Jaszczur - Zaginione Śluzy
-
DST
76.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Są takie rajdy, dla których jedzie
się 615 km od domu... są takie rajdy, które można tylko kochać
lub nienawidzić... są takie rajdy, z których Organizatorami
negocjuje się daty imprez, aby na pewno móc w nich uczestniczyć.
Jaszczur należy do każdej z w/w kategorii, więc kiedy Malo wrzuca
informacje o najbliższej edycji, już wiemy że majówkę spędzimy na Mazurach.
Jaszczur pogubił swe śluzy (hmm to trochę obleśne) i teraz lamentuje,
że nie wie gdzie są. Postanawiamy wysłać grupę operacyjną ze
Szkoły Fechtunku ARAMIS z misją ratunkowo-poszukiwawczą.
"Na Mazury, Mazury, Mazury, popływamy tą łajbą z tektury. Na Mazury gdzie wiatr zimny wieje , gdzie są ryby, grzyby i knieje" (*)
... o nie, na łajbach to ja umieram od słońca i z nudów. Pogniewają się na mnie teraz "jeziorni" żeglarze, ale film akcji w postaci: poruszenie koła sterowego o 2 stopnie po 5 godzinach dryfu - mnie po prostu zabija. A słońce? Ooo, to zupełnie inna bajka. Na nieskazitelnej tafli jeziora, nie ma gdzie się ukryć – i rozochocone słoneczko spopiela mnie na wiór...
Tak więc zrobimy to inaczej, sparafrazujemy piosenkę do postaci:
Na Mazury, Mazury, Mazury – rozruszamy te nasze Dartmoor'y, na Mazury gdzie wiatr mocny wieje, gdzie się puszcze i lasy i knieje. Od razu lepiej. Niemniej nie zmienia to faktu, że czeka nas bardzo długa podróż. Jakby ktoś nie ogarniał, to Dartmoor 'y to rowery, na których jeździmy. Musimy dotrzeć niemal na granicę z Okręgiem Kalinigradzkim - do Srokowa... Pakujemy zatem: odtrutki na trucizny (Fenistil), koncentraty jedzenia (żele, fruciaki), noktowizory (czołówki)...i około 18:00 ruszamy przez noc na drugi koniec Polski. Udaje nam się dotrzeć w okolice Srokowa parę minut po 3-ciej w nocy. Łapiemy ze 3 godziny snu i rano, po szybkim śniadaniu wyruszamy do bazy rajdu już na rowerach.

"Przejdą wieki i lata przeminą, pozostaną ślady dawnych dni..." (*)
Tych śladów będzie dziś bardzo, bardzo wiele.
Poeta pisał, że "gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom" (*)
Ech gdyby to było takie proste – częściej gdy wieje wiatr historii, zgina i łamie wszystkie drzewa, jakie napotka na swojej drodze. Nie chciałbym aby relacja z imprezy zamieniła się w wykład historyczny, więc powiem tylko tyle, że dzisiejszy Jaszczur odkryje przed nami wiele tajemnic dawnych Prus Wschodnich i naszej niełatwej, wspólnej historii...
Zaraz pod krótkiej odprawie, dostajemy mapy, a tam oprócz klasycznych zagadek nawigacyjnych takich jak lidary i fragmenty hipsometryczne, dostajemy również fragmenty bardzo starych map niemieckich, na których zaznaczone są dawne wsie i osady Prus Wschodnich. Skąd Malo dorwał takie rzeczy?
Masakra, bo są to wycinki mapy z całymi nazwami miejscowości, rozkładem jej zabudowy i dróg... niesamowite. Nie będą one jednak łatwe do znalezienia, ponieważ już nie istnieją – czasami nie ma po nich nawet ruin, bo krowy zjadły (powstały tutaj ogromne pastwiska). Gdzieś z układu drzew, jeśli się wie, co tu było, można zidentyfikować np. stare założenie parkowe i przebieg dawnych ścieżek spacerowych...
Już wiemy, że krzaki staną się dzisiaj naszym dobrym przyjacielem, bo wiele tych miejsc – na chwilę obecną – ma pozostać zapomnianych. Nikt o nie nie dba, nikt ich nie oznaczył... przechodząc obok małego zagajnika, nigdy nie pomyślelibyście, że niecałe 100 lat temu była tutaj wioska z wielkim folwarkiem. To kawał trudnej i bolesnej historii, do której chyba żaden z narodów jeszcze nie dorósł (aby o nie rozmawiać, aby o nią zadbać). Map dla Was poniżej:

Na dopasowaniu lidarów i map historycznych schodzi nam niemal godzina i dopiero tuż przed 11:00 wyruszamy na trasę. Dopasowanie zrobiliśmy najlepiej jak umieliśmy, ale nie mamy żadnej pewności, że zrobiliśmy to dobrze. Będzie to trzeba zweryfikować w terenie. Na początek jako pierwszy punkt kontrolny idzie wieża Bismarca, urokliwa ruiny ukryta w zagajniku na obrzeżach Srokowa. Niby tu płasko, a Szkodnik po wieżę dyma całkiem konkretnie :)


LPG, LSD? A możę po prostu grzyby :)
Nie LPG, nie LSD ale LDP (grzyby też będą, ale to za chwilę). LDP to Linia Dobrowolnego Przejścia – co ciekawe, zawsze tego typu zadania nazywają się Liniami Obowiązkowego Przejścia albo Przejazdu.
Tym razem mamy linię dobrowolną, ale zadanie jest także o wiele trudniejsze, niż na innych rajdach. Wiemy tylko, że jest to obiekt liniowy (czołem automatycy!!!) o zadanym kształcie – kształt ten mamy podany: linia łamana, miejscami trochę sinusoidalna, ogólnie ciągła (pamiętamy prawda? Granica lewostrona = granica prawostrona = wartość w punkcie). Musimy jeszcze ten kształt odnaleźć w terenie. Wchodzimy głęboko w krzaki i rozglądamy się o co może chodzić. Znajdujemy wielki, ciągnący się rów – jak okop. Sprawdzamy kształt rowu z linią na mapie – zgadza się. To to!! Odnaleźliśmy nasz obiekt liniowy. Mają być na nim 3 lampiony – nie jest podane, w których dokładnie miejscach. Idziemy zatem wzdłuż – jest pierwszy!! O! Jest i drugi. Zbieramy je, a tu nagle jest i trzeci. Ha! Sukces !!!
...ale jak to czwarty ? Co tam czwarty, jest i piąty...
NIEEEE... stowarzysze. Malo... Malo! Ten pacan! Rozwiesił tu stowarzysze. Patrzymy na mapę i porównujemy z terenem, teraz już bardzo dokładnie. Pierwszy punkt jaki zebraliśmy to stowarzysz... grrr, aśmy się nacięli. Punkty 2, 3 i 4 są właściwe, punkt 5-ty to też stowarszysz.
Poprawiamy wpis w kartę, ale -10 punktów kary za poprawkę będzie.
Mówiąc o "minus" – chwilę później natykamy się na dziwne równanie:

Hmmm no jeśli to policzyć to dostaniemy -1 pieczarkę. O co chodzi?
Czemu mamy ujemne pieczarki? To mnie przerasta... Mogę chodzić po krzakach, ale mam szukać ujemnych grzybów? Co to są tak naprawdę grzyby ujemne?
Basia mówi, że to nie działanie matematyczne, tylko oznaczenie osiedla i numery domów.
No to pytam: "a jak ktoś mieszka w mrocznej pieczarze, to wtedy będzie też miał -1"
"Chyba w zimie" – słyszę w odpowiedzi i nie już pytam o nic więcej.
Ciśniemy wskazaną ścieżką, ale widzę tylko dwa domy pośrodku niczego. Żadnej pieczarki nie znalazłem. Nawet kruca-fux dodatniej...
Malo w bazie powie, że zastanawiał się czy nie dać tutaj zadania i nie kazać policzyć liczby pieczarek. HA! Czyli to jednak było to równanie, a nie numery domów! Wiedziałem – będzie mi Szkodnik wmawiał, że tak się osiedla oznakowuje. U nas spółdzielnia jakoś nie może sobie z tym poradzić 10 rok, więc to chyba musi być jednak trudne :)
W lasach pochowanych jest wiele tajemnic
Nazwisko Heinricha... taki jest opis kolejnego punktu. Szukamy zatem pomnika lub grobowca. Odmierzamy się od ścieżki, którą przyjechaliśmy i podchodzimy w miejsce, gdzie obiekt ten powinien się znajdować. Nic tu jednak nie ma. Tylko krzory i gęstwina. Zaczynamy przeszukiwać najbliższe okolice, ale nadal nic nie znajdujemy. Sprawdzamy mapę – no damy sobie głowę obciąć, że jesteśmy w dobrym miejscu.
- Głowę obciąć?
Znad mapy wyrywa nas głos z lasu. Podnosimy wzrok i widzimy... no właśnie, kogo... Pan nie wygląda... nazwijmy to... najkorzystniej. Dobra powiem szczerze, wygląda jakby właśnie pochował jedną ze swych ofiar, a my przypadkiem nakryliśmy go na tym niecnym procederze.
- Nie spodziewałem się tutaj gości. Czego szukacie w *MOIM" lesie?
Akcent na słowo "moim" prawie mnie przewrócił - był tak wyczuwalny. Próbujemy jednak nawiązać dialog:
My: Szukamy grobu...
Pan: Śmierci szukacie.
My: Wolałbym jednak określenie grobu.
Pan: W tych lasach pochowanych jest wiele tajemnic. Rozumiecie, co mam na myśli
My: Rozumiemy i chyba aż zbyt dobrze...
Pan: Zaprowadzę Was
Przybysz ręką odgarnia największe krzaki, a tam dość spory, zaniedbany cmentarz.
Nawigacyjnie byliśmy idealnie, niemal staliśmy na tych grobach, ale ich nie widzieliśmy, tak zarosły.
Idziemy za naszym przewodnikiem, nie spuszczając z Niego jednak wzroku ani na moment. Jest i grób Heinrich'a.
Spisujemy nazwisko z kamiennego nagrobka... a Pan nam się dziwnie przygląda. Przygląda i uśmiecha... nie widzieliście Go, ale uwierzcie... to nie jest osoba, którą chcielibyście spotkać w środku lasu, gdzieś na odludziu...
- Pomogłem, prawda? Gdyby nie ja, to byście nie znaleźli.
Zawiesza głos, a ja już uszami wyobrazi słysz: "Dostanę nagrodę? "
Czekam już tylko na błysk ostrza w słońcu i tekstu postaci "sam sobie ją wytnę"
Mamy punkt, pora na ewakuację. Grzecznie dziękujemy i żegnamy się.
Pan: Już uciekacie? Tych grobów jest więcej. Chodźcie ze mną głębiej w las. Pokażę Wam mój ulubiony...
My: Nie, nie... dziękujemy. Musimy, musimy... (myśl, myśl jeśli chcesz żyć!!!!)
Nagle Pan robi krok w naszą stronę
My: Musimy, musimy... SPIER*LAĆ !!!
Ciśniemy jak wściekli. Jest pod górę ale nasze tempo jest niesamowite (Pan kroczy naszym śladem, coś krzycząc).
Gdyby tak cisnął na każdym rajdzie to Jarek, Zbyszek czy Krzysiek oglądali by tylko mój tyłek.
W sumie pewnie teraz też oglądają – w końcu jest na co popatrzeć, nie?
Skoro przesłania pół horyzontu...

Nietypowy szlak rowerowy czyli impreza no security
Jaszczur jest dla ludzi, którzy chcą wejść na drzewo – tak kiedyś powiedział Malo. A czy zamiast drzewa może być śluza? W końcu takowych szukamy. Aby do niej dotrzeć musimy trzymać się... szlaku rowerowego. Jest on nietypowy... trochę specyficzny. Bo wygląda tak:


Jeśli szukacie ścieżki, którą biegnie to próżny trud. W sumie jej nie ma... miejscami gdzieś coś mignie. Aha, i są pionowe ściany. Niemniej rowerek na drzewie jest :)
Mam wrażenie jakby ten szlak wytyczali pod nas: pchanie przez chaszcze i noszenie przez wiatrołomy. Typowy szlak rowerowy. Przedzieramy się się do śluzy i teraz trzeba na nią jeszcze wleźć po drabinie. Nie ma tu żadnych asekuracji, jest drabina i kilka metrów wysokości. Włazimy z własnej woli... spadniemy z woli grawitacji :)
Oto jedna z wielu odnalezionych Jaszczurowych śluz:



"From Russia with love"
Mamy już kilka punkt złapanych, ale jest koło 16:30. Mówię do Basi, że musimy zmienić plan. Musimy pojechać nieoptymalnie, tzn. minąć kilka w miarę nieodległych punktów, bo strasznie długo schodzi z ich szukaniem. Dlaczego musimy tak zrobić? Granica...
Nie chcemy być na granicy po zmroku, bo to grozi problemami. Mówię tutaj o przypadkowym przekroczeniu granic z Rosją. Niby pilnie strzeżona, a mieliśmy akcję parę lat temu w Puszczy Romnickiej, że lecimy sobie ścieżką, pięknym szutrem i zatrzymujemy się na mygłach (jak ktoś nie wie: składowisko ściętych/pociętych drzew), a na nich leży pogięta tablica GRANICA PAŃSTWA. Gdybyśmy nie zwrócili uwagi na leżącą przy ziemi tablicy - bynajmniej nie widoczną jakoś wybitnie - to byśmy sobie wjechali w Okręg Kaliningradzki, jak gdyby nigdy nic.
Nie chcemy zatem szwędać się w takim miejscu po zmroku. Modyfikujemy nasz plan i ruszamy prosto nad granicę, aby dotrzeć tam za dnia. Jeden z punktów leży właściwie na samej granicy!!
Będziemy musieli potem wrócić po punkty, które teraz mijamy, ale to się trochę zrobiła kwestia bezpieczeństwa i przycisnęła nas konieczność. Na poniższym zdjęciu linia drzew, to już Federacja Rosyjska. Mamy trochę schiza podchodzić tak blisko i na dziko, ale jakoś się udaje :)


Biały Kieł
Udaje nam się bezpiecznie ewakuować z granicy. Uff... obyło się bez przygód, co bardzo mnie cieszy, bo bawienie się w ganianego ze strażą graniczną nie uznałbym za dobrą zabawę.
Wjeżdżamy na asfalt i kierujemy się w stronę jednego z "wycinków" czyli obszarów, w które musieliśmy wpasować w mapę – jest to stare założenie parkowe nieistniejącej już osady. Nie ma śladu po dawnym parku – no może gdzieś tam gdzie były alejki, rośnie obecnie trochę mniej drzew niż w innych miejscach. Teren jest dość spory i znaleźć tutaj lampion nie będzie prosto. Nagle!!!... z bramy po drugiej stronie ulicy wybiega duży biały pies. Zauważył nas i pędzi w naszym kierunku. Oho... znowu zadyma. Mieliśmy już zadymy z psami pasterskimi, lokalnymi burkami, psami myśliwskimi... teraz będzie z wielkim, naprawdę wielkim Białym Kłem (niektóre psy nienawidzą rowerów i zawsze są wtedy problemy...).
Podbiega do nas, ale nie wykazuje złych zamiarów. Po chwili wbiega w zagajnik (ten stary, zarośnięty park) i znowu podbiega do nas. I znowu... w zagajnik i do nas. Kurde jak w filmach, jakby chciał nas zaprowadzić. Pies biega jak szalony, ale zatrzymuje się na granicy lasu i patrzy na nas. Znowu wraca do nas i znowu do granicy lasu. Patrzymy na siebie "no bez jaj" – takie rzeczy to się nie dzieją naprawdę...
Basia patrzy na kompas i mówi: "to by się nawet zgadzało",
No dobra, to chodźmy i tak musimy spróbować odnaleźć ten lampion. Wchodzimy w zagajnik, a pies przed nami odbija w prawo – patrzę na Basię, a Ona kiwa głową, że tak. Przechodzimy rzeczkę, a pies nadal kursuje to w przód, to do nas... druga rzeczka, trochę krzaków, a Biały Kieł biega dookoła drzewa, na którym wisi lampion. No to są jaja... ciekawe ile osób nam w to uwierzy, ale na dowód poniżej zdjęcie – miał ADHD, więc ciężko było go uchwycić w kadrze.

Spisuję kod z lampionu i... psa nie ma. Rozpłynął się w powietrzu... zniknął tak szybko, jak się pojawił. Pytam Basi czy widziała gdzie pobiegł, Ona mi mówi, że nie bo się skupiła na lampionie. Heh... gdyby nie to zdjęcie, to sam miałbym problem uwierzyć w to co się właśnie wydarzyło.
Wracamy do drogi po własnych śladach. Nagle z bramy, z której wybiegł Biały Kieł wyjeżdża jeep. Gość za kierownicą rozgląda się jak dziki, babka na siedzeniu pasażera także. Nagle coś dojrzała i wskazuje palcem. Patrzę w stronę, którą wskazał – gdzieś daleko na drodze hasa znana nam bestia. Ruszają z piskiem opon w jego kierunku... i tak cała magiczna atmosfera pęka jak bajka mydlana.
Zaczyna się pościg za uciekinierem, który zbiegł z posesji pohasać po lesie :)
"Posłuchaj rzek Demon, położywszy mi rękę na głowie. Kraina, o której mówię to posępna kraina... a napis głosił: OPUSZCZENIE" (*)
Gdy zapada zmrok, świat wygląda inaczej. A może po prostu nie wygląda, bo go nie widać. Tak czy siak, gdy na rajdzie zapada noc, a nadal jesteście w trasie (po całym dniu napierania), to zaczynają nachodzić człowieka różne refleksje – przynajmniej mnie.
I nie mówię tutaj o refleksjach postaci: "zostawiłem żelazko na gazie" czy "zimny krupnikiem się nie ogolisz", ale o takich refleksjach głębokich (jak np. rosyjscy naukowcy oszacowali, że gdyby zamknąć całą wodę naszej planety w próbówce, to miałby ona wysokość, że o k***a, ja pier**** )
Innymi słowy dopada mnie melancholia i... smutek? Mam wrażenie, że tereny pod których się poruszamy, czasy swojej świetności mają już za sobą. To trochę przykre... Ja wiem, że to były Prusy Wschodnie, że historia itp, ale... no właśnie, to "ale". Nierzadko, na różnych terenach natykamy się na jakieś ruiny, opuszczone miejsca, zapomniane obiekty... ale tutaj, są ich tysiące. Mam wrażenie, że te tereny to taki Beskid Niski 2. Największe wrażenie robią całe opuszczone posiadłości: kilka budynków, trakty między nimi... i wszytko to leży odłogiem. Ludzie żyją sobie od tych ruin czasem niecałe 20 metrów dalej. Tylko tak naprawdę jedna rzecz robi uderzające wrażenie – nie chcę oczywiście uogólniać, ale ludzie żyją tu biednie, jakby na gruzach czasów świetności. To strasznie kłuje w oczy... Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dziś żyje się tu ciężej niż te 100-150 lat temu. Zdjęcia jeszcze za dnia:



Mazurskie wtopy 2018
Nie, to nie edycja bliźniaczej imprezy do "Mazurskie Tropy"... to nasza nawigacja. Zaczynamy popełniać błędy grube... Owszem jest już noc, jesteśmy zmęczeni po zarwanej nocy w podróży i po ponad 12h rajdu, nasza mapa jest bardzo – nazwijmy to – poglądowa, ale mimo wszystko...
Co ciekawe, z trudnymi wycinkami hipsometrycznymi (mapa wysokościowa) to nawet sobie poradziliśmy, ale teraz po nocy, pokonał nas jeden z wycinków historycznych. Niby dość prosta sprawa – należało odnaleźć skrzyżowanie dróg, a potem skręcić w lewo.
Schodzi nam tutaj prawie 50 minut na bezsensownym przetrząsywaniu lasu. Nakryjemy 10 saren na nocnej kradzieży, dóbr polnych, znajdziemy ślady jakiegoś mega wielkiego stada krów (placków więcej niż gdy w restauracji zamówię potrójną porcję...), ale ruin starej wsi nigdzie nie będzie. Gdy stracimy tu prawie godzinę zorientujemy się, że szukamy za blisko – należy przejechać jeszcze 150 metrów i szukać w innym zagajniku. Wtedy punkt wejdzie nam pięknie, ale ponad godzina w plecy to jest wyczyn... a poniżej kilka zdjęć z nocy, w tym z jednego z leśnych punktów, gdzie Szkodnik po drzewku się po lampion przeprawiał: tam i z powrotem :)



