aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

Silesia Race zima... latem :)

  • DST 115.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 29 maja 2021 | dodano: 01.06.2021

No dobra, wiosną bo do lata to jeszcze trochę. Nie zmienia to jednak faktu, że 29 maja rozgrywana jest zimowa edycja rajdu Silesia Race. Rok rocznie zawody odbywały się na początku lutego (edycja 2018, edycja 2019, jeden z ostatnich rajdów 2020...), no chyba że mamy rok 2021. W tymże roku kulka z kolcami, w ramach tzn. 3-ciej fali rozwala kolejne imprezy... gospodarki, giełdy, kraje (w sumie... w zasadzie to rozwala wszystko), więc zawody w lutym odbyć się nie mogły. Zostały przełożone najpierw na marzec, ale także i ta data nie mogła dojść do skutku. Dopiero teraz, gdy kulkę dziabnęło kilkaset tysięcy igieł (nota bene, tu macie UNIKALNE nagranie z działań w ramach polskiego systemu szczepień czyli tzw powrót do normalności po szczepionce :D) zawody zaczynają - także - wracać do życia. W końcówce maja ruszamy zatem na zimową edycję Silesia Race, rozgrywaną w dobrze znanych nam lasach w okolicach Krupskiego Młyna.

"Gdy powróciła znów na scenę, z początku nie chciał nikt w to wierzyć,
Widownia była przecież pusta, nie licząc stróży
(prawa i obostrzeń) i żołnierzy.
Ale rozniosło się po mieście, że znowu jest, że zagra ponoć,
Więc się zaczęli schodzić gapie, choć bilet mógł kosztować słono
(ach to wpisowe... :D :D :D)
Przyszliśmy my – jej wielbiciele, już przerzedzeni, postarzali
I po raz pierwszy znów po latach niektórzy z nas się spotykali..."
(oryginał TUTAJ)
No bez kitu... naprawdę! To parafraza cytatu oczywiście z twórczości Mistrza Jacka (link powyżej), ale dokładnie tak to widzę. Powrót sentymentalnej panny...O, tym razem O bo orientacja (nie mylić z "Historią O" :P :P :P choć to też piękna historia :D :D :D).
Przyszliśmy my - jej wielbiciele, już przerzedzeni, postarzali, może także trochę grubsi po miesiącach przymusowej kwarantanny...
i po raz pierwszy znów po latach niektórzy z nas się spotykali. O tak... naprawdę mamy wrażenie, jakbyśmy byli na spotkaniu weteranów, którzy przeżyli wojnę czy apokalipsę. Ostatni raz tyle znanych orientacyjnych twarzy widziałem chyba na ostatnim "normalnym" rajdzie 2020 czyli Rajdzie Liczyrzepy - marzec 2020. Nie liczę ostatniego Jaszczura (Na Jagody) bo to zawsze imprezy kameralne, ani nawet naszego czarnego Mordownika bo to na Silesiach jest wszystko: trasy piesze, rowerowe i przygodówki. Frekwencja jest zawsze zatem ogromna, bo przyciąga zawodników z różnych kategorii. I tak jest także tym razem. Wymiatacze Adventure jak i niemal cała czołówka Pucharu Rowerowego i Pieszego. To spotkanie niemal po latach (prawie półtora roku przerwy w sumie...) i dobrze znowu ujrzeć te same poryte łby, które za jakąś kartką na drzewie, czasem będą walić nawet wpław przez rzekę :)
Wracając do Panny O:
"...i zażądaliśmy spektaklu, i grać zaczęła go od nowa" (dzięki Marcin, że nadal Ci się chce i robisz to co robisz !!!)
"Nie było w nim już tej radości i zaszły w nim widoczne zmiany" (no tu się nie do końca zgodzę bo wszyscy aż rwą się do startu!! Po zbyt długiej przerwie)
"Pojęliśmy, że nowy dramat ma być dopiero napisany" (ooo...to już zależy tylko od naszej nawigacji dzisiaj :D :D :D ).

