aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

Alfred robi niezłe laski... i lubi wąwozy :)

  • DST 30.00km
  • Aktywność Nordic Walking
Poniedziałek, 29 kwietnia 2019 | dodano: 09.05.2019

Bory Dolnośląskie, epizod 3. Tym razem pieszo.
Najpierw odwiedzamy urokliwe lasy rezerwatów "Annobrzeskie wąwozy" oraz "Dalkowskie jary".
Zielono, stromo i setki wąwozów i jarów. Po prostu ślicznie tam jest.
A potem gwóźdź programu, wizyta w opuszczonej fabryce dynamitu oraz innych materiałów wybuchowych DAG Alfred Nobel.
Fabryka ma ponad 200 budynków (pasuje Wam? 200, słownie dwieście... i wszystko opuszczone w środku lasu).
Fabryka miała własną elektrociepłownię, oczyszczalnię ścieków, dworce z peronami i kilkoma liniami kolejowymi, hale produkcyjne i silosy na materiały do produkcji . Wszystko to jest dostępne pod eksploracje i robi niesamowite wrażenie.

Jak chcecie poczytać więcej o tym, lekko złowieszczym miejscu, to tutaj, no i google'ać :)

Zdjęcia i historia obiektu

Bory Dolnośląskie kryją wiele tajemnic...

























Kategoria SFA, Wycieczka

Kiedy Harry poznał... BASZTA downhill i południk 15

  • DST 96.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 28 kwietnia 2019 | dodano: 02.05.2019

Bory Dolnośląskie - Epizod 2. Zostajemy w klimatach wojenno-wojskowych bo dzień zaczynamy od wizyty w dawnym obozie jenieckim w Żaganiu. To stąd nastąpiła tzw. Wielka Ucieczka (znacie tą historię?). Tu właśnie przez zbudowany przez więźniów "tunel Harry".
(nazwa postu to oczywiście nawiązanie do tytułu klasyki kinowych romansów) nastąpiła jedna z najbardziej spektakularnych ucieczek z więzienia ("Skazani na Shawshank" to przy tych gościach amatorzy, albo - w sumie - naśladowcy, bo przecież to życie pisze najlepsze historie). 
Tu taka ciekawostka: duża część obozu znajduje się na terenie poligonu Żagań - Świętoszów. Do wielu budynków, cmentarza wojennego czy też pomników prowadzą ścieżki dydaktyczne, ale - zgodnie z regulaminem jednostki wojskowej - na teren poligonu wstęp jest tylko za zgodą Komendanta. W każdym przewodników napisane jest aby koniecznie ten obóz zwiedzić, a Opiekun Muzeum to nam nawet trasę przejazdu między poszczególnymi punktami rysował... no trochę zamot z tymi przepisami... a potem się dziwić, że ludzie hasają po poligonie podczas ostrzałów...
...gdy ktoś pytał, ogrodzeń nie ma. Są tylko znaki "Teren wojskowy, zakaz wstępu" i szlabany na głównych drogach - ale takie jak te zielone do lasu, aby auta nie wjeżdżały.
Z Żagania ruszamy na zachód w kierunku Żar w poszukiwaniu najpierw Cudownej Kapliczki (cudownie było tam w końcu dotrzeć, po 1,5 godziny przedzierania się przez kopny piach w lasach), ruin dawnego pałacu myśliwskiego oraz szlaku 3 Wież (dwie z nich macie na zdjęciach poniżej). Z jednej z wież jest mega zjazd!! a Strava powiedziała Szkodnikowi, że ma 7-me miejsce na trasie "BASZTA DOWNHILL". Mogłoby być wyżej gdyby nie fakt, że dróg jest tutaj tysiące (na mapie całe 3), szlaki idą zupełnie inaczej niż te na mapie i niemal na każdym skrzyżowaniu mieliśmy postój z kompasem, aby ogarnąć się jak dalej jechać. Niemniej jest tu pięknie i naprawdę na Wzniesieniach Żarskich idzie poszaleć !!! Idzie też się skutecznie pogubić. Informacja sprawdzona i zweryfikowana :). 
Mimo problemów nawigacyjnych, udało nam się wyczaić stare, opuszczone (i niestety zaniedbane) Mauzoleum Górników, a na koniec dnia jeszcze park dworski w Iłowej.

Ciekawostką dnia był jednak Pomnik POŁUDNIKA 15. Chyba każdy wie, co on dla nas oznacza... CZAS SIĘ DOKSZTAŁCIĆ, a słowa CZAS jest tutaj słowem kluczowym :)




























Kategoria SFA, Wycieczka

-Przez POLIGON na Borówki! Co Ty NATO? -Nie wieŻe...