Kroczący w ciemnościach ujrzeli światło...
a było to światło wprost z latarki straży granicznej, która nas zatrzymała na obrzeżach Srokowa.
Dobrze, że nie finiszowaliśmy w znanym nam stylu, bo wtedy by nas nie zatrzymali. Co jak co, ale są pewne priorytety :)
Tym razem grzecznie zatrzymaliśmy się do kontroli i wywiązuje się następująca rozmowa:
Straż: Z biegu?
My: Jak zbiegu? Nie jesteśmy zbiegami!
Straż: No, ale czy z imprezy?
My: Nie. Trzeźwi. To znaczy - wróć: nie nietrzeźwi, no, nie pijani
Straż: Ja się pytam czy tego rajdu na orientacje?
My: Tak, tak. Tylko my na rowerach. Wracamy właśnie do bazy
Straż: A na granicy byliście?
(hmm... czy to pytanie-pułapka. Można by zyskać na czasie...)
My: Ale granicy w rozumieniu Cauche'ego czy..?
Straż: Tej z Rosją.
My: Aaa... tej granicy. No, gdzieś tam kiedyś...
Straż: Bo jeden z waszych punktów był na drzewie przy samej granicy. Tak jeszcze góra 2 metry było do tablicy "Granicy Państwa", a tu lampion wisi.
My: Czyli znaleźli Panowie lampion na drzewie. Wasz pierwszy punkt? Prawda, że wciąga? Łapiecie już o co chodzi w tej zabawie
Straż: Łapiemy tych co podeszli do niego NIEOPTYMALNYM wariantem... od strony Rosji.
No i taka gadka szmatka: czy przekroczyliśmy granicę, czy będziemy mieć wyrok w zawiasach, czy wdaliśmy się w wymianę ognia z mundurowymi z drugiej strony.
My, że nie było tak źle: że tylko na chwilę, aby zdjęcie zrobić (jak to zakaz?), że od razu wyrok – może się dogadamy, mamy pyszne jagody, może chcecie trochę, że obyło się bez wymiany ognia jako takiej, bo strzelaliśmy tylko my (wzięliśmy ich z zaskoczenia, książkowy przykład świetnie przeprowadzonego rozpoznania bojem) itp.
A tak serio – to oczywiście, że nie przekroczyliśmy granicy. I tak miałem schiza, że podchodzimy tak blisko tabliczek. To nie granica z Czechami czy Słowacją, ale granica z najbardziej zmilitaryzowanym obszarem w Europie – gdyby ktoś nie wiedział... nie chcę się tutaj wdawać w analizy strategiczne, ale niezamarzający port z wyjściem na ocean dla floty, to jest bajer, nie? Zwłaszcza jak ktoś ma tylko zamarzające porty...
Konferujemy ze 20 minut, podczas których Straż opowiada nam, że zdarza Im się spotkać ludzi, którzy trochę nie czują powagi sytuacji. Ostatnio mieli np. akcję z niemieckimi studentami, którzy poszli sobie zrobić zdjęcia po stronie rosyjskiej. Parę dni trwało wyciąganie ich z aresztu, bo chciano Im postawić zarzuty szpiegostwa. Zarzut oczywiście absurdalny, ale wiecie: świadomość, że zarzut jest absurdalny kiedy spędza się 3-cią noc w areszcie, może nie pomagać w odbudowaniu morale... w sumie to wręcz przeciwnie. Z tego co mówili, nie było ciekawie.
Żegnamy się, życzymy spokojnej służby i zjeżdżamy na bazę. Jest koło 0:30 kiedy docieramy i oddajemy karty. Część zawodników już śpi, odpoczywa po ciężkiej trasie, ale jest Malo i kilku nocnych marków, więc wdajemy się ciekawe rozmowy prawie do 3:00 nad ranem.
Malo opowiada, że wpadła Mu tutaj dwójka ze Straży, jak się ludzie zaczęli szwędać przy granicy :)
Wyszedł – chyba niezamierzenie – dobry i zły policjant, bo jeden ze strażników zachwycał się mapami, a drugi klął na czym świat stoi, że ludzi się łażą tuż przy tablicach.
Jak mówiłem Jaszczura można pokochać lub znienawidzić – innej opcji nie ma :)
Wracamy do miejsca zamieszkania znowu po 3:00 w nocy.
Trochę szkoda nam, że nie damy rady zwlec się z łóżka na oficjalne zakończenie imprezy w niedzielę o 8:00 rano, ale jesteśmy wykończeni zarwanymi dwoma (niemal w całości nocami), a poza tym w niedzielę jak trochę odeśpimy ruszamy w Puszczę Borecką... skoro już tutaj jesteśmy :)


CYTATY:
1. Piosenka "Na Mazury"
2. Pieśń wojskowa "Czerwone maki na Monte Cassino"
3. Konstanty Ildefons Gałczyński "Ballada o trzęsących się portkach"
4. Tytuł jednej z części filmu o przygodach Agenta Jej Królewskiej Mości James'a Bonda
5. Edgar Allan Poe, wiersz "Milczenie" - jedno z wielu tłumaczeń
Kategoria Rajd, SFA
IROKEZ Mielec 2018
-
DST
106.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
W bazie Compass jak zawsze rozdaje mapy - owszem może nie te najbardziej aktualne z obecnej serii wydawniczej, ale wiecie "nienajnowsze, ale nadal obowiązujące" cytując klasyka. Obłowimy się zatem w mapy okolic Rzeszowa i... Kaszub.
Jeszcze chwila przywitań w bazie ze znanymi i lubianymi mordami. Niektórych, którzy nie dotarli na nasza imprezę w marcu, gdy przychodzą się przywitać zabijamy tekstem "A witaj witaj. Znamy się, ale chyba nie kojarzę... przypomnij mi proszę jaki miałeś numer startowy na Wiosennym Czarny KoRNO" - miny bezcenne :D :D :D
Acz to oczywiście żartem, sami nie dajemy rady pojawić się u każdego na imprezie, więc może się na nas nie obrażą te drobne złośliwości. Chwilę później zaczyna się odprawa.

Niby indukcja i moc, ale w powietrzu to czuję tylko... NAPIĘCIE (?)
Z zamyślenia wyrywa mnie nikt inny jak Szkodnik.
Szkodnik: Północ czy południe?
Wykreślamy nasz wariant, z dużą ilością punktów na północy i powrót do bazy przez północną część mapy południowej (tak aby coś z południowej także pochytać).
Ha ha ha... dobry początek. Korekta na azymut i od razu ciśniemy przez gęstwinę. Sobota jak co tydzień :)
"Spaleni słońcem" czyli wiosny nie będzie (*)
Coś się stało z porami roku. Miesiąc temu na Wiosennym Czarny KORNO mieliśmy minus 12 stopni w quasi-peak'u (wiem, wiem hermetyczne, ale musiałem, naprawdę musiałem - EMC Directive bandits: Przytłumieni jak ferryt na kablu ha ha ha...). No wiec, mieliśmy -12 stopni na termoparze... eeee... termometrze, a teraz gdy toniemy w piachach lasów mieleckich, licznik rowerowy pokazał 30 stopni w słońcu.

Ja się pytam gdzie jest wiosna, bo wydaje mi się że przeszliśmy z zimy w lato. Mówiłem Wam już kiedyś, że moja grupa krwi to Nutella więc takie słońce sprawia, że umieram. Masakra. Miesiące temu spotkaliśmy wesołe bałwanki:
a dziś mamy nowy globalny romans: 
Nigdy nie byłem orłem z geografii, ale pamiętam, że "pogoda to chwilowy stan klimatu na danym obszarze". Na klimat nie ma co jednak narzekać, imprezę robi ekipa od map, więc nawigacja będzie wymagająca. Jak to na Irokezach, nie do każdego punktu będzie dojazd: 300-400 metrów przedzierania się przez krzaki też się zdarzy. Zaczynamy realizację naszego planu na dzisiaj: złapać zagęszczenie punktów w lasach niedaleko bazy (małe wartości przeliczeniowe, ale liczba punktów duża), a potem uderzyć na północ po 80-tki i 90-tki.
Książę Mielca(?): Piaski Czasu (*)
Czemu czasu?Bo zabierają nam sporo czasu.
Czasem jest ich tak dużo, że nie da się jechać. Trzeba pchać i to nierzadko dłuższy odcinek.




Na otwartych przestrzeniach, gdy na takim piaseczku oprze się słoneczko, to idzie umrzeć z gorąca. Niemniej kiedy cień lasu daje nam schronienie, to w zagęszczeniu punkty wchodzą co 15-20 minut. Wody z plecaka ubywa w niepokojąco szybkim tempie, mimo że nasze wielkie plecaki to kilka litrów zapasów (tylko ja, wraz z bidonem przy ramie miałem ze sobą od startu: 4,5 litra - a trzeba by jeszcze doliczyć zapas w plecaku Basi). Dzięki temu nie dotknie nas kryzys i nie będziemy musieli zjeżdżać z trasy do jakieś miejscowości. Owszem skończymy u wodopoju (sklep) celem uzupełnienia strat, ale będzie to popołudniem i po drodze.
W niektórych miejscach trasy przedzieramy się również przez różne kanały i rzeczki. Niektóre trzeba przechodzić na dziko, ale inne mają dla nas komfortowe mostki zrobione z drabiny :



Północne rubieże mapy
Trzymamy się planu. Zebraliśmy sporo "mniejszych" punktów w - szeroko rozumianych - okolicach bazy i teraz wyruszamy na północ, po nasze najdroższe punkty. Przed nami 80-tki i nawet 90-tka, gdzieś na końcu mapy. Piach nie odpuszcza i niektóre drogi to makabra. Są jednak i piękne trakty, po których lecimy nawet koło 30km/h. Mijamy się parę razy z ekipą z OrientAkcji, potem wpadamy na Grześka Liszkę, któremu pokazujemy, że nasze rowery nadal zdobią numery startowe z Liszkora. Powiedzieliśmy Mu, że tak nam się podobał rajd, że chcemy wozić te numery jako piękne wspomnienie... przecież nie powiemy Mu, że nie chciało nam się ich ściągać :)
Mijamy kilku piechurów - to naprawdę kawał drogi od bazy, więc jesteśmy pod wrażeniem, że zapuścili się aż tutaj. Jednak najdłuższa trasa piesza ma 24 godziny limitu, więc mogą sobie na to pozwolić. Tutaj chciałbym zapytać czemu nasza trasa nie ma 24 godzin limitu? Albo chociaż 16-stu... Ech, no szkoda.
Docieramy w piękne zakole rzeki, ale aby się do niego dostać musimy porzucić nasze rowery w gęstwinie i cisnąć na azymut przez nieliche krzory i wiatrołomy. Jest gęsto i podmokło, ale docieramy w miejsce, które naprawdę robi na nas wrażenie. No ten punkt był warty swoich 80 punktów przeliczeniowych:



"RZEŹNIK DRZEW" czyli pogoń w ramach operacji "Pustynna burza" (*)
Mamy złapane północne 80-tki. Ciśniemy bardzo długim przelotem w kierunku 90-tki. Nagle piach... znowu mnóstwo piachu. Roman, z którym przez chwilę jechaliśmy, chyba nie zauważył zmiany nawierzchni bo znika gdzieś na horyzoncie. Gna jakby nic się nie zmieniło. Walczymy z piachem, idzie nam ciężko, a tu nagle ryk piły spalinowej i silnika. Odwracamy się, a za nami napiera Rzeźnik Drzew. Zauważył nas i zaczął nas ścigać. Przyspieszamy, kręcimy ile sił w nogach... czy zdołamy Mu uciec. Co chwilę rzucamy okiem przez ramię. Traktor miażdży piach swoimi grubymi koła... za kierownicą Rzeźnik Drzew. Piła łańcuchowa w jego ręku. Na twarzy maska z ludzkiej skóry. On istnieje i nas znalazł! Walczymy już nie o punkty, ale życie. Nie pozwolimy Mu się dorwać. Nasze koła ślizgają się na piasku, ale nie poddajemy się. Przecież jak nas dojdzie... jak nas dogoni...
...to będziemy jechać cały czas w potężnej chmurze piachu. Jazda za traktorem po piaszczystych drogach, to będzie droga do Pylicy Murowanej (taka miejscowość :P). Będzie jak pod El Alamein w 1942, będzie jak zadyma w Zatoce w ramach operacji "Pustynna Burza". Robimy zatem wszystko aby utrzymać się przed jadącym traktorem. Udaje nam się to i w okolice 90-tki docieramy w takim tempie, że udaje nam się dogonić Romana :)
Sama 90-tka to istny gąszcz. Tutaj zdjęcie: w drodze na

Czasami najlepsze wyjście to... wyjście na piwo.
Chwilę po nas na 90-tce melduje się Grzesiek Liszka, którego następnym celem jest... sklep. Upał dał się we znaki wszystkim. Grzesiek obiera kierunek na miejsce, gdzie dadzą Mu zimne piwo. My mamy jeszcze trochę zapasów (niecałe 1,5 litra), ale także z chęcią uzupełnimy braki. 1,5 litra w plecaku to na moim wskaźniku "obszar alarmowy", jeśli mamy jeszcze kilka godzin napierać. Jeszcze nie krytyczny, ale uzupełnienie zapasów korzystnie wpłynie na morale :)
Ciśniemy zatem za Nim. I tak sklep, który zaznaczony jest na mapie, jest nam po drodze. Po długim asfaltowym przelocie, oczywiście pod naprawdę mocny wiatr, meldujemy się wraz z Grześkiem u wodopoju. Siadamy chwilę na asfalcie i debatujemy nad wariantami.
Grzesiek, szczęśliwy bo dostał po co przyjechał, pyta o nasze plany. My chcemy łapać kolejne 70-tki i 60-tki na obrzeżach mapy, kierując się na południe. Niemniej już po chwili rozmowy przyznajemy Mu rację, że jego wariant może być lepszy. Mówi nam, że zupełnie niepotrzebnie pojechał na północ, bo gdyby zaatakował wschodnie zagęszczenie "mniejszych" punktów to w tym samym czasie, zdobyłby więcej punktów przeliczeniowych. Weryfikujemy zatem nasz plan. Odpuszczamy 70-tki, które są dość daleko od nas i zaatakujemy 40-tki i 50-tki w lasach na południe od bazy. Jest 14:45, zostało nam 3 godziny 15 minut. Rzeczywiście oddalanie się od bazy zaowocuje złapaniem dwóch, może 3 punktów i morderczym finiszem. Południowe zagęszczenie "tańszych" punktów jest warte o wiele więcej niż 2 lub nawet 3 razy 70. Z tak zmienionym wariantem żegnamy się i ruszamy, bo czas nagli. Nie wiemy czy nasza decyzja jest dobra, ale coś trzeba było wybrać. Argumenty naszego rozmówcy nas przekonały, teraz skonfrontujemy nasz wybór z rzeczywistością.
Tymczasem kolejne zdjęcia z trasy:


"Noc była piękna jak sen, a Śmierć...Śmierć była jeszcze piękniejsza"
Zaczynamy realizować nasz nowy plan. Oczywiście nie obędzie się bez problemów, bo sprzęt zgłasza, że "chciałbym serwis". Pytam zatem: "kiedy?", a rower na to: "no teraz".
No kurde wymyśliłeś!! Dobrze, że były to tylko drobne przeprawy z przerzutką, które udało się ogarnąć w 10-15 minut. Zawsze to jednak starta kilku minut, a czasu nie zostało nam już wiele. Mimo przeszkód, lecimy jednak jak od linijki, punkt za punktem wpada w naszą kartę. Nie są drogie bo to 30-tki, 40-tki, jakaś 50-tka, ale wpadają co 15-20 minut. Chyba było to dobra decyzja. Co więcej, nawigacja idzie nam dzisiaj bezbłędnie i mamy nadzieję, że tak zostanie już do końca. Czas ucieka, ale punktów na karcie przybywa w bardzo szybkim tempie: mrowisko, okop, szczyt wydmy, dąb itp.

Przedostatni punkt to "Kapliczka Stachury". Tabliczka na drzewie ma niemal romantyczny klimat (romantyczny w znaczeniu Mickiewicza). To ciekawe, że tak przedstawiona historia wydaje się niemal uspokajająca. Ciekawe czy ktokolwiek wie, czy naprawdę to tak to wyglądało? Czy ten człowiek rzeczywiście siadł po drzewem i odszedł we śnie, czy też może dostał np. zawału i konał w tym miejscu przez 6 godzin albo i dłużej, nim go ktoś znalazł. To niesamowite, jak mimo wszystkich naszych osiągnięć jako ludzkość, staramy się oswoić śmierć. Takie miejsce skłaniają do refleksji. Jak przypomnę sobie dziesiątki wspomnień wojennych jakie czytałem, to zawsze przewija się podobny motyw... ogień, wybuchy, pociski rozrywają ludzi na strzępy, ale rodzina zawsze zapyta "czy nie cierpiał przed śmiercią". Wolą usłyszeć, że ktoś odszedł nagle, ale w spokoju, niż dowiedzieć się prawdy, np. że zginął zmiażdżony gąsienicami czołgu. Zatapia się statki o wyporności XXX, a nie morduje marynarzy. Zestrzeliwuje się samoloty, a nie zabija pilotów. Niszczy dywizje i bataliony, a nie zabija ludzi w mundurach. Tak jest łatwiej - warto przeczytać tą niesamowitą książkę (analiza psychologiczna i socjologiczna).
Jesteśmy najpotężniejszą rasą na ziemi, zdolną niemal nawet do zniszczenia własnej planety, ale śmierć przeraża nas nie mniej, a może nawet bardziej niż wszystkie inne stworzenia tu mieszkające. Tak więc napis na tabliczce jest niemal błogi...


Mieleckie bagna mają... KOLCE
Ostatni punkt dzisiaj. Wisienka na torcie bo to 80-tka. Według na mapie jest ona na środku bagien. Wiecie jak kochamy bagna, moczary i mokradła. Tzn. ja kocham, Basia trochę jednak mniej :)
Zostało 35 minut, dajemy sobie góra 10 min na odnalezienie tego punktu. Trzeba przecież jeszcze do bazy dojechać, a to ponad 4 km.
Wchodzimy zatem w obszar podpisany na mapie jako podmokły, ale wszystko suche tutaj. No halo, gdzie są moje bagna... nie ma, oszukali mnie.
Nagle coś mnie HARAT po ręce i patrzę, że krwawię... odwracam się i HARAT, HARAT, HARAT. Auaaa...w co myśmy znowu wleźli? Tu wszystko ma kolce!! Wszystko się nas czepia. Masakra. Próbujemy przejść niepoharatani, ale słabo to idzie. Mijam jakieś różę, to wchodzę w ostrężyny, wymijam ostrężyny to wpadam w tarninę. Ej no co jest? Miało być tu mokro?
Będzie mokro jak utoczymy Ci krew z żył - odpowiada mi dorodny kolczasty przyjaciel.
Ja już jestem mokra, mogąc Cię kolcami haratać - odpowiada mi jego koleżanka.
No jest w tym jakaś logika... nie odzywam się już zatem, przedzieram się przez kolce w ciszy, jeszcze tylko przejście przez zbutwiałe drzewo przez rzekę... pewnie sporo osób dzisiaj tędy przeszło, więc czemu miałoby się załamać właśnie pode mną.
A słyszałeś coś o wytrzymałości zmęczeniowej i cyklach obciążenia? - pyta mnie zbutwiałe drzewo.
Jesteśmy na granicy cyklu, tak? - pytam
ychy ychy - chichocze.
Acha...
No, ale punkt zdobyty. Lecimy na bazę. Trzeba przycisnąć, ale nawet bez większego stresu wychodzi nam finisz. Wpadamy na metę na 4 minuty przed 18:00.
"I wszystko to jak krew w piach" (*)
Krew bo kolczaści nie zawiedli, a piach bo było go dziś pod dostatkiem. Poharatani i zmęczeni, ale szczęśliwi. Udało się przejechać cały rajd bez większego błędu nawigacyjnego. Nie mówię tutaj o wycofaniu się z jakieś ścieżki i starcie 2-3 minut, ale o takich wtopach co kosztują po pół godziny i dłużej, a które lubią nam się przytrafiać.
Tym razem poszło bezbłędnie z czego jesteśmy dumni, ale... co z tego, skoro klasyfikacja jest tylko OPEN :)
Z naszym wynikiem Basia miała by pierwsze miejsce w kategorii kobiet, ale takiej kategorii nie ma. Oj byłoby przykro, gdyby były to Mistrzostwa Polski w Roganingu, prawda? Dobrze, że nie są... a czekaj, wróć :)
No szkoda straszna, bo wynik byłby dziś niesamowity. Patrząc po innych Zawodniczkach, które wywalczyły 2-gie i 3-cie miejsce, to też Im przykro trochę, że nie ma odrębnej kategorii. Finalnie mamy 6-ste miejsce w OPEN, przed wieloma Zawodnikami, którzy regularnie z nami wygrywają, tak więc jesteśmy mega zadowoleni ze startu... tylko szkoda, że Mistrzynią Polski w Roganingu został Roman. Mistrzem zresztą też !!!
No ale co by nie mówić, Mistrzem to jest naprawdę. Mistrzynią to nie wiem, nie sprawdzałem :D :D :D
Wracamy do domu bardziej niż zadowoleni bo udało się zwiedzić kolejne nieznane nam tereny, acz z lekkim uczuciem niedosytu. Czemu nasz najlepszy start ever musiał wypaść podczas imprezy bez odrębnej klasyfikacji. Taki trochę cichot losu i ironia.
Pewnie jak będzie odrębna klasyfikacja to wtedy położymy rajd pokazowo, jak to czasem mamy w zwyczaju :)
1) "Spaleni słońcem" - tytuł klasyki kina, opowiadających o okrutnych czasach czystek stalinowskich w ZSRR w latach trzydziestych.
2) Parafraza tytułu filmu "Książę Persji: Piaski Czasu" na podstawie kultowej gry komputerowej.
3) "Rzeźnik drzew". Tytuł książki - zbioru opowiadań Pilipiuka.
4) "Ballada o dwóch siostrach" autorstwa Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
5) Cytat z filmu "Dzień świra"
Kategoria Rajd, SFA
Rajd Katowice 2018
-
DST
45.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
"Na imię mi Legion bo jest nas wielu" (*)
Nie Orient a Kajak Express
Mamy szatański plan. Lecieć całym gazem na kajaki, bo podejrzewamy (całkiem słusznie), że ten punkt, podobnie jak rok temu, bardzo szybko się zakorkuje. Odpalamy zatem blat i lecimy przez miasto na plażę, gdzie czekają kajaki. Jak myślicie, ilu zawodników pomyślało tak samo, że trzeba zrobić korkujące się zadania przed wszystkimi? Podpowiem, że było ich trochę, a że wśród tego "trochę" było kilku weteranów najcięższych rajdów, to się zrobił trochę maraton ulicami Katowic :)
Gdy wpadamy na plażę, część osób już pływa, ale uda nam się zająć jeden z ostatnich wolnych kajaków i ruszamy. Zadanie to złapać 3 punkty kontrolne, na trzech różnych brzegach jeziora. Prawie zatapiamy jeden z kajaków, a drugi niemal nie zatapia nas - wygląda, że dzisiaj wszyscy czują się pilotami kamikadze :) Gdy dobijamy do brzegu z zaliczonym zadaniem, kolejka do kajaków jest już naprawdę duża. Uczynne ręce pomagają mi wysiąść tzn. wyciągają mnie z kajaka i rzucają o glebę, a jakieś nogi przebiegają po mnie, byle tylko wsiąść, przed innymi, na zwolnione przeze mnie miejsce. Żart oczywiście - wszytko odbywało się w sposób grzeczny i cierpliwy... cierpliwe czekano na mnie na brzegu i całkiem grzecznie rzucono o brzeg :)