Numery startowe! Nareszcie :)


Planowanie wariantów


Dany jest zbiór liczb: {25, 26, 29}
To nasze numery startowe na kierownicy... o jak mi tego brakowało. Nie na każdym rajdzie są numery, a ja bardzo lubię klimat jaki tworzą. Nie chodzi mi nawet o rywalizację, bo sama ona sama w sobie jest czasem fajna, a czasem bardzo NIE...  ale chodzi mi o klimat bycia na rajdzie. Znajdowania się w pewnej społeczności, gdzie każdy zrozumie czym jest darcie przez rzekę na azymut za jakąś kartką na drzewie.
Czemu mamy aż 3 liczby opisujące nasze numery startowe? To proste, na rajd dojechał także Andrzej  i znowu pojedziemy w trójkę. Ruszamy razem na trasę rowerową 100 km, która takową może być oczywiście tylko z nazwy, bo jak ktoś zna Marcina, to wie że parametry trasy to dla Niego kwestia bardzo umowna . Do dziś pamiętam rozmowę na Silesia Race - jesień 2015 w Tworogu (no link - bo nie pisałem jeszcze wtedy relacji ze wszystkich imprez...), gdzie rozmawialiśmy z jednym z uczestników o trasie i padł tekst "Trasa jest tak 100-kilometrowa że, pęka mi właśnie 160-ty kilometr i nadal nie mam 2 punktów...". Owszem to czasem kwestie nawigacji i różnych wariantów "z dupy", ale umówmy jednak się,  że Marcin podaje parametry tras BARDZO ORIENTacyjnie :)
Nam to zupełnie nie przeszkadza, bo uwielbiamy klimat Silesii, ale pośmiać się z Niego zawsze można :P
Ruszamy z Andrzejem na zachód. Naszym wstępnym wariantem jest mała pętla po punktach kontrolnych, po południowej części rzeki Mała Panew. Po jej zrobieniu zamierzamy ruszyć głęboko na południe po punkty "w dole" mapy, a powrót do bazy planujemy przez jej północną część. Celem małej pętli jest wyczyszczenie terenów na południe od rzeki, tak aby zamykając pętle po północnej stronie mapy, nie musieć przeprawiać się przez tą niemałą rzekę. Do dziś nie wiemy czy wariant ten był dobry - na pewno był skuteczny bo finalnie zrobiliśmy komplet, ale czy był optymalny... czy nie nadrobiliśmy trochę kilometrów to w sumie nie wiem. Wtedy wydawało się to dobrym pomysłem - jak zawsze :)
Patrząc po wariantach innych zawodników... chyba były jednak lepsze opcje.
To kocham w rajdach: wariaNty, wariaNty, wariaty(?)

Freundschaftsbrucke - fonetycznie brzmi jak rozkaz rozstrzelania :)

Znowu w lesie

Jak ja to lubię - ocierać się o zielone :)

Ponoć najbardziej romantyczny punkt kontrolny - tak mówił opis :)


Kilka punktów i z powrotem do bazy!
Pierwsze punkty wpadają nam w zasadzie bez większego problemu, bo lecimy "jak po sznurku". Zgodnie z opisanym wyżej planem lecimy mała pętlę na południowych-zachód od bazy. Na mapie nie ma wprawdzie wszystkich ścieżek jakie znajdujemy w terenie, ale lasy tutaj są mocno przejezdne więc wszelakie korekty i zmiany wchodzą bardzo łatwo i bez strat czasowych. Aha aby nie było... mocno przejezdne niekoniecznie oznacza, że zawsze trzymamy się dróg, bo tam gdzie bliżej nam "na azymut" to nie możemy sobie odmówić. Można to zobaczyć na zdjęciach poniżej:
przez łąki, przez krzory,
przez bagna, przez tory,
Aramisy lecą chętnie
no bo rura im nie mięknie :)
Jak dorywamy leśne autostrady to przelotowa sięga 30km/h. Jest dobrze... oczywiście nie utrzymamy takiego tempa przez cały rajd. Nie ma szans, nie my... ale chwilę można się pojarać :)
Gdybyśmy umieli utrzymać takie prędkości przez całe zawody, to bylibyśmy rozpoznawani jako zespół mocny, a nie... ekscentryczno-specyficzny. Inna sprawa, że gdybyśmy umieli utrzymać takie prędkości, to znając nas kierunek i zwrot tego wektora bynajmniej nie celował by w jakiś punkt kontrolny... tylko gdzieś w p***du :)
Powiedziałbym zatem, że naszą rozpoznawalność opieramy na innych parametrach, acz tak naprawdę to my nie robimy tego specjalnie... to się nazywa wypadkiem przy pracy.
Udaje nam się zebrać wszystkie punkty z naszej małej pętli i wracamy do bazy, mijamy ją i wypuszczamy się na dużą pętlę, która zabierze nas na wycieczkę od południa do północy. Mówię oczywiście o kierunkach, ale jak nawigacja nie siądzie to może być to także charakterystyka czasowa naszej wyprawy.
Jestem POCIĄGĘ...znowu :D

