aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

Jaszczur - Zaklęty Monastyr

  • DST 80.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 15 września 2018 | dodano: 18.09.2018

Widzieliście tytuł tych zawodów? Zaklęty Monastyr! Pasuje Wam - ZAKLĘTY MONASTYR !!! Proste, że musimy tam być. Nie dość, że to kolejny Jaszczur, rajd przez wielu znienawidzony a przez nas ukochany, to jeszcze taki tytuł !!!. Do tego Malo napisał na facebookowej stronie Jaszczura, że to "rajd dla Szkodników, Pacanów, itp" - ciekawe skąd czerpał inspirację, aby użyć właśnie takich słów :)
No ale skoro ktoś nas wywołał do tablicy, to znowu wstajemy o 2:45 nad ranem, aby około 4:00 w nocy wyruszyć z Krakowa. Naszym celem jest Werchrata - mała wioska nieopodal granicy z Ukrainą, bo to tam znajduje się baza, z której wyruszymy aby odnaleźć Zaklęty Monastyr!

"Pójdź chłopcze w las, w ten głuchy las!
Wesoło będzie płynąć czas.
Przedziwne czary ROZTOCZE w krąg,
Złotolitą chustkę dam ci do rąk". (*)

Roztocze - oto teatr dzisiejszych działań wojennych. To właśnie tam pójdziemy w ten głuchy las, tam wesoło będzie płynąć nam czas. Przedziwne czary też będą - w końcu mamy Zaklęty Monastyr, a jak zaklęty to muszą być czary...
Znając jednak Jaszczura obawiam się, że będzie to raczej najczarniejsza z czarnych czarna magia, bo do ręki to zamiast chustki dostaniemy kartę startową. 
Musicie wiedzieć, że relacja z tego rajdu zaczęła się pisać w mojej zwichrowanej głowie na długo przed tym, nim on się tak naprawdę odbył. Wszystkiemu winny ten niesamowity tytuł. Gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, od razu przypomniałem sobie, że coś podobnego już przeżyłem... dziecięciem będąc. Wyruszyłem na poszukiwanie zaginionego zwiadowcy, o imieniu Amber. Pierwszy trop prowadził do świątyni DarkMoon, gdzie miło przywitało mnie dwóch kleryków. Gdy wszystko wyglądało całkiem spoko i postanowiłem rozejrzeć się po ich świętym przybytku...no cóź, skracając opowieść: były szkieletory, lichy, gobliny, koboldy, smoki... no i beholdery. Ogólnie rozpierducha bo DarkMoon okazał się miejscem lekko nawiedzono-przeklętym, Amber nie żyła, a cała ekipa tej porytej świątyni chciała abym stamtąd nie wyszedł żywy. Na końcu, najwyższy kapłan Drag Draggore zamienił się w smoka i ział żarem, że zwiedzam jego komnaty bez pozwolenia, ale finalnie utłukłem gadzinę... nie bez wgrania na nowo któregoś tam save'a :)
Jeśli ktoś nie kojarzy o czym ja znowu piszę, to proponuję powrót do klasyki klasyków: "Eye of the Beholder 2 - Legend of the DarkMoon"
W oczekiwaniu na tego Jaszczura, dzień w dzień, w moich myślach stawały sceny z tej gry i wspomnienia tych strachów... gdy idziesz po kolejnych komnatach i wiesz, że zaraz wypadanie na Ciebie taki beholder (a wiecie, one mają niewrażliwość na magię i tłuc to trzeba ino żelazem...) jeb - jeb i masz 4 trupy w 6-cioosobowej drużynie.
Kiedyś to robili klimatyczne gry, a nie to co dzisiaj :)
Jak myślę o tym co Malo mógł wymyślić na tym Jaszczurze i patrząc na lokalizację bazy, to spodziewam się, że dzisiaj beholdery także będą (beholder po ang. oznacza obserwatora). Coś czuję, że wystąpi w tej roli Straż Graniczna, gdy będziemy wesoło hasać sobie kilka metrów od granicy Unii :) 


