nawigacyjny - jak ktoś nie wie co to jest, to tutaj znajdzie mapę w stylu gry szwajcarskiej. Dostępne są tylko wycinki mapy, między którymi trzeba poruszać się wyznaczywszy poprawny azymut.
To jednak nie nasz pierwszy "szwajcar" w życiu i idzie nam to szybciej niż się spodziewaliśmy. Łapiemy 4 punkty w okolicach bazy i wyruszamy na część rowerową.
Pierwsze punkty etapu rowerowego zaliczamy wraz z Marcinem z Silesia Adventure Race, u którego będziemy bawić się już 1 kwietnia na Rajdzie Katowice. Lecimy przez las nocą, idzie jak po sznurku. Marcin tak gna, że jeden punkt to nawet minął i przejechał obok na pełnym gazie...wołamy za Nim aby wracał. Chwilę później rozdzielamy się wybierając inny wariant dotarcia na kolejny punkt...
My postanawiamy pojechać "lepszą" białą drogą po skosie, a Marcin grzeje do przodu i będzie atakował "czarną" do góry (na północ).
Na prologu dostajemy grę szwajcarską. To jest ogień!, hardcore nawigacyjny - jak ktoś nie wie co to jest, to tutaj znajdzie mapę w stylu gry szwajcarskiej. Dostępne są tylko wycinki mapy, między którymi trzeba poruszać się wyznaczywszy poprawny azymut.
To jednak nie nasz pierwszy "szwajcar" w życiu i idzie nam to szybciej niż się spodziewaliśmy. Łapiemy 4 punkty w okolicach bazy i wyruszamy na część rowerową.
Pierwsze punkty etapu rowerowego zaliczamy wraz z Marcinem z Silesia Adventure Race, u którego będziemy bawić się już 1 kwietnia na Rajdzie Katowice. Lecimy przez las nocą, idzie jak po sznurku. Marcin tak gna, że jeden punkt to nawet minął i przejechał obok na pełnym gazie...wołamy za Nim aby wracał. Chwilę później rozdzielamy się wybierając inny wariant dotarcia na kolejny punkt...
My postanawiamy pojechać "lepszą" białą drogą po skosie, a Marcin grzeje do przodu i będzie atakował "czarną" do góry (na północ).

"W bagnach rozpaczy 2: Mokradła Kobióra"
Niestety "lepsza droga" jest lepsza, ale tylko na mapie. W praktyce okazuje się, że czarna droga była szerokim, ubitym traktem po którym leciało się bez hamulca, a biała...piękna biała droga to w sumie nawet nie droga. To zarośnięta, zawalona wiatrołomami i zabłocona ścieżka po której pchamy rowery. Z nami ciśnie jedna ekipa i niestety sugerujemy się ich komentarzem, że należy skręcić w lewo. Ile razy powtarzamy sobie, aby nie sugerować się innymi zespołami...Należało skręcić w lewo, ale skrzyżowanie później. Odbiliśmy na zachód, w przecinkę leśną. Wyprzedzają nas i walą do przodu, mi jednak coś nie pasuj. Basia pyta: "jedziemy na zachód, dobrze?"
Jak na zachód? Powinno być na północ...no tak wtopa, ale w sumie niewielka bo jesteśmy na wysokości punktu. Trzeba "zazymutować" na północ i wyjdziemy na cel. Niestety nie uwzględniamy jednego...cieki wodne i mokradła. Uderzając na północ, po raz kolejny pchamy się w sam środek bagna, w którym utkniemy niemal na 1,5 godziny...Strata do innych zespołów robi się zabójcza.
Jak na zachód? Powinno być na północ...no tak wtopa, ale w sumie niewielka bo jesteśmy na wysokości punktu. Trzeba "zazymutować" na północ i wyjdziemy na cel. Niestety nie uwzględniamy jednego...cieki wodne i mokradła. Uderzając na północ, po raz kolejny pchamy się w sam środek bagna, w którym utkniemy niemal na 1,5 godziny...Strata do innych zespołów robi się zabójcza.

Track pokazuje, jak krążyliśmy po podmokłych terenach, próbując dotrzeć do z powrotem do drogi. Niemal 1,5h w plecy...masakra.
Na zdjęciu możecie zobaczyć trochę tych terenów...w świetle czołówki.

Już trzecia w nocy, a my nadal w bagnach. Znowu mam uczucie deja vu...już gdzieś, kiedyś tak utknęliśmy. No dobra, na Tropicielu to utknęliśmy bardziej. Jak ktoś nie zna, jeden z naszych najbardziej hardcore'owych przygód to polecam lekturę relacji z tego rajdu --> tutaj

Nie wierzę, znowu utknęliśmy w bagnie z rowerami. My to chyba robimy specjalnie...to nie może być przypadek.
Bieg na...Pendolino!
W końcu udaje nam się dotrzeć z powrotem do drogi. Zaliczamy punkt i ciśniemy na Kobiór. Tam jest punkt zmian A, gdzie zostawimy rowery i wyruszymy na część pieszą. Wpadamy do "bazy wysuniętej", robimy krótki popas i uderzamy w las pieszo po kolejnej punkty. Jak to mamy w zwyczaju nieraz przedzieramy się azymutalnie od punktu do punktu. Na częściach pieszych mapę przejmuje Basia i to Ona nawiguje. Gdy wracamy z trasy już świta, a my natykamy się na pędzące przez las Pendolino.

Chrząszcz brzmi w trzcinie, w...Pszczynie?
Ponownie docieramy do Kobióra i kończymy etap pieszy. Szybkie śniadanie bo już dzień się budzi i wyruszamy na kolejny etap - ponownie rowerowy. Kierunek Pszczyna. Po drodze łapiemy jeszcze jeden punkt, na dość błotnistej ścieżce...

...a potem ciśniemy już ile fabryka dała w kierunku Zamku. Niedaleko niego jest punkt przepakowy B, gdzie wyruszamy na drugi etap pieszy: tym razem po parku pałacowym. Bardzo fajny pomysł zrobić tutaj BnO. Jest piękny sobotni poranek, a my szwendamy się po niemal pustym parku w poszukiwaniu lampionów.

Po zaliczeniu punktów w parku, czeka na nas etap kajakowy. W tym czasie nasze rowery zostaną przewiezione do punktu zdania kajaków.
Miejscami rzeka jest nieźle zarośnięta i trzeba się przebijać. Wybieramy opcję bardziej taran niż slalom i napieramy do przodu. Niemniej taran to nie zawsze najlepsze rozwiązanie i dwa razy zdarzy nam się utknąć w gałęziach. Dostać po ryju konarem z rana, jak mi tego brakowało. Brakuje tylko hydry i ataku z pod wody...choć staram się nie krakać, bo czystość tych wód pozostawia wiele do życzenia. Jeśli wpadł do niej kiedyś na przykład jakieś pies, to kto wie w co zmutował... Pytam Basi:
- Co będzie jak zaatakują nas jakieś mutasy popromienne?
- Mutanty Pacanie, Mutanty...
Miejscami rzeka jest nieźle zarośnięta i trzeba się przebijać. Wybieramy opcję bardziej taran niż slalom i napieramy do przodu. Niemniej taran to nie zawsze najlepsze rozwiązanie i dwa razy zdarzy nam się utknąć w gałęziach. Dostać po ryju konarem z rana, jak mi tego brakowało. Brakuje tylko hydry i ataku z pod wody...choć staram się nie krakać, bo czystość tych wód pozostawia wiele do życzenia. Jeśli wpadł do niej kiedyś na przykład jakieś pies, to kto wie w co zmutował... Pytam Basi:
- Co będzie jak zaatakują nas jakieś mutasy popromienne?
- Mutanty Pacanie, Mutanty...

Sabotaż? ZAMACH?
Docieramy na metę kajaków. Krótki przepak i wskakujemy na rowery, ale co to?
Oboje mamy odkręcone przednie koła - zwolnione dźwignie przy ośce piasty. Jakby nie zobaczył, to mogłoby się skończyć ryjem w podłodze na najbliższym zakręcie. Nie wiem czy się przypadkiem jakoś same otworzyły w transporcie, czy też obsługa rajdu wyjmowała przednie koła przy załadunku, ale jeśli opcja druga jest poprawna, to chłopaki mogliście chociaż powiedzieć/uprzedzić...
Obyło się bez strat w uzębieniu ale naprawę zobaczyłem to w ostatniej chwili.
Oboje mamy odkręcone przednie koła - zwolnione dźwignie przy ośce piasty. Jakby nie zobaczył, to mogłoby się skończyć ryjem w podłodze na najbliższym zakręcie. Nie wiem czy się przypadkiem jakoś same otworzyły w transporcie, czy też obsługa rajdu wyjmowała przednie koła przy załadunku, ale jeśli opcja druga jest poprawna, to chłopaki mogliście chociaż powiedzieć/uprzedzić...
Obyło się bez strat w uzębieniu ale naprawę zobaczyłem to w ostatniej chwili.
Tośmy się wy-JELEN-ili...
Znowu ciśniemy przez las. Punkt ma być za ogrodzonym terenem. Okazuje się, że to wylęgarnia jeleniowatych! Gniazdo. Piękne stada biegają wzdłuż ogrodzenia. Szkoda tylko, że na mapie ich teren to ułamek ich prawdziwego królestwa. Próbujemy ścieżkę za ścieżka, ale ciągle nagle wyrasta nam - jak z podziemi - ogrodzenie. Jeleniowate podchodzą do siatki...patrzymy im w oczy. Widzę to, to chore. Najpierw zdobyły większe tereny, a teraz te stwory pragną naszego mięsa. Czytałem o tym w komiksach! Wabią futerkiem za ogrodzenie: "wejdź, pogłaskaj...bardzo potrzebujemy twojej wątroby". Nic z tych rzeczy, grałem w życiu w za dużo RPG'ów, aby nie wiedzieć jak to się skończy.
Spalone mosty to (nie)najlepszy w życiu start
Lecimy dalej - najkrótszą drogą na kolejny punkt. Na mapie piękny, wielki most przez rzekę, a w rzeczywistości tylko rzeka. Nie ma nawet wersji demo mostu, typu same podpory czy coś. Zupełnie jakby nigdy nie została zainstalowana w tym lesie, żadnych wpisów do rejestru, pozycji w dzienniku zdarzeń. Nic. Nawet śladu nie ma po moście. Jak zawsze pytanie - przeprawiać się na dziko?
Już nieraz odwalaliśmy takie akcje, nawet w zimie na Rajdzie 4 Żywiołów, więc dla nas to nie nowość, ale tym razem nie jedziemy po wynik. I tak odpuszczamy etap rolkowy, więc nie będziemy mieć kompletu - wracamy i lecimy okrężną drogą. Nie ma się co zabijać :)
Kosztuje nas to z pół godziny, ale nie dało się tego przewidzieć.
Zaczyna nas gonić czas...pojawiają się pierwsze obawy czy zdążymy w limicie.
Już nieraz odwalaliśmy takie akcje, nawet w zimie na Rajdzie 4 Żywiołów, więc dla nas to nie nowość, ale tym razem nie jedziemy po wynik. I tak odpuszczamy etap rolkowy, więc nie będziemy mieć kompletu - wracamy i lecimy okrężną drogą. Nie ma się co zabijać :)
Kosztuje nas to z pół godziny, ale nie dało się tego przewidzieć.
Zaczyna nas gonić czas...pojawiają się pierwsze obawy czy zdążymy w limicie.

"YOU MAY FIRE WHEN READY"
Dwa zadania specjalne, na dwóch ostatnich punktach. Pierwsze to strzelanie ASG a drugie to zadanie linowe. Na pierwszym zasady są proste: na 10 strzałów ma być 10 celnych trafień. Jeśli przydarzy się pudło, można uzyskać dodatkowe próby (strzały), pod warunkiem że drugi niestrzelający zawodnik przebiegnie zadaną trasę z dość sporym bukłakiem wody.
Ja strzelam, Basia biega. Pierwsza próba i pudło, wychodzi zmęczenie. Ręce mi się trzęsą, opuszczam broń...próbuję uspokoić oddech i potem kolejna próba. Teraz jest "W CEL, W CEL, W CEL"... wszystkie 9 wchodzi bezbłędnie. Basia musi zatem wykonać tylko jedną karną rundę. Dodatkowy strzał i ponownie "W CEL". Zaliczone. Wskakujemy na rowery.
Wyjeżdżając z punktu spotykamy Kamilę i Filipa. Oni także walczą z czasem na trasie OPEN.
Robi się bardzo krucho z czasem, a przed nami jeszcze 1 punkt z zdaniem linowym i powrót do bazy...
Ja strzelam, Basia biega. Pierwsza próba i pudło, wychodzi zmęczenie. Ręce mi się trzęsą, opuszczam broń...próbuję uspokoić oddech i potem kolejna próba. Teraz jest "W CEL, W CEL, W CEL"... wszystkie 9 wchodzi bezbłędnie. Basia musi zatem wykonać tylko jedną karną rundę. Dodatkowy strzał i ponownie "W CEL". Zaliczone. Wskakujemy na rowery.
Wyjeżdżając z punktu spotykamy Kamilę i Filipa. Oni także walczą z czasem na trasie OPEN.
Robi się bardzo krucho z czasem, a przed nami jeszcze 1 punkt z zdaniem linowym i powrót do bazy...

ARAMIS STYLE czyli finisz jak zawsze. Tradycja zobowiązuje.
Ruszamy na pełnym gazie. Oczywiście - podobnie jak rok temu - mocno wieje prost w ryj. Czemu nie, skoro może?
Ruszam ile jeszcze sił (zostało w nogach...). Nagle krzyk z tyłu. Zatrzymuje się. Basia dojeżdża po chwili i charczy: "zhwolrnij...odpadhram...neh wehrszla mh thrójhka"
Nie wiedziałem, że Basia umie wydawać takie dźwięki z siebie. Nawet fajnie to brzmi - jak staro-ogrowy :)
Ruszamy ponownie, tym razem czekam aż siądzie mi na kole i odpalam dopalacz. Lecimy - pełen ogień. Mam wrażenia, że też zaraz wypluje płuca i umrę, ale nie zwalniam. Śmierć musi poczekać..przynajmniej do 16:00.
Na ostatni punkt wpadam kiedy mamy 20 minut do limitu. Zadanie udaje się wykonać w trzy. Kierunek baza.
Cisnę ile się da, jest szans zdążyć.
Wpadamy do Żor - daje Basi mapę. Masz, prowadź...mnie się się już nawet wzrok "trzęsie" ze zmęczenia. Basia prowadzi na azymut przez Rynek w Żorach. Do bazy wpadamy o 15:57, a o 15:58 oddajemy karty. Znowu się udało. 2 minuty zapasu...po co było tak gnać, to jeszcze naprawdę sporo czasu.
Ruszam ile jeszcze sił (zostało w nogach...). Nagle krzyk z tyłu. Zatrzymuje się. Basia dojeżdża po chwili i charczy: "zhwolrnij...odpadhram...neh wehrszla mh thrójhka"
Nie wiedziałem, że Basia umie wydawać takie dźwięki z siebie. Nawet fajnie to brzmi - jak staro-ogrowy :)
Ruszamy ponownie, tym razem czekam aż siądzie mi na kole i odpalam dopalacz. Lecimy - pełen ogień. Mam wrażenia, że też zaraz wypluje płuca i umrę, ale nie zwalniam. Śmierć musi poczekać..przynajmniej do 16:00.
Na ostatni punkt wpadam kiedy mamy 20 minut do limitu. Zadanie udaje się wykonać w trzy. Kierunek baza.
Cisnę ile się da, jest szans zdążyć.
Wpadamy do Żor - daje Basi mapę. Masz, prowadź...mnie się się już nawet wzrok "trzęsie" ze zmęczenia. Basia prowadzi na azymut przez Rynek w Żorach. Do bazy wpadamy o 15:57, a o 15:58 oddajemy karty. Znowu się udało. 2 minuty zapasu...po co było tak gnać, to jeszcze naprawdę sporo czasu.
Co tu dużo mówić, bawiliśmy się świetnie. Organizacja i trasa pierwsza klasa, ale podsumowując tą edycję Rajdu Wilczego, ląduje ona na trzecim miejscu. Sorki Orgi, ale przechlapaliście sobie tą jedną mapą. Nic Was nie wybroni :P :P :P
Pierwszy Wilczy miał niesamowity klimat zadań, drugi to był dla nas pierwszy tak potężny (górski) AR z Czantorią po drodze, a trzeci dał nam jedną mapę. Jedną na dwójkę!! Oczekuję pokazowych egzekucji autorów pomysłu. Mogą być komornicze, jeśli nie lubicie widoku posoki :)
A tak na poważnie to rajd bardzo udany: 120 rowerem, 5 kajakiem i jakieś 15-20 na nogach (ciężko powiedzieć ile dokładnie)
Co by jednak nie mówić - niektórzy zapieprzają świńskim truchtem na Rajdzie Wilczym, gdy inni bawią się w najlepsze na zimowy obozie treningowym Szkoły Fechtunku ARAMIS. Choć znając Naszych to misterna propaganda... przyjdziesz oczekując atrakcji jak poniżej, a skończysz w podporze nawalając pompki. No chyba, że grupa zaawansowana - tam to jest inny świat...np. więcej pompek :)

Kategoria Rajd, SFA
ICE Adventure Race 2017
-
DST
75.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 4 lutego 2017 | dodano: 05.02.2017
12h godzin na rowerze w lodowym piekle, w śniegu po kolana, w górach - czego chcieć więcej? Zapisujemy się i... jesteśmy jedyną ekipą na trasie rowerowej. Zawsze mnie to bawi: na listach startowych nazwy takie jak NAPIERACZE NA PEDAŁY, HARDTAIL'e Orientu, RowerPowerTeam* itp i nagle Szkoła Fechtunku ARAMIS. Jakbyśmy nie zrozumieli regulaminu, że to nie szermiercza impreza :)
Tym razem jest jednak inaczej. Tym razem jest tylko Szkoła Fechtunku ARAMIS i nikogo innego.
(No dobra to nie pierwszy raz. Podobnie bywa także na Jaszczurach, ale i tak mnie to bawi).
Piechurów jest trochę, jak i twardzieli na przygodówkę - ich nigdy nie zabraknie.
(* nazwy wymyślone żeby nie urazić żadnego zespołu)
Tym razem jest jednak inaczej. Tym razem jest tylko Szkoła Fechtunku ARAMIS i nikogo innego.
(No dobra to nie pierwszy raz. Podobnie bywa także na Jaszczurach, ale i tak mnie to bawi).
Piechurów jest trochę, jak i twardzieli na przygodówkę - ich nigdy nie zabraknie.
(* nazwy wymyślone żeby nie urazić żadnego zespołu)
Na południe !!
Budzik dzwoni o 4:00. Zaskakuje mnie, że musimy wstać tak wcześnie rano, bo jakoś tak wszystko na południe od Krakowa zawsze wydaje mi się blisko. Co to za problem skoczy w Gorce czy do Szczawnicy? To nie wyprawa do Lubania czy do Puszczy Augustowskiej. Niemniej chcemy być w bazie w Szaflarach za Nowym Targiem kilka minut po 7:00 rano, więc rzeczywistości nie oszukamy.
Pakujemy nasze auto "rajdowe" i wyruszamy wraz z Kamilą i Filipem na zimową przygodę. Oni tym razem na pieszą pięćdziesiątkę.
Do bazy docieramy planowo i stawiamy się na odprawę.
Jako, że jesteśmy jedyni nie spieszymy się z planowaniem trasy, z ubraniem kasków i wyruszeniem, czym wystawiamy na próbę cierpliwość organizatorów bo chcą nam porobić zdjęcia ze startu :)
Turbacz!! Jeden punkt jest na Turbaczu. Byłem na tej górze chyba ponad 50 razy (nie przesadzam!!), ale tylko raz w ziemie z rowerem. Pewnego sylwestra dotachaliśmy się do schroniska z rowerami a potem lecieliśmy zjazdem na Koniki. Ostra impreza była i to na trzeźwo :)
Mówię zatem do Basi: "Kierunek TURBACZ", ale dostaję bana.
Muszę się zgodzić z argumentem, że regulamin mówi że musimy zrobić minimum 50% punktów (13 z 26) aby być klasyfikowani. W kierunku Turbacza i Obidowej jest tylko kilka punktów, a wytachanie się z rowerami w zimie na szczyt zajmie nam mnóstwo czasu. Jest duża szans, że nie wyrobimy minimalnej...gdyby było 25% lub tak jak czasem jest: "przynajmniej 1 pkt" to nie odpuściłbym Turbacza. Nie było by takiej opcji, ale w tej sytuacji...
Basia ma jednak rację, lepiej uderzyć na południe mapy... i tak nie będzie wcale prosto zrobić te 13 punktów.
Pakujemy nasze auto "rajdowe" i wyruszamy wraz z Kamilą i Filipem na zimową przygodę. Oni tym razem na pieszą pięćdziesiątkę.
Do bazy docieramy planowo i stawiamy się na odprawę.
Jako, że jesteśmy jedyni nie spieszymy się z planowaniem trasy, z ubraniem kasków i wyruszeniem, czym wystawiamy na próbę cierpliwość organizatorów bo chcą nam porobić zdjęcia ze startu :)
Turbacz!! Jeden punkt jest na Turbaczu. Byłem na tej górze chyba ponad 50 razy (nie przesadzam!!), ale tylko raz w ziemie z rowerem. Pewnego sylwestra dotachaliśmy się do schroniska z rowerami a potem lecieliśmy zjazdem na Koniki. Ostra impreza była i to na trzeźwo :)
Mówię zatem do Basi: "Kierunek TURBACZ", ale dostaję bana.
Muszę się zgodzić z argumentem, że regulamin mówi że musimy zrobić minimum 50% punktów (13 z 26) aby być klasyfikowani. W kierunku Turbacza i Obidowej jest tylko kilka punktów, a wytachanie się z rowerami w zimie na szczyt zajmie nam mnóstwo czasu. Jest duża szans, że nie wyrobimy minimalnej...gdyby było 25% lub tak jak czasem jest: "przynajmniej 1 pkt" to nie odpuściłbym Turbacza. Nie było by takiej opcji, ale w tej sytuacji...
Basia ma jednak rację, lepiej uderzyć na południe mapy... i tak nie będzie wcale prosto zrobić te 13 punktów.
BURKO-landia...
Pierwsze 4 punkty to kwintesencja Podhala...gęsta, chaotyczna zabudowa i miliony psów. Mam wrażenie, że władze zamontowały tutaj szczekaczki (zbieg okoliczności) i nadają szczekanie psów 24/h. Jedziemy sobie... a burki ujadają, chyba mają zawody który głośniej. Część z nich ćwiczy nawet akrobatykę skacząc w powietrze z dziwnymi obrotami, inne ćwiczą wspinaczkę atakując płoty i siatki. Jeden wielki jazgot...
Pierwszy punkt i od razu krzory plus pionowa ściana. Nie narzekam! lubimy to - tylko zwracam uwagę na fakt, że tak jakoś takie tereny same nas znajdują. Basia zostaje przy rowerach, ja się przedzieram najpierw przez naszych kolczastych przyjaciół, a potem idę prawie na czworakach po stoku o chorym nachyleniu. Od razu robi się cieplej :)
Poniższe zdjęcie to jedno z mniej gęstych wejść na górkę.

Uderzamy w czerwony szlak i to jest błąd. Szlak znika gdzieś w środku "osiedla". Tu nie ma płotów, nie ma siatek - a nawet jeśli są, to wszystkie bramki są pootwierane. Burki uderzają jakby czytały "Achtung - Panzer" generała Guderiana i wzięły sobie do serca zasadę "walić, nie stukać". Atakują zatem ogromną grupą. Jedzie przez osiedle a obok nas (jak naliczyłem) 11 psów. Dobrze, że nie gryzą bo było by nieciekawie. Niby podbiegają z agresją ale się boją...próbujemy się wycofać, ale cała wieś już się schodzi... ujadanie to chyba słychać w Nowym Targu.
- Przepraszam, możemy przejść tędy?
- CO? Nie słyszę bo moje psy wyją.
- Czerwony szlak tędy idzie...czy możemy przejść
- CO? Nie słyszę bo moje psy wyją.
- Czy może Pan je zabrać?
- CO? Nie słyszę bo moje psy wyją.
- To widzę, że wyją ale czy...
- CO? Nie słyszę bo...
- Tak, bo Pana psy wyją...
- CO? Nie słyszę bo...
Rozmowa się chyba nie klei...próbujemy się wycofać. Burki "eskortują" nas daleko za wieś.
Patrzymy na mapę. Na słabo z innej strony zaatakować ten punkt...
Basia rzuca: chodźmy rzeką. W sumie czemu nie, jest płytka i zamarznięta. Ciśniemy.
- Przepraszam, możemy przejść tędy?
- CO? Nie słyszę bo moje psy wyją.
- Czerwony szlak tędy idzie...czy możemy przejść
- CO? Nie słyszę bo moje psy wyją.
- Czy może Pan je zabrać?
- CO? Nie słyszę bo moje psy wyją.
- To widzę, że wyją ale czy...
- CO? Nie słyszę bo...
- Tak, bo Pana psy wyją...
- CO? Nie słyszę bo...
Rozmowa się chyba nie klei...próbujemy się wycofać. Burki "eskortują" nas daleko za wieś.
Patrzymy na mapę. Na słabo z innej strony zaatakować ten punkt...
Basia rzuca: chodźmy rzeką. W sumie czemu nie, jest płytka i zamarznięta. Ciśniemy.

