aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

SFA

Dystans całkowity:29224.00 km (w terenie 23.00 km; 0.08%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Liczba aktywności:414
Średnio na aktywność:70.59 km
Więcej statystyk

Jaszczur - Ciemna Strona Gór

  • DST 50.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 5 września 2020 | dodano: 10.09.2020

JaszczurU. O jakże dawno się nie styraliśmy, nie ścioraliśmy i nie upodliliśmy. Od marcowego lock down'u (i odwołaniu naszej Siły KORNOlisa) nie było w kalendarzu żadnych rajdów. Ktoś wtajemniczony powie, że były wcześniej inne partyzanckie (sic!) Jaszczury, no ale oficjalnie nie było nic. Z resztą nie tym miało być, więc jeszcze raz: JASZCZURU! Pierwszy rajd od dawna! Kilka słów zatem o tym co się tam działo

"Give yourself to the Dark Side. It's the only way..."

(naprawdę muszę w przypisach umieszczać skąd jest ten cytat? Naprawdę? No bez przesady!)
Jaszczur - Ciemna Strona Gór. Co za nazwa! Jak ja kocham klimat tych imprez i ich podtytuły. Nie wahamy się zatem długo i postanawiamy posłuchać głosu prawdziwej Ikony Zła oraz najbardziej znanego Ojca na świecie. Przekonał nas, że to jedyny sposób. Oddamy się Ciemnej Stronie... tym razem Ciemnej Stronie Gór (chodzi o północne stoki, prawda?). Ta edycja Jaszczura zabiera nas do Szarocina, czyli na obrzeża jakże znanych nam Rudaw Janowickich. Tym razem, w przeciwieństwie do notorycznie odwiedzanych przez nas Rudawskich Wyryp (2019, 2018, 2017, więcej linków nie ma bo wcześniej nie pisałem relacji, a wyrypiamy się od 2014 roku) "bazować" będziemy nie od strony Kowar czy Janowic Wielkich, ale od strony Kamiennej Góry. Bardzo nas to cieszy, bo mimo że Rudawy znamy bardzo dobrze, to jest to strona, od której rzadko przeprowadzamy ataki szczytowe. Nie znając jeszcze mapy rajdu, jeszcze w drodze do bazy, postanawiamy nie uderzać w stronę najwyższego szczytu czyli Skalnika (945m), ale pozwiedzać mniej znane nam części po kamiennogórskiej stronie tych gór. Obstawiamy czy Malo da punkty na tzw. "Kolorowych Jeziorkach" i w "Tunelu pod Drogą Głodu".
Powiem Wam, że co do jednej z tych lokacji to się nie pomyliliśmy, ale o tym trochę później.
Wyjeżdżamy z Krakowa po 5:00 rano i około 9:00 meldujemy w Szarocinie. Jak to zwykle bywa jesteśmy jedyną ekipą rowerową na trasie, bo pchanie się z rowerem na trasy Jaszczura to zadanie lekko... daremne. Wiele osób już się tego nauczyło, ale my jakoś nie chcemy.
Dostajemy mapy, a na nich wszystko co jaszczurowe, czyli lidary oraz wycinki "wysokościowe" do dopasowania w główny plan mapy, który sam w sobie jest sporo starszy ode mnie... Zgodnie z naszym planem chcemy uderzyć głęboko na południe i taki też kreślimy wariant. Dopasowujemy wycinki do planu mapy, nie mając żadnej gwarancji że zrobiliśmy to dobrze. Okaże się jednak, że mimo braku rajdów w ostatnim czasie, to nie wyszliśmy aż tak bardzo z nawigacyjnej wprawy, bo zrobiliśmy to bezbłędnie. Owszem, eliminuje to tylko pewną grupę problemów nawigacyjnych, ale w żaden sposób nie ułatwia to dotarcia do lampionów pod kątem terenu. Ruszamy!!




Jakaś taka ZADZIERNA ta góra...
Na południe! Jak to w terenie górskim, zaraz po wyjeździe z bazy trafiamy na mocny podjazd. Ech, w sumie... to w taki właśnie sposób zaczynamy większość naszych wyjazdów, wliczając w to niemal każde wakacje. Ubierasz rękawice, zakładasz kask, poprawiasz okulary, wyjeżdżasz za bramę "noclegu" i... ściągasz kask, przypinasz go do plecaka, ściągasz rękawice, przyjmujesz w miarę wygodną pozycję do "popychania" i pchasz rower pod górę przez najbliższe 3 godziny. To jest schemat powtarzalny do bólu...
Nie inaczej jest i tym razem, z tą różnicą, że obyło się bez pchania. Dało się to podjechać, ale i tak zafundowaliśmy sobie potężną ścianę na dzień dobry. Raczej dzień stromy... Ale, ale, ale! Im wyżej jesteś, tym coraz ładniejsze widoki się otwierają, a tu jest naprawdę ładnie. Sami zobaczcie:






Nim jednak zaczniemy podejście pod samą Zadzierną (724m), to chcemy zebrać nasz pierwszy punkt dzisiaj, na wielkiej skarpie i wycinku lidarowym "R". Wbijamy w niego jak kołek w Nosferatu czyli (nie?) bez problemu. Znamienny niech będzie jednak fakt, że pierwszy lampion, który znajdujemy to stowarzysz. Nie bierzemy go, wiedząc że jest błędny, ale czy to nie ironia losu... nie byliśmy na rajdzie od początku marca (zimowa Liczyrzepa), a pierwszy punkt znaleziony "w nowej rzeczywistości" to nie jest dobry punkt... ale stowarzysz. To trochę smutne i takie refleksyjne... znak nowych czasów?
Chwilę później ciśniemy już podejście czerwonym szlakiem na Zadzierną. Mimo, że znamy Rudawy bardzo dobrze, to jednak na tym szczycie nigdy do tej pory nie byliśmy... a okazuje się doskonałym punktem widokowym. Liczymy liczbę pionowych wsporników barierki zgodnie z treścią zadania, a potem planujemy zjechać nad Zbiornik Bukówka.