"Welcome to Camp Navarro. So, you're a new replacement..." (*)
Odprawa... no zapowiada się ciekawie. Malo mówi, że o 7:00 rano, przed odprawą najdłuższych tras pieszych, zrobiły Mu wjazd na bazę 3 służby mundurowe: straż leśna, straż graniczna i... wojsko. Jak wojsko? Obie straże to rozumiem, ale co ma armia do tego. Okazuje się, że w środku naszej mapy, tej którą zaraz dostaniemy, znajduje się tajna baza wojskowa!! Nie jest ona zaznaczona na mapie. Wiecie dlaczego? BO JEST TAJNA!!
Niemniej Malo dogadał się z jednym Majorem, że będziemy kręcić się w pobliżu i żeby nie strzelali. Pokazuje nam, mniej więcej, gdzie baza się znajduje i radzi, aby za bardzo do niej nie podchodzić - zwłaszcza z jakich dziwnych kierunków, na przykład z krzaków. Oszalałem... był w mojej głowie "Eye of the Beholder", teraz jest "Fallout 2". Pamiętacie wbicie się do tajnej bazy Enklawy - Camp Navarro? A pamiętacie szefującego tam sierżanta Dornan'a, który w niepowtarzalny sposób potrafił Was zrugać za brak munduru. Kurde, ja też nie mam na sobie dziś munduru... od 11 lat nie miałem. Ostatnim razem mundur nosiłem w Koszalinie w Centrum Szkolenia Sił Powietrznych robiąc kurs podoficerski. Ech! Kiedy to było.. niemniej to były czasy. Nasz pierwszy "Instruktor", który powitał nas słowami: "Jestem Dowódcą waszego Plutonu, nazywam się Chorąży Pokora i... pokaże Wam dlaczego".
No mogą być jaja, jeśli wpadniemy na wojskowych. Zapowiada się naprawdę ciekawie. A wracając do Sierżanta Dornan'a, (link polecam, bo teksty miażdżą - nie trzeba nawet znać gry) pamiętacie jego najlepszy tekst? (to trzeba usłyszeć, bo intonacja jest genialna):

"If I like you, you can call me Serge. But guess what? I DON'T LIKE YOU" :D :D :D



LEŚNA RAJZA I (NA) WSZELKI WYPADEK
To nie koniec rewelacji na dzisiaj.
Dostajemy do podpisu oświadczenia o starcie na własną odpowiedzialność. Niby norma, bo na każdym rajdzie są takie formalności, ale wczytuję się w treść oświadczenia:
"...nie będę miał roszczeń ZA WYPADEK, KTÓREMU ULEGNĘ na Jaszczur - Zaklęty Monastry". Jak to ulegnę? Nie któremu mogę ulec albo ewentualny wypadek, ale wypadek KTÓREMU ULEGNĘ. Zdarzenie pewne. Bosko. Szkoda, że nie ma jeszcze adnotacji typu: o 14:14. Skoro już wszystko zaplanowane to co szkodziło podać i godzinę :)
Do tego dostajemy informację, że Straż Leśna krzywo patrzy na poruszanie się nocą po lesie w tym terenie. Mieli także pewne "ale" o kilka punktów na trasie - tak około 60%. Tak więc, mamy być w bazie przed zmrokiem lub... nic nie wiemy o żadnym Monastyrze i tak sobie jeździmy po okolicznych lasach. Wiecie - leśna, nocna rajza po okolicy :)
Po niektórych twarzach zawodników, zwłaszcza tych którzy są z nami pierwszy raz, widzę drobne zaniepokojenie. Inni, Ci którzy byli już na Jaszczurach kiwają głowami ze zrozumieniem - dla Nich wszystkie te informacje nie są dziwne.
Mówiąc o zawodnikach, nie jesteśmy jedyną ekipą na rowerach! 
Na przyjazd tutaj skusili się Andżelika i Wojtek, mocni zawodnicy znani nam z wielu innych rajdów. Dziś jednak jestem przekonany, że nie będziemy się z Nimi ścigać. Wszyscy będziemy starali się po prostu przeżyć :)
Gdzieś w trakcie rozmowy wychodzimy nawet z propozycją aby pojechać w czwórkę, ale mamy różne godziny startowe i tak jakoś wychodzi, że ruszymy oddzielnie.