Teraz burki ze wsi po obu stronach rzeki wyją. Ale przynajmniej nie podchodzą, nie rzucają się pod koła jak Rejtan, ani jak Wanda do Wisły. Idziemy zatem rzeką...psy szczekają, karawana jedzie dalej.
I tak przez 4 pierwsze punkty rajdu...no ale zostawiamy Podhale i ruszamy na Spisz.
I tak przez 4 pierwsze punkty rajdu...no ale zostawiamy Podhale i ruszamy na Spisz.
Tour de ARAMIS
Gliczarów...Gliczarów. Co mi mówi ta nazwa? No tak, legenda Tour do Polonia. Podjazd z cyklu "każdy umiera w samotności". Zawsze myślałem, że kiedyś trzeba by się z nim zmierzyć. No to proszę...nie krępuj się.
Szczęśliwie nie jedziemy całości tego podjazdu, bo lecimy przez Gliczarów Dolny jedynie (bez Górnego) ale i tak jest ciekawie, bo atakujemy ten sam garb, tylko trochę inną drogą niż idzie Tour de Polonia.
Szczęśliwie nie jedziemy całości tego podjazdu, bo lecimy przez Gliczarów Dolny jedynie (bez Górnego) ale i tak jest ciekawie, bo atakujemy ten sam garb, tylko trochę inną drogą niż idzie Tour de Polonia.

Słoneczko zaczęło przygrzewać, a my sobie niespiesznie drapiemy się pod jakąś chorą górę. 20% - zacny towar.
Wdrapujemy się na szczyt i oczom naszym ukazuje się panorama Tatr.
Pięknie położony punkt. W oddali na zdjęciu widać ekipę z pieszej trasy, która depcze nam po piętach :)
Wdrapujemy się na szczyt i oczom naszym ukazuje się panorama Tatr.
Pięknie położony punkt. W oddali na zdjęciu widać ekipę z pieszej trasy, która depcze nam po piętach :)

Teraz chcemy przedrzeć się drogą do niebieskiego szlaku. Jest tylko jeden problem...drogi nie ma. Jest śnieg. Kopny. Wszystko zasypane. Co było robić...walczymy. Ciężko idzie się z rowerami w głębokim śniegu, ale posuwamy się pomału do przodu. Kawał drogi musimy pchać. Nie pierwszy raz dzisiaj i nie ostatni :)
Docieramy do szlaku i atakujemy kolejny pięknie położony punkt.


Teraz musi nastąpić to co "kochamy" najbardziej...musimy zjechać wszystko co podjechaliśmy i wspiąć się na kolejna górę obok tej, na której obecnie jesteśmy. Nie ma innej opcji. Trudno - to także nie pierwszy i nie ostatni raz w naszej karierze.
Lecimy zjazdem asfaltem, zjazd także 20% więc puszczenie hamulców na 3-4 sekundy i na liczniku jest 50 km/h. Droga prawie odśnieżona, z naciskiem na prawie, więc lecimy ostrożnie bez rozwijania większych prędkości. Przy takim nachyleniu drogi całą zdobytą wysokość tracimy w 2-3 minuty.
Zaczynamy kolejne podejście. Polaną. Gmina nie odśnieżyła...kopny śnieg po horyzont. 2 km podejścia w głębokim śniegu z rowerem. Masakra. 10 kroków, 20 sekund przerwy na złapanie oddechu, kolejne 10 kroków i znowu 20 sekund na zbieranie tlenu. 2 kilometry to naprawdę sporo...zajmuje nam to prawie 2 godziny.
W pewnym momencie nie mając siły pchać, biorę rower na plecy i niosę. Nagle słyszę głosy...w sumie to jeden głos.
Basia: Nie rób tego..
Ja: Dlaczego?
Basia (oczy Kota ze Shreka): Torowałeś mi drogę
No tak Mała idzie po moich śladach. No dobra...cóż zrobić. Pcham dalej. Umieram...ale pcham. Zawsze byłem uparty.
Czemu nikt mi wcześniej nie powiedział, że miłość to przecieranie drogi przez śnieg... zastanowiłbym się dwa razy :)
Na szczycie łapiemy punkt na skrzyżowaniu szlaków. Teraz chcielibyśmy na północ, ale droga przez polanę zasypana. Zastanawiamy się czy szybciej nie będzie się wrócić i jechać od asfaltu (znowu stracić całą wysokość...grrr). Nagle ryk silnika. Za pleców wyskakuje nam gość na skuterze śnieżnym, pozdrawia nas ręką i mknie na północ. Za nim drugi skuter, trzeci...czwarty !! Łącznie osiem!!
Instruktor i szkółka. Wszystkie maszyny cisną za Instruktorem. Robią nam zdjęcia i machają i kierują się na północ.
Przetarli nam drogę. Teraz to niemal utwardzona nawierzchnia. Decyzja jest prosta. Ruszamy za nimi. Trochę rzuca na koleinach, ale jedziemy. Era pchania odchodzi w niepamięć.
W pewnym momencie nie mając siły pchać, biorę rower na plecy i niosę. Nagle słyszę głosy...w sumie to jeden głos.
Basia: Nie rób tego..
Ja: Dlaczego?
Basia (oczy Kota ze Shreka): Torowałeś mi drogę
No tak Mała idzie po moich śladach. No dobra...cóż zrobić. Pcham dalej. Umieram...ale pcham. Zawsze byłem uparty.
Czemu nikt mi wcześniej nie powiedział, że miłość to przecieranie drogi przez śnieg... zastanowiłbym się dwa razy :)
Na szczycie łapiemy punkt na skrzyżowaniu szlaków. Teraz chcielibyśmy na północ, ale droga przez polanę zasypana. Zastanawiamy się czy szybciej nie będzie się wrócić i jechać od asfaltu (znowu stracić całą wysokość...grrr). Nagle ryk silnika. Za pleców wyskakuje nam gość na skuterze śnieżnym, pozdrawia nas ręką i mknie na północ. Za nim drugi skuter, trzeci...czwarty !! Łącznie osiem!!
Instruktor i szkółka. Wszystkie maszyny cisną za Instruktorem. Robią nam zdjęcia i machają i kierują się na północ.
Przetarli nam drogę. Teraz to niemal utwardzona nawierzchnia. Decyzja jest prosta. Ruszamy za nimi. Trochę rzuca na koleinach, ale jedziemy. Era pchania odchodzi w niepamięć.

Zimna woda...odmrożeń doda.
Docieramy w przepiękne miejsce Rezerwat "Przełom Białki". Potężne skały i dzika rzeka. Jest cudownie...ale punkt jest po drugiej stronie rzeki. Tutaj nie ma mostów. Nawet w promieniu kilku kilometrów nie ma wyżej wy,mienionego obiektu.

Rzeka jest głęboka jak na zimowe warunki - woda sięga za kolana. Basi to nie zraża, rzuca krótko: ja pójdę.
Nim zdążę zapytać czy jest pewna, jest już w połowie drogi. Przechodzi przez rzekę i boso po śniegu biegnie po punkt. Szkodnik nigdy chyba nie przestanie mnie zaskakiwać.
Może miłość to także, przechodzenie za Ciebie przez rzekę w zimę :)
Sami zobaczcie, że przeprawić się na drugą stronę to było coś...jestem pod wrażeniem.
Nim zdążę zapytać czy jest pewna, jest już w połowie drogi. Przechodzi przez rzekę i boso po śniegu biegnie po punkt. Szkodnik nigdy chyba nie przestanie mnie zaskakiwać.
Może miłość to także, przechodzenie za Ciebie przez rzekę w zimę :)
Sami zobaczcie, że przeprawić się na drugą stronę to było coś...jestem pod wrażeniem.

Basia wraca z kartami, odpalam chemiczne rozgrzewacze i wkładamy je do jej butów. Kocham dzisiejszy sprzęt - śmiejcie się Pacany z naszych dużych plecaków :P.
Parę minut i wraca jej komfort termiczny. Możemy ruszać dalej.
No, kto z Was ma chemiczne rozgrzewacze w plecaku? Ja mam nawet w lipcu :P
Parę minut i wraca jej komfort termiczny. Możemy ruszać dalej.
No, kto z Was ma chemiczne rozgrzewacze w plecaku? Ja mam nawet w lipcu :P
LORENTZ'owe Skałki :P
Dylatacja czasu i kontrakcja długości. Ogólnie Transformata Lorentza...nie wiedziałem, że mamy nazwane skałki imieniem tego Pana. Basia tłumaczy mi, że to LORENCOWE SKAŁKI i nie mają nic wspólnego z efektem relatywistycznym. Nie wierzę w to, coś musi być na rzeczy. Czas na rajdzie biegnie nam zawsze szybko...wniosek jest prosty PORUSZAMY SIĘ ZA WOLNO. Droga między punktami też nam się dłuży zamiast skracać czyli...poruszamy się za wolno. Wszystko się zgadza!!!
Ech piękne ma Hendrik te skałki - też sobie kupię kiedyś takie skałki. Bierzemy kolejny punkt i ruszamy dalej :)
Ech piękne ma Hendrik te skałki - też sobie kupię kiedyś takie skałki. Bierzemy kolejny punkt i ruszamy dalej :)
GRZECH NIE WZIĄĆ :D
Po skałkach łapiemy jeszcze 3 punkty i zaczynamy wracać na bazę. Od kilku godzin jest już noc, dochodzi 20:00 kiedy docieramy do Szaflar. Możemy wrócić do bazy (limit czasowy mamy do 20:30) lub złapać jeszcze jeden punkt. Jesteśmy jedyną ekipą na rowerze, mamy zaliczone minimum punktów aby być klasyfikowani...nic nie przemawia za tym, aby jechać po jeszcze jeden punkt. No ale...to Szkoła Fechtunku ARAMIS :)
Ruszamy na punkt. Robimy jednak założenie, że dajemy sobie 15 minut na znalezienie tego punktu - nie więcej. Będziemy mieć wtedy 20 min na powrót do bazy. Bez ryzyka... no prawie bez ryzyka. Ruszamy. Wjeżdżamy znowu w pola i ciśniemy pod górę po jakiś n-ty dzisiaj pagór.
Po 15 minutach jesteśmy prawie na miejscu, wszystko zgadza się z mapą - to na pewno tutaj, ale trzeba jeszcze spory kawałek podejść po górę. Odpuszczamy jednak... jak nigdy. Idąc po niego musielibyśmy finiszować w typowym dla siebie stylu. Postanawiamy jednak nie finiszować na sekundy będąc jedyną ekipą. Bez przesady. Mam niemal pewność, że będzie jeszcze niejedna okazja do takiego finiszu :)
Wracamy do bazy i zajmujemy pierwsze miejsce w kategorii rower. Szok, nie :D :D :D ?
Zdjęcie Organizatorów z dekoracji. Tłumy prawda?
Dodatkowym smaczkiem jest, że Kamila zajmuje 3-cie miejsce w kategorii kobiecej TP50. To duży sukces. Wraz z Filipem zrobili prawie cała trasę (jedynie bez Turbacza). Ostro. Wracamy do domu zmęczeni ale szczęśliwi.
Ruszamy na punkt. Robimy jednak założenie, że dajemy sobie 15 minut na znalezienie tego punktu - nie więcej. Będziemy mieć wtedy 20 min na powrót do bazy. Bez ryzyka... no prawie bez ryzyka. Ruszamy. Wjeżdżamy znowu w pola i ciśniemy pod górę po jakiś n-ty dzisiaj pagór.
Po 15 minutach jesteśmy prawie na miejscu, wszystko zgadza się z mapą - to na pewno tutaj, ale trzeba jeszcze spory kawałek podejść po górę. Odpuszczamy jednak... jak nigdy. Idąc po niego musielibyśmy finiszować w typowym dla siebie stylu. Postanawiamy jednak nie finiszować na sekundy będąc jedyną ekipą. Bez przesady. Mam niemal pewność, że będzie jeszcze niejedna okazja do takiego finiszu :)
Wracamy do bazy i zajmujemy pierwsze miejsce w kategorii rower. Szok, nie :D :D :D ?
Zdjęcie Organizatorów z dekoracji. Tłumy prawda?
Dodatkowym smaczkiem jest, że Kamila zajmuje 3-cie miejsce w kategorii kobiecej TP50. To duży sukces. Wraz z Filipem zrobili prawie cała trasę (jedynie bez Turbacza). Ostro. Wracamy do domu zmęczeni ale szczęśliwi.

Kategoria SFA, Rajd
RAJD IV ŻYWIOŁÓW - zima 2017
-
DST
70.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 21 stycznia 2017 | dodano: 24.01.2017
Rozpoczęcie sezonu 2017. Znowu ostrożnie i zachowawczo, bez ścigania bo rajd jest w sobotę, a w piątek...kończę rehabilitację kolana. Cóż zrobić, kiedyś wymyśliłem sobie zepsuć się, to temat będzie co jakiś czas powracać... nasz styl życiu też nie pomaga w tym temacie :)
Finalnie decydujemy się jechać na trasę OPEN czyli trasę 3 etapowa (2x rower, 1xpieszo) oraz 2 zadania specjalne z limitem czasu 24h. Jest także dłuższa trasa dla chętnych, ale jest na niej etap narciarski na biegówkach, co w naszym przypadku odpada. Zarówno przez kolano, jak i fakt, że o nartach słyszałem...że coś takiego istnieje. Nie żebym widział na własne oczy, ale powiadają że to jakiś środek transportu ponoć.
Na rajd wybieramy się większą ekipą: Kamila i Filip będą nam towarzyszyć w naszej zimowej przygodzie.
KIERUNEK BYDLIN
Baza rajdu zlokalizowana jest, podobnie jak rok temu, w Bydlinie więc o godzina 6:15 wyruszamy z Krakowa. Droga na Olkusz wita nas...deszczem. Jest około zera stopni i pada deszcz. Będzie ślisko. Gdy docieramy na miejsce i ściągamy rowery z dachu auta, pokryte są warstwą lodu. Kryształ tak czysty, że nie powstydziłby się go sam Walter White. Będzie cholernie ślisko...
Finalnie decydujemy się jechać na trasę OPEN czyli trasę 3 etapowa (2x rower, 1xpieszo) oraz 2 zadania specjalne z limitem czasu 24h. Jest także dłuższa trasa dla chętnych, ale jest na niej etap narciarski na biegówkach, co w naszym przypadku odpada. Zarówno przez kolano, jak i fakt, że o nartach słyszałem...że coś takiego istnieje. Nie żebym widział na własne oczy, ale powiadają że to jakiś środek transportu ponoć.
Na rajd wybieramy się większą ekipą: Kamila i Filip będą nam towarzyszyć w naszej zimowej przygodzie.
KIERUNEK BYDLIN
Baza rajdu zlokalizowana jest, podobnie jak rok temu, w Bydlinie więc o godzina 6:15 wyruszamy z Krakowa. Droga na Olkusz wita nas...deszczem. Jest około zera stopni i pada deszcz. Będzie ślisko. Gdy docieramy na miejsce i ściągamy rowery z dachu auta, pokryte są warstwą lodu. Kryształ tak czysty, że nie powstydziłby się go sam Walter White. Będzie cholernie ślisko...

Na odprawie dowiadujemy się, że nasze zadania specjalne to będzie: logika oraz wspinaczka. Trasa Extreme (ta z nartami) ma zadanie morsowania - w samych gaciach do przerębla. W tym momencie cieszę się, że jesteśmy na trasie Open, bo coś czuję że poszedłbym na dno jak Titanic. Nawet w takich samym zimowym majestacie :)
W bazie wiele znajomych twarzy: Sergiusz, Dziabnięci czy też Osa Opole. Czekając na start naszych tras, wspominamy najlepsze akcje z poprzednich rajdów.
ETAP ROWEROWY
Wyruszamy na część rowerową. Do pierwszego punktu mamy naprawdę spory kawałek drogi. Nie forsujemy jednak tempa, bo drogi to jeden lód. Różni je, że raz to lód odśnieżony, a raz lód pod śniegiem. Pierwszy podjazd - jest dobrze i źle. W miarę dobrze z kolanem i fatalnie z kondycją. 6 tygodni nie robienia nic, święta po drodze i już widać pierwsze problemy na horyzoncie. W sumie to nawet nie na horyzoncie...horyzont jest daleko i pod górę, a problemy są już tu :)
Nie ma się jednak co łamać, jedziemy. Kilka spektakularnych poślizgów, ale wszystkie mniej lub bardziej kontrolowane.
W lasach śniegu sporo, chrupie pod kołami aż miło. Dobrze być znowu w trasie!
W bazie wiele znajomych twarzy: Sergiusz, Dziabnięci czy też Osa Opole. Czekając na start naszych tras, wspominamy najlepsze akcje z poprzednich rajdów.
ETAP ROWEROWY
Wyruszamy na część rowerową. Do pierwszego punktu mamy naprawdę spory kawałek drogi. Nie forsujemy jednak tempa, bo drogi to jeden lód. Różni je, że raz to lód odśnieżony, a raz lód pod śniegiem. Pierwszy podjazd - jest dobrze i źle. W miarę dobrze z kolanem i fatalnie z kondycją. 6 tygodni nie robienia nic, święta po drodze i już widać pierwsze problemy na horyzoncie. W sumie to nawet nie na horyzoncie...horyzont jest daleko i pod górę, a problemy są już tu :)
Nie ma się jednak co łamać, jedziemy. Kilka spektakularnych poślizgów, ale wszystkie mniej lub bardziej kontrolowane.
W lasach śniegu sporo, chrupie pod kołami aż miło. Dobrze być znowu w trasie!

Kamila i Filip także wyglądają na zachwyconych, albo doskonale udają :)

Dobrze, że nie wypadliśmy z nawigacyjnej formy i dość łatwo łapiemy pierwszy punkt. Miejscami śnieg jest kopny i nie jedzie się najprościej. Opory to jedno, ale to jak jazda w głębokim piachu - propriocepcja rowerowa level advanced. Docieramy do ogromnej polany i bawimy się w lodołamacze. Gmina nie odśnieżyła polany, więc trzeba włączyć tryb: SANTA-PANZERKAMPFWAGEN.
Szkodnik przeciera drogę, szkoda że nie do końca w tą stronę którą trzeba :D
Kto by się jednak przejmował takimi szczegółami. Drobna korekta i lecimy w kierunku Doliny Wądącej. Bardzo lubię to miejsce, ale nigdy nie byłem tutaj w zimie. Łapiemy trzeci punkt, ale nie obywa się bez 300 m spaceru przez krzory. Proste, że wariant azymutowy!! Wąwóz, krzoki, ściana i jest punkt. Inni pewnie od drogi, ale drogą było na około. Mierzi nas jazda na około, skoro można na wprost :)Tymczasem SANTA pokochał śnieg. Jak w kawale, przychodzi SANTA do apteki i mówi:
- Proszę lekarstwo na chciwość...ale dużo, dużo, DUŻO.
COCAINE...SO MUCH COCAINE.

3 punkty zdobyte - długa na bazę. Tam nastąpi zmiana etapów i wyruszymy na część pieszą. Lecimy zatem z powrotem na Bydlin. Po drodze spotykamy WILCZĄ ekipę (Rajd Wilczy). Biegną sobie 18 km/h, zobaczyli nas i przyspieszyli do 22 km/h. Patrzę na licznik i stwierdzam, to nie jest normalne...
LOGIKA GŁUPCZE
Wpadamy do bazy i dostajemy zadanie logiczne do zrobienia. Byłoby prościej gdyby zrozumiał zasady tej gry.... trzeba było dopasowywać symbole do siebie, a ja przypasowywałem symbole do definicji na odwrocie kart. Dzięki takiemu nieortodoksyjnemu podejściu do zasad, łapiemy drobną karę czasową. Cóż, miewam swoje momenty...ale akurat nie tym razem :P
ETAP PIESZY
Wyruszamy na część pieszą, na której zrobimy około 25 km. Opuszczamy Bydlin czerwonym szlakiem...
LOGIKA GŁUPCZE
Wpadamy do bazy i dostajemy zadanie logiczne do zrobienia. Byłoby prościej gdyby zrozumiał zasady tej gry.... trzeba było dopasowywać symbole do siebie, a ja przypasowywałem symbole do definicji na odwrocie kart. Dzięki takiemu nieortodoksyjnemu podejściu do zasad, łapiemy drobną karę czasową. Cóż, miewam swoje momenty...ale akurat nie tym razem :P
ETAP PIESZY
Wyruszamy na część pieszą, na której zrobimy około 25 km. Opuszczamy Bydlin czerwonym szlakiem...
Do trzech razy sztuka...Szlak leci sobie pięknym wąwozem i nagle - trochę z dupy - go opuszcza. Rok temu na Rajdzie 4 Żywiołów pocisnęliśmy wąwozem i się zgubiliśmy, na Mordowniku pocisnęliśmy wąwozem i zgubiliśmy się bardzo...tym razem jestem przygotowany. Tym razem bezbłędnie. Planem było skończyć etap pieszy przed zmrokiem. Zmrok zastaje nas po pierwszym punkcie (z 4 łącznie). Cóż, wędrujemy po nocy po lesie - nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Etap pieszy spokojnym tempem zajmuje nam prawie 6h. Do bazy docieramy około 22:00, mając w nogach około 25 km.

CO MA WISIEĆ NIE UTONIE...na rowerze pojedzie
W bazie czeka nas zadanie linowe. Trzeba się wdrapać po linie 4 razy pod sam sufit sali gimnastycznej.
Basi oczywiście nie sprawia to żadnych problemów. Chyba nie zrozumiała, że to trudne zadanie...
Basi oczywiście nie sprawia to żadnych problemów. Chyba nie zrozumiała, że to trudne zadanie...

