SFA
| Dystans całkowity: | 29224.00 km (w terenie 23.00 km; 0.08%) |
| Czas w ruchu: | b.d. |
| Średnia prędkość: | b.d. |
| Liczba aktywności: | 414 |
| Średnio na aktywność: | 70.59 km |
| Więcej statystyk | |
Podsumowanie roku 2020
-
DST
1.00km
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pokuszę się jednak o trochę większe rozwinięcie tematu, skupiając się oczywiście na rajdach i wyprawach, ale jednak nie da się w tym roku napisać o nich, w oderwaniu od pewnej kulki z kolcami. Kulki z kolcami, która mocno namieszała w naszym wycieczkowo-imprezowym garncu. Co ciekawe mimo wszelakich zawirowań i paraliżu obostrzeniowego, działo się u nas bardzo, bardzo wiele. Zapraszam zatem na spojrzenie na rok 2020 zza maski szermierczej i znad kierownicy roweru, ale ostrzegam że będzie niepoprawnie, niepolitycznie, niedyplomatycznie… i to niekoniecznie (tak! niekoniecznie też będzie) tylko dla jednej strony, bo nie ukrywam że dostać się może wszystkim… Wiecie co to jest okrągłe i nieprzeciętnie mnie wk****ło w 2020 roku? Tak, to ŚWIAT! Ale spokojnie, o jakiś pozytywach też będzie. O ironio! jak na taki rok, to było ich całkiem sporo. I nie mam tu na myśli pozytywów w postaci pozytywnego wyniku na koronę…
No to co? Zaczynamy?

SARS WARS Epizod 1 "Mroczne widmo"
Niepewność ogarnęła Republikę Galaktyczną. Powstał spór o opodatkowanie... a nie, wróć. Cholera, nie to "Mroczne widmo". Sekunda... OK. Chyba mam. No więc jeszcze raz od początku:
Nowy rok zaczynamy jak zwykle, czyli w górach. To taka mała tradycja aby uderzać na szlak 31 grudnia. Tym razem padło na Beskid Wyspowy czyli wędrujemy z Kamilą i Filipem na obiad w schronisku na Luboniu Wielkim. Na tym etapie nie wiemy jeszcze jak bardzo Beskid Wyspowy zapisze się w naszej opowieści o roku 2020. Nie chcę uprzedzać faktów, ale wstępnie mogę powiedzieć, że Kraina Beskidzkich Wysp stanie się naszym izolatorium na czas globalnej pandemii. Mówi się, że jaki Sylwester taki cały rok i tym razem w tym powiedzeniu będzie sporo prawdy. Nowy Rok witamy zatem na Luboniu Wielkim, na którym śniegu było o wiele więcej niż można było się tego spodziewać:

Kilka dni później, bo 6 stycznia robimy sobie pierwszą rowerową przejażdżkę tego roku (3 Królowie, 2 rowery, 1 drużyna). Powiedziałbym, że otwieramy sezon, ale tak szczerze to my sezonu rowerowego tak naprawdę nie zamykamy nigdy. Rowery w zimie, po śniegu to jest niesamowity klimat. Uwielbiam „chrupot” grubych opon, chociaż muszę przyznać, że tegoroczna zima to wiele tego śniegu nam nie nasypała. Jest to zatem pierwsza przejażdżka w tym roku, a nie jakieś oficjalne otwarcie sezonu. Dobrze pojeździć po lesie (po Puszczy Niepołomickiej), jest fajnie, ale coś jednak wisi w powietrzu… i nie mówię tutaj o smogu.
Mianowicie już w grudniu 2019 z niepokojem patrzyłem na Azję (nie, nie tego na palu… nie chodzi o Ruchajbeja czy jak on tam się nazywał. Azja, tak? TAKI KONTYNGENT, głupcze…). No więc z niepokojem patrzyłem na Azję i na to co się tam odwala. Połowa naszych znajomych (i to czasem naprawdę wykształceni ludzie…) mówili „zwykła grypa, jak co roku”. Acha… jakoś nie zauważyłem, aby co roku wojsko było na ulicach, miasta i granice były zamykane oraz obowiązywała godzina policyjna. Fakt, może nie jestem na bieżąco z rzeczywistością dookoła i słabo postrzegam świat, bo częściej siedzę w lesie niż czytam gazety, ale jednak wydaje mi się że OSTATNIO to takich jaj nie było! A tu jak nie spojrzeć to same dziwy „na mieście” w tym Wuhan. Niczym w piątkowe wieczory na plantach, dziwa dziwę dziwą pogania i to bez konieczności wcześniejszego umawiania wizyt u samego Ala Wąsa.
TO JUŻ SAMO W SOBIE stanowiło dla mnie wystarczający powód aby stwierdzić, że „to chyba nie jest zwykła grypa”. Ha, nawet jeśli by była, to reakcja na nią jest tak odmienna od wszystkiego co znamy, że jest to aspekt NIEPOMIJALNY w tym równaniu! Skoro takie rzeczy tam się dzieją, to trzeba się liczyć się z tym, że mogą zacząć dziać się i u nas. Ja wiem, wiem… umysł ludzki ma tendencje do łagodzenia rzeczywistości poprzez niezachwianą wiarę w „będzie dobrze”, ale cholera, pojawia się nowa choroba, o której nie wiemy absolutnie nic. Jak można bez żadnych podstaw zakładać, że będzie dobrze? Kiedyś też pewnie tak było, jak ludzie spotkali np. trąd po raz pierwszy:
- Ty, czemu mi palec odpada
- Nie bój nic, jutro przejdzie
I pewnie przeszło… na kolejne członki. To się nazywa przerzuty…
Mam jednak wrażenie, że globalną sytuacją przejmują się tylko nieliczni… bo większość naszych znajomych cytuje klasykę z „Pana Tadeusza”:
"Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i... – jakoś to będzie!
Niemniej kiedy już pomału zaczynam myśleć, że może to rzeczywiście ja poruszam się w jakieś innej, paranoicznej rzeczywistości… to dostaję po twarzy następującą retoryką: „I tak do nas to nie dojdzie…”.
Aha… fajnie. Jeśli ręce mi opadły już jakiś czas temu, to teraz po prostu gryzę kaloryfer… Zgadza się. To nie będzie szło. To dojedzie, dopłynie, doleci… czy naprawdę nikt nie zdaje sobie sprawy, jakie ilości samolotów i samochodów przekraczają dziennie wszelakie granice? A jak ktoś powie, że SARS nie doszedł, to owszem mógłby pokazać statystyki o ile wzrósł od tego czasu tranzyt ludzi i dóbr na świecie, można by się odwołać do stosunku infekcyjności i śmiertelności, ale powiem inaczej: „to mógł być także po prostu k****ski fuks” lub korzystny dla nas wyniki rachunku prawdopodobieństwa, jak ktoś woli bardziej po matematycznemu. Taka syta dla nas pozycja w tabeli wypłat tej globalnej gry.
I nie chodzi mi tu o to, że uważam się za proroka, nie uzurpuję sobie prawa do nieomylności bo mylę się częściej niż ogłaszają promocje w Biedronie, ale jednak ostentacyjne ignorowanie faktów niesamowicie mnie irytuje…
Poza tym nawet jeśli uważaliście, że to wszystko spisek, to nawet jeśli założymy na potrzeby dyskusji, że macie rację, to nie zmienia to faktu że możecie dostać izolacją, kwarantanną albo czymś podobnym po ryju i nikt Was o waszą wiarę wtedy pytać nie będzie… i znowu, dla mnie jest to już wystarczający powód aby nie bagatelizować sytuacji i zacząć przygotowania do regularnej wojny, na którą się zapowiada.
No dobra, ale wracając do głównej narracji: jako że kulki z kolcami jeszcze u nas nie ma (albo po prostu nie wiemy, że już jest!) wszystko się toczy się miarę normalnie i styczeń przynosi nam pierwsze niespodziewane zdarzenie tego roku.
IDZIEMY NA ŻYWIOŁ
A dokładniej to nawet na cztery. Rajd 4 Żywiołów to od lat obowiązkowa pozycja w naszym kalendarzu. Co roku jako zawodnicy przemierzaliśmy na rowerach zaśnieżone (i często) oblodzone szlaki Jury w poszukiwaniu punktów kontrolnych. A w tym roku, wraz z Anią Witkowską jesteśmy budowniczymi tras rajdowych. Ona bierze pieszą pięćdziesiątkę, a my trasy przygodowe (Open i Profi). Dlaczego akurat my i jak to wyglądało od kuchni opisałem w bezpośredniej relacji z rajdu TUTAJ.
Jako, że zakochaliśmy się w budowaniu tras rajdowych, to możliwość współorganizacji jednej z kultowych imprez na orientację to dla nas bardzo ważne wydarzenie w tym roku.
Po naszych KORNO („Zimowym Białym” oraz iście Wiosennej Kompani KORNEJ) oraz dwóch KrakINO ("Zdrada u Backingham’ów" oraz "Gambit Królewski") do kolekcji rajdów zorganizowanych przez Szkołę Fechtunku ARAMIS wpada także Rajd IV Żywiołów, roboczo nazwany Rajdem CZARNYCH… Żywiołów.
Mocny początek roku!
Jeden z punktów kontrolnych z których byliśmy dumni HORROR TREE:

MIS(Adventure Race)
Ten rok miał być dla nas rokiem przekraczania kolejnych granic. Już dwa razy bawiliśmy się na Adventure Trophy (w 2017 roku robiąc 218 km oraz rok temu, kiedy impreza ta była jednocześnie Mistrzostwami Europy w Rajdach Przygodowych). Klimat tych ultra-napierek jest niesamowity, a zwłaszcza ten zeszłoroczny rajd gdzie spotykaliśmy zagraniczne ekipy to było mistrzostwo świata (no dobra, „tylko” Mistrzostwo Europy). Adventure Trophy to klasa sama w sobie i przez ostatnie lata z pewną zazdrością patrzyliśmy na trasę długą (ok. 70 godzin non-stop, 400-450km na rowerze, kajakiem i na butach)
Uff… widzieliście te parametry? Zawsze wydawało nam się, że takie napieranie jest dla nas nieosiągalne, ale gdy rok temu przekroczyliśmy jedną z magicznych ultra granic (GRASSOR 444 czyli nasz najdłuższy rajd EVER: 320 km na rowerze w 36 godzin non-stop)… zaczęła w nas kiełkować pewna myśl. Owszem 36 godzin to nie 70... ale jednak kiedyś, w kategorii odległości to te 300 km w ramach jednej imprezy także wydawało nam się niemożliwe. Ba, kiedyś 200 km to był rekord nie do pobicia… a dziś jak na wszystkich ultra memach: zaczynasz od krótkiej przebieżki a potem siedzisz w nocy, w lesie, w deszczu na 170-ątym kilometrze trasy i zastanawiasz się co poszło nie tak z tą drobną przebieżką.
Podobnie jest z czasem, kiedyś jeździliśmy na „długie” rajdy po 8-10 godzin, potem na 24ki, teraz na 36-tki… to czemu by nie na 80-tki?
Po kilku dłuższych rozmowach ze Szkodnikiem, podejmujemy decyzję! Decyzję, która ma pchnąć nas na srogą poniewierkę, która ma doprowadzić nas do granic naszej wytrzymałości, która pokaże nam na ile tak naprawdę nas stać, bla, bla, bla… Zapisujemy się na trasę długą AR 2020. Będzie potrzebny tydzień urlopu w robocie, ale to może być przygoda naszego rajdowego życia: 400-450km w około 70-75 godzin. Tak, poje***ło nas... ale za to zdrowo poje***ło!
Z Organizatorami umawiamy się na start poza konkurencją: zrobienie całej trasy na rowerze (a nie jak na AR bywa: kajak, pieszo, rolki i rower). Jednak odległości rzędu 100-120 km z buta są dla nas naprawdę nieosiągalne. Rower jednak może być kluczem do ukończenia takiej trasy, albo przynajmniej przejechania większej jej części.
Postanawiamy, że najbliższe miesiące spędzimy (jak nigdy) na przygotowywaniu się do tej imprezy. Nie mówię tu o jakimś planie treningowym, bo ile ja mam lat aby uskuteczniać jakieś plany treningowe pod rajdy? Plan treningowy to mamy na szermierce, plan i całą metodykę nauczania, a do maratonów nie robimy treningów wcale! My po prostu jeździmy na wycieczki i wyprawy. Takie też ma być nasze przygotowanie: intensyfikacja wycieczek w okresie wiosennym, aby zrobić trochę kondycji na rzeź jaka czeka nas na Adventure Trophy 2020. A co do planów treningowych, do tej pory na razie bardzo dobrze to idzie mi robienie masy („najpierw masa, potem masa!”) jak mawiają eksperci od Cross-FAT’u.
Jednocześnie spotyka nas prawdziwy zaszczyt i mówię to serio! Zwracają się do nas AŻ dwie ekipy ultrasów, oferując nam stworzenie team’u rajdowego na trasę długą (dla tych którzy nie znają specyfiki rajdów tłumaczę: trasy długie czyli te pod 500km robi się w zespołach czteroosobowych: 3 gości i 1 dziewczyna, a czasem 4 gości jak chłopaki nie znajdą chętnej na takie szaleństwo biało-zryto-głowy… to już taka swoista tradycja tego sportu. My natomiast planowaliśmy jechać poza konkurencją czyli tylko we dwoje). Gdy otrzymujemy te zaproszenia to przed oczami staje mi ta postać:

Violator/Oprawca (znany z niesamowicie mrocznej serii SPAWN), w kultowej scenie mówi do SPAWN'a, że "to zaszczyt być wybranym na Hellspawn'a, HONOR !!" Zmieńcie słowo Hellspawn na ULTRA i już wiecie jak się wtedy poczułem. A jak ktoś jest dobry w internety, to niech mi znajdzie ten panel z komiksu z tą sceną. Ech kiedyś miałem ten komiks w papierze...
Tak, to naprawdę zaszczyt, bo nigdy nie postrzegaliśmy siebie w kategorii ultra. Zespoły, które nas zaprosiły to nie są drużyny, który nie wiedzą na co się piszą i chcą spróbować szczęścia. To ekipy, które już nieraz napierały na najdłuższych rajdach, tygodniami dogrywając się w swoim składzie. To jest kluczowa kwestia: wytrzymać ze sobą 4 dni non-stop, przy skrajnym zmęczeniu, przy frustracji, przy kryzysach, przy błędach jakie się zawsze pojawiają przy takim wytyraniu… z opowieści wiem, że niejeden zespół nie ukończył trasy, bo poziom wk***u „gdy przestało iść” zabił w Nich całą wolę walki i chęć współpracy. Zaproszenie oznacza zatem, że postrzegają nas jako osoby, które z jednej strony dadzą radę przetrwać trudy samego rajdu, a z drugiej są w stanie, nawet w stanie skrajnego wycieńczenia zachować tzw. „team spirit” czyli pozostać drużyną, kiedy wszyscy będziemy u kresy wytrzymałości.
To naprawdę budujące i bardzo dziękujemy za takie zaufanie oraz za taką ocenę. Uważamy, że jest to ocena mocno na wyrost, ale jednak było to dla nas niesamowicie miłe.
Niestety gdy już pogodziliśmy się z myślą o wzięciu udziału w największym rajdzie w naszej historii, ekipa Adventrue Trophy ogłasza, że w tym roku rajd się nie odbędzie…
Ech... to był dla nas naprawdę mocny cios. Tyle lat zbierać się w sobie aby odważyć się w końcu stanąć do walki, o której śnicie każdej nocy... i kiedy już wychodzicie w końcu na planszę, wierząc że jesteście gotowi, to okazuje się nikt tam na Was nie czeka. Co ciekawe, to nie koronawirus był przyczyną takiego stanu rzeczy – na tym etapie epidemia hulała sobie nadal w Azji i dopiero nieśmiało pukała do Europy.
Powód był dużo bardziej prozaiczny – fundusze. Organizacja takiego przedsięwzięcia to naprawdę spora kwota i okazało się, że budżet imprezy by się nie zamknął (gdy rozmawialiśmy z Organizatorami o zeszłorocznych Mistrzostwach Europy to zdradzili nam, że sama opłata za zgodę Babiogórskiego Parku Narodowego na umieszczenie tam punktu kontrolnego, to była 5-cio cyfrowa kwota. Owszem można omijać Parki Narodowe przy planowaniu trasy, ale cholera, to były Mistrzostwa Europy i i to u nas! Za rogiem, za miedzą! Jak można byłoby nie zrobić punktu na Babiej!
W tym roku budżet się nie zamknie żadnym sposobem i rajd się po prostu nie odbędzie… Ech. Naprawdę, naprawdę szkoda. Być może uratowało nam to życie, tego nie wiem, ale i tak bolało... Nie wiemy jednak, że rok 2020 dopiero się zaczyna i takich rozczarowań, problemów i smuteczków to będzie „od huge'a” więcej.
Silesia Race - zima 2020
Zimowa klasyka, z której pełną relację znajdziecie TUTAJ.
Tegoroczną edycję sponsorowało słówko MAZUT – tak wiem, że nie był to prawdziwy mazut. Powiem szczerze, że nie wiem co to było… ale roboczo nazwałem to MAZUTOWYM piekłem.
Przez wiele rzeczy przedzieraliśmy się w życiu, ale to był nowy, ukryty poziom Piekieł Dantego… Jakby nam było mało wrażeń, Organizatorzy stwierdzają że mam ukryte talenty komandoskie i sprawdzają jak poradziłbym sobie podczas desantu na wodzie… patrząc po efektach chyba jednak nie nadaję się do FORMOZY.
Wspomniane mazutowe piekło... tak, to jest lepkie. Bardzo lepkie. Ruchome mechanizmy nie lubią lepkich rzeczy...