"Zaufaj mi, nie będzie Wam potrzebna..."
Wybija nasza godzina startu. Dostajemy mapy a tam jak zawsze... kosmos. Liczba wycinków do dopasowania jest kosmiczna - wycinki lidarowe, historyczne (z przed I wojny światowej), oraz mapy wysokościowe. Jakoś dopasowujemy fragmenty do mapy i mamy nadzieję, że popełniliśmy mniej błędów niż więcej :)
Tuż przed wyruszeniem, pytam Malo czy jedna karta nam wystarczy. Na Jaszczurze - Białe Doliny, mieliśmy dwie karty startowe, a tutaj Zaklęty Monastyr ma dla nas również naprawdę wiele punktów. Nie wiem czy na jednej karcie się zmieścimy.
Malo patrzy na mnie, wyraźnie zaskoczony pytaniem. Odpowiada mi jak w tytule tego rozdziału, a ja już wiem, że nie zrobimy dzisiaj kompletu. Tak jakoś to przeczuwam.
Idziemy do rowerów, Venom (nowy rower, jeśli ktoś nie czytał wpisu ze Świętokrzyskiej Jatki) pali się do walki:

- Ruszajmy, mam ochotę zapolować na tego Jaszczura.
- Wiesz, Venom, nie wiem jak Ci to powiedzieć, ale nie nastawiaj się dzisiaj na wiele...
- Żartujesz? Jestem siłą, potęgą i pasją, jestem wolą, łowcą, koszmarem twoich wrogów! Jestem Venom.
- Ale dzisiaj nierzadko nie będziemy działać razem... będą takie miejsca, w które zmuszony będę udać się samotnie. Mimo najszczerszych chęci nie podołasz temu zadaniu, a jeśli wezmę Cię ze sobą, umrę z wyczerpania... a Ty wraz ze mną.
- To żart, prawda? Testujesz moją determinację. Nie zawiodę!
- Chciałbym Venom, chciałbym... ale zaufaj mi, tak będzie lepiej.
- Do jakiego piekła zatem mnie ciągniesz?
- Tego sam jeszcze nie wiem.
(zapada przeszywająca duszę cisza...)
- Ale wrócisz? Prawda...?

Spoglądam na złowieszczo szumiące drzewa, na niebo mającej zaraz uronić gorzkie łzy nad naszym losem.
- Nie wiem... chciałbym.
Cisza jaka zapada po tych słowach jest niemal nie do wytrzymania. Mój wzrok spotyka się ze wzrokiem Szkodnika, jego DartMoor także milczy przerażony ta krótką rozmową Z Venomem... Szkodnik pierwszy ośmiela się zmącić ciszę, ale słyszę jak walczy z łamiącym się głosem w gardle: 
- Ruszamy? Czas już nastał...
- Wiem. Ruszamy. Powodzenia...
- Powodzenia - szepce Szkodnik.


"Kolekcjoner kości"

"Moczary 2: Zemsta"