Po zadaniu wyruszamy na ostatni rowerowy etap. Niestety na ten etap jedziemy już tylko w dwójkę. Znowu wraca klasyka: środek nocy, a my sami w lesie, wędrujemy w świetle czołówek. Ostanie 3 punkty to formalność, ale zajmują nam dłuższą chwilę.
Wracamy do bazy "z kompletem" około 2-giej w nocy. Przed 4-tą rano jesteśmy w domu.
Super przygoda i rewelacyjnie rozpoczęcie sezonu. W kategorii zespołów MIX zajmujemy 2-gie miejsce.
Kategoria Rajd, SFA
Podsumowanie 2016
-
DST
1.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 17 grudnia 2016 | dodano: 17.12.2016
Wpis zbiorczy - podsumowanie (w większości) rajdowe 2016 roku. Nie zawsze mam czas i wenę opisać wszystkie nasze przygody, nad czym mocno ubolewam bo fajnie byłoby podsumowywać każdy rajd - choćby na pamiątkę. W związku z tym szybkie podsumowanie roku 2016 i naszych wypraw. Symbolicznie wpisałem 1 km bo jest część z tych przygód jest na blogu, a tych których nie ma i tak nie pamiętam statystyk. No to jedziemy:
16 Styczeń - RAJD IV ŻYWIOŁÓW
Styczeń to doskonały miesiąc na początek sezonu rowerowego, prawda? Zimowa Jura czeka na śmiałków: etapy rowerowe, etapy piesze i zadania specjalne. Przekonałem się, że naprawdę jestem ciężki i gruby...gdzieś na skale, wisząc na drabinie linowej przy prawie -10 stopniach. Więcej o tym tutaj, bo ta przygoda ma swój dedykowany wpis.
13 luty - ICE BUG Winter Trail
"6 godzin z mapą" w Gorcach. Z mapą, a także z Kasią, Filipem i Szymonem. Wariant azymutowy, bo ścieżki są dla słabych. Lecimy chorymi podejściami przez las, w kopnym śniegu, przedzierając się przez zamarznięte strumienie.
"Biegnij przed siebie, uciekaj zanim złapie Cię czas...kierunek trzymaj, z wiatrem lub pod wiatr". Jak ja kocham chodzić: na azymut, na szagę, a czasem na rympał :D (różnicę tłumaczyłem we wpisie z Rajdu IV Żywiołów).
25 luty - KrakINO: Stare i Nowe Wesele
16 Styczeń - RAJD IV ŻYWIOŁÓW
Styczeń to doskonały miesiąc na początek sezonu rowerowego, prawda? Zimowa Jura czeka na śmiałków: etapy rowerowe, etapy piesze i zadania specjalne. Przekonałem się, że naprawdę jestem ciężki i gruby...gdzieś na skale, wisząc na drabinie linowej przy prawie -10 stopniach. Więcej o tym tutaj, bo ta przygoda ma swój dedykowany wpis.
13 luty - ICE BUG Winter Trail
"6 godzin z mapą" w Gorcach. Z mapą, a także z Kasią, Filipem i Szymonem. Wariant azymutowy, bo ścieżki są dla słabych. Lecimy chorymi podejściami przez las, w kopnym śniegu, przedzierając się przez zamarznięte strumienie.
"Biegnij przed siebie, uciekaj zanim złapie Cię czas...kierunek trzymaj, z wiatrem lub pod wiatr". Jak ja kocham chodzić: na azymut, na szagę, a czasem na rympał :D (różnicę tłumaczyłem we wpisie z Rajdu IV Żywiołów).
25 luty - KrakINO: Stare i Nowe Wesele
Odkrywamy genialne krótkie marsze na orientację - w czwartkowe wieczory.
Trasa
zaawansowana to fragmenty map z lat 50-tych, fragmenty aktualne są lustrzanie
odbite lub/i przykręcone/zmodyfikowane. Ogólnie bardzo trudna nawigacja precyzyjna
plus multum punktów stowarzyszonych (podszywających się pod prawdziwe,
umieszczone zwykle bardzo blisko prawdziwych). Nie byliśmy na wszystkich
imprezach KrakINO, bo niektóre pokrywały się z dużymi rajdami, a życie to sztuka
wyboru :) Nasze pierwsze KrakINO to okolice Bronowice
(Wesele). Najlepszy fragment mapy to stara sowiecka mapa, gdzie ulice
podpisane są cyrylicą. Kawał dobrej zabawy na wieczór po pracy.
2 kwietnia - II RAJD WILCZY
Naprawdę trudny rajd przygodowy z etapami pieszymi, rowerowymi i kajakowym. Zachwyceni pierwszą edycją w marcu 2015 oraz rajdami przygodowymi "Rajd Katowice 2015" oraz "Silesia Race 2015" zapisujemy pełni młodzieńczej wiary w wielką przygodę. Przygoda będzie większa niż się spodziewamy - morderczy,
prawie 3 godzinny finisz...4 sekundy dzieliły nas od dyskwalifikacji.
Słownie "cztery sekundy", ale zdążyliśmy. Nie byłem w stanie przestać wypluwać płuc
(osławiony kaszel Generała Grievous'a) nawet kiedy mówili nam, że
wywalczyliśmy 3-cie miejsce...do dziś nie wierzę. Pełna relacja tutaj.
9 kwietnia - RAJD KATOWICE
Genialna formuła, fantastyczny klimat...i niesamowity pech. Na rozgrzewkę wbiegnięcie schodami na 30 piętro katowickiego ALTUSA, a potem...ech sami przeczytajcie. "Lepiej spalić jedno miasto niż złorzeczyć ciemnością...Corgo nie złorzeczył ciemnością. Wiele razy"
16 kwietnia- WIOSENNE KoRNO
Tydzień po wypadku. Asekuracyjnie z kolanem, rekreacyjnie i turystycznie bo w trakcie rehabilitacji...bez szaleństw, ale mimo to Basia ląduje na 3-cim miejscu w kategorii Kobiet. Innymi słowy, kontuzjowani jeździmy wolniej...ale nie aż tak wolno, aby się nie pokusić o pudło.
23 kwietnia - BIKE ORIENT 1 (Góry Świętokrzystkie)
Nadal bez szaleństw bo rehabilitacja trwa...no ale Góry Świętokrzyskie wzywają. Genialnie poprowadzona trasa, fantastyczne tereny i znowu Basia na 3-cim miejscu. Jeszcze nie wiemy, że to początek ciężkiej (ale zwycięskiej) walki o Puchar Bike Orient'u 2016.
28 kwietnia - KrakINO: Więzy Miłości
Młynówka Królewska i okolice. Znowu dopasowywanie do siebie kawałków mapy, przekształcone fragmenty i w cholerę stowarzyszy.
30 kwietnia - RUDAWSKA WYRYPA
Hardcore'owy weekend majowy czas zacząć. Na początek 24 godzinny rajd górski w moich ukochanych Rudawach Janowickich. Aśka i Robert jak zawsze w formie, jeśli chodzi przygotowanie trasy. Pełna relacja tutaj
1 maj - RAJD 360
Hardcore'owy weekend majowy trwa. Jedna z naszych największych przygód. 34 godzinny rajd: dzień - noc - dzień (bez przerwy) na butach, na rowerze i w kajaku. Dokładny opis tutaj.
7 maj - IROKEZ Miękinia
Jak Compass organizuje rajdy to wiadomo, że będzie genialna przygoda. Pełniejszy opis znajdziecie tutaj.
12 maja - KrakINO Extra: Las Wolski
Las! więc pełen azymut i biegamy w okolicach ZOO i Kopca Piłsudzkiego.
21 maj - ORIENT AKCJA (Zofiówka)
Znowu w Łódzkim (urocza miejscowość - Zofiówka). Nie udało mi się zrobić wpisu z tego rajdu, ale polecam opis Darka na jego blogu. Jest tam sporo o nas, bo rajd ten powinien mieć nazwę "W pogoni za Darkiem". Jak rasowi komandosi nie ścigaliśmy go bez sensu, ale ciągle - przewidując jego ruchy - odcinaliśmy Mu drogę na kolejnych punktach. Drugie miejsce Basi i kolejny krok w kierunku Pucharu Bike Orientu 2016.
Końcówka maja - początek czerwca: URLOP - Duszniki Zdrój
Zabrakło czasu i weny do stworzenia wpisu z tego wyjazdu. Szkoda, bo wiele się działo. Dzień w dzień na rowerze w górach.
Góry Bystrzyckie - Ścieżka Wielkiego Strachu i Strażnik Wieczności, Jagodna i Schronisko na Spalonej.
Góry Złote i Góry Bialskie - zielony szlak graniczny, Kowadło i Rudawiec, Rude Krzyże.
Masyw Śleży i Raduni + lokalna trasa DH znaleziona przypadkiem.
Masyw Śnieżnika - Śnieżnik na lekkim nielegalu i potężna wieża na Trójmorskim Wierchu.
Góry Bardzkie i Góry Złote - Kłodzka Góra, Bardo-Kalwaria i Panie Jawornik, coś Panu powiem...jesteś Wielki (niekończąca się góra)
+ Stawy Milickie i Tropiciel 19.
29 maj - TROPICIEL 19
Jedna z naszych największych przygód. Zagubieni w "Rozlewiskach Moczarki"...walcząc z czasem, zmęczeniem, bagnami (!), Wehrmachtem(!!) i Terrorystami (!!!). Więc o tej przygodzie tutaj.
4 czerwca - II SOSNOWIECKI RAJD PRZYGODOWY
Dzikie tereny Sosnowca i rajd przygodowych pełen fajnych zadań (laser room, ścianka wspinaczkowa, szarady i łamigłówki, uprzęże i liny nad rzeką, kajaki). Do tego część leśna, pełna kolejowych klimatów (tory, przepusty, nasypy). Pierwsze miejsce w kategorii par mieszanych i to mimo godzinnej kary (jak się zapomniało kąpielówek to ciężko wykonać zadanie na basenie. Nie było dodatkowych punktów za styl więc się nie pokusiłem na pływanie bez :P). Przeżyliśmy Sosnowiec, teraz nawet Radom nam nie straszny :)
18 czerwca - ORIENTEERING W CIESZYNIE
Przygodówka w Beskidzie Śląskim i po obu stronach granicy. Pełen opis tutaj...ale do dziś bawi mnie akcja z zespołem OSA OPOLE. To było naprawdę dobre, Panowie :)
25 czerwca - BIKE ORIENT 2 (TARASKA)
Ogień pustyni i spalona ziemia...licznik pokazuje 40 stopni ciepła (mamy zdjęcie!). Koła grzęzną w stopionym asfalcie, nawet lasy nie przynoszą ukojenia...a my dwa razy przez rzekę w wodzie po pas(z rowerem na plecach) bo mosty tutaj to konstrukcje deficytowe. Pustynne warunki i ostra rywalizacja - Basia kończy na 6-stym miejscu (z 17 dziewczyn na trasie długiej). Udar słoneczny gratis.
9 lipca - TROPICIEL 20
Wracamy nocą z obozu szermierczego aby dotrzeć na Tropicielu w Miasteczku Śląskim. Mamy w nogach tydzień codziennych, kilkugodzinnych treningów i niezliczoną liczbę sparingów, ale nie może nas zabraknąć na takim rajdzie. Rajd z fabułą: klimat katastrofy ekologicznej (skażenie) - świetne zadania np. zjazd na linii do jeziora, pobranie próbki wody do próbówki, zawiezienie jej do tajnego laboratorium (którego lokalizacje trzeba odgadnąć rozwiązując kilka zagadek). W laboratorium chemicy i zabawa z odczynnikami oraz "grający" licznik Geigera. Genialny pomysł - w rękawiczce ukryte elementy fluoroesencyjne. Woda z bidonu badana jedną ręką - licznik siedzi cicho, a przywieziona próbówka badana drugą ręką, w rękawiczce i licznik "gra". Były osoby które panikowały "Boże, ja to wiozłem przy ciele". Tropiciel jak zawsze doskonały...zwłaszcza, że na jednym punkcie rozdawali słodycze.
6 sierpnia - JASZCZUR: GRANICZNA WODA
Jaszczur jak MALOwany (Malo to xywa organizatora) w Puszczy Augustowskiej. Zatem w piątek po pracy wsiadamy w auto i lecimy 600 km w dzikie tereny, hen za Białymstokiem. Cały dzień leje, a my ciśniemy przez Puszczę wzdłuż Kanału Augustowskiego. Pierwszy raz komplet punktów na Jaszczurze i dodatkowo zwycięstwo w kategorii "Trasa niepiesza". Pierwszy krok ku zdobyciu Pucharu Jaszczura 2016.
Środek sierpnia - URLOP: Beskid Niski + Bieszczady
Rower non-stop. 10 rowerowych wypraw + 1 piesza na 14 dni pobytu (w końcu dojazd też zjada trochę czasu).
Podsumowanie wyjazdu, także w formie zbiorczej: tutaj.Jedno jest pewne: Lackowa uczy pokory.
27 sierpień - KoRNO PUCHAROWE
...w formie ROGAINING'u. Organizacja Rowerowa Norka, budowniczy trasy Grzegorz Liszka - no jurajski dream-team!! Punkty poukrywane, niewidoczne nawet z bliskiej odległości - trzeba dokładnie nawigować i wiedzieć dokładnie gdzie się jest - wtedy da się odnaleźć punkt. Fantastyczna sprawa - to jest to co kochamy w tej zabawie. Oczywiście nie obyło się bez ostrego finiszu na sekundy przez zamknięciem mety. Basia ląduje na 2-gim miejscu w kategorii Kobiet, tracąc do zwycięzcy tak niewiele, że łapiemy się za głowę "jak można mieć takiego pecha". Znajomi przytaczają nam rozmowę w bazie tuż przed zamknięciem mety:
- Ile do końca?
- Eee...w cholerę, przecież nie ma jeszcze Aramis'ów
- Czyli ile?
- No, ze dwie minuty...
i znowu tworzymy swoją legendę. Nie wiem czy chwalebną, ale jednak :)
10 września - MORDOWNIK
"Nie tak, nie tak, to nie tak miało być Dziewczyno, nasze plany wzięły w łeb bo kiedy pobiegłem po wino, wtedy mi zamknęli sklep" Jeden z najważniejszych rajdów w kalendarzu, plany wyrwania 3-ciego z rzędu IMMORTAL'a (medalu za zdobycie wszystkich punktów, ozdobionego napisem "Audaces fortuna iuvat").
Awaria roweru Filipa, zatrucie pokarmowe, 2 spore błędy nawigacyjne i nie udźwignięcie presji "że plan minimum to medal"...zaowocowały jednym z najsłabszym startów w tym roku. Bardzo bolesna lekcja pokory...
11 września - BIATHLON ROWEROWY
Drugi rok z rzędu. Prędkość 43 km/h, uda wyją z bólu w niemy krzyku, płuca płoną żywym ogniem, ale jak mawiali starożytni Górale: "Nie ma ch*ja na Mariolę". Nie zwalniamy! Nie odpuszczamy. Nie chybimy (przynajmniej niektórych strzałów :P)...Walczymy do końca: w trasie i na strzelnicy. Basia 4-te miejsce, ja w pierwszej dziesiątce, a były naprawdę tłumy na starcie! Nie jest źle, ale rok temu Basia miała pierwsze miejsce więc mogło być lepiej.
17 września - PIACHULEC ORIENT
Miał być Jaszczur - Ścieżka Muflona w Masywie Śnieżnika, ale Malo był kontuzjowany i nie dał rady zorganizować górskiego rajdu. W ostatniej chwili zapisujemy się zatem na Piachulec i okazuje, że rajd jest genialny zarówno pod kątem przygotowania trasy jak i organizacji. Składał się z 2 pętli: pierwsza to Lasy Wierzchosławickie" (25 stopni, pełne słońce, płasko i non-stop po lesie), druga to "Pogórza" (10 stopni, deszcz, ponad 1000 metrów przewyższenia). Przez to załamanie pogody i całkowitą zmianę charakteru trasy po pierwszej pętli, mamy wrażenie jakbyśmy byli na dwóch różnych rajdach!! Dodatkowy smaczek to pierwsze miejsce Basi!!
1 październik - ORIENT AKCJA (Głowno)
Pobudka o 2:00 w sobotę w nocy, bo o 9:00 startujemy w Głownie (kawałek za Łodzią). Piękne tereny, profesjonalna organizacja i zwycięstwo Basi!! Piękny prezent na naszą rocznicę ślubu. 100 punktów od klasyfikacji Pucharu Bike Orientu. Bezbłędna nawigacja i ostre przeloty przyniosły efekty. Jeszcze nie wiemy jak bardzo ważne będzie to zwycięstwo.
6 października - KrakINO: No to sobie polatamy
Stare lotnisko w Czyżynach i układamy "samoloty" na pasie startowym (fragmenty map miały kształt samolotów)
8 październik - BIKE ORIENT 3 (Niegowa)
Niegowa...i ulewa cały dzień. Jesienna Jura w strugach deszczu, mimo to jest cudnie. Punkty ulokowane z pięknych miejscach, wśród wapiennych skał i głęboko po lasach. Ostatnie zawody Pucharu Bike Orientu, które okazały się niezwykle trudne - w kategorii mężczyzn tylko 1 osoba zdobywa komplet punktów w czasie, a jest obecna niemal cała czołówka Pucharu. Normalnie to kilka osób bez problemów robi komplety. Basia ląduje na drugim miejscu, tuż za dziewczyną która ściga Ją w Pucharze, ale zwycięstwo na "Orient Akcji" w Głownie daje Jej wystarczający zapas punktów aby sięgnąć po PUCHAR BIKE ORIENTU 2016!! O jeden punkt w klasyfikacji generalnej, o jeden punkt...niemniej Puchar wędruje do Aramisów!
29 październik - JASZCZUR: BOJKOWSKI ŚLAD
Bieszczady i Pasmo Otrytu. "Ja tu na deszczu, wilki jakieś..." o tym przeczytacie tutaj. Podwójny sukces: zwycięstwo w tym maratonie i zwycięstwo w kategorii "niepieszej" całego Pucharu Jaszczura 2016.
11-13 listopada - MISTRZOSTWA POLSKI W NOCNYCH MARSZACH NA ORIENTACJĘ
Dwie noce w lesie. 5 etapów na Trasie Zaawansowanej. Bardzo cenna lekcja nawigacji precyzyjnej. Zobaczcie mapy, sami ocenicie czy było ciężko...nocą, w śniegu :) Mapy dostępne na stronie organizatora. Nasz trasa to oczywiście TZ (zaawansowana) :D
28 listopada - KACZAWSKA WYRYPA
Tomasz musi przeżyć...więcej o wytycznych tej misji tutaj.
Miało być jeszcze
15 grudnia: KrakINO: Coraz bliżej święta
17 grudnia: Zimowe KoRNO
ale niestety życie krzyżuje nasze plany.
Wstępny plan na 2017 to start już w styczniu od Rajdu IV Żywiołów, ale to jeszcze sporo czasu.
A jeśli ktoś nie rozumie, co nas cieszy w tej zabawie..to poniżej krótkie, zdjęciowe wyjaśnienie. Wszystko jak w weselnej przyśpiewce :)
RZEKI PRZEPŁYNĄŁEM:

GÓRY POKONAŁEM:

WIELKIM LASEM SZEDŁEM

NOCY NIE PRZESPAŁEM:

ŻEBY CIEBIE SPOTKAĆ:

W MAŁYM KĄCIE ŚWIATA:

ŻEBY Z TOBĄ ZOSTAĆ:

NA CALUTKIE LATA:

9 kwietnia - RAJD KATOWICE
Genialna formuła, fantastyczny klimat...i niesamowity pech. Na rozgrzewkę wbiegnięcie schodami na 30 piętro katowickiego ALTUSA, a potem...ech sami przeczytajcie. "Lepiej spalić jedno miasto niż złorzeczyć ciemnością...Corgo nie złorzeczył ciemnością. Wiele razy"
16 kwietnia- WIOSENNE KoRNO
Tydzień po wypadku. Asekuracyjnie z kolanem, rekreacyjnie i turystycznie bo w trakcie rehabilitacji...bez szaleństw, ale mimo to Basia ląduje na 3-cim miejscu w kategorii Kobiet. Innymi słowy, kontuzjowani jeździmy wolniej...ale nie aż tak wolno, aby się nie pokusić o pudło.
23 kwietnia - BIKE ORIENT 1 (Góry Świętokrzystkie)
Nadal bez szaleństw bo rehabilitacja trwa...no ale Góry Świętokrzyskie wzywają. Genialnie poprowadzona trasa, fantastyczne tereny i znowu Basia na 3-cim miejscu. Jeszcze nie wiemy, że to początek ciężkiej (ale zwycięskiej) walki o Puchar Bike Orient'u 2016.
28 kwietnia - KrakINO: Więzy Miłości
Młynówka Królewska i okolice. Znowu dopasowywanie do siebie kawałków mapy, przekształcone fragmenty i w cholerę stowarzyszy.
30 kwietnia - RUDAWSKA WYRYPA
Hardcore'owy weekend majowy czas zacząć. Na początek 24 godzinny rajd górski w moich ukochanych Rudawach Janowickich. Aśka i Robert jak zawsze w formie, jeśli chodzi przygotowanie trasy. Pełna relacja tutaj
1 maj - RAJD 360
Hardcore'owy weekend majowy trwa. Jedna z naszych największych przygód. 34 godzinny rajd: dzień - noc - dzień (bez przerwy) na butach, na rowerze i w kajaku. Dokładny opis tutaj.
7 maj - IROKEZ Miękinia
Jak Compass organizuje rajdy to wiadomo, że będzie genialna przygoda. Pełniejszy opis znajdziecie tutaj.
12 maja - KrakINO Extra: Las Wolski
Las! więc pełen azymut i biegamy w okolicach ZOO i Kopca Piłsudzkiego.
21 maj - ORIENT AKCJA (Zofiówka)
Znowu w Łódzkim (urocza miejscowość - Zofiówka). Nie udało mi się zrobić wpisu z tego rajdu, ale polecam opis Darka na jego blogu. Jest tam sporo o nas, bo rajd ten powinien mieć nazwę "W pogoni za Darkiem". Jak rasowi komandosi nie ścigaliśmy go bez sensu, ale ciągle - przewidując jego ruchy - odcinaliśmy Mu drogę na kolejnych punktach. Drugie miejsce Basi i kolejny krok w kierunku Pucharu Bike Orientu 2016.
Końcówka maja - początek czerwca: URLOP - Duszniki Zdrój
Zabrakło czasu i weny do stworzenia wpisu z tego wyjazdu. Szkoda, bo wiele się działo. Dzień w dzień na rowerze w górach.
Góry Bystrzyckie - Ścieżka Wielkiego Strachu i Strażnik Wieczności, Jagodna i Schronisko na Spalonej.
Góry Złote i Góry Bialskie - zielony szlak graniczny, Kowadło i Rudawiec, Rude Krzyże.
Masyw Śleży i Raduni + lokalna trasa DH znaleziona przypadkiem.
Masyw Śnieżnika - Śnieżnik na lekkim nielegalu i potężna wieża na Trójmorskim Wierchu.
Góry Bardzkie i Góry Złote - Kłodzka Góra, Bardo-Kalwaria i Panie Jawornik, coś Panu powiem...jesteś Wielki (niekończąca się góra)
+ Stawy Milickie i Tropiciel 19.
29 maj - TROPICIEL 19
Jedna z naszych największych przygód. Zagubieni w "Rozlewiskach Moczarki"...walcząc z czasem, zmęczeniem, bagnami (!), Wehrmachtem(!!) i Terrorystami (!!!). Więc o tej przygodzie tutaj.
4 czerwca - II SOSNOWIECKI RAJD PRZYGODOWY
Dzikie tereny Sosnowca i rajd przygodowych pełen fajnych zadań (laser room, ścianka wspinaczkowa, szarady i łamigłówki, uprzęże i liny nad rzeką, kajaki). Do tego część leśna, pełna kolejowych klimatów (tory, przepusty, nasypy). Pierwsze miejsce w kategorii par mieszanych i to mimo godzinnej kary (jak się zapomniało kąpielówek to ciężko wykonać zadanie na basenie. Nie było dodatkowych punktów za styl więc się nie pokusiłem na pływanie bez :P). Przeżyliśmy Sosnowiec, teraz nawet Radom nam nie straszny :)
18 czerwca - ORIENTEERING W CIESZYNIE
Przygodówka w Beskidzie Śląskim i po obu stronach granicy. Pełen opis tutaj...ale do dziś bawi mnie akcja z zespołem OSA OPOLE. To było naprawdę dobre, Panowie :)
25 czerwca - BIKE ORIENT 2 (TARASKA)
Ogień pustyni i spalona ziemia...licznik pokazuje 40 stopni ciepła (mamy zdjęcie!). Koła grzęzną w stopionym asfalcie, nawet lasy nie przynoszą ukojenia...a my dwa razy przez rzekę w wodzie po pas(z rowerem na plecach) bo mosty tutaj to konstrukcje deficytowe. Pustynne warunki i ostra rywalizacja - Basia kończy na 6-stym miejscu (z 17 dziewczyn na trasie długiej). Udar słoneczny gratis.
9 lipca - TROPICIEL 20
Wracamy nocą z obozu szermierczego aby dotrzeć na Tropicielu w Miasteczku Śląskim. Mamy w nogach tydzień codziennych, kilkugodzinnych treningów i niezliczoną liczbę sparingów, ale nie może nas zabraknąć na takim rajdzie. Rajd z fabułą: klimat katastrofy ekologicznej (skażenie) - świetne zadania np. zjazd na linii do jeziora, pobranie próbki wody do próbówki, zawiezienie jej do tajnego laboratorium (którego lokalizacje trzeba odgadnąć rozwiązując kilka zagadek). W laboratorium chemicy i zabawa z odczynnikami oraz "grający" licznik Geigera. Genialny pomysł - w rękawiczce ukryte elementy fluoroesencyjne. Woda z bidonu badana jedną ręką - licznik siedzi cicho, a przywieziona próbówka badana drugą ręką, w rękawiczce i licznik "gra". Były osoby które panikowały "Boże, ja to wiozłem przy ciele". Tropiciel jak zawsze doskonały...zwłaszcza, że na jednym punkcie rozdawali słodycze.
6 sierpnia - JASZCZUR: GRANICZNA WODA
Jaszczur jak MALOwany (Malo to xywa organizatora) w Puszczy Augustowskiej. Zatem w piątek po pracy wsiadamy w auto i lecimy 600 km w dzikie tereny, hen za Białymstokiem. Cały dzień leje, a my ciśniemy przez Puszczę wzdłuż Kanału Augustowskiego. Pierwszy raz komplet punktów na Jaszczurze i dodatkowo zwycięstwo w kategorii "Trasa niepiesza". Pierwszy krok ku zdobyciu Pucharu Jaszczura 2016.
Środek sierpnia - URLOP: Beskid Niski + Bieszczady
Rower non-stop. 10 rowerowych wypraw + 1 piesza na 14 dni pobytu (w końcu dojazd też zjada trochę czasu).
Podsumowanie wyjazdu, także w formie zbiorczej: tutaj.Jedno jest pewne: Lackowa uczy pokory.
27 sierpień - KoRNO PUCHAROWE
...w formie ROGAINING'u. Organizacja Rowerowa Norka, budowniczy trasy Grzegorz Liszka - no jurajski dream-team!! Punkty poukrywane, niewidoczne nawet z bliskiej odległości - trzeba dokładnie nawigować i wiedzieć dokładnie gdzie się jest - wtedy da się odnaleźć punkt. Fantastyczna sprawa - to jest to co kochamy w tej zabawie. Oczywiście nie obyło się bez ostrego finiszu na sekundy przez zamknięciem mety. Basia ląduje na 2-gim miejscu w kategorii Kobiet, tracąc do zwycięzcy tak niewiele, że łapiemy się za głowę "jak można mieć takiego pecha". Znajomi przytaczają nam rozmowę w bazie tuż przed zamknięciem mety:
- Ile do końca?
- Eee...w cholerę, przecież nie ma jeszcze Aramis'ów
- Czyli ile?
- No, ze dwie minuty...
i znowu tworzymy swoją legendę. Nie wiem czy chwalebną, ale jednak :)
10 września - MORDOWNIK
"Nie tak, nie tak, to nie tak miało być Dziewczyno, nasze plany wzięły w łeb bo kiedy pobiegłem po wino, wtedy mi zamknęli sklep" Jeden z najważniejszych rajdów w kalendarzu, plany wyrwania 3-ciego z rzędu IMMORTAL'a (medalu za zdobycie wszystkich punktów, ozdobionego napisem "Audaces fortuna iuvat").
Awaria roweru Filipa, zatrucie pokarmowe, 2 spore błędy nawigacyjne i nie udźwignięcie presji "że plan minimum to medal"...zaowocowały jednym z najsłabszym startów w tym roku. Bardzo bolesna lekcja pokory...
11 września - BIATHLON ROWEROWY
Drugi rok z rzędu. Prędkość 43 km/h, uda wyją z bólu w niemy krzyku, płuca płoną żywym ogniem, ale jak mawiali starożytni Górale: "Nie ma ch*ja na Mariolę". Nie zwalniamy! Nie odpuszczamy. Nie chybimy (przynajmniej niektórych strzałów :P)...Walczymy do końca: w trasie i na strzelnicy. Basia 4-te miejsce, ja w pierwszej dziesiątce, a były naprawdę tłumy na starcie! Nie jest źle, ale rok temu Basia miała pierwsze miejsce więc mogło być lepiej.
17 września - PIACHULEC ORIENT
Miał być Jaszczur - Ścieżka Muflona w Masywie Śnieżnika, ale Malo był kontuzjowany i nie dał rady zorganizować górskiego rajdu. W ostatniej chwili zapisujemy się zatem na Piachulec i okazuje, że rajd jest genialny zarówno pod kątem przygotowania trasy jak i organizacji. Składał się z 2 pętli: pierwsza to Lasy Wierzchosławickie" (25 stopni, pełne słońce, płasko i non-stop po lesie), druga to "Pogórza" (10 stopni, deszcz, ponad 1000 metrów przewyższenia). Przez to załamanie pogody i całkowitą zmianę charakteru trasy po pierwszej pętli, mamy wrażenie jakbyśmy byli na dwóch różnych rajdach!! Dodatkowy smaczek to pierwsze miejsce Basi!!
1 październik - ORIENT AKCJA (Głowno)
Pobudka o 2:00 w sobotę w nocy, bo o 9:00 startujemy w Głownie (kawałek za Łodzią). Piękne tereny, profesjonalna organizacja i zwycięstwo Basi!! Piękny prezent na naszą rocznicę ślubu. 100 punktów od klasyfikacji Pucharu Bike Orientu. Bezbłędna nawigacja i ostre przeloty przyniosły efekty. Jeszcze nie wiemy jak bardzo ważne będzie to zwycięstwo.
6 października - KrakINO: No to sobie polatamy
Stare lotnisko w Czyżynach i układamy "samoloty" na pasie startowym (fragmenty map miały kształt samolotów)
8 październik - BIKE ORIENT 3 (Niegowa)
Niegowa...i ulewa cały dzień. Jesienna Jura w strugach deszczu, mimo to jest cudnie. Punkty ulokowane z pięknych miejscach, wśród wapiennych skał i głęboko po lasach. Ostatnie zawody Pucharu Bike Orientu, które okazały się niezwykle trudne - w kategorii mężczyzn tylko 1 osoba zdobywa komplet punktów w czasie, a jest obecna niemal cała czołówka Pucharu. Normalnie to kilka osób bez problemów robi komplety. Basia ląduje na drugim miejscu, tuż za dziewczyną która ściga Ją w Pucharze, ale zwycięstwo na "Orient Akcji" w Głownie daje Jej wystarczający zapas punktów aby sięgnąć po PUCHAR BIKE ORIENTU 2016!! O jeden punkt w klasyfikacji generalnej, o jeden punkt...niemniej Puchar wędruje do Aramisów!
29 październik - JASZCZUR: BOJKOWSKI ŚLAD
Bieszczady i Pasmo Otrytu. "Ja tu na deszczu, wilki jakieś..." o tym przeczytacie tutaj. Podwójny sukces: zwycięstwo w tym maratonie i zwycięstwo w kategorii "niepieszej" całego Pucharu Jaszczura 2016.
11-13 listopada - MISTRZOSTWA POLSKI W NOCNYCH MARSZACH NA ORIENTACJĘ
Dwie noce w lesie. 5 etapów na Trasie Zaawansowanej. Bardzo cenna lekcja nawigacji precyzyjnej. Zobaczcie mapy, sami ocenicie czy było ciężko...nocą, w śniegu :) Mapy dostępne na stronie organizatora. Nasz trasa to oczywiście TZ (zaawansowana) :D
28 listopada - KACZAWSKA WYRYPA
Tomasz musi przeżyć...więcej o wytycznych tej misji tutaj.
Miało być jeszcze
15 grudnia: KrakINO: Coraz bliżej święta
17 grudnia: Zimowe KoRNO
ale niestety życie krzyżuje nasze plany.
Wstępny plan na 2017 to start już w styczniu od Rajdu IV Żywiołów, ale to jeszcze sporo czasu.
A jeśli ktoś nie rozumie, co nas cieszy w tej zabawie..to poniżej krótkie, zdjęciowe wyjaśnienie. Wszystko jak w weselnej przyśpiewce :)
RZEKI PRZEPŁYNĄŁEM:

GÓRY POKONAŁEM:

WIELKIM LASEM SZEDŁEM

NOCY NIE PRZESPAŁEM:

ŻEBY CIEBIE SPOTKAĆ:

W MAŁYM KĄCIE ŚWIATA:

ŻEBY Z TOBĄ ZOSTAĆ:

NA CALUTKIE LATA:

Kategoria Rajd, SFA
KACZAWSKA WYRYPA
-
DST
110.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 28 listopada 2016 | dodano: 02.12.2016
"Światło wzywa, Mrok musi odpowiedzieć..." jak mawiają w pewnym mrocznym mieście. Innymi słowy, Aśka i Robert przygotowali trasę tegorocznej Kaczawskiej Wyrypy, to SFA pojechać musiało. Szkoda, że nie udało się namówić Kamili i Filipa na tej wyjazd, bo wtedy pojechalibyśmy naprawdę mocną 5-osobową ekipą (gdyż dołączył do nas również Instruktor SFA z Wrocławia - Tomasz). Grupa siepaczy ze Szkoły Fechtunku ARAMIS, specjalny oddział do polowań na lu...eee...lampiony punktów kontrolnych.
No ale trudno, lecimy ekipą trzyosobową. Dla Tomka z Wrocławia to pierwszy rajd na orientacje - szacun, że na pierwsze podejście wybrał listopada i wyrypę. Chyba nie do końca wiedział co robi, ale posłuchał wszystkich naszych instrukcji i był dobrze przygotowany do rajdu...a było na co się przygotowywać. 3 stopnie i deszcz cały dzień. Znowu. Piątek piękny, niedziela piękna i słoneczna, sobota - dzień rajdu: deszcz, wiatr i zimno.
- Kochany świecie, dlaczego?
- "Because f***k you, that's why!"
- Aha, to spoko. Czyli po staremu...już się bałem, że to coś osobistego :)
Do bazy rajdu w Świerzawie przybywamy około 2:00 w nocy. Nim zgruzujemy wszystkie nasze bety i rowery na sali, jest przed 3:00 w nocy. Odprawa 5:30 więc łapiemy całe 2h snu. Szaleństwo, prawda :)
Tyle dobrze, że tym razem jedziemy na tzw. "lajcie", bez presji na wynik. To pierwszy rajd Tomka, więc będziemy uważać aby Go nie zamordować. Do tego w kategorii dziewczyn na trasie rowerowej startuje tylko Basia. Ogólnie rowerzystów oprócz nas jest jeszcze całych dwóch. Start w zasadzie bez rywalizacji i bez walki o wyniki - pudło i tak będzie.
Czuję się jak za młodego - grając w Warcraft 2 - na odprawie przed misją :D

Odprawa:
5:30. Robert prezentuje trasę TR150, a ja kończę pochłaniać 3-cią bułkę z kotletem. W TV reklamują jakieś ciasteczka, energia na cały poranek...śmiech na sali. 3 wielkie buły z kotletami to jest energia na cały poranek. No dobra, może nie na cały...w porywach do 9:00, no ale jednak to już coś.
Trasa ułożona jest w 3 pętle: A, B oraz C. Punkty A są najbliżej bazy, punkty B w średniej odległości, natomiast punkty C to najdalej położone lokacje. Do tego na mapie są jeszcze 4 dodatkowe punkty z grupy D, położone...w ch** ...olerę daleko od bazy :)
Trasa ułożona jest bardziej pod rogaining niż zwykły rajd (co nam niesamowicie odpowiada bo kochamy tą formę!), jako że nie trzeba zaliczyć wszystkich punktów ale konkretne ilości z wybranych grup. Na przykład z grupy D wystarczy tylko jeden punkt, a z grupy A należy wyhaczyć prawie wszystkie (bez jednego).
Patrzymy na mapę (są dostępne na stronie Kaczawskiej Wyrypy jak ktoś jest ciekaw) i nie ma oczywistego wariantu. Rewelacja.
Postanawiamy rozwalić problem matematycznie. Tym razem, skoro nie łapiemy wszystkich punktów, postanawiamy zastosować spirale Archimedesa, przechodząc płynie z jednej pętli w drugą. No dobra odległości między grupami A, B i C nie są takie same, więc wychodzi z tego spirala logarytmiczna - ale kto by się tam czepiał szczegółów.

Układamy trasę i 6:00 z minutami wyruszamy. Jeszcze nie pada. Niedługo będzie świtać, a my zaczynamy od...podjazdu. A jakże by inaczej. "Noc się kiedyś skończy...", ale my ciśniemy pod górę.

No ale trudno, lecimy ekipą trzyosobową. Dla Tomka z Wrocławia to pierwszy rajd na orientacje - szacun, że na pierwsze podejście wybrał listopada i wyrypę. Chyba nie do końca wiedział co robi, ale posłuchał wszystkich naszych instrukcji i był dobrze przygotowany do rajdu...a było na co się przygotowywać. 3 stopnie i deszcz cały dzień. Znowu. Piątek piękny, niedziela piękna i słoneczna, sobota - dzień rajdu: deszcz, wiatr i zimno.
- Kochany świecie, dlaczego?
- "Because f***k you, that's why!"
- Aha, to spoko. Czyli po staremu...już się bałem, że to coś osobistego :)
Do bazy rajdu w Świerzawie przybywamy około 2:00 w nocy. Nim zgruzujemy wszystkie nasze bety i rowery na sali, jest przed 3:00 w nocy. Odprawa 5:30 więc łapiemy całe 2h snu. Szaleństwo, prawda :)
Tyle dobrze, że tym razem jedziemy na tzw. "lajcie", bez presji na wynik. To pierwszy rajd Tomka, więc będziemy uważać aby Go nie zamordować. Do tego w kategorii dziewczyn na trasie rowerowej startuje tylko Basia. Ogólnie rowerzystów oprócz nas jest jeszcze całych dwóch. Start w zasadzie bez rywalizacji i bez walki o wyniki - pudło i tak będzie.
Czuję się jak za młodego - grając w Warcraft 2 - na odprawie przed misją :D

Odprawa:
5:30. Robert prezentuje trasę TR150, a ja kończę pochłaniać 3-cią bułkę z kotletem. W TV reklamują jakieś ciasteczka, energia na cały poranek...śmiech na sali. 3 wielkie buły z kotletami to jest energia na cały poranek. No dobra, może nie na cały...w porywach do 9:00, no ale jednak to już coś.
Trasa ułożona jest w 3 pętle: A, B oraz C. Punkty A są najbliżej bazy, punkty B w średniej odległości, natomiast punkty C to najdalej położone lokacje. Do tego na mapie są jeszcze 4 dodatkowe punkty z grupy D, położone...w ch** ...olerę daleko od bazy :)
Trasa ułożona jest bardziej pod rogaining niż zwykły rajd (co nam niesamowicie odpowiada bo kochamy tą formę!), jako że nie trzeba zaliczyć wszystkich punktów ale konkretne ilości z wybranych grup. Na przykład z grupy D wystarczy tylko jeden punkt, a z grupy A należy wyhaczyć prawie wszystkie (bez jednego).
Patrzymy na mapę (są dostępne na stronie Kaczawskiej Wyrypy jak ktoś jest ciekaw) i nie ma oczywistego wariantu. Rewelacja.
Postanawiamy rozwalić problem matematycznie. Tym razem, skoro nie łapiemy wszystkich punktów, postanawiamy zastosować spirale Archimedesa, przechodząc płynie z jednej pętli w drugą. No dobra odległości między grupami A, B i C nie są takie same, więc wychodzi z tego spirala logarytmiczna - ale kto by się tam czepiał szczegółów.

Układamy trasę i 6:00 z minutami wyruszamy. Jeszcze nie pada. Niedługo będzie świtać, a my zaczynamy od...podjazdu. A jakże by inaczej. "Noc się kiedyś skończy...", ale my ciśniemy pod górę.

Tuż przed świtem łapiemy pierwszy punkt. Dla Tomka to pierwszy punkt w życiu - na rowerze, bo w szermierce to zdobył już niejeden. W końcu to zawodnik z "TOP 5" Pucharu 3 Broni! Specjalista zwłaszcza od Szabli Pojedynkowej (nie bój żaby jednak, kiedyś rozłożę Cię na także na Szable...masz to już obiecane, Pacanie. Może jeszcze nie jutro, ale przyjdzie taki czas :P).
Lecimy dalej.
Śmierć w zagajniku:Lecimy dalej.
Przedzieramy się przez naszą ukochaną glinę, która lepi się do kół, amorów i ubrań. Aby nie załatwić maszyn w pierwszych godzinach rajdu, porzucamy rowery na skraju lasu i ruszamy pieszo do zagajnika...co tu się chorego odwaliło? Czaszki, kości, poroża. Jakiś drapieżnik miał uciechę i to niemałą. Widziałem za dużo gier RPG, aby wiedzieć że warto zbierać "item'y" po drodze. Zabieramy dość duże poroże, może jakiś zacny kowal za sakiewkę złota, zrobi nam z niego Kościany Miecz !!! Było by wypass, no a poza tym to ciekawa pamiątka. W najgorszym razie sprzedamy w najbliższym mieście za eliksiry witalne.
Eye of the beholder:
Przemierzamy kolejne pagóry. Docieramy do ogromnych ruin (nie ma ich na mapie). Basia porównuje z mapą topografię terenu, odmierza się z kompasem i mówi: "Punkt powinien być gdzieś....o jest". Patrzymy, czerwony punkt na horyzoncie. Gdzie ja zostawiłem teleskop, wytężam wzrok. No jest...czerwona kropka na horyzoncie. Idziemy na azymut przez błoto (ARAMISY uważają, że jak drogi nie ma, to drogę należy sobie wyrąbać, przetrzeć, oczyścić itp). Nie wiem jaka to odległość, ale na pewno grubo ponad kilometr. Podchodzimy, no jest. Wypatrzyć go z takiej odległości...ostro.
Lament Niebios:
Zaczyna się. Przychodzi bez ostrzeżenia, najpierw drobnymi kroplami a potem już na całego. Jest koło 11:00. Zaczyna się i nie przestanie już do północy. Czasem przejdzie w deszcz ze śniegiem na godzinkę, potem znowu w czysty deszcz. Jest 3 stopnie na plusie. Będzie to mieć odczuwalne skutki dla nas - czytaj będzie nam cholernie zimno w przemoczonych ciuchach...przez kilka najbliższych godzin.

Buntownik (be)z wyboru
Pierwszy bunt w Tomku rodzi się po 5h drogi (drugi po 10h, a potem jeszcze ze dwa z większą częstotliwością). Za każdym razem karmimy go, ubieramy w cokolwiek w miarę suchego jeśli coś takiego jest jeszcze w plecaku i...każemy jechać dalej. Do północy jest sporo czasu. Przecież nie będziemy zjeżdżać z trasy o 16:00 czy 20:00. Tomek jest niepocieszony, ale nie ma wyboru i jedzie z nami do końca. W niedzielę podziękuje nam, że nie pozwoliliśmy Mu odpuścić, ale gdy zmuszamy Go do dalszej jazdy nie jest tym zachwycony :)
Zerwany łańcuch
Leje niemiłosiernie. Jesteśmy przemoczeni, zmarznięci ale twardo lecimy na kolejne punkty...nagle TRACH...i nie mam łańcucha na korbie. Rewelacja...Wyciągamy narzędzia i zaczynamy naprawę. Wybicie sworznia to nie jest problem, ale założenie spinki zgrabiałymi palcami, w lejącym deszczu, w świetle czołówki chwile nam zajmuje. Do tego nie ruszając się przez dłuższy czas marzniemy jeszcze bardziej. Udało się - łańcuch spięty, można jechać dalej. Po rajdzie jednak łańcuch będzie do wymiany, ponieważ "łączony" jest już w 3-cim miejscu. Swoje przeżył w tym roku. To było drugie "łatanie" w ciemności - pierwsze nastąpiło w kwietniu, o 5:30 rano, w śniegu pod Baranią Górą w Beskidzie Śląskim. Obecnie to już nie łańcuch, ale raczej zbiór luźno połączonych odcinków :)
Leje niemiłosiernie. Jesteśmy przemoczeni, zmarznięci ale twardo lecimy na kolejne punkty...nagle TRACH...i nie mam łańcucha na korbie. Rewelacja...Wyciągamy narzędzia i zaczynamy naprawę. Wybicie sworznia to nie jest problem, ale założenie spinki zgrabiałymi palcami, w lejącym deszczu, w świetle czołówki chwile nam zajmuje. Do tego nie ruszając się przez dłuższy czas marzniemy jeszcze bardziej. Udało się - łańcuch spięty, można jechać dalej. Po rajdzie jednak łańcuch będzie do wymiany, ponieważ "łączony" jest już w 3-cim miejscu. Swoje przeżył w tym roku. To było drugie "łatanie" w ciemności - pierwsze nastąpiło w kwietniu, o 5:30 rano, w śniegu pod Baranią Górą w Beskidzie Śląskim. Obecnie to już nie łańcuch, ale raczej zbiór luźno połączonych odcinków :)

Co z tym słońcem?
Spotykamy trochę zagubionego piechura. Pytamy jak Mu pomóc, a On na to, że nie rozumie rozświetleń. Dziwi nas to, bo rozświetlenia punktów bardzo pomagają. Pokazuje z czym ma problem - np. tutaj, jakaś ścieżka i słoneczko?
Jakie słoneczko? O czym On mówi...patrzymy. Piktogramy. Oznaczenie skarpy. Kolega nie zna piktogramów i dla Niego to dziwne rysuneczki, a nie ułatwienia. Tłumaczymy Mu co i jak, następnie kierujemy Go na najbliższy punkt. W bazie spotkamy się ponownie i będzie nam dziękował za pomoc na trasie.

ABC pierwszej pomocy (hipotermia)
Tomek protestuje coraz ostrzej, rodzi się w Nim kolejny bunt. Zaczyna brakować oddziałów gwardii do tłumienia kolejnych zamieszek i powstań. Trochę nie dziwię Mu się, pierwszy raz na rajdzie ever...ciemno, zimno, leje od ponad 10 godzin nieprzerwanie. Jest przemarznięty i ma dość. Nie chce z nami jechać na punkt D. Rozdzielamy się: Tomek dekuje się w sklepie spożywczym ABC, w cieple i będzie na nas czekał. My wyruszamy po punkt D.
Jak wszystkie punkty tego rajdu szły nam prawie jak po sznurku, to tego punktu D szukamy ponad 0,5 godziny, chodząc po zboczu, w środku lasu, wokół ogromnej skały. Udaje się go w końcu znaleźć, ale wraz z dojazdem zajęło nam to ponad godzinę.
Niemniej pobyt w cieple i fakt, że polar zdołał Mu w miarę wyschnąć, napełnia Tomka nowymi siłami i dokończy z nami rajd bez większych protestów już :)
Do bazy zjeżdżamy po 23:00, przemoczeni do suchej nitki, ale zadowoleni z przygody. Zrobiliśmy 110 km z planowanych 150. Jadąc na wynik zrobilibyśmy więcej, ale tym razem mieliśmy inne cele - przeczytajcie w odprawie misji :)
Cel drugi udało się zrealizować w pełni!
Spotykamy trochę zagubionego piechura. Pytamy jak Mu pomóc, a On na to, że nie rozumie rozświetleń. Dziwi nas to, bo rozświetlenia punktów bardzo pomagają. Pokazuje z czym ma problem - np. tutaj, jakaś ścieżka i słoneczko?
Jakie słoneczko? O czym On mówi...patrzymy. Piktogramy. Oznaczenie skarpy. Kolega nie zna piktogramów i dla Niego to dziwne rysuneczki, a nie ułatwienia. Tłumaczymy Mu co i jak, następnie kierujemy Go na najbliższy punkt. W bazie spotkamy się ponownie i będzie nam dziękował za pomoc na trasie.

ABC pierwszej pomocy (hipotermia)
Tomek protestuje coraz ostrzej, rodzi się w Nim kolejny bunt. Zaczyna brakować oddziałów gwardii do tłumienia kolejnych zamieszek i powstań. Trochę nie dziwię Mu się, pierwszy raz na rajdzie ever...ciemno, zimno, leje od ponad 10 godzin nieprzerwanie. Jest przemarznięty i ma dość. Nie chce z nami jechać na punkt D. Rozdzielamy się: Tomek dekuje się w sklepie spożywczym ABC, w cieple i będzie na nas czekał. My wyruszamy po punkt D.
Jak wszystkie punkty tego rajdu szły nam prawie jak po sznurku, to tego punktu D szukamy ponad 0,5 godziny, chodząc po zboczu, w środku lasu, wokół ogromnej skały. Udaje się go w końcu znaleźć, ale wraz z dojazdem zajęło nam to ponad godzinę.
Niemniej pobyt w cieple i fakt, że polar zdołał Mu w miarę wyschnąć, napełnia Tomka nowymi siłami i dokończy z nami rajd bez większych protestów już :)
Do bazy zjeżdżamy po 23:00, przemoczeni do suchej nitki, ale zadowoleni z przygody. Zrobiliśmy 110 km z planowanych 150. Jadąc na wynik zrobilibyśmy więcej, ale tym razem mieliśmy inne cele - przeczytajcie w odprawie misji :)
Cel drugi udało się zrealizować w pełni!
Kategoria Rajd, SFA
JASZCZUR w Paśmie Otrytu
-
DST
70.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 29 października 2016 | dodano: 31.10.2016
Jaszczur - Bojkowski Ślad zapowiadał się jak niezła wyrypa. Baza w Chacie Socjologa, schronisku bez prądu, bez bieżącej wody, gdzieś pośród otryckich lasów. Noc przy świecach w Chacie Socjopa....eee loga, co złego może się wydarzyć? Mam przeczucie, że kręcić tu będą całkiem niezły slasher o głupich turystach i chyba wygraliśmy casting do roli ofiar :)
Niestety obowiązki Krakowie trzymają nas w Krakowie w piątek do 21:00. Oznacza to, że w Bieszczady dotrzemy planowo między 1:00 - 2:00 w nocy. Nie uśmiecha nam się dymać z 4 plecakami (rowerowy + bety do spania / na głowę) nocą przez las, dlatego łapiemy nocleg na dole - w Zatwarnicy, koło 10 km od Dwernika, z którego wychodzi niebieski szlak do Chaty. W praktyce do Zatwarnicy docieramy o 2:30 bo nasz GPS wymyślił sobie bardzo ciekawy skrót. Nie chcą jechać leśną drogą (na której są zakazy!) muszę nadrobić około 30 km.
Gdy finalnie docieramy do miejsca zakwaterowania, ekspresem kładziemy się spać bo o 8:00 następnego dnia trzeba wyruszyć.
Poranek wita nas deszczem. Doskonale... Ubieramy się hydro-fobowo i ruszamy. Postanawiamy skrócić sobie drogę do schroniska, startując nie z Dwernika ale z Chmiela. Do końca asfaltu i potem ścieżką dydaktyczną do Chaty. Koniec asfaltu się zgadza, ścieżka dydaktyczna już nie do końca. Jeszcze się rajd nie zaczął a my już z kompasem wprowadzamy poprawki i dwukrotnie musimy się cofnąć do innej drogi. Leje nieprzeciętnie...droga jest rozjeżdżona przez "porywaczy drewna" więc od początku brodzimy w błocie. Mimo wodoodpornych ciuchów, jesteśmy mokrzy. Do tego podejście nas strasznie zmęczyło - nie jest do dobry znak przed startem. Najgorsza jest myśl, że gdziekolwiek nie pojedziemy to będziemy musieli wrócić do bazy "na metę". Finalnie docieramy do Chaty i mamy na wejściu 400 m przewyższenia.
Niestety obowiązki Krakowie trzymają nas w Krakowie w piątek do 21:00. Oznacza to, że w Bieszczady dotrzemy planowo między 1:00 - 2:00 w nocy. Nie uśmiecha nam się dymać z 4 plecakami (rowerowy + bety do spania / na głowę) nocą przez las, dlatego łapiemy nocleg na dole - w Zatwarnicy, koło 10 km od Dwernika, z którego wychodzi niebieski szlak do Chaty. W praktyce do Zatwarnicy docieramy o 2:30 bo nasz GPS wymyślił sobie bardzo ciekawy skrót. Nie chcą jechać leśną drogą (na której są zakazy!) muszę nadrobić około 30 km.
Gdy finalnie docieramy do miejsca zakwaterowania, ekspresem kładziemy się spać bo o 8:00 następnego dnia trzeba wyruszyć.
Poranek wita nas deszczem. Doskonale... Ubieramy się hydro-fobowo i ruszamy. Postanawiamy skrócić sobie drogę do schroniska, startując nie z Dwernika ale z Chmiela. Do końca asfaltu i potem ścieżką dydaktyczną do Chaty. Koniec asfaltu się zgadza, ścieżka dydaktyczna już nie do końca. Jeszcze się rajd nie zaczął a my już z kompasem wprowadzamy poprawki i dwukrotnie musimy się cofnąć do innej drogi. Leje nieprzeciętnie...droga jest rozjeżdżona przez "porywaczy drewna" więc od początku brodzimy w błocie. Mimo wodoodpornych ciuchów, jesteśmy mokrzy. Do tego podejście nas strasznie zmęczyło - nie jest do dobry znak przed startem. Najgorsza jest myśl, że gdziekolwiek nie pojedziemy to będziemy musieli wrócić do bazy "na metę". Finalnie docieramy do Chaty i mamy na wejściu 400 m przewyższenia.

BAZA:
Malo wita nas w Chacie. Część zawodników jest już w trasie (TP50), a my dostajemy naszą mapę.
Oczywiście muszą być lidary i dziwne przekształcenia, bo inaczej Jaszczur nie byłby Jaszczurem. Są także pousuwane fragmenty, które trzeba dopasować a na trasie czają się na nas punkty stowarzyszone. Kwintesencja jaszczurowatości.
Ponad pół godziny schodzi nam na zaplanowaniu wstępnego szkicu trasy. Mapa nie ma żadnych szlaków, nie ma większości dróg, część punktów wisi głęboko w terenie, a na mapie nie ma żadnej opcji dojścia nawet w ich szeroko rozumiane okolice.
Malo wita nas w Chacie. Część zawodników jest już w trasie (TP50), a my dostajemy naszą mapę.
Oczywiście muszą być lidary i dziwne przekształcenia, bo inaczej Jaszczur nie byłby Jaszczurem. Są także pousuwane fragmenty, które trzeba dopasować a na trasie czają się na nas punkty stowarzyszone. Kwintesencja jaszczurowatości.
Ponad pół godziny schodzi nam na zaplanowaniu wstępnego szkicu trasy. Mapa nie ma żadnych szlaków, nie ma większości dróg, część punktów wisi głęboko w terenie, a na mapie nie ma żadnej opcji dojścia nawet w ich szeroko rozumiane okolice.