Jednakże zjazd z Zadziernej do jest dla nas nieosiągalny. W sumie to ciężko tu nawet sprowadzić rower. Licznik podaje -22% nachylenia, na kamienistej, pełnej korzeni i gałęzi ścieżce. Gdyby to była jeszcze jakaś krótka ścianka, typu ostry zjazd ale zaraz wypłaszczenie, to można by się pokusić o próbę zjazdu... ale tu mamy ze 700 metrów takiej ściany. Grzecznie sprowadzamy zatem rowery.


Chwilę później przechodzimy do zadań w okolicach tamy na zbiorniku.
Najpierw musimy odrysować kształt bramy, potem wspinamy się po jakiś zachaszczonych krzorach w poszukiwaniu skał, a na samym końcu przejeżdżamy Aleją Zakochanych aby odpisać napis na jednej z wiszących tam tabliczek. Bardzo fajny ktoś miał pomysł. Sami zobaczcie:







"MA-R-YSIEK z krzorów i (s)towarzysze... " - A.D.1964, koloryzowane
Szukamy obiektu hydrologicznego na lidarze i wtedy z krzaków wychodzi nawigacyjny potwór MAR-Y-SIEK (Marek i Rysiek, którzy cisną dzisiaj na trasie TP50). Znaleźli dwa obiekty hydoro i na obu wiszą lampiony. Na bank zatem są tu jakieś stowarzysze, ale najgorsze jest to że oba (lampiony, a nie oba: Marek i Rysiek) wyglądają na takowe. Według tego co czytamy z mapy, lampion powinien być na innej drodze niż znajdują się oba obiektu. Chwilę debatujemy nad naszym losem i finalnie "bierzemy" jeden z znalezionych hydro-obiektów. W bazie okaże się, że wybraliśmy dobrze.
Nim ruszymy w dalszą drogę Marysiek mówi nam, że jakieś lokalne chłystki i pędraki powiedziały Im, że zbiornik zalano w 1964 roku. Na naszym mapach zbiornika jeszcze NIET. Czyli wychodziłoby na to, że nasze mapy mają około 60 lat jak nic, na bidę... Jak sprawdzam teraz w necie, to ponoć w latach 70-tych dopiero coś się zaczynało dziać z tym zbiornikiem, ale być może lokalny vox populi ma dokładniejsze informacje. Tak czy siak aktualność naszym map jest bardziej niż umowna. Chwilę później, MA-R-YSIEK ucieka przez pole, ale to nie jest ostatni raz gdy się z Nim dzisiaj spotkamy.


W krzywym zwierciadle czyli... patrzę w lustro a tam bóstwo :D :D :D

Jedziemy zobaczyć postać na przystanku. Taki jest opis punktu. Brzmi naprawdę tajemniczo. Genialne zadanie. Na przystanku wisi lustro, a my mamy "odrysować postać na przystanku". Tego się nie spodziewaliśmy. Super pomysł na punkt zadaniowy:


Kapliczka burz
Pamiętacie kapliczki w "Diablo 1"? Nigdy nie było wiadomo czy Cię czymś obdarzą czy też skrzywdzą twoją postać. To była trochę loteria... a my właśnie taką kapliczkę odnajdujemy.
W samym środku lasu, spora zielona kapliczka, gdzie naszym zadaniem jest odpisać kolor sznurka dzwonka oraz zadzwonić tymże dzwonkiem.
Po kilku problemach z totalnym brakiem dróg i koniecznością pokonania

Elektrycznego Pastucha:
Level 3
Life: 40 HP
Umiejętności: cichy chód na wsi
Broń: full wypas widły + 4 do obrażeń kolnych
Magia: zaklęcie mocnego słowa: "k***a, spier***ć z mojego pola !!" na poziomie 3-cim czyli zasięg do 300m

wbijamy do kapliczki. A tu z krzaków znowu MA-R-YSIEK, który dotarł tu innym wariantem.
30 sekund po tym jak docieramy do kapliczki, niebo ciemnieje i niczym jakiś ORIENT express nadciąga burza. Aha, czyli to była pewnie ta kapliczka typu "Arcane power brings destruction". Zaraz pewnie polecą pioruny, które rozszarpią nasze ciała. Wiem co mówię, wiem jakie obrażenia jest w stanie zadać zaklęcie chain-lightning...
Chowamy się do środka kapliczki, a na zewnątrz zaczyna się ulewa. Ale mamy szczęście, idealny timing ...i wtedy wchodzi ON. Cały w bieli.
Mija nas, tak jakbyśmy nie istnieli i klęka przed ołtarzem. Po chwili ciszy, wstaje i patrzy na nas...

"Nasz społeczność żyje tutaj spokojnie i pobożnie. Nie lubimy obcych. Niewiernych..."

Mój schorowany umysł zaczyna pisać własne scenariusze.
No bez kitu, już widzę to:

"Trust in me and you will never grow hungry
God chosen woke to what's plaguing the whole country
Every word spoken opposing me take notice
Your are in the presence of a modern day MOSES" (tutaj znajdziecie całość - mega klimat i wypass tekst)

zwłaszcza jak zabronił nam jeść... Pokarm ciała należy zastąpić pokarmem duszy. Ciało jest grzeszne i ułomne, karmione ma siłę grzeszyć dalej, więcej...
To będzie zatem nasza pokuta. GŁÓD.
Deszcz napiera tak, że nie da się wyjść... poza tym dlaczego mielibyśmy chcieć opuścić naszego Gospodarza.
Choćby na chwilę i kiedykolwiek... Siedzimy zatem wpatrzeni w pogodne i nieomylne oblicze naszego nowego Pana.