  • DST 106.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 27 kwietnia 2019 | dodano: 01.05.2019

Pierwsza z wielu wypraw tegorocznej majówki - Bory Dolnośląskie, Epizod Pierwszy.
Borówki to kapitalny rezerwat z torfowiskami, ale ale ale... kto z Was cisnął kiedyś przez poligon czołgowy ŻAGAŃ - ŚWIĘTOSZÓW.
W sumie to chyba nawet legalnie bo o zgodę zapytaliśmy i zgodę otrzymaliśmy!!! Dwukrotnie.
Niemniej - po fakcie - net powiedział nam, że zgoda powinna być wydane przez samego Komendanta Poligonu. Zgodo-dawacze na Komendantów nie wyglądali, ale byli przekonywujący :)
Poza tym to jest właśnie Polska... jeden ze zgodo-dawaczy opowiadał nam, że to tutaj nagminne... że czasem Abramsy przepędzają grzybiarzy z poligonu. Powiem szczerze, że znając polską mentalność, nie zdziwiłbym się gdyby czasem było na odwrót.
"Panie, zabieraj mi ten złom z dobrej grzybni... las mi rozjeżdżacie tymi puszkami"
Śmiech śmiechem, ale wypadki śmiertelne się tutaj zdarzają... ludzie lekceważą zakazy wstępu w dniu strzeleń, a tutaj nawala artyleria!
Ta na szybko:

Luty 1998 roku -małżeństwo z Lubiechowa weszło na teren poligonu i chcąc zaspokoić swoją ciekawość podnieśli z ziemi metalowy przedmiot. Okazał się to niewybuch, który eksplodował w rękach tych ludzi. Oboje zginęli na miejscu.
Październik 1999 roku - na poligonie trwało strzelanie artylerii samobieżnej. Grzybiarze z Małomic nie zwracała uwagi na wybuchy i ostrzeżenia na granicy poligonu. Jeden z pocisków zabił trzy kobiety.


My też spotkaliśmy Amerykanów. I powiem Wam, że jak z lat 90. Grupa napiera z CAMP TRZEBIEŃ przez wieś na jakieś PARTY HARD, bo cisną z boomboxem przy uchu, a "czarne" rytmy lecą na pełen regulator. Wśród nich jest też niejeden "Malowany Człowiek" - jeśli kojarzycie ten tekst wiedźmy z "Robin Hood: Książę Złodziei"

Wbiliśmy także do nieczynnej poradzieckiej bazy wojskowej.
Jakby ktoś chciał o tym miejscu przeczytać więcej, to tutaj znajdzie trochę informacji - Baza Pstrąże.

A czemu nie wieże? Bo miał być dziś cztery (3 obserwacyjne no-name i jedna Żelazna Wieża, a nie było żadnej...)
I nie to, że wtopiliśmy nawigacyjnie. Miejsca odnalezione, ale to wież nie było. Chyba, że tak dobrze skitrali bo strzelań na poligonie w majówkę owszem nie ma, ale są zajęcia z pozoracji działań (dzień jak co dzień w pracy :D ) oraz z maskowania. Być może maskowali duże obiekty w lesie i im się udało :)


























Kategoria SFA, Wycieczka

Wielkanocny Mini Rajd na Orientację - Bieruń

  • DST 60.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 22 kwietnia 2019 | dodano: 24.04.2019

Krótka foto-relacja ze spontanicznego wypadu do Bierunia na mini-rajd przygodowy, rozgrywany w Poniedziałek Wielkanocny.
Dwa etapy piesze, dwa etapy rowerowe i zadanie specjalne w formie tzw. „quizu wiedzy bezużytecznej”.
Zwłaszcza, to ostatnie nas mocno kusiło, acz finalnie nie była to taka zupełnie bezużyteczna wiedza, bo pytania dotyczyły np. przeliczania jednostek mocy (w sumie to nie wiem jak przeliczyć MANĘ na MIDICHLORIANY) czy też porównanie wytrzymałości betonu na ściskanie i rozciąganie.
Oczywiście nie obyło się także bez wpakowania w wiatrołomy, które to (wpakowanie się) Basia określiła zdaniem „drogi nie ma, ale kierunek mamy wyśmienity”.
Baliśmy się także czy ukończymy ten rajd, bo nie miał on limitu czasowego. Jak wpaść na metę, na sekundy przed limitem czasowym, skoro takowy nie istnieje?
Gdzieś, ktoś kiedyś rzucił, że niby do 16:00 jest czas, ale nie było to oficjalne. Nie musieliśmy się zatem spieszyć FCA-le…

(hahah… to było mocno hermetyczne: trasa rajdu zahaczała o Tychy i jechaliśmy wzdłuż fabryki FIATA. Niemniej nazwa "fabryka FIATA" jest już trochę zwyczajowa, bo obecnie to koncern FCA Fiat Chrysler Automobiles)

…ale kiedy zdobyliśmy ostatni punkt na 12 minut przed 16:00, to postanowiliśmy powalczyć o bycie przed 16:00 na mecie. Ot tak, aby nie wypaść z wprawy, skoro sezon rajdów już ruszył. No i udało się.

