"Znikający punkt" czyli "w głowie się kręci dana dana da" (*)...
...żeby to jeden. Po kajakach lecimy na pkt zlokalizowany w parku, rogu ogrodzenia (pkt 6), ale lampionu nigdzie nie ma. Szukamy, ma być 30 metrów od drogi, ale nie ma nic. Zaczyna dojeżdżać coraz więcej zespołów i zaczyna się zbiorowe przeszukiwanie parku. Po około 15 minutach wpisujemy w kartę BPK (brak punktu kontrolnego) i ciśniemy dalej. Finalnie okaże się, że naprawdę go tam nie było - nie wiem czy ktoś zajumał czy też go nie rozwieszono. Zdarza się, szkoda tylko że zjadło nam to trochę czasu i wokół nas coraz więcej dojeżdżających zawodników. Finalnie 6-stka się pojawi po jakimś czasie (zostanie rozwieszona na nowo), ale zapis BPK także będą zaliczać. Lecimy dalej. Teraz czeka nas zadanie niespodzianka po górką w głębi parku... jest górka i niespodzianka. Nikogo nie ma. Ani obsługi, ani lampionu. Zaczyna mnie brać głupawka, będzie dzisiaj ostro - dosłownie w pogoni za duchem. Parę zespołów lekko zdezorientowanych odjeżdża, my także zaczynamy się zbierać z tego miejsca, gdy nagle widzimy dwie dziewczyny, które tachają całą masę dziwnego sprzętu. Przeczucie nas nie zawodzi i zagadujemy:
- Wy z Rajdu Katowice, prawda?
- Tak, przepraszamy. Stałyśmy pod nie tą górką, którą trzeba. Już rozkładamy zadanie.
Hahaha będzie dzisiaj wesoło. To nie pierwszy rajd z taką akcją - na największych (pod kątem trasy) rajdach tak się czasem dzieje, że zawodnicy meldują się na punkcie o wiele wcześniej niż spodziewał się Organizator. Taka międzynarodowa akcja na przykład to był bieg na Elbrus w 2010, gdy meta nie była jeszcze w pełni rozłożona, kiedy Andrzej Bargiel ustanawiał nowy rekord biegu.
Zadnie to tzw. pijany miecz. Kij jednym końcem do ziemi, drugim do czoła, a następnie 30 obrotów wokół kija (czoło cały czas na kiju powinno być). Po 30 obrotach biegniemy do przodu... tzn. próbujemy, tylko uważajcie aby się nie zabić. Świat lekko wariuje. Po tej obrotowej kuracji stać stałem, niezachwianie nawet, ale każdy krok w przód był bardziej krokiem w bok niż w przód... niebezpiecznie coraz bliżej krzaków :)
Parszywa jedenastka (?), kolejka jak do dziekanatu oraz sokole oko.
Gdy kręcenie w głowie ustało, patrzymy na kartę i coś nam się nie zgadza. PKT 11 czyli kajaki. Na karcie mamy Pkt 11, 11a, 11b, 11c. Podbite mamy a, b oraz c. Samej 11-tki nie mamy podbitej. Te punkty a, b, c to były lampiony na brzegach jeziora, ale po wyjściu (wywleczeniu przez pomocnych zawodników) z kajaku nie daliśmy karty obsłudze punktu, aby podbić 11-tkę jako taką. Ech, pacany z nas. Wracamy na kajaki. Nie mamy bardzo daleko, ale to kolejne minuty w plecy, z własnej nieuwagi i głupoty. Wpadamy na plażę, podbijamy zaległy punkt i jedziemy w kierunku dawnego nasypu kolejowego i mostu załapać kolejne punkty. Teraz na na zadanie linowe. No właśnie... samo zadanie jest super - przejście na linię nad rzeką. Nieraz już to robiliśmy, ale tym razem rzeki to nawet nie widać. Nie dlatego że jest mała, ale po prostu zasłania ją tłum stojący w kolejce. Podjeżdżamy do obsługi i bierzemy karę za niewykonanie zadania (30 min). Szkoda, bo takie przeprawy są fajne, ale kolejka już zbyt duża aby stać. Bardziej opłaca się kara, bo czas oczekiwania i wykonanie zadania szacujemy na grubo ponad 30 minut. No szkoda, ale liczyliśmy się z tym w dniu dzisiejszym. Ciśniemy na kolejne zadania: cross-fit (tor przeszkód) oraz rzucenie do celu. Cross-fit idzie od kopa, bo od torów przeszkód to w SFA mamy ekspertów (zapraszamy na treningi, to się przekonacie), a na rzucaniu do celu osiągamy zawrotny wynik 2/10. Obsługa nam mówi, że to jeden z lepszych wyników dzisiaj (do tej pory). Hmmm... śmiać się czy płakać. Zawsze wiedziałem, że powinienem zostać snajperem albo artylerzystą. Budziłbym grozę... po obu stronach frontu :)


Kolej na imprezę z dużą ilością SOKu
Kolejne punkty są w okolicy kopalni Staszic. Kopalnia leży na obrzeżach Giszowca i wchodzi już w Lasy Murckowskie. Ciśniemy wzdłuż torów, ale droga urywa się w bagnie. I to takim konkretnym. Nie ma jak przejść.

Jako, że średnio wierzę w BHP (autem jeździ się zgodnie z przepisami, ale rowerem czerwone oznacza "zachowaj szczególną ostrożność") wbijamy na nasyp kolejowy przecież tu na pewno nic nie jeździ. Tutaj chciałbym podziękować jednej zawodniczce za pomoc w wyciągnięciu roweru na prawie pionowy nasyp kolejowy (tak, tak... nie tylko my cisnęliśmy torami)
Nic nie jeździ, tak?

Nic nie jeździ 2:

Z tego co rozmawialiśmy w bazie dowiemy się, gdy na torach zaczęło pojawiać się coraz więcej osób (zaznaczam, że wariant między punktami wybierają zawodnicy - to ich decyzja, a nie że Organizator kazał), pojawił się również oddział Służby Ochrony Kolei z nurtującym pytaniem: "O tu się, k****a odwala?"
Marcin i ten jego pociąg do pociągów, On ma jednak czasem trochę nie po kolei, ale i tak Go uwielbiamy :)
Kolej na... BAGNO

A tu nagle ktoś mi ląduje na plecach, to Łukasz który także tutaj dotarł. No fajnie, ale jak się teraz miniemy? Mój zmysł równowagi nie jest jakiś wybity, ale jakoś uda mi się nawet z Nim minąć.




Z lasów mamy już wszystko, a więc robimy nawrót na bazę, ale najpierw:
Jak się masz, Kostuchna?

W tym roku nie jest inaczej.
Oczywiście atakujemy hałdę nie od drogi, ale lekko na azymut od małych ścieżek. Podejście jest nieliche, a zadanie na szczycie to zrobić sobie zdjęcie z rowerami, z widokiem na kopalnie, czyli nie ma że rowery w krzaki i ciśniesz na lekko. Rowery mają być na szczycie - uwielbiamy Marcina :)


Z hałdy widok jest niesamowity, zwłaszcza że widać dzisiaj Babią Górę i Pilsko. Na szczycie korzystamy z uprzejmości przypadkowo spotykanych ludzi, którzy robią nam zdjęcie. Zjazd z hałdy jest niczym dobry górski zjazd. Wprawdzie krótki, ale naprawdę stromy. Dobra techniczna ścianka :)
Teraz wbijamy na ścieżki rowerowe i lecimy w kierunku bazy.

"Przypomnij sobie swój upadek w... " (*) parku
Zostały nam już ostatnie punkty do zdobycia. Wpadamy do znanego nam już parku. Oj znanego... dwa lata temu daliśmy tutaj "wyjątkowy przykład grupowej i indywidualnej głupoty" (*). Inżynierowie z wykształcenia, a nie przewidzieli, że duża prędkość, śliska nawierzchnia, skręt 90 stopni, połączone w jednym równaniu, mogą przekroczyć pewien próg np. próg bólu. Mijamy z szacunkiem zakręt, na którym dwa lata temu tak pokazowo się rozbiliśmy i łapiemy ostatnie punkty dzisiaj. Jeden z nich to zadanie z obszaru królowej nauk - dzielimy się zgodnie z naszymi matematycznymi preferencjami. Basia bierze zadanie z zapałkami, ja zabieram się za zależności między liczbami. Chwilę później jesteśmy już w bazie z kompletem punktów.

Bawiliśmy się świetnie, acz dzisiejszy rajd to był sprint po Śląsku. Sam sprint nam nie przeszkadza, ale było ZA KRÓTKO!!! Po 14:00 jesteśmy już w bazie z kompletem punktów. Szkoda, że trasa nie była dłuższa. Zdajemy sobie sprawę, że są tu rodziny z dziećmi, normalni ludzi, których napieranie 24h co najmniej dziwi, ale jednak było trochę za krótko. Odbijamy sobie to siedząc z innymi zawodnikami i rozwijając nasze życie społeczne :)
Finalnie skończymy u Mateusza i Magdy na grillu w Rudzie Śląskiej. Jeśli chodzi o wyniki, to zajmujemy 4-te miejsce w kategorii MIX, tracąc do "pudła" kilka minut. Magda i Wojtek którzy zdobyli 3-cie rozegrali to lepiej taktycznie" podobnie jak my zaczęli od kajaków, ale potem od razu - kiedy my szukaliśmy 6-stki - uderzyli na zadanie linowe. Zdążyli przed kolejkami, nie musieli brać kary i objechali nas o kilka minut. Well played :)
Cytaty:
1) Nowy Testament; demonologia. Takie tak demoniczne sprawy :)
2) "Znikający punkt" - klasyka kina z 1971.
3) Fragment piosenki "Requiem nad ranem", w wykonaniu Budki Suflera
4) Yoda do Luke'a na planecie Degobach, po stwierdzeniu "Jestem gotów". "Gwiezdne Wojny: Imperium kontratakuje"
5) Horror "Wzgórza mają oczy 2"
Kategoria Rajd, SFA
Nadwiślański LISZKOR
-
DST
160.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Nadwiślański Liszkor to impreza, która jest następcą Nadwiślańskiego
Maratonu na Orientację. Nazwa jest hybrydą nazwiska budowniczego trasy
oraz nazwy KORNO, a narodziła się podczas "kryzysu nadwiślańskiego".
Finalnie padło na Liszkor, choć my osobiście namawialiśmy na nazwę Rajd
KORNOliszka. Zwał jak zwał, zapisaliśmy się na trasę 160 km i nawet o
ludzkiej porze (bo 6:30) wyruszyliśmy w sobotę do Tenczynka.Jedyny mankament długich tras jest taki, że startujemy nim większość znajomych dociera do bazy na swoje starty (trasy krótkie), a kończymy rajd kiedy Oni już dawno zwinęli się do domu... no cóż zrobić.
Stwory cyfrowo wykluczone 2: CAT-egoryczne NIE :)
Podobnie jak rok temu, na trasie długiej potwierdzenie punktu odbywa się cyfrowo czyli poprzez przyłożenie smartfona do lampionu (odczyt kodu QR przez aplikację CheckPoint lub przez NFC). Na poprzedniej edycji byliśmy nielicznymi cyfrowo wykluczonymi ze społeczeństwa osobnikami bo nie mieliśmy smartfon'ów. Dziś jest inaczej... tzn miało być inaczej. Samsung Basi bez problemu obsługuje apke CheckPoint, ale mój niezniszczalny, pancerny, zabunkrowany CAT odmawia współpracy.
Niby wszystko jest OK, kod QR widziany jest poprawnie, ale aplikacja wysyłając sms z potwierdzeniem "podbicia" punktu po prostu się wiesza. W piątek wieczór walczę z tym 2 godziny, do nocy... i daję spokój. Nie działa. Zgłaszam to obecnemu w bazie Administratorowi systemu, ale po 30 min walki, także i On się poddaje. No nie zmusisz "kotka" do współpracy.
Aplikacja ma nadane wszystkie możliwe uprawnienia, ale działa to dziwacznie:
- próba wysyłki sms kończy się "zwisem" apki
- muszę zrobić reset aplikacji
- po resecie wejść do historii (ale nie dawać "wyślij ponownie" bo znowu zwis)
- wybrać opcję "przejdź do skrzynki nadawczej", co otwiera normalne sms
- teraz da się wysłać wiadomość poprawnie, bez żadnych błędów
Jest tylko jeden problem: QR nie kopiuje się do skrzynki sms automatycznie i muszę wpisać wtedy kod pkt ręcznie.
No dramat... robić reset na każdym punkcie (tak aby zapisał się w historii jako niewysłany), chwilę potem otwierać go i przepisywać kod ręcznie... to może ja zostanę w bazie, życie zachowam... bo mnie na 3-cim punkcie najdalej trafi szlag !!!
Po typowych informatycznych przepychankach:
- Masz za starego Androida!!
- Jak? To jest 7.0 !!
- No to za nowego, niekompatybilny!
- Brak uprawnień
- Za dużo uprawnień
- Wina systemu
- Wina użytkownika
itp. itp
Koniec końców, korzystam z opcji wypożyczenia telefonu w bazie (co jest świetną opcją i tu duże brawa dla Organizatorów - bo finalnie okaże się, że nie tylko mój CAT miewa problemy, a dodatkowo niektórzy zawodnicy, tak jak my rok temu, nie posiadają smartfonów). Teraz jestem gotowy do podbijania punktów... pozostaje je tylko znaleźć.
Liszkor Galicyjski... galicyjski ale też trochę CZARNY :)
- Grzesiek z trasą zszedł na południe,
- Galicja była bardziej na zachodzie,
- a my weszliśmy głęboko w Dolinki.
Jednakże, Puszcza Dulowska to część wspólna wszystkich 3 imprez, tak więcej początek rajdu to Czarny Galicyjski Liszkor uczesany na Irokeza (bo Irokez w Miękkini w 2016 także zahaczył o Puszczę z kilkoma punktami).
Wioska pod skałą
Lecimy dalej i wpadamy do Bolęcina. No to teraz robi się mega galicyjsko bo Galicja miała tu swoją bazę. Bolęcin zawsze chwali się swoją skałą - nota bene to wspaniały pomnik przyrody - i mówi o sobie "Wioska pod skałą". Sami zobaczcie:


Jak wspomniałem, Liszkor jest przesunięty na południe względem Galicji i naszej imprezy, więc taki jest nasz plan na dzisiaj. Niezależnie od rozmieszczania innych punktów, lecimy najdalej jak się da na południe: w kierunku rezerwatu Kajasówka i Czernichowa. Tam bardzo rzadko bywaliśmy na rowerach, więc super będzie odświeżyć sobie te tereny. Niby trochę dalsze okolice Krakowa, ale zawsze wali się na zachód (Dolinki, Krzeszowice) lub a południe (Myślenice, Beskid Makowski), a na południowy zachód... no, biała plama na mapie niemal. Lecimy zatem odkrywać to nieznane lub bardzo mało znane!
Nie znasz dnia ani godziny...
a może jednak znasz. Zegar Ci to powie:

Lekko schizujący tekst jak na ryneczek małej miejscowości.
Byliśmy tu kiedyś - raz w życiu. Autem. Nasz pierwszy wyjazd na Dolny Śląsk,.
Rok 2008. A4-rka była zakorkowana na amen - jakieś wypadki, katastrofy itp. Nie dało się opuścić Krakowa bez 3h w korku. Wyjeżdżaliśmy zatem wioskami. To były czasy kiedy nie mieliśmy jeszcze nawigacji samochodowej. Basia z mapą na kolanach na przednim siedzeniu i kombinujemy jak objechać "stojące" drogi główne. Zgubiliśmy się i tacy zagubieniu wjeżdżamy na ten ryneczek. Podnosisz wzrok i czytasz taki tekst. Mocne :)
Wyobraźcie sobie jak tu się chowają dzieci:
- Mamo, co to znaczy moja ostatnia godzina
- To znaczy, ze umrzesz
- Mamo ale ja nie chcę!
- I tak umrzesz HA HA HA...
- Mamo !!
- Przepraszam, zapomniałam się...
Tymczasem łapiemy punkt w dawnym wyrobisku:

WmordęWind status: ON
Wbijamy na bulwary wiślane i spotykamy się z typowym dla tego obszaru zjawiskiem: WmordęWindem, czyli wiatrem który wieje w ryj. Zawsze. Od dziecka znam to zjawisko: jedziesz na zachód - wieje w ryj, odwracasz rower i jedziesz na wschód - wieje w ryj. Tak, wiem że to niemożliwe - widocznie bulwary o tym jednak nie wiedzą. Ciśniemy zatem pod wiatr, ale wieje tak że łeb chce urwać. Kręcimy dzielnie, ale więcej niż 18-19 km/h nie idzie rozwinąć. Raz w życiu miałem wiatr w plecy na bulwarze, raz w życiu! Z 15 lat temu... pod 50 km/h dało się rozpędzić. Do odcięcia! Najwyższe przełożenia się kończyły i korba zaczynała kręcić się luźno. Dziś jednak, jak zawsze wieje w ryj. Dlaczego? Bo może :)


Po mozolnej walce z wichrem zbieramy kapitalny punkt na ruinach dawnej strażnicy kolejowej. Fantastyczne miejsce:

Zdezorientowani amplitudą i odległością.
Lecimy dalej w poszukiwaniu dawnego nasypu kolejowego, szukamy skrętu w lewo z małej drogi. A tu jak na wezwanie wyjeżdżają Zdezorientowi - ha, czyli to ta ścieżka. Chwilę rozmawiamy, śmiejąc się że względem naszej imprezy i dzisiejszego Liszkora jest 30 stopni różnicy temperatur. Dwa tygodnie temu -12, dziś koło 20 na plusie w południe.



"Czy te oczy mogą kłamać, chyba nie..."
Chyba jednak tak i to jak z nut... Następny punkt to "oczko wodne". Przebijamy się las i znajdujemy urokliwe i nie małe jeziorko w dawnym kamieniołomie. Ładnie to wygląda: kamienna ściana, tafla wody, drzewa dookoła... ale lampionu nigdzie nie ma. Obchodzimy jezioro w koło, zjeżdżamy na tyłku po stromych ścianach tuż nad wodę (prawie do...), obszukujemy wszystkie drzewa w okolicy. No nie ma.
No nic... telefon do Grześka Budowniczego i nawiązuje się ciekawe rozmowa:
- Jeziorko w dawnym kamieniołomie, punkt na dużym drzewie obok.
- No jest jeziorko, są drzewa, ale nie ma lampionu.
- To jeziorko ze skałą
- Tak, dużą skała na jeden ścianie jeziora.
- Jest obok linia energetyczna, słup.
- No jest, jest... może 30-40 metrów.
- W stromym zagłębieniu, tak.
- Dokładnie.
- A od której ścieżki szliście?
- Z lasu przyszliśmy.
- No tak ale od której ścieżki?
- Nie od ścieżki... z lasu. No wiesz, to my.
- No chyba nie od południa.
- Od południa.
- Jak od południa, przecież tam nie ma drogi?
- A musi być? Przecież mówię, że z lasu...
- Ożesz... no dobra, wyślij mi zdjęcie tego oczka.
Szukamy i bach (tzn. bach że tak nagle, a nie Jan Sebastian) jest drugie oczko wodne. No identyczne, ze skałą i w zagłębieniu. No z 70-80 metrów od nas było. Po drugiej stronie drogi na mapie było. Punkt zdobyty, ale ponad 40 minut w plecy stracone na obieganiu "nie tego" oczka wodnego, co trzeba.
Nasze oczko wodne:

Widok z drugiej strony (jest skała? JEST!):


Zryte łby w zrytych lasach
Dorywamy kolejny punkt na dawnym wyrobisku, po naprawdę długim podjeździe. Lato w pełni, jest gorąco i słonecznie, a miało być 10 stopni wg. prognoz. Jak nie hipotermia to udar, nie może być normalnie prawda :)
Teraz chcielibyśmy spaść drogą na północ, ale las jest zryty. Przeorany wzdłuż i posadzony młodnik. Jest opcja zjazdu na wschód i objechania na północ asfaltem, ale... no właśnie, nie lubię tak. Na północ to na północ, a nie kombinowanie ze wschodem.
Dawaj Szkodnik, nie może być zaorana przecież cała góra. Przebijamy się przez powalone drzewa... robi się gęściej.
Do głosu zaczyna dochodzić doświadczenie: "może to jednak objedziecie?".
No dobra wygrałeś, jedziemy na wschód, a tu młodnik się kończy. HA, no to druga próba na północ.
Doświadczenie: "Ale, ale..."
Wbijamy na północ, obok młodnika i wpadamy na 3 dziki. Zaskoczone uciekają, no to my dawaj za nimi. One wskażą nam drogę na północ. Znowu wpadamy w młodnik. No "Młodnik 2: Zemsta". Utknęliśmy. No dobra wracamy do drogi, niech będzie ten wschód. Jedziemy drogą, nagle na północ znowu przejezdnie.
Trzecia próba!! Doświadczenie: "No żesz k****, gdzieże jedziesz poryty łbie?"
Zdrążyliśmy na premierę "Młodnik 3: Zło nie umiera nigdy". No, ale przecież nie może być długi, dawaj do przodu. Krzory, wiatrołomy. Znowu utknęliśmy.
Basia: "Wiesz, że jadąc na wschód objechalibyśmy to już dawno".
Zjeżdżamy na wschód. Nagle na północ przejezdnie.
Basia: "Nawet nie próbuj !!!"
Zjeżdżamy na wschód do asfaltu. Asfat jest w dół, objeżdżamy górę w 2 minuty. 2 minuty.... a walcząc z młodnikiem i dzikami straciliśmy jakieś 30 min. Ech my zawsze od dupy strony.
Zamiast młodnika zarzucam unikalne zdjęcie Króla Dart(h) Moor'a Pierwszego wygrzewającego się w słońcu:

Plus kilka innych z trasy:




Wszyscy lubimy BRZOSKWINIE czyli definiując standardy wąwozowe
Uderzamy przez mój ukochany Wąwóz Półrzeczki wprost do Doliny Brzoskwini. Tam będziemy atakować grab Bukowej Góry i jaskinię Pańskie Kąty. Nie ma to jak wrócić na znane tereny. Dolinki rulez !!! Nawet jak w nogach już prawie 140 km i cały dzień napierania za nami.
Zapada noc. Wyciągamy lampki i standardowo - jak my - lecimy na szagę do Jaskini. Złazimy jakimś stromym wąwozem a potem wyłazimy nim na drugą stronę. Przebijemy się do zielonego szlaku i dalej w górę. Jest już totalnie ciemno, więc chwilę zajmuje nam namierzenie jaskini. Jest i punkt. Teraz możemy zjechać szlakiem do Nielepic i objechać górę asfaltem, albo wrócić na szagę przez wąwóz. Basia patrzy na ściany wąwozu i mówi: "nie jest aż tak stromy jak się wydawało"
No tak... jak na standardy wąwozowe to całkiem przebieżny jest. Ciśniemy zatem z powrotem przez wąwóz do drogi, z której przyszliśmy.