Piękne leśne przeloty :D

Co by nie być gołosłownym - kopyto odpalone i ciśniemy ile sił :)

Lampion i Bestia :)


Ubierają się na czarno bo są ze... Straży :)
OK, czasem tez na żółto, jak mają na sobie te ogniotrwałe kombinezony. Zawsze miałem słabość do tej formacji (podobne uwielbienie mam chyba tylko dla Sił Powietrznych), w znaczeniu że niesamowicie podziwiam to co robią... a dziś? Dzisiaj bawią się z nami na rajdzie u Marcina. Ostatnim razem jak Ich widzieliśmy (i w sumie wezwaliśmy) to gasili lasy w okolicy Mielca, a dziś organizują zadania sprawnościowo-techniczne dla trasy rodzinnej. Ech szkoda, że nie są to także zadania dla naszej trasy, no ale nie można mieć wszystkiego. Przyjechaliśmy tu zbierać lampiony i zapierdalać po lesie, tak? :D
Mijamy zatem Strażaków pozdrawiając Ich serdecznie i szturmujemy wydmę, na której mam być lampion. Lampion jest... ale jest także kolejne zadanie dla trasy rodzinnej. A człowiekiem, który zabezpiecza to zadanie jest osobnik, których zepchnął mnie w otchłań i odmęty na ostatniej Silesii  - jest to uwiecznione na zdjęciu!!
Przed oczami staję mi TA scena. Mówiłem Ci, że Cię znajdę, no i jesteś!
Nadal pracujesz z linami, ciekawe ile osób dziś wyślesz w otchłań (odmętów tutaj jakoś nie widzę, więc chyba się nie uda).
Zastanawiam się przez moment, czy nie zrobić akcji w postaci: "Koło się zamknęło, gdy Cię opuszczałem..." (nota bene, widzieliśmy MEGA wypass osom remake tej sceny --> TUTAJ.) 
no ale mamy dzisiaj jeszcze w cholerę punktów do odnalezienia i nie za bardzo mamy czas na zadymę w lesie.
A tak serio, to oczywiście żart i miło był Cię znowu zobaczyć, acz nie ukrywam że cieszę się, że tym razem nie wrzuciłeś nas do wody :D

Znowu wozy kolorowe :D

Wśród drzew

Portetowe na punkcie :)


Spotkania przy kanapkach i lampionach
Przed nami punkt żywieniowy, a zaraz po nim "wyjście" na etap specjalny BnO (dla nas oczywiście robiony na rowerze).
Dzisiejszy punkt odżywczy zlokalizowany jest remizie OSP i jest naprawdę sowicie wyposażony: kanapki ze smalcem i ogórem, a także owoce i ciastka. Prawdziwy wypass dla orientacyjnego stadka. Do tego spotykamy Czarnooch'a ze swoją ekipą - nie widzieliśmy się naprawdę dawno. Zbyt długo, dlatego rozkładamy się z popasem i spędzamy trochę czasu... wspominając dawne rajd jak i umawiając się na wspólną wyprawę może gdzieś w lipcu. Może góry, a może lasy Śląska - to się jeszcze okaże, ale miło było posiedzieć na schodach remizy zażerając się chlebem ze smalcem.
Wjeżdżamy na BnO, do którego mamy specjalną, dodatkową mapę sportową. Staramy się trzymać ścieżek, bo jest tu spora siatka dróg - co ciekawe, w większości przejezdnych. Przez przejezdnych nie zawsze rozumiem dobrych. Po prostu przejezdnych, tak? Trzeba doceniać takie rzeczy, bo nieraz bywało gorzej :)
Na naszym drugim punkcie spotykamy Kamilę i Filipa, którzy walczą dzisiaj na pieszej 25-tce. Walą na azymut, bo lasy przejezdne, więc robimy testy kto będzie szybciej na punkcie - my po ścieżkach i na około, czy Oni "na szagę". Różnie to wychodzi, bo lampion na brzozie zgarnęli przed nami, ale w okolice jakiegoś parowu dotarliśmy w zasadzie w tym samym momencie.
Udało mi się nawet "walnąć" Im pamiątkową fotkę.
Chwilę później nasze warianty się rozjeżdżają bo musimy gonić na południe, na drugą część naszej mapy.