Podobno co ma wisieć nie utonie, ale chyba coś źle zrozumiałem...

Himalajska Gra Terenowa w Katowicach
Takie akcje uwielbiamy. Kochamy opowieści o Himalajach i Karakorum: K2, Lhotse, Gaszerbrumy (I i II), Annapurna, więc nie może nas zabraknąć na imprezie z okazji 40-lecia zimowego zdobycia Everestu. Kapitalny pomysł na rajd i fantastyczne wykonanie, a na koniec gość specjalny z prelekcją: Artur Małek !!! Jeśli ktoś nie kojarzy, to jest to zimowy zdobywca Broad Peak (8051m), jeden z czterech śmiałków którzy tam dotarli i jeden z dwóch, któremu udało się wrócić... Niezmiennie polecam książkę "Broad Peak - Niebo i Piekło" Pełna relacja z naszej himalajskiej przygody TUTAJ.
Rajd Liczyrzepy zima 2020 czyli Rajdy w czasach zarazy
Początek marca to ostatni na długi, długi czas rajd w tym roku. Niestety znany nam dobrze towarzysz naszych rajdowych wypraw Pan Porażka wysłał już zaproszenie do swojego bliskiego kumpla Pana Demika, aby ten przyjechał zobaczyć w końcu Półwysep Apeniński oraz Iberyjski. Kiedy my jedziemy za Wrocław na zimową edycję Rajdu Liczyrzepy, Pan Demik wsiada już w samolot i wyrusza do Europy... i niech go krew zaleje, ale na tyle Mu się tu spodoba, że postanowi zostać tu z nami na dłużej. Takich trzech, jak ich dwóch to nie ma ani jednego i boleśnie się o tym przekonamy.
Pan Porażka (PP): Witaj w EU. Dawno się nie widzieliśmy
Pan Demik (PD): Fakt. Ostatnio nie załapałem się na samolot, bo pozamykali mi lotniska.
PP: Tym razem pojedziemy pociągiem. Jeśli jesteś głodny to mają tam taki wagon restauracyjny: SARS czy jakoś tak
PD: To świetnie się składa, bo ostatnio żarłem tylko nietoperze i łuskowce. Trochę dość mam tej azjatyckiej kuchni, chętnie spróbuję czegoś na przykład włoskiego.
PP: Ooo... Pozwolili przywieźć ci pieska. Nie wiedziałem, że wpuszczają na pokład ze zwierzętami.
PD: Jak obsługa żyje to nie wpuszcza, ale tak ich Bestyjka zaskoczyła, że dosłownie zaparło Im dech w piersiach. COVIDek przywitaj się z Panem Porażką.
Pandemia… nie mam na to Siły (KORNOlisa)
Pamiętacie TĄ SCENĘ ze Szklanej Pułapki 2, jak John „Yippee-ki-yay Motherfu**er” McClane rozwalał terrorystów na lotnisku? Jeden z przestępców rzucił tekstem: „W pale się nie mieści, tyle przygotowań a jeden cholerny glina zdołał wszystko popsuć” Tak, dokładnie. Tyle przygotowań a jeden cholerny wirus zdołał wszystko zepsuć. ... Do samego końca walczyliśmy o to aby nasz rajd „Wiosenne CZARNE KoRNO – Siła KORNOlisa” się odbył. Rajd Liczyrzepy tydzień przed naszym rajdem zadział się jeszcze w miarę normalnie, bo poziom wykrytych zachorowań w kraju oscylował wokół (śmiesznej dziś liczby) 5-7 dziennie.
Z jednej strony tyle miesięcy pracy i rozdzierający serce żal gdyby rajd miał być odwołany, z drugiej strony ból bezlitosnej logiki, że zawody te nie powinny jednak dość do skutku w obliczu sytuacji jaką mamy w kraju. Serce swoje, rozsądek swoje... a gdzieś tam po cichu liczyliśmy, że może wszystko się odwoła i pozamyka dopiero PO naszym rajdzie.
Jednakże od poniedziałku 9-tego marca sytuacja zaczęła się tylko zaostrzać i zmieniać z godziny na godzinę, gdy zapadały kolejne decyzje rządu w sprawie epidemii. Nasz rajd został odwołany we wtorek 10-tego popołudniem... na dzień przed naszym planowanym rozkładaniem trasy. Wszystko mieliśmy już popakowane i przygotowane do 3 dniowego napierania z rozwieszaniem lampionów. Masakra…
A mimo to… gdy gmina podjęła decyzję, że "Siła KORNOlisa" się nie odbędzie poczułem pewnego rodzaju ulgę... Nie zrozumcie mnie źle, chciało mi się płakać, wyć i gryź kaloryfer z żalu, ale jednak poczułem też ulgę. Pamiętajcie także, że czytacie te słowa w grudniu 2020 (a może i później), więc aby w pełni zrozumieć uczucia o których piszę, musicie przypomnieć sobie ile wiedzieliśmy w marcu... Nikt tak naprawdę nie zdawał sobie wtedy sprawy, jak to wszystko będzie u nas wyglądać.
Przez kilka tygodni nie mogliśmy się pogodzić się psychicznie z odwołaniem naszego rajdu, mimo że z perspektywy sanitarnej była to jedyna słuszna decyzja. Zdemolowało nas to jednak okrutnie, zrujnowało, sponiewierało i srogo wybatożyło. Wszystko było gotowe: trasy, mapy, koszulki, catering, lampiony i zagadki.
Ktoś może powiedzieć, że "zrobicie za rok i też będzie", ale dla mnie to tylko pół-prawda. Byliśmy na fali, na tzw. hype'ie, bo wszystko się pięknie składało i dogrywało. Muzeum Regionalne z punktem na takim obiekcie, że gacie spadają, mieliśmy umówione okoliczne obiekty kosmiczne (serio!), mieliśmy wypas pakiet startowy - więcej o tym w rozdziale o ofiarach tej wojny...
Wcale nie będzie to takie proste aby zrobić tą imprezę w innym terminie. Jak część z Was wie postawiliśmy sobie za punkt honoru aby nasze KORNA miałby pewien "chory" klimat i już wiemy, że niektóre rzeczy, które miały się zadziać na rajdzie NIE będą możliwe w innym terminie… jeśli ktoś przegapił chory klimat rajdu, to polecam dwa zdjęcia poniżej.
Owszem zawodnicy nie zauważą zmiany, jeśli się Im jej nie zakomunikuje, ale dla nas NIE będzie to już niestety ta sama impreza...
Przy budowaniu trasy bardzo pomógł nam Piotr Firlej, przewodnik po Skalnym Mieście i Paśmie (Jej Wysokości) Brzanki, z którym Basia odnowiła starą znajomość z czasów Kursu Przewodników Beskidzkich. To On pokazał nam miejsca, o których mapa nie wspomina, zapoznał nas z ludźmi, którzy udostępnili swoje prywatne rekwizyty pod punkty kontrolne. Wszystko to jednak poszło "jak krew w piach".
Wstępnie rajd zostaje przełożony na 10 października. Wstępnie bo liczymy się z tym, że Pan Demik może zostać z nami o wiele, wiele dłużej.
Ponownie… wiele osób mówi „2-3 tygodnie i będzie po wszystkim", ale nie mam już nawet siły z Nimi polemizować. Macham na to ręką, niech wierzą w co chcą… fajnie by było gdyby mieli rację, ale nie mają. Wojny, katastrofy czy zarazy zawsze mają długofalowe skutki. Zawsze tak było, to historia i statystyka - absurdem jest wierzyć, że teraz będzie inaczej.
Dla nas to jedno z najsmutniejszych rajdowo zdarzeń tego roku… specjalnie dodaję słowo rajdowo, bo zdaję sobie sprawę, że to są jednak „problemy pierwszego świata”.
Prawdziwe dramaty w postaci zgonów, bankructw czy przepełnienia służby zdrowia dopiero we wszystkich nas uderzą, ale i tak nie zmienia to faktu że odwołanie naszego rajdu, to taka nasza mała prywatna tragedia...

Alchemik KORNOlis i jego laboratorium

„-Lock down the base, lock down! -And close the shield? -DO IT!”
Święte słowa Dyrektora ds Technicznych, jednego z konstruktorów Gwiazdy Śmierci. Ciekawe, że nie mogę znaleźć fragmentu akurat z tą sceną, ale TA też pasuje, bo kraj rzuca wszystkie siły aby powstrzymać wroga wdzierającego się na nasze terytorium. Lockdown stanie się słowem roku 2020. I tu mogę się Wam przyznać - w nawiązaniu do akapitu, gdzie pisałem, że "nie uzurpuję sobie prawa do nieomylności" - zakładałem, że lockdown będzie o wiele bardziej brutalny. Widząc model chiński (TU czy TU lub TU) spodziewałem się realnego, siłowego zamknięcia miast. Jak popatrzycie „na zimno” to ono wprawdzie się zadziało (obowiązywał przecież zakaz przemieszczania się), ale groziła za to "tylko" kara administracyjna, podczas gdy ja spodziewałem się zawieszenia praw obywatelskich, możliwości użycia siły przez służby mundurowe np. aresztowanie i przetrzymywanie w izolatorium sanitarnym bez wyroku sądu powyżej 48h dla łamiących kwarantanną, wojskowych blokad na głównych drogach wyjazdowych z miast, obowiązkowej hospitalizacji w przypadku zakażenia itp.
Mówię tutaj nie tylko o Polsce, ale o całej Europie. Spodziewałem się bardziej siłowego EGZEKWOWANIA lockdown'u ze strony państw. Jak spojrzycie na różne blogi z Chin z tamtego okresu to takie akcje się działy. Oczywiście że nie względem wszystkich obywateli, ale powiedzmy sobie szczerze, że nie było tam miejsca na dyskusje. No i myliłem się w swojej ocenie. To chyba w sumie dobrze, prawda? To znaczy, że jakby w tej naszej EU nie było, to jesteśmy jednak na innym poziomie rozwoju społeczeństwa niż państwa totalitarne. Z jednej strony nie zdusiliśmy epidemii jak Chiny (jeśli brutalna siła nie działa oznacza, że używasz jej za mało), ale z drugiej strony tak brutalne ograniczenia swobód to przecież nic miłego dla zwykłego obywatela (wyrobnika za miskę ryżu :) ).
Dlatego ręce ponownie mi opadały jak ludzie publikowali swoje "zatargi" z policją... dumni że "się postawili" bezprawnym ograniczeniom ich wolności. To czy obostrzenia mają czy nie mają podstawy prawnej to jest inna dyskusja i jej tu prowadzić nie zamierzam. Chodzi mi tylko o to, że w Europie, w większości przypadków naprawdę "ludzko "wyglądało traktowanie obywateli w trakcie lockdown'u i to jest jednak budujące.
Co nie zmienia faktu, że lockdown był ciężki... jesteśmy przyzwyczajeni do rajdów, wypraw, spędzania dużej ilości czasu w górach i w lesie, a nagle zostaliśmy zamknięci w 4 ścianach na kilka tygodni. Niektórzy z naszych znajomych uprawiali "podziemie biegowe", ale my postawiliśmy na solidarność społeczną. Nie ze ślepego posłuszeństwa, ale z szacunku dla zdrowia, jak i pracy innych: lekarzy, pielęgniarek, ratowników, dla których ich miejsce pracy rzeczywiście stało się linia frontu. Poza tym myśląc pragmatycznie: szpital to nie jest miejsce, do którego chcesz trafić gdy wokół trwa pandemia... uwierz na słowo. Warto więc chyba trochę bardziej o siebie zadbać i na przykład nie latać hop na rowerze w taki okresie... tak na wszelki wypadek (wypadek - łapiecie aluzję, prawda?). Możesz nawet nie wierzyć w wirusa, ale inni w niego wierzą więc może się okazać, ze poczekasz ze 20 godzin aby w końcu złożyli Ci rękę, którą rozwalisz... i możesz nawet krzyczeć, że to "skandal i kpina", nie zmieni to jednak faktu, że będziesz czekał... albo dostaniesz 14 dni kwarantanny bo w poczekalni spotkasz same pozytywne osoby.
Siedzieliśmy zatem... dzień za dniem. Dla mnie było to o tyle cięższe, że mimo przejścia na home office, to dostałem w pracy tzw. "postojowe" (TLO - temporary lay-off) na dwa tygodnie. Szkodnik pracował zdalnie, a ja musiałem być w miarę cicho aby Mu nie przeszkadzać... nie chodzi o to, że tęskniłem za pracą aż tak, ale jednak jak siedzicie 24h w domu, to praca wypełniała jakaś cześć tego czasu.
"Dropped into quarantine zone... let me give you just a a little tip you're new, I'd advise that you be stickin' with the curfew" (całość: TUTAJ)
Zakaz przemieszczania mocno nas poturbował... piękna pogoda, zaczyna się wiosna, a nawet na rower wyjść nie można. Jak to tak, tydzień bez lasu...?
Szermierczo nas to też dojechało, bo od połowy marca w zasadzie do września nie mieliśmy żadnych zajęć/treningów. A rok ten w kwestii SFA też miał niemało planów. Świetną decyzją okazało się zrobienie rok temu Zawodów Debiutantów, jako ligi przygotowującej do Pucharu 3 Broni. W tym roku mieliśmy zorganizować takie zmagania 2 razy aby jak najwięcej nowych osób mogło zdobyć trochę doświadczenia przed imprezami pucharowymi. To ważne, bo wiele osób ma obiekcje przed startem na zawodach, gdzie starują najlepsi nasi zawodnicy i nierzadko mówili nam, że z chęcią zaczęli by od poziomu (mówiąc gamingowo) "I am too young to die" a nie "Ultra violence". Szlag wszystko oczywiście trafił, bo żadne zawody dojść do skutku nie mogły...
Z zawodami rowerowymi (rajdami) nie jest wcale lepiej. Siedzimy w zamknięciu a daty kolejnych rajdów, które powinny się odbywać: Wilczy, Liszkor, Rudawska Wyrypa, Hawran, Bike Orient mijają bezpowrotnie… Święta Wielkanocne także spędzamy jedynie w dwójkę, nie chcąc narażać Rodziców.
Dobrze, że przynajmniej Szkodnik ma na mnie zbawienny wpływ bo było by ciężko... "...is just memory of our humanity. But the truth is you're all I've got and that look in your eyes is keeping me human"
Z dedykacją dla Szkodnika zatem, za cały ten czas lockdown'u. Cokolwiek się nie stanie, niech wie, że
I will let the world burn
if it means I’ll survive
But the thing I put first
Is a girl by my side… (całość: TUTAJ)