Ta linia, która niby przechodzi przez 29 i 28 oraz lidary (B iC) to nie jest droga. To jakaś granica - rezerwatu, parku, nie wiemy, nie jest to napisane :)
Cóż zrobić, ruszamy...
PASMO OTRYTU
Wyjście z chaty jest traumatyczne. Jesteśmy mokrzy, a na zewnątrz jest 3 stopnie i wieje. Zaczyna nas telepać, próbujemy się rozgrzać jazdą ale niewiele to daje. Rowery są mokre i zimne, siadanie w wilgotnych spodniach na mokrym siodełku...doznania jak na jakimś dobrym bdsm party :)
Ruszamy niebieskim szlakiem - wygląda że prowadzi przez środek pasma, więc tak jak chcemy iść. Szybko łapiemy pierwszy lidar - w bazie się okaże, że zaczęliśmy od stowarzysza. Dobry początek, ale nie będzie to nasz ostatni stowarzysz dzisiaj (Na Jaszczurze punkty są za 100 pkt przeliczeniowych, a stowarzysze za 60 pkt - więc nie ma tragedii). Ruszamy dalej i wtedy zaczyna pomału wychodzić słońce. Jak normalnie ukrywam się przez nim pod drzewami, tym razem wychodzę z cienia i "wygrzewam" się w jego promieniach. W mokrych ciuchach 6 stopni ciepła jest lepsze niż 3. Ilość słońca dupy nie urywa...ale zawsze ją lekko ogrzeje :)

Trzymamy się niebieskiego szlaku i łapiemy okoliczne lidary, na których punkty poukrywane są w wąwozach, na skarpach i w krzakach.
W pewnym momencie niebieski nas opuszcza odbijając na jakąś drogę, a my kierujemy się nadal na północy zachód. Bardzo intryguje mnie punkt 27, którego opis to "Wielkość zwierciadła".
Mój chory umysł już widzi, na co możemy się natknąć.
Cóż zrobić, ruszamy...
PASMO OTRYTU
Wyjście z chaty jest traumatyczne. Jesteśmy mokrzy, a na zewnątrz jest 3 stopnie i wieje. Zaczyna nas telepać, próbujemy się rozgrzać jazdą ale niewiele to daje. Rowery są mokre i zimne, siadanie w wilgotnych spodniach na mokrym siodełku...doznania jak na jakimś dobrym bdsm party :)
Ruszamy niebieskim szlakiem - wygląda że prowadzi przez środek pasma, więc tak jak chcemy iść. Szybko łapiemy pierwszy lidar - w bazie się okaże, że zaczęliśmy od stowarzysza. Dobry początek, ale nie będzie to nasz ostatni stowarzysz dzisiaj (Na Jaszczurze punkty są za 100 pkt przeliczeniowych, a stowarzysze za 60 pkt - więc nie ma tragedii). Ruszamy dalej i wtedy zaczyna pomału wychodzić słońce. Jak normalnie ukrywam się przez nim pod drzewami, tym razem wychodzę z cienia i "wygrzewam" się w jego promieniach. W mokrych ciuchach 6 stopni ciepła jest lepsze niż 3. Ilość słońca dupy nie urywa...ale zawsze ją lekko ogrzeje :)

Trzymamy się niebieskiego szlaku i łapiemy okoliczne lidary, na których punkty poukrywane są w wąwozach, na skarpach i w krzakach.
W pewnym momencie niebieski nas opuszcza odbijając na jakąś drogę, a my kierujemy się nadal na północy zachód. Bardzo intryguje mnie punkt 27, którego opis to "Wielkość zwierciadła".
Mój chory umysł już widzi, na co możemy się natknąć.
Kto to pamięta, musiał mieć szczęśliwe dzieciństwo. To miejsce, nieśmiertelny Kościotrup i Sekatory przerażały mnie jako dzieciaka.
Po nocach mi się śniły, a teraz wędruje przez pusty las (nikogo, absolutnie nikogo na szlaku) i mam spotkać ZWIERCIADŁO. Psycha tworzy własne scenariusze.
Btw, pamiętacie na level'u 6-stym tego grubego strażnika, który był wyśmienitym szermierzem. Jakieś prorocze przepowiednie? :) :) :)

Mierzymy wielkość zwierciadła, ale nie jest to dla mnie proste bo mój chory matematycznie umysł słyszy głos: "jako odpowiedź wpisz średnicę", "nie, nie, na pewno chodzi o pole. Licz", "Panowie, wystarczy promień. On najlepiej charakteryzuje koło" :)
RUINY, CMENTARZE i ROPA
Ciśniemy dalej, ale dzień pomału zaczyna się kończyć. Jest jeszcze jasno, ale zostało nam jakieś 2h dnia. Łapiemy po drodze kolejne punkty i zjeżdżamy czymś co kiedyś było ścieżką w stronę Soliny. Gdy docieramy do drogi, jest 19:00 i robi się już ciemno. Zrobiło się także bardzo zimno, zaczyna na nowo padać deszcz...który z czasem przejdzie w deszcz ze śniegiem.
Przedzieramy się przez jakieś pola aż do cmentarza i potem dalej do kaplicy na wzgórzu. Znowu jesteśmy cali w błocie, ale dotarliśmy do najdalej na północ położonych punktów. Zaczynamy wracać...jest prawie 20:00, do limitu mamy 4 godziny. Trochę mało, patrząc że mamy do powrotu całe pasmo Otrytu i ponowne podejście do Chaty Socjologa.
Ruszamy na południe, po punkty związane z wydobywaniem ropy. Należy odczytać z którego rurociągu, ropa wylewał się bezpośrednio do Sanu. Przy okazji zapoznajemy się również z arcyciekawą historią tych terenów, zwłaszcza z okresy II wojny światowej, gdy (aby uniknąć bombardowania i późniejszego pożaru magazynów ropy) ropa została wylana do Sanu. 3 dni trwało opróżnianie zbiorników, a ludzie łapali płynącą ropę w każde możliwe naczynie, w ostatniej fazie nawet do maselniczek.
Zaliczamy (jak się potem okaże - stowarzysze) 3 punkty na Lini Obowiązkowego Przejścia. Wąwóz jest piękny, ale co zaniosło tam organizatora? Kto włazi w takiej rzeczy z własnej woli? Wąwóz z dość dużym potokiem, stromy i kamienisty...a my dymamy pod górę z rowerami. Zdjęcie to nasze zejście w dół.

RUINY, CMENTARZE i ROPA
Ciśniemy dalej, ale dzień pomału zaczyna się kończyć. Jest jeszcze jasno, ale zostało nam jakieś 2h dnia. Łapiemy po drodze kolejne punkty i zjeżdżamy czymś co kiedyś było ścieżką w stronę Soliny. Gdy docieramy do drogi, jest 19:00 i robi się już ciemno. Zrobiło się także bardzo zimno, zaczyna na nowo padać deszcz...który z czasem przejdzie w deszcz ze śniegiem.
Przedzieramy się przez jakieś pola aż do cmentarza i potem dalej do kaplicy na wzgórzu. Znowu jesteśmy cali w błocie, ale dotarliśmy do najdalej na północ położonych punktów. Zaczynamy wracać...jest prawie 20:00, do limitu mamy 4 godziny. Trochę mało, patrząc że mamy do powrotu całe pasmo Otrytu i ponowne podejście do Chaty Socjologa.
Ruszamy na południe, po punkty związane z wydobywaniem ropy. Należy odczytać z którego rurociągu, ropa wylewał się bezpośrednio do Sanu. Przy okazji zapoznajemy się również z arcyciekawą historią tych terenów, zwłaszcza z okresy II wojny światowej, gdy (aby uniknąć bombardowania i późniejszego pożaru magazynów ropy) ropa została wylana do Sanu. 3 dni trwało opróżnianie zbiorników, a ludzie łapali płynącą ropę w każde możliwe naczynie, w ostatniej fazie nawet do maselniczek.
Zaliczamy (jak się potem okaże - stowarzysze) 3 punkty na Lini Obowiązkowego Przejścia. Wąwóz jest piękny, ale co zaniosło tam organizatora? Kto włazi w takiej rzeczy z własnej woli? Wąwóz z dość dużym potokiem, stromy i kamienisty...a my dymamy pod górę z rowerami. Zdjęcie to nasze zejście w dół.

"Wieczny" SLEEPMONSTER
W Górach Bystrzyckich znajduje się niesamowicie ciekawy pomnik - figura "Strażnika Wieczności". "Wiecznością" nazywana jest droga przez te góry, o długości około 7km - prosta jak strzała, bez zakrętów, bez odbić, bez punktów widokowych, po prostu na wprost przez las. W paśmie Otrytu znajdujemy podobna drogę - ma wszakże sporo zakrętów, ale wije się prze 14 km. Lekko, a miejscami nawet dość ostro pod górę, bez żadnych odbić, innych niż leśne ścieżki. Musimy ją pokonać. Idzie to strasznie wolno. Jedziemy czasem 7-8 km/h ze względu na zmęczenie i podjazd. Czas płynie, a droga zdaje się nie kończyć. Do tego dorywa mnie Sleepmonster...czuć zarwaną noc z piątku na sobotę. Przysypiam i kręcę pod górę (lub pcham). Jest po 21:00, ciemno, pada deszcz a drogi nie ubywa. Najgorsze, że gdy już ją przejdziemy, to będziemy przechodzić obok naszego miejsca noclegu w Zatwarnicy. Trzeba minąć ciepłe i przytulne miejsce, pojechać te kolejnych 10 km do Dwernika i potem niebieskim szlakiem przez godzinę pchać do bazy. Psychicznie to masakra...najchętniej został bym w Zatwarnicy, no ale kurde wtedy nie zaliczymy rajdu. Trzeba się zmobilizować, a ze Sleepmonsterem na karku to bardzo trudne.
W pewnym sensie pomaga śnieg, robi się bardzo "rześko". Otrzeźwia mnie to niemal w jeden chwili i...jeszcze bardziej kusi aby zjechać do Zatwarnicy. Zmuszamy się jednak jechać dalej i mijamy nasz "domek". Łapiemy ostatnie punkty po drodze i jedziemy do Dwernika.
W pewnym sensie pomaga śnieg, robi się bardzo "rześko". Otrzeźwia mnie to niemal w jeden chwili i...jeszcze bardziej kusi aby zjechać do Zatwarnicy. Zmuszamy się jednak jechać dalej i mijamy nasz "domek". Łapiemy ostatnie punkty po drodze i jedziemy do Dwernika.
KRYJÓWKA
Ostatnia prosta do bazy...szkoda, że to ponad godzina pchania po błocie pod górę. Jest 23:00, mamy godzinę i 15 minut do limitu. Próbujemy wdrapać się do Chaty. Błoto jest nieprzeciętne. Miejscami pcham rower za kierownicę, a rower stoi w miejscu...to nogi jadą w tył. Zakopujemy się po kostki. Jest stromo, a my jesteśmy już wykończeni...
Braknie nam czasu, nie zmieścimy się w limicie. Nie ma szans się przedrzeć z rowerami na szczyt bez spóźnienia. Podejmujemy decyzję o ukryciu rowerów. Schodzimy ze szlaku w głęboki wąwóz i ukrywamy rowery za wykrotem. Jest ciemna noc, nawet świecąc latarką ze szlaku nie ma szans ich zobaczyć. Resztę drogi robimy pieszo. Docieramy do bazy na 5 minut przed limitem. Wykończeni...
Braknie nam czasu, nie zmieścimy się w limicie. Nie ma szans się przedrzeć z rowerami na szczyt bez spóźnienia. Podejmujemy decyzję o ukryciu rowerów. Schodzimy ze szlaku w głęboki wąwóz i ukrywamy rowery za wykrotem. Jest ciemna noc, nawet świecąc latarką ze szlaku nie ma szans ich zobaczyć. Resztę drogi robimy pieszo. Docieramy do bazy na 5 minut przed limitem. Wykończeni...

W Chacie impreza przy świecach. Gitara, bębny i śpiewy. Oddajemy kartę i posilamy się gęstą zupą. Jest grubo po północy. Zaliczyliśmy liczbowo 24 pkt z 32. Jednak będziemy mieć odjęte punkty za stowarzysze - cóż zrobić :)
"JA TU NA DESZCZU, WILKI JAKIEŚ..."
Odpoczywamy chwilę i przebieramy się w najbardziej suche ciuchy jakie mamy. Czeka nas jeszcze droga z powrotem do Zatwarnicy. Wyruszamy za Chaty przed 2:00 w nocy i schodzimy z buta przez nocny las. Wracamy do kryjówki i bierzemy nasze maszyny. Pozostało ponownie przedrzeć się przez ocean błota w dolnej części szlaku i potem 10 km drogą.
Zjeżdżamy w dół i wyglądamy jak błotne bałwany. Docieramy do Dwernika i ruszamy.
Na drodze przez las spotykamy...wilki! 4 sztuki. Jestem gotowy odpalić blat i lecieć jak finisz na Rajdzie Wilczym (zjawiskowe nie? :P), ale szczęśliwie poznały szermierzy z Szkoły Fechtunku ARAMIS i schodzą nam z drogi. Obserwują nas z pobocza i mijamy się z obustronnym szacunkiem. Sleepmonster? Co to jest sleepmonster? Adrenalina działa cuda :)
Do miejsca zakwaterowania docieramy około wpół do czwartej (na czas letni).
Odpoczywamy chwilę i przebieramy się w najbardziej suche ciuchy jakie mamy. Czeka nas jeszcze droga z powrotem do Zatwarnicy. Wyruszamy za Chaty przed 2:00 w nocy i schodzimy z buta przez nocny las. Wracamy do kryjówki i bierzemy nasze maszyny. Pozostało ponownie przedrzeć się przez ocean błota w dolnej części szlaku i potem 10 km drogą.
Zjeżdżamy w dół i wyglądamy jak błotne bałwany. Docieramy do Dwernika i ruszamy.
Na drodze przez las spotykamy...wilki! 4 sztuki. Jestem gotowy odpalić blat i lecieć jak finisz na Rajdzie Wilczym (zjawiskowe nie? :P), ale szczęśliwie poznały szermierzy z Szkoły Fechtunku ARAMIS i schodzą nam z drogi. Obserwują nas z pobocza i mijamy się z obustronnym szacunkiem. Sleepmonster? Co to jest sleepmonster? Adrenalina działa cuda :)
Do miejsca zakwaterowania docieramy około wpół do czwartej (na czas letni).

Idziemy spać...po dwóch niemal całkowicie zarwanych nocach zasypiamy w mgnieniu oka.
Przy powrocie zatrzymamy się na myjni i spowodujemy niezła konsternację dla obsługi.
"Państwo tu będą pranie robić?" ale jak zobaczyli jak wyglądają buty i rowery, to pytania się skończyły.
Przy powrocie zatrzymamy się na myjni i spowodujemy niezła konsternację dla obsługi.
"Państwo tu będą pranie robić?" ale jak zobaczyli jak wyglądają buty i rowery, to pytania się skończyły.


Kategoria Rajd, SFA
Urlop BESKID NISKI + BIESZCZADY
-
DST
402.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 20 sierpnia 2016 | dodano: 01.09.2016
Wpis zbiorczy z całego urlopu, bo nie sposób opisać każdej wycieczki. W sumie prawie cały urlop spędziliśmy na rowerach w górach, jeżdżąc po dzikich szlakach (lub poza nimi) Beskidu Niskiego oraz Bieszczad. Jednym z założeń było przejechanie dużej części szlaku granicznego (PL - niebieski, SL - czerwony), biegnącego górami. Poniżej krótkie podsumowanie wycieczek...ciekawe jest to, że z tych 402 km około 20 było po asfalcie. Reszta to las. Nieraz rower się pchało, niosło, nieraz także znosiło gdy skill nie pozwalał na zjazd.
Informacyjnie: jeśli nazwa jest w nawiasie, oznacza to wioski nieistniejące/wysiedlone.
Wyprawa nr 1 (W poszukiwaniu ropy i koników, meandrując między burzami):
Kombornia - Rezerwat "Prządki" - Odrzykoń - Pasmo Królewskiej Góry (554 m) - Rzepnik - "Tajwan" - Pasmo Suchej Góry (585 m) - Kombornia
Wyprawa nr 2 (Lackowa najstromszym możliwym podejściem...YEAH !!!)
Hańczowa - Ropki - Przełęcz Prehyba (820 m) - (Bieliczna) - Izby - Przełęcz Beskid nad Izbami - Szlak Graniczny cz. 1: Lackowa (997 m) - Przełęcz Pułaskiego (743 m) - Ostry Wierch (938 m) - Święta Góra JAWOR (723 m) - Hrb - Blechnarka - Wysowa - Hańczowa

Wyprawa nr 3 (Góry, cmentarze i cerkwie)
Przełęcz Małastowska (604 m) - Magura Małastowska (813 m) - Bielanka - Łosie - Pieniny Gorlickie - Klimkówka - Flasza (663) - Pasmo Suchej Homoli (712 m) - Uście Gorlickie - Kwiatoń - Gładyszów - Banica - Wierch Wirchne (635 m) - Przełęcz Małastowska
Wyprawa nr 4: (-Ja, widząc pionowe podejście na Wysoki Groń: TO ON? -Wysoki Groń: TO JA!)
Komańcza - Duszatyn - Jeziorka Duszatyńskie (683 m) - Chryszczata (997 m) - Przełęcz Żebrak (825 m) - Wola Michowa - (Balnica) - Szlak Graniczny cz. 2: Balnica (705 m) - Rydoszowa (880 m) - Gmyszów Wierch (876 m) - Wierch nad Łazem (857 m) - Wysoki Groń (905 m) - Głęboki Wierch (689 m) - Nowy Łupków - Komańcza
Wyprawa nr 5: (nocny koncert w Radocynie - Dom o Zielonych Progach i śpiewamy "Gór mi mało")
Gładyszów - Jasionka - Radocyna - Konieczna - Szlak Graniczny cz. 3: Przełęcz Beskidek (556 m) - Beskid Wilusia (691 m) - Panski Vrch (617 m) - Przełęcz pod Zajęczym Wierchem (566 m) - (Radocyna) - Radocyna - Gładyszów
Wyprawa nr 6 (czyli od Balnicy w drugą stronę, aż na Jasło):
Cisna (Przełęcz Przysłup) - Szlak Graniczny cz 4: Balnica (705 m) - Czerenin (928 m) - Stryb (1011 m) - Sinkowa (995 m) - Rypi Wierch (1003 m) - Przełęcz nad Roztokami - Okrąglik (1101 m) - Jasło (1153 m) - Smerek - tor dawnej kolejki wąskotorowej - Majdan - Żubracze - Cisna (Przełęcz Przysłup)

Wyprawa 7 (w mega deszczu, a miało w Lutowiskach nie padać...)
Lutowiska - Pasmo Otrytu - Lutowiska
Wyprawa 8 - (30 km spacer z rowerem bo przejezdność trasy 10-15%: wiatrołomy, żleby skalne, chore nachylenia) :D
Cisna - Łopiennik (1069 m) - Durna (979 m) - Berdo (890 m) - Cisna
Wyprawa 9 (Korbania o zmierzchu plus walka z mega błotem)
Cisna - Rezerwat "Sine Wiry" - (Zawój) - (Łuh) - (Polanka) - Bukowiec - Korbania (894 m) - Przełęcz Hyrcza (697 m) - (Tyskowa) - (Łopienka) - Cisna

Wyprawa 10 (Zakochani w widoku z Jasła i Fereczata na pożegnanie Bieszczad)
Cisna - Majdan - Różki (943 m) - Małe Jasło (1102) - Szczawnik (1098 m) - Jasło (1153) - Okrąglik (1101 m) - Fereczata (1102 m) - tor dawnej kolejki wąskotorowej - Majdan - Cisna
+ dwie krótsze eskapady piesze.
Dzienna dawka przewyższeń, tak średnio to koło 1200 m podjazdów/podpychów/wynoszeń, więc teraz przydałby się urlop dla poratowania zdrowia :D
Pogodowo rewelacja bo padało nam cały 1 dzień, acz zdarzały się i takie ścieżki:
BONUS:
Na samo zakończenie urlopu dowaliliśmy sobie jeszcze KORNO na Jurze bo to wstyd nie być u Moniki i Tomka na rajdzie :)
Informacyjnie: jeśli nazwa jest w nawiasie, oznacza to wioski nieistniejące/wysiedlone.
Wyprawa nr 1 (W poszukiwaniu ropy i koników, meandrując między burzami):
Kombornia - Rezerwat "Prządki" - Odrzykoń - Pasmo Królewskiej Góry (554 m) - Rzepnik - "Tajwan" - Pasmo Suchej Góry (585 m) - Kombornia
Wyprawa nr 2 (Lackowa najstromszym możliwym podejściem...YEAH !!!)
Hańczowa - Ropki - Przełęcz Prehyba (820 m) - (Bieliczna) - Izby - Przełęcz Beskid nad Izbami - Szlak Graniczny cz. 1: Lackowa (997 m) - Przełęcz Pułaskiego (743 m) - Ostry Wierch (938 m) - Święta Góra JAWOR (723 m) - Hrb - Blechnarka - Wysowa - Hańczowa

Wyprawa nr 3 (Góry, cmentarze i cerkwie)
Przełęcz Małastowska (604 m) - Magura Małastowska (813 m) - Bielanka - Łosie - Pieniny Gorlickie - Klimkówka - Flasza (663) - Pasmo Suchej Homoli (712 m) - Uście Gorlickie - Kwiatoń - Gładyszów - Banica - Wierch Wirchne (635 m) - Przełęcz Małastowska
Wyprawa nr 4: (-Ja, widząc pionowe podejście na Wysoki Groń: TO ON? -Wysoki Groń: TO JA!)
Komańcza - Duszatyn - Jeziorka Duszatyńskie (683 m) - Chryszczata (997 m) - Przełęcz Żebrak (825 m) - Wola Michowa - (Balnica) - Szlak Graniczny cz. 2: Balnica (705 m) - Rydoszowa (880 m) - Gmyszów Wierch (876 m) - Wierch nad Łazem (857 m) - Wysoki Groń (905 m) - Głęboki Wierch (689 m) - Nowy Łupków - Komańcza
Wyprawa nr 5: (nocny koncert w Radocynie - Dom o Zielonych Progach i śpiewamy "Gór mi mało")
Gładyszów - Jasionka - Radocyna - Konieczna - Szlak Graniczny cz. 3: Przełęcz Beskidek (556 m) - Beskid Wilusia (691 m) - Panski Vrch (617 m) - Przełęcz pod Zajęczym Wierchem (566 m) - (Radocyna) - Radocyna - Gładyszów
Wyprawa nr 6 (czyli od Balnicy w drugą stronę, aż na Jasło):
Cisna (Przełęcz Przysłup) - Szlak Graniczny cz 4: Balnica (705 m) - Czerenin (928 m) - Stryb (1011 m) - Sinkowa (995 m) - Rypi Wierch (1003 m) - Przełęcz nad Roztokami - Okrąglik (1101 m) - Jasło (1153 m) - Smerek - tor dawnej kolejki wąskotorowej - Majdan - Żubracze - Cisna (Przełęcz Przysłup)

Wyprawa 7 (w mega deszczu, a miało w Lutowiskach nie padać...)
Lutowiska - Pasmo Otrytu - Lutowiska
Wyprawa 8 - (30 km spacer z rowerem bo przejezdność trasy 10-15%: wiatrołomy, żleby skalne, chore nachylenia) :D
Cisna - Łopiennik (1069 m) - Durna (979 m) - Berdo (890 m) - Cisna
Wyprawa 9 (Korbania o zmierzchu plus walka z mega błotem)
Cisna - Rezerwat "Sine Wiry" - (Zawój) - (Łuh) - (Polanka) - Bukowiec - Korbania (894 m) - Przełęcz Hyrcza (697 m) - (Tyskowa) - (Łopienka) - Cisna

Wyprawa 10 (Zakochani w widoku z Jasła i Fereczata na pożegnanie Bieszczad)
Cisna - Majdan - Różki (943 m) - Małe Jasło (1102) - Szczawnik (1098 m) - Jasło (1153) - Okrąglik (1101 m) - Fereczata (1102 m) - tor dawnej kolejki wąskotorowej - Majdan - Cisna
+ dwie krótsze eskapady piesze.
Dzienna dawka przewyższeń, tak średnio to koło 1200 m podjazdów/podpychów/wynoszeń, więc teraz przydałby się urlop dla poratowania zdrowia :D
Pogodowo rewelacja bo padało nam cały 1 dzień, acz zdarzały się i takie ścieżki:
BONUS:
Na samo zakończenie urlopu dowaliliśmy sobie jeszcze KORNO na Jurze bo to wstyd nie być u Moniki i Tomka na rajdzie :)
Kategoria SFA, Wycieczka
Orienteering w Cieszynie
-
DST
75.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 18 czerwca 2016 | dodano: 24.06.2016
Rajd przygodowy, to jakieś przygody wystąpić muszą. Dla nas zaczęły jeszcze przed samym rajdem, jako że zapisaliśmy się na Trasę Rowerową 100 km. Najważniejszą cechą tej trasy było to, że się nie odbyła.
Finalnie wystartowaliśmy zatem na trasie OPEN (2 x odcinek pieszy, 2 x odcinek ROWER).
Trasa stricte rowerowa została anulowana tak ze 2 tygodnie przed zawodami. Zły Człowiek ze Śląska – znany jako Marcin F lub pod pseudonimem "Organizator" specjalnie do nas dzwonił w tej sprawie.
Przepraszał za zamieszanie i namówił nas na start w kategorii OPEN.
Finalnie wystartowaliśmy zatem na trasie OPEN (2 x odcinek pieszy, 2 x odcinek ROWER).
Trasa stricte rowerowa została anulowana tak ze 2 tygodnie przed zawodami. Zły Człowiek ze Śląska – znany jako Marcin F lub pod pseudonimem "Organizator" specjalnie do nas dzwonił w tej sprawie.
Przepraszał za zamieszanie i namówił nas na start w kategorii OPEN.
Zły człowiek ze Śląska, bardzo zły…uśpił naszą czujność pochlebstwem, rozbudził zaufanie obietnicą jedzenia, wzbudził uczucie empatii…a potem dowalił nam 25 km pieszo z limitami czasowymi na punktach.
Jak pisałem setki razy: ROWER TAK, BIEG NIE.
Czytałem o takim wypadku, jak jakiś gość w Grecji, zapisał się na Maraton do Aten…w sumie nie Maraton, tylko Przygodówkę, bo były tam różne zadania (nic nadzwyczajnego: rozbicie armii wroga, dostarczenie wiadomości po bitwie itp)…i po tym biegu On zmarł !!!
Pisali o tym w „NAJ” i „PANI DOMU” więc poznałem trochę to ryzyko…
Jak pisałem setki razy: ROWER TAK, BIEG NIE.
Czytałem o takim wypadku, jak jakiś gość w Grecji, zapisał się na Maraton do Aten…w sumie nie Maraton, tylko Przygodówkę, bo były tam różne zadania (nic nadzwyczajnego: rozbicie armii wroga, dostarczenie wiadomości po bitwie itp)…i po tym biegu On zmarł !!!
Pisali o tym w „NAJ” i „PANI DOMU” więc poznałem trochę to ryzyko…
Daliśmy się jednak podejść jak dzieci i cóż było zrobić… Startujemy w kategorii OPEN. Plan - jak zawsze Aramisy na rajdzie przygodowym - zyskać na części rowerowej, stracić na części pieszej.
Nich inne drużyny nie myślą jednak, że zawsze Im się to uda. Kiedyś zgłosimy to Organizatorom. Zgłosimy, że wiemy o tym niecnym procederze który uprawiają, gdy sędzia nie widzi. Wiemy, że ONI BIEGNĄ zamiast iść…!! To się nie godzi.
BAZA I ODPRAWA
Przybywamy
do Cieszyna mając spory zapas czasowy do startu. Jest czas pogadać i pożartować
ze znanymi nam (z niejednego rajdu) ekipami. Jesteśmy gotowi gdy zaczyna się odprawa.
Dostajemy 2 karty startowe: jedną na część miejską (pieszą) i drugą na pozostałą część trasy (rower, trek, rower). Na drugiej karcie widzę, że ta druga część piesza/TREK ma tylko 3 punkty. Obstawiam, że Zły Człowiek ze Śląska dokonał wyboru: Czantoria, Barania Góra i Skrzyczne. Szczęśliwie jestem w błędzie, nie będzie aż tak źle – będą to 3 inne szczyty Beskidu Śląskiego.
No dobra dwa plus jakiś chory wąwóz - co Go tam zaniosło, rozumiem że szukał miejsca na punkt ale dlaczego wlazł w coś takiego...?
Na pierwszą część miejską jest limit 2h…to ZŁO. Bardzo złe zło. Tak nie wolno z tymi limitami...niech ktoś Mu to powie...
Po odprawie ruszamy na rynek, a tam oficjalne powitanie przez Burmistrza (bardzo miło), rozdanie map i startujemy.
(Uwaga poniższe zdjęcia to zarówno materiały własne jak i udostępnione publicznie na FB po rajdzie - więc jak ktoś się chce rzucać, to proponuję MOST).