NIE, pier***lę to! Za dużo widziałem gier i horrorów aby nie wiedzieć, jak to się skończy!
Szkodnik, Wychodzimy! Jeśli trzeba to z drzwiami! Jeśli mam trafić do piekła, zabiorę ze sobą wszystkich których mogę.
Szkodnik każe mi się jednak uspokoić i nie robić scen...

Finalnie deszcze przestaje padać i wychylam pomału głowy z kaplicy. Gość wychodzi. To nasza szansa!
Mówię: zabierajmy się stąd nim przyjdzie z pozostałymi kulturystami
Szkodnik mówi, że słowo którego szukam to "okultystami", ale i tak będzie lepiej jak wezmę moje lekarstwo. Poczuję lepiej i uspokoję...



Niewierni pobłądzą...
Jeszcze nie ochłonąłem po ostatnim spotkaniu, a tu znowu zaczyna padać. I tak już będzie w zasadzie do wieczora. 10 min deszczu, 20 min słońca... i cykl się powtarza. Ruszamy po kolejne punkty i trzymamy się żółtego szlaku. Wygląda jakby miał nas doprowadzić do 2 kolejnych lidarów. Jednakże w pewnym momencie skręca o 90 stopni w prawo, co nam zupełnie nie pasuje. Zastanawiamy się czy za moment droga skoryguje kierunek, ale postanawiamy nie ryzykować i wybieramy małą ścieżkę, która odchodzi w interesującym nas kierunku. To błąd... ścieżka z każdym krokiem staje się coraz "słabsza", aż w końcu zanika w gęstwinie.
Ciśniemy bez ścieżki, po jakiś skałach, przez jakieś nieprzebieżne lasy, aby finalnie dostać się na przełęcz... na którą z naszej prawej przychodzi żółty szlak.
No żesz... wystarczyło zaufać. Wystarczyło zaufać... albo mieć jakąś sensowną mapę :)
Uroki Jaszczura.








ULTRA PRZEMO...eee...pomoc

Tytuł nawiązuje oczywiście do gry DOOM. To gra, która mnie wychowała, ukształtowała moje postrzeganie świata i nauczyła, że jednym z księżyców Marsa jest Fobos... i mieszkają na nim Imp'y, Cyberdemony oraz Hell Knechty, a twoim najlepszym przyjacielem jest wyrzutnia rakiet :) . Jednym ze stopni trudności był "ULTRA-violence", słowa ULTRA kojarzy mi się zatem niezmiennie z właśnie z tą grą.
A skąd takie skojarzenie? Już tłumaczę:
Po złapaniu kilku kolejnych punktów zjeżdżamy do drogi, którą będziemy wspinać się najpierw na Rozdroże Kowarskie, a potem na chcielibyśmy zjechać na Przełęcz Kowarską. I to właśnie na tej drodze, spotykamy ULTRA'sa. Gość siedzi na poboczu i łata koło. Pytamy czy nie trzeba Mu pomóc, a On pyta czy mamy pompkę, bo sam posiada tylko "naboje" i jak Mu nie pójdzie z pompowaniem, to będzie miał nielichy problem. Oczywiście, że mamy pompkę, przecież każdy rowerzysta, zwłaszcza ten który jedziecie długą trasę, takową posiada, prawda? Pan mógł nie zauważyć, że trasa jest długa bo jedzie ze Świebodzina do... Świebodzina. Tyle, że pętlą ma ponad 500 km i to w czasie niewiele ponad 30 godzin (mowa oczywiście o rowerach szosowych).
Ktoś mógłby pomyśleć, że zmiana dętki to chwila - też tak myślałem, póki nie miałem opon Tubeless Ready 2.6". To jest prawdziwa walka założyć to na obręcz! Okazuje się, że Pan ma zupełnie inną klasę opon - mega chudą, jak to do szosówek, ale ta chyba w młodości marzyła aby być grubszą... za nic nie chce wejść na obręcz. Jest twarda jak potomek płci męskiej kobiety negocjowalnego afektu (czytaj jak sk****syn). W końcu jednak wchodzi, pompujemy i Pan z k***a na ustach (komentując jak wielką stratę czasową zarobił) rusza w pogoń za peletonem... jakby nie patrzeć, podczas walki z oponą, sporo innych zawodników Go minęło.
Heh... wielu innych zawodników Go minęło. No po prostu, story of wszystkie nasze rajdy :D
Pokrzepieni tą myślą ciśniemy w kierunku Przełęczy Kowarskiej. Dzień dobiega końca, jedziemy już na lampkach bo światło ustępuje ciemności.


Tunel pod Drogą Głodu...
Wiedzieliśmy, że Malo da tu punkt. Musiało tak być. Znamy dobrze to miejsce, pierwszy raz byliśmy tu lata temu... kiedy dopiero zakochliwaliśmy się w Dolnym Śląsku. Dwa słowa wyjaśnienia: droga przez Przełęcz Kowarską nazywa się Drogą Głodu bo praca przy jej budowie uratowała wielu mieszkańców tych ziem od śmierci głodowej w XIX wieku. Pruskie władze, aby dać ludziom zatrudnienie (a tak naprawdę powstrzymać "głodowe" zamieszki) podczas klęsk nieurodzajów oraz przy upadku lokalnego przemysłu tkactwa, zatrudniały lokalną ludność przy budowie dróg. Części niewielkiej wypłaty dziennej był bochenek chleba. W późniejszym okresie powstał również tutaj najdłuższy tunel kolejowy w Polsce. Ma ponad kilometr i biegnie po lekkim łuku, co oznacza że wchodząc do niego nie widzi się światła na jego końcu.
Obecnie linia kolejowa jest nieczynna, ale sam tunel nadal istnieje - ciężko do niego wprawdzie dotrzeć, bo z Przełęczy Kowarskiej trzeba przedzierać się tutaj przez prawdziwie dzikie pola. Czytaj: musiał tu być punkt Jaszczura. Co więcej, jest to punkt podwójny. Tym razem nie damy się oszukać, po edycji Jaszczur - Kamienne Ściany domyślamy się, że jeden z punktów jest w samym środku tunelu, a drugi stoi gdzieś w polach "nad" nim. Ruszamy zatem przez chaszcze do tunelu w poszukiwaniu lampionu.