Pierwszą ofiarą wojny jest...
Mówi się, że prawda, ale dla nas było to piwo. Tak, pierwszą ofiarą wojny było dla nas piwo. Może najpierw dlaczego wojny... bo była to wojna i w sumie nadal jest. "Dziś o poranku, gdy się zbudziłem spotkałem wroga w kraju mym..." . Nawet retoryka mediów temu odpowiada, bo nierzadko mówi się o "pierwszej linii frontu" jak i o ofiarach. Włosi na balkonach śpiewają "Bella Ciao" (nie, nie jest to piosenka z serialu... a cytat powyższy pochodzi z polskiej wersji), a Hiszpanie "Resistire". Ja wyciągam z piwnicy znienawidzony trenażer... tego nawet nie da się porównać do normalnego roweru. Trenażer to jest zło i dramat. Możecie sobie pisać o spinningu, programach, VR modach i innych takich... jak nie ma lasu czy gór to to jest o kant tyłka rozbić, a nie rower...
Siedzę jednak i kręcę śpiewając NAJLEPSZĄ! bo niemiecką wersję "Bella Ciao" (niemiecką, pasuje Wam? - to jest mindf**k! Gdyby to słyszał Benito to pewnie urwałby się ze sznura, na którym go powieszono... po rozstrzeleniu. Zawsze ceniłem sobie tzw. OVERKILL!) i zachwycam się tekstem hiszpańskiej "Resistire" (jak ktoś nie zna hiszpańskiego, to TU macie z ang. napisami) Dla mnie hiszpański jest najpiękniejszym językiem na świecie, a że miałem okazję kilka lat się go uczyć to zawodzę "cuando el Diablo pase la factura..." i kręcę na tym pieprzonym urządzeniu aby choć trochę kondycji utrzymać... zawodzę lub oglądam klasykę mojego ukochanego kina Z, Ź, Ż w postaci "Ash vs Evil Dead". No co? Trzeba jakoś trzeba przetrwać to zamknięcie.
A czemu ofiarą jest piwo? No bo mamy ze Szkodnikiem kwarantannę marzeń (nie mylić z karawaną marzeń). Tzn. mielibyśmy gdybym pił alkohol. Na nasz rajd „Siła KORNOlisa”, dzięki jednemu z naszych Szermierzy przygotowaliśmy specjalną niespodziankę - ARAMIS'owe piwo. Ponad 300 sztuk. Dla każdego zawodnika... no ale rajd się nie odbył. Zostaliśmy zatem z kilkunastoma zgrzewkami piwa, którego data ważności to maj/czerwiec bo było niepasteryzowane. I to mam na myśli mówiąc o "zrobicie za rok" - już wiemy, że na inną datę rajdu, przygotowanie takiej niespodzianki nie będzie możliwe. Jeśli Siła KORNOlisa odbędzie w jakimkolwiek terminie, to w pakiecie startowym nie znajdziecie niestety piwa, o klasycznym jak nasza szermierka smaku... Pan Demik i jego piesek COVIDek wychlali wszystko. Moczymordy pieprzone... Po prostu wszystko... ech szkoda gadać.
Tutaj chcieliśmy bardzo podziękować naszym Szermierzom, że mimo trudności w "poruszaniu się" bardzo pomogli nam jakoś zagospodarować te zapasy i nie chodzi mi o wypicie tego, ale także o cała logistykę bo zgrzewki i butelki musiały wrócić do "producenta".

"It spreads faster than the hooker's legs... "
W sumie jak pisałem o tym, że kręcę i zawodzę (pewnie także i czyjeś oczekiwania...), to nie napisałem Wam o hymnie tego lockdown'u.
Ta piosenka mówi wszystko. To powinien być muzyczny motyw przewodni 2020.
Basia mówi, że dziczeję na kwarantanni bo zaczynam tracić swoją "złotą" cierpliwość do ludzi i jak Prezydent Filipin ogłasza, że będzie strzelał do łamiących kwarantannę to stwierdzam, że powinien użyć miotaczy ognia, aby umierali dłuuuuugo... To nie tak, że nie lubię łamiących kwarantanne, ale gdybym miał wodę a Oni by płonęli, to bym ją wypił!
Brak lasu, roweru i gór sprawia, że znowu zaczynam słyszeć w mojej głowie głosy. Odkąd biorę leki to pamiętam, że nie są one prawdziwe... ale mają tyle niesamowitych pomysłów, że nie wiem ile jeszcze wytrzymam aby ich nie posłuchać.
Natomiast zdaję sobie sprawę, że jest wiele różnych podejść do samego lockdown'u czy jest dobry czy nie. Zdaję sobie spraw jak bardzo wpływa on na ludzi - na nas przecież też: niezliczone telekonferencje co robić z "Aramisem" i plany jak szkoła ma przetrwać totalne zamknięcie na tak długi okres czasu. Szczęśliwie ani Szkodnik, ani ja nie mamy większego problemu z pracą "w zawodzie" - Basia wcale, a dla mnie 2 tygodnie postojowego w ramach 1-wszej tarczy i potem druga akcja w ramach tarczy 2.0 (o tym za chwilę) to jest nic w porównaniu z tym jakie problemy mają inni.
Wolę jednak słuchać ekspertów (lekarzy zakaźników i epidemiologów) niż jakieś Karyny z FB... więc skoro ludzie, którzy lata kształcili się w tym kierunku niemal jednogłośnie popierają to działanie, to ja zaufam w ich osąd. Wyrosłem już dawno z grupy facebookowej "Nie znam się ALE się wypowiem..." więc zostawiam decyzję w tej kwestii tym, którzy mają podstawy naukowe do podejmowania takowych.
Natomiast co do samej słuszności (lub niesłuszności) pamiętajcie, że bardzo łatwo wydaje się osąd z perspektywy gdy poznaliśmy już konsekwencje podjętych decyzji.
W chwili samego podejmowania tejże decyzji takiej wiedzy nie mamy. Bardzo fajną analogią może być:
Jesteście w górach ale nagle zaczyna się zbierać na burzę (pojedyncze ale mocne wyładowania). Jesteście jeszcze w granicy lasu więc spoko, ale szczyt jest eksponowany i z łańcuchami.
Idziecie dalej czy wycof? Załóżmy, że robimy wycof, schodzimy godzinę w lekkim deszczyku i wychodzi piękne słońce. To była słuszna decyzja czy nie? Przeszło i śladu nie ma po burzy. Nigdy nie da się udowodnić w 100% że była to dobra decyzja. Musiałoby się zadziać coś na kształt takiego zdarzenia: wy schodzicie, ale kumpel mówi że "cykor was obleciał i idzie na szczyt, po czym ginie rażony piorunem. Wtedy byście mieli pełne potwierdzenie kto podjął słuszną decyzję bo zobaczylibyście konsekwencje obu wyborów w obrębie podobnych warunków początkowych, (no chyba że uważacie, ze Was by to nie spotkało... a na pytanie „czemu?” odpowiadacie „bo tak”... no ale to wtedy szerokiej drogi i trzymajcie się mocno tego łańcucha...)

"How long I've waited, been countin' the days. Now open the vault, dig me out of my grave..."
20 kwietnia 2020. Tą datę zapamiętam na długo. Nazwałem ją „otwarciem lasów”.
Po totalnym lockdown’ie z zakazem przemieszczania się, jest to pierwszy dzień kiedy można legalnie wyjść z domu na spacer czy wycieczkę.
To poniedziałek, ale to dla mnie ostatni dzień mojego TLO (postojowego)… od wtorku wracam do biura, tzn. na „home office”.
Oznacza to, że mam wolny dzień, przez ostatnie 3 tygodnie siedziałem w domu niemal 24/7, a właśnie otwarli lasy.
Co mogę powiedzieć: NIE MA MNIE. Szkodnik siedzi na home office bo nie miał przestoju, a ja wybywam na moje ukochane ścieżki
Zaczęła się wiosna. Ten przymusowy post od lasu sprawił, że jeszcze bardziej zakochałem się w górach.
Od razu przystąpiliśmy do realizacji kilku nowych projektów (i wszystko to w dużym reżimie sanitarnym i mówię to serio - jak najdalej od uczęszczanych szlaków)
a) Projekt „Odkryj Beskid Wyspowy”
Jako że zawsze lecieliśmy w Gorce, Pieniny czy Tatry, no może jeszcze Beskid Sądecki jeśli mowa o krótszym czasie dojazdu do, to postanowiliśmy poznać inne góry. Te które zawsze mieliśmy za pasem, ale jednak z Wyspowego to atakowało się zawsze Mogielicę… i to niezliczoną ilość razy. Od dzieciaka łamałem tam różne części starych rowerów: przerzutki, pedały (tak da się złamać pedał… też myślałem, że to niemożliwe), błotniki itp. Natomiast z Makowskiego… no to wpadały nam zwykle Kudłacze i Lubomir. Nigdy wcześniej nie eksplorowałem innych zakamarków obu tych Beskidów. Jako, że są to miejsca dużo rzadziej uczęszczane niż popularne gorczańskie szlaki, to postanowiliśmy sobie „wyrżnąć” cały Beskid Wyspowy tej wiosny. Mało uczęszczane trasy na globalnej pandemii czasy - projekt jak znalazł.
A że dzień stawał się coraz dłuższy, to czasem od razu po robocie jechało się góry. Całkowity Home Office oznaczał brak dojazdu do biura, więc 16:00 czy 16:30 można było wysprzęglić i cisnąć na Lubogoszcz. Powrót oczywiście po nocy, ale co tam skoro na Lubogoszczy nikogo! Taką kwarantannę to ja rozumiem. „Gór mi mało i trzeba mi więcej, aby przetrwać od zimy do zimy…”
Tak oto znaleźliśmy się NA NAJWYŻSZYM SZCZEBLU
Wyleźliśmy na LUBOGOSZCZ,
na ŁOPIEŃ też
i na CIECIEŃ,
a i o JASIENIU i KRZYSZTONOWIE nie zapomnieliśmy.
ŚNIEŻNICA i ĆWILIN też wpadły do naszej kolekcji.
b) Projekt „Lasy na zamówienie”
Ciężko wyjść na nowo do ludzi, tak aby z jednej strony nadal zachowywać jak największy dystans społeczny, a z drugiej jakoś wrócić do normalności (te memy - kiedy kwarantanną nazywają twój codzienny styl życia). Zaczynamy od małych kroczków, dlatego nie jedziemy na pierwszego w tym roku Jaszczura - jest na to dla nas za wcześnie. Wracamy jednak do spotkań z Kamilą i Filipem i przez kilka wyjazdów z rzędu będziemy trzymać się tylko taką paczką.
Jako, że Kamila chciała na początek sezonu pojeździć po lasach, odpalamy największe leśne kompleksy w SZEROKO rozumianej okolicy:
- Leśne randez-vouz
- Długa jest droga do Pokoju...
- a z Lenonem dodatkowo pociśniemy na Bukową Górę i w Dolinki
c) Do tego wpada nam naprawdę imponująca liczba całodniowych (czasem i po nocy też) wycieczek rowerowych
- Pogórze Wiśnickie: Pasmo Łopusza i Kobyły oraz Szpilówka
- Moje ukochane gorczańskie Dwie Wieże: Pasmo Lubania i Gorc
- Góry Świętokrzyskie: Pasmo Orłowińskie
- Góry Świętokrzyskie: Pasmo Jeleniowskie
- Wyspowy na rowerze: Sałasz i Jaworz (Pasmo Łososińskie, Paprotna i Pasierbicka Góra)
- Piekielny szlak w Górach Świętokrzyskich

Cuando El Diablo pase la factura :)

"Always look at the bright side of life..."
W robocie obejmują mnie drugą tarczą anty-kryzysową, co oznacza że przez 3 miesiące będę miał wolne piątki. To nie jest tak, że nie ma u nas roboty... jest od groma, ale tak działa tzw. Tarcza 2.0. Można na to patrzeć z perspektywy: mniejsza pensja i 4 dni na zrobienie tego co zwykle zajmuje dni pięć, ale można też to widzieć jako długie weekendy przez 3 miesiące! Skoro wróciłem już do życia po lockdown'ie, to ja wybieram patrzenie przez pryzmat DŁUGICH WEEKEND'ów. Nie jest źle, zarobimy trochę mniej ale nie stracimy pracy. Finansowo spokojnie damy sobie radę, a dostajemy gwarancję zatrudnienia na długi czas - nie pamiętam teraz ile dokładnie wynosiła gwarancja, ale coś koło 6 miesięcy minimum.
Pogoda żyleta, w zasadzie nie da się odróżnić czy mamy jeszcze wiosnę czy już lato, a ja dostałem dodatkowy dzień na ROWER! Pasuje mnie to!
Dzięki temu mogę na przykład zabrać Tatę na kilka wypraw w rejony naszych rajdów. Zawsze brakowało czasu na takie wypady, samotne wyjazdy w teren albo na jazdę z cyklu "bądź turystą we własnym mieście" - pod tym drugim pojęciem kryje się eksploracja miejscówek o których się zawsze słyszało, a nigdy się ich nie odwiedziło: nowe ścieżki rowerowe, nowe zieleńce i parki, powrót do miejsc młodości - na przykład Kopiec Wandy (Wandy, podkreślam, nie Piłsudskiego czy Kościuszki). Nie byłem tam chyba ze 25 lat. Może nawet dłużej, bo ostatni raz to za dzieciaka.
Z Tatą ciśniemy kilka dłuższych wyjazdów:
- i tak oto pojedziemy w Lasy Murckowskie
- przejedziemy się Wiślaną Trasą Rowerową i odwiedzimy Rezerwat Bukowica
- czy też zabiorę Go w lasy Bukowna albo do Lasu Zabierzowskiego (z obu wpisu nie poczyniłem, ale jakieś tam zdjęcia mam)