MIASTO, MASA, MASZYNA
Miasto jest – jesteśmy na Rynku w Cieszynie.
Masa jest – ponad 190 uczestników rajdu.
Pozostaje tylko Maszyna…i tu już wietrzę problem.
Zły Człowiek ze Śląska nakazał zostawić maszyny na Rynku. Otoczył murem. Więzi i przetrzymuje - trzeba iść z buta.
Pierwszy punkt jaki robimy to wbiegnięcie na Wieżę Piastowską, tak na rozgrzewkę a potem zadanie z geografii: czy Albania graniczy z Serbią, czy Czarnogóra graniczy z Chorwacją…Panie, toć to wszystko JUGOSŁAWIA. Nie chcą jednak uznać takiej odpowiedzi. Trzeba przypominać sobie mapę Europy.
Chwilę później przekraczamy granicę i jesteśmy w Czeskim Cieszynie. Tutaj mamy do wykonania dwa małe zadania: odpisać 4 pierwsze cyfry z numeru telefonu piekarni w Rynku, jak i spisać cenę mleka, które można kupić w…automacie z mlekiem.

Wracamy na polską stronę i liczymy kłódki nad jednym z przęseł Mostu Sportowego. Potem basen, ale tu jest spora kolejka. Trzeba przepłynąć 6 długości. Do dyspozycji nie mamy całego basenu, a jakieś 2-3 tory, co owocuje koniecznością oczekiwania.
Zjadło nam to trochę czasu. Resztę punktów zaliczamy ekspresem i biegniemy z powrotem na Rynek. Wpadamy tam koło 11:55 czyli z drobnym zapasem. Musieliśmy odpuścić zadanie na ściance wspinaczkowej, za co dostaliśmy 15 min kary, ale była straszna kolejka i nie zdążylibyśmy dotrzeć na Rynek do południa.
Regulamin to regulamin – mamy być o 12:00 z powrotem, to jesteśmy (a przynajmniej próbujemy być).
OKRES BŁĘDÓW I WYPACZEŃ – WERSJA CZESKA
Wyruszamy na część rowerową. Tutaj kolejność punktów jest już obowiązkowa. Wypadamy z Cieszyna i dość łatwo zaliczamy pierwszy punkt. Następnie przekraczamy granicę z Czechami. Musimy złapać punktów leżące u naszych sąsiadów. Już chwilę za granicą dostrzegamy, że dzisiejszy dzień to będzie walka nie tylko z upałem i zmęczeniem, ale i z mapą.
Mapa to dodatkowy gracz, który postanowił dyktować własne warunki. Powiedzmy, że miejscami jest ona dość orientacyjna. Na tyle orientacyjna...
Zły Człowiek ze Śląska postanowił z nas zakpić – w październiku 2015 rzucił na Silesia Race jedną z najdokładniejszych map jaką dostaliśmy na rajdzie ever (każdy zakręt, każda ścieżka, idealne odwzorowanie lasów itp.). Wybił się tym mocno ponad przeciętność – tym razem postanowił wybić się ponownie, ale z drugiej strony osi opisanej jako przeciętność.
Na początku myśleliśmy, że to nam idzie tak fatalnie z nawigacją ale jak nawet ekipa organizatorów z KrakINO zapytała nas „czy Wam także nic się tutaj nie zgadza”, to podniosło nas to trochę na duchu. Ta ekipa organizuje chore gry orientacyjne, ale Zły Człowiek ze Śląska dopadł także ich.
Pewnie jeździ na rowerku, jak na Rajdzie w Katowicach i zagaduje:
„Hello. I want to play a game”
W sumie to każda ekipa, którą spotkaliśmy pomstowała na mapę. Rozbieżności ze stanem rzeczywistym były sporo. Zaowocowało to tym, że liczba popełnionych błędów i późniejszych poprawek nawigacyjnych, jakie musieliśmy robić była bardzo duża.
Najlepsza jednak była akcja gdy jedna z ekip wmawiała nam, że mapa nie jest zorientowana na północ.
My: Jak to nie?
Oni: Zobaczcie, macie różne wiatrów w rogu mapy narysowaną i jest ona obrócona o kąt.
My: CO!?!
Patrzymy. No jest róża wiatrów…no jest obrócona o kąt. No było by szkoda, gdyby było to po prostu logo Silesii.
Gruba pomyłka, która może lekko utrudnić nawigację ale w sumie nas to nie dziwi. Pewne rzeczy na tej mapie tak się nie zgadzały, że ludzie szukali przyczyn tego stanu wszędzie. Co tu dużo mówić, my też zaliczyliśmy kilka mocniejszych wtop z tą mapą. Na przykład:
Pomnik – do
dziś nie wiemy jak tam dotarliśmy. Po prostu prawie w niego wjechaliśmy będąc
przekonani, że musimy przejechać jeszcze z kilometr i wykonać 2 skręty. A tu –
TRACH – i jesteśmy przy pomniku. Dobrze, że w tą stronę... Dostajemy 2 karty startowe: jedną na część miejską (pieszą) i drugą na pozostałą część trasy (rower, trek, rower). Na drugiej karcie widzę, że ta druga część piesza/TREK ma tylko 3 punkty. Obstawiam, że Zły Człowiek ze Śląska dokonał wyboru: Czantoria, Barania Góra i Skrzyczne. Szczęśliwie jestem w błędzie, nie będzie aż tak źle – będą to 3 inne szczyty Beskidu Śląskiego.
No dobra dwa plus jakiś chory wąwóz - co Go tam zaniosło, rozumiem że szukał miejsca na punkt ale dlaczego wlazł w coś takiego...?
Na pierwszą część miejską jest limit 2h…to ZŁO. Bardzo złe zło. Tak nie wolno z tymi limitami...niech ktoś Mu to powie...
Po odprawie ruszamy na rynek, a tam oficjalne powitanie przez Burmistrza (bardzo miło), rozdanie map i startujemy.
(Uwaga poniższe zdjęcia to zarówno materiały własne jak i udostępnione publicznie na FB po rajdzie - więc jak ktoś się chce rzucać, to proponuję MOST).

MIASTO, MASA, MASZYNA
Miasto jest – jesteśmy na Rynku w Cieszynie.
Masa jest – ponad 190 uczestników rajdu.
Pozostaje tylko Maszyna…i tu już wietrzę problem.
Zły Człowiek ze Śląska nakazał zostawić maszyny na Rynku. Otoczył murem. Więzi i przetrzymuje - trzeba iść z buta.
Pierwszy punkt jaki robimy to wbiegnięcie na Wieżę Piastowską, tak na rozgrzewkę a potem zadanie z geografii: czy Albania graniczy z Serbią, czy Czarnogóra graniczy z Chorwacją…Panie, toć to wszystko JUGOSŁAWIA. Nie chcą jednak uznać takiej odpowiedzi. Trzeba przypominać sobie mapę Europy.
Chwilę później przekraczamy granicę i jesteśmy w Czeskim Cieszynie. Tutaj mamy do wykonania dwa małe zadania: odpisać 4 pierwsze cyfry z numeru telefonu piekarni w Rynku, jak i spisać cenę mleka, które można kupić w…automacie z mlekiem.

Wracamy na polską stronę i liczymy kłódki nad jednym z przęseł Mostu Sportowego. Potem basen, ale tu jest spora kolejka. Trzeba przepłynąć 6 długości. Do dyspozycji nie mamy całego basenu, a jakieś 2-3 tory, co owocuje koniecznością oczekiwania.
Zjadło nam to trochę czasu. Resztę punktów zaliczamy ekspresem i biegniemy z powrotem na Rynek. Wpadamy tam koło 11:55 czyli z drobnym zapasem. Musieliśmy odpuścić zadanie na ściance wspinaczkowej, za co dostaliśmy 15 min kary, ale była straszna kolejka i nie zdążylibyśmy dotrzeć na Rynek do południa.
Regulamin to regulamin – mamy być o 12:00 z powrotem, to jesteśmy (a przynajmniej próbujemy być).
OKRES BŁĘDÓW I WYPACZEŃ – WERSJA CZESKA
Wyruszamy na część rowerową. Tutaj kolejność punktów jest już obowiązkowa. Wypadamy z Cieszyna i dość łatwo zaliczamy pierwszy punkt. Następnie przekraczamy granicę z Czechami. Musimy złapać punktów leżące u naszych sąsiadów. Już chwilę za granicą dostrzegamy, że dzisiejszy dzień to będzie walka nie tylko z upałem i zmęczeniem, ale i z mapą.
Mapa to dodatkowy gracz, który postanowił dyktować własne warunki. Powiedzmy, że miejscami jest ona dość orientacyjna. Na tyle orientacyjna...
Zły Człowiek ze Śląska postanowił z nas zakpić – w październiku 2015 rzucił na Silesia Race jedną z najdokładniejszych map jaką dostaliśmy na rajdzie ever (każdy zakręt, każda ścieżka, idealne odwzorowanie lasów itp.). Wybił się tym mocno ponad przeciętność – tym razem postanowił wybić się ponownie, ale z drugiej strony osi opisanej jako przeciętność.
Na początku myśleliśmy, że to nam idzie tak fatalnie z nawigacją ale jak nawet ekipa organizatorów z KrakINO zapytała nas „czy Wam także nic się tutaj nie zgadza”, to podniosło nas to trochę na duchu. Ta ekipa organizuje chore gry orientacyjne, ale Zły Człowiek ze Śląska dopadł także ich.
Pewnie jeździ na rowerku, jak na Rajdzie w Katowicach i zagaduje:
„Hello. I want to play a game”
W sumie to każda ekipa, którą spotkaliśmy pomstowała na mapę. Rozbieżności ze stanem rzeczywistym były sporo. Zaowocowało to tym, że liczba popełnionych błędów i późniejszych poprawek nawigacyjnych, jakie musieliśmy robić była bardzo duża.
Najlepsza jednak była akcja gdy jedna z ekip wmawiała nam, że mapa nie jest zorientowana na północ.
My: Jak to nie?
Oni: Zobaczcie, macie różne wiatrów w rogu mapy narysowaną i jest ona obrócona o kąt.
My: CO!?!
Patrzymy. No jest róża wiatrów…no jest obrócona o kąt. No było by szkoda, gdyby było to po prostu logo Silesii.
Gruba pomyłka, która może lekko utrudnić nawigację ale w sumie nas to nie dziwi. Pewne rzeczy na tej mapie tak się nie zgadzały, że ludzie szukali przyczyn tego stanu wszędzie. Co tu dużo mówić, my też zaliczyliśmy kilka mocniejszych wtop z tą mapą. Na przykład:

Lecimy dalej, ale zatrzymuje nas guma. Co ciekawe jest to w miejscu, gdzie jedna ekipa właśnie łata dętkę (i to po raz drugi raz od startu!). Mija nas kilka zespołów – nie mieliśmy dużej przewagi, ale teraz mamy za to sporą…stratę. Naprawiamy koło i włączamy tryb POŚCIG.
Plan jest prosty: podjazd z jeziorem po prawej i potem na punkt.
Podjazd jest, jezioro też…ale po lewej. Pchamy jakaś łąką i znowu debatujemy: JAK? – przecież odbiliśmy w jedną jedyną drogę, naprzeciw przystanku PKS. Jakim cudem jesteśmy po złej stronie jeziora?

Udaje się
jednak znaleźć punkt i teraz wybieramy czerwony szlak w stronę granicy Polski,
aby przed nią odbić na ścieżkę prowadząco do kolejnego punktu. Najpierw zjazd
po korzeniach i kamieniach a potem asfaltem pod górę. Trzymamy się czerwonego
szlaku – wraz z nami podąża zespół OSA OPOLE. Doganiamy jeszcze dwie inne
ekipy.
Nagle GRANICA – a więc jesteśmy za daleko.
Chwilę debatujemy i finalnie każda ekipa decyduje się na inny wariant. OSA zawraca i chyba planuje drogą na około, inna ekipa ciśnie dalej szlakiem wzdłuż granicy, my wracamy kilkaset metrów i uderzamy w zielony szlak dydaktyczny.
Zjazd to szeroka droga przez las - LUZ,
kilkadziesiąt metrów dalej to zjazd do wąska droga w lesie – SPOKO,
kolejne kilkadziesiąt metrów robi się singielek – MOŻE BYĆ,
kolejne kilkadziesiąt metrów i mamy zarośnięty singielek – NO DOBRA…,
nagle SIATKA, teren zamknięty.
Jakiś wielki ośrodek z domkami, na mapie jest tu oczywiście zielono.
Mapa rozkłada ręce i mówi: DOMKI? Ja nic o tym nie wiem?
Droga zamknięta, ale można iść wzdłuż siatki…pokrzywy. Znowu, mam ich lekko dość po Tropicielu, a jest ich tu sporo. Przedzieramy się i lecimy dalej w dół. Jest asfalt, na którym skręcamy w lewo i zaczynamy podjeżdżać to co właśnie zjechaliśmy (acz po innym zboczu).
Według mapy ta droga nie ma żadnych odbić i prowadzi prosto na punkt. Na 4-tym (dwu- trzy-drogowym) skrzyżowaniu zaczynamy się zastanawiać czy na tej mapie cokolwiek się zgadza!!
Kompas jednak pomaga utrzymać właściwy kierunek i odnajdujemy punkt. Jednakże błąd związany z dojazdem do granicy, cofnięciem się, przedzieraniem się przez pokrzywy, potem konferencje nawigacyjne z kompasem na skrzyżowaniach, których według mapy nie ma.
MAPA na to: to nie moje skrzyżowania, takie skrzyżowania można kupić w każdym sklepie ze skrzyżowaniami.
Kosztują nas ponad 1,5h. Zastanawiamy się jak OSA i ten drugi zespół czy wybrali lepiej (potem dowiemy się, że mimo inne drogi mieli BARDZO PODOBNE problemy, co zaowocowało bardzo podobnym czasem przejazdu do naszego).
Pora wracać na polską stronę – na jednej z przełączy spotykamy kuzyna Filipa(jednego z naszych Szermierzy). Także próbuje wrócić na polską stronę. Granica na mapie przebiega wschód – zachód, my walimy na północ a idziemy bardzo długi kawałek wzdłuż granicy.
MAPA: To jakiś problem?
Finalnie udaje nam się wrócić „do naszych”.
Nagle GRANICA – a więc jesteśmy za daleko.
Chwilę debatujemy i finalnie każda ekipa decyduje się na inny wariant. OSA zawraca i chyba planuje drogą na około, inna ekipa ciśnie dalej szlakiem wzdłuż granicy, my wracamy kilkaset metrów i uderzamy w zielony szlak dydaktyczny.
Zjazd to szeroka droga przez las - LUZ,
kilkadziesiąt metrów dalej to zjazd do wąska droga w lesie – SPOKO,
kolejne kilkadziesiąt metrów robi się singielek – MOŻE BYĆ,
kolejne kilkadziesiąt metrów i mamy zarośnięty singielek – NO DOBRA…,
nagle SIATKA, teren zamknięty.
Jakiś wielki ośrodek z domkami, na mapie jest tu oczywiście zielono.
Mapa rozkłada ręce i mówi: DOMKI? Ja nic o tym nie wiem?
Droga zamknięta, ale można iść wzdłuż siatki…pokrzywy. Znowu, mam ich lekko dość po Tropicielu, a jest ich tu sporo. Przedzieramy się i lecimy dalej w dół. Jest asfalt, na którym skręcamy w lewo i zaczynamy podjeżdżać to co właśnie zjechaliśmy (acz po innym zboczu).
Według mapy ta droga nie ma żadnych odbić i prowadzi prosto na punkt. Na 4-tym (dwu- trzy-drogowym) skrzyżowaniu zaczynamy się zastanawiać czy na tej mapie cokolwiek się zgadza!!
Kompas jednak pomaga utrzymać właściwy kierunek i odnajdujemy punkt. Jednakże błąd związany z dojazdem do granicy, cofnięciem się, przedzieraniem się przez pokrzywy, potem konferencje nawigacyjne z kompasem na skrzyżowaniach, których według mapy nie ma.
MAPA na to: to nie moje skrzyżowania, takie skrzyżowania można kupić w każdym sklepie ze skrzyżowaniami.
Kosztują nas ponad 1,5h. Zastanawiamy się jak OSA i ten drugi zespół czy wybrali lepiej (potem dowiemy się, że mimo inne drogi mieli BARDZO PODOBNE problemy, co zaowocowało bardzo podobnym czasem przejazdu do naszego).
Pora wracać na polską stronę – na jednej z przełączy spotykamy kuzyna Filipa(jednego z naszych Szermierzy). Także próbuje wrócić na polską stronę. Granica na mapie przebiega wschód – zachód, my walimy na północ a idziemy bardzo długi kawałek wzdłuż granicy.
MAPA: To jakiś problem?
Finalnie udaje nam się wrócić „do naszych”.
(U)STROŃ OD BŁĘDÓW
Od tego momentu mapa okazuje litość, większość rzeczy będzie się już w miarę zgadzać, co bardzo ułatwi naszą współpracę. Łapiemy ostatni punkt przed częścią pieszą i lecimy bardzo długim przelotem mijając Ustroń – kierujemy się do bazy harcerskiej. No, tak to można nawigować! Każda droga się zgadza. Do bazy harcerskiej jest spory kawałek drogi, ale idzie nam bezbłędnie. W bazie meldujemy się około godziny 17:00.

W bazie
dowiadujemy się, że baz czynna będzie do 21:00. Za każdą minutę spóźnienia po
21:00, naliczą nam godzinę kary!!
Zły Człowiek ze Śląska znowu zamyka punkty w trakcie rajdu, rechocząc przy tym nad naszym losem.
Limit jest do 24:00, ale po rowery musimy wrócić tutaj do 21:00. Daje to 3h na ostatnią część rowerową – mamy wrażenie, że (uwaga BARDZO SUBIEKTYWNE wrażenie) starczyłoby nam 2h, natomiast mamy pewność, że braknie nam tej godziny na treku. No cóż, regulamin to regulamin. Robimy krótką przerwę na popas i wyruszamy na „spacer” po górach Beskidu Śląskiego.
Jeszcze tylko zadanie: dopasować liście do drzew. Basia robi to bezbłędnie…ja bym rozpoznał tylko dąb i klon, bo Wehrmacht i Kanada :P
Zły Człowiek ze Śląska znowu zamyka punkty w trakcie rajdu, rechocząc przy tym nad naszym losem.
Limit jest do 24:00, ale po rowery musimy wrócić tutaj do 21:00. Daje to 3h na ostatnią część rowerową – mamy wrażenie, że (uwaga BARDZO SUBIEKTYWNE wrażenie) starczyłoby nam 2h, natomiast mamy pewność, że braknie nam tej godziny na treku. No cóż, regulamin to regulamin. Robimy krótką przerwę na popas i wyruszamy na „spacer” po górach Beskidu Śląskiego.
Jeszcze tylko zadanie: dopasować liście do drzew. Basia robi to bezbłędnie…ja bym rozpoznał tylko dąb i klon, bo Wehrmacht i Kanada :P