Kategoria Rajd, SFA

Rajd Katowice 2019

  • DST 45.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 13 kwietnia 2019 | dodano: 14.04.2019

Rajd miejski Katowice to już stała pozycja w naszym kalendarzu. Różne przygody nas tam zawsze czekały np. wbiegnięcie na 30-ste piętro Altusa, kajaki w środku miasta, ścianki wspinaczkowe, gonitwy po hałdach, zadania matematyczne rozwiązywane na schodach pod Spodkiem i inne takie atrakcje, przygotowane przez Komendanta lokalnej jednostki SAS'u (Silesia Adventure Sports), Marcina F. Piszę "F." bo regulamin zabrania jawnego podawania nazwisk oficerów operacyjnych. Nie zastanawiając się zatem długo zapisujemy się na trasę rowerową Rajdu, który Miejski bywa często tylko z nazwy...

Wiesny w Stalinogrodzie swjebodnia nje budjet
...tylko z nazwy, bo najczęściej kończymy głęboko w Lasach Murckowskich, a nierzadko także w obecnych w nich bagnach. Tym razem jednak zwiedzimy inny zakątek Stalinogrodu (część z Was pewnie to wie, ale jeśli nie jesteście tego świadomi - to była to oficjalna nazwa Katowic w latach 1953-1956 po śmierci Józefa S. Tak, tego co kochał dzieci - żart do którego jest to nawiązanie znajduje się na TUTAJ).
Marcin po kilku edycjach imprezy postanowił zabrać nas nie w Lasy Murkowskie ale w okolice Szopienic. Jesteśmy zaintrygowani taką zmianą... szkoda tylko, że pogoda także postanowiła się zmienić. W tygodniu było naprawdę ciepło i słonecznie, ale w sobotę ma lać cały dzień i zapowiadają, że będzie naprawdę zimno. Gdy jedziemy rano szosą na Olkusz, okolice Dolinek Podkrakowskich są białe. Śniegu jest naprawdę sporo (jak na jedno-nocne opady) na dachach budynków, na drzewach i polach. Od Sławkowa śniegu mniej, ale napiera za to z nieba deszcz ze śniegiem. Bosko....
Ostatecznie deszczu podczas samej imprezy nie będzie (to świetnie!), ale temperatura będzie  bardziej przypominać luty niż kwiecień. Ubieramy się zatem naprawdę ciepło, bo zapowiada się, że dzisiaj trochę zmarzniemy. Na Liszkorze tydzień temu, mimo że padło i jeździliśmy po górach, miałem na sobie mniej warstw niż dziś. No cóż, pogoda to chwilowy stan klimatu na danym obszarze, tak? Wygląda na to, że klimat nie pogodził się jeszcze z faktem, że powinna już nadejść wiosna.

Dowolność kolejna czyli przeprawiacie się stąd tam i stamtąd tu :)
Odprawy prowadzone przez Komendanta SAS Silesia powinny trafiać do netu. Idę o zakład, że zrobiłby większą furorę niż "Andrzeju, nie denerwuj się" albo "Apel wojskowy (bez cenzury)". Uwielbiamy Marcinowe odprawy, bo często można boki zrywać. Wczuwa się On bardzo, chcąc jak najlepiej przekazać informacje (pełen szacun!), ale przez to, że się tak nakręca czasami mamy ubaw po pachy. Mamy zatem dowolność kolejną zdobywania punktów (zamiast kolejności dowolnej), słuchamy że jak dotrzemy do rzeki to naszym zadaniem będzie przeprawić się stąd tam (gesty kierunkowe rękami), ale można także stamtąd tu. Na pytanie w którą stronę jest łatwiej, otrzymujemy odpowiedź "stamtąd tu". Przypominam, że to dopiero odprawa, map jeszcze nie dostaliśmy, więc po prostu wszystko jasne. Na opisie punktów tez są opisy, które po prostu uwielbiam: "podać liczbę dinozaurów. Tak te po drugiej stronie też się liczą. Sama głowa także" Chwilę później dostajemy dwie mapy. Jedną małą, drugą dużą. Na dużej mamy do zaliczenia 5 punktów, które położone są względem siebie w pewnym oddaleniu. Na małej mapie punktów jest bardzo dużo, a większość z nich to przeróżne zadania - są także umiejscowione w niewielkie odległości od siebie. Postanawiamy zacząć od małej mapy i ruszamy na zadania.