Okolice Bukowna

Biała Pszemsza

Przepraszam czy tu Bora Bora?
A czemu Bora Bora, no bo pora na Bora. Tucholskiego. Planujemy uderzyć w Bory Tucholskiego bo warunki epidemiczne trochę odpuściły. No ale tak musiało być, prawda? Mamy czerwiec, zbliżają się wybory a więc Koronawirus musi być w odwrocie. Dobra, miałem się trzymać z dala od polityki i będę temu postanowieniu wierny, ale jedną rzecz tu wkleję. Co jak co, ale uważam że w kategorii „Polska w dużych dawkach” to był MEM ROKU:
Faktem jest, że w okresie letnim epidemia wyhamowała,
granice pootwierały się na nowo i można było trochę odetchnąć.Wykorzystaliśmy dobrze zatem ten czas: Bory Tucholskie oraz polskie morze.
Tak jak na każdych wakacjach, nie byłem w stanie opublikować wszystkich relacji z naszych wypraw.
To niewykonalne aby na bieżąco uzupełniać każdą wycieczkę, gdy dzień w dzień robi się 80-120 km rowerem i ze 200 zdjęć. A po powrocie to ciężko do tego przysiąść.
W czerwcu dzień jest długi, a nad morzem to ciemno robi się dopiero grubo po 22:00, więc jeździliśmy ile się dało… a jak się nie dało, to nadal jeździliśmy (pozdrawiamy Strażników Parku i dziękujemy że nie dali nam mandatu za zabronioną jazdę po nocy po Słowińskim Parku Narodowym).
Pozdrawiamy także przemiłą Panią z recepcji, która zaspana otwierała nam drzwi czasem o 4:00 nad ranem bo nam trochę zeszło na wyciecze.
Udało się zrobić mi wpisy tylko z tych wypraw, które uznałem za najważniejsze:
- Borne Sulinowo (dawna radziecka baza z psychodelicznym cmentarzem... ale i ślady twórcy Blitzkriegu)
- U wrót Federacji czyli Mierzej Wiślana i ujście Wisły (przepiękna rowerowa wyprawa)
- Kaszubski Park Krajobrazowy i pozwolenie na budowę ZAMKU
Ale wycieczek było więcej. O wiele więcej. W końcu napisałem, że pojechaliśmy w Bory Tucholskie a wpisy zrobiłem z Kaszub, Żuław i Bornego. Pozostałe wycieczki wcale nie były gorsze, tylko czas, czas, czas... A szkoda bo była piesza wyprawa po szlakach Słowińskiego Parku Narodowego (po ruchomych wydmach) czy rowerowa wyprawa czerwony szlakiem nadbrzeżnym Można wspomnieć także Leśne (Akwe)dukty w Borach Tucholskich i szereg okolicznych, leśnych Parków Krajobrazowych (nawet tytuły wpisów miałem gotowe, właśnie "LEŚNE (AKWE)dukty" czy też "Co ja Wdzydze..." z Wdzyckiego Parku Krajobrazowego.
SŁOWA(cja) nie wyrażą jak tutaj jest pięknie czyli "Powrót do przeszłości 2"... razy
Wypełniamy sobie tą lukę kolejnymi wyprawami. Jako, że rok temu zachwyciliśmy się Veternym Vrch'em w słowackich Pieninach oraz Velky'm Rozsutcem w Małej Fatrze, wracamy na obie góry aby pokazać je Kamili i Filipowi.
Jedziemy odwiedzić Miśka na Veternym (i potem przejeżdżamy Przełomem Dunajca), a tydzień później atakujemy Velkego i Malego Rozsutca.
JASIENNIKI kupuje tylko w Czechach (jakby ktoś nie ogarniał, to słowo siennik oznacza płócienny worek wypełniony słomą i służący za materac).
W ciągu 10 dni pobytu "wyrżniemy" całą, calutką mapę Compass'u, przejeżdżając na niej właściwie każdy szlak. Przepięknie i właściwie pusto, zwłaszcza popołudniami. Są dni, że przez cały dzień na szlakach spotykamy 4-5 osób. Nie mówię o kultowym Pradziadzie bo tam ludzi było pełno, ale Serak, Kerpnik... pustki.
Podobnie jak w Borach, udało mi się zrobić wpisy tylko z dwóch wycieczek:
- Elektrownia Dhoule Strane oraz Pradziad (grubo ponad 2000 przewyższenia w jeden dzień... to była wyrypa)
- Pivo na Seraku jest bomba!
Poniżej zatem kilka niepublikowanych dotąd zdjęć z innych wypraw tego wyjazdu: Zlate Hory, Zloty Chlum, Rychlebskie Ścieżki (nareszcie!), Srebrna Kopa itp
Dzień jak co dzień na wakacjach...

Srebrna czy Piracka Kopa?

Zjazd ze Zlatego Chluma

KURWIEC napadł las. Poważna sprawa...

"We're going deeper underground..."

Urokliwe te ścieżki

"Trial Dr Weissnera" - cudowna nazwa dla genialnego szlaku (techniczny podjazd po skałach i mostkach. Ciężki jak cholera ale do zrobienia!)

Obiecywałaś mi Złote Góry i słowa dotrzymałaś: szlak z Kowadła na Brusek

Jak ja kocham takie miejsca

KRYWAŃ i BYSTRA
W pierwszy dzień zdobywamy Krywań i z tej wyprawy także nie zrobiłem wpisu... szkoda, ale wiecie jak jest.
W drugi dzień robimy najwyższy szczyt Tatr Zachodnich BYSTRĄ. To jedna z najpiękniejszych tras w Tatrach. Krywań jest ładny, ale się nie umywa nawet do widoków z Bystrej. Pełna foto-relacja z Bystrej TUTAJ.

ROHACZE, WOŁOWIEC i GRAŃ OTARGAŃCÓW
Wycieczka bez schronisk więc nie było gdzie uzupełnić zapasów. Znacie nas już trochę... wiecie jakie plecaki ze sobą zawsze targamy, a niesienie 5 litrów wody i racji żywnościowych na 2 dni to dla mnie oczywistość... do tego nóż, lina, apteczka, zestaw survival'owy, co najmniej 3 dodatkowe warstwy ubrań... i to nie jest tak, że tylko ja tak noszę. Basia też ma swój ogromny plecak. Byliśmy przygotowani do tej wyprawy, ale i tak brakło nam wody w końcówce. Upalny, bardzo upalny dzień, 15 godzin w trasie i zachód słońca na 2000 metrów... do auta schodziliśmy już o suchym pysku. Rzadko nam się to zdarza (w zasadzie nigdy wcześniej), ale od Wołowca racjonowaliśmy wodę, a na Jakubinie w ostatniej butelce miałem dosłownie ostatnie 2 łyki.
Są taki dni i trasy, że ok 8 litrów na dwie osoby to jest za mało... Pełna fotorelacja TUTAJ

Dobrze znowu poszukać lampionów i do tego od razu na naszym kochanym Dolnym Śląsku. Pełna relacja z rajdu TUTAJ
Po rajdzie, nie chcąc jednak nocować w bazie, śpimy w aucie pod Przełęczą Kowarską, niedaleko Tunelu pod Drogą Głodu.
Sądziliśmy, że prześpimy się ze 2-3 godzinki, ale okazało się że nasz SFA-Orientkampfwagen jest tak wygodny do spania, że wstaliśmy grubo po wschodzie słońca, tak parę godzin po... Jednak na tyle wcześniej, że udało nam się zrealizować nasz plan i uderzyć w...
...co tu dużo pisać. Moje ukochane, magiczne Izery. Nie wiem czy to najpiękniejsze góry świata, pewnie powiecie że "NIE" ale i tak jest to miejsce gdzie uwielbiam wracać. Po-jaszczurową niedzielę spędzamy w miejscu, z którego nie ma się ochoty wracać.
MORDOWNIK, Czarny Mordownik
Zrobić trasy rowerowe (TR130 i TR50) tak kultowej imprezy jak Mordownik to niesamowita przygoda. Zaiste dziwne to, nasz rajd się nie odbywa, ale robimy dwa inne i to oba kultowe. Pełna relacja z Mordownika okiem Organizatora TUTAJ.
Aby nie zdradzać za bardzo szczegółów trasy przez rajdem, nie publikowaliśmy wszystkich relacji z eksploracji terenu, a było to kilka grubszych wyjazdów w góry np. binarny Jałowiec (1111m)
Było warto, bo jak wpadają na punkty kontrolne takie perełki jak Posterunek Graniczny III Rzeszy i Generalnej Guberni, to wiedz że na rajdzie będzie się działo.
Bardzo dziękujemy głównym Organizatorom za zaufanie i polecamy się na przyszłość. Uwielbiamy jeździć Mordowniki, ale jakby nie miał kto budować trasy (jak w tym roku), to możemy uwielbiać Mordowniki jako Architekci Ludzkich Cierpień. Mam nadzieję, że punkt "Rzeźnia nr 5" (jak ktoś nie widział, to w relacji są szczegóły) na długo zapisze się w waszej pamięci.

Rajd Wyzwanie
Jedyny tak długi rajd w tym roku i to w terenach bardzo mało nam znanych, a na które od lat mieliśmy ochotę.
Relację z Wyzwania znajdziecie TUTAJ
Co nie mniej istotne, nasz start w tym rajdzie związany był z wielkim zmianami w naszym szermierczym życiu.
To pierwszy rok od ponad 15 lat, kiedy nie startujemy w zawodach, chcąc skupić się na uczeniu szermierki i organizacji wydarzeń szkoły.
W praktyce oznaczało to, że mogliśmy przyjechać i na Wyzwanie i na... Puchar Wrocławia 2020 bo do stolicy Dolnego Śląska mogliśmy zjechać na same niedzielne finały, bez konieczności pojawiania się na sobotnich eliminacjach. Niestety Pan Demik pozwoli na rozegranie tylko tych jednych zawodów Pucharu w tym roku.

JASZCZUR - Graniczna Przełęcz.
Nowy rekord pobity. 3km w 5 godzin... niesamowicie trudne warunki i walka na granicy wytrzymałości.
Jednocześnie przepiękny rajd, zwłaszcza w drugiej części, gdy udało nam się wyrwać z tej pułapki.
Dzień po Jaszczurze, ruszamy rowerami na Wołosań (z tego wpisu także nie zrobiłem...). Kolejny kawałek Głównego Szlaku Beskidzkiego do naszej kolekcji.
RAJD WALIGÓRY - ostatni w tym roku rajd. Moje ukochane Dolinki Podkrakowskie. Piękna jesienna impreza w moich ukochanych Dolinkach Podkrakowskich.
Jesienne i zimowe wyprawy:
Pustkę po rajdzie i odwołanym Pucharze 3 Broni wypełniamy, podobnie jak na wiosnę kolejnymi wyprawami. Raz sami, raz z Kamilą i Filipem, raz rowerem, innym razem pieszo, raz w pięknym słońcu, innym razem już w śniegu:
- Kudłoń Turbacz Jaworzyna
- Dwa zamki i dwa Velo
- Barania Góra
- Mogielica
- Trzydniowiański Wierch
- Brama Przejścia i Smutna Góra
- Wielki Rogacz i Radziejowa
- Dzwonkówka i Koziarz
Jak to powiedział kiedyś Jurek "Mój pionowy świat"

Świętokrzyskie

Barania

Tymczasem jesień tego szalonego roku przynosi dla mnie kolejne zmiany. Nie będę się rozwodził nad tym tematem, ale powiem dwa słowa nie wprost. Będzie to trochę hermetyczne (a co na tym blogu hermetyczne nie jest?), ale niektórzy zrozumieją. Piszę o tym bo to jedno z ważniejszych dla mnie wydarzeń w tym roku.

Ale to nie dla mnie. Ja patrzę na to z innej perspektywy, wojskowej. W końcu bycie podoficerem (w rezerwie bo w rezerwie, ale jednak) Sił Powietrznych Rzeczypospolitej Polskiej zobowiązuje:
and they will follow you into the deepest valleys.
Look upon them as your own beloved sons
and they will stand by you even unto death"
- Sun Tzu
Jak zrobić podsumowanie podsumowania?
To był szalony rok. Z jednej strony totalny lockdown, z drugiej liczba wypraw i wycieczek, która zaskoczyła nawet nas. Z jednej strony obawa o utratę pracy, z drugiej historia (jak) z obrazka.
Jeśli dotrwaliście do końca tego długiego wpisu to albo naprawdę Wam się nudziło albo trochę nas jednak lubicie. Do zobaczenia na szlaku lub poza nim...
Kategoria SFA, Wycieczka
Dzwonkówka i Koziarz
-
DST
45.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Święta spędzamy na Kubie... Dzwonkówce i Koziarzu. Plus testujemy Velo Dunajec w okolicy Łącka (jeszcze nie w pełni gotowe ale zapowiada się zacnie!)
VELO DUNAJEC w okolicy Łącka (kierunek Stary Sącz)
Zaczynamy podejście na Kubę (a potem na Dzwonkówkę) 
Niby Święta a jakoś tak dzień jak co dzień :) 
Taaa...
Znowu chrupie pod kołami!
W górę czy w dół?
Dzwonkówka
Tabliczki moje kochane
Zielone na białym :)
Widoczki
Znowu pod górę
Wieża na Koziarzu
Dzień dobry, panie Lubań!
A na dole Łącko i Tylmanowa składają nam życzenia
Kategoria SFA, Wycieczka
Wielki Rogacz z Radziejowej
-
DST
32.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Tak. "GÓRY BĘDĄ LEKARSTWEM". Tego nauczył mnie w dzieciństwie ten komiks i jeszcze nigdy nie zawiodła mnie ta mrocznorycerzowa diagnoza.
TRASA:
Szlachtowa - Przełęcz Żłobki - Wielki Rogacz (spojrzenie w kierunku Przełęczy "jak" Obrazek) - Radziejowa - Złomnisty Wierch - Przehyba - Szlachtowa
Widok, który będzie nam towarzyszył przez cały dzień :)

A pod nami morza mgieł

KLASA stokówka

Czasem warto z jechać z głównej drogi i przetrzeć nowy szlak :)

The Darkness in the light

Pchamy na Wielki Rogacz

Jest i wyżej wymienion :)

Pchamy na Radziejową

Przy takich widokach to można pchać

Wieża na Radziejowej

Tak to wygląda z góry

A jeśli spojrzeć w inna stronę

Na szczycie Radziejowej

PUŚĆ TE KLAMKI

"Chrupot" grubych opon na śniegu

Bajkowe drogi. Brakuje tylko Królowej Śniegu krzyczącej "Ściąć Mu głowę"... choć mogłem pomylić bajki :) :) :)

Szkodnik na pieńku a w tle Radziejowa (stamtąd nadciągamy)

