Rajd IV Żywiołów - zima 2018
-
DST
85.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Mroczne widmo
…czyli tzw. prolog. Mroczne bo biegowe… Już na wejściu dostajemy w bonusie od Organizatorów dodatkowy etap pieszy długości około 4 – 5 km, zależnie od obranego wariantu. Lecimy go jak-nie-my, bez plecaków – „na lekko”, poza tym biegniemy (no dobra… biegniemy jak biegniemy, no ale czasem trochę podbiegamy). To wystarcza aby wtopić się w tłum i uniknąć rozpoznania przez niektórych zawodników. Pierwszy punkt to okolice ruin zamku w Bydlinie – szturmujemy więc strome zbocze, przedzierając się przez krzaki, a tu nagle Szkodnik jak mi się nie… wyjeleni. No, było naprawdę blisko. Gdy Szkodnik leci po punkty kontrolne, to lepiej zejść Mu z drogi, a ten sarenek tego nie wiedział i niemal został zmiażdżony. Cudem uniknął śmierci przez stratowanie po zderzeniu czołowym, a Szkodnik nawet nie zwolnił… patrzę, już jest na dole i przedziera się przez rzekę. Przez rzekę bo nie ma mostów, a kolejne punkty znajdują się w lesie za wodą. Ledwie nadążam... dobrze, że leżały jakieś zwalone drzewa bo rzeka była szeroka. Jakoś przelazałem po nich, nawet bez popisowego upadku w tonie. A za rzeką las… i kolejna rzeka. Szkodnik znowu na dziko, ja z Nim, po zaśnieżonym, śliskim drzewie… byle się nie skąpać, byle się nie skąpać - bo to początek rajdu a przemoczone buty w temperaturze -2 stopnie, to nie jest synonim komfortu. Udało się… chwilę potem zgarniamy ostatnie punkty z prologu i ruszamy na pierwszy dzisiaj etap rowerowy.

Z górki na "Pazurki"
Czyli rezerwat „Pazurek”. Rewelacja, znam i uwielbiam to miejsce!! To jeden z najładniejszych rezerwatów ze skałkami na Jurze, a my walimy przez cała jego długość zielonym szlakiem. Rezerwat to LOP’ka (Linia Obowiązkowego Przejechania/Przejścia), gdzie nie mamy podanej konkretnej lokalizacji punktów, ale wiemy że będą znajdować się gdzieś na wyznaczonej trasie. Zgodnie z przewidywaniami jeden jest na początku rezerwatu, a drugi na końcu. Przez przewidywania mam na myśli, fakt że „Pazurek” to rezerwat, a one rządzą się swoimi przepisami i nie można było – ot tak – postawić sobie punktów gdziekolwiek. Super było tędy ponownie przejechać i do tego pierwszy raz w zimie, a śniegu było niemało. Jak nie znacie "Pazurka", to koniecznie się tam kiedyś wybierzcie :)

Żywioły upodobały sobie te miejsca… choć "to droga na zatracenie" :)
Zostawiamy rowery w miejscu przepaku, zaraz za rezerwatem „Pazurek” i lecimy na główny etap pieszy – około 15 km. Kolejne znane miejsce… dymałem pod tą górę w lecie, w deszczu to dymam pod nią w zimie i w śniegu. Prawie w tym samy miejscu był jeden z punktów trasy rowerowej na letniej edycji 4 Żywiołów (2017).

Bardzo podobnie będzie na kolejnym etapie rowerowym, gdzie także jeden z punktów będzie niemal w tym samym miejscu co rok temu.
Tak zgadliście, także będzie się znajdował na najwyższym wzniesieniu o stromych ścianach w tej okolicy. Na razie lecimy jednak azymutem przez ośnieżone pola. Śniegu po horyzont, miejscami naprawdę głęboki, a my włazimy w jakiś wąwóz o pionowych ścianach. Zbieramy punkt i gramolimy się tą ścianą w górę… na wprost!
Z tyłu słyszę jedynie: „gdzie idziecie… na zatracenie?” No chyba znowu nasz wariant wydał się innym zawodnikom nieortodoksyjny. No, ale przecież dało się wspiąć po tej ścianie. Zjechałem parę razy na ryju przy kolejnych próbach, ale w końcu wylazłem. No wiec, żeby od razu na zatracenie…

Pozdrowienia z punktu, którego nigdy nie było…
Zbliżamy się do kolejnego punktu – przedzieramy się na dziko przez las, bez ścieżek… a tu nagle błysk. Świetlny refleks przykuwa mój wzrok. Podchodzę bliżej… grałem w za dużo RPG’ów aby nie podnieść tego item’a !!!
Znalazłem kompas !!! Może nie złoty, ale… mam nadzieję, że to Compass of the Stars, czyli +20 do każdego atrybutu. Niestety także nie, tylko parę gramów do wagi. Zabieramy go jednak, aby oddać w bazie. Może właściciel się po niego zgłosi. Tymczasem punktu nigdzie nie ma. Jesteśmy pewni, że odnaleźliśmy właściwe zakole rzeki, ale po lampionie ani śladu. Po okolicznych krzokach szwęda się rzeźnik drzew i ścina choinki. Mówię do Szkodnika, że to na pewno On zabrał lampion i żebyśmy zaszli Go od tyłu. Uderzymy nagle z dwóch stron, niosąc Mu rychłą zgubę. Basia przypomina mi, że za napad na straż leśną jest paragraf i stwierdza, że to niedobrze, że odstawiłem swoje lekarstwa. Zamiast nagłej, partyzanckiej akcji, dzwonimy do Organizatorów i dowiadujemy się, że 15-tki nie ma. Potwierdzają. Lampion zaginął… przynajmniej oficjalnie, a mniej oficjalnie to mogło Mu się nie spodobać to miejsce i postanowił powisieć w innym. Kapryśna bestia :P
Ten punkt był nam prawdziwą kula u nogi :)

TWIN LASER MODE
Ruszamy na ostatni, ale za to najdłuższy etap rowerowy. Przed nami kolejne pagóry: albo pchamy po śniegu do góry, albo szarpie na zjazdach. Chrupie pod kołami aż miło, ale trzeba uważać bo rzuca na nieprzetartym śniegu. Znowu jedziemy wariantem, którego nikt nie wybrał przed nami.


Zbieramy co się da po okolicy, punkt po punkcie ale niedługo zapadnie zmrok… słońce zachodzi i czuć zęby mrozu. Na razie delikatnie, ale wiem że z każdą minutą będą gryźć coraz śmielej. Najpierw skórę, potem mięso i kości. Gdy Słońce śpi budzą się demony – jeśli pokusić się o parafrazę. Jest fajnie. Chrupie coraz głośniej i zastanawiam się czy to śnieg po kołami, czy to demon napoczyna moje kości. Aby rozświetlić ciemności, sięgamy po technikę i naukę - odpalamy światło. To pierwszy test nowego systemu: zawsze chciałem mieć TWIN LASER na kierownicy. Czołówka + dwie latary na kierownicy to jest to – sami zobaczcie.
Sekwencja zapłonu i…

WSZYSTKIE BATERIE OGNIA :D :D :D

A dlaczego TWIN LASER? Czyżbyście nie pamiętali kultowego RAPTORA? To broń robiła naprawdę ostrą rozpierduchę :D :D :D
Jack Frost czyli Szkodnik tańczy na lodzie
(Jack Frost – z cyklu najgorsze horrory ever to jest ścisła czołówka, link - jak zawsze - na własną odpowiedzialność)
A nie, to tylko Szkodnik. Cały w śniegu. Jak Bałwan. No było ślisko.
Jedziemy dalej, tym razem gnamy jak szaleni. Jest lekko z góry i prosta droga. Nagle huk z tyłu nieprzeciętny, odwracam się. Szkodnik leci w jakieś dziwnej konfiguracji z rowerem, chyba będzie wyprzedzał bo zmienia geometrie systemu... a nie po prostu postanowił walnąć o ziemię. Uuuu... to musiało boleć...
Pytam : Nic Ci nie jest? Co się stało?
Szkodnik: LUD...
Ja: Tak Wielki Szkodniku, Lud Cię słucha i uwielbia
Szkodnik: LÓD głupcze!
Aaaa... no tak. Jak by to powiedział Juliusz: KOŚCI ZOSTAŁY RZUCONE... o glebę :)
Szczęśliwie bez trwałych uszkodzeń, tylko rozbite kolano.

O jeden most za... mało :)
No prawie, za mało. Został ostatni punkt i gdzie wchodzimy... TAK!!! Na bagna. Wszędzie śnieg i mróz, ale te nie zamarzły. Chlupią aż miło. Ciśniemy podmokłą łąką aż do punktu, a ten PO DRUGIEJ STRONIE RZEKI. Grrr... rzeka niemała, dość głęboko i wartka, jak na strumień na polu. Ma nawet wodospad mały!
Szkodnik stwierdza, że trzeba się przeprawić przez rzekę i mówi aby wyciągał ponton. Ja mówię, że został w innym plecaku :)
No więc, chyba trzeba będzie bez butów brodzić. Nie pierwszy raz w zimie boso przez rzekę. Nawet nie drugi i nie trzeci... ale dajemy sobie 100-150 metrów, aby zrobić rekonesans, w którym miejscu najłatwiej będzie się przeprawić. A tu nagle, mostek... żadnych dróg, środek pola, a tu betonowy mostek. Nie pogardziliśmy. Zbieramy punkt i lecimy na bazę. Mamy komplet punktów kontrolnych. Jeszcze tylko dwa zadania specjalne i będzie koniec naszej dzisiejszej przygody.
No, Korsarzem to nie zostanę...
Zadanie to drabinka linowa – od szczytu sali gimnastycznej o trójkątnym dachu do ziemi. Organizatorzy mówię, że to około 4 pięter wysokości. Jeden zawodnik wchodzi pierwszy i zawiesza karabinki, w dowolnym miejscach, o tyle że ostatni karabinek, ma być na szczycie. Drugi zawodnik idzie do góry i zbiera zawieszone karabinki.
Jak zawsze zadanie wydaje się banale, ale nauczyłem się na ostatnich rajdach... że wiem, że będzie przewalone dla grubych i niesprawnych pokraków. Szkodnik jakoś gramoli się do góry, mimo że ciężko Mu tak wysoko nogi podnosić (aby dosięgnąć kolejne „szczebelki”), ale jak przyszła moja kolej to się zrobiło ciekawie.


Lezę jakoś, ale mój styl to dramat... rozjeżdżam się na tej drabinie, potem prawie szpagat robię, to mi drabina ucieka, czasem wiszę w poprzek, podciągam się i nadal jestem na tej samej wysokości, bo pomyliłem szczebelki. Do tego najlżejszy nie jestem, dach trzeszczy, uchwyty płaczą... facepalm'y na dole lecą masowo, ale uparty jestem... idę, a sił dodaje mi stare krasnoludzkie zaklęcie „K****A”. Wykrzyczane 1000 razy, obniża sufit o jeden poziom.