Wypass...

Zapatrzeni w mapę, zagubieni w lesie :)

Wściekle zielono !! To lubię :)

Jazda synchroniczna :)


W lesie deszczowym... wieje w-morde-wind
No niestety zaczyna padać i to nawet tak konkretnie. Kończymy właśnie BNO kiedy zaczynają spadać pierwsze krople. Tyle by było z pięknej pogody, jaka towarzyszyła nam od rana. Ciśniemy na pkt nr 18 mega wielkim przelotem w jeszcze większych strugach deszczu. Serce mi pęka jak słyszę jakie dźwięki wydają napędy - piach i woda. Zabójcza mieszanka, ale i tak niewiele na to możemy poradzić, trzeba zatem jechać po prostu dalej. Suniemy przez ulewę i przez kas, aż po horyzontu kres bo droga jest prosta jak strzała.
Po zebraniu 18-stki skręcamy na zachód i jeszcze większym przelotem ciśniemy przez okoliczne miejscowości po punkty za południowo zachodnim krańcu mapy.
Po wyjeździe z lasu, trafiamy na wielkie otwarte przestrzenie gdzie niesamowicie wieje... oczywiście w ryj, bo czemu nie... znacznie nas to spowalnia, ale walczymy.
Pogoda jest przedziwna, bo leje naprawdę mocno, jednocześnie mocno wieje, ale niebo nad nami robi się piękne i niebieskie czyste.
Mam swoją teorię na to, to widoczne na zdjęciach wiatraki rozpruły chmury i dlatego woda teraz nie ma oparcia w puchu i spada. Sami przyznacie chyba, że to teoria nie do obalenia :)
Czeka nas teraz kilkanaście kilometrów przelotów... więc wiatr i ulewa nie pomagają w zmaganiach.
Co ciekawe pamiętam przelot tutaj z Silesii Race - zima 2018 - wtedy też piździło... tyle że nie deszczem, a mrozem i śniegiem. Waliliśmy w zasadzie tą samą drogą, nad ranem w promieniach wschodzącego słońca. Ech to też były zawody: gleba na lodzie taka, że do dziś mnie boli tyłek na samo wspomnienie plus ucieczka przez PKP... dość, nie będę się więcej pogrążał, można otworzyć relację z tamtej imprezy, zobaczyć zdjęcia i domyślić się samemu ile było w tym (lub nie) BHP... 

Leje...


Przez mokry las...

...i mokre drogi

Pod wiatr i pod-deszcz...


Rzepaki i Polana Śmierci...
Przestaje padać i znowu wychodzi słońce. Robi się nawet aż za ciepło, ale nie ma co narzekać - przynajmniej wyschniemy. Przed nami wielkie pola rzepaku i punkt na cofniętym (w rozwoju?) kasztanowcu, a także na pozostałościach mostu nad jeziorem przy dawnym folwarku/pałacu(?). Tam zrobimy sobie dłuższy popas bo zaczyna brakować energii. Jednak jazda rajdowa a wycieczkowa to zupełnie inna sprawa. Nawet jak się nie ścigacie, to jednak chęć zrobienia kompletu i presja limitu czasowego wymusza pewien ostrzejszy timing.
Punkt w środku rzepakowych pół - rewelacja. Sami zobaczcie zdjęcie poniżej.
Jesteśmy na najdalej położonych na południowym-zachód punktach od bazy. Teraz zaczniemy kierować się w zasadzie już tylko na północ (no dobra, na koniec wpadnie jeszcze trochę wschodu aby wrócić do bazy).
Jeden z punktów powtórzy się z przytoczoną już powyżej edycją zimą 2018. To Polana Śmierci zwany Śląskim Katyniem.
Pod linkiem krótka historia tego miejsca - można też samodzielnie poszukać więcej informacji. Miejsce na pewno warte zobaczenia i warte refleksji, że to naprawdę szczęście żyć w jednak o wiele spokojniejszych czasach... 
Gdy tylko tam dotrzemy to uderza w nas deszcz. Tak, znowu zaczyna padać i to naprawdę mocno, o wiele bardziej niż za pierwszym razem. Przemoczy nas to do cna... ech ledwie co wyschnęliśmy... no ale cóż poradzić. Nie pierwszy i nie ostatni deszcz, który nas sponiewiera. Życie. Jedziemy dalej bo zostało nam jeszcze 5 albo 6 punktów do zrobienia.
Żuuu-le-ee idą-ąą na po-le-ee rze-pa-kuuuu :D  (link oczywiście - jak zawsze - na własną odpowiedzialność)