"It comes to be that this soothing light at the end of your tunnel is just a..." (S)towarzysz MA-R-SIEK !!!
Tunel. Powiedziałbym, że jesteśmy jak Tommy Lee Jones w "Ściganym", ale jesteśmy bardziej jak Sylwester Stalone w "Tunelu"
Badam Ptssss..., kurtyna! Zacny suchar, Milordzie :D
Ciśniemy przez mrok. Słychać kapiąca zewsząd wodę. W końcu skoro na zewnątrz leje, to czemu nie miałoby padać i tutaj. Życie...
Gdy jesteśmy już naprawdę gęeboko w otchłani, za naszymi plecami pojawia się światełko. Pytam Basi czy nie puścić tam profilaktycznie ze 3-ech rakietek, aby jakieś rogate coś, co za nimi pełznie, trafione odłamkowym rozkosznie sobie zawyło... ale Basia mówi, że to pewnie MA-R-YSIEK, który idzie z nami łeb w łeb dzisiaj.
Okaże się, że ma rację.
MaR-Y-SIEK chce łapać punkt jak komornik telewizor, ale przestrzegamy Go, że to może być stowarzysz. Zaczyna się debata, który lampion wziąć, a znaleźliśmy dwa... Malo potem powie, że był jeszcze trzeci, z drugiej strony tunelu. HA! Tak też obstawiałem, że jest jeszcze trzeci, ale nie widzieliśmy go bo byłby już ewidentnie za daleko, licząc od początku tunelu. Wiecie, nie jest tak w sumie prosto, wyznaczyć dokładny środek tunelu, gdy przez niego idziecie.
Postanawiamy zaufać naszym licznikom rowerowym i będzie to dobra decyzja. Zbierzemy ten lampion co trzeba.


Gdy wychodzimy z tunelu okazuje się, że mleko się rozlało. Mgła. Niesamowicie gęsta mgła. Widoczność na 2-3 metry. Czołówka to bardziej przeszkadza niż pomaga... mówię o lampce na głowę, bo jeśli pomyśleliście o dobrych zawodnikach, to czołówka zawsze przeszkadza, a nie tylko we mgle.
Próbujemy odnaleźć lampion nad tunelem, ale błądzimy we mgle, gdzieś w jego okolicy przez ponad godzinę. Deszcz pada, jesteśmy przemoczeni, widoczność w krzakach jest na 2-3 metry... masakra. Jesteśmy w dobrym miejscu, ale dostrzec ten lampion w takiej mgle, no nie ma opcji.
Po ponad godzinie kręcenia się w kółko po zakrzaczonych łąkach, we mgle i w ciemności odpuszczamy. No nie ma ch**ja na Mariolę, nie znajdziemy go...
Jako, że dobiegł też końca nasz podstawowy limit czasu i jesteśmy w tzw. limicie spóźnień, ruszamy do bazy.
Z Przełęczy Kowarskiej to kilka kilometrów zjazdu nim dotrzemy do bazy.




Jak zawsze siedzimy w bazie dłuższą chwilę w bazie, wymieniając doświadczenia z innymi zawodnikami, a potem ruszamy, ale nie do domu. Ponownie na Przełęcz Kowarską, tym razem już autem... tam rozłozymy sobie nocleg w naszym SFA-Panzerkampfwagon, tak aby przespać się kilka godzin, a potem wyruszyć w IZERY. W najwspanialsze góry na świecie (moje ukochane Gorce, słysząc te słowa właśnie się na mnie obraziły...). Niedzielę spędzimy zatem w Izerach, a do domu wrócimy w nocy z niedzieli na poniedziałek (koło 3:00 na ranem).
2h snu i do roboty. Takie weekendy to my lubimy!


Kategoria Rajd, SFA

Niby OSTRY a jakiś PŁACZLIWY ten WOŁOWIEC

  • DST 30.00km
  • Aktywność Wędrówka
Sobota, 22 sierpnia 2020 | dodano: 23.08.2020

Mówią, że w wakacje w Tatry się nie jeździ... i coś w tym chyba jest - widzieliście TO?. Masakra... na szlaku na którym ludzie giną i to w liczbie, powiedziałbym, dość sporej. Ech..., no ale wracając do tematu. My przez lata trzymaliśmy się wyżej wymienionej zasady, a Tatry odwiedzaliśmy wyłącznie poza miesiącami wakacyjnymi. Jednakże ten rok jest inny niż wszystkie... i to pod każdym względem. Pod tym zatem także, wakacje a my w Tatrach i to nie pierwszy raz bo tydzień temu był Krywań i Bystra (2248m).
Da się! Ważne jednak aby zaplanować trasę z dala od popularnych szlaków i uwzględnić fakt, że po 16:00 góry w dużej mierze pustoszeją. Owszem, jako że tym razem zahaczyliśmy o dość popularny szlak przez Rohacze, ludzi było więcej niż na Bystrej, ale były to zagęszczenia lokalne. Natomiast późnym popołudniem i o zachodzie słońca na 2000m npm towarzyszyły nam w zasadzie już tylko kozice. Owszem ktoś mógłby powiedzieć, że góry nocą są niebezpieczne i w góry wychodzi się rano... Odpowiem, że niebezpieczne mogą być zawsze. Pokora i zdrowy rozsądek to podstawa we wszystkich górach, nawet tych w samo południe i tych poniżej 1000m. Poza tym wyruszyliśmy rano, zaplanowaliśmy potężną wyrypę (trasa 15 godzin i 2700 m przewyższenia !!!).
Z Krakowa wyjechaliśmy już o 4:00 rano i po 7:00 zameldowaliśmy się na Słowacji. Nasza marszruta to:

Baraniec (2182m) - Smrek (2072) - Płaczliwy Rohacz (2126m) - Ostry Rohacz (2088m) - Wołowiec (2064m) - Jarząbczy Wierch (2137m) - Jakubina (2194m)


Ostro... a przecież Płaczliwy to będzie w zasadzie dopiero początek naszej przygody.