Jaszczur ma ostre zęby czyli (prawie) w oponach absurdu 2
Dwa pierwsze punkty, to kapliczki w polach, które trzeba przerysować na kartę startową. Wpadają nam bez większego problemu. Basia się śmieje: "no to by było tyle na dzisiaj". Nie wie chyba jak bardzo złowieszczą przepowiednią właśnie wygłosiła. Dwa pierwsze punkty były w planie mapy, teraz wjeżdżamy w pierwszy wycinek lidarowy i historyczny (oba opisują ten sam teren i każdy z nich ma zaznaczony inny punkt kontrolny - trzeba zebrać oba). Podchodzimy pod wielkie bagno i nagle sssssssssyk... patrzymy a tutaj wentyl od tylnego koła Basi urwany!
Grrr... niezły początek. Umawiamy się, że ja pójdę i spróbuję przeprawić się przez bagno a Basia w tym czasie wymieni dętkę. Ruszam i chwilę później okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo przeprawić się przez te mokradła. Muszę znaleźć krzyż w środku lasu oraz drugi punkt, na ruinach dawnej osady. Las jest gęsty i błotnisty, miejscami zapadam się po kostki. Znalezienie obu miejsc zajmuje mi ponad 30 min... a i tak, jeśli chodzi o punkt nie będący krzyżem zbieram stowarzysza (punkt który podszywa się pod właściwy). Gdy wracam do Szkodnika, jestem po kolana w błocie... do tego na punkcie zostawiłem futerał na apart fotograficzny. Robiłem zdjęcia kości i bagien i musiał mi wypaść. Szczęśliwie Wojtek i Andżelika go znajdują i odzyskam go w bazie po rajdzie - dziękujemy :)
Lecimy dalej, odnaleźć coś, co jak roboczo nazywamy lejem po bombie, tuż przy granicy z Ukrainą. Porzucamy rowery w gęstwinie i wchodzimy na jakieś pionowe niemal wzgórze pełne pokrzyw i ostrężyn. Tną i parzą nas niemiłosiernie, ale nie zwalniamy marszu pod górę - jeśli trzeba to na czworakach. W pewnym momencie tak utykam w ostrężynach, że dłuższą chwilę mam problem wyjść - mój schorowany umysł od razu przywołuje na myśl horror RUINY !!!
Gdy udaje nam się w końcu zdobyć lampion, wiszący około 60 metrów od granic... wracamy do rowerów. Wychodzimy na drogę, a tutaj sssssssyk... tylne koło Basi. Przebite. No nie, nie znowu. Nie teraz, nie tutaj... ile minęło od pierwszej gumy? Z godzinę... zaczyna mi to przypominać Wiosenne Korno w oponach absurdu, gdzie gumę na tylnym kole złapałem 6 razy!!! Jeśli czytaliście relację z tego bardzo pechowego dla nas rajdu, to wiecie że dwa dni potem zajadałem się rosołem. Nie mam jednak ochoty na kolejny danie z kauczukiem w tle, więc mam nadzieję że to koniec przebitych gum na dzisiaj... na szczęście będzie to koniec.
Chwilę później spotykamy piechura, który klnie na czym świat stoi. Krzyczy, że trasa jest przej****bana... Ma rację. Minęło już 5 godzin naszego czasu, a my mamy 6 punktów z około 50. Krzyczy, że te lampiony są dzisiaj nie do znalezienia i jednego szuka już ponad godzinę. Zafiksował się na lampionie, a w tym miejscu mamy punkt opisowy - policzyć sumę kaskad wodospadu. Wyprowadzamy Go nad wodospad, który nawigacyjnie wchodzi nam dość łatwo... gorsze jest dotarcie do niego, bo to chaszczowanie wyższego poziomu. Gdy Kolega orientuje się, że jest to punkt opisowy, szlag trafia Go z jeszcze większą siłą... cóż tu wiele mówić. Jaszczur potrafi sponiewierać :)

Szkodnik łatający, a dokładniej szukający na razie dziury w całym (no prawie całym :D)

Gryzonie w natarciu :)

Szkodnik sumujący wysokość kaskad wodospadu, a poniżej kilka zdjęć z naszej ROWEROWEJ trasy :D





"This is the end of days.... and I AM THE REAPER"(*)
Czyli zagłada. Coraz bliżej końca świata !!! To co się właśnie stało, przechodzi ludzkie pojęcie. Pamiętajcie co pisałem Wam w relacji z KoRNO Pucharowego w tym roku. Przestały wtedy działać dwa kompasy. Wszystkie końce świata tak się zaczynają, prawda? Jakoś udało się przeżyć, ale strach o własną egzystencję nadal trawi nasze dusze... pożera nasze serce. A dziś... KOLEJNY KOMPAS PRZESTAJE NAM DZIAŁAĆ. I to nówka, Silvy. Kupiony zaraz po KoRNO...  na Mordowniku jeszcze działał bez zarzutu, a dziś znowu: północ to południe, a wschód to zachód. Co jest grane??
Możemy śmiać się z tym końcem świata, ale to że pada nam drugi kompas już nas nie śmieszy. Silva robi świetne kompasy, a ten ma ile? 3 tygodnie i umarł. Poprzednia Silva także zmarła nagle. To nie jest normalne. Jaszczur pewnie rechoce gdzieś po krzakach, ale tak łatwo się nie poddamy. Zadał nam potężny cios, ponieśliśmy niemałą stratę, ale nie poddajemy się. Napieramy dalej pomimo wszelakich przeciwności losu. Jestem VENOM "i ni Święty, ni Diabeł mi tego nie odbierze" (*).
Grajmy w twoją grę Jaszczurze. Nie powiedzieliśmy dzisiaj jeszcze ostatniego słowa.
"Cóż, czasem aby wygrać z Diabłem, należy zatańczyć pod jego melodię" (*).