Kapitanie! Na radarze... ROSOCHATE DRZEWO
- Panie Kapitanie, puść nas Pan, bo tam czeka na nas rosochate drzewo.
No dobra. Wywali nas za bramę. Obok nas ogromny radar. Prawie taki jak "zapałka" w Zabierzowie, ale bez nóżki. Tylko główka. Okaleczyli radar... pewnie też się dowiedział o rosochatym.
- Panie drzewo, Pan jesteś rosochaty?
Czego my tak w ogóle szukamy?
"Bunkrów nie ma..." więc nie ŻABAwimy tu długo.
Przeprawiamy się przez szosę na Krzeszowice i lecimy na Rudawę. Chcemy złapać punkt na tamtejszych bunkrach, ale patrzymy na zegarek. Ten punkt wart jest tylko 30 pkt przeliczeniowych, a "czasu coraz mniej zostało mi". I to tak naprawdę, coraz mniej... jest 22:30 czyli mamy jeszcze pół godziny czasu podstawowego (no 40 min bo start był 8:10) oraz 1 godzinę opłacalnych spóźnień. W drugiej godzinie spóźnień kary są takie, że można stracić cały urobek dnia dzisiejszego. Odpuszczamy bunkry na rzecz, dwóch innych bardziej drogich punktów. Lecimy w kierunku na Czatkowice i nagle taka akcja: cała droga zawalona żabami. Dużymi. Jak mawiają "są ich tysiące, a nawet setki". Nie ma co się dziwić, to drogą na Czatkowice - prosto do ich Pramatki, PRAŻABY z Czatkowic, którą poznaliście na Wiosennym CZARNY KoRNO.
Omijamy zwierzaki, nie chcemy ich rozjeżdżać... poza tym wyciąganie ich z bieżnika będzie naprawdę czasochłonne i upierdliwe. Udaje się przeprawić bez ofiar z zielonych ludzikach (na Krymie byliby dumni :P ). Łapiemy ostatni punkt i zawracamy na bazę. Przez tory przeprawiamy się kładką do pieszych w Krzeszowicach:


Dzisiaj Krystyna wygląda nie przez szyby ale przez Bramę...
...Zwierzyniecką, która wygląda pięknie nocą. Jak ja kocham to miejsce. Jesteśmy już w limicie spóźnień i liczy się każda minuta, ale muszę mieć zdjęcie bramy nocą. Nie ma opcji, abym przejechał tędy bez zdjęcia. Chwilę później ciśniemy w stronę dawnej kopalni "Krystyna", gdzie był punkt na naszym Wiosennym CZARNYM KoRNO. Punkt Liszkora jest trochę dalej - w wielkim wyrobisku. Jest ogromne, a my totalnie po ciemku, tylko z czołówkami bo rowery ukryte w dole zostały. Dajemy sobie kilka minut na szukanie, bo czas mocno nas już ciśnie. Chwilę szukamy lampionu, ale udaje się. Teraz już pełen gaz, ponownie przez Bramę i do Tenczynka. Wpadamy do bazy kilka minut przed północą i oddajemy kartę... a nie chwila, to nie ten rajd - zdajemy telefony :)

Finalnie Basia ląduje na 2-gim miejscu i to naprawdę nas dziwi, bo konkurencja była dzisiaj bardzo silna. I przez silna, mam na myśli zawodników, z którymi normalnie nie mamy szans bo jest przepaść między nimi a nami. Ale tym razem wygląda, że nie było normalnie... nie wiemy jak to się stało, ale nie będziemy robić nad tym doktoratów. Protestować też nie będziemy :)
Resztę nocy spędzamy na after-party i wracamy do domu po 4:00 rano. To był naprawdę dobry rajd. No ale jak mógł taki nie być przy takiej ekipie organizacyjnej.
Piosenki "Czy te oczy mogą kłamać" w wykonaniu...hmmm róznym oraz Firebirds "Harry"
plus film "Chłopaki nie płaczą".
Kategoria SFA, Rajd
Wiosenne CZARNE KoRNO - relacja !!!
-
DST
1.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś prawdziwa opowieść „od kuchni” o tym jak to się wszystko zaczęło, jak kształtowało i jak nabierało swojej finalnej formy... bo jak się skończyło to już sami wiecie. Jeśli zatem ktoś chciałbym poznać Lorda SFAROCa od tyłu tzn. od kuchni to zapraszamy :)
CZARNE KORNO: Geneza
Pomysł przygotowania własnego rajdu pojawił się już "dawno, dawno temu w odległej galaktyce". Następnie rozbił się jak Superniszczyciel o drugą Gwiazdę Śmierci... jak ktoś jest heretykiem i nie zna Gwiezdnych Wojen to chodzi o to, że rozbił się, tak? Bardzo !!
Pełni młodzieńczego zapału i naiwności zagadaliśmy do Kosmy – a było to gdzieś w drodze do Ogrodzieńca na Rajdzie Gwieździstym – aby powiedziała nam co i jak z takim rajdem. Co trzeba zrobić, co załatwić, ile to jest roboty itp.
No i dowiedzieliśmy się… wniosek był jeden, NIE MA BATA. Nie uciągniemy tego. Nie damy rady załatwić tego sami. Nie bez poświęcania połowy urlopu. Nadleśnictwa, gmina, rezerwaty, baza, catering, numery startowe, karty, trasa…. kaplica.
Pomysł umarł i został pochowany głęboko pod ziemią. Przykryty setkami łopat sypkiej rzeczywistości. Po kilku miesiącach nawet przestaliśmy zapalać znicze na jego grobie, a sama mogiła zarosła chaszczami w zapomnieniu…
…aż nastał rok 2017. Jak co roku jeździliśmy na rajdy i tak od słowa do słowa, gawędząc wesoło z innymi zawodnikami przed i po różnych imprezach… słyszeliśmy coraz częściej słowa „gdybyście zrobili rajd to byłaby psychodela”, „wasz rajd to byłby hardcore’owy”.
Nie pamiętam czy na tamtym etapie zgadzaliśmy się z tymi opiniami, ale ważniejsze były te dwa słowa, te na które czeka się całe życie i te, o których śni się po nocach: WASZ RAJD.
No i wtedy, wróciłem do pasji z młodości - medycyny alternatywnej wg Doktora Frankensteina. Poczekaliśmy na burzę, podłączyliśmy się do pioruna i zaczęliśmył napierać błyskawicami w martwe zwłoki.
Grom za gromem, błyskawica za błyskawicą… "Hej Onufry, więcej ognia. Niechaj zło nabierze mocy" (*). Swąd spalonego mięsa wypełnił noc, a z gardeł dobył się wrzask... krzyk, który niósł się echem po uśpionym mieście „ŻYJ, ŻYJ, ŻYJ !!!”
CZARNE KORNO: Przymierze
Targane błyskawicami zwłoki jakoś dotoczyły się do bazy „Jesiennego BESKIDZKIEGO KoRNO” w październiku 2017. Styrane piękną trasą, przeszczęśliwe po górskiej przygodzie, nadpalone kolejnymi piorunami poczekały aż prawie wszyscy opuszczą bazę i gdy zapadła cisza, zadaliśmy znamienne pytanie. Pytanie, które miało zmienić nadchodzące miesiące (w niekończącą się orkę i wyścig z czasem). Pytanie: „Monika, masz chwilę?”
Miała…
Rozmowa była bardziej tajna niż konferencja w Wansee. Żadnych papierów, dokumentów, żadnych oficjalnych oświadczeń – tylko i wyłącznie zakulisowe ustalenia, knucie, knowania i spiski. I tak doktor Frankenstein dopiął swego, tchnął życie w coś było martwe.
Krwią podpisaliśmy nowo stworzony cyrograf. Powołaliśmy sojusz, syndykat, kartel, konglomerat - zawarliśmy przymierze i ustaliliśmy podział: Monika organizuje bazę i formalności, my zajmujemy się MIĘSEM.
Dostaliśmy wolną rękę pod kątem projektu i budowy trasy. Mieliśmy jedynie podać gdzie chcemy bazę i do końca stycznia listę punktów w terenie (przypomnę: mamy drugą połowę października).
I wtedy ponownie uderzyła w nas rzeczywistość. Wypłaciła nam plaszczaka aż mlasło, założyła nelsona i sponiewierała po glebie… mamy wolną rękę, możemy wszystko. Czyli tak naprawdę co? Co to znaczy? Od czego zacząć? Co robić? Jak żyć?
Pomysł na Dolinki Podkrakowskie był od dawna, bo kochamy te tereny i znamy je bardzo dobrze… no ale zaprojektować tam trasę: zarówno tą długą jak i tą rodzinną, tak aby miało to ręce i nogi… no nieliche przedsięwzięcie. Problem nieułomek….
ROZDARCI JAK... wredny bachor w zabawkowym
To z czym borykamy się właściwie od samego początku to pytanie jak trasa ma wyglądać – jaki ma być jej profil. Chcemy aby Wiosenne CZARNE KoRNO było trochę hardcore’owe, tak bardziej niż mniej, ale ma się też podobać. Ma być atrakcyjne, intrygujące, urzekające i ogólnie CACY. Ogólnie dobre W HUK, ale jak to uzyskać...?
a) Zrobimy punkty na szczytach skał – będzie komentarz: same szczyty skał, dymanie i dymanie, sztuczne utrudnianie.
b) Zrobimy prostą trasę – sprint po dolinkach a miło być wyzwanie
c) Zrobimy punkty ukryte – poukrywali, punkty po chaszczach, bez sensu
d) Zrobimy punkty widoczne – prosta nawigacja, żadne wyzwanie, a miało być trudno.
e) Zrobimy proste zagadki – banalne, dziecięce zagadki, przedszkole
f) Zrobimy trudne zagadki – niewiadomo o co chodzi, zamotane, udziwniane, to rajd na nie lekcja matematyki / historii / itp
Normalnie miałbym wyj*** tzn. nie interesowałoby mnie to za nadto, ale nie robimy trasy dla siebie. Robimy trasę dla ludzi. Dla gawiedzi, … to Oni mają być zadowoleni. Jak zrobić zagadki/zadania, które będą łatwe i jednoznaczne, ale ludziom wydadzą się trudne i poczują się kozakami, że sobie z nimi radzą?
Ale i tak, to co przeraża nas najbardziej to fakt, że podpinamy się pod KoRNO. Nam jest przez to łatwiej, ale Monika przez lata zbudowała sobie tą markę. Zrobić trasę, którą wszyscy będą hejtować byłoby dużym osłabieniem pozycji KoRNO.
Było by to anty-reklamą imprezy, która od dawna broni się sama – zarówno jakością, jak i klimatem.
Z drugiej strony, jaramy się jak Londyn w 1666 że robimy nasz rajd… cieszy nas to niezmiernie, ale wszystkie powyższe aspekty pokazują nam – już na wstępie, że oprócz dobrej zabawy z przygotowaniem trasy, zaciągamy bardzo duży kredyt zaufania zwłaszcza pod kątem KoRNO.
Nie ma zatem innej opcji jak CLOCKWORK – wszystko musi zagrać „jak w zegarku”. I to nie takim zwykłym zegarku, ale musi chodzić jak szwajcarski albo nawet szybciej !!!
TOMEK NA SKALE SS… widziany przez SZYBY KYSTYNY na DRODZE DO KRYMINAŁU
Wypisuję sobie wszystkie fajne miejsca, które znam a potem lecimy w teren: na eksplorację. Wiedzy nigdy nie ma się za dużo, a więc uruchamiamy wszystkie możliwe kanały informacyjnie o terenie. Szukamy ruin, kapliczek, starych cmentarzy, znaków historii, pomników przyrody, miejsce nietypowych.
Instruktor grupy dziecięcej na szermierce – Lenon oferuje, że nam pomoże i dołącza do budowania trasy. Decyzji żałować nie będzie, ale czasami gdy zastanie nas brzask przy pracach nad mapami, to skomentuje sytuacje słowami: „k***a, gdyby wiedział…”
Listopad, grudzień to operacja „intensyfikacja dolinek”. Włóczymy się z Garminem i spisujemy koordynaty fajnych miejsc. Na pewno chcemy aby część punktów była opisowych, a więc szukamy miejsc, nadających się na zagadki.
Z drugiej strony myślimy o rowerowych harpaganach – chcemy aby impreza była rogaining’iem, a znając możliwości niektórych zawodników (i to, że nie ogarniają co to jest roganing robiąc całość, bo nie wiedzą że się nie da) obszar eksploracji poszerza się prawie pod Olkusz i Trzebinię. Na Rajdzie Liczyrzepy w 9h zrobili pod 130 km, więc trzeba naprawdę dużą trasę przygotować.
Liczba waypoint’ów w Garminie przekracza 200, aby się w nich nie pogubić nadaję im charakterystyczne nazwy – coś co kojarzy się z danym miejscem.
Brama Zwierzyniecka czy Szczyt Sokolicy - tu sprawa jest jasna, skały też mają swoje nazwy ale rozwidlenie strumieni, róg lasu, ścieżki. Takich punktów mamy dziesiątki – jak je rozróżnić po nazwach? Łapiemy się wszystkich możliwych skojarzeń.
Jedną ze skał, jakieś upośledzone kretyny pomalowały w sigruny SS oraz swastyki – zostaje zatem roboczo nazwana SKAŁĄ SS. Gdy będziemy rozkładać punkty (a Tomek od Kosmy będzie nam w tył mocno pomagał) i będziemy sobie z Moniką wysyłać sms z informacjami jak nam idzie – wiecie takie informacyjne postaci „23 wisi” „jaskinia Gorenicka gotowa” itp, to nagle otrzymamy wiadomość: „TOMEK NA SKALE SS”.
Myślałem, że padnę. To byłby dobry tytuł na niskobudżetowy horror. Pamiętacie cykl powieści o Tomku?…. Kontynuacja napisana w 2018: „Tomek na skale SS” :D
Chcemy także aby opisu punktów były czasami nietypowe i tak gdy odnajdujemy kawałek lasu, który ktoś nazwał kryminał to punkt otrzymuje nazwę „Droga do kryminału”. Gdy znajdujemy starą kopalnię „Krystyna”, to punkt musi otrzymać nazwę „Szyby Krystyny”.
Narodziny Mrocznego Lorda…
Mamy styczeń 2018. Prace idą pełną parą. Roboty jest dużo więcej niż myśleliśmy… Nasze oszacowanie czasowe prac było mocno optymistyczne. Coś co miało zająć 2-3 dni zajmuje tydzień i zaczyna się nerwówka czy ze wszystkim zdążymy.
Bardzo zależy nam na promocji wydarzenia – na reklamie rajdu. Potrzeba czegoś co zniszczy system. A co lepiej niszczy systemy jak nie DEMONY? No dobra… informatycy powiedzą mi, że co najwyżej obciążają systemy (bo działają w tle), a nie niszczą, ale na nasze potrzeby wystarczy. I tak rodzi się Mroczny Lord SFAROC. Demon, który stanie się twarzą naszego rajdu.
Mówię zatem: „Droga Żono,
Zróbmy sobie sesje promo !!
Pomysł się podoba…
… ale oczywiście cały śnieg stopniał. Będzie brzydko, szaro-buro… ech. Szkoda, bo marzyła nam się sesja w zimowym klimacie.
Umawiamy się z naszymi Szermierzami na niedzielę po Rajdzie 4 Żywiołów. Gdy napieramy na rajdzie dostaję telefon od Marcina
„Ty to chyba zamówiłeś – w Krakowie tak sypie, że wszystko białe”
Ha ha ha doskonale SFAROC będzie jednak zimowy !!
Lordzie, ręka wyżej… bo sobie ryj zasłaniasz
Sesja promo i te głupie pytania… czy mam brać widły? Co za pytanie… A CZEMU MIAŁBYŚ NIE BRAĆ?
Idziemy na sesję foto, a Ty bez wideł? Widłów? Widełów? Jak to się kurde odmienia?
Śniegu dosypało zdrowo, a my ruszamy na podbój Uroczyska Skotniki i Górki Pychowickiej.
Rozkładamy się z całym sprzejem: ubrania, broń, rekwizyty i zaczynamy trzaskać głupie kadry.
Zabawa jest przednia, ale zrobić akceptowalne zdjęcie to nie takie hop siup. To na drugim planie w kadr wejdzie śmietnik, to ktoś sobie ręką ryj zasłoni, to ktoś w ostatniej chwili zmieni pozycję na głupią. Niemniej jakoś idzie – dobrze, że moja znajomość profesjonalnej fotografii sprowadza się do „ej, zasłaniasz sobie ryj” bo gdyby każde zdjęcie robić z 1000 ustawień, to by nas noc zastała…
Ktoś czasem idzie na spacer i dziwnie przyspiesza kroku, jak nas tylko zobaczy - zupełnie nie wiem czemu :)
W pewnym momencie sesji kiedy ustawimy kolejny kadr, Basia zwraca uwagę że zamarzły nam 3 osoby. Upss… zapomniałem, że część z naszych szermierzy nieźle szermierzy, ale zimy to jednak unika.
Nie ma nawet jak ich zakopać, bo ziemia zmarznięta. Zbieramy zatem ciała i wracamy do domu. Udało się zrobić ponad 10 dziwnych kadrów, ale nie tyle ile byśmy chcieli… Niektóre kadry zupełnie nie wychodzą np. totalnie nie wychodzi stylizacja „Lord of the Rings”. Oko obiektywu nie jest w stanie udźwignąć mojej chorej wyobraźni :)
Szkolny problem czyli „KOBYLANY PANY” (*)
Promo zaczyna napierać na FB i chyba zaczyna nam się robić z góry. Trasa także prawie gotowa… ale wtedy dzwoni Monika. Co z tego że mamy patronat gminy Zabierzów, co z tego że mamy zgodę Nadleśnictw, kiedy szkoła w Bolechowicach odmawia nam bazy. Ich zgoda i patronat gminy nie dotyczy. Jest końcówka stycznia, a właśnie wypadła nam baza. Jupi… k****a…
JUPI… i to z naciskiem na k***a.
Gmina Zabierzów może nam udostępnić halę sportową w Zabierzowie – rewelacyjna propozycja (serio i bez ironii). W każdej normalnej sytuacji skakalibyśmy z radości, ale trasa jest zaprojektowana po Dolinkach. Z Zabierzowa do pierwszych punktów trasy będzie z 10 km (to w kontekście trasy rodzinnej). Owszem wchodzimy w Las Zabierzowski z punktami, ale to dla tras długich… trasy krótkie i rodzinna mają odwiedzić Kobylańską i Będkowską. Hala w Zabierzowie nie daje nam zupełnie nic – mimo, że propozycja jest fantastyczna, jeśli chodzi o gest ze strony gminy.
Monika atakuje zatem Kobylany i wiecie co, Pany? Baza to Kobylany. Normalni ludzie, miła atmosfera… Kobylany. Udało się… kryzys zażegnany.
Co robisz w Walentynki?
Biceps i klatę? Nie, nie! Szóstą – odpowiedź? To ale to od 18:30 – 20:00. Pytanie jednak brzmi co robisz potem. Potem to eksploruję kawerny i walczę na płonące szable. A to spoko !!!
Promo na FB idzie pełną parą ale zaczynają nam się kończyć kadry… wincyj!!! Potrzeba wincyj!!
Umawiamy się zatem w Walentynki, że po treningu ciśniemy nocą do kawern w Uroczysku Skotniki i robimy drugą część sesji.
Ruszamy w noc, w las z czołówkami i pochodniami.
Zdjęcia nocą…. Taaaa…. Jeden kadr ustawiamy 40 minut… drugi kolejne 40.
Za dużo światła, za mało światła, w sam raz światła ale drgnąłeś – nie drżyj, stoję tak 40 minut nie mogę już. ANI DRGNIJ… baterie padły…. więcej światła…. ale k***a nie w obiektyw. Mamy to?... Tak, mamy, ale do poprawki…. Złap refleks świetlny na rapierze…. Ruszyłeś rapierem. Nie ruszyłem! RUSZYŁEŚ !!
Uważaj z tą benzyną… aua poparzyłem się…. Wow ale odjazd, pięknie płoną… duszę się, dym, za dużo dymu… TLENU…
I tak upłynęła nam noc…. Długa walentynkowa noc.
Ale wracamy z kolejnymi kadrami. Filip w roli HERO, eksplorujący kawerny z rapierem i pochodnią. To się musi spodobać.
Kryzys nadwiślański czyli dobry kradziony kamieniołom
Dzwoni Monika: wiecie bo dzwonił Grzesiek L. też robi rajd, tyle że w kwietniu.
Nadwiślański maraton na orientacje!! To super, my się wybieramy na niego, bo rok temu było super.
No, ale robi tam gdzie Wy… baza w Tenczynku i wiecie, trzeba się spotkać aby punkty się nie pokrywały
Gnamy przez noc do Dąbrowy.
Wchodzimy do pokoju. W świetle świec (brzmi ładniej niż „przy zapalonym świetle”) spotykamy dwie osoby ślęczące nad mapą. Gęsty dym z cygar spowija całe wnętrze pomieszczenia (no co? buduję klimat – tak naprawdę nikt z nas nie pali), rozgarniamy go ręką i dzwoniąc ostrogami, ciężkim krokiem po drewnianej podłodze kierujemy się wprost do stołu.
W mroku lśnią oczy prawdziwego Nawigatora, spoglądamy w nie jednak bez strachu. Napięcie sięga zenitu (albo canona… mówiłem, że nie znam się na fotografii)
- Pokażcie mi swoje towary… eee… punkty
Zrzucamy mapę na stół… uffff, no nie jest tak źle. Coś się pokrywa ale Grzesiek przesunął się z imprezą na południe więc damy radę.
Ustalamy co kto bierze. W negocjacjach zostaje mi odebrany świetny, bo dziki kamieniołom. Protestuję, żądam satysfakcji, przynosząc z auta Szpady, ale to wszystko na nic. Musimy pójść na jakieś ustępstwa… nadal uważam jednak, że kamieniołom został mi odebrany podstępem.
Jak będziecie dymać w środku lasu pod nielichą górę na Liszkorze, tam gdzie na wielkiej skale rośnie wielkie drzewo, a kamienie będą usuwać Wam się z pod stóp – to tak, to właśnie tam. Wspomnijcie wtedy los ukradzionego mi kamieniołomu i pomyślcie, że mógł to być kolejny punkt Wiosennego CZARNEGO KoRNO.
Kryzys rodzinny czyli „5-ta rano, zabawa skończona, różowieje już słońce na wschodzie” (*)
Tydzień do rajdu. Mapy gotowe… patrzymy na trasę rodzinną/rekreacyjną. Patrzymy na siebie, patrzymy na mapę, znowu na siebie i znowu na mapę… no dobra ktoś to musi powiedzie na głos. Wariant optymalny na rodzinnej to 45 km? Trochę chyba przeszacowana. Jak ktoś podejdzie ambicjonalnie to zrobi się dziecięcy marsz śmierci…
Przepraszamy na chwilę Monikę i wychodzimy na chwilę poważnej rozmowy. Wiecie, takiej która może zadecydować o naszej przyszłości.
- Co robimy?
- No projektujemy trasę od nowa.
- No ale kiedy, jest niedziela… 6 dni do rajdu.
- No, teraz
- Co masz na myśli teraz?
- No, teraz, teraz
- Jest 22:30, a ja idę jutro do pracy.
- Ja też... na którą idziesz?
- Na 8:00
- To mamy 7,5 godziny…
- Minus dojazd
- Minus dojazd. Cieszę się, że zaczynasz rozumieć
- Nienawidzę Cię
- Wiem
(parafrazując dialog z "Imperium Kontratakuje"... jej oczy były zimniejsze niż karbonit Hana Solo)
Resztę tej historii dopowiada tytuł….
Gdzie strumyk płynie z wolna…a czas zapierdala
Czwartek i piątek przed rajdem to rozkładanie trasy. Część trasy rozłoży Tomek – głównie północno zachodnią część mapy zachodniej (Bukowno, Witeradów, Lgota i Filipowice). Resztę musimy my.
Tytuł tego rozdziału to sms jaki otrzymujemy od Moniki w trakcie rozwieszania punktów. Wysyłamy jej zdjęcie strumyczka zasilającego Czarny Staw (PKT 74), a dostajemy powyższy tekst w odpowiedzi. Monika też walczy: z bloczkami na jedzenie, z numerami startowymi, z kartami startowymi, z domykaniem wszystkich tych małych prac, z których każda zajmuje około godziny a jest ich tylko jakiś milion.
Nasz plan operacyjny jest dopracowany we wszystkich szczegółach. Pierwszy dzień to auto + rower, drugi dzień to auto + z buta. W pierwszy dzień lecimy zatem tam gdzie między punktami potrzebne są leśne przeloty (Puszcza Dulowska, Garb Tenczyński, dol. Brzoskwini, Kobylańska czy Wąwóz Półrzeczki). Drugi dzień ciśniemy tam gdzie z rowerem byłoby wolniej: Dolina Racławki, szczyty skał itp.
Czwartek: Wyruszamy z Krakowa o 5:00 rano w trójkę (z Lenonem). Na pierwszy ogień idzie Puszcza Dulowska i już wiemy, że będzie to bardzo błotnisty dzień. Wszędzie zalegają niesamowite ilości błota – o tyle, że pogoda jest piękna. W piątek ma lać cały dzień, więc chcemy dzisiaj rozłożyć jak najwięcej punktów. Lenon opracował FORMUŁĘ (dostałem zjebę, że nazwałem to algorytmem – mam się nauczyć czym różni się formuła od algorytmu…), która powie nam ile czasu zajmie nam rozkładanie całej trasy. Magiczny wzór uśrednia czas na podstawie aktualizacji danych: wystarczy wpisać Mu ile punktów rozłożyliśmy, a on „patrzy” na wprowadzoną godzinę startu, godzinę obecnie i podaje ile czasu zajmie nam rozłożenie całości.
Na razie wychodzi nam, że około 40 godzin. Lenon jest trochę niepocieszony tym faktem, próbuję Go pocieszać, że nie ma się czym martwić bo mamy 48 godzin czyli 8 godzin zapasu. Niestety nie łapie On żartu… tzn. nie łapie On, że ja mówię poważnie i to nie jest do końca żart. Punkty mają wisieć w sobotę rano i będą wisieć… choćbyśmy mieli być 48 godzin w trasie, to wisieć będą. Powiesimy je na chwałę Lorda SFAROCa.
W trasie jesteśmy do 4:30 nad ranem w piątek. Prawie 24 godzin, ale 2/3 naszej części trasy wisi. Nie widać nas pod błotem jakie mamy na sobie, ale napieramy nieprzerwanie. Ogólnie dzień w oparach absurdu bo my się cieszymy, że kolejny punkt wisi a Lenon w tle:
- wzrosło do 42 godzin, musimy przyspieszyć
- spadło do 33 godzin, jest postęp, ale dopiero jak zejdziemy poniżej 30 będzie akceptowalnie
Do domu wracamy mocno przed 6:00 rano (o 4:30 to pakujemy rowery na auto gdzieś za Krzeszowicami), łapiemy prysznic, jakieś 3 godziny snu i…
Piątek: Wyruszamy przed 10:00. Zgodnie z prognozami leje… i to tak konkretnie. Wielkie błota zamieniają się w bagna, a my napieramy z kolejnymi lampionami. My z lampionami, a Lenon w tle: „spadło, musimy utrzymać to tempo”; „rośnie, musimy przyspieszyć”, a deszcz na to KAP, KAP, KAP.
Od 18:00 to już nawet nie deszcz, ale zaczynają się śnieżyce. Prognozy są bezlitosne: Wiosenne CZARNE KoRNO stanie się Zimowym BIAŁYM i to z konkretnymi temperaturami na minusie.
Dla ciekawych: wzór prawdę powiedział. Mówił, że skończymy rozkładać trasę koło 21:00, a skończyliśmy po 20:00 więc naprawdę algo... aaa formuła była poprawna.
Tomek S. i zagadka punktu X91
Przed 21:00 jesteśmy w bazie, Monika też już jest – są też pierwsi zawodnicy i to sama ekstraklasa.
Dopada mnie Tomek Sojka i niszczy mi system. Pyta mnie czy punkt X91 to będzie „ten grób pod Chrosną”.
Próbuję zgrywać głupa, bo mi kopara do ziemi opadła. Pytam wymijająco: jaki grób?
Tomasz: No, Medwieckiego, pierwszego polskiego pilota zestrzelonego podczas II wojny światowej.
Dalsze zgrywanie głupa nie ma sensu, odpowiadam: Tak, to to miejsce.
Jestem w szoku. W komunikacie startowy napisaliśmy, że będą występowały grupy tematyczne punktów. Tomasz w ręku miał kartę startową, na której w polu X91 miał narysowany samolot, krzyż i kość. Tylko na tej podstawie rozszyfrował gdzie będzie umiejscowiony punkt X91. Szacun…. Naprawdę szacun. Nie mogę wyjść z podziwu.
Owszem Tomek mieszkał tutaj za młodu, ale ciekaw jestem ilu rdzennych mieszkańców Krakowa, takich co mieszkają tutaj lata, wie o tym grobie, wie gdzie on jest… nie wydaje mi się aby była to duża liczba. Tym bardziej, akcja jaką odwalił Tomek wbija mnie w ziemię do dziś.
MALO NAS NIE BĘDZIE choć zapowiada prawdziwa WYRYPA
Po zarwaniu nocy z czwartku na piątek, planujemy przespać się choć trochę przed rozpoczęciem rajdu, ale życie zmienia nasze plany.
Monika podaje mi numer, „który pisał” do Niej z drogi, że warunki są fatalne, wszędzie korki i paraliż i zamiast być na 21:00 w Krakowie będzie około północy. Wbijam ten numer na swoją komórkę i dzwonię do zawodnika. Jak tylko wybieram opcję zadzwoń, numer mi się identyfikuje – czyli mam go w swojej książce telefonicznej! To MALO !!! Organizator naszych ukochanych Jaszczurów. Wali do nas ze Stargardu, specjalnie na naszą imprezę, zobaczyć nasz debiut w roli budowniczych trasy. Niesamowite!!
Umawiamy się, że odbierzemy Go z dworca i zawieziemy do bazy. Ma być po północ, a więc sen poszedł się właśnie paść, ale są priorytety jak ktoś jedzie z drugiego krańca Polski specjalnie do nas. Po północy zgarniamy Go w z dworca i odwozimy do Kobylan.
W bazie są także już Aśka i Robert – organizatorzy Rudawskiej Wyrypy. Niesamowicie nam miło, że także do nas przyjechali zobaczyć naszą pierwszą trasę. Rudawska Wyrypa to także fantastyczna, trudna, górska impreza, jakich zawsze mało. Rewelacja, że Oni także wystartują na naszej imprezie.
Do domu wracamy (bo musimy - choćby po sprzęt szermierczy na warsztaty) koło 3:10 rano, a o 5:00 będziemy już wyjeżdżać. Udaje się złapać około godziny snu.
Chałwa na wysokości… nad ranem
Jest 5:30 rano kiedy przedzieramy się przez śnieg na polach w Będkowicach. Docieramy do szczytu Sokolicy i rozkładamy 120 batonów chałwy.
Zejdą wszystkie :)
Tutaj ciekawostka: Chałwa miała być w Dolinie Racławki, ale rezerwaty nie zgodziły się na punkt "Zamczysko" - taka wielka, stroma góra nad Wąwozem Zbrza. Nawet pieszego nie mogliśmy go zrobić. Nie jednak ma tego złego jak mawiają, bo dzięki temu Chałwa na wysokości była bardzo blisko bazy i dotarła do niej także trasa rodzinna. Niby powinien być to oczywisty wybór, ale gdyby nie rezerwaty, to dalibyśmy ten punkt gdzieś indziej – tam gdzie trasa rodzinna raczej nie dotarła. Wnioski wyciągnięte, doświadczenie nabyte – prawdziwe, książkowe „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.
Docieramy do bazy około godziny 6:00. O 7:15 mamy przeprowadzić odprawę, więc ruch w bazie już duży bo zaczynają docierać zawodnicy, a Ci którzy nocowali przygotowują się do startu.
Nie ma już czasu na nic. Nic nie poprawimy, nic nie zmienimy… wszystko będzie tak jak udało nam się to przygotować. Nie ma już opcji nic ulepszyć. Stres nas po prostu pożera. Zgodnie z tekstem z promo, „ten dzień miał się zapisać w pamięci pokoleń” (*). Pytanie brzmi jednak „JAK”… jak się on zapisze.
Zaczynamy odprawę… na chwałę Lorda SFAROCa !!!
W tym miejscu zaczynają się już jednak wasze historie - wasze relacje z Wiosennego CZARNEGO KoRNO. Udostępniam je tutaj, tak aby wszystkie pozostały zebrane w jednym miejscu. To Wy napisaliście kolejny rozdział tej opowieści:
Relacja Agaty
Relacja Ani (FB)
Relacja Marcina
Relacja Tomka
Relacja Bartka
Relacja Rowerowego Wielunia
Podsumowanie:
Cóż mogę powiedzieć… dziękujemy za frekwencję, która dopisała pomimo warunków. Dziękujemy za wszystkie ciepłe słowa dotyczące trasy. Dziękujemy za walkę na tejże trasie. Patrząc po waszych opiniach udało nam się podołać zadaniu, a tego baliśmy się najbardziej – czy nie zawiedziemy.
Wasz odzew jest jednak na tyle pozytywny, że wiemy już że Lord SFAROC powróci. Mimo klęski pod Kobylanami, nie został ostatecznie pokonany. Jeszcze przyjdzie Wam się z Nim zmierzyć. Pomysł na klimat kolejnej imprezy ze SFAROC’em mamy już od dawna. Narodził się jeszcze w styczniu… ale nie było wiadomo czy nie trafi on po prostu do szuflady.
Skoro jednak rajd Wam się podobał, to pomysł trafia na warsztat i będzie przekuwany w kolejną imprezę, na którą już teraz serdecznie zapraszamy !!!
Na koniec - zgodnie z obietnicą cytaty, a potem kilka zdjęć BEHIND THE SCENES :)
1) Bajka dla dzieci "Przygody Osła Teofila". Mało kto zna te schizofreniczne bajki, a warto bo za młodego to mnie przerażały. Zawłaszcza LEPIBRODA :)
2) Nazwa wycieczki po Dolince Kobylańskiej - przewodnik rowerowy z dawnych lat. Jeden z moich pierwszych :)
3) Piosenka "Na całość" zespołu POD BUDĄ
4) Wolne tłumaczenie sceny "It will be a day long remembered". Darth Vader i Wielki Moff Tarkin "Gwiezdne Wojny".