"Biali nie potrafią skakać" a Czarni rzucać... (*)
... taka prawda. Jednym z naszych pierwszych zadań jest rzut piłką do kosza na boisku pobliskiej szkoły. Jeśli trafimy 3 razy na 3 próby , to otrzymamy 0 minut kary. Za każde pudło dostaniemy pięć minut kary. Pewnie wydaje Wam się, że wynik "-15" w koszykówce jest nieosiągalny - macie racje, wydaje Wam się. Pierwszy rzut robi Szkodnik... ho ho, proszę nie zabijać przechodniów za ogrodzeniem szkoły. Teraz moja próba... JEB. Obsługa zwraca nam uwagę, że celem jest trafienie do kosza, a nie zniszczenie tarczy z użyciem obciążeń udarowych...
Szkodnik bierze się za naszą trzecią próbę. Rzuca, trybuny zamierają, piłka tnie powietrze niczym nóż, źrenice nam się rozszerzają, zaraz uderzy nas też dźwięk odbijającej się od białej tablicy piłki i głuchy szelest siatki. Piłka mknie przez powietrze, przemierza przestrzeń niczym pocisk... czekam na chłostę decybelami. Przygotowuję się na to uderzenie zamykając oczy. Jeszcze chwila. Cisza. Jeszcze moment. Nadal cisza. Jeszcze dosłownie ułamek sekundy... wciąż cisza. Otwieram oczy... chyba nie trafiliśmy nawet w tarczę, obsługa szuka piłki gdzieś w krzakach. Czyli "-15"... nie ma się co załamywać, to też ładna liczba całkowita. Lepiej chyba mieć konkretną, podzielną przez 3 i 5 liczbę niż jakieś tam 0. Tak się będę tłumaczył.
Cóż, koszykówka nigdy nie była naszą mocną stroną. Jak już graliśmy w kosza, to zawsze na zasadach Aramisowych czyli "dopuszcza się uderzenia i kopnięcia", a piłki są co najmniej dwie: jedna do gry, druga do zadawania obrażeń (małe gumowe piłeczki, trafiające Was z dużą prędkością w plecy... bolą). Chcecie wiedzieć jak wygląda Aramisowy golf (gra, a nie ten TDI, bo ten to nie wygląda za bardzo...)?
Z tymi Aramisowymi wersjami gier, to ja mówię poważnie. Do dziś pamiętam nasze obozy treningowe w Starym Sączu i to namawiania początkujących osób do gry:
- Nie grasz z nami w kosza?
- Nie
- Czemu?
- Bo boję się o życie...

A pamiętacie (uwaga, mega hermetyczny żart) jak jak przez lata zdobywaliśmy zaufanie Maćka G. aby w pewien dzień w Starym Sączu, gdy graliśmy w unihoka (te same zasady: ciosy i kopy są ok, a piłki są dwie), namówiliśmy Go aby ściągnął ochraniacze, bo nie będą Mu potrzebne... a jak tylko je sciągnął, wybiliśmy Go w ścianę kijami przy pierwszej akcji po jego bramką. Ech to były czasy... ja do dziś się zastanawiam, jak myśmy to wszystko przetrwali i gdzie są groby tych, którzy tego nie przetrwali :)
No, ale wracając do relacji... bierzemy dumnie -15 na drogę i ciśniemy dalej.

Kajaki i inne zabawy
Jak co roku jedno z zadań to kajaki. Gdy wbijamy na przystań, to punkt dopiero się rozkłada. Cisnęliśmy tu ile sił w nogach, bo z każdą chwilą kolejka będzie tutaj narastać. Plan taktyczny udaje nam się zrealizować w 100%. Obsługa pokazuje nam, które punkty mamy zaliczyć i kilka sekund później wiosłujemy w kierunku wskazanych lampionów. Kajaki z blokami w tle rządzą :)
Innym zadaniem w okolicy przystani jest chodzenie po linii. Tutaj w obiektyw aparatu udało się załapać także Kamili i Filipowi, którzy także dotarli na rajd, o tyle że na trasę pieszą.