"Historia O"(*)... czyli strażnicy "na granicy rękę podadzą nam, strażników na granicy ja bardzo dobrze znam"(*)
Wygramoliliśmy się z wąwozu i ciśniemy dalej. Znowu nad granicę z Ukrainą. Gdy tylko zbliżamy się na kilkaset metrów do magicznej linii granicznej, zajeżdża drogę nam terenówka. Spodziewałem się tego - prędzej czy później. Straż graniczna wypytuje nas co kombinujemy - mówimy, że poszukujemy lampionów pewnego Jaszczura. Rozmowa jest bardzo miła, ale przestrzegają nas przez przed złowieszczymi ruchomymi piaskami. No dobra, może nie ruchomymi, ale wyratrakowanymi piaskami. Wiedzą, że będziemy włóczyć się przy granicy i nie mają z tym problemu, nawet jeśli będzie to kilka metrów od!! Mamy nawet pozwolenie na robienie zdjęć!!
Stawiają jeden warunek: ani śladu na piasku (wyratrakowany pas graniczny). Jak zobaczą tam jedną odciśniętą stopę to zrobią nam wjazd na bazę i będzie śledztwo, który z zawodników dopuścił się tej zbrodni. Obiecujemy być grzeczni i nie sprawiać kłopotów. Umowa to umowa. Ostatnie na co mam ochotę, to strzelanina z kolejnymi służbami mundurowymi. To była by 4-ta w tym tygodniu, a jest dopiero poniedziałek :)
Zaliczamy punkt zadaniowy: podać szerokość ostrzału bunkra, ale kolejnego punktu jeszcze bliżej granicy (ruiny zabytkowego obiektu) już nie znajdujemy. W bazie okaże się, że był jeszcze bliżej granicy niż myśleliśmy, ale tutaj uważamy, że my mieliśmy rację. Według nas ten punkt był "przestrzelony". Zastanawialiśmy się przez chwilę, czy nie będzie on rzeczywiście bliżej granicy, ale według naszego rozumienia mapy, był on źle zaznaczony. Pomyłki zdarzają się każdemu, nic się nie dzieje - ale dla nas to Brak Punktu Kontrolnego (BPK) już wysokość = 0. I tego się będziemy trzymać.
Chwilę zajęło nam jednak szukanie tego punktu i zrobiło się już naprawdę późno. Jest po 16:00, a my jesteśmy w czarnej.... grocie Nestle. Nie mamy nawet połowy trasy... słabiutko dzisiaj, no ale jest mega ciężko: i nawigacyjnie i terenowo. Postanawiamy wprowadzić w życie plan O.
Aby go zrozumieć muszę powiedzieć słowo o mapie. Punkty O na mapie są traktowane jako obowiązkowe. W praktyce oznacza to, że za zdobycie pojedynczej sztuki otrzymujemy nie 100 pkt przeliczeniowych jak za normalny punkt kontrolny, ale aż 200. Za brak każdego "O" dostajemy -100. Opłaca się zbierać zatem "O", które Malo rozstawił jako smaczki stworzonej trasy (zarówno pod kątem historycznym np. cerkiew w Radrużu wpisana na listę UNESCO albo mega ciekawe terenowo - czytaj przejeb**e).
Co więcej, niektóre punkty mają adnotację "T" czyli "trudne" - typowo nierowerowe jak powiedział Malo. Za te też dostajemy dwukrotną wartość punktu. Jest na mapie jeden pkt. "O" z adnotacją T ---> czyli aż 400 pkt. Oczywiście, że będziemy chcieli, aby padł naszym łupem... jego cena nie będzie jednak bezpodstawna. Zapłacimy za niego dużą ilością zdrowia... ale nie uprzedzajmy faktów. Na razie postanowiliśmy zaatakować wszystkie punkty O i plan ten wydaje się pozbawiony wad. Mamy rację, wydaje nam się :)