Magia świateł

Pchanie "płonącymi" zboczami

Zjazdy "płonącymi" zboczami

Schronisko na Przehybie

Chwilę przed zapadnięciem Ciemności

Kategoria SFA, Wycieczka
3dniowiański Wierch
-
DST
22.00km
-
Teren
22.00km
-
Aktywność Wędrówka
Spontaniczny wypad w Tatry, a tam... pusto. Niemal nikogo. Może dlatego, że wiało w porywach do 140 km/h :)
Zaskoczeniem było to, że po zeszłotygodniowej Mogielicy całej w śniegu, tu nie było śniegu niemal wcale. Zaczął się tak naprawdę gdzieś na 1500m w sumie.
No ale widoki PETARDA... tyle że chyba odpaliła i wszystko dym z wybuchu zasłonił. Jasne, trochę żal, ale w sumie lubię taki klimat, zwłaszcza że "Sam Diabeł szepnął wietrze wiej".
W takich chwilach czuje się prawdziwą potęgę gór. Nie tylko ich majestat, ale tą fascynującą siłę zdolną z łatwością pozbawiać życia śmiałków ośmielających stawić Im czoła...
Przy takiej zawierusze zawsze wracam myślą do polskiej zimowej wyprawy na K2. Może dlatego, że widziałem filmiki uczestników jak tam potrafiło napierać wichrem.
Oczywiście kibicowałem polskiej ekipie (bo jak ktoś ma zdobyć K2 zimą to tylko nasi!), to jednak chciałbym aby ten Ostatni Bastion Twierdzy Karakorum pozostał niezdobyty zimą jeszcze przez 1000 lat... był symbolem potęgi, która uczy pokory, był nieosiągalnym marzeniem wszystkich kochających góry, był ostateczną granicą.
No ale zrobiła się spora dygresja, wracamy do zdjęć z wyprawy:
Nie ma śniegu... bu :( 
No to w końcu 3 dni czy 2 godziny, bo ja już nie wiem :) 
Ech te pionowe czerwone szlaki :) 
Pomału wchodzimy w krainę śniegu
Kończysty bo umyty :) 
Mówią, że to piękna widokowa trasa. Potwierdzam, ale przesadzili z malowaniem na biało całej okolicy :) 
Coś tam czasem nawet widać
Po choince można stwierdzić, że naprawdę wiało. A wiatr na to: "wszyscy na prawo" i ciężko było z tym dyskutować :) 
Ciężko dzisiaj o tak pustą Chochołowską, a jednak są takie dni :) 
Takie tam z jakimś stożkiem w tle :) 
Kategoria SFA, Wycieczka
Dwa zamki i dwa Velo
-
DST
80.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Velo dokoła Jeziora Czorsztyńskiego. W lecie nie było okazji, bo zawsze wpadała jakaś większa wyprawa (samo Velo to jest koło 35 km). Jak już jechaliśmy sami w Gorce czy na Spisz to "leciał" albo od razu Lubań i Gorc (lub przynajmniej Turbacz) albo było to jakiś rajd (np. Rajd Waligóry 2019 (na Spiszu) lub Rajd Waligóry 2018 w Gorcach).
No a teraz dzień już krótki więc stwierdziliśmy, że sprawdzenie tego Velo będzie idealną wyprawą na sobotę.
Jednak gnać 2 godziny aby przejechać 35 km... no nie. Bez przesady. Stwierdziliśmy zatem, że wystartujemy z Nowego Targu, odwiedzimy tamtejszy rezerwat "Bór nad Czerwonem", polecimy do Dębna tzw. "ścieżką dookoła Tatr" i dopiera tam zaatakujemy Velo dookoła jeziora. Powrót uskuteczniamy przez inne Velo, "Velo Dunajec".
Ja zawsze wiedziałem, że Spisz jest piękny... ale szczerze, REWELACYJNA wycieczka. Hej i bez pchania! Jak nie my. Prawie jak nie my, bo bagna być musiały - może nie te same co na Mordowniku w Chochołowie, ale bliźniaczo podobne bo po drugiej stronie Nowego Targu.
80 km, ponad 750m przewyższenia i powrót po nocy. No trochę jednak brzmi jak my :)
Jak jedziesz, Baranie?
Mostki na Bagna, Szkodnik pierwszy skręca z dobrej drogi
Uwielbiam takie klimaty
"Impressive, most impressive..."
Bagna, mokradła, moczary, torfowiska, rozlewiska, trzęsawiska, grzęzawiska... to lubię!
Dobre drogi też lubimy
Napisałbym, że z lotu ptaka, ale to tylko z wieży :) 
Lasy, knieje, puszcze, bory, regle, zagajniki... to także lubię! 
Modrzewie i choinki :) 
Velo!
Velo!!
Velo!!!
No w pyteczkę zrobili tą trasę!
VELO !!!!
Z widokiem na rez. "Zielone Skałki"
Nasze polskie Minas Anor i Minas Ithil (a może Minas Morgul!) :)
ZEW...prądu :) czyli Zespół Elektrowni Wodnych w Niedzicy i nasz opatentowany sposób na tamtejsze schody)
W tle Jego Wysokość LUBAŃ i jego wieża widokowa
Znak kłamie mówi: 7%... tak, taaaa... było 14%. 
Pięknie tu jest
SZKODNIK WCHODZI W NADŚWIETLNĄ - widoczne rozmycie linii gwizad :) Powrót już po nocy, bo zdjęcie zrobione jak mieliśmy nadal prawie 20 km do auta
Kategoria SFA, Wycieczka
Rajd Waligóry 2020
-
DST
72.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pierwsza edycja rajdu w Ochotnicy to był dla mnie, jak być może pamiętacie z mojej relacji, niesamowity NOSTALGIA TRIP po Gorcach, bo to tereny gdzie za dzieciaka poznawałem i uczyłem się czym są Góry. Druga edycja to Gorce od "drugiej strony" (czytaj od Nowego Targu) i osławiony już "śnieg na Turbaczu". Trzecia edycja to niesamowicie piękna widokowo wyprawa na Spisz. No a rok 2020 to sami wiecie jaki jest... Parafrazując Mistrza Jacka: "Nieszczęśliwie zdarzona w kraju EPIDEMIA, pogrążyła go w chaos oraz stan zniszczenia..."
Niemniej finalnie 4-ta "mini" edycja dochodzi do skutku bo baza jest "za zewnątrz", a starty zostają rozpisane interwałowo czyli nie ma startu masowego. Można rejestrować się w bazie i startować między 8:00 a 10:00. O tym dlaczego "mini" Rajd Waligóry opowiem za moment.
Czarcie wrota!

Szkodnik pędzi do bazy!

"One day you will return to your VALLEYS and your farms..."
Ruszamy zatem wprost przez "Czarcie Wrota"...... do bazy! Dokładnie tak - przez Czarcie Wrota, czyli dwie charakterystyczne skały w Dolinie Będkowskiej! Czwarta edycja nie zabiera nas bowiem w góry, ale w moje ukochane Dolinki Podkrakowskie. Ciężko było w zaistniałej w kraju sytuacji planować dużą wyjazdową imprezę, więc Organizatorzy zrobili "mini" edycję niedaleko Krakowa. Niby "Mini", ale 1600m przewyższenia trzaśnie... no ale cóż by miało nie pęknąć skoro to moje ukochane Dolinki Podkrakowskie (tak, wiem pisałem to już przez chwilą...). To dla mnie kolejna wyprawa z cyklu NOSTALGIA TRIP. To tu odbywały się moje pierwsze wyprawy rowerowe w życiu, to tu naprawiało się stare rowery patykiem i taśmą klejącą, aby wrócić do domu po epickich kraksach na mokrych skałach, to tu darło się przez pole kukurydzy kompletnie nie wiedząc gdzie się jest...
Do dziś pamiętam, jak wychodzimy z "Rajskim" z jakiś krzorów, umorusani, pocięci i naprawdę zagubieni... pytamy rolnika pracującego w polu: "Przepraszamy, którędy na Kraków?", a On: "Kraków? Jak to Kraków? Tu jest tylko skała...".
Moje ukochane Dolinki Podkrakowskie!
Absurdalnie stroma Szklarka, mająca prawdziwie górski charakter Dol. Racławka, "reprezentacyjna" Dol. Kobylańska, klimatyczna Dol. Mnikowska, zachwycająca Dol. Zachwytu, nie-do-końca owocowa a raczej skalna Dol. Brzoskwni, tajemnicza Dol. Eliaszówki, klucząca Dol. Kluczwody, dedykowana do downhill'u Dol. Bolechowicka... dobra DOŚĆ, bo nie skończę do wieczora! Moje ukochane Dolinki Podkrakowskie... zacna, naprawdę zacna alternatywa dla górskiego rajdu!
Przez Czarcie Wrota wjeżdżamy do Doliny Będkowskiej i kierujemy się w stronę schroniska Brandysówka. Pasuje Wam? Schroniska! Taki klimat mają moje ukochane Dolinki Podkrakowskie!
Brandysówka, schronisko pod ChAłwą na Wysokości...eeee... to znaczy, pod Sokolicą, która niejedną ekipę uratowała na naszym Wiosennym CZARNYM (Zimowym BIAŁYM) KoRNO, gdy zima weszła Zawodnikom za mocno i zrobiła się rzeź pogodowa.
Witamy się z Organizatorami i pobieramy mapy. Czeka nas dzisiaj trasa szacowana na około 60 km i ponad 1500m przewyższenia. Patrzę na mapę a tam "sól tej ziemi", a dodatkowo część punktów pokrywa się z naszym Wiosennym CZARNYM. Ha! mapę będę potrzebował dziś zatem chyba tylko po to, aby nie zapomnieć lokalizacji 20 pkt kontrolnych - marszrutę to zaplanuję przecież z pamięci.
Tak też robimy - chrzanić optymalizację wariantu! Skoro mamy odwiedzić na przykład wodospad w Dol. Bolechowickiej to jedziemy nią w dół (nie będę tego podpychał, odmawiam...), a Kobylańską jedziemy jedynym słusznym wariantem czyli z południa na północ i innej opcji po prostu nie ma!

Błąkając się od Bramy (Będkowskiej) do Bramy (Bolechowickiej)
Z Dol. Będkowskiej wyjeżdżamy w towarzystwie Pawła, jednego z Organizatorów dzisiejszych zmagań. Gadamy chwilę o rajdach i ogólnie o tegorocznych wyprawach i problemach, jakie zrobił ten "chory" rok. Przy okazji łapiemy punkt ulokowany w skałach zwanych Bramą Będkowską. Dolinki w jesiennej szacie są cudowne. Dobrze znowu tu być. Mówiłem już Wam jak kocham te tereny...?
Czuję się niemal jak Porucznik Rżewski z kultowych kawałów. Nie mówcie, że nie znacie tej postaci...
Porucznik Rżewski wrócił w tereny swojej młodości. Uśmiecha się do siebie, bo nic się nie zmieniło, wszystko jest dokładnie tak jak to zapamiętał: te same domy, te same drzewa, nawet owce tak samo jak dawniej z przestrachem przysiadły na zadach :)
Z Będkowic postanawiamy skierować się po punkt znajdujący się na szczycie skały, która znajduje się całkiem niedaleko domu jednego z naszych Szermierzy. Niegdyś, gdy nie był leniwą bułą, naprawdę dobrego niegdyś szablisty, z którym nie na jednych zawodach czy też pokazie krzyżowaliśmy klingi. Jeśli jakimś przypadkiem czytasz te słowa to pozdrawiamy i zachęcamy do powrotu na planszę. Świat zza maski jest zawsze piękniejszy :)
Na tym etapie rajdu dołącza do nas Rafał jeżdżący z ekipą Aktywnego Ćmińska (o ile dobrze zapamiętałem) i kilka punktów pojedziemy razem. W mojej głowie ciągle kołatają się wierszyki z naszego KoRNA zwłaszcza, że przejeżdżamy obok Kopca Bzowskich.
Oto mogiła co o wspomnienie prosi,
tych, którzy mieli tutaj swój świat
A Ty powiedz - jakież imię nosił
Ojciec z Będkowic - ziemi tej kwiat
Pamiętajcie odpowiedź? Tak, Hiacynt (krótka historia rodu i jego znaczenia dla tych ziem - TUTAJ).
Drogi i...

i bezdroża

Szkodnik dressed to the NINEs :)

Nasz następny łup to mały zagajnik wśród pól. Łapiemy lampion i chwilę potem suniemy przez Las Karniowski aby zgodnie z naszym (na-pewno-nie-optymalnym-ale-
No dobra, skoro Bolechowicką było w dół, to teraz będzie trzeba trochę popedałować, bo czeka nas wspinaczka w kierunku Doliny Kobylańskiej. Deszcz lekko siąpiący od rana zdaje się zanikać, co nas bardzo cieszy. Co więcej nie będzie nas już niepokoić aż do końca rajdu.
Na Wjeździe do Wąwozu Bolechowickiego

My też tu mieliśmy punkt!

Rafał w Bramie Bolechowickiej

Wjeżdżamy do Kobylańskiej. Ech tu jest teraz piękny turystyczny szlak, a kiedyś... rzeką się jechało do dolinki! Co tam do dolinki, do tych kilku domów co tu stały dojazd był tylko strumieniem. To był klimat, jak auta cisnęły tu po wodzie.
Nie wierzycie? No to łapcie zdjęcie z 2005 roku z jakiego lokalnego dziennika. Albo TO. Mieszkać w Kobylanach/Karniowicach to była wyzwanie!
Dolinka wita nas skałkami i kapliczką i znowu KoRNO w mojej głowie:
Całkiem serio i bez ściemy,
a tacy będziemy okropni,
że przeliczyć Wam każemy
ile tu prowadzi stopni...
Łapiemy lampion w okolicy skał Okręt oraz Rozwalista Turnia i jedziemy dalej doliną aż na jej drugą stronę. Przeskakujemy płynnie do Doliny Będkowskiej i atakujemy punkt w Jaskini Łabajowej. Nie uwolnię się dziś od myśli o KoRNo, bo jaskinia jest w skale, która była naszym punktem zadaniowym:
Ranią palce szukając uchwytu,
wciąż wyżej i wyżej, niemal do Boga
Nowe trasy - ich powód zachwytu
jaką nazwę nosi 53-cia droga?
Jęki królika! Tak się nazywała!
Moje kochane Dolinki Podkrakowskie.
Dolinka Kobylańska

Takie punkty to my lubimy!

Przed wejściem do Jaskini Łabajowej

PRIVIET czy PRIVATE?
Tutaj opuszcza nas Rafał, który musi wracać do bazy. Dołącza jednak do nas Wojtek i dalej pojedziemy przez jakiś czas razem.
Przed nami skała w okolicy Grodziska 502, jednego z najwyżej położonych punktów na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Przy podjeździe pod punkt "dojeżdżają" nas też inni zawodnicy, między innymi Paweł i drugi Wojtek. Natomiast na szczycie czeka na nas Piotrek - Organizator, który pełni tu rolę fotografa.
Dowiózł On także lampion, który został ukradziony. Rozmawiamy chwilę o tym zdarzeniu: to trudny problem tego sportu... czy powinno się uzupełniać lampiony, które zaginęły? Ktoś mógł szukać go 45 min nim stwierdził, że to ewidentny "Brak Punktu Kontrolnego" (BPK), a następny zawodnik będzie miał łatwiej bo lampion powrócił na miejsce... z drugiej strony, jak ten drugi usłyszy od innego zawodnika, że na przykład 4-rki nie ma, to i tak by jej nie szukał, a z drugiej strony jako zawodnik wolę kiedy lampion jest. Ciężka sprawa w sumie, acz przychylam się jednak do zdania, żeby nie rozwieszać lampionu na nowo... chyba?
No nic, lecimy dalej. Najłatwiej będzie nam przedrzeć się do drogi na północy... tzn. tak nam się wydaje. Niestety okazuje się, że przejście do drogi blokuje teren prywatny i to taki strzeżony przez niezbyt miłego Pana, który każe nam "wyp***ć".
Mamy całe 50 metrów do drogi głównej, jesteśmy na drodze szutrowej, ale nie wolno nam po tym szutrze przejechać do asfaltu bo teren prywatny. Nie po polu, nie po trawie... po szutrowej drodze. Ja wiem, ja wiem... kapitalizm, święta własność prywatna, o to walczyliśmy i inne takie... ale czemu w takim razie powstają domy mieszkalne w rezerwatach przyrody czy na szlakach turystycznych. Ech, no nie przejdziemy... Pan zamiast powiedzieć nam "Priviet" powiedział nam "Private". No cóż ma gość do tego prawo, ale lubić go za to nie muszę... Wracamy pod górę pod skałę i jedziemy na około.
Chwilę potem dołącza do nas także Jarek i od tej pory jedziemy w 4-rkę. Zmieniamy ekipy na tym rajdzie tak naprawdę na bogato. Jarek nigdy nie był w dolinkach, więc ryj mi się nie zamyka i opowiadam Mu gdzie prowadzi każda ścieżka i co tu jeszcze warto zobaczyć. Mogłem być uciążliwy... przyznaję się bez bicia.

I znowu kukurydza :)

Jakaś niezbyt dobra postać śledzi Szkodnika :D :D :D

Szklarka niczym prawdziwe górki zabiera naszych Towarzyszy... "C2, this is Mcknight. We've got a KIA" (killed in action)
Wjeżdżamy w jedną z moich ulubionych Dolinek - Dolinę Szklarki. Jak będziecie kiedyś pchać czerwonym szlakiem, to rozglądajcie się dookoła: przecież to wygląda jak krajobraz górski, a nie Jury. Rewelacja! Kocham ten szlak! Ciśniemy pod górę a licznik przewyższeń bije jakbyśmy latali po Beskidach. Wspominałem Wam już, że Szklarka ma absurdalnie strome zbocza?
Ile razy ja tu byłem "prywatnie", a i rajdowo też się zdarzyło: raz na Jaszczurze Białe Doliny, jednej z najlepszych edycji tego rajdu, a raz nawet na... Mistrzostwach Europy w Rajdach Przygodowych! Pasuje Wam? Mistrzostwa Europy w mojej Dolince Szklarki! REWELACJA.
No sami powiedzcie, czy to nie krajobraz tak jakby górski?

"... powszechnie to wiadomo, że Siódemka jest szczęśliwa" , prawda?

Widok z Jaskini wprost na Szkodnika :)

To tutaj także czeka nas rozstania. Najpierw opuści nas Wojtek, który będzie pomału zjeżdżał do bazy.
Zostawi nas w Masywie Babiej Góry. Serio! Tak się nazywa jedno ze wzgórz nad Szklarami. Musicie przyznać, że ostro to brzmi. Wojtek zaginął w Masywie Babiej Góry!
Jedno z ostatnich jego zdjęć a w tle Babia :)

Jarek jeszcze chwilę z nami zostanie, ale niedługo Szklarka zabierze i jego. Jedno z ostatnich zdjęć Jarka realizującego tzw. wariant czarny...