"Wieża" w rzepaku :)


Droga NITROERGA prowadzi na... podium :)

Brzmi złowieszczo, nie? NITROERG to przedsiębiorstwo produkujące między innymi materiały wybuchowe. Noto bene, to jeden z Patronów tego rajdu. Znamy ten zakład, bo gdy byliśmy w tych lasach po raz pierwszy, to nie był on zaznaczony na naszych mapach. Możecie się zatem domyślić jak mocno zaskoczyło nas, gdy nagle dotarliśmy do zasieków z drutu kolczastego (podwójnych, oddzielonych pasem piasku) i robiliśmy kolejne *KILOMETRY* (SIC!) próbując wyminąć tą przeszkodę. Dziś, po kilku już wizytach w lasach obok Krupskiego Młyna, wiemy już dokładnie czego możemy się spodziewać. Do tego, dzisiejsze mapy pokazują to miejsce, więc suniemy spokojnie drogą wzdłuż płotu i zasieków. Droga jest prosta jak strzała i dość długa... nie ma jednak swojego imienia, a więc przezwałem ja Drogą NITROERGA. Musicie przyznać, że brzmi kozacko :)
Na rajdzie, na którym zakładu nie było na mapie, niektórzy zawodnicy wleźli na teren zakładu...i tu jestem pod wrażeniem, jak można było "nie zauważyć" lub zignorować takie utrudnienia. Wiecie, jestem zdania, że nawet jak mamy rację to z ludźmi z bronią nie należy dyskutować (co najwyżej nawiązać wymianę ognia, jeśli macie czym). Z tego samego wynika opinia, że jak coś jest chronione dwoma liniami drutu kolczastego, to chyba nie należy tam wchodzić od tak :)
Co ciekawe i na tej edycji, parę osób wdarło na teren zakładu - pozdrawiamy ekipę Sergiusza!
Owszem, było to związane z niedokładnością mapy w okolicy rzeki, która pokazywała, że tereny zakładu nie dochodzą do samej wody, ale jednak bramę to już sforsowali raczej świadomie :D :D :D Wielkiego problemu nie było, bo w końcu to patron dzisiejszego rajdu, więc mogli się spodziewać "naruszenia" obszaru.
Z Drogi Nitroerga odbijamy po ostatnie punkty kontrolne na naszej trasie i zamykamy komplet!!! 
Komplet i to przed zmrokiem bo do bazy docieramy 19:42 (start był 9:30). Jest dobrze!
Wynik daje Basi drugie miejsce na podium, co nas realnie zaskakuje bo nie spodziewaliśmy się że pójdzie nam tak dobrze na pierwszym w zasadzie rajdzie w tym roku (na Jaszczurze byliśmy jedynymi rowerzystami, więc ciężko mówić o wyniku w kontekście rywalizacji). Czuć po nogach, naprawdę mocno czuć, że dawno nie jeździliśmy w reżimie rajdowym. Tym bardziej miejsce na podium jest nieoczekiwane, ale nie ukrywamy że bardzo miłe.
Standardowo w bazie po rajdzie wdajemy się w rozmowy z innymi zawodnikami i bierzemy udział w afterparty. W drodze powrotnej pozostaje umyć rowery bo po leśnym i deszczowym rajdowaniu są istną kulą błota i rozpaczy... do domu docieramy koło 1:00 w nocy i idziemy spać.
Było super, ale sponiewierani to jesteśmy mocno.
 
A na koniec kilka zdjęć niepoukładanych - różne chwile rajdu:

Chaszczujemy :)

Sarna Luiza jest rozczarowana poziomem twojej nawigacji...

Ponownie w lesie deszczowym...

Zakaz jazdy rowerem... trzeba nieść :D :D :D (tzw. WTF picture)

Wzdłuż drutów kolczastych czyli końcówka Drogi Nitroerga :)

Szkodnik cieszy patelnię, no bo łatwo nie było



Kategoria SFA, Wycieczka


komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa obser
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]