Wylazłem... K**** wylazlem !!!
Rąk nie czuję, ale wylazłem....
Zostało ostatnie zadanie... jak tylko stad zejdę. Zejście głową w dół wydawało mi się dobrym pomysłem, ale uwierzcie nie było :P No Korsarzem nie zostanę, zatopili by nas nim bym wylazł na maszt.
Ostanie zadnie to ułożenie z dziwnych klocków figury kota – brzmi prosto nie? Ale Kićuś chyba był na Hucie bo pocięty nieziemsko i klocki mają naprawdę dziwne kształty. Jak ktoś nie wie o co chodzi, to zapraszam do ułożenia literki F z tego.
No i koniec. Komplet punktów, komplet zadań. Piękny początek sezonu. Do tego pierwsze miejsce w kategorii zespołów MIX na trasie OPEN. Powiedziałbym, że jest moc, ale:
- do zwycięskiej (męskiej) dwójki mamy stratę 3h. To jakiś kosmos :)
- przypominam sobie moje ekwilibrystyczne popisy na drabinie
...i nie ma mocy. Jest wszystko, ale na pewno nie moc :)
Ale co tam - ważne, że bawiliśmy się świetnie.
Kategoria Rajd, SFA
Podsumowanie 2017
-
Teren
1.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
No ale po kolei – jedziemy z podsumowaniem. Szczegółowe relacje znajdziecie w dedykowanych wpisach, więc tutaj tylko kilka słów zbiorczo plus kilka historii, których do tej pory opisać nie zdołałem.
Rajd IV Żywiołów – początek roku zaczął się od wyścigu z czasem, czy uda mi się zakończyć rehabilitację kolana przed rajdem. Jak to u nas, wszystko zazębiło się na styk. Czy to było mądre? Pewnie nie, ale pojechaliśmy bardzo ostrożnie, więc „po raz kolejny udało się przeżyć”, a do tego udało się złamać klątwę czerwonego szlaku w Bydlinie!
ICEAR – jesteśmy jedynymi zawodnikami trasy rowerowej (większość harpaganów wybrało trasy przygodowe), ale nie przeszkodziło nam to zmierzyć się ze „ścianą” w Gliczarowie (osławiony podjazd Tour de Pologne), przecierać nieprzetarte szlaki, brodzić boso w Białce czy też ścigać śnieżne skutery. Ogólnie super impreza.
RAJD WILCZY – trzecia edycja Rajdu Wilczego, czyli zagubieni na mokradłach Kobióra. Zawsze musimy gdzieś wtopić, więc i tym razem wleźliśmy tam, skąd ciężko było wyjść. Rajd bardzo nam się podobał, ale brakło nam trochę tego hardcore’u, który przywalili rok wcześniej, na drugiej edycji. Brakło Czantorii nad ranem, ale kto wie – może jakieś skargi były, może my też byliśmy bogatsi o kolejny rok doświadczeń i było nam łatwiej. Jakkolwiek by nie było, impreza była świetna z super zadaniami na punktach (linowe i strzeleckie WYPASS OSOM!!!), ale to druga edycja tej imprezy naprawdę mnie zmiażdżyła.
Wiosenne KORNO – rozgrywane w oponach absurdu, sponsorowane przez serwis OPONEO i powodujące ostre zapalenie opon mózgowych… czyli „nie tak, nie tak, nie tak dziewczyno, to nie tak nam miało być”. Baza obok Bukowna, nasze ukochane tereny, a my zamiast jazdy na rowerze, wybraliśmy POMPKI… i pompujemy. Sześć jest liczbą do której będziesz liczył, nie 5, nie 7, a sześć – parafrazując Monty Pythona, który był chyba sponsorem tej imprezy.
Rajd Katowice – testy nowej opony (wyborny gryzoń korzeni i kamieni) i nowej ramy dla Basi. Do tego latamy z rowerami po hołdach, bo Marcin zapodał genialną trasę, a wiecie jak jest: duże stromizny, duża zabawa. Plus – jak zawsze – wyborne zadania logiczne i sprawnościowe.
Nadwiślański maraton na orientację – gdy pada deszcz, Aramisy się nudzą? Nie, nie -jadą na Nadwiślański !!! Piękna, acz dość mokra impreza, która przetyrała nas przez jakieś wąwozy (no dobra, sami się przetyraliśmy wybierając taki wariant), bagna i wiatrołomy. Fajnie było przejechać „Orienteering w Cieszynie” w drugą stronę :)
Bike Orient – Światowa premiera nowego roweru Basi i gradem po oczach na koniec. Pierwszy rajd, na zaliczyliśmy spóźnienie Schrödingera, czyli przyjechaliśmy na metę spóźnieni i nie byliśmy spóźnieni. Tak to jest, jak się nie słucha uważnie na odprawie :)
Rudawska Wyrypa – klasyk nad klasyki. Dowaliło śniegiem w sposób niesamowity. Tunel pod „Drogą Głodu” czy też Przełęcz Kowarska utonęły w białym puchu. A my wraz z nimi. Plus jeden z najfajniejszych punktów kontrolnych ever – na pewno w naszym top 10, jeśli chodzi o rankingi. W sumie kiedyś muszę zrobić taki wpis np. 10 najbardziej hardcore’owych punktów, 10 najładniejszych itp.

Team 360 – zachwyceni pierwszą edycją, która była znamiennym przesunięciem naszych granic wytrzymałości (nasz pierwszy ponad 30-godzinny rajd), dzień po Rudawskiej pojechaliśmy do Przemyśla. Potężna trasa, legendarny BnO w Heluszu (potwierdzamy – najtrudniejszy terenowo BnO ever jak do tej pory cisnęliśmy: mega gęste krzory non-stop), kajaki nocą, towarzystwo Osy Opole i wiszenie nas Sanem. Niesamowita impreza.

OrientAkcja – ledwie żywi po Rudawskiej (24h) i po Przemyślu (34h) stawiamy się na starcie wraz z Kamilą i Filipem. Dobrze, że trasa była w miarę płaska, bo byśmy zmarli gdzieś po drodze w lesie… bardzo mokrym lesie. W sumie to lesie płynącym rzeką. Świetna impreza na dobitkę, na zakończenie intensywnej majówki.
Przeprawa – nasza pierwsza 50-tka zrobiona na nogach. Świetne zadania na punktach (zwłaszcza kółeczka nad rzeką), przechodzenie rzeki wpław i Lenon-Taktyk, który rozwala system (spieszył się na pociąg, zszedł z trasy sporo przed nami , ale przez nietypowe zapisy w regulaminie, zmiażdżył nas wynikiem :D :D :D)
Jaszczur – Białe Doliny – Jaszczur grasujący w Dolinkach Podkrakowskich! Cieszyliśmy się jak dzieci – był piękny dzień, deszczowa noc, koszmarnie trudna nawigacja, lidary, jaskinie, kolczaści przyjaciele, znaczne przewyższenia i wiele, wiele innych atrakcji, z których większość gryzła, drapała lub kłuła. Wróciliśmy naprawdę mocno sponiewierani.
Roztoczańska 13 – roganing na Roztoczu. „Na dzika do Kraśnika” – piękna trasa w koszmarnym upale. A na koniec prawdziwy pieczony dzik. Pierwszy raz byliśmy na tej imprezie, ale niewątpliwie nieraz tu wrócimy.
Urlop 1 – Beskid Sądecki, Pieniny, Beskid Niski. Dwa tygodnie górski eskapad. Nie udało mi się opisać ich wszystkich, ale właściwie nie było dnia nie na rowerze: od Wysokiej i Durbaszki, przez Wielki Rogacz, Jaworzynę Krynicką czy Halę Łabową, aż po Kozie Żebro czy Wielki Mincou.
Ten wyjazd to także śmierć w rodzinie… Beskid Sądecki, zielony szlak, Eliaszówka (1024 m)… tam właśnie żywota dokonał Santa...
„let them face fall, if they must die, making it easier to say goodbye”.
W mojej pamięci pozostanie wiecznie żywym wspomnieniem.
Rajd IV Żywiołów – ostatni rajd Santy. Rajd przejechany na pękniętej ramie, sklejonej power-tape’em... Niebiosa płakały nad jego losem, a my tonęliśmy w rozpaczy… i błocie. Jeden z najbardziej mokrych rajdów tego roku. Deszcz non-stop, ale przynajmniej woda wylewała się z ramy... przez pewne pęknięcie.
Jaszczur – Kresowe Bagna. Eksploracja zupełnie nieznanych nam terenów Poleskiego Parku Narodowego i walka z milionami komarów. Horror „Rój” to przedszkole w porównaniu z tym, co czekało na nas na kresowych bagnach.
Adventure Trophy – 218 km podczas jednej wyprawy i to w trudnym terenie. Kolejny raz przesunęliśmy nasze granice wytrzymałości. Kiedy Kamila i Filip zaatakowali swój – właściwie pierwszy, prawdziwy – rajd przygodowy, my zmierzyliśmy się magiczną granicą 200 km. Udar i hipotermia naraz, wycieńczenie i sponiewieranie… i ogromna dawka satysfakcji :)
IT Orient – rajd z akcentami informatycznymi (pytania i zagadki na punktach). Eksploracja kolejnych zakamarków województwa łódzkiego. Kolejna udana impreza.
Urlop 2 – czyli 1000 km w niecałe 2 tygodnie (na rowerze)
1000 km na rowerze w niecałe 2 tygodnie. Ogólnie lasy, lasy, lasy – moje ukochane lasy: Puszcza Notecka, Puszcza Drawieńska, Puszcza Lubuska, Puszcza Zielonka, a do tego tryptyk Parków Narodowych: Drawieński, „Ujścia Warty”, Wielkopolski.

Poznaliśmy bardzo wiele ciekawych miejsc i poznanych historii. Zrobię tutaj mała dygresję i opowiem Wam dwie z nich, gdyż nie znalazłem czasu aby zrobić to w sierpniu:
„O smoku, który przyjechał pociągiem”
Lato 1992 było niesamowicie upalne. 10 sierpnia, o 16:27 ognisty smok przyjechał pociągiem relacji Poznań - Krzyż.
Zablokowane hamulce pociągu, sypiące się iskry i rozpętuje się piekło.
Mimo zaangażowania wielu zastępów straży pożarnej i prób gaszenia z powietrza, nikt nie jest w stanie zatrzymać pożogi. Świadkowie mówią, że płonął horyzont:

I wtedy...parę minut po północy nagle zaczyna padać deszcz. Nie jest to zwykły deszcz, to nawet nie ulewa – to wodny armagedon, niemal biblijny potop. W ciągu 15 minut pożar wygasa. Gdyby nie pogorzelisko, to wszystko wydawałby się jedynie złym snem. Ludzie mówią, że to cud. Żywioł, któremu nie mogło podołać setki ludzi, ginie niemal w mgnieniu oka w pojedynku z innym żywiołem.
W pożarze spłonęło około 6 tys hektarów lasu (po pożodze nasadzono 80 milionów sadzonek drzew) – niewyobrażalna liczba, ale gdyby nie ta ulewa spłonęłaby cała puszcza. Przez wiele lat, nadleśnictwa z całego kraju będą odbudowywać zniszczone lasy, a ich mozolną pracę upamiętnią kamienie na skrzyżowaniach i przecinkach.
Szukamy rzeźby smoka... nie jest oznakowana na mapie. Szukamy i nie możemy znaleźć, ale spotykamy starszego Pan, który zbiera grzyby
- Czy nie wie Pan gdzie mieszka smok – rzeźba upamiętniająca pożar?
- Wiem, zaprowadzę Was. Tego smoka wystrugał mój dowódca.
- Pan był strażakiem? Może Pan opowiedzieć o tym pożarze?
- Wszyscy byliśmy...
... i tak poznaliśmy historię smoka, który przyjechał pociągiem.


„Pocztówka z miasta, którego już nie ma...”
Kostrzyn nad Odrą… po drugiej wojnie światowej życie przeniosło się na drugi brzeg Warty.
Kostrzyn z przed wojny nigdy nie został odbudowany. Miasto którego historia sięga XIII wieku już nie istnieje. Zostało zrównane z ziemią przez Armię Czerwoną, ponieważ leżało na drodze do Berlina. Zamykało ten strategiczny kierunek i zostało ogłoszone twierdzą. Kostrzyn podzielił los wielu miast, ale w przeciwieństwie do innych, nigdy nie został odbudowany. Powstało za to nowe miasto, na drugim brzegu Warty, ale w miejscu starego Kostrzyna stoi „ogromny pomnik” – Pomnik Miasta, którego już nie ma. Są tu fundamenty domów, zamku, kościoła i innych budowli, które nigdy nie zostały usunięte. Można zatem chodzić po ulicach (które nadal mają swoje nazwy – o czym informują tabliczki na skrzyżowaniach) oraz mijać kolejne „budowle”, od apteki po zamek królewski. Można wejść na rynek, na którym przetrwał jedynie pomnik. Można także kupić „pocztówkę z miasta, którego już nie ma”



Wiele jest takich opowieści - kiedyś opowiem Wam także o Pawle zwanym „Syzyfem z Puszczy Noteckiej”, czy też o „Kamieniu 3 Dyrektorów”, no ale dość dygresji, wracajmy do podsumowania:
KoRNO Rogaining – świetny rogaining (trudne i nieoczywiste warianty) i nareszcie odwiedzone Lasy nad Górną Liswartą. Niesamowita impreza i walka do ostatnich minut limitu spóźnień. Do tego pierwsze złowieszcze podszepty: „a może byście tak…”czyli ziarno zostało zasiane. Zasiano je gdzieś w naszych głowach, w październiku wykiełkuje, a na zbiory przyjdzie czas na wiosnę (2018)
Piachulec Orient – druga edycja Piachulca i znowu impreza, na terenach gdzie właściwie nikt nie organizuje rajdów, czyli REWELACJA. Kolejne lasy i szlaki do naszej kolekcji, a także kolejne odwiedzone cmentarze z okresu I wojny światowej.
Mordownik – nie przebił wprawdzie doskonałej edycji w Beskidzie Niskim, ale zbliżył się do niej naprawdę blisko. Nie sądziłem, że kiedykolwiek jakaś edycja Mordownika zagrozi tej „Niskiej” , a tu proszę – Król niemal stracił koronę, a wszystko to przez Gubałówkę, słowacką, przeprzepiękną część trasy, ścieżkę dookoła Tatr i pewne mokradła. Pamiętacie: „trudno, bardzo trudno, masakra”? Według mnie ten punkt stał się już legendą! I to zasłużenie!
Szturm na Pilsko – pada cały dzień. Leje tak, że drogi stają się potokami… ale obietnica to obietnica
Rajd Waligóry – sentymentalna wyrypa po Goracach. Szlajamy się – wraz z Mateuszem - gdzieś pod Modyniem i Mogielicą, a potem po samym Gorcu (i to niebieskim szlakiem od Nowej Polany!!). Bez dwóch zdań jedna z najlepszych imprez w tym roku.
Jurajska Jatka – kolejna fantastyczna impreza na Jurze. Punkt „GLOW” czy też stary cmentarz żydowski to kolejni aspiranci do grupy najlepszych punktów kontrolnych ever. Nigdy wcześniej nie byliśmy na Jatce i odwiedzenie tej imprezy było doskonałą decyzją.
Jesienne Beskidzkie KoRNO –naprawdę, ciężko mi wybrać najlepszy rajd 2017 bo poziom imprez, zwłaszcza na jesień był nieziemski. To kolejny aspirant do tego tytułu. Fantastyczna przygoda, z dodatkowym smaczkiem - to tutaj kiełkują wspomniane wcześniej ziarna i zapada decyzja – SFA układa trasę Wiosennego KoRNO 2018 !!!
„So speaks the Lord of Terror and so it is written”
Jaszczur – Ścieżka Muflona – no i brak mi słów. Jeśli poprzednie imprezy górskie imprezy (Mordownik, Waligóra, KoRNO) były doskonałe, to jak nazwać tą? Malo postawił kropkę nad „i”, kropkę która nas przygniotła. Nieraz wracamy styrani i zmasakrowani z górskich wyryp, ale „Ścieżka Muflona” to jakiś nowy abstrakcyjny poziom… było niesamowicie i magicznie.