Kategoria SFA, Rajd
Wiosenne CZARNE KoRNO - "O trasie" CZĘŚĆ II
-
DST
1.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zgodnie z obietnicą przedstawiamy drugą część
naszego mini-przewodnika po trasie Wiosennego CZARNEGO KoRNO. Poprzednio
opowiedzieliśmy Wam o wielkich niewiadomych czyli o IKS’ach (X) na
mapie. Tym razem zabieramy Was w podróż po niektórych
90-tkach oraz kilku dodatkowych punktach, które nie zostały
dziewięćdziesiątkami. Nie zostały nimi - w jakimś stopniu z przyczyn organizacyjnych: mocno
by zasugerowało to konkretny wariant zawodnikom, a chcieliśmy aby to
jednak był roganing, a w jakimś stopniu z przyczyn formalnych:
brakło nam dziewięćdziesiątek :)
Pamiętajcie jednak, że fakt iż zaprezentujemy Wam
„tłuste” punkty, nie oznacza że 40-tki czy 50-tki nie są warte
odwiedzin. Bardzo zachęcamy do przejechania trasy Wiosennego CZARNEGO
KoRNO w lepszą pogodę i na spokojnie, a przekonacie się
jak wiele ciekawych miejsc skrywają Dolinki Podkrakowskie.
Gotowi? No to jedziemy
DRESSED TO THE NINES czyli 90-tki
To angielskie powiedzenie znaczy, że ktoś jest bardzo elegancko ubrany.
Takie też są to punkty - eleganckie. To eleganckie punkty na mniej
mroźne czasy. Każda 90-tka także do Was przemówiła.
Niektóre z tych punktów służyły Lordowi SFAROC’owi, niektóre chciały
uciec z pod jego władzy, a jeszcze inne opowiadały Wam swoja historię.
PKT 90 Dąb w ruinach zamku
Ruiny zamku w Dolince Kluczwody. Z samego zamku niewiele zostało, ale skała na której stał nadal tu jest i nadal jest stroma.
To też miejsce gdzie oświadczyłem się Basi – nie ma to jak zaczynać nowe życie na ruinach życia kogoś innego :)
Niegdyś dom mój oparty na skale,
wysoko nad potokiem kluczącym w dolinie
dziś mego zamku, nie ma już wcale
a serce w niewoli, po trochu wciąż ginie...
Dziś mówisz, że wolność jest blisko
Ciężko mi jednak wziąć to na wiarę,
ale czoło pochylę przed Tobą tak nisko,
gdy SFAROC z twej ręki poniesie karę
Pomścij krzywdy mi wyrządzone
siłą męstwa czy też oręża
oddam pół królestwa - córkę za żonę
albo - jeśli tak wolisz - syna za męża...
Nie za bardzo jest jak objąć obiektywem to miejsce - poniżej widok ze szczytu skały, na której znajdują się resztki zamku:
PKT 91 Grodzisko 502
Jeden z najwyżej (obok Zamku Ogrodzieniec)
położonych punktów na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. W czasie II wojny światowej
stała tutaj wieżą radiolokacyjna Luftwaffe – polecam przeczytać o tym tutaj.
W słup na skale przemieniony
SFAROC klątwą mnie obłożył
trwam tu lata niezmieniony
obym jutra już nie dożył...
Widzę lasy, ptaki, drogę
wiatr mnie chłosta bezlitośnie
ruszyć jednak się nie mogę
i tak cierpię tu bezgłośnie
Niemym świadkiem losów świata
wielu z Nich ja nie rozumiem
czemu strzelał brat do brata
dziś powiedzieć już nie umiem
Wielka wojna kiedyś trwała
do niej zawsze człowiek skory
wtedy wieża tutaj stała
dziś zostały z niej podpory
Tyś rycerzem, wybawieniem
za swą chwałą - w biegu zwolnij
bądź mi moim wyzwoleniem
bierz mój lampion - mnie uwolnij

PKT 92 - Szczyt Sokolicy
CHAŁWA NA WYSOKOŚCI. Wielu myślało, że to literówka a tu niespodzianka. Rozeszło się tutaj 120 batonów chałwy!!
Przepiękny punkt widokowy na Dolinę Będkowską. Kto z Was zobaczył kapliczkę na środku pionowej ściany tej skały?
Chwała Lordowi Dezorientu
albo chałwa, co osłodą koszmaru
na talię popatrzcie bez sentymentu
częstujcie się dzisiaj i bez umiaru
Na szczycie tej skały umieściliśmy chałwę :)

PKT 93 - Skała „Dupnik”
Skała z fantastyczną pieczarą, gdzie jest przygotowane miejsce na ognisko :)
Można grillować w skale, a do tego wnęka gdzie był lampion, łączy się pieczarą – czyli mamy tajne wyjście z pieczary :)
Nikt niestety nie zdołał odwiedzić Dupnika.
SFAROC nazwał tą skałę DUPNIKIEM
uwięził mnie potem w jej bocznej wnęce
żeś mnie uwolnij - toś twardym zawodnikiem
więc dziurki w swą kartę otrzymasz w podzience

PKT 94 - Krzyż morowy
No perełka w koronie naszej trasy. Krzyż
upamiętniający epidemię cholery w Filipowicach. Niegdyś stał przy
drodze, ale obecnie droga biegnie inaczej i krzyż stoi pośrodku
mrocznego lasu. Robi niesamowite wrażenie. Nieopodal, po drugiej
stronie drogi znajdują się również mogiły choleryczne.
Wygnany na miasta rubieże,
przy drodze, co w lesie zanikła
czekamy aby - Orientu Rycerze
krew z ran waszych dziś sikła
Weź mnie i przyłóż do ciała
pozwól musnąć twoje krwotoki
aby bakteria co dotąd spała
cichutko przenikła do twojej posoki
Zanieś do studni ją potem
tam, gdzie woda w słońcu się mieni
i niczym diamentem lub złotem
raduj - mego Pana - zarazą na ziemi...
PKT 95 - Wąwóz Karniowicki
Ogromny, ale to naprawdę ogromny i stromy wąwóz.
Punkt oczywiście na dnie, przy rozwidleniu strumieni – tak aby trzeba
było wytyrać z powrotem pod górę, tą pionową ścianą :)
Otoczony tym wąwozem
trwam tu lata uwięziony
raz upałem, a raz mrozem
często bywam kaleczony...
Strome ściany - me przekleństwo
żyję tutaj więc bez słońca
z każdym dniem, wciąż w szaleństwo
spadam głębiej i bez końca...
Nim w mroku zgaśnie twój głos
i postać twoja mnie tu zostawi
zadaj w me serce ostatni cios
niech śmierć mnie z koszmaru wybawi...
I ponownie nie da się objąć tego wąwozu, tak aby było go widać. Tutaj samo jego dno, a w to, że jego ściany są strome musicie uwierzyc na słowo. Ci, którzy tam byli powiedzieli mi, że powinien być za 190 pkt a nie za 90 :)
PKT 96 - Zagajnik
Punkt widokowy na Zamek TENCZYN w Rudnie
Sam nie wiem kiedy kochałem ten zamek bardziej: czy
wtedy gdy był ruiną i chodziliśmy nocą z pochodniami po murach i wieży,
czy teraz gdy już tak chodzić nie można, ale jest przepiękny i
majestatyczny.
Witaj w Zamku - Królu Złoty
To teraz SFAROC'a twierdza
choć do punktów masz ciągoty
na twej karcie będzie nędza
SFAROC zamku już nie zwróci
sił Ci na to nie wystarczy
a do bazy sam nie wrócisz
lecz zaniosą Cię na tarczy...
PKT 97 - Stara Tama na Kozim Brodzie
O Kozim Brodzie to Wam kiedyś muszę opowiedzieć w
osobnym wpisie. Na razie niech niech wystarczy Wam informacja, że szlak
wzdłuż Koziego Brodu jest niesamowity. To już ziemie pod Bukownem, a
one skrywają wiele tajemnic.
Kozi Bród tutaj wpływa
do jeziorka pośród drzew
usłysz jak Cię tutaj wzywa
piękny ptaków dzisiaj śpiew
Westchnij tutaj parę razy
czasu dość jest jeszcze przecie
po co spieszyć się do bazy
zostań z nami, w naszym świecie
Tu zapomnisz swe zmartwienia
Kim jest SFAROC? O kim mowa?
oto szczypta zapomnienia
i twa dusza już gotowa...
tu nie zaznasz nigdy łez
daj omamić się błogości
zostań z nami aż do kres
NIECH TU ZGNIJĄ TWOJE KOŚCI...
Inne perełki w ARAMIS’owej koronie.
PKT 72 Awen – Przesmyk skalny
Jaskinia Awen (studnia) w
Dolinie Szklarki. Awen to nazwa samej jaskini, a właściwie dwóch Szeroki
Awen oraz Głęboki Awen. Ja roboczo całą górę/garb tak nazywam.
Niesamowicie strome podejście pod wielki krzyż na szczycie, a tam wąski przesmyk skalny z kolejną skrytą kapliczką pośrodku.
Punkt dla wielu trudny bo szukaliście w szerokim
przejściu między skałami sporo poniżej szczytu i krzyża, a trzeba było
iść wyżej. Aż pod sam krzyż i tam był właściwy, wąziutki przesmyk
skalny. Cieszę się jednak, że wiele osób odwiedziło
to nietypowe miejsce. Jest ono „lekko creepy” czyl dokładnie takie jak
lubię.
PKT 81 Cebulowa – wielka skała w Dolinie Będkowskiej.
Mega stromy niebieski szlak z charakterystycznym
zygzakiem. Tyrać to pod górę to naprawdę fajna zabawa, a i jakie widoki
ze szczytu.
Jak zjeżdżacie niebieskim do Doliny (nie w stronę
Lidaru), to w gęstym lesie są ruiny ogromnej tamy!! Ogólnie ta ścieżka
przez las jest dzika – wąska i bardzo mroczna. 