BIEG HERETYKÓW
Na treku znowu spotykamy się z OSĄ. Jedna z akcji z nimi, niemal wzruszyła mnie do łez. Jesteśmy chwilę przed nimi, idziemy drogą i szukamy naszego odbicia w prawo. Jest! Tzn. w prawo jak w prawo…to jest raczej w górę. PION. Po prostu pion. Zaczynamy wspinaczkę, jest tak stromo że zastanawiam się nad obozem aklimatyzacyjnym. OSA jeszcze tej ściany nie widzi. Będą tu lada chwilę, czekam na ten moment. Jeszcze kilka sekund. SĄ – już prawie! Wytężam uszy, chcę to usłyszeć głośno i wyraźnie:
ECHO mnie nie zawodzi i przynosi mi oczekiwane: „…-wa, …-wa, …-wa”.
Dokładnie na to czekałem. Morale w górę :D
Przedzieramy się przez szczyt. Ścieżka znika – idziemy na azymut, trzymając się kompasu.
Punkt ma być przy zakręcie strumienia, na skarpie. Mapa znowu robi sobie jaja. Według niej jest tylko jeden skręt strumienia a my znajdujemy jeden, drugi…o rozejście strumieni. Byłoby szkoda, gdyby na mapie nie było takich rzeczy.
Finalnie udaje nam się jednak znaleźć punkt, po zwiedzeniu 3 lub 4 skarp.
Mamy 2 punkty z części pieszej, nie zrobimy trzeciego – nie ma szans aby go złapać i być o 21:00 w bazie. Mamy do niego 700 m, ale to podejście na kolejny szczyt – nie zdążymy wrócić do 21:00. Trudno, trzeba uciekać.
Z powrotem przez szczyt czyli podejście pod tą samą górę z drugiej strony czy okrężną, ale dłuższą drogą?
Decydujemy się na drogę dłuższą, ale aby zdążyć musimy biec…ZŁO !!!
Nienawidzimy biegania, jak my cholernie nienawidzimy biegania…ale biegniemy. Zły Człowiek ze Śląska zaciera pewnie ręce w dzikiej ekstazie….
Do kroćset… krucafuks… psiakość…do diaska…biegniemy…naprawdę upadliśmy tak nisko?
Aramisy biegną…to jest herezja…ale do bazy docieramy o 20:50, czyli w czasie.
ZNOWU W SIODLE
Dość tej herezji. Odpalamy nasze Bestie i wracamy do gry. Zostały 3 punkty i baza. Dwa ostatnie punkty poszły gładko i bez problemów. Tylko ten pierwszy rowerowy trochę namącił, bo już opis wskazywał, że będzie ciekawie „pokrzywy po pachy”.
Długo błądzimy po nie tej polanie, co trzeba – ale tym razem to ewidentnie nasz błąd nawigacyjny. Pokrzywy się zgadzały i skusiło nas w nie wejść. Są plus tej sytuacji – reumatyzm mi nie grozi. Finalnie udaje się odnaleźć punkt, ale przeszukałem chyba wszystkie zgrupowania pokrzyw w promieniu kilometra…
Do bazy docieramy o 23:00 czyli na spokojnie.
Nasz wynik to piąte miejsce w kategorii MIX.
Jak na niebiegających, serwis opony i 1,5h wtopę w Czechach to wynik bardzo dobry.
Bawiliśmy się świetnie, a wszystkie złośliwie uwagi są oczywiście żartem. Rajdy Złego Człowieka ze Śląska są „wypas osom”, więc i w Cieszynie nie mogło nas zabraknąć.
I to mimo anulowania trasy rowerowej 100 km...i to mimo 25 km trasy pieszej…niech to wystarczy za naszą ocenę rajdu.
P.S Parę osób pytało nas czemu tak nie lubimy biegania. To dość proste. szermierka to tak niesamowicie inny profil wysiłku od biegania, że po prawie 15 latach ciężko się przestawić z profilu "GAZ-HAMULEC" na jednostajne tempo.
Na treku znowu spotykamy się z OSĄ. Jedna z akcji z nimi, niemal wzruszyła mnie do łez. Jesteśmy chwilę przed nimi, idziemy drogą i szukamy naszego odbicia w prawo. Jest! Tzn. w prawo jak w prawo…to jest raczej w górę. PION. Po prostu pion. Zaczynamy wspinaczkę, jest tak stromo że zastanawiam się nad obozem aklimatyzacyjnym. OSA jeszcze tej ściany nie widzi. Będą tu lada chwilę, czekam na ten moment. Jeszcze kilka sekund. SĄ – już prawie! Wytężam uszy, chcę to usłyszeć głośno i wyraźnie:
ECHO mnie nie zawodzi i przynosi mi oczekiwane: „…-wa, …-wa, …-wa”.
Dokładnie na to czekałem. Morale w górę :D
Przedzieramy się przez szczyt. Ścieżka znika – idziemy na azymut, trzymając się kompasu.
Punkt ma być przy zakręcie strumienia, na skarpie. Mapa znowu robi sobie jaja. Według niej jest tylko jeden skręt strumienia a my znajdujemy jeden, drugi…o rozejście strumieni. Byłoby szkoda, gdyby na mapie nie było takich rzeczy.
Finalnie udaje nam się jednak znaleźć punkt, po zwiedzeniu 3 lub 4 skarp.
Mamy 2 punkty z części pieszej, nie zrobimy trzeciego – nie ma szans aby go złapać i być o 21:00 w bazie. Mamy do niego 700 m, ale to podejście na kolejny szczyt – nie zdążymy wrócić do 21:00. Trudno, trzeba uciekać.
Z powrotem przez szczyt czyli podejście pod tą samą górę z drugiej strony czy okrężną, ale dłuższą drogą?
Decydujemy się na drogę dłuższą, ale aby zdążyć musimy biec…ZŁO !!!
Nienawidzimy biegania, jak my cholernie nienawidzimy biegania…ale biegniemy. Zły Człowiek ze Śląska zaciera pewnie ręce w dzikiej ekstazie….
Do kroćset… krucafuks… psiakość…do diaska…biegniemy…naprawdę upadliśmy tak nisko?
Aramisy biegną…to jest herezja…ale do bazy docieramy o 20:50, czyli w czasie.
ZNOWU W SIODLE
Dość tej herezji. Odpalamy nasze Bestie i wracamy do gry. Zostały 3 punkty i baza. Dwa ostatnie punkty poszły gładko i bez problemów. Tylko ten pierwszy rowerowy trochę namącił, bo już opis wskazywał, że będzie ciekawie „pokrzywy po pachy”.
Długo błądzimy po nie tej polanie, co trzeba – ale tym razem to ewidentnie nasz błąd nawigacyjny. Pokrzywy się zgadzały i skusiło nas w nie wejść. Są plus tej sytuacji – reumatyzm mi nie grozi. Finalnie udaje się odnaleźć punkt, ale przeszukałem chyba wszystkie zgrupowania pokrzyw w promieniu kilometra…
Do bazy docieramy o 23:00 czyli na spokojnie.
Nasz wynik to piąte miejsce w kategorii MIX.
Jak na niebiegających, serwis opony i 1,5h wtopę w Czechach to wynik bardzo dobry.
Bawiliśmy się świetnie, a wszystkie złośliwie uwagi są oczywiście żartem. Rajdy Złego Człowieka ze Śląska są „wypas osom”, więc i w Cieszynie nie mogło nas zabraknąć.
I to mimo anulowania trasy rowerowej 100 km...i to mimo 25 km trasy pieszej…niech to wystarczy za naszą ocenę rajdu.
P.S Parę osób pytało nas czemu tak nie lubimy biegania. To dość proste. szermierka to tak niesamowicie inny profil wysiłku od biegania, że po prawie 15 latach ciężko się przestawić z profilu "GAZ-HAMULEC" na jednostajne tempo.
Kategoria Rajd, SFA
TROPICIEL 19
-
DST
60.00km
-
Sprzęt SANTA
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 29 maja 2016 | dodano: 09.06.2016
Dzień
spędziliśmy jeżdżąc po górach w Masywie Ślęzy, ale noc miała należeć do
Tropiciela.
Do bazy docieramy 22:00 czyli jest czas na spokojną rejestrację i nawet trochę snu w aucie.
Nasz start to godzina 0:20.
START:
Na kilka minut przed startem dostajemy mapy. Na mapie nie ma jednego punktu kontrolnego, należy go sobie samodzielnie wyznaczyć, wiedząc że znajduje się on w odległości 2,2 km od jednego ze znanych punktów oraz w odległości 2,5 km od innego znanego punktu.
Na razie jednak nie myślimy o tym punkcie bo zamierzamy zacząć od drugiej części mapy.
Ruszamy punktualnie o 0:20 i kierujemy się na pierwszy punkt kontrolny, a tam pierwsze zadanie. Należy dopasować śląskie nazwy przedmiotów do tychże przedmiotów leżących na stole. W teorii proste zadanie ale oprócz flaszki dostajemy nazwy takie jak fuzekla, bajgiel, knefel czy binder.
Jest zabawa, ale udaje nam się to zrobić. Druga część zadania wymaga większego wysiłku intelektualnego bo trzeba zatachać dwie wielkie drewniane belki stąd….w piz** , a potem z powrotem.
Rozgrzani po belkach uderzamy na najbardziej wysunięty punkt trasy – chcemy zaliczyć go póki jesteśmy w miarę wypoczęci (o ile można tak powiedzieć po zaliczeniu Ślęży i Raduni za dnia).
Udaje nam się go dość łatwo znaleźć i ruszamy na kolejne punkty.
STARA CEGIELNIA
Docieramy w bardzo ciekawe miejsce.
Szkoda tylko, że szukaliśmy punktu w dziurze a nie na szczycie. Zaowocowało to rowerem na plecach i wyłażeniem z tej dziury. Skarpa nieprzeciętna była. W naszym 10-cio stopniowym rankingu noszenia roweru na plecach, taka mocna 8-meka. Dobrze, że na punkcie rozdawali batony bo się mogłem posilić po noszeniu.
CLEAR CLEAR CLEAR
Wpadamy do starego folwarku przy Zamku na Wodzie. Tam punkt iście militarny – wybieramy broń: decyduję się na nieśmiertelny AK47, z którego strzelałem w wojsku. Należy oczyścić budynek z problemów. Wpadam z instruktorem i lecą komendy: CHECK THE CORNERS, MOVE, CLEAR, SHOOT, CRAWL – tak, tak, oprócz strzelania trzeba się przeprawiać przez przeszkody np. przeczołgać kawałek i dopiero potem walić do celów. Fantastyczny punkt i świetna zabawa.
Budynek oczyszczony, bez strat w zakładnikach (do zielonych celów nie strzelamy!), 15 minut nagrody do odliczenia od czasu przebycia trasy. Lecimy dalej…
UWAGA STRASZY
Jak widzę taki napis na mapie to mi się gęba sama cieszy. Tropiciel ma niesamowicie klimatyczne rajdy. Dojeżdżamy do starego cmentarza, a tam informacja: zgasić oświetlenie. I już wiemy, że będzie fajnie.
Otrzymujemy mała LED’ową świeczkę i musimy udać się w podróż przez stary cmentarz w poszukiwaniu dawnych, pogańskich znaków. Drogę wskażą nam świetliki, czyli inne małe LED’owe świeczki poustawiane wzdłuż nagrobków.
Drugą częścią zadania jest – zgodnie z przeciekami – odgadnięcie o jakim staro-słowiańskim demonie mowa. Siada nocą na piersi, ściska nogami i pije waszą krew. Kto to jest? Tak wiem, kobieta też…ale tym razem chodziło o Zmorę.
Do bazy docieramy 22:00 czyli jest czas na spokojną rejestrację i nawet trochę snu w aucie.
Nasz start to godzina 0:20.
START:
Na kilka minut przed startem dostajemy mapy. Na mapie nie ma jednego punktu kontrolnego, należy go sobie samodzielnie wyznaczyć, wiedząc że znajduje się on w odległości 2,2 km od jednego ze znanych punktów oraz w odległości 2,5 km od innego znanego punktu.
Na razie jednak nie myślimy o tym punkcie bo zamierzamy zacząć od drugiej części mapy.
Ruszamy punktualnie o 0:20 i kierujemy się na pierwszy punkt kontrolny, a tam pierwsze zadanie. Należy dopasować śląskie nazwy przedmiotów do tychże przedmiotów leżących na stole. W teorii proste zadanie ale oprócz flaszki dostajemy nazwy takie jak fuzekla, bajgiel, knefel czy binder.
Jest zabawa, ale udaje nam się to zrobić. Druga część zadania wymaga większego wysiłku intelektualnego bo trzeba zatachać dwie wielkie drewniane belki stąd….w piz** , a potem z powrotem.
Rozgrzani po belkach uderzamy na najbardziej wysunięty punkt trasy – chcemy zaliczyć go póki jesteśmy w miarę wypoczęci (o ile można tak powiedzieć po zaliczeniu Ślęży i Raduni za dnia).
Udaje nam się go dość łatwo znaleźć i ruszamy na kolejne punkty.
STARA CEGIELNIA
Docieramy w bardzo ciekawe miejsce.
Szkoda tylko, że szukaliśmy punktu w dziurze a nie na szczycie. Zaowocowało to rowerem na plecach i wyłażeniem z tej dziury. Skarpa nieprzeciętna była. W naszym 10-cio stopniowym rankingu noszenia roweru na plecach, taka mocna 8-meka. Dobrze, że na punkcie rozdawali batony bo się mogłem posilić po noszeniu.
CLEAR CLEAR CLEAR
Wpadamy do starego folwarku przy Zamku na Wodzie. Tam punkt iście militarny – wybieramy broń: decyduję się na nieśmiertelny AK47, z którego strzelałem w wojsku. Należy oczyścić budynek z problemów. Wpadam z instruktorem i lecą komendy: CHECK THE CORNERS, MOVE, CLEAR, SHOOT, CRAWL – tak, tak, oprócz strzelania trzeba się przeprawiać przez przeszkody np. przeczołgać kawałek i dopiero potem walić do celów. Fantastyczny punkt i świetna zabawa.
Budynek oczyszczony, bez strat w zakładnikach (do zielonych celów nie strzelamy!), 15 minut nagrody do odliczenia od czasu przebycia trasy. Lecimy dalej…
UWAGA STRASZY
Jak widzę taki napis na mapie to mi się gęba sama cieszy. Tropiciel ma niesamowicie klimatyczne rajdy. Dojeżdżamy do starego cmentarza, a tam informacja: zgasić oświetlenie. I już wiemy, że będzie fajnie.
Otrzymujemy mała LED’ową świeczkę i musimy udać się w podróż przez stary cmentarz w poszukiwaniu dawnych, pogańskich znaków. Drogę wskażą nam świetliki, czyli inne małe LED’owe świeczki poustawiane wzdłuż nagrobków.
Drugą częścią zadania jest – zgodnie z przeciekami – odgadnięcie o jakim staro-słowiańskim demonie mowa. Siada nocą na piersi, ściska nogami i pije waszą krew. Kto to jest? Tak wiem, kobieta też…ale tym razem chodziło o Zmorę.
AHMED TERRORYSTA
Na kolejnym punkcie zostaję uprowadzony przez Ahmeda Terrorystę i moja drużyna (Basia) musi przeprowadzić negocjacje z porywaczem. Jeśli będą skuteczne zostanę uwolniony. Powiem Wam, że obsługa zaszalała bo mnie przykuli szybkozłączką (zipy/trytytki) do drzewa a Basia musiała rozwiązać zagadkę logiczną…SUDOKU
NIE !!! szachy, warcaby, kwadraty magiczne, Jolki, wirówki, szarady…ale nie sudoku. O co chodzi w Sudoku? Nigdy w to nie graliśmy…
Chyba zostanę do rana przykuty do drzewa.
Dobrze, że obsługa wyjaśniła Basi zasady tej gry bo byłoby ciekawie.
Tymczasem ja wdaję się w rozmowę z Ahmedem. To Ahmed z Frankfurtu, prawdziwy niemiecki terrorysta. Chyba się wkurzy, jeśli Mu powiem, że „jak ostatni raz byłem nad Frankfurtem to nie lądowałem”. Ech ten 44-ty rok, ogromny smog nad miastem. Fosfor jest jednak niesamowity…
Nie mówię Mu tego, co by Go nie drażnić a Basi w tym czasie udaje się rozwiązać zagadkę.
Ma liczby, teraz musi je poukładać we właściwą kolejność i otworzyć walizkę – tam są narzędzia, którymi mnie uwolni.
IHRE PAPIERE, BITTE
Kolejny punkt to harcerze, u których trzeba rozwiązać szyfr podstawieniowy.
Jeśli nam się to uda, dostaniemy od nich wskazówki w którym miejscu wolno przekroczyć nam drogę szybkiego ruchu (przepusty pod jezdnią) oraz przepustkę, którą trzeba okazać stacjonującemu tam…Wehrmachtowi!
Udaje nam się rozwiązać zadanie i dostajemy prawdziwą przepustkę – dokument ze zdjęciem i adnotacjami urzędowymi:
- okazywać bez wezwania
- strażnik ma prawo otworzyć ogień bez ostrzeżenia
Musimy upodobnić się do osoby na zdjęciu oraz przekonać Oficera Wehrmachtu – ponoć wielkiego służbistę – aby nas przepuścił.
Robi się niesamowity klimat. Uwielbiam takie akcje
Szykuję się zatem na rozmowę z Oficerem Dyżurnym. Zamierzam Go zaskoczyć niespodziewanym atakiem – nie, nie chodzi mi o „z kopyta w plery” ale o nakrzyczenie na Niego, że utrudnia nam ważną misję i pogrożenie Mu donosem do Feldmarszałka. Coś na kształt akcji z filmu „Walkiria”.
Szykuję sobie tekst postaci:
“Wir sind Offizieren im Dienst. Wir konnen nicht hier warten. Sie storen. Rufen Sie den Generalfeldmarschall an! „
Okazuje się jednak, że Oficer zachwyca się naszymi kaskami i wcale nie trzeba się z Nim kłócić, aby nas przepuścił. Fajnie, ale z drugiej strony trochę szkoda klimatu. Inna sprawa, że dotarliśmy na ten punkt w 3 ekipy, więc rozmowa w klimacie mogła by się nie udać bo nie wszyscy potrafią się wczuć.
Następny punkt to także żołnierze, ale tym razem pada w naszą stronę „Zdrastwujtie, Tawarisz. Wnimanie MINY” . Krasnaja Armia ciepło nas wita na swoim…polu minowym.
W GROCIE KRÓLA…DREWNA?
Zaraz po rozprawieniu się z Armią Czerwoną wpadamy na punkt obsługiwany przez Sekcję Grotołazów Wrocław. Do wykonania jest jedno z 4 losowanych zadań. Podział prac słuszny: ja losuję, Basia wykonuje.
Wylosowałem jej „drewnianą jaskinię”. Musi przejść przez bardzo wąskie przejście imitujące zwężenie się jaskini. Co tu dużo pisać – sami popatrzcie.

Na koniec SGW robi nam pamiątkowe zdjęcie, które udostępni po rajdzie na swoim FB.
Lecimy dalej.

Wypadamy z lasu, skręcamy na asfalcie i ciśniemy ile fabryka dała. 35km/h jest MOC. Mijamy jedną ekipę, drugą ekipę, trzecią ekipę. Ciśniemy aż do granicy lasu. LASU? Jak to lasu? Przecież mieliśmy jechać przez miejscowość.
Patrzę na mapę i pytam:
- Mała skręciliśmy w prawo, prawda?
- Nie, w lewo. Krzyczę za Tobą od kilometra, że źle ale ciśniesz jak opętany
- Doskonale, wybornie…
Wracamy. Mijamy jedną ekipę, drugą, trzecią…te same, tylko w drugą stronę. Dziwnie na nas patrzą…
Następny 2 punkty idą szybko, acz czas zaczyna nas coraz bardziej gonić. Jest już po świcie, a trasy przed nami jeszcze sporo. Na jednym z wspomnianych punktów musimy przeprawić się przez most linowy. Fantastyczne zadanie, bardzo nam się podobało.
TAJEMNICZY PUNKT P
Nadszedł czas na zaatakowanie punktu P. Wykreślamy na mapie zadane okręgi i otrzymujemy 2 hipotetyczne punkty P. Na odprawie powiedzieli „szukaj wskazówek – jeśli nie znajdziesz rzuć monetą i niech o ona zadecyduje o losie twojej drużyny”.
Dwa miejsca: jedno to dawna piaskownia, drugie to Grób Nieznanego Żołnierza w środku lasu.
Wybieramy Piaskownię –sugerując się, że„ P” jak piaskownia.
W bazie po rajdzie dowiem się, że były 2 punkty P (rewelacja!!!) i niezależnie od wyboru można było ten punkt zaliczyć, jeśli się go tylko znalazło.
Miejsce na punkt rewelacyjne – sami zobaczcie:

Zostaje nam niecałe 3h do limitu czasu i 3 punkty. Wydaje się to formalnością, ale w tym miejscu los postanowił z nas zakpić. Postanowił poddać nas iście morderczej próbie, której nie podołał niegdyś koń Artax – kto zna film „Niekończąca się opowieść” ten wie o co chodzi. Podobnie jak Artax i Atreyu znaleźliśmy się…
W BAGNACH ROZPACZY
Z punktu P postanawiamy udać się na kolejny punkt drogą koło starej przepompowni. Odchodzi ona od drogi, którą przyjechaliśmy na pkt P, gdzieś w połowie wielkiej łąki. W praktyce jednak do starej piaskowni nie przyjechaliśmy drogą, ale lekko wydeptanym pasem łąki – odbicia w kierunku przepompowni także nie widzieliśmy.
Oznacza to, że drogi te istnieją tylko na mapie i dawno zarosły przez ogromną łąkę (ta łąka jest naprawdę duża – ma tak dobrych kilka kilometrów).
Postanawiamy się „wyazymutować z kompasem” na dawną przepompownię, bo objechanie tej łąki zajmie strasznie dużo czasu – trzeba kombinować przez oddalone miejscowości bo nie ma innych dróg. Ruszamy zatem „na szagę”, nie wiedząc że będzie to największy nasz błąd na tym rajdzie – o ile nie ever.
Zaczynamy iść przez mokrą, wysoką trawę (rosa). Z każdym metrem łąką jednak dziczeje, pojawiają się osty, pokrzywy, kolczaste krzaki itp. Idziemy jednak dalej za wskazaniem kompasu. Dosłownie po chwili wkraczamy w królestwo pokrzyw – niektóre z nich sięgają do klatki piersiowej. Wszystko jest także mokre od porannej rosy. Nie mija kilka minut jak jesteśmy mokrzy i poparzeni. Bardzo poparzeni. Odnajdujemy jednak budynek starej przepompowni. W zasadzie to ruiny zarosłe jeszcze większymi pokrzywami – niemniej, teraz już powinno być bliżej niż dalej. Na północ lub na wschód od ruin aż do granicy lasu. Ruszamy, ale kierunek północny odcina nam rzeka. Według mapy powinien być tu mostek i droga za nim, ale nic z tych rzeczy się tu nie pojawia – są tylko pokrzywy. Nie uśmiecha nam się wracać przez nie (bo szliśmy tu z 10 minut i to cały czas przez morze tych diabelnych roślin), więc brniemy dalej – wschód nas także urządza.
Poglądowo wygląda to tak:

Przecinamy kolejne cieki wodne – jedne mniejsze, inne większe. Pokrzywy zamieniły się w szuwary. Grunt pod nogami to błoto, jest bardzo podmokło ale da się iść. Szuwary stają się coraz wyższe, w pewnym momencie niektóre są naszej wysokości więc widoczność staje się bardzo ograniczona.
Na horyzoncie widać jednak korony drzew – granica lasu, tam chcemy dotrzeć. Nagle drogę odcina nam kolejna rzeka, także nie do przejścia zmuszając nas do skrętu na południe.

Południe nie urządza nas w żaden sposób, ale nie mamy wyboru – tzn można się cofnąć, ale do starej przepompowni mamy już kawał drogi, a powrót do punktu P i szukanie innej opcji to było by teraz 40-50 min w plecy. Szukamy przeprawy przez rzekę, która nas odcina.
Z każdym krokiem jednak przecinamy kolejne cieki wodne a rzeka wydaje się rozszerzać a nie zwężać – nigdzie nie ma się jak przeprawić. Nagle – TRACH – kolejna rzeka i mamy już zupełnie fatalny kierunek zachodni…

Co gorsza gruntu już nie ma właściwie wcale, czasami idziemy po kostki w wodzie i błocie. Szuwary nadal przysłaniają widoczność, każdy krok to spora utrata energii bo zasysa buty, rower trzeba nieść a i tak utyka w roślinności.Wściekli postanawiamy wrócić do głównego koryta, ale nie chcemy wracać po kwadracie bo to kawał drogi, tylko idziemy na azymut na północ… błąd, błąd, błąd.
Wchodzimy jeszcze głębiej w bagna. Część cieków wodnych jest do przejścia, część nie – więc ciągle skręcamy, staramy się wyminąć, potem korygujemy, przekraczamy kolejne rzeczki. Nagle nas znowu odcina…
Nagle uświadamiamy sobie, że jesteśmy gdzieś pośrodku bagna – nie umiemy wrócić się po własnych śladach. Część rzek jest do przejścia, część nie – co sprawia, że zaczynamy chodzić w kółko. Widzimy to na kompasie. Krążymy po bagnie i nie umiemy z niego wyjść!
Poglądowo oczywiście (X to nasze położenie) – bardzo poglądowo, bo nasza widoczność to 4-5 m szuwar przed nami, a przebiegów tych strumieni nie znamy

Pierwszy raz w życiu mamy taką sytuację – wiemy gdzie jesteśmy na mapie, wiemy gdzie chcemy iść, a nie jesteśmy w stanie. Nie jesteśmy też w stanie się wrócić. Utknęliśmy na dobre.
Zgubiliśmy się w życiu nie raz, ale taką sytuację mamy po raz pierwszy.
Jest jeszcze jedna zmienna w tym równaniu – komary. Wjechaliśmy im na chatę, wpadliśmy im na kwadrat, niemal słyszę jak krzyczą „O chipsy przyszły”. Są tu ich 1000-ce. Koszmar.
Brodzimy w wodzie, poniżej kilka zdjęć jak o wyglądało.
Mija 1,5 godziny a my nadal chodzimy w kółko po bagnie – o którym dowiem się później z internetu, że nazywa się „Użytek Zielone Łąki” i „Rozlewiska Moczarki” (jak miło prawda….). Próbujemy iść na północ lub wschód, ale ciągle nas „zawraca” jakaś rzeka. Czasem wpadamy w błoto do połowy łydki. Masakra. Jest naprawdę źle bo wiemy już, że przepadło miano Tropiciela – nie zaliczymy wszystkich punktów w limicie czasowym, ale co gorsze zaczyna być realne że nie dotrzemy do bazy w limicie czasowym z tym co mamy. Minęło 1,5h a my nadal nie potrafimy wyjść z tej pułapki. Poparzeni, pogryzieni, wściekli, przybici i zniechęceni…tylko co dalej.
Nie ma nawet jak: „pierdol***ć tym wszystkim i wyjechać w Bieszczady” bo najpierw trzeba wyjść z tego bagna.
Dobra, krytyczna sytuacja wymaga niestandardowych rozwiązań – pada pomysł: „przeprawmy się przez rzekę na dziko”. Trzeba będzie wejść do wody po pas z rowerem nad głową, ale przejdziemy dalej – na wschód lub północ. I tak jesteśmy cali mokrzy. Szukamy stosunkowo wąskiego kawałka rzeki, ale nim wejdę chcę wiedzieć w co wchodzę – biorę kawałek drąga z krzaków i wkładam. Dość głęboko, ale dotykam dna…a tu drąg MLASK i ciężko go wyjąć, tak go zasysa. Dno to muł. No nie ma bata przez to przejść…Abstrahując od doznań estetycznych, to może być nawet nie do końca bezpieczne.
Koszmar. Ten pomysł odpada.
Stoimy pomiędzy rozlewiskami, a komary mają prawdziwą ucztę. Co dalej?