Zimowe KoRNO – bardzo miłe zakończenie roku rajdowego. Jakoś tak brakło nam imprez w listopadzie, więc na Zimowe KoRNO przyjechaliśmy naprawdę wygłodzeni. A było gdzie i z kim ucztować.
Szkoda tylko, że nie da się odwiedzić wszystkich imprez jakie byśmy chcieli. Część się pokrywa lub trzymają nas inne – np. szermiercze – wydarzenia, które także są niesamowicie ważnym aspektem naszego życia.
…i tak, brakło w tym roku choćby Silesii Race, Kaczawskiej Wyrypy czy też choćby jednego Tropiciela.
Czas szykować się na kolejny sezon :)
Kategoria Rajd, SFA, Wycieczka
Zimowe KORNO
-
DST
95.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Klucz do zwycięstwa…
... albo do największego skarbu Anglii jak pamiętacie „Robin Hood - Faceci w rajtuzach” :)
... albo po prostu do samochodu. Podam Wam teraz prawdę objawioną, więc proszę słuchać z zapartym stolcem :D
Aby rywalizować w zawodach, zmagać się z innymi zawodnikami, z trudnościami trasy oraz własnymi słabościami to trzeba na te zawody najpierw dojechać, a niemalże polegliśmy już przy tym kroku.
Jako, że zrywamy się – jak to w sobotę – bardzo wcześnie rano, to jesteśmy trochę zaspani i wychodzimy z rowerami, plecakami, rzeczami na zmianę... ale bez kluczyków do auta. Skończy się to powrotem do domu, marznięciem Basi pilnującej rowerów przy zamkniętym samochodzie, moim szukaniem kluczyków po domu… opóźnionym wyjazdem i przyjechaniem do bazy na 4 minuty przed startem rajdu.
Jak na plan: dopompowania kół, posmarowania rowerów, przebrania się w bazie przed startem, to trochę słabo z czasem wyszło.
Basia idzie na odprawę, posłuchać jakie pułapki na nas dzisiaj czekają, a jak wychodzę z założenia, że „odprawy są dla słabych” i walczę do ostatniej chwili z przygotowaniem sprzętu.
W końcu jesteśmy w pełni gotowi i wyjeżdżamy z bazy, tylko kilka minut po...wszystkich.
Dobrze!! To taka nasza nowa taktyka – pozwolić przeciwnikom odjechać, zyskać przewagę, pozwolić poczuć się pewnie – pamiętajcie jak to było w klasyce? Uderzymy na najbardziej ufortyfikowany fragment frontu, aby się przekonali że nie żartujemy.
No więc (nie zaczyna się zdania od „no więc”)… No więc realizujemy plan doskonały albo znowu po prostu spartoliliśmy przygotowania :)
Dream Team wyrusza w trasę – ludność Zendka już w strachu.
To okolice Miasteczka Śląskiego i lotniska w Pyrzowicach, co oznacza, że po lasach czeka na nas tzw. „leśna rajza”.
Monika i Tomek pozmieniali nazwy na mapach i możemy odwiedzić takie miejsca jak: Pęknięta Rama czy też Szalony Rowerzysta.
Samo lotnisko zostało przemianowane nawet na Międzygalaktyczny Port Niezidentyfikowanych Obiektów Latających.
No ale (nie zaczyna się zdania od no ale…), dość już wstępu. Dream Team szermierczy rusza w bój…. Trochę opóźniony, ale nie aż tak bardzo opóźniony jak na umyśle, więc nie jest źle.
"Samoloty jak z dziecinnych bajek, ponad głową coraz szybciej niebo tną..."
Latamy po lesie, a nad nami latają samoloty. Liczba startów i lądowań jest naprawdę spora jak na sobotni poranek i ryk silników towarzyszy nam właściwie na każdym punkcie.
A same punkty to bajka – Monika i Tomek rozstawili świetną trasę: bunkry, schrony, ruiny radaru czyli klimat militarny. Trafi się także jakieś urokliwe rozlewisko i bagno, a wiecie że mam słabość do bagien. Moje uwielbienie dla moczarów narodziło się po filmie „Niekończąca się opowieść”, gdy zobaczyłem Bagnach Rozpaczy, gdzie zginął Artax i grasował Gmork! Słowem naprawdę super punkty.

Jest fajnie, zwłaszcza że trzyma lekki mrozik i po lesie jedzie się naprawdę dobrze – błoto stwardniało na tyle, że lecimy nawet bez taplania się.
Na niektórych punktach widokowych zatrzymujemy się popatrzeć na startujące maszyny. Ech łezka się w oku kręci, moja pierwsza robota. Zawsze uważałem, że ten mundur mi pasował. To były czasy, staliśmy przed lotniskiem polowym i patrzyliśmy w niebo. Z tą różnicą, że było to w górach, a nie jak tutaj - na płaskim. Trzeba się było najpierw wdrapać na jakąś przełęcz, ale potem... ale potem to już tylko samoloty. Było pięknie! Tylko ten stinger trochę uwierał w ramię… no i czasem, zupełnie nieoczekiwanie, odpowiadali ogniem!
W bazie niektórzy zawodnicy będą odpowiadać, że próbowali skracać sobie drogę przez lotnisko, ale powstrzymała ich siatka… w sumie dobrze, że tylko siatka, bo mogło to być coś z dobrej serii, a zatrucia ołowiem bywają ciężkie do wyleczenia.
Tak czy siak, lotnisko objeżdżamy z każdej możliwej strony i czyścimy okolicę ze wszystkich punktów.kontrolnych.
Potem przychodzi czas aby wyprawić się w głąb mapy…
Pan Życia i Śmierci... ma zimne nogi
Lasy mają tutaj nieliche... dogania nas Irek z AR Team'u i chwilę ciśniemy razem. Nawiązuje się luźna konwersacja, acz mówię wyłącznie o tematyce rozmowy, bo jeśli chodzi o jej formę, to luźna nie jest. Ledwie utrzymuję narzucone przez Niego tempo i staram się mówić krótki zdaniami, tak aby ukryć sapanie.
Zaraz zejdę na zawał, ale utrzymuję prędkość jaką narzucił. 90% wysiłku idzie na kręcenie, a 9% na ukrywanie zadyszki.
Okazuje się, że Irek zna długoletniego przyjaciela Szkoły Fechtunku ARAMIS - znanego i szanowanego w świecie handlarza bronią. Wiecie, kogoś takiego jak bohater filmu "Pan Życia i Śmierci".
Michał M z Katowic regularnie zaopatruje nas w różne cudeńska, a transakcje nierzadko odbywają się nocą np. przy cmentarzu. Najpierw pada nieśmiertelne "Pokaż mi swoje towary", potem następuje komisyjne liczenie golda. Jeśli wszystko się zgadza, to wracamy do domu z nowiutkimi zabawkami, przeznaczonymi do codziennej przemocy. Jeśli ktoś potrzebowałby dobrej jakości broni, to mogę z czystym sumieniem polecić to źródło, zwłaszcza że towar otrzymacie z rąk Trenera Klasy Mistrzowskiej oraz sędziego międzynarodowego. Prosta piłka, Michał wytrenuje Was (góra 2-3 księżyce), zapewni sprzęt (jeśli masz in-naf golda) i pomoże rozsędziować wasz spór (wskaże kto umarł). Kompleksowa obsługa.
Świat jest mały. Irek zna nie tylko Niego, ale jeszcze kilka osób z AWF Katowice, gdzie robiliśmy kurs i zdawaliśmy egzaminy na instruktorów sportu o specjalności szermierka. Z chęcią bym pogadał bardziej, ale prędkość (albo słabość) zapiera mi dech w piersi i konwersacja jest utrudniona.
Do tego, Irek zaliczył nieciekawą przygodę na początku rajdu - przedzierał się przez bagna i przemoczył buty. Jest około -1 stopnia, a On napiera w totalnie mokrych butach. Mówi, że już nie czuje nóg... Straszna szkoda, że nie mam ze sobą chemicznych ogrzewaczy.
Miałem je w ręku przed rajdem, zastanawiałem się czy nie wziąć, ale stwierdziłem, że nie jedziemy w góry i raczej na Jurze nie będę mi potrzebne. Błąd - szkoda, bo przez to nie możemy Mu pomóc.Plecaki mamy duże, ale drugich butów do pożyczenia niestety nie mamy...

Tropem tropicieli
Docieramy w piękne miejsce. Znamy je z Tropiciela, który rozgrywał się w klimacie post-apo. To do tego jeziorka Basia zjeżdżała na linie i nabierała wody do wcześniej odnalezionej próbówki (taką próbkę, trzeba było dowieść do tajnego laboratorium, którego lokalizację należało sobie wyznaczyć na podstawie wskazówek, zbieranych na kolejnych punktach.)

Bardzo nam się ten Tropiciel podobał, dlatego fajnie być w tym miejscu ponownie. Poprzednio było to nad ranem, dosłownie parę minut po wschodzie słońca i wśród mgieł. Dzisiaj jesteśmy tutaj w pełnym słońcu… no dobra przesadziłem, jest grudzień, lekki mróz i pochmurnie, no ale jest jasno. Możemy zatem sobie oglądnąć sobie to miejsce „za dnia”. Zatrzymujemy się tutaj na krótki popas, Irek napiera dalej. Sam nie wiem czy w jego sytuacji lepiej być w ruchu czy stać. Ostatnimi razem czyli na Jaszczurzej Masakrze Śnieżnikiem bieganie pozwoliło nam się lekko zagrzać, ale przy jeździe na rowerze stopy nie pracują aż tak bardzo, a dodatkowo mocno owiewa je zimny wiatr. Jakkolwiek by jednak nie było, nie zmienia to faktu, że zostaliśmy sami – Irek pognał jak po ogień.
Chwilę później docieramy w kolejne Tropicielowe miejsce - garbaty mostek. To tutaj rozpoznawaliśmy grzyby: BOR'owik, jakiś KOZAK, grzyb nuklearny itp. Tutaj także posługując się wskazówkami z mapy wyznaczamy lokalizację dwóch ukrytych punktów i ruszamy za "leśną rajzą" po nie.