PKT 84 - Wąwóz Zbrza
Potężny i stromy wąwóz w Dolinie Racławki. Naprawdę można się poczuć jak w górach, zarówno na podejściu jak i na zejściu.
Cieszę się, że tak wielu zawodników dotarł do mojej ukochanej Dolinki :)
Questy (zadania) dodatkowe – nikt nie zdobył Korony Królów ani tytułu Jurnego Oblatywacza.
(Jurny od Jury a nie od chuci!!).
Przyznaliśmy
jednak kilka tytułów Kolekcjonera Kości oraz nowy dyplom za
ROZDZIEWICZENIE KRYSTYNY, dla ekipy Rowerowego Wielunia, która pierwsza
dotarła na ten punkt (PKT 66 - Szyby Krystyny) czyli w miejsce dawnej
kopalni. 
Jedno jest jednak pewne. W postanowieniach
końcowych regulaminu napisaliśmy, że „Rajd Was sponiewiera” i chyba
pogoda wzięła sobie do serca te słowa. Wydaje mi się zatem, że
dotrzymaliśmy słowa: rajd Was sponiewierał.
Na koniec mały Bonus. Jest jeszcze jedna dolinka, która
nie zmieściła się na nasze mapy. Dolinka Mnikowska. Jeśli spodobały Wam
się Dolinki Podkrakowskie koniecznie odwiedźcie i tą. Trzy tygodnie
godziłem się z myślą, że Mnikowska nam nie wejdzie
na mapę. Zapytajcie Basi i Moniki jaki odchodził lament za Mnikowską.
Nawet wierszyk dla niej był gotowy.
Malowidło na skalnej ścianie,
piękne że nie oderwiesz oczu
czeka Cię tutaj małe zadanie
ile krzyży znajdziesz na zboczu?
To tyle na dziś. Ten wpis zamyka podsumowanie trasy jako takiej, ale nie ma jeszcze relacji z samego rajdu i przygotowań - okiem organizatora. Bądźcie czujni. Może i takie coś się pojawi, a jeśli tak to uwierzcie, że niektóre akcje to była kupa śmiechu... czasem z przewagą kupy, ale nadal śmiechu :)
Kategoria SFA, Rajd
Wiosenne CZARNE KoRNO - "O trasie" CZĘŚĆ 1
-
DST
1.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
No i po Wiosennym CZARNY KoRNO. Mógłbym tutaj opisać z jakimi problemami się
borykaliśmy, ile przeżyliśmy kryzysów (np. trasę rodzinną zmienialiśmy w
100% na tydzień przed rajdem – a przez 100% mam na myśli 100% !! Chyba
nie chcecie wiedzieć jak wyglądała trasa rodzinna
na początku...).
Niestety warunki jakie przyszły na pewno skróciły warianty wszystkich zawodników. Innymi słowy zrobilibyście więcej kilometrów, gdyby nie nagły atak zimy. Z drugiej strony, to niesamowite błoto w którym tonęliśmy w czwartek i piątek rozkładając trasę, choć trochę stwardniało, a dodatkowo klimat rajdu zrobił się jeszcze bardziej SFAROC’owy. Mroczny Lord nie pozwolił łatwo wydrzeć sobie swoich ukochanych lampionów.
Jakąkolwiek by przyjąć interpretację, fakt pozostaje faktem – nie zobaczyliście tyle trasy, ile byśmy sobie życzyli.
Nie opiszę tutaj każdego punktu, bo była ich ponad 100 ale wiedzcie, że:
Pkt X (obiekty) – to były miejsce które bardzo chcieliśmy Wam pokazać
PKT 90 i 80 – to także miejsca, które bardzo chcieliśmy abyście odwiedzili
Waga punktu nie zawsze oznaczała jego trudność, ale miała Was tam przyciągnąć.
Kocham Dolinki Podkrakowskie – w końcu wychowałem się w tych lasach i na tych skałkach. Przetyrałem je tysiące razy z rowerem, gubiłem się tam dziesiątki razy, przedzierałem na szagę i na rympał, a mimo wszystko nadal odkrywam w nich nowe miejsca i obiekty – takie moje IKSy na mapie.
Pozwólcie zatem, że w przybliżę Wam kilka – najważniejszych dla mnie – punktów z trasy.
Część z nich, wielu z Was odwiedziło – na części były 2-3 osoby tylko, a części nie odwiedził nikt.
Wyjaśnię także kilka rzeczy, które wzbudziły zdziwienie czy kontrowersje. Gotowi? To zaczynamy. Zapraszam Was w podróż po skarbach tej ziemi, którą ukochałem.
Dzisiaj punkty X, a w drugiej części opowiem Wam o 90-tkach :)
WIELKIE NIEWIADOME czyli CZYM BYŁ X W RÓWNANIU
X91 – Krzyż Kapitana Medwickiego.
Pierwszy polski pilot zestrzelony w II wojnie światowej – 1 września 1939. Krzyż stoi w miejscu, w którym spadł jego samolot.
Jeśli macie w swoim mieście ulicę jego imienia, to już wiecie kim On był.
Gdy Kraków ogarnęła trwoga,
na pełnym ciągu opuścił lotnisko.
Dosięgły go tutaj pociski wroga...
Jaki nosił stopień, jak miał na nazwisko

X92 - Pomnik w Żuradzie.
Wraz z Kpt Medweckim w powietrze wyszedł również inny pilot – Władysław Gnyś. Jemu udało się uniknąć zestrzelenia i chwilę po potyczce nad Chrosną/Morawicą, w której to zginął kpt. Medwecki, dopadł On nad Żuradą 2 niemieckie Dorniery. Resztę dopowiada Wam wierszyk. Jest to także pierwsze polskie zestrzelenie niemieckich maszyn w II wojnie światowej.
Gdy wojnę przyniósł nam los i czas,
tutaj zdobyliśmy pierwsze zestrzelenie
powie Ci o tym pamiątkowy głaz
ile Dornierów strącono wtedy na ziemię...

X84 – Pomnik Lotnika
Domknięcie Tryptyku Lotniczego naszej trasy. Pomnik upamiętniający Stanisława Chałupę – asa lotnictwa polskiego, który brał udział w walkach na zachodzie i zestrzelił kilka maszyn wroga. Pochodził z małej miejscowości Zalas.
ZALASem - mały pomnik stoi
lotnika co przestworza zdobywał
Rycerza, co śmierci się nie boi
wspomnij proszę: jak się nazywał...

X83 – Ruiny Owczarni
Urokliwe ruiny, o których można poczytać więcej tutaj
Owczy lament po utraconym domu,
słychać tutaj już zawsze będzie
żałować ich - nie ma już jednak komu
przeto policz otwory w ściany górnym rzędzie...

X82 – Brama Siedlecka
Zabytkowa brama, która prowadziła do Klasztoru w Czernej. Chwilę później ruiny Diabelskiego Mostu, przy którym trzeba przejść kierując się tutaj.
Uciekając z tych lasów upiornych,
na ledwie żywych ze strachu koniach
znajdź bramę dóbr przyklasztornych
co dzierżą postacie w swych dłoniach?

X81 - Kapliczka Boża Męka
Piękna, bardzo stara (1659), ale i lekko upiorna kapliczka pośrodku bezkresnych pól. W dniu Czarnego Korno, gdy wszystko przykrył śnieg, wyglądała niesamowicie. Przejeżdżałem tam zwożąc z trasy Jarka, który poprosił o transport i taki obrazek: Biel, nieskazitelnie biały horyzont i smukły kształt kapliczki wysokiej niemal do nieba… i nagle! ciemno ubrana postać sunąca przez zamieć śnieżną. Od kapliczki w moją stronę. To Bart ze Zdezorientowanych walczący ze śnieżycą. Niesamowity obrazek w niesamowitym miejscu.
Boża Męka - kapliczki tej imię,
wyniesionej wysoko pod chmury
odczytaj jaka - i w lecie, i w zimie
najstarsza data zdobi marmury

X80 – Bukowe Schodki
Dzika i ukochana przez mnie Dolinka Szklarki. Strome zbocza i wysokie skałki… drogi wspinaczkowe z nazwami z Muminków.
Oto przed Tobą kolejne zadanie
Znowu w kartę wpisać coś trzeba
Kto schody wziął w posiadanie
Odpowiedzi szukaj przy kikucie drzewa

X74 – Brama Zwierzyniecka
Do podkrakowskich lasów wchodzi się po królewsku, przez Bramę Zwierzyniecką
Ptaki, harty i jelenie
Przelicz rzeźby - INO sprawnie
potem przez sumę LUB mnożenie
ułóż równanie - byle poprawnie
Przypominamy niektórym, że równanie charakteryzuje znak "=" i odpowiedź 2+2+4 nie jest równaniem :P

X73 - Pomnik bitwy pod Szklarami podczas Powstania Styczniowego.
Ten punkt wywołał trochę konsternacji, bo rzeczywiście mogłem napisać nie pomnik, ale TABLICA INFORMACYJNA. Byli jednak tacy, co natychmiast wiedzieli co zrobić. Byli jednak i tacy, co wsłuchiwali się w wicher i odgłosy doliny (np. piła spalinowa sąsiada). Wiersz na tablicy informacyjnej zdradza, że w ciemnościach nie usłyszysz nic innego jak „syk węży”.
Niegdyś krwią te zbocza splamione
stąpaj ostrożnie po czaszkach i kościach
zamknij na chwilę swe oczy strudzone
jaki dźwięk usłyszysz w ciemnościach?


X72 – Kapliczka skalna w Dolinie Kobylańskiej
Kapliczka ta powstała na pamiątkę objawień jakie ponoć miały tutaj miejsce. Nie są one wprawdzie uznawane przez Kościół, ale lokalna społeczność wierzyła, że miały miejsce i kapliczka jest upamiętnieniem tych wydarzeń.
Całkiem serio i bez ściemy,
a tacy będziemy okropni,
że przeliczyć Wam każemy
ile tu prowadzi stopni...

X71 – dawna granica zaborów w Dolinie Kluczwody
Tutaj przebiegała granica zaborów rosyjskiego i austriackiego, czego upamiętnieniem jest pamiątkowa tablica. Miałem dwa wierszyki o tym miejscu i dwa różne zadania. Finalnie wygrał w głosowaniu ten z głowami orłów, bo ja wołem inną zagadkę – postaci:
Granice to aspekt niestety niestały
i nie ma za bardzo na to lekarstwa,
powiedz w jakich latach tutaj one przebiegały
oraz jakie dzieliły mocarstwa?
Pojawił się jednak ten:
Nie wyrazi 1000 słów,
bólu tamtych dni i czasów
podaj liczbę orlich głów
nad wodami, pośród lasów...

X70 – Skała Kmity
Potężna skała w Lesie Zabierzowskim, z którą związana jest legenda o Rycerzu Kmicie i Księżniczce Bonerównie (skałki jej imienia także znajdziecie i to niedaleko stąd).
Wiecie jak jest: złamane serce, skalne urwisko, Newton F=m*a, spadek swobodny v = pierwiastek z (2*g*h)…
ech ten romantyzm… nie potrzeba „mędrca i szkiełka”, aby stwierdzić co tu się stało.
Wystarczą słowa Juliusza C „kości zostały rzucone”. Ja dodam, że z wysoka
Jesteś doprawdy niczym Kmita mężny,
skoro dotrzeć tutaj nie brakło Ci pary,
powiedz CZYM był ten rycerz potężny
i czymże On gromił Tatary

X62 – Cmentarz leśny w Dębniku
Leśny cmentarz choleryczny z mogiłami także i z I wojny światowej. Dziś oznaczony i w miarę zadbany, niegdyś bardzo złowieszcze miejsce na żółtym szlaku pomiędzy Dolinką Eliaszówki oraz Dolinką Racławki. Kiedyś do ostatniej chwili nie był widoczny wśród drzew i krzaków i wchodziło się na niego nagle… można było naprawdę się przestraszyć.
Spójrz na żniwo wojny i zarazy,
co przerwały niejednego życia bieg
licz uważnie, jeśli trzeba dwa razy
ile krzyży, co zimę, pokrywa śnieg...

X61 – Pomnik zamordowanych w Radwanowicach
Wieś odznaczona Krzyżem Walecznych. O historii tego zdarzenia można przeczytać tutaj.
Błyskawice i czaszki zdobiły mundury,
a po ich rękach niewinna krew spływa,
ile istnień postawili pod mury,
rozstrzeliwując wieś, co była szczęśliwa...

X60 – Krzyż Milenijny
Świetny punkt widokowy na Kopalnie w Dubiu. Dobre, strome podejście aby przetyrać zawodników, a i ciekawe miejsce z industrialną panoramą.
Noc i dzień kamień kruszy,
tak Go skazał los mizerny,
krzyż Mu pocieszeniem duszy
napisz jak jest stary głaz węgielny...

X53 – pomnik PRA Żaby w Czatkowicach.
Czatkobatrach Polonicus – najstarszy opisany płaz bezogonowy półkuli północnej. Nazwa pochodzi o miejsca znalezienia – kamieniołomy nieopodal Krzeszowic. Co tam łacińska nazwa i nauka, mamy tutaj strasznie fajny pomnik sympatycznej ŻABY siedzącej na kamieniu. Ja się już dawno w nim zakochałem :)
Mała osada, pośród leśnych zboczy
Nawet czas tutaj niczego nie zmienia,
Wyostrz teraz swe zmęczone oczy
jaki Zwierz strzeże kamienia?


X52 – Źródło Św. Eliasza
Niesamowite Źródło w Dolinie Eliaszówki.
Aspiracje masz do pudła?
Ale czy historia Ciebie wspomni?
Szkicuj prędko kształt więc źródła
lecz o schodach nie zapomnij

X51 - Kopiec Bzowskich
Pomnik właścicieli wsi Będkowice w XVII i XIX wieku – Ojca i Syna. Ojciec był burgrabią krakowskim, a syn oficerem w armii Księstwa Warszawskiego, adiutantem samego księcia Józefa Poniatowskiego. Imię starszego z rodu brzmiało HIACYNT. Już chyba wszystko jasne, jeśli chodzi o zagadkę.
Oto mogiła co o wspomnienie prosi,
tych, którzy mieli tutaj swój świat
A Ty powiedz - jakież imię nosił
Ojciec z Będkowic - ziemi tej kwiat

X50 – Skała przy Jaskini Łabajowej
Kultowe miejsce wspinaczy w Dolinkach Podrakowskich. Na tych skałach wznaczono około 100 różnych dróg wspinaczkowych. Ta z zagadki ma nazwę ”Jęki Królika”
Ranią palce szukając uchwytu,
wciąż wyżej i wyżej, niemal do Boga
Nowe trasy - ich powód zachwytu
jaką nazwę nosi 53-cia droga?

X41 – Kolumna w Nowej Górze
Nowa Góra to niewielka ale dość stara miejscowość. Jej historię opowiada nasza zagadka – a krzywdy, o których mowa to szkody górnicze poczynione w tej okolicy. Kolumna stanęła tutaj z woli króla Jana Kazimierza.
Za swe krzywdy - prawo jarmarku
otrzymała ta miejscowość dumna
Przeto powiedz z czyjej to woli w tym parku
stanęła ta oto kolumna...

X40 – Kruk na fontannie w Czerne
Klasztor w Czernej. Rzeźba kruka na fontannie.
Na laurach nigdy nie siadaj,
chcąc skończyć z dobrym wynikiem
prędko mi więc odpowiadaj
kto jest źródła strażnikiem...

To tyle. To wszystkie X na trasie.
Niedługo zabiorę Was na wycieczkę po 90-tkach, które jak pewnie zauważyliście mówiły do Was :)
Kategoria SFA, Rajd
Rajd Wilczy 2018
-
DST
125.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
O klęsce to będzie później i to całkiem sporo, ale na razie o urodzaju.

Do tego wszystkiego dojdzie jeszcze króciutki prolog biegowy na rozbicie stawki. Zdajemy nasze przepaki, witamy się ze znajomymi ekipami... jeszcze pamiątkowe grupowe zdjęcie i ruszamy w noc, bo właśnie wybiła północ.
WYWIEDZENI W POLE PRZEZ PANA PORAŻKĘ
- Co Pan tu robi po nocy?
SIEKIERA W RYBNIKU I PIERWSZE ZNAKI KLĘSKI
Jedziemy w kierunku Rybnika. Musimy przejechać całe miasto ze wschodu na zachód. Średnio podoba mi się ten pomysł - naprawdę nie można było poprowadzić tras dookoła miasta? Do tego powietrza nie da się kroić nożem, trzeba je rąbać siekierą - taki tutaj mamy smog. Kraków to są tężnie przy tym co tutaj zalega. Jedzie się koszmarnie. Naprawdę nie rozumiem dlaczego ciśniemy po Rybniku a nie gdzieś po lasach.
W pewnym momencie ciśniemy czymś na kształt głównej na mapie i nagle znak "ślepy zaułek za 400m". Sprawdzamy na mapie: no nie, tu powinien być przelot główną na wprost. Żadnej info, że roboty czy remont: po znak prostu ślepy zaułek. Spędzamy chyba z 5 minut na debacie, co robić. Pchać się w ślepy (rowerem może da się przejechać) czy też wybrać objazd. W bazie mówili coś o jakiś robotach i braku przejścia nawet dla pieszych - nie wiemy czy to o tym miejscu mówili, czy nie, ale wybieramy objazd. Okaże się to dużym błędem. Wszystkie inne ekipy przelecą tędy, a my pojedziemy na około. Do tego zgubimy się w uliczkach osiedlowych, potem ucieknie nam skręt w lewo, który powinien być normalnym skrzyżowaniem, a będzie ścieżką między płotem a murem. Tym sposobem, nasz dojazd na drugi punkt to jakaś spektakularna porażka... pół godziny w plecy na bidę. Albo i więcej. No nie idzie nam dzisiaj...
Nie spotykamy żadnych ekip na punkcie, a przecież to dopiero początek trasy i zawsze na pierwszych punktach ktoś się napatoczy, nim rozciągną się marszruty. Żadnych świateł, żadnych ekip. Jesteśmy ostatni. Dzięki naszym dwóch super wariantów jesteśmy ostatni. Fantastycznie... po prostu fantastycznie. A wszystko przez jeden znak na drodze... przez jeden cholerny znak.
KAJAKIEM PO RYBNIKU CZYLI TRYB LODOŁAMACZ
Docieramy nad Zalew Rybnicki. To przepak przed/po kajakowy. Rowerów tutaj dziesiątki... wszyscy dawno popłynęli, a obsługa punktu potwierdza nam, że jesteśmy jedną z ostatnich ekip. Ech...
Nagle ktoś dopływa. To hardcore'y z AR Team Polska - właśnie skończyli etap kajakowy (który nam zajmie ponad za moment 2h). Oni są niesamowici...
Jest noc, temperatura spadała do około 0 stopni - to jednak bardzo wczesna wiosna. Włazimy do kajaków i ruszamy w noc. To nie nasz pierwszy raz nocą na kajakach, ale pierwszy raz "w śniegu" i w lodzie. Mamy tutaj 4 punkty do zebrania: jeden "zwisa" z mostu, drugi umiejscowiony jest na wale, dwa ostatnie na brzegach.

Nad niektórymi częściami jeziora zapadła gęsta mgła, bardzo gęsta - widoczność spada do około 3-4 metrów. Płyniemy w bieli, którą intensyfikuje promień czołówki. Jest niesamowicie, ale przez totalny brak widoczności, płyniemy trochę zygzakiem, ciągle musząc korygować kierunek z kompasem. Bez punktu odniesienia nawigacja jest hardcore'owa. Nagle huk, wbiliśmy się w lód. Ostro, jest go tutaj nadal sporo. Nie dość, że pływają kry, zalegają duże rozłożyste połacie lodu na niektórych partiach jeziora. Musimy przebijać się przez niego. Niektóre kawałki ustępują pod wiosłem i pod dziobem, ale niektóre są bardzo grube i trzeba je wymijać. To bardzo ciekawe doświadczenie posługiwać się kajakiem jako lodołamaczem.