W drodze na Baraniec. Na ostatnim planie Krywań (2495m)

Lokalne Siły Powietrzne w pełni aktywne :)

Baraniec to oczywiście ten ostatni... czemu? BO MOŻE :)

Już po 4 godzinach drogi :)

I znowu Baraniec to ten ostatni, tyle że tym razem już z drugiej strony. Ten pomiędzy to SMREK. Podejście pod Płaczliwy Rohacz

Szkodnik (i) Płaczliwy :)

Jak ja kocham tabliczki i to, że Góry maja swoje imiona :)

Kierunek Rohacz (no jest) Ostry, a potem Wołowiec

Zaczynamy podejście pod Ostry.

I wtedy się zaczyna...

Jakoś tu nawet wyleźliśmy

Trzeba będzie jednak teraz to zejść... a to nie będzie takie proste.

"Po grani! Po grani! Nad przepaścią bez łańcuchów, bez wahania!" Jacek, weź przestań :)  Nie dość, że z łańcuchem to i z (niemałym) wahaniem! (tzw. Rohacki "Koń")

 Tu dopiero ciężko było zleźć... według mnie trudniejszy fragment niż sam Koń. Utknąłem tu na dłużą chwilę, nie mając pomysłu jak to zejść.

Jest i Wołowiec

Znowu granicą! Jak ja kocham szlaki graniczne. Trawers Łopaty, a potem Jarząbczy Wierch.

Wzdłuż słupków :)

Ciężko uwierzyć, że przeszliśmy tego szpiczaka (Rohacz Ostry widziany z drugiej strony)...

Całkiem ładna prezentacja naszego dzisiejszego track'u: Baraniec, Smrek, oba Rohacze i Wołowiec

Gdy słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, na szlak wychodzą rogate stwory :)

Spotkanie na szlaku :)

Szkodnik na Jakubinie

Takie tam z rogatym stworem :)

Godzina 18:45 a my nadal na 2000m. Teraz jeszcze lepiej widać naszą dzisiejszą marszrutę od Barańca po Wołowiec.

Gdyby nie to, że na dół mamy jakieś 4 godziny drogi to jeszcze byśmy tu zostali
Dlatego góry gdzie rowerem robicie w dół w 30 min, to co pieszo zajęło by 3h są rewelacyjne, ale w Tatrach to niestety niemożliwe...

Zaczyna się piękna gra kolorów. Góry późnym popołudniem i wieczorem są przepiękne. Kto o 18:00 jest już na dole, ten nie wie co traci :)

No ale jak jest 4h drogi, a zachód słońca oglądacie na 2000m, to wędrówki po nocy nie unikniecie. Jeszcze 30 min do auta :) 



Kategoria SFA, Wycieczka

ELECTRO(wnia i) PRADZIAD

  • DST 70.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 29 lipca 2020 | dodano: 30.08.2020

Ruszamy ze Szkodnikiem W POSZUKIWANIU ELEKTRO... (link to klasyka polskiego internetu, ale jak ktoś nie zna, to jak zawsze... na własną odpowiedzialność, bo to normalne nie jest). No więc tego... ruszamy ze Szkodnikiem na poszukiwanie Elektrowni Dhoule Strane, która znajduje się w Jasienikach na wysokości około 1360m. npm. To taka czeska Góra Żar, ale sporo wyżej. Piękna rowerowa ścieżka, jeden z kultowych czeskich podjazdów (może to nie 2500m, ale odkąd chłopaki oddzielili się od Słowacji, to Im góry jakoś tak zmalały. Skończyły się Tatry i nie mówię bynajmniej o piwie...).
Naszym celem jest najpierw górna elektrownia, potem Bike Park Kouty, a na koniec dnia, drugi kultowy podjazd czyli na Pradziada (1491m). 
Łącznie ponad 2000 przewyższeń i powrót nocą czyli typowy dzień na naszych wakacjach... no dobra, typowy to jest 1500 przewyższeń, w końcu to wakacje. Nie trzeba się zarzynać, acz dziś akurat udało się dołożyć ostro do pieca z podjazdami. Elektrownia i Pradziad w jeden dzień to było bolało, acz było przepięknie. A zachód słońca na prawie 1500m, to jest to!!!

Górna elektrownia robi wrażenie, zwłaszcza ścieżka idzie niemal tuż przy zbiorniku

Jeśli kaski są na plecaku, to oznacza DŁUUUUGI podjazd... a w tle Pradziad (1491), tam pojedziemy popołudniem :)

Okrążamy góry zbiornik :)

Ścieżki rowerowe w masywie elektrowni

Kilometry takich ścieżek

Ciśniemy w kierunku Bike Parku

Przepiękny punkt widokowy (tak, tam jest przepaść - stąd startują różnego rodzaju "lotne" stwory, jeśli chcą polatać nad Jasienikami)

Bike Park - piękne single :)

Bandy :)

Kilka godzin później, wysoko w Masywie Pradziada... to płaskie na horyzoncie to jest Elektrownia. No jest kawałek drogi :)

Końcówka kultowego podjazdu pod Pradziada :)

Pradziad verchol tzn. szczyt :)

Zachód słońca na prawie 1500m, to lubię :)

Ślimak na platformie widokowej także ogląda zachód

Coraz ładniej się robi - góry o tej porze są magiczne :)