Kompletny NKL
Jarek opuszcza nas, bo chce zdążyć w limicie do bazy. My podejmuje decyzję, że jest tak pięknie, że chrzanimy limit. Jedziemy komplet punktów i zjedziemy do bazy, nie wtedy kiedy każe limit, ale jak zaliczymy wszystkie punkty. Niech inni się ścigają i walczą o podium, my dziś myszkujemy po (no powiedz to, powiedz to raz jeszcze...) moich ukochanych Dolinkach Podkrakowskich. W praktyce oznacza to, że zjedziemy do bazy sporo po limicie, więc czeka nas dyskwalifikacja (NKL). Dzwonimy tylko do Piotrka aby się o nas nie martwił, ze u nas wszystko w porządku i kiedyś wrócimy...
Zjeżdżając w limicie mielibyśmy koło 15 albo 16 punktów i być może dałoby to Basi jakieś miejsce na podium, ale jak to pisała kiedyś Nataszka: durny rok i durne starty.
Jedziemy na "kompletnego NKL'a". Jarek zjeżdża przez Dolinę Racławki w kierunku bazy, a my ruszamy w drugą stronę czyli do Paczółtowic po kolejne punkty.
Zostajemy sami w tych dzikich i nieznanych nam terenach :D :D :D
Zabieramy się zatem do roboty i lecimy kolejne punkty, zupełnie nie przejmując się upływającym czasem.

Jaki mały ten Szkodnik tam na dole!

Niosący światło przybył!

Dawny kamieniołom

Zjazd Wąwozem Zbrza w Dolinie Racławki!

Dupa (Słonia) a nie komplet czyli oddaj coś zabrał!
Dzień pomału się kończy. Nasz limit czasowy skończył się już dawno temu :D
Niemniej konsekwentnie zbieramy punkt za punktem wypełniając niemal całkowicie naszą kartę startową. Dlaczego niemal? Bo nam Pacany lampiony zabrały!
Na przed-przed-ostatnim punkcie, ponownie dzwonimy do Piotrka i mówimy, że skoro skończył się limit dla Zawodników, to Mu od razu pościągamy lampiony.
Sami wiemy ile kosztuje zbieranie trasy... to zawsze najgorsza część tej roboty. Trasę rozstawia się z zwykle z euforią, bo za "moment" zaczną się starty i człowiek jest nakręcony.
Złożyć trasę jak wszyscy już pojechali do domu... no jest ciężko.
Jako, że jesteśmy już na powrocie do bazy, zaczynamy zbierać lampiony i tak na pierwszy ogień leci bunkier.
Następny jest "Dno jaru", ale kiedy podchodzimy w odpowiednie miejsce, z krzaków wychodzi Paweł... z lampionem w ręce.
Piotrek Mu nie przekazał, że my zbieramy trasę i właśnie "złożył" nasz przedostatni punkt. Dwie minuty później i byśmy szukali jak głupi po lesie.
Jest trochę śmiechu, ale odbijamy punkt z jego ręki. No zupełnie jak na drugiej edycji Waligóry, gdzie lampion nam prawie odjechał samochodem... Aramisy, jak zawsze na styk.
Chcemy jechać jeszcze po ostatni lampion, zlokalizowany niedaleko skały zwanej Dupą Słonia, ale Paweł mówi nam że przed chwilą lampion został stamtąd zabrany!
GRRRR... tyle by było z kompletu. Co za okrutny Organizator... nie dość, że dał nam NKL (tak, wiemy że na własne życzenie) to jeszcze zabrał nam lampion z przed nosa. Zadowolny z siebie, może się teraz napawać się naszą klęską. :D :D :D
Zjeżdżamy zatem z Pawłem do bazy. Cóż robić. W wynikach lądujemy z 19-toma punktami zamiast z kompletem. A miało być tak pięknie..
Żartuję oczywiście. Było pięknie, dlatego po-chrzaniliśmy limit. 72 km w nogach i ponad 1600m przewyższeń. Jak dobra górska wycieczka, a to "tylko" moje ukochane Dolinki Podkrakowskie!
Rewelacja, że w tak trudnym czasie udał się ten rajd. Nie wiadomo czy to nie ostatni już rajd w tym roku. Wilczy ma niby być w listopadzie, no ale jako że dziennie bijemy "kolejne rekordy skoczni", to ciężko powiedzieć czy finalnie się on odbędzie. Pożyjemy, zobaczymy... albo NIE jakby powiedział Schopenhauer.
Dobrze oznaczona techniczna skarpa :)

W tej jaskini także mieliśmy punkt na Wiosennym CZARNYM :)

:)

Inwazja porywaczy lampionów

Raiders of the Dying Light...

Kategoria Rajd, SFA
Góry Świętokrzyskie - Pasmo Oblęgorskie
-
DST
57.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Kolejna wyprawa w Góry Świętokrzyskie. Tym razem uderzamy w Pasmo Oblęgorskie. Plan był prost.. po ostatnim Jaszczurze, Basia stwierdziła: "pojedźmy w Świętokrzyskie, tak aby coś pojeździć, a nie znowu pchać...". Znowu to nie wyszło. Owszem nie pchaliśmy zbyt wiele... trzeba było raczej nieść...
Niemniej ten czerwony szlak (Główny Szlak Świętokrzyski) jest świetny, a my łapiemy kolejne jego fragmenty uderzając także w tereny dawnego Bike Orientu (2016).
Pięknie odnowiony szlak, a mimo to nadal trochę dziki i o to chodzi!
Tereny Wyznawców Litery T :) 
Jak w reklamie: Sobota więc do... lasu, do lasu, do lasu :) 
"Pojedźmy w Świętokrzyskie aby coś pojeździć, a nie znowu pchać..."
As you wish Ma'am. Nie pchamy...
...zbyt wiele
Prawie na szczycie...
Szlak tak piękny, że warto zabrać go ze sobą na zawsze :) 
Ładnie tu :)
Leśna świetlica - stół mnie po prostu kupił :) 
Żeby nie było że tylko pchamy, dało się pojeździć :) 
Wąwozy!!
Super miejsce na tabliczkę!
Obrodziło w tym roku leśnymi skarbami :) 
Wiewiór :) 
3 Bestie :) 
"Było cymbalistów wielu, ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy..." ARAMISACH czyli gwóźdź programu: Masked Maestro :)
WONS? Dziwne imię dla ptaka... :) 
Z powrotem na szlaku...
Ciężko będzie tu zmieścić kierownicę...
Lubimy takie miejsca. Miejsce znane nam z Bike Orientu 2016 
Wnętrze kapliczki
Perzowa Góra zdobyta
Pewnie są tacy co by tu zjechali, ale my mieliśmy problem zejść... 
Zakochałem się... JA CHCĘ TAKIEGO PRZED BLOKIEM !!
Świnki trzy...
Kategoria SFA, Wycieczka
Jaszczur - Graniczna Przełęcz
-
DST
70.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niemniej skoro jednak ustaliliśmy, że Jaszczur i Góry oznacza rzeź, to skupmy się na razie tej jesieni... o rzezi będzie później.
Jesień w górach ma w sobie coś szczególnego. Część z Was pewnie dobrze wie o czym mówię, ale tym nieprzekonanym polecam kilka słów o górach w jesiennej szacie przy akompaniamencie gitary: Pocztówka z Beskidu
Beskid Niski to dla mnie magiczna kraina, więc niesamowicie mnie cieszy że Jaszczur wraca w te tereny. Wraca bo pamiętamy jednego z najładniejszych Jaszczurów ever: Złamany Krzyż czy katorgę w Paśmie Otrytu (Jaszczur Bojkowski Ślad). Ja naprawdę nie umiem się zdecydować które Góry kocham bardziej: Gorce to mój drugi dom, Izery to miłość mojego górskiego życia (w ostatniej chwili dopisałem „górskiego”, aby nie dostać w ryja od Szkodnika…), a Beskid Niski? To magiczne i fascynujące Góry, z którymi mogę zdradzać Izery często i skutecznie… cóż „I’m a Count, not a Saint”, prawda Edmond?
Nie tym razem, Panie Havranek…
No niestety. Powtórzę się po raz kolejny… ten rok jest rajdowo stracony. Owszem, trochę imprez się wprawdzie odbyło, ale ogólnie nie można zaliczyć tego roku jako dobrego rajdowo. Tym bardziej boli, gdy okazuje się dwie super imprezy odbywają się w tym samym terminie. Aby nam jeszcze bardziej dowalić, rozszarpać nasze serca i wlać w nie czarną rozpacz, obie odbywają się w Beskidzie Niskim. Mowa o trzeciej edycji Hawrana, która niestety pokrywa się z Jaszczurem. Hawran ma bazę po drugiej stronie Beskidu Niskiego, bardziej na zachodzie bo w Krempnej. Jaszczur zabiera nas do Komańczy, zgodnie z tytułem w okolice Przełęczy Łupkowskiej, która jest granicą pomiędzy Beskidem Niskim a Bieszczadami.
Wybór gdzie jechać nie był prosty. Jakby ktoś się zastanawiał dla czego, to zobaczcie zdjęcia: pierwszy Hawran, drugi Hawran… Strasznie nam szkoda, że musieliśmy tak podle wybierać, ale nie było wielkiego pola manewru.
Jaszczur Dyplomowany... czyli znicz na drogę :)
Do Komańczy przyjedziemy sporą ekipą, bo zabierają się z nami Kamila i Filip, którzy ruszą na trasę pieszą rajdu. Natomiast w samej bazie czekać na nas też będzie Andrzej, dramatis personae znana Wam już z niejednej relacji. Z Krakowa wyruszamy o 5:00 rano i lecimy w kierunku wschodzącego słońca. Na wysokości Dukli wita nas piękna góra o niesamowitym kształcie - Cergowa. Jak ja lubię ten masyw z tym charakterystycznym zadziorem! Wytachanie się tam kiedyś z rowerami to też była niezła wyrypa, ale warto było sprawdzić czy Piotruś wie gdzie spadł samolot... a było to jeszcze za czasów, kiedy wieżę na Cergowej to dopiero budowali. Trzeba będzie zatem odwiedzić tę górę na nowo, bo jak to tak być na Cergowej i nie być na wieży!
Z Dukli skręcamy jednak w lewo, na Jaśliska co natychmiast przywołuje także w naszej pamięci jednego z najlepszych Mordowników w historii.
Dobrze znowu tu być... W bazie "zbieramy" Andrzeja i witamy się z innymi ekipami, które podobnie jak my dotarli na imprezę, którą można kochać lub nienawidzić. Od razu czuć ten niepowtarzalny jaszczurzy klimat, bo na stole leżą... znicze. Mamy je zabrać do plecaka, po sztuce na głowę, bo jednym z zadań na rajdzie to będzie zapalenie "świecy" na jednym z dawnych cmentarzy.
Oprócz zniczy dostajemy też plik dyplomów z poprzednich edycji. Malo się chyba nudziło podczas wiosennego lockdown'u, bo pouzupełniał dyplomy ileś edycji wstecz... a co by nie mówić, Jaszczury graficznie (mapy, dyplomy) naprawdę robią wrażenie. Oprócz tego wszystkiego dostajemy oczywiście również mapy, które jak zawsze pełne są wycinków lidarowych do dopasowania, a ich aktualność i dokładność jest poglądowa. Jest jednak na nich coś czego się spodziewaliśmy - wszelakie granice. Granice to dziś temat przewodni, więc na mapie mamy Przełęcz Łupkowską która jest granicą między Bieszczadami a Beskidem Niskim, mamy tzw. Pasmo Graniczne przebiegające między Polską a Słowacją, mamy także Duszatyn czyli granicę pomiędzy Karpatami Wschodnimi a Zachodnimi.
To czego jeszcze nie wiemy to fakt, że dziś dotrzemy do jeszcze większej ilości granic... do granic absurdu oraz granic wytrzymałości...
W szponach GAZOCIĄGU!
Z bazy wyruszamy około godziny 10:00 i kierujemy się na południowy wschód. Na pierwszy ogień idzie góra o nazwie Dyszowa (719m), co wiem tak naprawdę dopiero teraz bo sprawdziłem naszą trasę na normalnej mapie. Nie prowadzą tu żadne szlaki turystyczne, pewnie dlatego aż roi się tutaj od jaszczurowych punktów. Chcemy pochwycić 3 z nich: dwa lidary i jeden punkt zadaniowy. Andrzeja trochę dziwi ten plan, bo zakłada on ominięcie dwóch innych punkty... cóż poradzić, chłopak nastawia się na komplet na górskim Jaszczurze. Taaa Andrzej... oczywiście. Z dedykacją dla Ciebie - ta SCENA :P
Ja wiem, że mamy 15 godzin i tylko 50km do zrobienia, ja wiem... To wszystko prawda, ale prawdą jest też to, że nie zrobimy kompletu. Nie na górskim Jaszczurze, nie u Malo. Pisałem Wam już kiedyś, że dwa razy udało nam się tylko zrobić komplet: Kresowe Bagna przy Poleskim Parku Narodowym i Graniczna Woda w Puszczy Augustowskiej (czasy, gdy nie pisałem jeszcze relacji z każdego rajdu, czego do dziś bardzo żałuję... ech).
Wracając do tematu, historia w skrócie:
Andrzej: jedziemy komplet
Aramisy: Ha ha ha ha...
5 godzin później, gdy mamy zrobione, według licznika 4 km 250m...
Andrzej: Może jednak być ciężko z kompletem…
Aramisy: Andrzeju, cóż Cię skłoniło do takiej refleksji?

"Koszmary, koszmary, koszmarów 4 pary... "

No ale nie uprzedzajmy faktów... Chwilę po wyjeździe z bazy kierujemy się wskazówką Malo. "Będą dwie drogi... jedźcie NIE tą którą byście chcieli". Cudownie… zaczyna się.
Pchamy zatem jakąś leśną ścieżką, zostawiając za sobą dobrą drogę… która ponoć i tak skończyła by się w środku lasu, nie mając połączenia z kierunkiem który nas interesuje. Szybko okazuje się, że produkcja błota w ostatnich dniach przebiła wszelakie racjonalne normy. Ostatni tydzień lało niemal codziennie, więc ilość błota jest po prostu niesamowita. Do tego trwa tutaj budowa gazociągu, czyli drogami jeździ ciężki sprzęt... a jak jeździ to te drogi też rozjeżdża i z niesamowitej ilości błota tworzą się jakieś absurdalne jego ilość. Liczby Grahama (uwaga! link ryje mózg) by zabrakło aby opisać ile tu jest ton/litrów (czy jakiekolwiek innej jednostki w jakiej podajemy ilość błota)Pchamy pod górę, ale to jest katorga... co kilka metrów trzeba się zatrzymywać aby patykiem udrażniać prześwit między koroną amortyzatora a oponą. I to samo mamy w tylnym widelcu...