Nie obyłoby się oczywiście bez leśnych klasyków :)


A może by tak finisz... tak dla sportu?
Przeprawiamy się przez budowę, która kolejny raz dzisiaj utrudnia nam poruszanie się po lesie (budowa przecina całą mapę, z północy na południe). Wybieramy jak nie my, piękną szeroka drogę zamiast krzorów i chaszczy. I co? Piękna, szeroka droga to jedno błoto i to nieliche. To jest to błoto, które się lepi i zapycha. Utkniemy na dobre 20 minut w błotnej pułapce. A mówiłem, żeby iść przez krzory! Te wasze drogi i poruszanie się traktami jest przereklamowane.
Jak ktoś nie wie, o jakim błocie mówię - to poniżej zdjęcie z wakacji w Bieszczadach, gdy wpadliśmy na podobne atrakcje:

Finalnie jednak udaje nam się wydostać i zmierzamy na dwa ostatnie punkty. Jest 15:00. Limit mamy do 18:00, więc nie ma żadnego ciśnienia, ale nagle pada głupi pomysł...
A może by tak, zdążyć z kompletem i powrotem do bazy do 16:00? Nierzadko wpadamy na metę na sekundy przed dyskwalifikacją, więc może warto poćwiczyć finiszowanie. Obecna sytuacja układa się idealnie: dwa punkty i powrót do bazy, a czasu trochę mniej niż godzinę - jest na styk, bez granicy błędu, czyli typowy rajd w naszym wykonaniu :)
No to dawaj, idzie nowy sezon, nie możemy wyjść z wprawy. Określamy 16:00 jako deadline i ciśniemy ile fabryka dała, tak zupełnie bez potrzeby :)
To była bardzo dobra decyzja żeby poćwiczyć bo widać, że jednak trochę zardzewieliśmy przez brak imprez rowerowych w listopadzie. Po ostrym finiszu wpadamy na metę 15:59 - czyli jednak się udało. Jednak nie wyszliśmy - tak do końca - z wprawy :)
Basia ląduje na drugim miejscu podium, co jest sporym zaskoczeniem - patrząc na listę startową obstawialiśmy, że będzie to raczej miejsce czwarte. Bardzo silna ekipa była - w grudniu mało osób jeździ (i tak na rajdzie wystartowało ponad 100 zawodników, co jest KOSMOsem jak na ten miesiąc !!!), a Ci którzy jeżdżą - to nie są to osoby pierwszy raz na rajdzie. To raczej osoby, które nie kończą sezonu i płynnie przechodzą w kolejny :)
Po rajdzie siedzimy naprawdę długo w bazie omawiając zarówno trasę, jak i knując po kątach z Organizatorami.
Czemu knując? Albowiem - mogę to już ogłosić pół-oficjalnie (oficjalnie będzie niedługo).
Wiosenne CZARNE KoRNO, marzec 2018 będzie zorganizowane przez: SFAROC'a
ROC czai bazę :)
SFA układa trasy: wszystkie trasy tego rajdu.
Byli tacy co o to prosili, byli tacy co się tego lękali - będą zatem i tacy, co po tym zapłaczą. Jedni łzy radość (Ci chorzy psychicznie), inni przeklną nas do 666 pokolenia w tył :)
Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo nazbyt wcześnie jeszcze, ale gwarantuję że będzie to nietypowa impreza.
Mogę Wam jednak obiecać, że lekko nie będzie.
Już teraz serdecznie zapraszamy na CZARNE Korno autorstwa CZARNEGO ludu :D
Kategoria SFA, Rajd
Jaszczur - Ścieżka Muflona
-
DST
55.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Trzecie podejście do tej imprezy. Za pierwszym razem Muflon dogadał się z wichrami i razem poprzewracali drzewa, co zaowocowało zakazem wstępu do lasu. Za drugim razem Muflon przyjechał na rowerze i pogryzł Jaszczura, albo Jaszczur przyjechał na rowerze i pogryzł Muflona (?)... nie wiem jak to dokładnie było, po prostu MALO o tym wiem :P.
"Czy pamiętasz tamte góry, tamte rzeki, gdy poszedłem hen za Tobą w świat daleki..." :P
Oczywiście, że pamiętam!! Jak mógłbym zapomnieć - kochamy Dolny Śląsk, więc Jaszczur w Masywie Śnieżnika (1426 m) zapowiadał się niesamowicie. Sudety to niesamowite góry, które zjeździliśmy na 10-tą stronę, choć stwierdzenie "zjeździliśmy" jest trochę nadużyciem - przepchaliśmy, o! to jest właściwe słowo.
"Czasami dobrze dać się ponieść" - rowery Aramis'ów.
Pora zatem wrócić w Kotlinę Kłodzką, zwłaszcza że czaka nas tam długie i żmudne śledztwo.
Matko Boska, toż to DZIKie góry...
Do bazy nie ma bezpośredniego dojazdu, bo bazą jest schronisko "Stodoła" gdzieś nad Międzygórzem. Najbliżej da się dojechać na parking pod Igliczną (845 m), gdzie znajduje się Sanktuarium Matki Boskiej Przeciwszóstej (szermierze zrozumieją ten suchar :P)... ee... tzn. Sanktuarium "Marii Śnieżnej".
Gdy odbijamy z Bystrzycy w kierunku na sanktuarium wita nas mój drugi z ulubionych znaków - wiecie, taki z kołem, łańcuchami i zapisem: "Droga nieobjęta utrzymaniem zimowym". Pierwszym ulubionym jest oczywiście żółty trójkąt z autkiem atakującym równię pochyła po pijaku (procenty we krwi). Zaczynamy wspinać się na Igliczną. Długo i mozolnie, zakręt za zakrętem. Wokół nas wszystko mokre po ostatnich deszczach, liście latają na wietrze, a na drodze... DZIK i to jeden z większych jakie kiedykolwiek widziałem. Upasion, aż miło. Dojrzał nas i panika:
Jak tak dalej pójdzie to zagnamy go do bazy. Malo na pewno będzie miał z tego faktu DZIKą radość :D
Finalnie dziku poszedł gdzieś w las, a my docieramy do parkingu leśnego - dalej jechać już nie wolno. "Odpalamy" zatem rowery i ruszamy do bazy na dwóch, a nie czterech kołach. Nie mamy daleko, bo około 1,5 km... podjazdu.
Najwyższy CZAS rzucić okiem na pewną FOTOGRAFIĘ :)

"Jaszczur i Muflon grasują na ścieżkach Masywu Śnieżnika. Zostawili wprawdzie kilka wskazówek, które pomogą ich wytropić, ale strzeżcie się pułapek, mylnych tropów i niebezpiecznych miejsc".
Mapa, jak to na Jaszczurze, jest poglądowa i jest to raczej zbiór luźnych wskazówek terenowych niż dokładny plan miejsca akcji. Do tego znowu mamy wycinki lidarowe (laserowy skan terenu) do dopasowania.
Szlak TIE-fighter'owy oraz pierwsze tropy Jaszczura i Muflona
Muflon: Spokojnie, długa droga przed nimi.
Muflon: No to może i trochę przewyższeń od razu.
Jaszczur: Co się będziemy ograniczać z trochu. "Ognia. Wszystkie baterie ognia"
Wyruszamy z bazy w kierunku pierwszego punktu dzisiaj. Trzeba odnaleźć starą kapliczkę i przerysować kształt kutej rozety. Już od początku widać, że to stare posiadłości Imperium albo Najwyższego Porządku, tereny ćwiczeń pilotów Tie-Fighter'ów. Tutaj musiały trwać tajne prace, nad nowym modelem myśliwca, ze specjalną wieżą strzelniczą :)






Tropem stara fotografii... jak dzieci we mgle
Jaszczur: Idą jak burza. Zrób coś, nim będzie za późno.
Muflon: Mgła i wichry?
Jaszczur: Odpalaj. Pełen zakres.




Liderzy nawigacji? Chyba lidary...
Jaszczur: No Panie Muflon. To ich nie zatrzymało. Potrzeba grubszej artylerii.
Muflon: Bagna, mokradła i moczary... dla Pana, Panie Jaszczur, co najgłębsze.
Jaszczur: Teraz mówisz? Rzucaj wszystko co masz
Muflon: Leci... ale wiesz, że chodzenie po bagnach wciąga?


Narady na wysokim szczeblu, a dokładniej na 1218 metrach...czyli w schronisku pod Śnieżnikiem

"Winter is coming" czyli w lodowym piekle
Jaszczur: Będzie śnieg?
Jaszczur: No to chłoszcz. Chłoszcz złem, aż mięso będzie odpadać od kości.
Muflon: Yes, Sir !!!


Mgła gęstnieje, wiatr się nasila a pod butami coraz więcej lodu. Nie wiem jak mocno wieje, ale mam wrażenie, że nas zdmuchnie. Jest bosko - jest pięknie. Basia jest trochę zdziwiona moją opinią, ale mówię że słowem kluczowym jest stwierdzenie "jeszcze". Za moment, jak mnie przewieje i przemarznę, to zmienię zdanie. Na razie jednak potęga gór jest niemal namacalna i jest po prostu pięknie.
Zapada zmrok... i to w ciągu kilku minut. Zmieniam zdanie, co do tego czy jest pięknie. Na Śnieżniku rozpętuje się piekło... lodowe piekło. Wiatr przyspiesza i napiera tak, że ciężko się rozmawia, a nawet oddycha. Mamy tutaj odnaleźć grób i spisać z niego inskrypcję. Tymczasem warunki pogodowe z każdą sekundą się pogarszają - jest coraz zimniej i coraz gęstsza mgła nas otula. Chwilę potem ciężko dostrzec się nawet nawzajem, gdy odejdziemy od siebie na odległość 7-8 metrów. Nawet światło czołówki ginie w tej mgle.
Trudno, nie zrobimy czeskiej części trasy. Podnoszę rower - oj hamulce chyba zamarzły. Nie wiem jaka jest temp. zamarzania płynu hydraulicznego, ale tłoczki dają mi znać, że nie podobają się im takie warunki. Klamki ledwo co chodzi :)




Streaming na Małym Śnieżniku :)
Muflon: No to pozwól, że Ci przedstawię - mój Przyjaciel: Strumień albo "Wodny Grób" jeśli życzysz sobie bardziej dramatyczną nazwę.
Ze schroniska wyruszamy niebieskim i zielonym szlakiem i kierujemy się aż do ich rozejścia. Postanawiamy ukryć rowery głęboko w lesie, bo tachanie ich na Mały Śnieżnik trochę nas przeraża, zwłaszcza po ostatnim laniu jakie dostaliśmy na Śnieżniku. Ukrywamy je za wykrotami i ogarniamy mapę. Nim zaatakujemy Małego, postanawiamy przejść na azymut do granicy i przeprawić się na czeską stronę, aby złapać tam jeden z lidarów. Do granicy docieramy bez problemu, ale potem schodząc w Czechy zaczynamy bardzo tracić wysokość. Trzeba to będzie za chwilę podchodzić z powrotem...
Krok za krokiem, jesteśmy coraz niżej - aż docieramy do lidara. Teraz na szagę do strumienia, prawie pionową ścianą w dół. Okazuje się, że strumień mimo że ma swój główny nurt, rozlał się dodatkowymi ciekami wodnymi po całej ścianie. Cieki te, skryte pod liśćmi, są dla nas niewidoczne, aż do momentu w którym się w nie wlezie... i wtedy: lecimy w dół, niemal na ryj wraz z osuwającym się gruntem, a po raz kolejny woda wdziera się do butów. Ciężko się potem wygramolić z takiej pułapki. Schodzimy jednak uparcie, aż do skrętu strumienia właściwego. Zaczynamy szukać punktu, ale mgła nadal rozdaje karty w tej grze. Nic nie widać, a szukamy białej kartki na drzewie w środku nocnego lasu. Rozdzielamy się, umawiając z powrotem przy jednym wykrocie, ale już po kilku krokach uznajemy to za bardzo głupi pomysł. Tutaj są setki wykrotów, a we mgle odnaleźć ten właściwy może być naprawdę ciężko. Mimo, że nie odeszliśmy od siebie daleko, to chwilę szukamy się z powrotem w tej mgle. No, mało brakło...

"Wesołe biegi górskie" i Wall-e "go home" :)
Na zjeździe jednak gubię moją tylną lampkę Wall-e: urywa się od wstrząsów na kamieniach. No szkoda, bo bardzo ją lubiłem, a Śnieżnik mi ją zabrał... tak po prostu. Ubolewam nad tym, a las mi wtóruje "...mać, mać, mać". W bazie jednak okaże się, że jeden z zawodników trasy pieszej znalazł ją na drodze. Leżała i jeszcze świeciła, więc ją zauważył. Wall-e zatem wraca z nami do domu, było blisko aby został na zawsze w Masywie Śnieżnika, ale został uratowany :)

Ostatnia bitwa...
Jaszczur: "Gdybym tak bardzo nie pragnął jego głowy, użaliłbym się nad nim" (*)
Jaszczur: Taaa... Jaszczur mówi niebieski.
Podejście z MIędzygórza, po całym dniu, jest koszmarne. Idziemy je ponad 40 minut, potykając się o kamienie i głazy po drodze. Naprawdę myślałem, że nie wyjdę już do tej bazy. Trochę przypominało to powrót do Chaty Socjologa na Jaszczurze w Otrycie, ale tym razem nie dało się porzucić i ukryć rowerów (auto po drugiej stronie góry). Jakimś cudem, ostatnimi siłami dopycham do schroniska. Sponiewierał nas ten Jaszczur. Poturbował nas ten Muflon. Licznik rowerowy wskazuje 35 km, tracker ponad 50!!, 2700 metrów przewyższenia. Chyba tym razem rzeczywiście bylibyśmy szybciej na nogach niż na rowerach, ale i tak nam się podobało. W końcu "Rower power". Tyle, że nas wykończyła ta trasa. Na karcie startowej mamy około połowy punktów... połowy! Połowa trasy, 35 km na rowerze... od 10:00 rano do 2:00 w nocy.