Szkodnik odjeżdża w promieniach zachodzącego słońca

Zaraz trzeba będzie wyciągnąć światełka. Masyw Elektrowni w blasku księżyca, a te białe to "wiatraki", to stamtąd zjeżdżaliśmy do Bike Parku


Kategoria SFA, Wycieczka

Que SERAK, SERAK :)

  • DST 70.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 28 lipca 2020 | dodano: 03.09.2020

Przed nami SERAK (nie, nie ten lodowy), ale ten wysoki na 1351m, czyli jeden z ważniejszych (oprócz Pradziada, Kralickiego czyli naszego! Śnieżnika czy Keprnika) szczytów Jasieników.
Jak w piosence "Que sera sera" (hiszp. co ma być to będzie), no a co ma być? Będzie pod górę i powiem Wam, że podjazd jest masakrujący... i nie chce się skończyć. Ale warto, bo na górze smacznie dają jeść i mają dla Was prawdziwą bombę (o co chodzi, można wyczytać z jednego ze zdjęć).
A jak już zjedziemy to jako, że dzień się jeszcze nie kończył, to wbiliśmy na drugie pasmo górskie z Orlikiem oraz Velkym Bradlem, a tam pogoda po prostu oszalała.  Jedną burzę przeczekaliśmy pod wiatą, druga nas złapała, ale trwała całe 5 minut, po to aby skończyć się niesamowicie piekącym słońcem, ale wrócić z kolejnym deszczem 20 min później.  Ta jednak trwała także około 5 min, a powyższy cykl powtórzył się jeszcze ze 3 razy :)

Ruszamy!

Que SERAK SERAK !!

Niby da się jechać, ale ile my mamy lat aby to komuś udowadniać :)
 
Już niedaleko!

Mówiłem, że niedaleko :)

Nie tylko piwo, lemoniada także!

Rogaty obserwuje drogę od schroniska :)

Ciśniemy pod górę po drugiej burzy

Idzie 3-cia burza :)

No i już po burzy... nadal pod górę

Znowu zaczyna padać...

więc chowamy rowery pod wiatą - dla nas brakło miejsca :)

Tak to jest, jak wybiera się krótszą drogę szlakiem pieszym zamiast trzymać się cyklotrasy :)

Wieczór za to już całkowicie bez deszczu :)

"Płoną góry, płoną lasy..."



Kategoria Rajd, SFA

Veterny Vrch i Przełom Dunajca

  • DST 50.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 12 lipca 2020 | dodano: 13.07.2020

czyli SPISZ Czorsztyn na straty :) 
A było to tak: byliśmy umówieni na sobotę z Kamilą i Filipem na wyjazd na Velky Rozsutec (Górę w której się zakochałem i mnie tam niesamowicie ciągnie ponownie). Potem jednak IMGW ogłosiło, że w sobotę czeka nas wodny armagedon, biblijny potop, "czas wielkiej wody" i inne takie... Do tego GRAD (dobrze, że nie ten BM-21), wichry i pioruny. Wysokość ponad 1600m npm, żelazny krzyż na szczycie i łańcuchy na szlaku, błyskawice z nieba... hmmmm to już chyba kiedyś było, coś TV pokazywali. Postanowiliśmy zatem przełożyć Rozsutca na inny termin, zwłaszcza że przełożenie po prostu na niedzielę było trochę niewykonalne czasowo, aby obrócić całą trasę z dojazdem na Słowację i zdążyć na głosowanie.
Zamiast tego w sobotę z Basią pojechaliśmy utonąć w lasach dookoła Zawoi budując trasę Mordownika 2020.
Z Kamilą i Filipem umówiliśmy się na krótką wycieczkę rowerową w niedzielę, zwłaszcza że zapowiadali znaczną poprawę pogody. Postanowiliśmy, że przejedziemy się gdzieś za Alwernię, może gdzieś na Jurę, tak po okolicy. Niemniej eksplorując lasy w masywie Babiej Góry, w deszczu i błocie, stwierdziliśmy że można by Ich zabrać na wycieczkę rowerową "Ścieżką wokół Tatr" lub "Dookoła Jeziora Czorsztyńskiego". Niemniej przed północą w sobotę jak szukałem map na wyjazd wziąłem do ręki "Spiską Magurę"... hmmm, Veterny Vrch (1111m) zatem. Przepiękna góra z widokiem 360 stopni. Do tego dobra droga podjazdowa, więc mimo że dzień wcześniej przeszedł potop, to nie powinno być na niej bardzo dużo błota... rzuciłem Basi pomysł, ale umówiliśmy się, że traktujemy go jako awaryjno-alternatywny. Tzn. Szkodnik myślał, że się tak umówiliśmy... u mnie w głowie już zaczynał się panoszyć pewien bezsamogłoskowy VRCH.   

WELL, that escalated quickly !!
Miała być przejażdżka za Alwernią, a tu lecimy z rana w kierunku polskiego SPISZA. Gdy jednak zobaczyliśmy liczbę ludzi w Niedzicy... (nie ma się co dziwić: w końcu to wakacyjny weekend, a pandemia została już przecież odwołana - nie wiem czy się skończyła, ale odwołana została i to niemal na całym świecie. Nie wierzycie? Przykład TUTAJ , w końcu Vox populi, vox dei).
Dobra bo się wielka dygresja zrobiła - wracając do tematu: gdy zobaczyliśmy liczbę ludzi w Niedzicy SPISZaliśmy Czorsztyn na straty i uciekliśmy na Słowację. Powiedziałbym, że planowo, ale niech Szkodnik nadal wierzy, że był to spontan :D
Ruszamy zatem na jedną z ładniejszych widokowo gór pograniczna polsko-słowackiego: VETERNY VRCH. Innymi słowy, jedziemy odwiedzić Miśka z flagą. Rok się nie widzieliśmy, a zawsze warto wpaść do Miśka w odwiedziny!
Potem przeprawiamy się piękną widokowo drogą do Leśnicy i wracamy klasykiem pienińskim czyli Przełomem Dunajca. Około 19:00 czy 20:00 to nie ma tu niemal kompletnie nikogo.
Parę zdjęć z niedoszłej przejażdżki za Alwernią :)

Zaczynamy podjazd

Te 1000m npm się samo nie zrobi :)

Otwierają się widoczki

Cisną :)

Przełącz na której niegdyś za Szkodnikiem budowaliśmy schron przed gradem i deszczem (z ławki, folii NRC i kamieni)

Nie obyło się bez pchania :)

i srogiego pchania :)

Ostatni kawałek!