Artax, koń który utonął w Bagnach Rozpaczy…jakoś tak przypomina mi się „Niekończąca się opowieść”. Nie mówię jednak o tym skojarzeniuBasi, bo widzę że Ona ma już bardzo dość.
Ja też nie jestem w dużo lepszym stanie psychicznym.
Można go opisać „K***A, CHCĘ STĄD WYJŚĆ. NATYCHMIAST!!!”
Najgorsza jest złudna nadzieja – widzimy drzewa, tam musi być początek lasu. Przedzieramy się tam, a drzewa stoją w wodzie. Za nimi dalsza część bagien. To nie była granica lasu, zagajnik pośrodku moczarów – jak na zdjęciu powyżej.
Staramy się zorientować gdzie będzie najkrócej do któregokolwiek końca tego bagna. Chrzanić północ i wschód, południe jest zajebistym kierunkiem jeśli tylko tam jest bardziej sucho J
Walimy na południe – gdzieś na horyzoncie widzę kable, linia wysokiego napięcia. Słup na pewno nie stoi na największym bagnie. Próbujemy się tam kierować. Finalnie im bliżej słupa tym coraz bardziej sucho, nadal roślinność wysoka i szuwarowopodobna ale grunt twardszy.
Udaje się dotrzeć do słupa i dalej na południe, do torów.
Straciliśmy ponad 2h…miano przepadło. 3 punkty do zrobienia plus powrót do bazy a zostało 45 min.
Postanawiamy zaliczyć jeszcze jeden punkt, ten po drodze do bazy i potem zastanowić się co dalej.
Najważniejsze, że udało się wyjść z tej koszmarnej pułapki.
FINISH – ARAMIS STYLE
Docieramy na punkt zaraz za torami kolejowymi. Podbijamy się i chwilę rozmawiamy z obsługą. Są zaskoczeni jak wyglądamy – przemoczeni, ubłoceni jakby przed chwilą przeszedł jakiś wodny armagedon. Mówimy w 2 zdaniach co się stało i mówimy, że jesteśmy wściekli bo miano nam przepadło. Wściekli i przygnębieni. Wtedy odbywa się kluczowy dialog Basi z obsługą punktu:
Obsługa: Może zdążycie, ile macie czasu jeszcze. Jest 7:40
Basia: Do 8:20. 40 minut
Obsługa: 40 minut…uh. Trochę ciężko, punkty nie są daleko, ale 40 minut to trochę mało.
Trochę mało co…nie powiedział „nie ma szans”, „pozamiatane”, „to niemożliwe”. Powiedział „trochę mało”.Ta myśl wierci w umyśle.
Basia mnie pyta: to co robimy?
„Wracamy do bazy w limicie czasu, ale bez kompletu czy robimy wszystkie punkty i przyjeżdżamy trochę spóźnieni”
Trochę spóźnieni…trochę mało…znowu to trochę.
Odpowiadam: „Wybieram opcję numer 3”
Basia: „Czyli…?”
Komplet w limicie czasu!! Ale nie mówię tego na głos. Zamiast tego mówię: „wrzucaj trójkę”.
Mój umysł jest już gdzieś indziej, widzę tylko zegar i drogę. Nie dochodzi do mnie co Basia mi odpowiada, nie słyszę też co mówi na to obsługa punktu. Zegar i droga. Nie ma w mojej głowie miejsca na nic więcej.
40 minut, nie wiem czy to realne, ale postanawiam postawić wszystko na jedną kartę.
Ruszam z kopyta, Basia za mną. Słyszę że krzyczy „ale co robimy?”.
Nie odpowiadam, cisnę. Nie chcę zapeszać. 40 min, jeśli zdobędziemy jeden punkt i zdołamy tu wrócić w 20 min to jest szansa. Stąd do ostatniego punktu jest krócej niż do tego, na który właśnie ciśniemy. Jeśli obecnie atakowany zaliczymy w 20 min, to ten ostatni także w 20 minut wyrwiemy. Cisnę przez las, Basia za mną –myślę jedź, nie zwalniaj, zabijesz mnie w bazie za ten pomysł, ale teraz JEDŹ, JEDŹ, JEDŹ !!
Wpadamy na punkt – czas 11 minuty. Podbijamy kartę i teraz powrót. Kolejne 11 minut, jak od linijki. 22 minuty na punkt i powrót. Miało być 20, mamy opóźnienie ale ostatni punkt jest bliżej niż był ten. Bliżej = nie potrzebuję 22 minut. Może 18 wystarczy!
Napieramy, krzyczę do Basi że zdążymy!
Przecinamy drogę i wpadamy w kolejny las. Staramy się nawigować„w locie” czyli bez zatrzymania: w lewo, w lewo, w prawo, druga w lewo, prosto, w lewo…jest ciężko bo szarpie na korzeniach, a my mamy pełen gaz. Byle się nie pomylić, byle się nie pomylić.
Koniec drogi, skręt w lewo lub prawo. K***A. Czyli gdzieś nam jedna ścieżka uciekła…pomyliliśmy się. W lewo czy w prawo? Gdzie jest ta Diabelska Góra (tak się nazywało miejsce, gdzie był ostatni punkt)?
Chcę jechać w prawo – kompletnie na czuja. Basia mówi: „NIE. Mamy 10 minut do dyskwalifikacji, w prawo jedziemy ‘OD BAZY’. Rąbneliśmy się gdzieś w tym lesie. Nie wiemy gdzie dokładnie, lećmy na bazę aby nie było dyskwalifikacji”.
To rozsądne, skręcamy zatem w lewo. No trudno, jednak się nie uda. Szansa była i tak mała. Mamy 10 min na powrót do bazy. Klnę pod nosem i jedziemy, nagle kątem oka dostrzegam ścieżkę – idzie w górę, ostro w górę. HAMULEC. To będzie tu. DIABELSKA GÓRA. O dzięki Ci Mała,że wybrałaś w lewo – poprowadziłaś nas przy samej górze. Basia jeszcze tego nie widzi, pyta mnie co robię.
Myślę: JAK TO CO? ZWYCIĘŻAM !!!
To przecież tutaj. Zostawiamy rowery i wbiegamy prawie po pionowej skarpie – jest punkt.
PODBIJAJ !!! wyję do obsługi. Dostajemy wpis, jest 8:12. 8 minut. Zbiegamy w dół, wskakujemy na rowery i kręcimy ile się da.
Jest 8:19 gdy wpadamy na teren bazy. 8:20 gdy zdajemy karty. Udało się.
Nie wierzę, ale udało się.
Miano TROPICIELA zdobyte, po raz 3-ci.
Leżymy na trawie przed bazą…z trudem łapiemy oddech. Teraz mogę umrzeć. Wyprawcie mi jednak pogrzeb godny TROPICIELA J
Walka jak o złoto z Markiem na Mistrzostwach na Rapierze. Emocje podobne, ból ten sam :D
Na kolejnym punkcie zostaję uprowadzony przez Ahmeda Terrorystę i moja drużyna (Basia) musi przeprowadzić negocjacje z porywaczem. Jeśli będą skuteczne zostanę uwolniony. Powiem Wam, że obsługa zaszalała bo mnie przykuli szybkozłączką (zipy/trytytki) do drzewa a Basia musiała rozwiązać zagadkę logiczną…SUDOKU
NIE !!! szachy, warcaby, kwadraty magiczne, Jolki, wirówki, szarady…ale nie sudoku. O co chodzi w Sudoku? Nigdy w to nie graliśmy…
Chyba zostanę do rana przykuty do drzewa.
Dobrze, że obsługa wyjaśniła Basi zasady tej gry bo byłoby ciekawie.
Tymczasem ja wdaję się w rozmowę z Ahmedem. To Ahmed z Frankfurtu, prawdziwy niemiecki terrorysta. Chyba się wkurzy, jeśli Mu powiem, że „jak ostatni raz byłem nad Frankfurtem to nie lądowałem”. Ech ten 44-ty rok, ogromny smog nad miastem. Fosfor jest jednak niesamowity…
Nie mówię Mu tego, co by Go nie drażnić a Basi w tym czasie udaje się rozwiązać zagadkę.
Ma liczby, teraz musi je poukładać we właściwą kolejność i otworzyć walizkę – tam są narzędzia, którymi mnie uwolni.
IHRE PAPIERE, BITTE
Kolejny punkt to harcerze, u których trzeba rozwiązać szyfr podstawieniowy.
Jeśli nam się to uda, dostaniemy od nich wskazówki w którym miejscu wolno przekroczyć nam drogę szybkiego ruchu (przepusty pod jezdnią) oraz przepustkę, którą trzeba okazać stacjonującemu tam…Wehrmachtowi!
Udaje nam się rozwiązać zadanie i dostajemy prawdziwą przepustkę – dokument ze zdjęciem i adnotacjami urzędowymi:
- okazywać bez wezwania
- strażnik ma prawo otworzyć ogień bez ostrzeżenia
Musimy upodobnić się do osoby na zdjęciu oraz przekonać Oficera Wehrmachtu – ponoć wielkiego służbistę – aby nas przepuścił.
Robi się niesamowity klimat. Uwielbiam takie akcje
Szykuję się zatem na rozmowę z Oficerem Dyżurnym. Zamierzam Go zaskoczyć niespodziewanym atakiem – nie, nie chodzi mi o „z kopyta w plery” ale o nakrzyczenie na Niego, że utrudnia nam ważną misję i pogrożenie Mu donosem do Feldmarszałka. Coś na kształt akcji z filmu „Walkiria”.
Szykuję sobie tekst postaci:
“Wir sind Offizieren im Dienst. Wir konnen nicht hier warten. Sie storen. Rufen Sie den Generalfeldmarschall an! „
Okazuje się jednak, że Oficer zachwyca się naszymi kaskami i wcale nie trzeba się z Nim kłócić, aby nas przepuścił. Fajnie, ale z drugiej strony trochę szkoda klimatu. Inna sprawa, że dotarliśmy na ten punkt w 3 ekipy, więc rozmowa w klimacie mogła by się nie udać bo nie wszyscy potrafią się wczuć.
Następny punkt to także żołnierze, ale tym razem pada w naszą stronę „Zdrastwujtie, Tawarisz. Wnimanie MINY” . Krasnaja Armia ciepło nas wita na swoim…polu minowym.
W GROCIE KRÓLA…DREWNA?
Zaraz po rozprawieniu się z Armią Czerwoną wpadamy na punkt obsługiwany przez Sekcję Grotołazów Wrocław. Do wykonania jest jedno z 4 losowanych zadań. Podział prac słuszny: ja losuję, Basia wykonuje.
Wylosowałem jej „drewnianą jaskinię”. Musi przejść przez bardzo wąskie przejście imitujące zwężenie się jaskini. Co tu dużo pisać – sami popatrzcie.

Na koniec SGW robi nam pamiątkowe zdjęcie, które udostępni po rajdzie na swoim FB.
Lecimy dalej.

Wypadamy z lasu, skręcamy na asfalcie i ciśniemy ile fabryka dała. 35km/h jest MOC. Mijamy jedną ekipę, drugą ekipę, trzecią ekipę. Ciśniemy aż do granicy lasu. LASU? Jak to lasu? Przecież mieliśmy jechać przez miejscowość.
Patrzę na mapę i pytam:
- Mała skręciliśmy w prawo, prawda?
- Nie, w lewo. Krzyczę za Tobą od kilometra, że źle ale ciśniesz jak opętany
- Doskonale, wybornie…
Wracamy. Mijamy jedną ekipę, drugą, trzecią…te same, tylko w drugą stronę. Dziwnie na nas patrzą…
Następny 2 punkty idą szybko, acz czas zaczyna nas coraz bardziej gonić. Jest już po świcie, a trasy przed nami jeszcze sporo. Na jednym z wspomnianych punktów musimy przeprawić się przez most linowy. Fantastyczne zadanie, bardzo nam się podobało.
TAJEMNICZY PUNKT P
Nadszedł czas na zaatakowanie punktu P. Wykreślamy na mapie zadane okręgi i otrzymujemy 2 hipotetyczne punkty P. Na odprawie powiedzieli „szukaj wskazówek – jeśli nie znajdziesz rzuć monetą i niech o ona zadecyduje o losie twojej drużyny”.
Dwa miejsca: jedno to dawna piaskownia, drugie to Grób Nieznanego Żołnierza w środku lasu.
Wybieramy Piaskownię –sugerując się, że„ P” jak piaskownia.
W bazie po rajdzie dowiem się, że były 2 punkty P (rewelacja!!!) i niezależnie od wyboru można było ten punkt zaliczyć, jeśli się go tylko znalazło.
Miejsce na punkt rewelacyjne – sami zobaczcie:

Zostaje nam niecałe 3h do limitu czasu i 3 punkty. Wydaje się to formalnością, ale w tym miejscu los postanowił z nas zakpić. Postanowił poddać nas iście morderczej próbie, której nie podołał niegdyś koń Artax – kto zna film „Niekończąca się opowieść” ten wie o co chodzi. Podobnie jak Artax i Atreyu znaleźliśmy się…
W BAGNACH ROZPACZY
Z punktu P postanawiamy udać się na kolejny punkt drogą koło starej przepompowni. Odchodzi ona od drogi, którą przyjechaliśmy na pkt P, gdzieś w połowie wielkiej łąki. W praktyce jednak do starej piaskowni nie przyjechaliśmy drogą, ale lekko wydeptanym pasem łąki – odbicia w kierunku przepompowni także nie widzieliśmy.
Oznacza to, że drogi te istnieją tylko na mapie i dawno zarosły przez ogromną łąkę (ta łąka jest naprawdę duża – ma tak dobrych kilka kilometrów).
Postanawiamy się „wyazymutować z kompasem” na dawną przepompownię, bo objechanie tej łąki zajmie strasznie dużo czasu – trzeba kombinować przez oddalone miejscowości bo nie ma innych dróg. Ruszamy zatem „na szagę”, nie wiedząc że będzie to największy nasz błąd na tym rajdzie – o ile nie ever.
Zaczynamy iść przez mokrą, wysoką trawę (rosa). Z każdym metrem łąką jednak dziczeje, pojawiają się osty, pokrzywy, kolczaste krzaki itp. Idziemy jednak dalej za wskazaniem kompasu. Dosłownie po chwili wkraczamy w królestwo pokrzyw – niektóre z nich sięgają do klatki piersiowej. Wszystko jest także mokre od porannej rosy. Nie mija kilka minut jak jesteśmy mokrzy i poparzeni. Bardzo poparzeni. Odnajdujemy jednak budynek starej przepompowni. W zasadzie to ruiny zarosłe jeszcze większymi pokrzywami – niemniej, teraz już powinno być bliżej niż dalej. Na północ lub na wschód od ruin aż do granicy lasu. Ruszamy, ale kierunek północny odcina nam rzeka. Według mapy powinien być tu mostek i droga za nim, ale nic z tych rzeczy się tu nie pojawia – są tylko pokrzywy. Nie uśmiecha nam się wracać przez nie (bo szliśmy tu z 10 minut i to cały czas przez morze tych diabelnych roślin), więc brniemy dalej – wschód nas także urządza.
Poglądowo wygląda to tak:

Przecinamy kolejne cieki wodne – jedne mniejsze, inne większe. Pokrzywy zamieniły się w szuwary. Grunt pod nogami to błoto, jest bardzo podmokło ale da się iść. Szuwary stają się coraz wyższe, w pewnym momencie niektóre są naszej wysokości więc widoczność staje się bardzo ograniczona.
Na horyzoncie widać jednak korony drzew – granica lasu, tam chcemy dotrzeć. Nagle drogę odcina nam kolejna rzeka, także nie do przejścia zmuszając nas do skrętu na południe.

Południe nie urządza nas w żaden sposób, ale nie mamy wyboru – tzn można się cofnąć, ale do starej przepompowni mamy już kawał drogi, a powrót do punktu P i szukanie innej opcji to było by teraz 40-50 min w plecy. Szukamy przeprawy przez rzekę, która nas odcina.
Z każdym krokiem jednak przecinamy kolejne cieki wodne a rzeka wydaje się rozszerzać a nie zwężać – nigdzie nie ma się jak przeprawić. Nagle – TRACH – kolejna rzeka i mamy już zupełnie fatalny kierunek zachodni…

Co gorsza gruntu już nie ma właściwie wcale, czasami idziemy po kostki w wodzie i błocie. Szuwary nadal przysłaniają widoczność, każdy krok to spora utrata energii bo zasysa buty, rower trzeba nieść a i tak utyka w roślinności.Wściekli postanawiamy wrócić do głównego koryta, ale nie chcemy wracać po kwadracie bo to kawał drogi, tylko idziemy na azymut na północ… błąd, błąd, błąd.
Wchodzimy jeszcze głębiej w bagna. Część cieków wodnych jest do przejścia, część nie – więc ciągle skręcamy, staramy się wyminąć, potem korygujemy, przekraczamy kolejne rzeczki. Nagle nas znowu odcina…
Nagle uświadamiamy sobie, że jesteśmy gdzieś pośrodku bagna – nie umiemy wrócić się po własnych śladach. Część rzek jest do przejścia, część nie – co sprawia, że zaczynamy chodzić w kółko. Widzimy to na kompasie. Krążymy po bagnie i nie umiemy z niego wyjść!
Poglądowo oczywiście (X to nasze położenie) – bardzo poglądowo, bo nasza widoczność to 4-5 m szuwar przed nami, a przebiegów tych strumieni nie znamy

Pierwszy raz w życiu mamy taką sytuację – wiemy gdzie jesteśmy na mapie, wiemy gdzie chcemy iść, a nie jesteśmy w stanie. Nie jesteśmy też w stanie się wrócić. Utknęliśmy na dobre.
Zgubiliśmy się w życiu nie raz, ale taką sytuację mamy po raz pierwszy.
Jest jeszcze jedna zmienna w tym równaniu – komary. Wjechaliśmy im na chatę, wpadliśmy im na kwadrat, niemal słyszę jak krzyczą „O chipsy przyszły”. Są tu ich 1000-ce. Koszmar.
Brodzimy w wodzie, poniżej kilka zdjęć jak o wyglądało.
Mija 1,5 godziny a my nadal chodzimy w kółko po bagnie – o którym dowiem się później z internetu, że nazywa się „Użytek Zielone Łąki” i „Rozlewiska Moczarki” (jak miło prawda….). Próbujemy iść na północ lub wschód, ale ciągle nas „zawraca” jakaś rzeka. Czasem wpadamy w błoto do połowy łydki. Masakra. Jest naprawdę źle bo wiemy już, że przepadło miano Tropiciela – nie zaliczymy wszystkich punktów w limicie czasowym, ale co gorsze zaczyna być realne że nie dotrzemy do bazy w limicie czasowym z tym co mamy. Minęło 1,5h a my nadal nie potrafimy wyjść z tej pułapki. Poparzeni, pogryzieni, wściekli, przybici i zniechęceni…tylko co dalej.
Nie ma nawet jak: „pierdol***ć tym wszystkim i wyjechać w Bieszczady” bo najpierw trzeba wyjść z tego bagna.
Dobra, krytyczna sytuacja wymaga niestandardowych rozwiązań – pada pomysł: „przeprawmy się przez rzekę na dziko”. Trzeba będzie wejść do wody po pas z rowerem nad głową, ale przejdziemy dalej – na wschód lub północ. I tak jesteśmy cali mokrzy. Szukamy stosunkowo wąskiego kawałka rzeki, ale nim wejdę chcę wiedzieć w co wchodzę – biorę kawałek drąga z krzaków i wkładam. Dość głęboko, ale dotykam dna…a tu drąg MLASK i ciężko go wyjąć, tak go zasysa. Dno to muł. No nie ma bata przez to przejść…Abstrahując od doznań estetycznych, to może być nawet nie do końca bezpieczne.
Koszmar. Ten pomysł odpada.
Stoimy pomiędzy rozlewiskami, a komary mają prawdziwą ucztę. Co dalej?


Artax, koń który utonął w Bagnach Rozpaczy…jakoś tak przypomina mi się „Niekończąca się opowieść”. Nie mówię jednak o tym skojarzeniuBasi, bo widzę że Ona ma już bardzo dość.
Ja też nie jestem w dużo lepszym stanie psychicznym.
Można go opisać „K***A, CHCĘ STĄD WYJŚĆ. NATYCHMIAST!!!”
Najgorsza jest złudna nadzieja – widzimy drzewa, tam musi być początek lasu. Przedzieramy się tam, a drzewa stoją w wodzie. Za nimi dalsza część bagien. To nie była granica lasu, zagajnik pośrodku moczarów – jak na zdjęciu powyżej.
Staramy się zorientować gdzie będzie najkrócej do któregokolwiek końca tego bagna. Chrzanić północ i wschód, południe jest zajebistym kierunkiem jeśli tylko tam jest bardziej sucho J
Walimy na południe – gdzieś na horyzoncie widzę kable, linia wysokiego napięcia. Słup na pewno nie stoi na największym bagnie. Próbujemy się tam kierować. Finalnie im bliżej słupa tym coraz bardziej sucho, nadal roślinność wysoka i szuwarowopodobna ale grunt twardszy.
Udaje się dotrzeć do słupa i dalej na południe, do torów.
Straciliśmy ponad 2h…miano przepadło. 3 punkty do zrobienia plus powrót do bazy a zostało 45 min.
Postanawiamy zaliczyć jeszcze jeden punkt, ten po drodze do bazy i potem zastanowić się co dalej.
Najważniejsze, że udało się wyjść z tej koszmarnej pułapki.
FINISH – ARAMIS STYLE
Docieramy na punkt zaraz za torami kolejowymi. Podbijamy się i chwilę rozmawiamy z obsługą. Są zaskoczeni jak wyglądamy – przemoczeni, ubłoceni jakby przed chwilą przeszedł jakiś wodny armagedon. Mówimy w 2 zdaniach co się stało i mówimy, że jesteśmy wściekli bo miano nam przepadło. Wściekli i przygnębieni. Wtedy odbywa się kluczowy dialog Basi z obsługą punktu:
Obsługa: Może zdążycie, ile macie czasu jeszcze. Jest 7:40
Basia: Do 8:20. 40 minut
Obsługa: 40 minut…uh. Trochę ciężko, punkty nie są daleko, ale 40 minut to trochę mało.
Trochę mało co…nie powiedział „nie ma szans”, „pozamiatane”, „to niemożliwe”. Powiedział „trochę mało”.Ta myśl wierci w umyśle.
Basia mnie pyta: to co robimy?
„Wracamy do bazy w limicie czasu, ale bez kompletu czy robimy wszystkie punkty i przyjeżdżamy trochę spóźnieni”
Trochę spóźnieni…trochę mało…znowu to trochę.
Odpowiadam: „Wybieram opcję numer 3”
Basia: „Czyli…?”
Komplet w limicie czasu!! Ale nie mówię tego na głos. Zamiast tego mówię: „wrzucaj trójkę”.
Mój umysł jest już gdzieś indziej, widzę tylko zegar i drogę. Nie dochodzi do mnie co Basia mi odpowiada, nie słyszę też co mówi na to obsługa punktu. Zegar i droga. Nie ma w mojej głowie miejsca na nic więcej.
40 minut, nie wiem czy to realne, ale postanawiam postawić wszystko na jedną kartę.
Ruszam z kopyta, Basia za mną. Słyszę że krzyczy „ale co robimy?”.
Nie odpowiadam, cisnę. Nie chcę zapeszać. 40 min, jeśli zdobędziemy jeden punkt i zdołamy tu wrócić w 20 min to jest szansa. Stąd do ostatniego punktu jest krócej niż do tego, na który właśnie ciśniemy. Jeśli obecnie atakowany zaliczymy w 20 min, to ten ostatni także w 20 minut wyrwiemy. Cisnę przez las, Basia za mną –myślę jedź, nie zwalniaj, zabijesz mnie w bazie za ten pomysł, ale teraz JEDŹ, JEDŹ, JEDŹ !!
Wpadamy na punkt – czas 11 minuty. Podbijamy kartę i teraz powrót. Kolejne 11 minut, jak od linijki. 22 minuty na punkt i powrót. Miało być 20, mamy opóźnienie ale ostatni punkt jest bliżej niż był ten. Bliżej = nie potrzebuję 22 minut. Może 18 wystarczy!
Napieramy, krzyczę do Basi że zdążymy!
Przecinamy drogę i wpadamy w kolejny las. Staramy się nawigować„w locie” czyli bez zatrzymania: w lewo, w lewo, w prawo, druga w lewo, prosto, w lewo…jest ciężko bo szarpie na korzeniach, a my mamy pełen gaz. Byle się nie pomylić, byle się nie pomylić.
Koniec drogi, skręt w lewo lub prawo. K***A. Czyli gdzieś nam jedna ścieżka uciekła…pomyliliśmy się. W lewo czy w prawo? Gdzie jest ta Diabelska Góra (tak się nazywało miejsce, gdzie był ostatni punkt)?
Chcę jechać w prawo – kompletnie na czuja. Basia mówi: „NIE. Mamy 10 minut do dyskwalifikacji, w prawo jedziemy ‘OD BAZY’. Rąbneliśmy się gdzieś w tym lesie. Nie wiemy gdzie dokładnie, lećmy na bazę aby nie było dyskwalifikacji”.
To rozsądne, skręcamy zatem w lewo. No trudno, jednak się nie uda. Szansa była i tak mała. Mamy 10 min na powrót do bazy. Klnę pod nosem i jedziemy, nagle kątem oka dostrzegam ścieżkę – idzie w górę, ostro w górę. HAMULEC. To będzie tu. DIABELSKA GÓRA. O dzięki Ci Mała,że wybrałaś w lewo – poprowadziłaś nas przy samej górze. Basia jeszcze tego nie widzi, pyta mnie co robię.
Myślę: JAK TO CO? ZWYCIĘŻAM !!!
To przecież tutaj. Zostawiamy rowery i wbiegamy prawie po pionowej skarpie – jest punkt.
PODBIJAJ !!! wyję do obsługi. Dostajemy wpis, jest 8:12. 8 minut. Zbiegamy w dół, wskakujemy na rowery i kręcimy ile się da.
Jest 8:19 gdy wpadamy na teren bazy. 8:20 gdy zdajemy karty. Udało się.
Nie wierzę, ale udało się.
Miano TROPICIELA zdobyte, po raz 3-ci.
Leżymy na trawie przed bazą…z trudem łapiemy oddech. Teraz mogę umrzeć. Wyprawcie mi jednak pogrzeb godny TROPICIELA J
Walka jak o złoto z Markiem na Mistrzostwach na Rapierze. Emocje podobne, ból ten sam :D
Kategoria Rajd, SFA