Jak ktoś nie zna tych milutkich zwierzątek, to tutaj jest trochę chory link w tym temacie.
Był to też jeden z najtrudniejszych Jaszczurów ever, w genialnym terenie, z niesamowitą trasą i na stałe zapisze się on w naszych wspomnieniach. On i jego kumpel Muflon. Na razie jednak idziemy spać... może przyśni nam się Jaszczur i Muflon.
P.S. Muflon ogłosił konkurs: kto mi powie co to za klasyk oznaczony (*), którym leci Jaszczur i Muflon, ma u mnie piwo lub batona. Do wyboru. Oba cytat pochodzą z jednego źródła. Termin nieokreślony :)
Kategoria Rajd, SFA
Jesienne Beskidzkie KoRNO
-
DST
137.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rajd dinitrofenolowy (DNP)
Nasze przygody z Jesiennym Beskidzkim zaczęły się długo przed hasłem "3 2 1 START", a było to tak... Jako, że do KoRNO czujemy niezła chemię to chcieliśmy zapisać się na te zawody od dawna. Zwłaszcza, że Monika przekładała ich termin specjalnie pod nas, aby nie kolidowały z naszymi zawodami szermierczymi (za co raz jeszcze dziękujemy!!!).
Czekamy cierpliwie zatem na start zapisów, a tu ani widu ani słychu formularza zgłoszeniowego. Z Moniką i Tomkiem widzimy się na Rajdzie Waligóry i pytamy o Beskidzkie, a Oni że" jest, jest" - tylko nas na liście jeszcze nie ma.
Wracamy do domu, odpalamy stronę KoRNO, a tam formularza zgłoszeniowego nadal brak. Czekamy dalej, aż robi się 1,5 tygodnia przed imprezą. Trochę zaniepokojeni piszemy do Moniki czy możemy dostać formularz. Trochę się nie zrozumieliśmy i dostaję... listę startową, a tam zapisanych 30 parę osób. Co jest? Przecież na stronie KORNO nie ma formularza zapisów - jak Ci wszyscy ludzie się zapisali?
Rozumiem DNF czyli DID NOT FINISH: wystartował, ale zmarł na trasie. Wygląda jednak na to, że my stworzylibyśmy nową dinitrofenolową kategorię porażki - DNP (DID NOT PARTICIPATE): chciał wystąpić, ale nie poradził sobie z zapisami.
Mało brakło, ale finalnie jednak ogarniamy zapisy... z drobnym "e do minus st" (dla niekumatych - z opóźnieniem).
"Ręka Mistrza"
Na dwa dni przed rajdem postanawiam poszukać motywacji do walki. Pamiętam, że nasze pierwsze Jesienne Beskidzkie KORNO jechałem ze "złamaną" ręką (a dokładniej ukruszoną kością, którą potem sklasyfikowano jednak jako złamanie). Jedynym problem było to, że wtedy jeszcze o tym po prostu nie widziałem - łapa bolała i ciężko się rower nosiło, ale żeby od razu złamanie :)
Zjazdy jechałem wtedy na gaz, aby jak najszybciej je skończyć, bo łapa bolała gdy szarpało kierownicą. Postanawiam zatem raz jeszcze sięgnąć po wypróbowany sposób... no ale w 2013 to rękę załatwiłem sobie na zawodach szermierczych. Teraz tak głupio ją uszkodzić bez przyczyny. Co zrobić?
WIEM!! Wejdę w drzwi! TAK, to doskonały pomysł. Rozpędzam się zatem w pewien czwartkowy wieczór i JEB, wpadam w drzwi we własnym mieszkaniu. Patrzę na łapę... działa!! puchnie aż miło. Próbuję zgiąć palce, nie da się. Hmmm, chyba jednak trochę przesadziłem... w listopadzie mamy zawody szermierze i chyba będą musieli mi przywiązać broń do ręki, jak nie odzyskam czucia w dłoni. Basia pyta czy jedziemy na pogotowie... eee...a co ja Im odpowiem, jak mnie zapytają jak to zrobiłem. Walczyłem z drzwiami i drzwi wygrały? Odwiozą mnie nie do ortopedy, ale do psychiatry... a tam to już wyjdzie wiele innych spraw - NIE MA OPCJI !!!
W sobotę rano łapą już nawet w miarę ruszam, więc chyba nie jest tak źle - ruszamy zatem na rajd. W sumie finalnie okaże się, że boląca łapa to jednak trochę przeszkadza w zjazdach, choć "wtedy wydawało mi się to dobrym pomysłem". Upierał się będę jednak, że był to pewien eksperyment, a nie że prawie zniszczyłem drzwi we własnym domu... sobą :P
"Za horyzontem, wielka korona gór..."
Budzik dzwoni o 3:30 czyli pół godziny wcześniej niż w typową sobotę. Zbieramy się i jedziemy do Milówki w Beskidzie Żywieckim. Wschód słońca i z porannych mgieł wyłaniają się kolejne szczyty. Jest pięknie. Część z nich jest nam już znana, część dopiero do zdobycia, ale niektóre z nich będą zdobyte dzisiaj! Pisałem Wam już, że "jesienią góry są najszczersze" - zapowiada się piękny, acz trudny dzień. Najgorsze, że po raz drugi (pierwszy to był Jaszczur w Beskidzie Niskim) zapominam pompki do amortyzatora - oczywiście nie znalazłem czasu aby go napompować w domu; "po co w domu, skoro można przed startem". Można by było, gdybym nie zapomniał tej cholernej pompki, a jako że nie pompowałem amora już dłuższy czas (np. po Waligórze i Jatce), to jadę na sztywnym widelcu. Pod moim ciężarem golenie chowają się całe i przypominam sobie czasy młodości, gdy włóczyliśmy się po Gorach, nie mając pojęcia co to jest amortyzator. Coś czuję, że będzie dzisiaj trochę szarpać na zjazdach :)
Ogarniasz regulamin? Cholera by go wzięła...
Regulamin mówi, że niektóre punkty są nieobowiązkowe. Można je zaliczyć, ale nie trzeba - nie zmieniają one liczby zdobytych punktów, ale dodają czasu do limitu. Jeden wart jest godzinę, a drugi dwie godziny, czyli można przedłużyć sobie rajd o 3 godziny, jeśli się je zdobędzie. Oba znajdują się w schroniskach i będzie trzeba ostro potyrać aby do nich dotrzeć. My oczywiście nastawiamy się, że zaatakujemy góry. Spodziewamy się także, że góry także zaatakują nas :)
Zaczynamy jednak od kapliczki w środku lasu - kapliczka na dawnym cmentarzu cholerycznym z początku XIX wieku. Chwilę go szukamy, bo miejsce mocno ukryte w lesie, ale to bardzo klimatyczny punkt. Nie obyło się bez śmiesznego zdarzenia, bo spotykamy tam jednego z zawodników z trasy pieszej. Kolega chyba się jeszcze nie obudził, bo chodzi dookoła kapliczki i mówi "to nie ta kapliczka, miała być choleryczna". Patrzymy na napis: "Ofiarom Kolery". Mówimy Mu, że to ta kapliczka, na to On do nas: "ale przecież punktu tu nie ma". Odpowiadamy, że ma być na drzewie obok. Pyta nas "a niby czemu na drzewie?" - hmmm, bo tak było na odprawie :D
Nie obyłoby się oczywiście bez naszych ukochanych wichrołomów.


Każdy ma swój własny "uphill battle"
Ciśniemy pod Młodą Horę (1003 m). Nie jest łatwo, bo podejście błotniste i strome, a tu nagle ekipa na motocrosie. Znaleźli sobie prawie pionową ścianę i dawaj: uskuteczniają uphill battle - niektórzy z nich robią to rewelacyjnie i w kilka sekund są na szczycie. Inni dopiero się uczą i pokazowo odpadają od ściany, a potem turlik, turlik w dół.
Dobrze się na to patrzy, ale trzeba cisnąć dalej - każdy ma swój "uphill battle", to nie nasza skrapa. To nie jest skarpa, której szukacie - parafrazując Yodę. Nasza jest trochę wyżej i trzeba się tam dotachać :)



Schronisko szyte na miarę :)
Z każdą serpentyna, z każdym zakrętem - wyżej i wyżej, aż na szczyt. A tam zimno i wichry wieją, ale podbijamy pieczątkę schroniska na naszej karcie startowej. Taki jest właśnie sposób potwierdzania tych dodatkowych punktów.

Cauchy i Heiny z definicji dobrze odżywiali buczynę :)






Sponiewierani przez Grupę Lipowskiego Wierchu


Boracze Pani lubi? Boracze Pani zna? Ja Pani wytłumaczę jak się na tą Halę pcha
Jest ciemno, zimo i do domu daleko, ale nadal mamy 2 godziny do limitu, a więc walka trwa. Zbieramy trzecią i ostatnią pieczątkę ze schronisko i ruszamy zjazdem w dół. Nocne kamieniste zjazdy, zwłaszcza robione na sztywnym widelcu i ze obolałą łapą - chyba jednak powinniśmy się chociaż trochę leczyć.




To kochbunkier? No to kaplica...
a nawet kaplice. Punkty na dole to kapliczki, w tym jedna robiąca niesamowite wrażenie nocą (pięknie podświetlona... szkoda tylko że prowadziło do niej 1000 schodów. Ledwie tam wyleźliśmy po całym dniu w górach). Jeden z punktów znajdował się także na SW od kochbunkra - z resztą sami popatrzcie, jakie tam bunkry były!!



"I tak upłynął wieczór i poranek, dzień pierwszy"
Został jeszcze ostatni punkt - drzewo z drabiną, a potem już zjazd do bazy. Wszystkie punkty zaliczone, cały dzień w górach: 2600 metrów przewyższeń i 90 km w nogach. Było niesamowicie, a w niedzielę mamy jeszcze drugą część trasy. Będzie ciężko, bo nogi tak bolą, tak że zapomniałem o bolącej łapie :)
Do bazy docieramy kilka minut przed rozszerzonym (za dodatkowe punkty) limitem - 21:00, myjemy się i siadamy do planszówek z organizatorami. Potem wieczór zamienia się reczital głupich kawałów, ale przed północą kierujemy się spać, bo w niedzielę o 8:00 start drugiego dnia zawodów!
DZIEŃ DRUGI:
Tym razem pogoda nie okazuje się dla nas łaskawa. Sobota była bezdeszczowa, choć zimna. Niedziela jest zimniejsza i leje - fantastycznie, ale cóż zrobić trzeba jechać :)
Kto by jednak szedł po tak małej linii oporu, zwłaszcza w górach - rzuciliśmy się na komplet punktów górskich w sobotę i się udało!! Zresztą nie tylko my, bo Andżelika z Wojtkiem także zaliczyli cała trasę, także z punktami dodatkowymi. Jest moc :)
A w niedzielę dokładamy jeszcze około 45 km i prawie 1000 przewyższeń. Taki bonus od Moniki i Tomka.
Na koniec jeszcze kilka zdjęć z niedzieli:






Kategoria SFA, Rajd
Jurajska Jatka
-
DST
137.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Tak wiem, czasem to słabo idziemy, pchając/niosąc te urządzenie do jeżdżenia, no ale mówię o jakieś tam statystyce, a nie sporadycznych przypadkach. Sporadycznych czy częstych, ale przypadkach.
Ostrzegam jednak, że tym razem czeka Was bardziej foto-relacja niż relacja, bo było pięknie i nie umiem wybrać, po prostu kilku zdjęć.
Wielka skala błędu czy wielki błąd skali? A może to błąd skali wielkości?
Do bazy przybywamy kolo 8:30, rejestrujemy się i po krótkich rozmowach ze stałymi bywalcami tych imprez ruszamy na rynek na odprawę. Przy omawianiu mapy i punktów w terenie, nagle pada złowieszcze hasło:
"Przepraszam Was, to nigdy nie powinno się zdarzyć ale..."
Zapada chwila złowieszczej ciszy. Patrzę po twarzach innych zawodników - GROZA jest niemal wyczuwalna. Powietrze przesiąka niepokojem, ptaki zamarły w locie, wiatr ustał w swym pędzie...
"...skala mapy to nie 1:50 000. W sumie to nawet nie wiemy jaka jest skala".
A to dobre! Coś się posypało przy tworzeniu mapy. Nam to nie przeszkadza zupełnie. Na chorych zabawach KrakINO skala to występuje tylko w wersja exclusive/benefit/deluxe, a my jakoś tak zawsze ciułamy na wersjach podstawowych :)
Finalnie dostajemy 2x arkusz A3 plus 1x A4. Zabieramy się za planowanie i wybieramy, że uderzymy na początku na północ. Południowe okolice Olsztyna w jakimś stopniu znamy, bo różne imprezy zahaczały o te obszary. Północ to dla nas biała plama na mapie - btw, czemu się mówi biała? W grach zwykle obszar nieodkryty mapy jest czarny! Tak czy siak, wyruszamy na północ, nie wiedząc ile dziś przejedziemy bo skala nieznana :)
Nie ma to jak dobry początek :)
No tak, nie bylibyśmy nami gdybyśmy nie zaczęli od wtopy. Najpierw prawie przegapiliśmy punkt przy samej bazie. W ostatniej chwili udało się zorientować, że on w ogóle istnieje. Potem wyjechaliśmy z Olsztyna nie tą drogą co trzeba, a potem po korekcie, gdy wszyscy wjeżdżali na pierwszy punkt od leśnej autostrady, to my tędy, niosąc rowery na plecach bo nam trochę drogę zasypało:

Chwilę potem jesteśmy już na skałkach i łapiemy punkt z widokiem na zamek w Olsztynie:



Potem łapiemy kilka leśnych punktów czyli lasy, łaki, jaskinie i wyrobiska:


THE GLOW czyli klimaty Fallout'a



Necropolis...czyli "Pan zna jidysz? Nie, ale umiem czytać"
Docieramy w kolejne niesamowite miejsce, bo kolejny punkt to ogromny stary żydowski cmentarz. Ciężko opisać tą lokację, bo zrobiła na nas ogromne wrażenie - sami zobaczcie:

Skąd taki tytuł rozdziału? A wyszło to z metody skojarzeń. Na wielu drzewach, wisiały tabliczki z napisami w języku jidysz i przypomniała mi się scena z absurdalnej parodii "Milczenia owiec" czyli z "Milczenia baranów". Dwójka bohaterów rozmawia o morderstwie i nie chce aby ktoś ich podsłuchał (rozmawiają w miejscu publicznym). Pada propozycja:
- Przejdź na jidysz
(rozmawiają dalej, a w filmie pokazują się napisy po angielsku z tłumaczeniem co mówią)
Punkt za punktem - seria zdjęć z trasy, bo nie sposób opisać wszystkich miejsc.