Dzień dobry, Miśku :)

Takie tam z Miśkiem :)

Pamiątkowa KNIGA :)

To już trochę później: piękna widokowo droga do Leśnicy

...ale i srogi podjazd :)

Panoramki podjazdowe

Na kole po syr i kofole :)

Pieniński klasyk czyli Przełom Dunajca

Pęd powrotny :)


Kategoria SFA, Wycieczka

ZAMEK - Zabudowa mieszkalna jednorodzinna :)

  • DST 90.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 21 czerwca 2020 | dodano: 30.06.2020

Mocny dzień, bo pękło ponad 1000 przewyższeń... a miało być płasko. No dobra nie miało być, bo to miejsce nazywane jest Kaszubską Szwajcarią.
Łąki, łąki, łąki... i podjazdy.
Na wejściu zaczęliśmy od najwyższego "szczytu" (raczej punktu) województwa Pomorskiego - WIEŻYCA.
Potem trochę sponiewierał nas czarny szlak, aż dotarliśmy do Rezerwatu "Jar rzeki Raduni".
Pisało o nim, że to bardzo trudny terenowy szlak... jak to z jarami bywa. No i skończyło się wariantem "na rympał" z noszeniem rowerów.
Potem lokalny "Park Doświadczeń" i na koniec Zamek. Tzn. domek jednorodzinny.
To co zobaczycie na zdjęciach to jest... kosmos. Gość to budował na "pozwoleniu na budowę na dom jednorodzinny" i zrobiła się kosa z Nadzorem Budowlanym.
Całą lekko komiczną historię, może przeczytać TUTAJ
Pamiętajcie, Polska w dużych dawkach to mocny towar :D

Wieża na Wieżycy :)

My jak zawsze pod prąd... znowu to wyszło przypadkiem...

Tym razem zgodnie z strzałką, ale tak jakoś trochę niekomfortowo się zrobiło :)

Wieżyca z oddali :)

JARY, to lubię :)

Zaczyna się :)

Klasyk :)

"IDĘ DOŁEM, A TY GÓRĄ, jestem Słońcem, Ty wichurą..." (jak ktoś nie zna tej jednej z najlepszych górskich piosenek to TUTAJ)
I tak też było: ja przy rzeczce, Szkodnik po korzonkach :)


Szkodnika zawsze ciągnie do PKP :)

Pięknie tu jest

Zabawy z incepcją :)

Domek jednorodzinny :)

Miał gość rozmach :)

Wieże są wypass :)

Zdjęcie z bramy wjazdowej na zamek... tzn. do domku jednorodzinnego :)

Polska w dużych dawkach...srogi towar :)

Po Jarze Rzeki Raduni postanowiliśmy trzymać się szlaków i dróg... no i co to dało? Niesamowity jest ten znak tutaj :D



Kategoria SFA, Wycieczka

Długa jest droga do Pokoju...

  • DST 99.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 6 czerwca 2020 | dodano: 08.06.2020

Długa jest droga do Pokoju i prowadzi przez nieprzebyte lasy czyli Strobrawski Park Krajobrazowy. Tak! W końcu udało mi się dorwać mapy tych terenów. Planowaliśmy tą wycieczkę od dawien dawna... a dokładniej od pewnego Tropiciela, który się tu rozgrywał (czasy bez relacji z rajdów...ech) Szkoda, bo była to jedna z lepszych edycji i ten punkt "Ruiny Labiryntu" - yes, yes, yes! Musieliśmy to zobaczyć raz jeszcze i tym razem za dnia.
Kolejne lasy idą pod koła i wraz z Kamilą i Filipem wyruszamy "pokręcić" się po terenach tego Parku Krajobrazowego.
Głównym celem wycieczki jest Pokój - ale nie ten na świecie, ten w lesie!
A w nim Elizjum i inne atrakcje, no ale sami zobaczcie.

I znowu w lesie...

...cały dzień :)

Kiedy "Będzie dobrze"? JUŻ BYŁO !!!

Lokalne stanowiska ogniowe :)

Ruiny "Wilczej Budy" - dawnej karczmy. Idealne miejsce na lampion, nieprawdaż? Szkoda tylko, że ludzie to debile i muszą się tym (po)pisać...

Gdzieś pośród nieprzebytych lasów :)

W dzikim pędzie do Pokoju - widok w przód :)

W dzikim pędzie do Pokoju - widok w tył :)

Tzw. Romantyczne Ruiny :)

"In the jungle, the mighty jungle
The lion sleeps tonight..." :)


Elizjum - na Tropicielu "Ruiny Labiryntu". To jest całkiem spore w środku i ma sporo zakrętów :)

"The sanctity of this place has been fouled" - pamiętacie tą klasykę?

Dalej poszli pieszo?

Forsowanie wału (Jeziora) Turowskiego :D

No niezły wałek...