"Wspólny to skrawek zhańbiony krwią..."(*) czyli ziemie UPA-trzone
Roztocze... Mało kto wie, że to w sumie obrzeże szeroko rozumianego Wołynia. Zarówno tutaj jak i w Bieszczadach działały sotnie UPA.
Nie chcę wdawać się tutaj w żadne historyczne oceny czy komentarze, bo historia - zwłaszcza tutaj - jest nadal dla obu narodów niezabliźnioną raną. Gdy byliśmy tutaj pierwszy raz bardzo zaskoczyło nas to, co znaleźliśmy w ruinach starego monastyru - nota bene, jeden z punktów trasy jest także tutaj rozstawiony. Groby ukraińskie, groby polskie - wszystkie zniszczone. Na polskich grobach pomalowano tryzyby, a na ukraińskich pomalowano symbole Polski Walczącej. I to nie w znaczeniu, że kiedyś... gdy tam dotarliśmy, to farba właściwie dopiero schnęła. Potargane, podeptane wieńce, zarówno po jednej jak i drugiej stronie.
Można poczytać trochę lokalnych źródeł np. tutaj albo tutaj, ale ostrzegam artykuły aż ociekają emocjami.
Jaszczur zabiera nas po wielu takich miejscach.




Stromymi Wąwozami "piekło brukowane"
Zapada zmrok, a my ciśniemy przez opuszczone drogi Roztocza. Żywej duszy nie spotkaliśmy od bardzo, bardzo dawna. Zbliżamy się do punktu "O2" - tego z adnotacją T. Nie ma to jak takie punkty atakować nocą, a nie za dnia - genialny pomysł, no ale tak wyszło.
Podchodzimy stromym podejściem przez łąkę na dziko, aż do granicy lasu. W lesie czekać na na nas potężny wąwóz, zostawiamy zatem nasze maszyny, ukryte w wysokich trawach i ruszamy w z buta, z latarkami w ciemny las.
Schodzimy stromą odnogą wąwozu i z każdym krokiem ściany tego parowu robią się coraz wyższe. Gdy docieramy na samo dno, jesteśmy naprawdę zaskoczeni - przedzierałem się przez wiele wąwozów w życiu, ale ten chyba jest najbardziej stromym (nieskalnym) 
jaki w życiu widziałem. Szkoda, że jest już zupełnie ciemno - bo zdjęcia nie wyszły, aby Wam go pokazać.
Idziemy dalej, a nasz wąwóz okazuje się odnogą jeszcze większego wąwozu, a ten odnogą kolejnego. Incepcja wąwozowa. Mam wrażenie, że ten wąwóz generuje się samoczynnie i wchodzimy w n-tą iterację. Za każdym razem kiedy myślimy że to już wąwóz główny, to ten okazuje się odnogą jeszcze większego wąwozu. Zaczynam mieć obawy, że może być ciężko wrócić do rowerów... ale idziemy dalej. Wąwozy są błotniste, pełne wiatrołomów, płynących strumieni... idzie się coraz ciężej. Zaczyna się z nas lać pot. W lesie, mimo tego że zapadła już noc, jest parno i wilgotno, do tego przeprawiamy się przez kolejne drzewne przeszkody. Nierzadko zjeżdżamy po stromych ścianach wąwozu, starając się nie iść strumieniem, który płynie po dnie. Z każdą minutą wąwóz ten wysysa z nas ostatnie siły. Masakra...