Nie obyło się bez pchania pod jakieś chore ściany :)


"WHERE'S MI GOLD?" czyli 2 tęcze
Deszcz pada całe 2 minuty i chwilę później wychodzi słońce. Owocuje to piękną tęczą, która niestety na zdjęciu nie wyjdzie, tak ładnie jak wyglądała w rzeczywistości:


Łapiemy punkt na szczycie górki i zjeżdżamy w dół, a tam kolejna tęcza, ale ta nie kończy się na horyzoncie, ale w środku pola jakieś 200-300 metrów od nas. Pierwszy raz w życiu jesteśmy niemal na końcu tęczy. Można by zatem poszukać garnca ze złotem. Trzeba by tylko uważać na tego wrednego karła, który nie lubi jak się Mu rusza złoto. Widziałem z Nim 4 filmy (na pewno oparte na faktach!), a czwórka działa się w kosmosie, więc wiem co mówię :P
Szkoda, że nie ma czasu zabrać złota. Pozostawiamy garniec w spokoju i lecimy dalej.
Może w sumie to i lepiej, co ja bym zrobił z takim garncem złota?
Pewnie połowę wydałbym na dziwki i alkohol... a drugą połowę bez sensu roztrwonił :)
Dwie Wieże czy Lord of the... COOKIES
Aby podbić jeden z punktów musimy odnaleźć dwie wieże, połączone mostem. To brama do parku miniatur. Co ciekawe, znajduje się tam też drugi na trasie punkt żywieniowy. Słownie: drugi!! Jestem w niebie :)
Wieża jest pełna ciasteczek, podbijam kartę i nawet rzucam kilka ciastek Szkodnikowi. Zasłużył, niech ma coś z życia... niektórzy nazywają to warunkowaniem, ale co tam. Ważne, że się słucha. Szkodnik, ciasteczko?

A po drodze kolejne punkty, po lasach:


Studnia...eee... studium przypadku
Dawno nie było wtopy nawigacyjnej, co? No to proszę, wielBŁĄD nawigacyjny. Dwugarbny... Punkt to studnia, ciężko nie znaleźć prawda? Przy kapliczce w prawo i już. Tyle, że to chyba nie ta kapliczka była. Zjeżdżamy w jakieś pole i zaczyna się chodzenie w kółko po polach. Gdyby mi założyli homonto, to bym im od razu całe pole zaorał tyle się nachodziłem w kółko. A studni ani widu, ani słychu.
Czas ucieka, a my chodzimy i szukamy. Piechurzy też szukają i nic. Namierzamy się od nowa, no wychodzi że jesteśmy dobrze, ale nic tu nie ma. Nagle JEST studnia, ale nie ma lampionu. Dzwonimy do Organizatora: czy ktoś nie zgłaszał kradzieży punkty kontrolnego. Nie, nikt nie zgłaszał. Opisuję studnie: płaska, metalowa pokrywa, zamknięta, prawda? Nie, pionowa, betonowa, otwarta.
Fajnie, no to znaleźliśmy jakąś inną studnie :)
Schodzi nam 40 minut na przeszukiwaniu pól i lasów i nagle Szkodnik dostaje olśnienia. To nie tu!! No to już zdążyłem zauważyć Szkodniku, ale czy wiesz coś więcej. No tak..., nie ta ścieżka, studnia na łuku drogi a my mamy drogę prostą jak strzała. Taki niuans, a 3-cie namierzenia nawet nie wychwyciło nam tego błędu. Jedziemy drogą jakieś 200-300 metrów i nagle - PATRZ - jest i studnia. 40 minut w plecy... dużo. Cały czas mamy nadzieję na zrobienie kompletu, ale właśnie sytuacja nam się skomplikowała. W sumie to nas noc zastała na szukaniu wody. Jest już totalnie ciemno, a przed nami jeszcze trochę trasy do zrobienia. Lecimy.
"-Piękna noc Alfredzie... -Niewątpliwe Panie Bruce, wyśmienita noc dla myśliwych"
Myśliwi to my, a nasza zwierzyna to punkty kontrolne. Pełnia w pełni :), więc jest pięknie, acz wcale nie łatwo idzie szukać punktów w ciemnościach. Jesienne wieczorne mgły otaczają nas, a my wspinamy się po skałach po kolejne punkty:


Wiem, że głosy w mojej głowie nie są prawdziwe... ale one mają tyle wspaniałych pomysłów.
Zostało nam 1,5 godziny i 3 punkty do zrobienia plus powrót do bazy. Zaczyna się "wieloosobowa" analiza, bo do głosu dochodzą głosy w mojej głowie:
Grzegorz I Osiłek: lecimy, damy radę zrobić te punkty. Ciśniemy!
Grzegorz II Jebnięty: no, jak przyciśniemy to góra w 20 minut to obskoczmy.
Grzegorz III Rozważny, zwany Rozsądkiem: idź się leczyć, nie ma opcji zdążyć 3 punktów, góra dwa się uda.
Grzegorz VI Fatalista: Zginiemy w kuli ognia!
Grzegorz VIII Maruda: jedźmy do bazy, ciemno, zimno..., a my szukamy szmatek po lasach
Grzegorz X Szermierz: "Kryteria skuteczności natarcia zwodzone: musimy zyskać czas i odległość..."
...
Grzegorz n-1 Żarłok: Gdzie są ciastka?
Grzegorz N Zgrywus: znacie bajkę o wężu i zegarze? SSSS...pierd*aj, tyku- tyku -tykutas**e :)
Szkodnik mówi, że robimy dwa punkty i wracamy do bazy. Wtopa przy studni kosztująca nas 40 minut przekreśliła jednak szansę na komplet punktów. Zrobimy 29 z 30, ale ten ostatni musimy odpuścić, bo nie damy rady zmieścić się w limicie. Patrzę na mapę i rozsądek podpowiada, że Szkodnik ma rację, ale żal odpuścić komplet. Kurde, może zdążymy...
Niemniej wiecie jak jest, Mount Everest jest pełen ciał osób, które postanowiły "wyjść poza swoją strefę komfortu" :)
BAZUJĄC na doświadczeniu:
Grzegorz III Rozważny: I jak Panowie, zdążylibyśmy komplet?
Wszyscy: wal się...
Grzegorz III Rozważny: dziękuję :)
W bazie okazuje się, że Basia ląduje na podium i to na pierwszym miejscu. Jesteśmy zaskoczeni, bo byliśmy pewni że posypią się komplety, a tu 29/30 to dzisiaj najlepszy wynik. Totalne zaskoczenie.

Udało się, bo mogliśmy wszystko przerżnąć:
(Grzegorz 'en minus szósty' Jurny: TU, TERAZ???)
Sądzę, że zabrakłoby nam 10-15 minut, gdybyśmy zdecydowali się jednak zaryzykować. Wystarczająco mało, że niesamowicie kusiło podjąć ryzyko i wystarczająco dużo aby przegrać wszystko :)
Kategoria Rajd, SFA
Rajd Waligóry
-
DST
70.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
"Gór mi mało i trzeba mi więcej, żeby przetrwać od zimy do zimy... "
Góry to Góry. Gór nie odpuścimy, zwłaszcza naszych ukochanych Gorców, a baza rajdu jest w Ochotnicy... więc na wejściu zapachniało Lubaniem i Gorcem. Wiesz jak jest - "Dwie wieże" (widokowe) i inne takie. No więc, musi być i powrót knura... no cóż, najchudszy nie jestem, więc wszystko pasuje. Ruszamy zatem na Rajd Waligóry do Ochotnicy. Zwłaszcza, że na rajd zapisali się - dawno przez nas niewidziani - Magda i Mateusz. Magda zaatakuje samotnie trasę pieszą 50km, a Mateusz dołączy do nas na rowerze i razem ruszymy na podbój Gorców...i Beskidu Wyspowego, bo Piotrek (Organizator) przywalił trasę-kosmos: sytą w przewyższenia i szczyty, z różnych górskich partii.
Wprawdzie nie pada i ma być dziś pięknie, ale mgieł nad ranem jest sporo, kiedy gnamy do bazy. Nad ranem to stwierdzenie trochę na wyrost, bo budzik zadzwonił nam nie o 4-tej, jak w każdą typową sobotę, ale o 2:45... o 4:00 to już pakujemy rowery na nasz SFA-Panzerkampwagen i ruszamy do Ochotnicy. Mam nadzieję, że nie stanie się to nowym standardem, bo nawet szermierze potrzebują czasem trochę snu :P
Rozglądam się po bazie i podoba mi się scena, którą widzę: jest koło 6:00 rano, a wszyscy biegają z rowerami i trzęsą się z zimna. Co chwilę słychać magiczną inkantację: "k****, ale jest zimno". Zapowiada się dobra impreza :)
Dobry techniczny podpych z rana :P
No to zaczynamy. Pierwszy punkt jest bardzo blisko bazy, ale zalecane było brać go od północy bo od południa nie ma mostu - jest bród. Jest 2 stopnie na termometrze, więc jakoś tak nie palimy się na kąpiel. Ale są i tacy, którym nie straszne były zimne wody:

My uderzamy od północy, przedzieramy się przez jakąś łąkę i zjeżdżamy nad rzekę. W połowie zjazdu porzucamy rowery w krzakach i zbiegamy w dół. Mateusz pyta nas "co Wy robicie?" - no cóż, to nasz sprawdzony sposób, zaraz będziemy się wracać pod górę, więc łatwiej będzie bez rowerów. Skoro i tak musimy wrócić ten kawałek, to po co dodawać sobie pchania. Mateusz zjeżdża nad rzekę i musi nas potem gonić z rowerem, a ten bynajmniej Mu nie pomaga na takim podejściu.

Chwilę później jednak pchamy już wszyscy razem. Ściana jest nieprzeciętna. Im wyżej, tym robi się większy pion. Kolejną chwilę później, łatwiej jest nieść rower niż go pchać, co też uskuteczniam. Okulary parują mi tak, że nic nie widzę, ale może to i lepiej - nie widzę, że ta ściana nie zamierza się skończyć. Nie minęła godzina rajdu, a pot zalewa nam oczy, a licznik przewyższeń odpalił naliczanie sekundowe. Finalnie dotachaliśmy się na szczyt i zgarniamy nasz drugi punkt. Potem przelot garbem do kapliczki, gdzie wisi kolejny punkt oraz otwiera się piękny widok na Lubań i kolegów :)

"Ale urwał, ale to było dobre..."
Lecimy w kierunku na Wierch Młynne - przełęcz, którą za dziecka pokonywałem wielokrotnie na niejednej z rowerowych wypraw (ale o tym później, w specjalnym sentymentalny rozdziale - na razie skupmy się na teraźniejszości). Lecimy zatem na Wierch Młynne, a po drodze jeden z zawodników walczy z rowerem. Zatrzymujemy się i próbujemy Mu pomóc. Nie ma z tym większego problemu bo zerwał się po prostu łańcuch. Skuwamy go na szybko i ruszamy dalej, ale zakręt dalej Kolega otwiera drugą linię wsparcia technicznego, bo nagle słychać TRZASK i przerzutka wesoło sobie lata obok roweru - urwany hak. Mam wrażenie gry komputerowej:
LEVEL 1 - łańcuch, poradziłeś sobie, OK; no to:
LEVEL 2 - nagłe uderzenie Kapitana Hak.
Co będzie na LEVEL'u 3?
Wtedy dojeżdża Wojtek i mówi: "koniec jazdy na dzisiaj" i pokazuje "urwany" wielotryb. Trochę mnie to wgięło... ale niestety Wojtkowi nie damy rady pomóc. Awaria jest zbyt duża - wielka szkoda, bo nie damy rady się odwdzięczyć się za poratowanie nas na Wiosennym Korno rozgrywanym w oponach ...eee... oparach absurdu :)

Ja chyba przyrosłem do tego żółtego plecaka, bo dopiero dzisiaj uświadomiłem sobie, że na czas naprawy mogłem go po prostu zdjąć... tak jak Mateusz.
LEVEL 2 udaje nam się jakoś ogarnąć: wyrzucamy przerzutkę i spinamy rozkuwaczem single-speed'a z tyłu. Filip, ze 2 lata temu na takim rozwiązaniu zdobywał kolejne punkty na sierpniowym KoRNO, acz w tym przypadku nie działa to tak idealnie jak wtedy. Łańcuch przeskakuje, acz jechać się da i... okaże się, że Kolega nie odpuści i na tym prowizorycznym rozwiązaniu zdobędzie 12 punktów kontrolnych, czyli komplet z trasy MEGA. No mega!!
Tymczasem docieramy na Wierch Młynne a tam Piotrek i ekipa z OrientAkcji czeka na nas z ciastkami i owocami, bo to punkt żywieniowy. To lubimy, bardzo lubimy :)

...błądzą bo punktów szukają. A mają gdzie szukać, bo napieramy przez Beskid Wyspowy. Najpierw punkt gdzieś w masywie Zbludzkich Wierchów, a chwilę potem ciśniemy podjazd przez Zbludzę i Zalesie, tylko po to aby atakować punkt na zboczu Modynia. Następne zbocze to już masyw Mogielicy. Punkt nie są ulokowane wprawdzie na szczytach tych gór, ale ukrywają się dość wysoko na tych garbach, więc trzeba ostro podjeżdżać lub podpychać pod nie. Trochę szkoda, że lampiony nie wiszą na szczytach - bo jak na Mogielicy byłem chyba z 50 razy, to na Modyniu jeszcze nigdy..., ale nie ma co narzekać bo i tak jest masakra. Konie w chmurach rżą jak dzikie z naszych poszukiwań, bo licznik przewyższeń bije jakby nie znał umiaru.