Stary czerwony szlak :)



Kategoria SFA, Wycieczka

Leśne Randez-Vouz

  • DST 110.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 30 maja 2020 | dodano: 31.05.2020

ARAMISY Spółka z ograniczoną poczytalnością realizuje projekty postaci "LASY NA ZAMÓWIENIE"... czyli zabieramy Kamilę i Filipa do kolejnych wielkich lasów, tym razem w okolicach Miasteczka Śląskiego czyli na tzw. Leśną Rajzę, gdyż wizjonerzy i jasnowidze twierdzą, że tam ma padać najmniej. 
Lasy te znamy z niejednego rajdu (Korna i Liszkory czy też zimowe i jesienne Silesie Race), ale najbardziej utkwiły nam w pamięci po jednym Tropicielu, rozgrywanym w klimacie katastrofy ekologicznej: promieniowanie, tereny skażone i tajne leśne laboratorium. Do dziś pamiętamy zjazd po linie do jeziora aby zaczerpnąć "skażonej" wody czy też akcję z licznikiem Geigera, który pokazał, że ta woda rzeczywiście jest napromieniowana - mistrzowska mistyfikacja ze strony Organizatorów!!!    
Niestety były to czasy, kiedy nie pisałem relacji z każdej imprezy, więc nie będzie wspomnień i zdjęć... a szkoda, no ale cóż, błędy młodości.
Tym razem jedziemy własnym wariantem :)

Ponoć na południu kraju wszędzie pada. Na razie nie zauważyliśmy.

Na "Garbatym Moście"

Pamiętamy to miejsce bo naznaczone zostało radiacją :)

Jak to na Śląsku, infrastruktura drogowa jest wypaśna - jest i droga szybkiego ruchu z pasem zieleni pomiędzy...

... jest i leśna autostrada

Udało się nawet zdążyć na pociąg!

Na rozwidleniach wybieramy kierunek: "tam gdzie nie będzie padać" :)

"Nasze rendez-vous, tylko w LESIE !! Rendez-vous moich snów" - No dobra, do "z moich snów" to brakuje jeszcze gór :)

Dziewczyny nie zadawajcie się z tymi drzewami, bo są puste w środku... IDEALNE MIEJSCE NA LAMPION !!!

Tu chcieliśmy się przeprawić, ale narodził się lekki bunt :)

bo za lampionami to czasem chodzimy tak. Nawet się spodnie Szkodnika zgadzają - KORNO, sierpień 2018... to z kukurydzą w tle :)

Tyle dróg w tym lesie, a my zawsze jakiś wariant "z dupy" znajdziemy...

... i to niejeden raz.

i znowu po nocy... w okolicy radioaktywnego jeziora z Tropiciela



Kategoria Wycieczka, SFA

Łopień

  • DST 10.00km
  • Aktywność Wędrówka
Niedziela, 24 maja 2020 | dodano: 31.05.2020

Śladami Bestii z Beskidzkich Wysp czyli Łopień między deszczami.
Rozkaz "Poznaj Beskid Wyspowy" nadal aktualny, więc mówimy "Yes, Sir" i ruszamy w góry.


Pod górę, zawsze pod górę :)

Tabliczki moje kochane :)

Oszukaliśmy system bo w Krakowie ulewa :)

Spoglądając w dal :)

Hmmm... ten tego, także... dzień dobry?

Kaplica Jelenia Krzyżaka? :)

Bestia z Wysp Beskidzkich znaleziona :)

Oko w oko :)



Kategoria Wycieczka, SFA

MIELE(c) lasy pod kołami :)

  • DST 93.00km
  • Sprzęt The Darkness
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 23 maja 2020 | dodano: 24.05.2020

As you wish, Ma'am... czyli zgodnie z życzeniem Kamili, która chciałaby wycieczkę typu: "las, las, las i jeszcze trochę lasu" ruszam w okolice Mielca, poszwędać się po niemałych kniejach w okolicy tego miasta (przypominam, że knieje to knieje, puszcza to puszcza, a bory to bory i każde z tych słów ma jednak trochę inne znaczenie i mówi sporo o strukturze lasu, który opisuje...)
Wybór tego kierunku związany jest z tym, że w lasach na N, W, S od Krakowa ma padać już za dnia w sobotę, ale w Podkarpackie deszcz ma przyjść dopiero w nocy, więc ulubiona liczba Leonhard'a czyli E :D
Tereny znamy trochę z pewnego Irokeza, ale wiecie jak to się jeździ za lampionami: szczyt wydmy, skrzyżowanie strumieni, zejście debrz, wysiadka, wykrot.
Tym razem postanawiamy przejechać je na spokojnie, czyli poznać główne szlaki, ważniejsze drogi i miejsca. Nie dość, że odkryjemy dawny poligon rakiet V1 i V2, to jeszcze znajdziemy single-tracki na wydmach! Cały dzień w lesie, tego było nam wszystkim potrzeba :)

Oznaczmy prędkość pierwszej rakiety jako V1, a prędkość drugiej rakiety jako V2 :)


Te lasy skrywają wiele tajemnic...


Pierwszy z naszych dzisiejszych kolorów :)


Nadciąga jakaś mocna leśna ekipa, dobrze że mają trochę pod górę, bo mam jeszcze szansę Im uciec :) 


(S)Towarzysze dzisiejszych wojaży


"Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie - ja ze Szkodnikiem na czele... i jakoś to będzie" :)


Rzut o... obiektywem za plecy


Tabliczka "Grozi zawaleniem" zawaliła się wraz ze ścianą, której tutaj nie widać :)


Mieląc szyszki pod oponami :)


Gdzieś nad bobrowiskiem


Dobry, techniczny podjazd :)


Odkrycie dnia - Single na wydmach.


Jak to było w klasyce "niejedna wydma niejedno już widziała" :)


I umieć nie spaść, kiedy piersi pęd rozpiera. A spadłszy, szepnąć jeszcze..." k***a, czyli pozdrowienia dla Szkodnika :D


Noc nas zastała, a my nadal w lesie :)


W stronę światła :)



Kategoria SFA, Wycieczka