Robert odwołuje koniec świata
Przedzieramy się przez wąwóz... a tu nagle światło czołówki. Jesteśmy w okolicy tajnej bazy wojskowej. Jak to Spec Ops, to może być zadyma. ... ale nie, to tylko Robert, który nakur***wia... na wszystko :)
Na wąwóz, na trudność trasy, na to że zgubił czołówkę. Widać, że jego ten wąwóz też nieźle sponiewierał i wybatożył. Mówi, że ma dość i wraca do bazy (finalnie znajdzie zgubioną czołówkę i odzyska motywację do dalszej walki). Ma już pkt "O2", ale mówi, że starał się iść górą (wtedy nie widać nic w tym wąwozie, bo jest tak głęboki a mamy już noc) i się naszukał tego lampionu... nie szedł dołem, bo wiatrołomy robiły się nie do przejścia. Finalnie zjechał prawie na twarzy po stromiej ścianie.
My mówimy, że nam szlag trafił kolejny kompas.
Robert na to, że może mamy przy sobie jakiś magnes.
Jak magnes? JAK MAGNES? Na szyi, na sznurku? Kto nosi magnes przy sobie? A Szkodnik na to... MAGNES!!! MÓJ NOWY PLECAK.
Co ma nowy plecak do magnesu? Okazuje się, że nowy plecak ma magnes wszyty w pas piersiowy. Taki FICZER aby można było sobie rurkę od camelback'a przymocować, jak ktoś ma jakiś metalowy element na niej. A Szkodnik przecież nosi kompas na szyi... tuż obok pasa piersiowego. Wszystko jasne !!!
To nie armagedon, to nie zagłada... to SABOTAŻ. Ktoś nam wszył magnes w plecak... Gdyby nie sugestia Roberta to byśmy się nie zorientowali jeszcze pewnie przez 4-5 zabitych kompasów. Co za dramat... ale ważne, że udało się usunąć sabotaż. Żegnamy się z Robertem, dziękujemy za - w sumie - pomoc/wsparcie/radę (jak to nazwać?) i ruszamy dalej... nadal w głąb tego przeklętego wąwozu. 


"Get up girl, get back to the game, you've got couple cuts and bruises but your beauty's the same!!!" (*)
Ten rozdział, a przede wszystkim piosenkę z której to cytat (zamieszczoną na końcu wpisu), dedykuję mojemu dzielnemu Szkodnikowi, który przedziera się ze mną przez wąwozy i chaszcze...i to już od wielu lat. Tym razem jednak wąwóz odciska piętno na psychice Szkodniczka i Basia zaczyna mieć naprawdę dość. Przy którymś kolejnym wiatrołomie, przy którymś kolejnym ześlizgnięciu się ze ściany i wpadnięciu prawie po kolana w błoto, w przemoczonych butach, pocięta gałęziami... coś w Niej pęka. Ostatnim razem miała tak dość w Bagnach Rozpaczy, parę lat temu. Zaczyna się lamet: "przesadził z tą trasą, masakra tutaj jest". Z każdym kolejnym potknięciem się na wiatrołomach, z jej ust leci coraz ciekawsza wiązanka. W pewnym momencie, w teorii - tuż przed punktem, ja utykam na ścianie wąwozu, starając się wyminąć chyba ze 30 zwalonych drzew (staram się przejść po niemal pionowej ścianie). Idzie mi bardzo wolno, bo mocno asekuruję kolano. Ono nie lubi takich przygód. Utknąłem konkretnie i trochę mi zejdzie wydostać się z tego zakleszczenia. Tymczasem Basia przedziera się dalej i idzie po lampion. Za chwilę wraca i krzyczy "NIE MA!!! A POWINIEN TU BYĆ!! TO BEZ SENSU!! MAM DOŚĆ". Proponuję abyśmy poszli raz jeszcze, już razem... jak tylko wydostanę się tych pieprzonych wiatrołomów... chwilę później, dostrzegam lampion. Teraz Basia już zalicza totalnego doła "JAK MOGŁAM GO NIE WIDZIEĆ, PRZECHODZIŁAM OBOK NIEGO". Po tonie jej głosu, słyszę że jest naprawdę źle...
Cudownie. Noc, wąwóz którym idziemy już niemal 1,5 godziny (pasuje Wam!?! półtorej godziny!!!) plus rozbity psychicznie Szkodnik. Co ja tutaj k****a robię... Potem ktoś zapyta:

- gdzie byłeś z Żoną w ostatnią sobotę?
- W wąwozie!
- A co, lubi wąwozy?
- NIE!!
- Samobójca...

Staram się pocieszyć Basię, że to się zdarza - że dokładnie to samo przydarzyło się nam obojgu niedawno na Grassorze. Szkodnik jest jednak wściekły i zniechęcony. Ech trzeba sięgnąć do drugiej linii wsparcia (chcesz ciasteczko?). Ja gdy mam doła, to wystarczy, że ktoś obieca mi kotleta lub ryż. O tak, zwłaszcza ryż. Dużo ryżu! I już, po sprawie. Pamiętam jak na jednym obozie szermierczym wpieprzałem chyba 5-tą dokładkę ryżu, ku konsternacji całej grupy. Zażerałem się aż mi się uszy trzęsły, a na pytanie czy to normalne odpowiadałem, że przecież to lepsze niż dobry seks. Jakiś Pacan rzucił mi wtedy tekstem, że chyba nie wiem co to dobry seks, skoro tak mówię. Ale ja wiem, o czym mówię - jak bywam skrajnie wyczerpany seksem, to wtedy jem ryż drugą ręką :D
Ze Szkodnikiem sprawa jest trochę bardziej skomplikowana i nie idzie tak prosto, ale mam swoje - wypracowane w bojach - sposoby.
Trochę psychoterapii i Szkodnik wraca do boju. Trochę pocięty gałęziami, umorusany błotem, ale...