"Ważysz trochę więcej niż..." (*)
No to co Szkodnik, stąd tam czy stamtąd tutaj? Powiem Wam, że w końcu nie wiem w którą stronę przeprawialiśmy się wg podziału Marcina, ale według nas to z południa na północ. Zadanie genialne, bo nie dość że jest to przeprawa linowa przez rzekę to jeszcze trzeba ją zrobić z rowerami!! Najpierw na linach musi przejść pierwsza osoba, a w tym czasie druga osoba wraz z obsługą punktu montuje rowery do transportu. Następnie ta "już przeprawiona" postać przeciąga oba rowery na drugi brzeg i potem przechodzi druga osoba. Umawiamy się, że ja przeprawiam się pierwszy, żeby potem przeciągnąć nad wodą nasze rowery. Wiecie jednak, jak to bywa z umowami w związkach. Nim ja założę uprząż, Basia jest już na drugim brzegu (będzie potem mi się tłumaczyć, że to obsługa ją ekspresem w powietrze wyekspediowała... taaa, jasne). Cóż skoro tak wybrała to Ona musi przeciągnąć rowery na drugą stronę. Byłoby szkoda gdyby mój Venom był dość ciężki. Peszek Szkodniczku, narzekaj ile chcesz - tak wybrałaś, tak chciałaś to teraz, łapki pracują :)
W sumie Szkodnik był na drugim brzegu tak szybko, że na mojej stronie został jego plecak.
Teraz lament, że "PLECAKA NIE ZABRAŁAM !!!"
Cóż było robić, biorę oba nasze plecaki: swój na plecy, jej na pierś i wychodzę w powietrze jak... ołowiana kula, bo mnie plecaki dociążyły. Znacie nasze plecaki... przy dwóch sztukach i moim ciężarze (nie)właściwym strzałka ugięcia liny była naprawdę wielka. Przez chwilę się bałem, że moja "próba powietrza" skończy się "próbą wody" z nurkowaniem w asekuracji linowej... Niemniej jakoś udaje mi się przeprawić z dwoma plecakami na drugi brzeg.






Alicja ceni sobie dobre jaja... dinozaurów, gdy jeździ autobusem :)
Przed nami punkt z zadaniami logiczno-matematycznymi. Tym razem czekają na nas w liczbie trzech. Pierwsze to wariacja na temat cegły: Ile waży cegła, jeśli cegła waży kilko i pół cegły - zadanie które pamiętam jeszcze z książki "I Ty zostaniesz Pitagorosem". To były czasy, kiedy matematyka sprawiała wrażenie ładnej i zabawnej. Potem przyszedł "udupiacz uczniowski" czyli zbiór zadań Dróbka, Szymański (pamiętacie to jeszcze?). A później to już tylko z górki było czyli "Analiza matematyczna w zadaniach", a z fizyki Rzeźnik Wakacyjny czyli Resnic-Halliday :)
Tym razem liczymy ile waży jajo dinozaura skoro wiemy, że waży 3 kilo i 3/4 jaja dinozaura. Jakaś ekipa z boku pyta czy wynik ma podać w ułamkach zwykłych czy dziesiętnych, co budzi lekkie zaskoczenie obsługi i nas też, bo wynik nie wychodzi w ułamkach. Ech ta matematyka :)
Drugie zadanie to kwestia eliminacji ale nie Gauss'a - trzeba na podstawie wskazówek i wykluczeń rozwiązać zagadkę, która pisanka należy do której siostry, a sióstr są 4. Jedną jest właśnie Alicja.
Trzecie zadanie to autobus. W autobusie znajduje się określona, znana liczba ludzi. Na przystanku wysiadła jakaś nieznana liczba osób, na drugim przystanku wsiadło 2x tyle co wysiadło na pierwszym i w autobusie znowu zrobiła się znana liczba ludzi. Trzeba policzyć ilu ludzi wysiadło na przystanku pierwszym. Heh, już myślałem że będzie to moje ulubione zadanie transportowe: jeśli pociąg z miejscowości A do B jedzie 30 min, a z B do A już 40 min, to czy żona maszynisty nazywa się Marian :)
Zadania zaliczone - lecimy dalej. Poniżej kilka zdjęć z trasy, tego czasem także miejskiego rajdu:



Symbol Galaktyczne IMPERIUM ?!? Ja chcę taki plac też w Krakowie !!!


"Czemu Oni twoich czarów tak się bali,
czemu Oni czarownicą Cię nazwali..."
czyli żodyn nie spodziewał się czeladzkiej inkwizycji !! (*)

Kilka chwil temu wbiliśmy na dużą mapę i mkniemy w kierunku na Czeladź. Jednym z punktów jest tzw. Pomnik Czarownicy niedaleko Rynku. Powiem szczerze, że przez całą drogę myśleliśmy że będzie to jakaś atrakcja turystyczna jak Smok pod Wawelem czy Chrząszcz w Szczebrzeszynie, a to jest "prawdziwy" pomnik. Naprawdę nas to zaskoczyło, że jest to upamiętnienie jeden z ofiar szeroko rozumianej inkwizycji: niesłusznie skazanej i straconej za rzekome czary kobiety i to w 1736 roku, czyli w czasach już całkiem nowoczesnych. Jak popatrzcie na to tak: Ameryka już odkryta, wiemy już że ziemia kręci się dokoła Słońca, druk wynaleziony, za kilkadziesiąt lat uchwalą pierwszą w historii Europy konstytucję, a tu nadal takie akcje... tak wiem, że nawet dziś można zginąć za czary, ale mimo wszystko... Z drugiej strony jak przeczytacie fragment o przejmowaniu majątku po zmarlej, to wyjdzie, że chyba nie każdy do końca wierzył w te czary. Jeśli kogoś zainteresował temat, więcej można przeczytać na przykład TUTAJ.