Zbieramy wszystkie punkty, co okaże się kolejnym błędem z punktu widzenia całego rajdu - przygoda na kajakach była super, ale należało zebrać dwa punkty i wracać, bo zebranie wszystkich czterech kosztowało nas bardzo wiele czasu. Mówimy oczywiście, o założeniu że nie zrobimy całej trasy.
Wracamy i obsługa nas informuje, że ekipy za nami zebrały dwa punkty i wróciły. Teraz jesteśmy naprawdę ostatni. Owszem, mamy dwa punkty więcej, ale przed nami cały dzień jeszcze, a na etapach biegowych, których my na pewno nie zrobimy w całości, jest po nawet po 8 punktów. W dwie godziny, które zjadły nam kajaki, tam można szybko złapać więcej punktów niż 2. Super przygoda w trybie lodołamacza, ale taktycznie to polegliśmy... teraz to już naprawdę jesteśmy ostatni. No nie idzie nam dzisiaj... tak cholernie nie idzie. Pan Porażka macha nam z kajaka obok.
"3 KOLORY: NIEBIESKI" CZYLI RYBNIK DA SIĘ LUBIĆ




KAMIEŃ PRZYJACIELA (ZAMARZNIĘTEGO) LASU
Niebieski szlak wprowadza nas w etap RJnO – głęboko do lasu. Jest tuż po świcie słońca i zrobiło się naprawdę pięknie. Las jeszcze nie poczuł wiosny, bo zarówno drogi jak i jezioro skute są lodem. Zamarznięte drzewa wyglądają niesamowicie.


A do tego cisza, jest koło 5:00 rano – nikogo. Punkty etapu RJnO są świetne bo zabierają nas w podróż po tym skutym lodem lesie. Odwiedzamy takie miejsce jak Kamień Przyjaciela Lasy – leśnika, zasłużonego dla tego obszaru. Lubię takie miejsca. Potem polana z tablicami informacyjnymi kim było, co zrobił, potem skrzyżowanie zamarzniętych strumieni, a ostatni z punktów to nie-do-końca zamarznięte bagno. Bardzo nas cieszy, że po fatalnej części w Rybniku, rajd zabrał nas w tak fajne miejsca.
Aż żal opuszczać ten las, ale trzeba jechać dalej – kierujemy się na kolejny odcinek specjalny: pierwsze BnO


PAN PORAŻKA LUBI WĄWOZY
Zostawiamy rowery i plecaki obsłudze punktu, bierzemy mapę i idziemy. Zaczynamy atak tego etapu od eksploracji ogromnych wąwozów. Włazimy głęboko i szukamy ukrytego tam punktu – gdzieś w jednej z dziesiątek odnóg. Robi się tutaj istna wąwioziada.
Odmierzamy się z mapy, nawigujemy po rzeźbie terenu i wpadamy… na Pana Porażkę. Siedzi przy lampionie i nam macha.
- Co Pan tu robi?
- Lampion znalazłem.
- No my też, zgodnie z mapą, zgodnie ze sztuką.
- No ale ja go podbiję, a Wy nie,
- Czemu?
- A na czym?
K***A !!!!! Straszliwa inkantacja przewraca drzewa, kruszy skały i kamienie. Karty startowe... Karty startowe zostały przy plecakach. Postanowiliśmy zostawić plecaki i iść na lekko ten kawałek. Wiedziałem, że to zły pomysł – zostawiłem mojego żółtego przyjaciela, to mam teraz co chciałem. Tak to się wybrać do lasu bez plecaka. Wracamy z buta na punkt przepaku, do rowerów.
Nadróbmy trochę, przyspieszmy, poprawmy nasz wynik. TAAA… tośmy nadrobili ale kilometrów i przyspieszyli, ale nasz upadek.
Wracamy na przepak – w ciszy. Bierzemy karty startowe – w ciszy. Wracamy do lasu – w ciszy.
Obsługa punktu dobrze odczytał naszą mowę ciała. Zadanie pytanie postaci „czego szukacie w plecaku” mogłoby ich kosztować życie. Ich i dwóch wiosek nieopodal. Dostrzegli jednak, że bierzemy karty i wracamy w las. Nasz wzrok się spotkał – rozumiemy się bez słów. Wracamy do wąwozów w ciszy. Pana Porażki już tam nie ma. Polazł gdzieś dalej. Zbieramy punkt i idziemy dalej. Reszta punktów nawigacyjnie nam poszła już od kopa, acz nie zrobiliśmy całego etapu – robi się coraz bardziej krucho z czasem bo jest południe, a przed nami jeszcze kawał drogi. Albo z 6 kawałów, jak odwalimy podobne numer. Cała przygoda kosztowała nas kolejne, niemałe już straty czasowe. Niemniej swojskie klimaty bo prawie jak Zabierzów:


Gdy wracamy z BnO, jesteśmy ostatni. Tylko nasze rowery leżą na punkcie przepakowym. Nikogo oprócz obsługi punktu. Fakt ten dobija nas psychicznie, ale wskakujemy w siodła i ruszamy w pościg.
„…CIĘŻKO BYŁO ZNALEŹĆ W SOBIE SIŁĘ, WBREW PRZECIWNOŚCIOM, BEZ SŁOWA ZACHĘTY” (b)
Jest piękny słoneczny dzień. Zrobiło się naprawdę ciepło. Zimowe rękawiczki i buffy lądują w plecaku. W nocy było zimno, ale teraz w południe to jest bajka. Piękny dzień… na klęskę. Lepszego nie znajdziecie.
Od zalewu Rybnickiego rajd prowadzi przez bardzo ładne miejsca, tylko czemu jesteśmy ostatni...
„Jesteś ranny, Mistrzu Yoda? -Tylko moje ego, tylko moje ego” (c)
Tyle popełnionych błędów, jak jakaś przedszkolna ekipa… błędów zarówno tych głupich jak i tych, z których ciężko wyciągnąć sensowne wnioski – bo co, czy mamy teraz ignorować wszystkie znaki typu ślepy zaułek? To ma być rozwiązanie?
Dopada nas też zmęczenie – zarwana noc, poprzednie przespane pod 3-5 godzin (domykamy prace nad Wiosennym CZARNYM KoRNO, więc naprawdę mało śpimy). Nie skarżę się – bawimy się świetnie robiąc trasę KoRNO, rzekłbym że fantastycznie. Ja się jaram jak Londyn w 1666, że robimy ten rajd, ale także stwierdzam fakt – śpimy mało, bo jest to niemałe przedsięwzięcie. Teraz wychodzi zmęczenie, dopada nas kryzys, a liczba popełnionych błędów bynajmniej nie poprawia naszego samopoczucia.
- Ech, Szkodnik, jest dziś fatalnie.
- jedź, k***a i cisza!
No dobra, słowo zachęty jednak się znalazło. Kochany Szkodnik. O wiem, włączę sobie wiesz poleceń – tam znajdę znak zachęty. Moją duszę uleczy DR. DOS :)
"PAN Z WAMI! I OGRÓD JEGO. MROCZNY, BUJNY OKRUCIEŃSTWEM" (d)
Docieramy do kolejnego przepaku – tym razem w ogrodzie botanicznym. To jeden z największych ogrodów botanicznych w Polsce – świetna sprawa, tutaj punkt przepakowy. Tutaj także spotykamy wielu zawodników trasy OPEN, który mają tutaj kilka zadań do wykonania. Ruszamy na eksplorację zakamarków ogrodu i niemal natychmiast spotykamy Kamilę i Filipa, którzy startują dzisiaj właśnie na trasie OPEN. Częstują nas cukierkami (mieszanka krakowska !! ROAR !!! ), co dobrze wpływa na nasze morale – a to dość ważne dzisiaj, o czym już chyba wiecie.
Zbieramy wszystkie punkty w ogrodzie i lecimy na zadanie specjalne – tyrolka. Trzeba na linach przeprawić się na drugą stronę przepaści. Super sprawa – obsługa zapina nas w uprzęże, karabinki i zrzuca w przepaść. Połowę trasy pokonujemy dzięki grawitacji, a potem trzeba już wyleźć w górę samemu.



Obsługa jest genialna: żywiołowa, pełna pasji, widać, że Ich cieszy to co robią.
Nawiązuję się nawet dialog:
Instruktor: Wiecie, to strasznie fajne. Mógłbym to robić cały dzień
Basia: Zrzucać ludzi w przepaść, tak? Rozumiem. Naprawdę Pana rozumiem.
Łącznie łapiemy 5 z 8 punktów na tym etapie i wracamy na przepak. Czas zaczyna nas coraz mocniej gonić.
POWRÓT PANA PORAŻKI
Wyjeżdżamy z ogrodu i ruszamy w kierunku bazy. Mamy do złapania jeszcze kilka punktów rowerowo oraz jeszcze jeden etap pieszy do zrobienia. Na etap pieszy poświęcamy 20 min, łapiąc dość szybko 4 punkty – cisnąc przez las totalnie na azymut. Chwilę potem uciekamy bo zostało nam niewiele ponad godzinę i trzeba kierować się do bazy.
Jako, że przyspieszyliśmy na ostatnich etapach, to wyprzedzamy kilka drużyn i nie jedziemy ostatni. Niemniej, uznajemy że jest to bez większego znaczenia ponieważ inne ekipy NA PEWNO mają komplet punktów na etapach pieszych, a tym samym mają większą od naszej sumę punktów. Czemu tak założyliśmy – ba czemu byliśmy tego tak straszliwie pewnie? W sumie to nie wiem tak naprawdę…

Atakujemy dwa ostatnie punkty – na pierwszym mamy pecha: to co na mapie jest fajną ścieżką, w rzeczywistości urywa się nagle w jakimś młodniku i zaczynamy przedzierać się na dziko przez krzory. Nawigacyjnie jesteśmy idealnie, ale przedzieranie się na dziko kosztuje nas prawie 20 minut walki z wiatrołomami. Finalnie docieramy na punkt i lecimy dalej… droga na kolejny to jedno błoto. Gęste i lepkie. Kawałek, który normalnie pokonalibyśmy w 5-7 minut zjada nam kolejne 20. Robi się naprawdę kiepsko z czasem, ale zdążymy. Mamy doświadczenie w ostrych finiszach, znamy się na tym… Wbijamy na drogę wzdłuż jezior, która biegnie lasem do Żor, a tutaj…. Pan Porażka, wyciera sobie buty z błota.
- O witajcie! Dawno Was nie widziałem. Jak Wam się podoba ta droga?
- ***idź stąd*** (cenzurowana wersja prawdziwych słów, które wtedy padły)
Droga to jeszcze większe błoto niż to co prowadziło na punkt. Jest lepkie i grząskie. Jedziemy z prędkością 5-6 km/h, a uda zdają się krzyczeć niemym krzykiem, tak bolą. Masakra, nie przejedziemy tego. Próbujemy prowadzić, ale toniemy po kostki. Czarna maź oblepia koła, buty, zasysa nas… masakra (OSA Opole w bazie nam powie, że Oni nastawiali się, że będą w bazie godzinę przed limitem i też pojechali właśnie tędy… dotarli 8 minut przed końcem czasu). Walczymy, im dalej tym gorzej plus wykańcza nas ten kawałek fizycznie. Patrzymy na mapę, nie ma opcji tędy zdążyć… zawracamy. Pojedziemy na około – o wiele dłuższą drogą, ale utwardzoną aż do głównej i potem już prosto do Żor. Powrót na drogę utwardzoną kosztuje nas niemal 7 minut, zostaje 13… masakra. Ciśniemy ile fabryka dała, mimo że w nogach już ponad 120 km na rowerze i sporo z buta.
Byle do głównej. Byle do głównej… nagle z prawej odchodzi nam całkiem niezła ścieżka w prawo. Rzut oka na mapę, dochodzi do głównej szybciej – jest jak przeciwprostokątną trójkąta. Ryzykujemy? NIE – jeśli dobra ścieżka za 200 metrów stanie się takim samym błotem jak poprzednia to będzie kaplica. Jakiekolwiek szansę aby zdążyć przepadną. Trzymamy się planu… nie mogliśmy o tym wiedzieć, ale ta ścieżka była w pełni przejezdna (inne ekipy nam to w bazie powiedziały). Nie mogliśmy wiedzieć, ale z punktu widzenia rajdu jest to kolejny błąd. Zostało 10 minut a my jedziemy dłuższą, okrężną drogą…
KOLEJ NA PANA PORAŻKĘ CZYLI "KLĘSKI NAWET W PÓŹNYM WIEKU, NAUCZĄ CIĘ ROZUMU CZŁOWIEKU" (e)
Gnamy przez Żory jakby piekła nie było. Piesi i samochody uciekają nam z pod kół - nie hamujemy dla nikogo dziś. No prawie dla nikogo... dojeżdżamy do przejazdu kolejowego. Na naszych oczach zamykają się rogatki. NIEEEEEE !!!
PKP - no ja Cię proszę !!! Akurat dziś musisz być na czas? Nie mogliście się spóźnić, dwie minuty, kurde jedną!
Nie, dziś są punktualnie: mają być o 16:00 w Żorach to będą. Jest 15:56 a my wisimy na zamkniętym szlabanie. 4 minuty, gdyby ten pociąg przemknął jak błyskawica to może... ale nie, ALE NIE !!! Wyjeżdża coś żółtego, z prędkością 15-20 km/h. Za sterami nikt inny jak sam Pan Porażka - macha do nas: "patrzcie jaką gablotę sobie sprawiłem"

Ludzi patrzą na nas dziwnie. Wszyscy stoją grzecznie przed przejazdem, a dwójka umorusanych błotem pacanów na rowerach, skacze i rozpacza, klnie i złorzeczy...Pociąg toczy się wolna i słychać tylko stuk literki PI (PI to 3 z haczykiem, i jak się koło obraca to ten haczyk się tłucze...).
Patrzymy na wyniki… nasz ugrany wynik dałbym nam 4 miejsce. Chyba nie takie złe, jak na rajd gdzie były bardzo silne zespoły, a my zupełnie nie radzimy sobie na częściach biegowych… Dałby gdybyśmy zdążyli na metę w limicie. A tak lądujemy na przedostatnim miejscu w tabeli (nie tylko my się spóźniliśmy).
Czy zdążylibyśmy gdyby nie pociąg? - Nie wiem. Jakaś szansa pewnie była, ale ciężko gdybać. Nie odważę się stwierdzić, że to pociąg był przyczyną klęski. Spóźniliśmy się 9 minut. Akcja z pociągiem to góra 4-5 minut, więc bardzo prawdopodobne, że i tak nie zdołalibyśmy dotrzeć do bazy w czasie. To nie pociąg, to nie Pan Porażka, to nie błoto... to my i tylko my położyliśmy ten rajd pokazowo.
Wystarczyło:
- popełnić jeden błąd nawigacyjny mniej
- odpuścić część etapu kajakowego (bardzo czasochłonnego)
- nie musieć wracać się po kartę na jednym BnO
- zaufać dobrej drodze w lesie i skrócić przelot do głównej na ostatnim finiszu
- nie wmówić sobie, że jesteśmy ostatni i nasz wynik to wstyd na tle innych zespołów.
Wtedy odpuścilibyśmy jeden punkt i przyjechali do bazy z 38 z 50 punktów. A tak mamy NKL'a.
Pierwszego w życiu na naszych rajdach. Kary za spóźnienia (odejmowanie punktów, kary czasowe) to zaliczyliśmy już nie raz, ale NKL'a to się jeszcze nie zdarzyło.
"WHY DO WE FALL, BRUCE? SO WE CAN LEARN TO PICK OURSELVES UP" (f)
To trochę chichot losu, bo na drugiej edycji rajdu wpadnięcie na metę 4 sekundy przed końcem czasu dało nam 3-ciej miejsce na podium. Wiele zespołów nie zmieściło się w czasie i poleciały NKL'a. A dziś ten sam paragraf regulaminu, co wtedy dał nam podium, teraz wyekspediował nas... nazwijmy to roboczo "w pizdu" z klasyfikacji. Trzeba jednak pozbierać się psychicznie i to ekspresem. Za tydzień Wiosenne CZARNE KoRNO - nasza impreza. W czwartek i piątek rozkładamy trasy. Musimy zatem zebrać się w sobie i stanąć na nogi. Pamiętajcie "co Was nie zabije" to Was okaleczy... ale blizny bywają sexy, więc napieramy dalej. Jeszcze dorwiemy nasze K2 zimą, może nie dziś ale dorwiemy :)
Ostanie dwa słowa o rajdzie, takie wprost do Organizatorów: nadal druga edycja Wilczego z Czantorią nad ranem i finiszem na 4... sekundy zostaje nie pobita, ale wczoraj też było fajnie. Od etapu kajakowego to trasa fantastyczna. Ale te 30 km po Rybniku to, powiem Wam, że CZAD... z opony od traktora w piecu. Ten kawałek trasy to projektowaliście chyba po jakiś srogich pigułach :)
A gdyby ktoś chciał wiedzieć jak wczoraj czuliśmy się po tak, spektakularnie położonym rajdzie to odpowiem Leśmianem (g)
"...Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!
Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną...
...I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!...
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!...
...Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?...
...Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.
I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?"
Dziś już nam lepiej :P
"Lecz napisano, że lepiej spalić jedno miasto, niż złorzeczyć ciemnościom. Corgo nie złorzeczył... wiele razy" h). Ja tez nie zamierzam.
Aha, no i zgodnie z obietnicą podaje cytaty i nawiązania.
b) Kaczmarski "1788"
c) Książka "Gwiezdne Wojny: Zemsta Sithów" - polecam przeczytać. Genialnie uzupełnia film i jest pełna kozackich tekstów !!!
d) Opis na tyle książki Grzędowicza "Pan Lodowego Ogrodu, tom 2"
e) Sofokles "Antygona"
f) Film "Batman Begins"
g) Bolesław Leśmian "Dziewczyna" - polecam, jak ktoś nie zna wiersza. Poniżej wykonanie śpiewane
h) to jest dobre pytanie. Usłyszałem i zapamiętałem... coś kojarzę "Żelazny Roger", ale czytać nie czytałem.
Kategoria SFA, Rajd
Rajd Liczyrzepy - zima 2018
-
DST
90.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
"To 24 był lutego, poranna zrzedła mgła..." czyli Jaro! SŁAW nasz przyjazd !!
Jak poranna, jest środek nocy!! Budzik dzwoni nam o 1:30 nad ranem (położyliśmy się w piątek o 22:00). O 2:15 pakujemy rowery na auto i ruszamy. Musimy wyruszyć tak wcześniej, bo odprawa jest o 7:30, start o 8:00 rano, a trzeba dotrzeć spory kawałek "nad" Wrocław - nad Stawy Milickie. Noc wita nas mrozem, a poniższe zdjęcie zrobione jest zaraz za Krakowem, na autostradzie - później będzie tylko gorzej.

Ciśniemy niemal pustą autostradą; zgadnijcie ile jeszcze aut ma na dachu rowery. Dodatkowo z zamontowanymi numerami startowymi - tak, jesteśmy leniwe buły i ostatnio nowe numery montujemy na numery z poprzedniego rajdu. Tak więc, według informacji na kierownicy będziemy startować na imprezie: Silesiańskie Żywioły Liczyrzepy !!!
Organizatorzy rajdu (między innymi Jarek i Łukasz) są nam bardzo dobrze znani. To wymiatacze z różnych imprez, którzy bardzo dobrze jeżdżą, ale jednak nie mają szczęścia w grze w statki. Ciągle tylko PUDŁO, PUDŁO, PUDŁO :)
Cieszymy się jak dzieci, że w tym roku uda dotrzeć na Liczyrzepę. Tzn. ja się cieszę, bo Szkodnik drzemie niemal całą drogę. Nasz GPS nie byłby sobą, gdyby do Krośnic nie przywiódł nas od dupy strony, acz przez piękny skalno-ziemny wąwóz, w którym nie było śladu ani jedno auta, które by tędy jechało (oczywiście, że istnieje coś takiego jak droga główna, ale nasz GPS jakoś tak po kimś ma zawsze wariant przez krzory).
Odprawa jest krótka i treściwa: punkty będą poukrywane i niewidoczne z daleka. Dostajemy około 20 minut na zaplanowanie trasy i punkt 8:00 ruszamy.
Dziki (i) strumień
Dzień pomału budzi się do życia i chłosta mrozem. Acz w pierwszym lesie, do którego wpadamy nie będzie to tak odczuwalne, jak na łąkach i polach w późniejszej części rajdu, gdzie zaatakuje nas naprawdę mocny wiatr. Mróz bywa jednak pomocny, ponieważ część dróg to byłoby błota. A tak, uwięzione, zniewolone okowami mrozu, nie ma jak pochwycić nas swoimi pazurami. Jednakże przeszkadza nam w inny sposób: niegdyś jeździły tu traktory (chyba ze dwie dywizje rolników pancernych...), bo kolein jest tu zatrzęsienie. Niby zamarznięte, ale "miota nami jak szatan", non-stop zahaczam pedałami o ziemię i wysadza mnie z siodła. Przy n-tym takim zdarzeniu (a "n" to liczba naturalna większa od kilku), zaczynam wygłaszać na głos co sądzę, o zaistniałej sytuacji... przedzieramy się jednak dalej, bo jeden z punktów jest w rozwidleniu strumieni. Błoto się kończy, zaczynają się wykroty i wiatrołomy, czyli klasyka, a tu nagle dwa wielkie dziki !! Nawiązujemy kontakt wzrokowy, one patrzą na nas, my na nie. Obie strony zaskoczone, nagle jeden z dzików:
- Żołędzia?
Kiwamy przecząco głowami... znowu zapada cisza, stoimy w milczeniu. Dzik wzdycha:
- Czy to wygląda na rozwidlenie strumieni? Lampion jest 100 metrów dalej, w głębi lasu.
Kiwamy twierdząco głowami
- No idźcie i dajcie zjeść w spokoju.
Przechodzimy dalej i Pan Dziku miał rację, lampion jest dokładnie tak jak mówił, 100 metrów dalej.