Przy zjeździe z pod Mogielicy, aby złapać jeden z punktów stosujemy naszą sprawdzoną technikę. Rowery w ukryciu i ciśniemy na azymut chorym zboczem najpierw w dół, a potem z powrotem. Czy dało się to objechać drogą? Oczywiście, ale po co? :D
Jej Wysokość Mogielica :) 
"Jesienią góry są najszczersze, żurawim kluczem otwierają drzwi, jesienią smutne piszę wiersze, smutne piosenki śpiewam Ci"
Rajd Waligóry zabrał mnie w bardzo sentymentalną podróż po wspomnieniach, bo od 3 roku życia do czasów liceum, właściwie każde wakacje spędzałem w Szczawie. Ścieżki w tej części Gorców i Mogielicy znam na pamięć. Rozpoznaję konkretne drzewa na zakrętach, konkretne głazy przy drodze, konkretne podejścia i zjazdy. Czas upływał nam na dziwnych przygodach (pieszych i rowerowych). Na przykład:
- 1) zdobycie Mogielnicy na Wigry 3 i pomyłka nawigacyjna, która zaowocowała zjazdem do Jurkowa i koniecznością powrót u przez Mszanę. Wiecie, skoro niebieskim szlakiem wyszliśmy ze Szczawy, to niebieski szlak powinien doprowadzi nas do Szczawy z powrotem, prawda? Byłoby szkoda, gdybyśmy nie zmienili kierunku poruszania się. Pamiętajcie, że to czasy bez komórek, a my bez wody, bez grosza przy duszy, na Wigry 3 późnym popołudniem po drugiej stronie góry :)
- 2) Zjazd Zbludza-Zalesie i na moim pierwszym górskim rowerze CATIC'u wyprzedzamy dużego Fiata - mina kierowcy bezcenna :)
- 3) Turbacz i "skrót" przez Przełęcz Knurowską, zamiast pojechania zielonym szlakiem na Jaworzynę Kamienicą, co zaowocowało przypadkowym zjazdem do Ochotnicy... i znowu nieplanowanym powrót na około.
- 4) Ciężarówka STAR wyjeżdżająca na Mogielnicę (by budować wieżę widokową) i tekst "podwieźć Was?". Może nie, bo przy tym nachyleniu stoku będzie ciężko utrzymać się na pace :)
- 5) Tata naprawiający kapliczkę na Jaworzynie Kamienickiej.
- 6) 40 stopni upału, docieramy na Turbacz. Wchodzę do schroniska, zamawiam picie, wychodzę na zewnątrz, jest biało... Wszystko w lodzie i śniegu. Co przegapiłem? MEGA GRAD i potem taki deszcz, że na pierwszym zjeździe nie miałem kloców do V-brake'ów.
- 7) Zima stulecia, tak waliło śniegiem, że zakrywało auta po dach! Utknęliśmy w kilka aut na podjeździe pod Lubomierz. Nikt nie był w stanie podjechać. Właziliśmy po 5-6 osób do bagażnika aby dociążyć samochód i jakoś jeden po drugim udało się podjechać.
Przyjechał do Szczawy i mówi, mi że musimy iść na Przełęcz Borek bo tam kosmici zostawili dla mnie prezent. Ja miałem już z 10 lat i oczywiście, walę tekstem "tak, jasne...". Idziemy z Rzek niebieskim szlakiem, a Tata mówi: "to gdzieś tutaj, wejdź w las i poszukaj". Sceptyczny wchodzę i znajduję pistolet laserowy, o którym marzyłem. Czekał na mnie pod pewnym charakterystycznym drzewem.
A dziś jedziemy przez Gorce i zbieramy lampiony. Wiele się tutaj zmieniło, jedziemy asfaltami, gdzie kiedyś były ścieżki pełne korzeni i kamieni. Szkoda trochę, bo Góry te stały się już mniej dzikie, ale nadal jest tu pięknie. Poniżej zdjęcie pewnego rozejścia dróg, gdzie obecnie jest parking, a pamiętam jak nie dało się tutaj suchą nogą przejść przez rzekę. Oczywiście, zamęczam moją drużynę powyższymi opowieściami. Mamy w nogach ze 2000 przewyższeń, widać że mają już trochę dość i cisną w górę w ciszy, a mi się gęba nie zamyka niemal na każdym zakręcie. Naprawdę jestem pod wrażeniem, że mnie nie zabili :)








"Gór co stoją nigdy nie dogonię, znikających punktów na mapie..."

"Wypijmy za błędy na górze..." oraz za srebro na szyi :)
72 km w nogach, 2800 przewyższeń i prawie 11 godzin walki. Jeden z najlepszych rajdów w tym roku, na terenach które kocham od dziecka, a Basia ląduje na drugim stopniu podium - no rewelacyjny dzień.

Kategoria Rajd, SFA
PILSKO + Rysianka
-
DST
35.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Tytuł tego wpisu powinien brzmieć: "Jak utonąć w Beskidzie Żywieckim - poradnik dla początkujących". Otóż wystarczy wybrać się na Pilsko, wtedy kiedy zapowiadają deszcz. Ulewny deszcz. W sumie to wodny armagedon...
"Ja tu na deszczu (...) przyrzekaliśmy sobie..." to Pilsko
Tak było. Termin wyjazdy ustalony dawno, dawno temu. Ciężko zgrać nasze wolne weekendy z wolnymi weekendami Dominika. Gdy data została wreszcie ustalona, to koniec - nie ma bata odpuścić ten termin. Pogoda nie miała znaczenia - walimy na Pilsko i Rysiankę. Tzn. pogoda miała kluczowe znaczenie - postanowiła nas utopić w górach...
Trasa: Korbielów - Przełęcz Glinne (809 m) - Pilsko (1557 m) - Palenica (1343 m) - Trzy Kopce (1216 m) - Rysianka (1322)
Fotoreleacja:
Zaczynamy nasze 700 metrów podejścia. Jeszcze nie pada. Zero jazdy - pchanie i niesienie przez 3,5 godziny :)



Zaczyna się piętro kosówki - nadal nie pada, ale jest stromo :)

Głębiej i głębiej w kosówkę :)

PILSKO - szczyt po polskiej stronie (za moment zacznie padać i... już nie przestanie)
Szczyt po stronie słowackiej:
Droga na Rysiankę :)


Obiektyw trochę zalany - na horyzoncie Dominik przeciera naszą rzekę :)
Jest i Rysianka - schronisko i można się trochę zagrzać, bo jesteśmy przemoczeni a jest 7 stopni :)
Zjazd z Rysianki :)

Porywający ten nasz szlak - takie tam z wodospadem, tylko czemu rower zabrało :)
Miała być jeszcze Romanka ale dopierniczyło nam tak deszczem i to przez kilka godzin, że z Rysianki zjechaliśmy w dół. Cel nadrzędny PILSKO zdobyty!!! Romanka dorwiemy kiedyś indziej - gdy pogoda będzie trochę łaskawsza :)
I tak trzasnęło prawie 1600 m przewyższenia. Syte podpychy i noszonka były :D
Kategoria SFA, Wycieczka
MORDOWNIK 2017
-
DST
105.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
...i znowu mamy dwie doskonałe imprezy odbywające się w tym samym terminie:
Jaszczur - Leśne Akwedukty (Bory Tucholskie) oraz Mordownik w Chochołowie. Długo nie
mogliśmy się zdecydować, na który z tych rajdów jechać... aż tu nagle
Wielki Wichr postanowił podjąć decyzję za nas: wziął i rozwalił lasy w
Kujawsko-Pomorskiem. Tyle było z imprezy w Borach :/
Wysoki Szczebel... pandemii
Budzik dzwoni o 3:45 (czyli około 45 minut wcześniej niż w normalną sobotę), łapiemy rowery i wyruszamy na Mordowika do Chochołowa. Uwielbiam Zakopiankę tuż przed świtem, kiedy niebo pomału zaczyna się rozjaśniać, ale nadal jest jeszcze ciemno. Góry wydają się wtedy tak niesamowicie mroczne. Nieprzeniknioną ciemnością i wyjątkowym majestatem - na wysokości Myślenic - wita nas Szczebel (977 m). Ten potężny masyw, widziany z tej perspektywy przesłania niemal pół nieba i wygląda imponująco.
Basia łapie ostatnie minuty snu, a ja nie mogę oderwać wzroku od tego wzniesienia... Szczebel doskonale czarny!!! Opisywałbym !!! (równaniami oczywiście). Dobrze znowu powrócić w Góry.
Droga ucieka, a ja myślę o terenach rajdu. Baza jest w Chochołowie, czyli stosunkowo niedaleko Szaflar, gdzie startowaliśmy na ICE AR w lutym tego roku. Rajd był świetny... jak już opuścił Podhale i poprowadził nas na Spisz. Podhale zapamiętałem jako burkolandię - krainę gdzie straszliwa choroba dotknęła naszych pieskich braci mniejszych. Demoniczny wirus dopadł ich ciała i dusze... tego nie dało się nazwać nawet zarazą. To była cholerna pandemia. Wszystkie psy na Podhalu (na widok naszych rowerów) dostały wirusa... pierdolca!! Obfity ślinotok, nieskoordynowane spazmy, puste i tępe spojrzenie, skakanie przez kraty, zrywanie łańcuchów. Słowem masakra. Lgnęły do nas niczym do jakiś uzdrowicieli... leciały za nami grupami po 20 - 30 sztuk ujadając - byle nas złapać, byle dotknąć, chwycić chociaż za nogę... A ja z ciężkim sercem, ściśniętym współczuciem, szczodrze rozdawałem im cudowny lek w areozolu.
"Miłej masakry"

"Up, up to the sky"
Zaczynamy od podjazdu pod Gubałówkę (ok. 1120 m) - z Chochołowa przez Ciche. Dzień dopiero wstaje, z wolna wychodzi słoneczko a my już dymamy na 1000 metrów. Bosko. Pniemy się w górę, miejscami bardzo stromym asfaltem. Mimo, że domów przy drodze sporo - ani śladu zarazy, jaka dotknęła Podhale. Bardzo mnie to cieszy, bo mogę skupić się na kręceniu i łapaniu kolejnych przewyższeń.



"...na łące pasą się jałówki, jędrne jałówki na zboczach Gubałówki"
Widok na Tatry też był ładny, ale jednak bardziej mój wzrok przykuły ciasteczka. Aż nie chce się stąd jechać, lekki wiaterek, ciepłe słońce, piękne widoki i... masa ciastek. Szkoda jedynie, że wpadamy na punkt żywieniowy niedługo po starcie (około 4 godzin), gdyż taki punkt po 9-10 godzinach rajdowania to prawdziwy skarb. Będą musiały wystarczyć nam zatem własne zapasy w późniejszych godzinach. Wszyscy opychają się łakociami, ale musimy ruszać.. zostałbym jeszcze trochę bo jest tu full wypass :) ale zły Duchy jak zawsze pogania. Chwilę później lecimy szalony zjazdem w stronę Witowa, niestety trzeba stracić prawie całą zdobytą wysokość bo kolejne punkty znajdują się na dole.