"Welcome to Jurassic Park" (*)

Byliśmy już dzisiaj w czasach inkwizycji, pora na dalszą podróż w czasie. W przeszłość. Rozpędzamy nasze maszyny do ogromnych prędkości i niczym Deloran DMC-12 z "Powrotu do przyszłości" skaczemy w czasie, aż do ery dinozaurów. Nie wierzycie? To popatrzcie na zdjęcia. Naszym zadaniem jest policzyć harcujące tu stwory. Pamiętacie odprawę? Te dwa po drugiej stronie także. Głowa także się liczy. Jednego z Triceratopsów Szkodnik to nawet osiodłał i jeśli się uda, to następny rajd przejedziemy na Nim. Zrobilibyśmy furorę, prawda?







"...Ten młody zdusi dinozaury, piekłu ofiarę wydrze, do Katowic pójdzie po laury" :D
Na metę wpadamy niewiele po 14:00 z kompletem punktów. Było super, ale te katowickie rajdy są za krótkie. O co najmniej 12-16 godzin za krótkie! Co ciekawe, przez dużą ilość punktów kontrolnych wcale nie odczuwamy, że w trasie byliśmy tylko trochę ponad 4 godziny. Jak jakąś tam waszą średnią jest 2-3 punkty na godzinę, to gdy wracacie do bazy z około 30 zdobytymi punktami, to umysł nie może pogodzić się z myślą, że minęły dopiero 4 godziny. Co nie zmienia faktu, że było za krótko, bo chciałoby się więcej !!!
Tak szczerze jednak, ma to także pewien swój urok. To jeden z nielicznych rajdów, na których NIE wyruszamy w trasę prawie przed wszystkimi znajomymi i NIE wracamy do bazy, kiedy Ich już dawno w tej bazie nie ma. To też miłe, gdy jest z kim pogadać w bazie i razem poczekać na zakończenie imprezy (w tym wypadku ma ono miejsce o 16:00).
Do domu wracamy jeszcze przed zmrokiem - pasuje Wam? Sobota: w miarę się wyspaliśmy, przejechaliśmy rajd z kompletem punktów, zostaliśmy na oficjalnym zakończeniu, wracając złapaliśmy jeszcze obiad w restauracji, a do domu dotarliśmy przed zmrokiem. Tak to można rajdować hahaha... ale tak serio, to już niedługo wracamy w reżim rajdów długich. Nie ma zmiłuj :)
A co ma tytuł do tego fragmentu? Piekła wprawdzie nie było, no ale Dinozaury były. Katowice też były. Cała reszta też się zgadza. Kumaci powinni się domyślić. 

Na koniec jeszcze kilka zdjęć z tego naprawdę miłego wypadu na Śląsk:











CYTATY:
1) To po prostu tytuł pewnego filmu o koszykówce.
2) Klasyczny "Batman" w reżyserii Tim'a Burtona. Scena do której to nawiązanie, jest świetnie sparodiowana TUTAJ
(gdy Vicki Vale powiedziała Batmanowi, że jest lekka i prawie hak się pod Nimi urwał)
3) Znana piosenka "Czarownica" oraz śląska parafraza klasycznego skeczu Monthy Pythona
4) Cytat z filmu "Jurassic Park"
5) Parafraza "Ody do młodości" Adama Mickiewicza


Kategoria Rajd, SFA

Liszkor 2019

  • DST 130.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 6 kwietnia 2019 | dodano: 07.04.2019

Dwa tygodnie po naszej Kompanii KoRNEJ ruszamy na Liszkora. Tereny tego rajdu w pewnym stopniu zazębiają się z terenami, na których rozgrywana była nasza impreza. Tak jak Wam pisałem w relacji z Kompanii, wiele czynników złożyło się na zaistnienie tego faktu i finalnie nie udało się tego uniknąć. Niemniej moje spojrzenie jest na tę sprawę nie do końca obiektywne, ponieważ patrzę z perspektywy znajomości całej naszej trasy. Wielu zawodników na Kompanii KoRNEJ nie dotarło w Beskid Mały (tylko trasy 24h miały ten obszar w zakresie swych map), więc dla Nich te imprezy mogły być zupełnie różne. Dla nas jednak, kilka punktów bardzo pokrywało się z naszą imprezą np. Leskowiec czy też okolice zbiornika w Świnnej Porębie i nie byliśmy tym faktem zachwyceni. Na tyle drażnił nas ten fakt, że przed Liszkorem postanawiamy iż niezależnie od rozmieszczenia punktów kontrolnych Liszkora, nie będziemy jeździć po terenach gdzie stały nasze punkty. Nawet choćby miało to zdefiniować zupełnie bezsensowny wariant przejazdu tego rajdu. Taki jest plan, nasze postanowienie i żelazna wola. No ale wiecie jak to bywa z planami... podobnie bywa z wolą:

Boska ręka w tym czy diabla?
Szpetnie to czy właśnie pięknie
Wola moja jest jak Szabla
nagniesz ją za mocno pęknie...