Piechurzy wyprzedzają nas bez większego trudu, a my prowadzimy nierówną walkę z kleistą mazią... pierwsze chwile rajdu, a my już utknęliśmy na całego. Do tego jest tutaj bardzo mocno pod górę, co bynajmniej nie ułatwia naszej walki. Modlimy się o zjazd, aby zacząć poruszać się z jakąkolwiek sensowną prędkością bo jest dramat. Nie wiemy jeszcze o co prosimy niebiosa... Docieramy do placu budowy, pełnego maszyn i rur gazociągu. Tu jest nawet więcej błota niż w lesie... toniemy po ośki rowerów i do połowy łydki. Zastanawiamy się czy chłopaki puszczą nas przez plac budowy bo to tak trochę wbrew BHP. Jako, że Szkodnik zawodowo zarządza budowami, więc wysyłamy go aby wynegocjował nasze przejście przez środek gazociągu. Na głowie ma biały kask - na budowie oznaczenie Inżyniera, więc powinien coś poradzić. Szkodnik wchodzi w rolę od ręki i nim goście nas zatrzymają rzuca zaczepne
Panowie, co tu się odwala? Naprężenia obwodowe gazociągu w warunkach statycznych wywołane ciśnieniem roboczym MOP powyżej 0,5 MPa nie powinny przekraczać iloczynu rzeczywistej minimalnej wartości granicy plastyczności "ER TE zero pięć" i współczynnika projektowego zależnego od klasy lokalizacji, a co jest u Was? IIe Wam wyszło? Czemu przyjęliście współczynnik 0,72 dla klasy pierwszej, jaja sobie robicie?
Proszę mi zaraz pokazać jak zainstalowana jest ochrona katodowa i czy spełnia swoją rolę obniżenia potencjału korozyjnego konstrukcji oraz proszę o raport dotyczący stanu przyłączy: czy zainstalowane zostały ciągi redukcyjne, pomiarowe oraz armatura zaporowa na wejściu i wyjściu, o filtrach nie wspominając... raport natychmiast albo... po prostu sobie tędy przejdziemy i udamy że macie zgodność ze wszystkim wymaganiami zasadniczymi i normami zharmonizowanymi, a Wy sobie cichaczem poprawicie to i tamto. To jak?
Tak oto zdobyliśmy jeden z punktów. Zakazy wejścia, ostrzeżenia o niebezpieczeństwie związanym z budową, a my myk-myk przez... sakramenckie błoto po lampion, bo Panowie udają że nas nie widzą. Cóż, dyplomacji i agresywnych negocjacji uczyliśmy się od najlepszych. Nie wiemy jednak, że prawdziwa błotna katorga dopiero się zaczyna.

Błotna masakra koparką podsiębierną...

"Careful what you wish, you might regret it, careful what you wish for, you just might get it..."
Modliliśmy się o zjazd, tak? No więc przeklinamy zjazd. Błoto na zjeździe po drugiej stronie góry jest niesamowicie lepkie i kleiste. Nie da się jechać, rower zatrzymuje się w miejscu a koła nie są w stanie obrócić się nawet o kilka stopni. Do tego tak ono oblepia maszynę, że rower zaczyna ważyć chyba tonę. Nieraz już spotkaliśmy się z takim błotem, ale zwykle było to kilkaset metrów do przejścia (np. jakieś pole), a tutaj cała góra jest taka. Nie da się nawet pchać roweru, trzeba go nieść - nie ma innej opcji. Droga jest "wycięta" przez tak gęsty las lub idzie tuż nad skarpą, w taki sposób że nie da się iść wzdłuż drogi. Musimy po prostu tachać rowery na ramieniu i plecach... nogi zapadają się po łydkę w błocie. Raz to nawet utknąłem tak "wciągnięty" przez maź, że nie byłem w stanie sam się z tego wydostać. Obie nogi wjechały mi głęboko w błoto, powodując utratę równowagi. Aby ją zachować trzeba byłoby skręcić mocna biodra, ale rower wiszący na moim ramieniu, przy tym skręcie zarył przednią oponą w błoto i to nagłe wytracenie prędkości obrotu "pchnęło" mnie do przodu na ryj. Spróbowałem podeprzeć się ręką, ale wjechała mi prawie po łokieć w kleistą maź... zostałem zatem z trzema utopionymi kończynami i rowerem na plecach, który po zaryciu "dziobem" w ziemię, także został skutecznie unieruchomiony. Każdy ruch, próba podparcia czy próba wyszarpania członków pogrążała mnie głębiej i głębiej w błotnej otchłani... masakra.
Walczymy, minuty mijają a my próbujemy przedrzeć się przez to piekło. Patrzę na licznik: 4 km 250 metrów od bazy, patrzę na zegarek prawie 4 godziny od startu... to jest jakaś rzeź. Owszem wskazania licznika są błędne, zgadniecie dlaczego? Jak niesiecie rower na ramieniu, to licznik nie liczy... więc w rzeczywistości mamy trochę więcej zrobione, ale nie zmienia to faktu że zdobyliśmy 3 punkty kontrolne i od 4 godzin pchamy (rzadko) albo niesiemy (niemal non-stop) rowery na ramieniu lub plecach.

Zauważyliście, że zdjęcie powyżej i poniżej pokazuje ubłocone golenie :D ?

Zawsze mówiłem, że nigdy nie będę nosił roweru na lewym ramieniu, bo tylko prawe jest wygodne do tego... jednak kiedy nie czuję ze zmęczenia i bólu prawego barku, stwierdzam że lewy też jest całkiem spoko do noszenia. Najgorsze jest to, że chcielibyśmy przedrzeć się na wschód, ale droga uparcie skręca nam na południe i na zachód. Nie ma żadnych odbić na zachód, a jak już znajdziemy przecinkę w orientacji zachodniej, to uwierzcie nie chcemy nią iść... bo wygląda jeszcze gorzej niż piekło, przez które się przedzieramy.
Jesteśmy wykończeni, taka walka wysysa z nas ostatnie siły i niszczy naszą psychę. To jest nowa granica... 5 godzin noszenia roweru w lepkim błocie. No tak tp jeszcze nie było. Pisałem Wam, że granice to temat przewodni tego Jaszczura, ale nie sądziłem że będą to granice naszej wytrzymałości.
Kiedy okazuje się, że nie jesteśmy w stanie przedrzeć się na wschód, a do przejścia tym błotem mamy jeszcze... kilka kilometrów, postanawiamy wdrożyć w życie plan awaryjny "PRZEŻYĆ".
Próbujemy dotrzeć do linii kolejowej, która cofnie nas trochę na Komańczy, ale przebiega obok drogi, więc może będzie naszym wyjściem z tej koszmarnej pułapki...

Ech...

Kolej na kolej czyli jestem pociągiem...
Przedzieramy się przez chaszcze i kolce na zachód. To fatalny kierunek względem naszego rajdowego planu, najgorszy możliwy... ale kiedy priorytetem jest "przeżyć", wszystko inne schodzi na dalszy plan. Docieramy do rzeki i przebijamy przez nią wpław... byle tylko uciec z tego piekła. Jeszcze wleźć na stromy nasyp i jesteśmy na torach. Tu też nie ma żadnej drogi, ale są tory...

Ech tak bardzo...

Po torach można jechać. Może to nie najmądrzejsze, może to wbrew BHP i wielu innym przepisom, ale kij z tym. Jedziemy...
Masakra. 5 godzin robiliśmy 6 km... a teraz walimy torami do Komańczy. To że musimy odwrócić plan wyprawy to jedno (uderzmy na Przełęcz Łupkowską), ale przejazd 2 km czy 3 km torami to jakiś hardcore... Marcin F byłby z nas dumny (kto jeździ na Silesia Race, ten wie, jak ten facet kocha kolej). Gdy docieramy do asfaltu to Andrzej całuje go w podziękowaniu za uratowanie życia... jesteśmy w stanie jechać. Nie wierzę we własne szczęście, mam łzy wzruszenia w oczach. Czuję się jak ślepiec, który nagle odzyskał wzrok, jak głuchy który nagle usłyszał... jak niosący mogący nagle jechać. To piękna chwila...
Przekroczyliśmy pewną granicę... 5 godzin niesienia rowerów, no tak jeszcze nie było. Trochę niechlubny, ale jednak jakiś rekord w naszej rajdowej karierze.

Asfalt, asfalt, asfalt !!!

Szlakiem granicznym na graniczną przełęcz
Teren puścił... jedziemy. Kij że pod górę! Jedziemy! Tak niewiele nam potrzeba, do szczęścia... Teren łaskawy, teren przejezdny. Wspinamy się w kierunku granicy ze Słowacją. Tam wbijemy na szlak graniczny, który doprowadzi nas do Przełęczy Łupkowskiej, będącej granicą - jak już pisałem między Bieszczadami a Beskidem Niskim.
Dzięki temu, że przejezdność trasy się poprawiła... zaczynamy łapać więcej punktów kontrolnych. Straszna szkoda nam tych straconych 5 godzin, bo dzień jest coraz krótszy i przez to sporo część trasy będziemy jechać po ciemku (nasz limit czasu to 2 w nocy).




Szlak graniczny dobrze znamy, bo z Basią mamy przejechany bardzo duży wycinek południowej granicy Polski (nie drogami idącymi najbliżej, ale stricte wzdłuż słupków granicznych, szlakiem... lub bez szlaku). Wiemy zatem, że na Przełęcz Łupkowską dotrzemy bez większych problemów. Łapiemy punkty lidarowe oraz zadaniowe np. policzenie stopni przy źródle czy też odpisanie 4-tego wersu z drzwi leśnego schronu. Teren puścił... jakże jesteśmy szczęśliwi, teren puścił!

Czytanie z łupków na Przełęczy Łupkowskiej :)

Kolej na kolej 2 czyli po właściwym torze
Chociaż powinienem nazwać ten punkt "do trzech razy sztuka". Przełęcz Łupkowska. Dotarliśmy. Jest tutaj ulokowany punkt podwójny. Pierwszy raz spotkaliśmy się z tym na Jaszczurze - Kamienne Ściany, ale wtedy nie zorientowaliśmy się, że te punkty są nad sobą! Jeden znajdował się w tunelu kolejowym, a drugi w lesie na górze, przez którą przebiegał tunel. Na Jaszczurze - Ciemna Strona Gór nie daliśmy się już oszukać i wiedzieliśmy, że będziemy mieć do czynienia z podobnym zagraniem: punkt w Tunelu pod Drogą Głodu, a drugi na górze. Jednakże, dopadła nas taka mgła, że po 45 min poddaliśmy się i nie udało nam się odnaleźć lampionu nad tunelem. Przez Przełęcz Łupkowską także przebiega tunel kolejowy i tym razem udało nam się odnaleźć oba punkty. Nota bene, tunel pod przełęczą robi niesamowite wrażenie!

Hopsa!

Into the darkness...

"Then it comes to be that the soothing light at the end of your tunnel is just a freight train coming your way..."

Potem znowu ruszamy torami... bo nie ma jak inaczej się stąd wydostać. Kierujemy się na Łupków, czyli tam gdzie pewien Wampir ma swoje Kimadło :P
Jako, że za moment zapadnie noc... ech żal tych 5 godzin straconych na walkę z błotem, postanawiamy przysiąść na dworcu w Łupkowie i zjeść kolację.
Wypakowujemy wałówkę z plecaka i siedzimy na peronie planując wariant na kolejne punkty. Na dworcu jest klimatyczny cytat z "Dzielnego Wojaka Szwejka" (nie wiem czy wiecie, ale w tych okolicach przebiega szlak tego nietypowego żołnierza CK Monarchii). Nie pamiętam go dokładnie, ale sam sens będzie zachowany:
- Szwejku, ile potrwa ta wojna?
- 15 lat.
- Skąd wiecie?
- Mieliśmy już wojnę 30-letnią, która trwała 30 lat, ale teraz jesteśmy dwa razy mądrzejsi niż wtedy... wojna potrwa zatem 15 lat.
Ech coś w tym jest... po kolacji ruszamy dalej. Mamy jeszcze trochę godzin do limitu, więc trzeba by coś jeszcze złapać.
Ruszamy po bardzo klimatyczne punkty, za które kocham Jaszczura np. "dziewczyny na drabinie" do zweryfikowania w terenie o co chodzi, czy też kirkut i pytanie: "w którym roku hebrajskim zmarła Chana, córka Cwi Hirsza".
"Gdzieś na krańcu świata, gdzie nie widać piekieł.."

Niejeden upadek już zaliczyliśmy, więc się nie boimy :D

Znacie bajkę o wężu i zegarze? SSSSSSS.....pierdal*j, tyku tyku tyku-tasie :D

Żebrak i Imperator
Noc jest przepiękna. Jest pełnia lub "jej najbliższa okolica" a my nadal w terenie. Do bazy postanawiamy wrócić przez Przełęcz Żebrak... podjazd będzie srogi, bo jesteśmy już naprawdę zmęczeni, ale później zjazd na Mików i droga przez brody na Duszatyn to bajka.
Aby dostać się na Żebraka musimy jednak minąć kamień upamiętniający przywrócenie Żubrów na te tereny. Inskrypcja mówi nam, że "Puszcz Imperator" wrócił na te tereny (po całkowitej niegdyś eksterminacji) wprost z hodowli żubrów w Niepołomicach - jak ktoś nie wie, jest to spora puszcza niedaleko Krakowa!
Czyli to nasze Żubry biegają teraz w Bieszczadach (przypominam że jesteśmy za Przełęczą Łupkowską więc to już Bieszczady)
Jako, że nie uda nam się już dotrzeć w miejsce zapalanie zniczy, które przez cały dzień wozimy w plecakach, to zapalimy je na innych punktach kontrolnych.
Na przydrożnych grobach i mogiłach, których tu pełno... nie chcę się tu wdawać w różne historyczne dywagacje, bo historii nie da się oceniać tylko w kategoriach: biel i czerń. Odsyłam raz jeszcze zatem do najpiękniejszej piosenki o Beskidzie Niskim "Bartne"
"Gdzieś na krańcu świata, gdzie nie widać piekieł
tylko niebo na ikonach srebrem lśni (...)
...na tej drodze, różne już padały
słowa złe i dobre, miłość szła i śmierć.
Tylko buki w górach niewzruszone stoją
jakby chciały się do nieba wznieść..."
Żubr i...

... Żebrak

Ostatni znicz zapalimy na granicy Karpat Zachodnich i Wschodnich w Duszatynie, a potem koło 1 nad ranem zjeżdżamy do bazy.
Dobrze było tu znowu wrócić. Wiele chciałbym Wam opowiedzieć o tym miejscu: o katastrofie która stworzyła Jeziora Duszatyńskie, o bazach UPA na Chryszczatej, o Akcji "Wisła", o drzwiach donikąd... ale to nie jest ani czas ani miejsce na to. Wracamy do bazy. To koniec na dziś.
"Ciemność jest szczodra, jest cierpliwa i zawsze zwycięża, ale w samym sercu jej siły leży jej słabość: wystarczy jedna, jedyna świeca, by ją pokonać..."

"... Miłość jest czymś więcej niż świecą. Miłość potrafi zapalić gwiazdy"

Brody w Duszatynie

Wodołamacz :)

Jak moczymordy po zakrapianej imprezie
Jak nigdy planujemy zostać w Komańczy na noc i nie wracać zaraz po rajdzie. Związane jest to z faktem, że planujemy ruszyć w Bieszczady w niedzielę. Skoro tachaliśmy się tu 3,5h samochodem, a kochamy te tereny to niedzielę planujemy wykorzystać w pełni (i to się uda, bo wrócimy do Krakowa w poniedziałek około 1 w nocy... oj ciężko będzie w robocie, ale warto było!).
Gdy docieramy do bazy Kamila i Filip już śpią w śpiworach. Rano dowiemy się, że bardzo podobała Im się trasa.
Jako, że baza nie jest zbyt wielka, a sporo zawodników zostaje do rana, mamy trochę problemu ze znalezieniem miejsca, ale finalnie wpadamy na pomysł, aby rozłożyć śpiwory pod stołem. Jak prawdziwi menele po imprezie idziemy spać przykrywając się blatem :)
A rano śniadanie a potem kolejna część GSB rowerowo tym razem Jaworne i Wołosań. Aż nie chce się wracać do Krakowa...

Awers...

...i rewers

Kategoria Rajd, SFA
Rajd WYZWANIE 2020
-
DST
191.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Gdynia a Opole... Opole a Wrocław.
Rozumiecie już co zaczęło nam kiełkować w naszych zrytych łbach?
Kontaktujemy się z Organizatorami Wyzwania i pytamy czy możemy polecieć całą trasę rajdu na rowerze, oczywiście jak zawsze poza klasyfikacją w takim wypadku. Przecież nie będziemy biegać... jak zwierzęta. Widzieliście schematy tego rajdu? Na wejściu 24 km na nogach, a potem jeszcze więcej... nie ma bata, lecimy wszystko na rowerze albo nas tam nie ma.
Dostajemy zgodę na nasz plan, za co w tym miejscu chcieliśmy bardzo i oficjalnie podziękować, bo sprawiło to, że trzeci kawałek tej karkołomnej układanki logistyczno-organizacyjnej magicznie wpasował się na swoje (oczekiwane!) miejsce. Możemy zatem podjąć WYZWANIE jakie rzuca nam pewien kąśliwy owad (wyjaśnię za chwilę). Ruszamy do Suchego Boru pod Opole! Sami widzicie chyba, że już sam start był nie lada wyzwaniem!