"Celnicy na granicy podadzą..." PUNKTY "...nam, celników z okolicy ja bardzo dobrze znam"

Bez jałowych przebiegów, proszę
- Coś się tak uparł na tą górę?
- No, nie lubię jałowych przebiegów
- Jakich znowu jałowych przebiegów?
- Dymamy na 1200 metrów, jesteśmy rzut beretem od szczytu i co... nie podejdziemy tam?
Tak się nie godzi...
- A co Góra się na nas obrazi?
- Będzie się śmiać... mogłeś mnie mieć, mogłeś mnie mieć. Obudzę się z krzykiem, zlany potem i w majakach, że mogłem ją mieć, mogłem ją mieć...
- No, bez, bez.
...i tym sposobem po zdobyciu punktu na Przysłopie, pchamy na Magurę. Mijamy jakiś turystów, patrzą na naszą mapę i pytają się ilu dniowa to impreza. Widać, że to zwykli śmiertelnicy :)



Punkty na emigracji
Pora przekroczyć granicę i zaatakować słowacką część trasy Mordownika. Granicę przekraczamy na szczycie Magury i od razu wpadamy na wiatrołomy. Zaczyna się przenoszenie roweru - czyli powrót do klasyki: zdobywanie gór w stylu aramisowym :)
Zwalonych drzew jest jednak tylko kilka i potem mocno korzenista ścieżka prowadzi pięknym zjazdem przez las. Łapiemy punkt przy źródle i potem ciśniemy dalej w kierunku kolejnego szczytu. Droga zamienia się w błotne spa, dobrze że robimy ją w dół bo cisnąć nią pod górę nie byłoby fajnie. Zjeżdżamy jak dwa błotne bałwany, ale widoki są tu cudowne.




"Za horką i przez strumyczku"
Zjeżdżamy ze słowackich gór i zastanawiamy się jak będzie optymalnie dostać się do miejscowości poniżej. Nagle za naszych pleców dobywa się ryk silnika i z lasu wyjeżdża słowacka terenówka. Podbija do nas i pyta nas czego szukamy. My pokazujemy naszą mapę i jakoś tłumaczymy łamano polsko-słowackim dialektem: co my właściwie robimy. Chłopaki z jeep'a tłumaczą, że najlepiej będzie nam "za horką i pre strumyczku do cyklostrady". Ruszamy wskazaną drogą i zjeżdżamy w dół - piękny zjazd polaną. Chłopaki chyba wczuli się w przewodników, bo wyprzedzają nas na zjeździe (pocięli tak, że prawie zawieszenie zostawili) i czekają na nas na dole, aby pokazać nam "strumyczku". Strumyczku okazuje się całkiem sporą rzeką - próbujemy przejechać ją z rozpędu i powiedzmy, że jest remis. Mnie się udało, ale Szkodnik utknął na kamyczkach i się trochę skąpał :)
Udaje się jednak dostać do miejscowości, a tam już rzut beretem do "ścieżki wokół Tatr" którą wracamy do Polski, łapiąc pod drodze ostatni punkt po słowackiej stronie.

Gruz 200 czyli jesteśmy w czarnej d... DUNAJCU?
"W bagnach rozpaczy 3" czyli "los Cię w drogę pchnął"

No niestety tego testu nie przejdziemy pozytywnie. Nie dane będzie nam dane dostąpić nieśmiertelności. Jest godzina 20:00, a my mamy 17 z 20 punktów. Do tego, pierwszy z brakujących nam punktów jest naprawdę kawał drogi od nas. Drugi to jeszcze znośnie (względem pierwszego), ale trzeci to kolejny szczyt o wysokości prawie 1000 m. Nie ma opcji zrobić tego w godzinę. Co gorsza, nie złapiemy już dzisiaj ani jednego punktu - nie dalibyśmy rady wrócić do bazy w limicie, gdybyśmy pojechali choćby po jeden punkt. To koniec: 17/20, trzeba wracać do bazy. Mamy niecałą godziną, a do bazy zostało koło 12-13 km. Przegraliśmy swoją nieśmiertelność - medal Immortal na tej edycji zostaje w sferze niespełnionych marzeń.

"Bitter taste of victory"
Docieramy do bazy około 20 minut przed limitem czasu. Nasz wynik (17 z 20 punktów ) okazuje się rewelacyjnym: Basia wygrywa Mordownika w kategorii kobiet, a ja - licząc miejsca ex aequo - ląduję w pierwszej dziesiątce! Nieprawdopodobne, bo obecna była niemal cała czołówka Pucharu. Nie wierzymy w to, a tym czasem dodatkowo, aby rozbić bank, wygrywamy kategorię zespołową (MIX).
Mordownik okazał się w tym roku niesamowicie trudny. Z rowerzystów tylko 6 zawodników zdołało zdobyć Immortala.
Liczymy na to, że za rok znowu powalczymy o nieśmiertelność. I niech ponownie będzie to trasa górska!
Kategoria Rajd, SFA
Piachulec Orient 2017
-
DST
120.00km
-
Sprzęt Dart(h)Moor Primal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dobra - dość o przeszłości, miało być w końcu o drugiej edycji, a nie o pierwszej.
Rajd Waligruchy czyli Chotowa do zabawy, Bejbe?
- Jedziecie na Rajd Waligruchy? (chodzi o Rajd Waligóry w końcu września)
Pierwsza odpowiedzieć jaka mi się ciśnie na usta, to:
"Oczywiście. Tam nareszcie to nawet będę faworytem, bo ostatnio dosypuję sobie do drinków pigułki samogwałtu" :D
Uwaga, otwieracie link na własną odpowiedzialność - powiem tylko, że Japonia to nie kraj, to stan umysłu :)

"A może by tak rzucić wszystko i wyjechać..." na południe
Siadamy do planowania wariantu. Standardowo nastawiamy się na komplet, acz życie zweryfikuje czy nasze oczekiwania nie są przesadzone (oczywiście, że są...). Kreślimy na mapie trasę, umawiając się, że zaczniemy od północy i wyrysowujemy punkt po punkcie kolejne etapy przejazdu. Gotowe, możemy lecieć, ale jednak coś nam nie pasuje z tym wariantem... może jednak na południe?
Nie, to bez sensu. Mamy gotowy wariant od północy. Wydaje się całkiem przemyślany, więc na cholerę wszystko zmieniać w przypływie... no właśnie, w przypływie czego? Oświecenia czy zaćmienia? Ruszamy na północ, postanowione.
Basia: Zaczynamy od północy, prawda?
Ja: No tak zaplanowaliśmy w ostatnich 5 minutach.
Basia: Wiem, że tak zaplanowaliśmy, ale ja się pytam czy rzeczywiście zaczynamy od północy?
Ja: A wolisz od południa?
Basia: Nie, nie. Nieważne już, skoro mamy zaplanowaną już trasę... ale Ty jak wolisz?
...i walimy na południe. Dlaczego? Nadal nie wiem, potrzeba chwili czy nagły atak głupoty, olśnienia? Ważne, że chwilę potem lecimy na południe mapy - tam są pagóry, czyli podjazdy i zjazdy. Być może to nas przyciągnęło :)

Orientacyjna mapa do orientacji jest orientacyjna
Na przykład pokazuje skrzyżowanie trzech dróg: północ, południe, zachód. W rzeczywistości są dwie drogi: północy zachód ale bardziej północ, południowy zachód ale bardziej południe... Było by szkoda, gdybyśmy potrzebowali dokładnie na zachód. Mówimy o drogach asfaltowych, a nie jakiś tam ścieżkach :)
Przykład problemów z mapą w rozdziale: "Jak trafić na cmentarz?".

Krzyki w parowie
To nasz trzeci punkt. Dymamy pod jakaś górkę z przekaźnikiem i potem środkiem łąki do zagajnika (mapa mówi, że jest tutaj całkiem fajne ścieżka). Punkt to "zbocze parowu". Włazimy między drzewa, a tam imponujące urwisko. Parów jak znalazł. Złażę w dół, Basia także... szukamy. Gęsto tutaj od gałęzi i krzorów. Szukamy... no nie ma. No dobra, parów nie może być długi, idę dnem... po tygodniu wędrówki parowem, nadal idę parowem, a przede mną jeszcze miesiąc... wędrowania parowem. Ktokolwiek projektował ten parów, miał rozmach. Punkt nie ma. Co rusz tylko krzyki potępionych:
- Nie, a Ty?
Za pięć minut powtórka dialogu. Jakiś zbierający grzyby dziadek patrzy na nas i próbuje zrozumieć, co my właściwie robimy.
"Panie, grzyby to tam dalej rosną, tu w tym rowie Pan nie znajdziesz". Nie rowie, tylko parowie, tak? A poza tym nie szukamy grzybów... tylko kartek na drzewie. Ciężko będzie Mu to wytłumaczyć.
Odmierzamy się raz jeszcze, no tak... szukamy za blisko. Trzeba zacząć szukać za jakieś 250 metrów. Przejeżdżamy wskazaną odległość i znowu "do parowu". A tam nie jeden, ale trzy parowy! Multiplikacja parowowa... no jaja.

Mały Szkodnik, wielki Demon
Szkodniku, gdybym mógł to bym przyspieszył :P

Pan poda pomocny... kolec :)
Nagle: ARGHHHH... znowu kolce... soczyście wbite w udo. Znowu wlazłem na Kolczastego Przyjaciela.
Wyciągam kolce z nogi, a Kolczasty mlaszcze: "Ooo, 0Rh+, moja ulubiona. Jeszcze kropelkę dobrze?".
Zabieraj te kolce Pacanie... chociaż, czekaj. Kolce tak?
Kolczasty patrzy na mnie ze zdziwieniem: "No co? Kropelkę, nie zbiedniejesz a ja mam na utrzymaniu rodzinę."
Łapiemy punkt z młodnika i ruszamy dalej. Ogólnie coś gęsto się tutaj zrobiło:

- Czemu tędy jedziecie? Dlaczego tak wybraliście?
Hmmm... nie jest to standardowe pytanie, zaczynam wyczuwać ukryte ostrzeżenie.
- A to spoko, to jedźcie, jedźcie... uda się Wam. Oj uda HAHAHAHA
- AAA tak się dostać...a to nie jedźcie tędy. Tędy drogę zabrało, drzewa połamało. Drogi tam dalej nie ma. Zginiecie tam z tymi rowerami. Jedźcie tamtędy

Pan Tadeusz: W obronie absolutu
Na środku drogi, leży przewrócony rower i rozbita butelka absolutu. Wygląda na to, że "Pan Tadeusz" i "Soplica" nie mogą się pogodzić z tym, że "ideał sięgnął bruku". Niby to tylko rozbita butelka wódki, ale przecież chłopaki kochali ją jak "Finlandię" :)
Panowie starają się nie poddawać, acz z każdym kolejnym wygenerowanym równaniem ruchu, coraz bardziej skłaniają się ku zawieszeniu broni i drzemce w rowie lub na chodniku. Coś czuję, że ciężko będzie Im pomścić utraconą flaszkę... lecimy zatem dalej. Widać, że konflikt wygaśnie sam, bo wszystkim stronom kończą się zasoby do prowadzenia wojny.

Punkt (S)CHRON-iony
Mówiąc o wojnie, jeden z punktów znajduje się w bardzo ciekawym miejscu. Sami popatrzcie:



Przez rzekę boso punkty na drugim brzegu :D
Nieraz już przeprawialiśmy się przez rzekę, ale nienawidzę mieć przemoczonych butów. Może mnie całego przemoczyć, ale przemoczone buty to dramat. Dno rzeki jest bardzo spoko bo to piaseczek, planuję rzucić buty na plecak i przejść boso.
Fakt, zostało 1,5 godziny do limitu, a jest jeszcze kilka punktów do zebrania, no ale bez przesady...
Próbuję się bronić, ale Szkodnik wpycha mnie do wody i gna mnie na drugi brzeg, a potem z powrotem. Tyle w temacie suchych butów...
Mózg: ...to częstotliwość drgań własnych
Ja: no i co z nią?
Mózg: taka sama jak częstotliwość wymuszenia... rezonans, rozpadam się.
Ja: Mózg? MÓZG? Mów do mnie, Mózg! Nie zostawiaj mnie...
Ogólnie: przerypana ścieżka :)


Ogrodzenie zwróciło błąd 404... not found
Mija 8 minut... no dramat. Jeszcze raz: do mapy. Mapa, mów do mnie i mów do mnie dobrze!
No tak, nasz duży błąd nawigacyjny. Punkt nie jest przy ścieżce, ale ze 100 metrów w głąb lasu, a my szukamy przy ogrodzeniu, które znajduje się tuż przy ścieżce. To nie jest właściwe ogrodzenie. Wbijamy na azymut przez krzory - i jest! Drugie ogrodzenie, teraz południowy róg i jest także punkt. Mamy zdobycz, ale kosztowało nas to 13 minut. Za dużo...
Ostatnie sekundy...
Szkodnik krzyczy: "punkt to schron, szukaj, szukaj, szukaj".
Szkodnik biega między drzewami jak opętany i krzyczy coś o schronie. Jest trochę jak w transie, trochę mnie to przeraża. Dać jej tylko siekierę i można kręcić niezły leśny horror. Wiecie grupa głupiej młodzieży, budzi starożytnego Szkodnika i ten biega z Nimi z tasakiem krzycząc "schron, oddajcie mój schron". Wyczuwam Oscara - chyba znowu się nie umył :)
Kategoria Rajd, SFA