Nota bene, jak już jesteśmy przy tej piosence (jak nie znacie to: kierunek przypisy), to dla mnie fragment o broni to kwintesencja istoty szermierki. Zakochany jestem w tym kawałku, zwłaszcza że prawda tych słów aż boli:

A niewprawną puścisz dłonią
w pysk odbije stali siła
tak się naucz robić bronią
by naturą swą służyła... (*)


No ale po kolei. Na razie mamy nasze mocne postanowienie na dziś i przecież nic nie sprawi abyśmy się ugięli, prawda?
Z Krakowa wyruszamy o 6:00 i lecimy w kierunku na Świnną Porębę. Przez ostatnie 5 miesięcy jeździliśmy tutaj niemal co tydzień, albo na eksplorację terenów albo rozkładając/składając trasę Kompanii Kornej. Zbiornik i pagóry dokoła niego są nam dobrze znane. Mucharz!! Zawsze drażniłem Szkodnika głupim tekstem "Mucharz, Mucharz - nie poruch...eee pojeździsz, bo stromo".
Do bazy przybywamy po 7:00 i szybko rejestrujemy się, witając jednocześnie z bardzo wieloma ekipami. Liszkor należy do Pucharu Polski w Rowerowych Maratonach na Orientację, więc oprócz stałych bywalców KoRNO jest też kilka zespołów, które gnały nawet przez całą Polskę po kolejne punkty pucharowe.
Pogoda ma być dzisiaj iście taktyczna jak mawiał Chorąży Pokora, dowódca mojego plutonu w Centrum Szkolenia Sił Powietrznych w Koszalinie. Mamy powtórkę z pewnej Kaczawskiej Wyrypy: czyli poniedziałek - piątek i niedziela słońce i pięknie. Sobota: deszcz, zimno i zło. Według prognoz od 11:00 ma dziś lać... do 17:00 (będzie lać do 21:00).
W bazie odbieram smartfon do rejestracji punktów kontrolnych (NFC lub kod QR), bo mimo że już nie jesteśmy stworami cyfrowo wykluczonymi, to wolę trzymać mój telefon bezpieczny w plecaku, a nie biegać z nim po deszczu. Tak, wiem że to pancerniak, mający nawet specjalny tryb w menu "praca pod wodą" (zmienia on trochę zachowanie urządzenia podczas pracy w zanurzeniu do 3m), ale to że jest pancerny, to jeszcze nie oznacza że muszę go celowo poniewierać. Poza tym na ostatnim Liszkorze, rok temu był jakiś problem z moim CAT'em i kompatybilnością z aplikacją Check Point. W tym roku po prostu wypożyczam sprawdzony sprzęt i już.
Chwilę przed 8:00 dostajemy mapy i postanawiamy ze Szkodnikiem, że lecimy na północ i północny zachód w okolice Andrychowa, czyli jak najdalej od zbiornika w Świnnej. Uderzać na Leskowiec też nie planujemy, bo przecież tam też był jeden z naszych punktów na Kompanii i to ten typu X czyli zadanie/zagadka.