Orientacja? Ja mam do tego dwie lewe ręce... czyli hipster na dzielni.
Nie chce być jednak inaczej, powiem więcej nawet... nad ranem temperatura jeszcze spadnie o jakieś 1 czy 1,5 stopnia.
Lato nie lato, ale nocą będziemy jechać w zimowych rękawicach. Jeśli ktoś się zastanawia skąd mieliśmy zimowe rękawice przy sobie to niech sobie uświadomi, że... Przecież to standardowe wyposażenie rajdowe na każdą porę roku, prawda?!? To jeden z powodów dlaczego mamy tak wielkie plecaki... takiego bowiem, standardowego wyposażenia jest o wiele więcej. A skoro już o rękawicach mowa, to zimowe zimowymi, ale dałem niesamowitego ciała (a jakie innego miałbym dać ciała, innego nie mam przecież i każdy to przyzna... naprawdę przyzna! To tylko kwestia odpowiedniego poziomu zastraszenia i przemocy. Nie takie rzeczy ludzie przyznawali z akumulatorem na ... ) No ale wracając do tematu, dałem niesamowitego ciała z podstawowymi letnimi rękawicami "na dzień".
Wziąłem po jednej rękawiczce z dwóch różnych par i oczywiście obie lewe... No żesz, k***a... Limit na zrobienie trasy 26 godzin... nie wytrzymam tyle jeździć bez rękawic! Nienawidzę jeździć bez rękawic. Dawno tak nie zrypałem sprawy. Grrr... Po prostu gwiazda, z którą każdy chciałbym przeprowadzić wywiad:
- Jak Panu idzie zbieranie lampionów?
Próbuję rozwiązania awaryjnego: włożenia jednej lewej rękawicy na prawą rękę, ale w odwrotnym ułożeniu. Nie jest to bardzo wygodne, ale da się. Da się dzięki temu, że jedna z par która dostarczyła lewą rękawice, jest już mocno styrana rajdami i rozciągnięta. Przez cały rajd będę wyglądał jak jakiś hipster... anty-mainstremowy vloger modowy, influencer garderoby... Jak jakiś zbuntowany nastolatek, który uparł się manifestować swą oryginalność światu... dramat. Jak mnie ktoś zapyta na trasie "to jedna para rękawic? Bo tak trochę dziwnie to wygląda", będę myślał "obedrę Cię ze skóry, oprawię, ugotuję i pożrę!", ale będę odpowiadał "tak, to specjalny wojskowy model. Przeciwnik myśli że jest nas dwóch, bo widzi dwie różne ręce".
No i zadumają się wtedy nad wysokością mojego poziomu PRO...
Zdjęcie zrobione już za dnia. Lewa normalnie, prawa na odwrót...

Większość punktów kontrolnych jest jakby robione specjalnie pod nas czyli punkty z charakterem pokazujące najciekawsze miejsca w (szeeeeeroko rozumianej) okolicy. Jesteśmy po prostu zachwyceni krajobrazowo-turystycznym profilem trasy. Powiem Wam, że nie spodziewaliśmy się, tak dobrej trasy. To oczywiście zasługa również samych terenów tutaj, po prostu mają potencjał i został on dobrze wykorzystany! Zarzuty jakie się pojawiały do trasy to przede wszystkim niedokładności na mapie (mówię o kwestii lokalizacji punktów. To sprawa dyskusyjna bo my mamy w zasadzie zastrzeżenie do lokalizacji tylko 1 punktu oraz dwóch czy trzech opisów, natomiast inne zespoły wskazują takich "punktowych ale" sporo więcej... Ciekawe jest także to, że mamy bardzo różny odbiór samej trasy. Dla nas pod kątem turystyczno-krajoznawczym trasa była "w pyteczkę" czyli rewelacyjna, natomiast sam na trasie słyszałem inne opinie. Pozdrawiamy serdecznie ekipę "dałbym Mu w ryj za ten punkt"! No ale to też kwestia czego oczekujecie od rajdów.
Miś Dożynek... w młodości był niezłym rozpruwaczem

HALT! PAPIEREN BITTE!

OK z tą przejezdnością lasów... to są pewne drobne wyjątki na które oczywiście natrafiamy, jednakże statystycznie ciśniemy przez ciemność nie niepokojeni większymi trudnościami terenowymi. Miejsca o których mówię, to przede wszystkim brak 3 kolejnych przejazdów przez tory, które na mapie aż kusiły aby z nich skorzystać oraz poszukiwanie jeziora, którego na mapie nie ma wcale.
LIGHTNING BOLT
Spell level: 5
Damage: 15-25
Mana: 20

Na czworakach po lampion - rewelacyjny pomysł na punkt. Mega przepust!

Powrót po podbiciu karty :)

Gdzieś w nocnym lesie i nocnej kukurydzy

Ruiny starej chaty - takie punkty kontrolne lubimy!

No ładnie mu tu, ładnie acz z ambonami różnie to bywa, bo nierzadko myśliwi mają o to wielkie "ale"

"No tak średnio bym powiedziałbym, tak średnio" czyli pechowa 13-sta
Róg polany, tak? Skraj młodnika, granica kultur to może i owszem, ale róg polany? Jaki polany? Co Wy bierzecie, że widzieliście tu polanę? Ja też to chcę! Mój oficjalny komentarz do opisu tego punktu to tytuł tego rozdziału i znajdziecie go tutaj: Róg polany? No tak...

Leśne przeloty :)

"W stronę słońca"

"Śniadanie na trawie"... czyli jesteśmy na Szpicy (ale bynajmniej nie rajdu)!
Idziemy w klasykę i robimy "śniadanie na trawie" :P
No dobra, nie na trawie ale na Szpicy bowiem naszym celem jest wzniesienie Szpica Zakrzowska. Tam po złapaniu lampionu rozkładamy się ze śniadaniem. Można schować lampki bo dzień już w pełni wstał. Jestem już za stary na żywienie się tylko żelami energetycznymi. Jedziemy 26 godzinny rajd z planowaną trasą na około 150 km, więc wyżywienie to podstawa. Bułeczki, kabanosy, jajeczka na twardo, sałatka... na bogato. Szkodnik naprawdę nie może uwierzyć, że wiozę w plecaku sałatkę i ugotowane jajka, ale kiedy zaczynam się rozkładać na leśnym stoliczku z poranną ucztą to zaczyna łapczywie zerkać na moją sałatkę. Wiedziałem! Zawsze tak jest.

Ciekawe czy siedzi tam coś rogatego? Może warto by profilaktycznie wrzucić tam ze 3 granaty?

Ładnie tu :)

"Wciąż o Ikarach głoszą - choć doleciał Dedal..."
Tytuł tego akapitu to oczywiście szkolny klasyk. Ktoś to jeszcze z Was pamięta?
Jeden z następnych punktów ma opis "IKAR". Takie opis to ja lubię - od razu wiadomo, że będzie to coś nietypowego. I tak rzeczywiście jest. To wapiennik przyozdobiony postacią Ikara. Robi naprawdę duże wrażenie, bo tego typu rzeźby na wapiennikach to naprawdę rzadkość. Kopary nam jednak opadają, gdy w miejscowości "no dole" przeczytamy historię tego wapiennika.
Specjalnie dla Was zdjęcie tablicy opisującej tenże wapiennik. Tablica znajduje się przy miniaturze konstrukcji, która została zbudowana w środku wsi.
Wapiennik IKAR

Miniatura Wapiennika

Historia:

Nareszcie zaliczałem Ankę... a mimo to nadal pozostaję Świętą :)
No i nie zawiedziemy się: piękne lasy, pomniki, sam klasztor i skalny amfiteatr!
Na samej Górze jest odcinek specjalny rajdu tzw. BnO po jarach i wąwozach.
Skalny amfiteatr

To był dopiero początek schodów...

Amfiteatr - miejsce dla publiczności :)

Brama do Sanktuarium

Mistrz Skywalker i Lord Sleepmonster
Na jednym z punktów nazwanym "okienko" - to ta runa ze zdjęcia poniżej, na którą trzeba było się wspiąć, dopada nas Sleepmonster.
Nieprzespana noc daje o sobie znać... czyli znowu się nie udało. Jeśli porządnie się wyśpimy w tygodniu to trzasnąć całą nockę bez snu, to nie jest większy problem... Tak... raz nam się to udało, stąd wiem. Standardowo w tygodniu spaliśmy po 5-6 godzina zamiast 8-9, więc po zarwanej nocy Sleepmonster włącza tryb: ATAK.
Oczy mi się zamykają... co za dramat. Cóż Francis Bacon niegdyś rzekł, że "jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest jej ulegnięcie".
Okienko to ustronne miejsce, więc... padam ryjem w trawę. Zasypiam niemal od razu, jak menel po dobrej libacji. 15 min aby oszukać organizm... to zawsze działa!
Słoneczko nas delikatnie opieka, a my leżymy w głębokiej trawie z rowerami. Krajobraz jak po bitwie: ruina i dwa trupy.
Po 15 minutach wstajemy jak nowo narodzeni. Do kolejnej nocy Sleepmonster da nam spokój. Po 21:00 Szkodniczka zacznie znowu mulić, ja tym razem się jakoś obronię i już do końca
rajdu będę miał spokój od tego pacan (Sleepmonstera, nie Szkodnika... )
Ale extra droga!

Aha...

Szkodnik na zielonej trawce :)

Unikalne zdjęcie Szkodnika i Mistrza Skywalker'a :)


Grupa Awanturników i Poszukiwaczy Przygód gna jakby ścigał Ich... Duch i Mrok :)
Wiecie jak to jest dyskutować z głupim: najpierw sprowadzi Cię do swojego poziomu, a potem ZMIAŻDŻY DOŚWIADCZENIEM!
Skoro goście i tak złośliwie taki lampion zabiorą... to czasem lepiej po prostu wybrać inne miejsce.
Mostek nawiedziła już wcześniej jednak amba fatima... było i ni ma. Amba to takie zwierze, że co zobaczy to zabierze. No i zabrała lampion.
Jest dobrze, jest grubo. 35 km/h gdy pod kołami jest bardzo twardo, 27 km/h jak jest tylko twardo. Ciężko, ale trzymamy się! Chyba się nie spodziewali, że się utrzymamy i udokumentujemy to zdjęciami. No cóż, zaatakowaliśmy Znienacka, Znienacko bronił się jak Umiał, a Umiał... no, to był nie lada zawodnik. Umiał zawsze umiał pocisnąć, więc ciśniemy za Nimi jak Umiał :)
A tak serio, to takie tempo owszem utrzymamy... przez kilka kilometrów, a Oni przez najbliższe 200... taka tam drobna różnica.

"Stay on target!"

Ekipa poszukiwawczo-ratownicza czy to taka którą trzeba szukać i ratować?
Ratownik także nie do końca wie jak wrócić... mam ochotę żartem zapytać Go jaką rolę w swojej grupie pełni. Czy nie jest to np. rola ofiary, pozoranta którego trzeba szukać i uratować. Pasowałoby JAK ZNALAZŁ (sic!) do naszej sytuacji obecnie...
Próbuję jakoś określić w którym kierunku powinien iść, ale las wygląda po prostu identycznie w każdym kierunku. Kolega zaleca w prawo, ale mi to bardzo, bardzo się nie zgadza. Raczej wolałbym kierować się wzdłuż strumienia z lekka tendencją w lewo, ale Kolega brzmi jakby był pewien tego prawego kierunku. Stwierdzam zatem, że skoro gość jest z ekipy poszukiwawczo-ratownicznej, to może jednak wie jak cofnąć się po śladach. Idę za Nim, choć ten kierunek "w prawo" bardzo, bardzo mnie niepokoi... idziemy dłuższą chwilę i w pewnym momencie Kolega oświadcza w rozmowie, że to Ich pierwszy rajd na orientację i ogólnie nie spodziewali się takiego stopnia trudność.
AHA !
To chyba byłoby tyle jeśli chodzi o stwierdzenie "może On jednak wie jak wrócić". Wygląda na to, że weszliśmy jeszcze głębiej w las i to chyba w złym kierunku. Pytanie czy umiem teraz wrócić do lampionu z powrotem... Kolega nadal przekonany o wyższości prawej strony nad lewą, zaleca nadal kierunek " w prawo". Patrzę gdzie On się kieruje, a tam ogrodzenie młodnika w oddali. Cudownie... obok tego to NA PEWNO NIE SZLIŚMY !! Nie ma co, coraz lepiej...
Szkoda by było gdyby po drugiej stronie jeziora była piękna droga...

Prawdziwe Źródło Lampionów

Co ma wisieć, nie utonie
Pamiętam też ostatnią moja przeprawę tego typu na zimowej Silesii Race (jeszcze nim zaczęła się epidemia) i sabotaż... nie, zamach na moje życie. Tym razem obsługa od razu mi mówi, że przy moich gabarytach (to nie jest tak, że jestem gruby - ja mam dużą gęstość...) i z takim plecakiem, to będę gryzł muł z dna nim nawet dobrze uprząż założę... Jako, że musimy tylko przejść na drugą stronę i podbić lampion, a potem wrócić, to Szkodnik postanawia wziąć to zadanie na siebie. Ja mam po prostu dołożyć brutalną siłę i ciągnąć linę, aby Mu pomóc (wciągnąć Go z powrotem). Tak też robimy i chwilę później kolejny lampion pada naszym łupem.


Przed nami etap kajakowy. Punkty są do podbicia z kajaka, więc rowerowo nie będziemy mieć łatwo, próbując dojechać je gdzieś z brzegu. Jest także po 18:00 więc niedługo zapadnie zmierzch, a potem nadejdzie (druga na rajdzie) noc. Chcielibyśmy zdążyć złapać te lampiony nim zapadnie ciemność. Uda się dwa z trzech. Najpierw musimy przedrzeć się na plażę na którą nie prowadzi żadna ścieżka, bo to taka trochę dzika plaża w zakolu rzeki, a potem czeka nas punkt... na który nie prowadzi żadna ścieżka. Ej to etap kajakowy, czego byście oczekiwali. Punkt jest na ujściu strumienia do rzeki... od strony lądu to łąki, łąki, łąki. Do trzeciego punktu nie zdążymy już dotrzeć przed zmrokiem. Zaczyna się druga noc, trzeba na nowo odpalić oświetlenie i wrzucić coś na nasze styrane grzbiety bo czuć, że idzie znany z poprzedniej nocy chłód.
Po 45 minutach czesania chaszczy i kukurydzy sfrustrowani ruszamy dalej.
Brakowało nam tego - sponiewierania się, upodlenia, srogiego batożenia...
Z bazy zbieramy się dość szybko aby złapać trochę snu. W niedzielę przed 9:00 chcemy wyruszyć na pierwsze zawody Pucharu 3 Broni 2020 we Wrocławiu.


Kategoria Rajd, SFA
IZERY, nasze ukochane IZERY
-
DST
70.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Skoro tachaliśmy się prawie 4 godziny na Dolny Śląsk na Jaszczura - Ciemną Stronę Gór, to grzechem byłoby tu nie zajrzeć :)
Same klasyki: "Stanisław" KWARC (czyli dawna kopalnia kwarcu), Wysoka Kopa, bezsamogłoskowy SMRK, Orle, "Samolot", Chatka Górzystów. Torfowiska!
A teraz jeszcze zrobili tam SINGLE!! Cudownie :)
Jak Gorce to mój drugi dom, to IZER naprawdę się lekają się i to bardzo, bo te skradły me serce już dawno temu.



















Kategoria SFA, Wycieczka