"You're the breeze through the trees
They're just stuck in the mud
Never thought a girl could look so good
covered in blood..."




Czerń i biel:

Nasza przygoda w wąwozie trwała 2,5 godziny... nie wierzę. Dwie i pół godziny po pkt "O2" ... pkt "O2" z adnotacją T. Udało się jednak wrócić do rowerów. Jest ciemna, ciemna noc... właściwie to "Noc była ciemna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana, jak polityka angielskiego ministra" (*). Ale jest pięknie... noce na Jaszczurach są niesamowite.
Szkodnik odzyskał kolorki i chce napierać dalej. Oto mój Szkodnik :)
Teraz czeka nas kilka niesamowitych punktów ponieważ będą to stare cmentarze leśne, pełne białych krzyży. Fakt, że krzyże te stoją chaotycznie, bez podziału na kwatery, a w lesie unosi się lekka mgła potęguje tylko uczucie niepokoju... Co tu dużo pisać. Czerń i biel, czerń i biel... przed nami jeden z piękniejszych odcinków rajdu. Sami popatrzcie:





I tak dotarliśmy do końca tej, naprawdę długiej relacji.

Do bazy docieramy kilka minut po północy.  Malo jak usłyszał, że zrobiliśmy pkt "O2" rzekł tylko "SZACUN" :)
Andżelika i Wojtek również dotarli, jakieś 30 min przed nami. Twierdzą, że Im się podobało, acz widać że są równie sponiewierani przez tą trasę jak my.
My zrobiliśmy łącznie 80km, w tym tylko 50 parę na rowerze :)
Takie są Jaszczury... takie są trasy rowerowe (niepiesze) Malo. Zakończenie rajdu jest tak samo klimatyczne, jak jego początek. Po nas do bazy dociera jeszcze jedna ekipa i wtedy Malo wyciąga telefon i gdzieś dzwoni...
"Panie Majorze, melduję że wszyscy zawodnicy są już w bazie..."
Tajna baza zawiadomiona, że przestaliśmy się szwendać po okolicy.

Chwilę potem wyruszamy do domu - w niedzielę mamy szermiercze spotkanie w ramach projektu FENCE 4U i odwiedzają nas ekipy ze Szwecji i Hiszpanii. Do domu dotrzemy około 7:20, a na sali szermierczej musimy być o 10:00. Złapiemy godzinę snu... szaleństwo.
W niedzielę wieczorem jak wrócimy do domu, to padniemy tak że ledwie wstaniemy w poniedziałek do pracy. Cudowny weekend - dwie noce zarwane i moc wrażeń. Czego chcieć więcej... w sumie jest coś takiego,  trochę więcej snu :)


Cytaty:
1) Wiersz Goethe'ego "Król Olch" (jedno z tłumaczeń). Można posłuchać świetnego wykonania jako poezja śpiewana
2) Gra Fallout 2 - jedna z rozmów z postacią z gry.
3) Film "Silent Hill", Dark Alessa
4) Komiks Batman "Knightfall" - pierwsza konfrontacja Bruce'a Wayne z Azraelem
5) Komiks Batman "Into the Idiot-zone"
6) Film "Historia O". Klasyka kina.
7) Piosenka z filmu "Yuma" w wykonaniu Kazika
8) Piosenka LUC "Manifest"
9) parafraza znanego powiedzenia o dobrych chęciach
10) Tomb Raider song "Looks could kill" - JT Music
12) Sergiusz Piasecki "Zapiski Oficera Armii Czerwonej"

Z dedykacją dla Szkodnika :D


Kategoria Rajd, SFA


komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa kalne
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]