Alfred wiecznie żywy nadal filmy kręci czyli "Ptaki 2: Głód przestworzy"
Wypadamy z lasów na pola. Jak wspominałem, tutaj wieje i natychmiast robi się strasznie zimno. Mimo podwójnych rękawic, palce zaczynają mi odpadać. Nie znoszę tego uczucia... Lecimy jednak dalej, czeka nas kilkukilometrowy przelot polami. Ciśniemy po zmarzniętej ziemi, a wiatr po prostu wyje: witajcie na Dolnośląskiej Syberii. Nagle przed naszymi oczami:

Chyba trafiliśmy na plan horroru "Ptaki 2" bo niebo zaczyna żyć własnym życiem. Hałas jaki się podniósł także jest imponujący. Najlepsze, że po dźwięku "wygląda" to na gęsi... ale nie wiem czy to możliwe. Ja z biologią zawsze byłem na bakier. Tak czy siak, lokalne luftwaffe robi niezły harmider i krąży nad naszymi głowami czekając aż padniemy w boju, aby ucztować na padlinie nim mróz uczyni ją nieprzydatną do spożycia.
Licznik: "ja tu chyba zostanę... zostawcie mnie tu. Pozwólcie mi umrzeć w spokoju"
Znowu las. Wpadamy na stary cmentarz pośród drzew. Lubię takie miejsca - nie w znaczeniu, że lubię akurat cmentarze, ale chodzi o opustoszałe, zapomniane historyczne obiekty. Miejsce robi wrażenie, zwłaszcza że część mogił ma wejście do podziemi. Od razu nasuwa się skojarzenie z Diablo!!

Ja: Szkodnik dajemy do Dungeon'ów? Potłuczemy trochę rogacizny i kozłów.
Szkodnik: mówiłam Ci, żebyś się leczył. Wyjeżdżamy!!
Ja: ..ale Rogacizna?
Szkodnik: WYJEŻDŻAMY !!!
No to wyjechaliśmy... kilometr ze cmentarzem Szkodnik krzyczy, że nie ma licznika. Jest jednak pewny, że na cmentarzu jeszcze był. Wiedziałem!!! To Demony, podziemna Rogacizna - porwały licznik. Wracamy! Jednak wpadniemy z wizytą do Dungeon'ów!!
SUPER !! Mam swoje sprawdzone sposoby na lokalną rogaciznę:
Ja: Licznik wstawaj, uciekamy nim wrócą.
Licznik: OOO jest moc!!! Poznaj moich dwóch kolegów: Pan Volt i Pan Amper. Oni są bez WAT !!! :D

Udało się. Nie straciliśmy towarzysza w tym upiornym miejscu...
Grubasy na cyplu
Ciśniemy. Póki jesteśmy w ruchu nawet nie jest bardzo zimno, ale jak się na chwilę zatrzymamy to zaraz nadgryza nas mróz. A jak czasem wiatr zawieje to robi się lodowato, ale nie jedziemy dalej. Dojeżdżamy do stawów i wbijamy na groblę.

Punkt na końcu cypla, głęboko wchodzącego w jezioro. Atakujemy i spotykamy tam... ROWEROWY WIELUŃ, strasznie sympatyczną ekipę. Razem uderzamy na koniec cypla po lampion, a Oni informują nas że będą na naszym Wiosennym CZARNYM KoRNO. Rewelacja !!!

Jeszcze tylko zdjęcie na punkcie, już mamy ruszać dalej, jak tu nagle nie zauważę jednego z ich roweru:
"Jakie Ty masz opony - co to za rozmiar". Odpowiedź to "3.0" aaaa no oszalałem. Patrzę na moje grubasy 2.4" - zawsze mi wszyscy mówią, że jeżdżę na bardzo grubych oponach, a Ci tu napierają na 3.0". Przy nich, moje wyglądają jak opony "spacerowe" na poobiednią przejażdżkę, a nie na eksplorację lasów, gór i mokradeł. Zakochałem się... zawstydzony swoim małym rozmiarem, z zazdrością łypię na gabaryty kolegi. Zawsze wiedziałem, że grube jest piękne..


Mosty są dla słabych
Docieramy do końca drogi...rzeka. Jesteśmy odcięci. Pasowałoby nam się przeprawić na drugą stronę, ale objazd do najbliższego mostu to kawał drogi. Trochę to ryzykowane, bo rzeka dość głęboka (nie tak aby nas zakryło, ale wystarczająco aby skąpać się po pas a jest -6 stopni i do bazy daleko), ale lecimy na dziko. Byle tylko nie wpaść, byle tylko nie wpaść... ale jakoś przedzieramy się z rowerami po zwalonym drzewie:


Pkt 92 czyli o tym jak się zgubić w lesie
No tutaj to się zgubimy. Najpierw ucieka nam gdzieś ścieżka i "przestrzelamy" skręt w lewo. Potem próbując skorygować błąd wpadamy na jakąś górkę z napisem "Ostoja zwierzyny" wchodzisz na własną odpowiedzialność, bo hodujemy tutaj kaczki krzyżówki (krzyżówki np z tygrysem). Staramy się ominąć to miejsce, ale kolejne korekty marszruty wprowadzają nas jeszcze głębiej w las. Nie ma tutaj połowy ścieżek, jakie są na mapie. Idziemy zatem na dziko, przez wiatrołomy i chaszcze. Robi się gęsto, ale brniemy dalej. Punkt to tzw. "granica kultur" czyli to typ punktów, które mnie zabijają. To może być w sumie wszystko. Np. wchodzę w zagajnik składający się z samych brzóz, a obok rosną świerki. No jest to jakaś granica kultur. Rozdzielamy się i ruszamy na poszukiwania. Po 15 minutach bezowocnego czesania lasu, staram się wrócić po własnych śladach i liczę na to, że Szkodnik także poradzi sobie z tym zadaniem, bo jak nie to zaraz będziemy szukać nie punktu, ale siebie nawzajem. Szkodnik nie dość, że sobie poradził, to jeszcze lampion znalazł... ale kosztowało nas to ponad 30 minut. Trochę rozbiło nam to plan, jaki mieliśmy i musimy wprowadzić znaczne korekty wybranego wariantu. Zdjęcie jest z innych punktów - o wiele ładniejszych miejsc :P

Mróz się czasem przydaje:


Joanna z wieży Odyńca czyli wszystko po kolei :)
Jest 16:20 - zostało 40 minut. Postanawiamy złapać jeszcze co najmniej jeden punkt, a jak się da to jeszcze 3. Jeden w rezerwacie "Góra Joanny", dwa pozostałe mamy po drodze do bazy. Atakujemy wzgórze i docieramy do ciekawej budowli. Wieża ma nawet swoją nazwę "Wieżą ODYNIEC". Bardzo ładne miejsce, świetnie że dali tutaj punkt. Nie mamy jednak zbyt wiele czasu aby tu zostać, szybkie zdjęcia i lecimy na bazę, bo robi się krucho z czasem (jak zawsze).

Odpalamy tryb "gaz do dechy" i ciśniemy do bazy. Po drodze udaje się - zgodnie z planem - zebrać jeszcze dwa punkty. Jeden z nich jest na wyspie w skansenie kolejki wąskotorowej. Tak to nie jest błąd, na wyspie :)
Wpadamy do bazy około 5 minut przed limitem, czyli z bardzo dużym zapasem. Zostajemy na after-party, gdzie siedzimy z wieloma różnymi zawodnikami i zespołami, rozmawiając o różnych rajdach, w tym odpowiadając na pytania dotyczące Wiosennego CZARNEGO KoRNO. Zapowiada się, że odwiedzi nas niezła ekipa, co nas niesamowicie cieszy. O wynikach nie piszę, bo główna klasyfikacja jest tylko OPEN, więc wszystkie 3 miejsca biorą najwięksi wymiatacze. Paweł to nawet nie zrozumiał, że impreza to roganing i nie da się zrobić wszystkich punktów, więc przyjechał z kompletem. Prawie 140 km w 9h, z czego bardzo dużo w terenie. Masakra :)
Chwilę po 21:00 wyruszamy z powrotem do domu. Tymczasem pogoda coraz łaskawsza dla rowerzystów, bo auto pokazuje już -14, ale to panikarz jest :)
Zgodnie z prośbą, acz dzisiaj tylko jeden się pojawił:
a) Piosenka "Highwayman" w wykonaniu: Loreena McKennitt.
Mało jest piosenek gdzie pada słowo Rapier, tutaj aż dwa razy. Niesamowita ballada :)
Kategoria Rajd, SFA
Silesia Race - zima 2018
-
DST
142.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
W góry? Ale, tak do Tarnowa?
No to taka hybryda - Tarnowskie Gór. Ani tu Tarnowa, ani gór, ale za to są sztolnie, kopalnie oraz lasy. Ogromne i piękne lasy, w których to odbywać będzie się tegoroczna, zimowa edycji Silesii Race. Meldujemy się w bazie przed 23:00 i spotykamy wiele znanych twarzy. Chwilę później zaczyna się odprawa - jak to zawsze u Marcina z duża dawką humoru, ale otrzymujemy na niej także sporo ciekawych informacji. Impreza ma nietypowy regulamin:
- punkty rowerowe są liczone normalnie (1 za 1)
- punkty odcinków pieszych przeliczane są na kary czasowe (nie zaliczenie punktu to kara 30 min)
- na punkt przepakowy przed etap kajakowym należy dotrzeć między 6:30 - 7:30 rano
- po etapie kajakowym zalicza się punkty, których nie udało się zdobyć przed tymże etapem
Będzie ciekawie ułożyć to wszystko w jakiś sensowny przejazd, ale spróbujemy. Po odprawie jeszcze chwila na zdanie przepaków w odpowiednie miejsca i ruszamy na rynek Tarnowskich Gór, na oficjalne rozpoczęcie rajdu.
Tam robią nam grupowe zdjęcie i zaczynamy grupowe odliczanie do startu. Pierwszy etap to krótki prolog po Parku Miejskim, a potem wskakujemy na rowery i ruszamy w noc.

Jest pięknie - ciemna, czarna noc pełna gwiazd plus mróz oraz tony śniegu. Pod kołami chrupie aż miło, a my ruszamy w mrok. A pomyśleć, że jeszcze całkiem niedawno (bo w 2013) nocne rajdy przerażały nas - jechaliśmy jak dzieci we mgle (albo w nocy), zupełnie nie radząc sobie z nawigacją. A dziś przygotowani, odpowiednio wyposażeni suniemy przez mroczny las do kolejnych punktów, jak po sznurku, jak w zegarku - co nie znaczy, że nie zdarza nam się zgubić :)
Jest cudownie - śnieg mieniący się w świetle czołówek, mróz lekko nadgryzający twarz i ten dźwięk, gdy opona mieli kolejne płaty białego puchu o koronę amortyzatora. Dalej w mrok, głębiej w ciemność. Niegdyś tam mieszkały Demony i w sumie nadal tam zamieszkują, ale coś się zmieniło:

Marcin naprawdę postarał się układając trasę - punkty ulokowane są w bardzo ciekawych miejscach. Zaczynamy od hałd dawnych kopalni, które zdobywamy wraz z zespołem OSĄ OPOLE, z którym nieraz już cisnęliśmy na niejednym rajdzie :)
Najpierw biegamy po górkach:

bo to dobre punkty obserwacyjne:

a potem schodzimy pod ziemię :)

w stronę ukrytego tam lampionu

Andrzej z OSY wyszedł tutaj jak rasowy ninja :)

Kolejny punkt to wyspa!! Lód jest gruby i solidny, a więc w komfortowych warunkach przebiegamy jezioro po kolejny lampion.
Trasa jest cudowna, acz OSA wybiera inny wariant i nasze ścieżki się rozchodzą.
Szpital na peryferiach
Docieramy do pierwszego przepaku - ulokowanego w budynku szpitala, w okolicy Sztolni Czarnego Pstrąga. Porzucamy rowery i zaczynamy drugi dzisiaj etap pieszy po okolicznym, trochę dzikim parku. Do przeszukania wąwozy i okolice strumieni, w tym miejsce które Marcin polecał podczas promocji rajdu (pozwalam sobie pożyczyć to zdjęcie).

Szczęśliwie, gdy pojawiamy się tam nocą, błoto jest zmarznięte i da się w miarę bezboleśnie przeprawić przez tą przeszkodę.
Po skończonym etapie ponownie wskakujemy na rowery i ruszamy w kierunku... Polany Śmierci.
"Nadszedł świt, straszliwie cichy i upiorny..." (c)
Nim jednak tam dotrzemy trzeba przejechać około 40 km po okolicznych lasach. Niedługo będzie świtać. Nieprzerwanie, konsekwentnie, niestudzenie suniemy przez mroczny las - na północny-zachód, w sam róg naszej mapy. Jak to bywa nad ranem, temperatura spada i znowu nadgryzają nas zęby mrozu. Noc pomału umiera i budzi się nowy dzień... upiornie cichy, zimny poranek.
Dobrze, chociaż że jest kontakt ze światem:
I AM BRINGING WiFI, motherf****ers :D :D :D

Nie ma tu nikogo oprócz nas, żywej dusz... nawet żadnych śladów na drodze. Nie wróży to nic dobrego, zwłaszcza że kierujemy się w miejsce zwane Polaną Śmierci. Wyjeżdżamy z lasów na drogę i gnamy przez senne miejscowości, po oblodzonych drogach:

aż w końcu docieramy do Polany Śmierci...:

Dotarcie tutaj zajęło nam jednak bardzo dużo czasu i zrodziło pewien problem...
Biała Bestia pożarła kajaki… a teraz żąda jedzenia
Sytuacja trochę nam się skomplikowała bo jesteśmy mocno po czasie - mieliśmy być na drugim przepaku między 6:30 – 7:30, a jest po 8:00 rano. Dlaczego tak się w ogóle stało, że nie dotarliśmy w czasie na ten punkt, to jest grubsza historia… Zaczyna się gdzieś na odprawie, jej epicentrum rozgrywa się w szpitalu na peryferiach, a finał zaskakuje nas właśnie na Polanie Śmierci. Opowieść tą charakteryzują takie pojęcia jak ”Wielki Taktyk”, „był tylko jeden kruczek - Paragraf 22”, „nieznajomość regulaminu nie zwalnia z odpowiedzialności” czy też „plan doskonały”.
Nie będę jej jednak opisywał tutaj bo wyszła by mi epopeja na 12 ksiąg, pisana wierszem oraz prozą – a zakończona DRAMAT’em.
Jak ktoś jest ciekawy, mogę opowiedzieć twarzą w twarz – na potrzeby relacji przyjmijmy, że zje***śmy po całości i nie dotarliśmy w wyznaczonej godzinie do punktu przepakowego.
Gdy już finalnie docieramy na przepak, to na punkcie jest pusto – żadnych zawodników, tylko jedna osoba z obsługi. Napisałbym, że popłynęliśmy, ale w sumie to wszyscy popłynęli a my nie...
Grasuje tu jednak mała, biała bestia w kształcie futrzanej kulki, która wydaje bardzo różne dźwięki. Ogólnie żąda daniny w postaci jedzenia, a gdy cokolwiek dostanie to się awanturuje o więcej. To na pewno agent Marcina, chce odebrać nam jedzenie – chce abyśmy osłabli i nie ukończyli trasy. Nie ma takiej opcji Futrzaku, posilamy się tym, czego nie zdołała nam odebrać i jedziemy dalej. Zaczyna się piękny, słoneczny dzień…zostawiamy punkt przepakowy i białą Bestię za sobą.
Potrzeba NITRO czyli dopalacza
Ruszamy dalej na rowerach, skoro nam kajaki zabrali. Jedziemy obok zamkniętego terenu NITROERG’u, producenta materiałów wybuchowych. Pamiętam jak na jednej z jesiennych edycji Silesii zaskoczył nas ten obiekt, ponieważ nie było go zaznaczonego na mapie. Wysokie betonowe słupy połączone drutem kolczastym, dwa rzędy zasieków i ostrzeżenia aby nie wchodzić – wtedy dotarliśmy tam nocą, więc miejsce robiło jeszcze większe wrażenie. Teraz jedziemy na większym luzie, zaznajomieni z tym obiektem, ale mamy inny problem… sleepmoster. Koszmarny sleepmonster… dwie mocno naderwane noce i teraz trzecia w pełni, więc muli nas nieprzeciętnie. Zatrzymujemy się pod jedną z bram NITROERG’u i próbujemy odgonić tą senną poczwarę, która się napatoczyła. Wlewamy w sobie energetyki, faszerujemy się batonami i robimy dziki aerobik… jeśli jest tu monitoring, to ochrona mogła nagrać ciekawe materiały, ale to nieważne.


Jakoś udaje nam się w miarę rozbudzić i jakiś czas później łapiemy punkt w opustoszałym już punkcie kajakowym.
Tzn. łapiemy go w praktyce, ale nie formalnie bo nie ma tam nikogo, kto mógłby podbić nam kartę - nie ma też lampionu. Stąd w wynikach, będziemy mieć zapis, że brakuje nam jednego punktu.
Tu były kajaki, a jest tylko rozpacz, głód i halucynacje z niedożywienia...

Solidarni z Szkodnikiem, czyli betami o ziemię
Wypadamy z Krupskiego Młyna i kierujemy się ponownie w głąb lasów. Punkt znajduje się w okolicy „zagęszczenia” torów kolejowych – czyli w ulubionych miejscach Marcina. Wjeżdżamy na leśną drogę, a tu nagle jak nie sponiewiera Szkodnika… praśnie Nim o ziemię, tak że w najbliższych kopalniach to pewnie wybuchła panika (zaraz po metanie). Znowu lód wezwał Szkodnika do siebie. Zatrzymuję się i też prawie lecę na ryj. Zbieram Basię z ziemi, mimo że ciężko jest tutaj nawet ustać. To nie jest oblodzona droga, po takowych już dziś jeździliśmy – tu nie ma drogi, tu jest lodowisko. Dawno nie widziałem tak oblodzonej ścieżki – mam wrażenie, jakby tu specjalnie lali wodą.
Nie ma jak jechać „poboczem” bo pobocza nie ma. Staramy się jakoś przeprawić dalej. Nie mija jednak chyba minuta od gleby Basi, a teraz ja lecę na plery. Wystarczyła 2-3 cm mulda – leciutkie uderzenie boczne w oponę. Normalnie bym nawet tego nie zauważył, ale na tej nawierzchni wystarczyła minimalna boczna siła i cały rower kładzie się lodzie. Walę betami o ziemię tak, że ciężko mi wstać. Pośladem na muldę - punktowo w kość ARGHHH. To naprawdę zabolało, czuję się jakbym złamał poślad.
Jak w kawale: nienormalny ogląda swój tyłek w lustrze, ogląda i ogląda. Doktor pyta: czy wszystko w porządku? A ten odpowiada: Potrzebuję nowego tyłka, bo ten to mi chyba na pół pękł…
Plusem jest to, że sleepmonster chyba został przygnieciony, moim ciężko spadającym cielskiem, bo szlag go trafił.
Basia chce mnie zebrać z ziemi, ale przy naciśnięciu hamulców wpada w poślizg… cudem ratuje się przed kolejnym upadkiem wpadając w krzaki. One ją zatrzymają „w pionie”.
Finalnie jakoś się zbieramy z gleby, ale do końca tej drogi, będziemy grzecznie prowadzić nasz maszyny. Dalej jest już trochę lepsza przyczepność…
Chwilę późnij spotykamy… no właśnie, może tym razem bez nazwisk bo „BHP? Nie słyszałem”

RaJUnO czy RJnO… czy coś w tym stylu
Wpadamy na odcinek specjalny RJnO (Rowerowej Jazdy na Orientacje) – stałe punkty kontrolne w terenie, zainstalowane w ramach projektu „Zielony Punkt Kontrolny”. Naszym zadaniem jest zebrać je wszystkie. To dość duże zagęszczenie punktów na małym obszarze, a nawigujemy ten odcinek na bardzo dokładnej mapie sportowej. Idzie zatem sprawnie, szkoda tylko, że tutaj to już pełne roztopy: błoto, błoto, błoto. Ogólnie trasa, od teraz będzie już biec w klimacie wczesnej wiosny, niż mroźniej zimy. Szkoda, bo noc i poranek w śniegu były piękne. Teraz znowu taplamy się w błocie… i wiatrołomach.
Dość szybko uwijamy się z tym etapem, a potem "dożynamy" trasę łapiąc punkty na wschodzie od bazy - punkt, które jednocześnie należą dla trasy krótkiej (OPEN).
Wpadamy do bazy z kompletem (no oprócz kajaków) i z 15 minutowym zapasem czasu (luksus).
Na rowerze wyszło 142 km, a na nogach nie mam pojęcia - obstawiam że koło 15 na pewno, jak nie więcej.
Lądujemy na 3-cim miejscu podium, co jest bardzo miłe. Nie zrobiliśmy kajaków, więc w sumie można by nas zdyskwalifikować... no ale wiecie, jak jest - nasz nieodparty urok czyni cuda. A tak serio, część ekip się wycofała w połowie rajdu, cześć zrobiła tylko część trasy. Tylko 2 ekipy zrobiły całość, no i my minus te nieszczęsne kajaki (mówię o kategorii MIX oczywiście, bo najlepsze MM to w bazie dawno były gdy my walczyliśmy ze sleepmonsterem).
Podsumowując: fantastyczne zawody, genialne trasa, kawał niesamowitej roboty Marcin!
Jesteśmy jednak wykończeniu po ostatnim tygodniu. Niedzieli to ja nie pamiętam wcale... wstałem zjeść obiad i poszedłem spać dalej :)
Na zakończenie - parę osób prosiło mnie aby podawał na końcach wpisów, skąd pochodzą użyte cytaty i parafrazy. Ależ proszę:
a) Komiks Spider-man, opowieść "Wrzask"
b) Piosenka Kazika "K***wy Wędrownicznki"
c) Książka "Po obu stronach muru", autor: Władka Meed
Kategoria Rajd, SFA