Gorze(ń) już być nie może... "Nas, bohaterów? Prądem?"(*)
Nie unikniemy jednak przejazdu przez znane nam obszary i tak na pierwszy ogień leci podjazd pod Gorzeń, czyli uderzamy w północne rubieże. Wspinamy się na Goryczkowiec, ale tym razem nie pod sam krzyż ale w poszukiwaniu najpierw grodziska a potem pozostałości po dawnych okopach. Duża część ekip wyruszyła na południe - w Beskid Mały, aby góry robić za dnia. My nie mamy w planie Leskowca i spółki, więc nie mamy takich problemów jak góry po nocy :)
Podobny początkowy wariant wybrali Zdezorientowani, więc na pierwszych dwóch punktach będziemy się mijać z Agatą i Bartkiem. Towarzyszy Im Andrzej - mistrz negocjacji z użyciem kabla od Żelazka - znany Wam już z naszych wpisów. Niemniej po tych dwóch lampionach nasze warianty się rozjeżdżają i dalej ciśniemy już sami. Co ciekawe do popołudnia właściwie nie wpadniemy na nikogo z naszej trasy.
Ruszamy na zachód i przed nami punkt 42. Znajduje się on w małym zagajniku pośród wielkiego pola. Zamierzamy pochwycić go od dobrej "czarnej" drogi na mapie. Jednakże w rzeczywistości drogi tej nie ma. Staramy się wyminąć przeszkody w postaci zabudowań i ogrodzeń. Przenosimy rowery przez druty, nie wiedząc (jeszcze) że są one pod prądem. Dowiaduję się o tym, gdy staram się przejść okrakiem przez ogrodzenie.
Strzał jest nieprzeciętny. Doładowanie jakie dostaję w.... hmmm... jakie dostaję, sprawia że osiągam nowe, niedostępne do tej pory dla mnie, wysokie tonacje. Z muzyki w podstawówce miałem kiedyś "mierny" ze śpiewu... heh, to była ocena, co? Nie jakiś tam "dopuszczający" ale MIERNY!!! Doskonała nazwa. MIERNY!!!
Gdyby Pan od muzyki usłyszał jakie ukryte możliwości ma mój głos, to by mnie pchał zaraz do szkoły muzycznej, zamiast pchać mnie w... eeee. Mniejsza z tym. Szkodnik pyta czy mnie do końca porypało, że drę ryja na środku pola. Nim zdążę Go ostrzec, chwyta odważnie za druty próbując przejść i coś zaczyna Go zacinać. Bzzz... bzzzz... Przerywać.... bzzzz.... telepać i trzepać.... bzzzz... Finalnie jednak udaje nam się sforsować ogrodzenie elektryczne. Niemniej drogi jak nie było, tak nie ma. Jest gęsty, zakrzaczony las, potem stroma skarpa i rzeka. Szukamy objazdu czy wariant czarny? Proste, że WARIANT CZARNY - na wprost !!! Lecimy jak ślepy koń na zawodach - nie widzimy przeszkód... tylko czasem trochę osuniemy się ze skarpy, utkniemy w chaszczach lub spadniemy do rzeki.




Trochę szlakiem bojowym Kompanii KoRNEJ, ale też trochę w nieznane !!!

Chwilę później przejedziemy również obok dawnego cmentarza cholerycznego, na którym umieściliśmy punkt na Kompanii Kornej. W tle śmieją się z nas dwa złe Bliźniaki (strome szczyty), na których także wisiał zarówno punkt jak i jego kamrat, zwany przez niektórych kumotrem :)
Po części znanej nam z naszych zawodów zaczynamy wjeżdżać w nieznane nam tereny szeroko rozumianych okolic Andrychowa. Łapiemy kilka ładnych punktów w polach, które rozciągają się po aż horyzont. Kiedy kończą się pola, zaczynają się strome pagóry. I jak na karuzeli: raz w górę, raz w dół, wszystko cały czas z widokiem na Beskid Mały.
O 11:00 jak z zegarku, zgodnie z zapowiedziami zaczyna padać deszcz. Z krótkimi przerwami (czasem na grad...serio ) będzie padał już do nocy. Konsekwentnie i planowo zbieramy wszystko z północno-zachodniej części mapy kierując się na "tłustą" 92 na skraju mapy...
Spora galeria z trasy, poniżej:
Szkodnik zadumany nad mapą, gdzieś w środku pola:


Gdzieś na bezdrożach...

Z widokiem na Bliźniaki

Gdzieś na bezdrożach (z drzewkiem :) )



I znowu Bliźniaki :)

Jedna z 90-tek na Kompanii KoRNEJ. Stary cmentarz choleryczny:



Szkodnik buszujący w wykrotach :)


Oskórowane drzewo !!!


Co to jest nasyp? RÓW NA ODWRÓT czyli jak się źle czyta mapę, to się błądzi...
Leje nieprzeciętnie. Deszcz spływa nam po kurtkach i kaskach, a my przeszukujemy jakiś leśny kompleks w poszukiwaniu wielkiego wąwozu, w który ma znajdować się norka. Nic takiego tutaj nie ma... dopiero dokładna analiza mapy wykazuje, że jesteśmy głupi. To nie parów czy wąwóz (w znaczeniu że dół), ale nasyp (w znaczeniu że w górę). Źle odczytaliśmy mapę. Chodzimy sobie po tym nasypie szukając rowu, nie wiedząc że chodzimy po miejscu, którego szukamy. Ech, nie ma takiej wtopy nawigacyjnej jakiej nie umielibyśmy popełnić. No nic, wprowadzamy korektę i obszukujemy naprawdę strome zbocze nasypu. JEST LAMPION!! Jest też problem, bo dojście do niego po glinie spływającej z wodą jest co najmniej problematyczne. Te momenty, w których stoisz na zboczu i nie ruszając się, nagle zaczynasz zjeżdżać w dół nie mogąc się zatrzymać. I tak kilka razy z rzędu. Jest tu tak ślisko, że naprawdę ciężko nam się wdrapać do lampionu, ale w końcu się udaje. Teraz pozostaje... stąd zejść w jednym kawałku. Tym razem grawitacja jest jednak naszym sojusznikiem i pomaga nam zejść. Trochę to boli, ale pomaga... na sam dół i to w trybie ekspresowym.



Aramisy chciały przejść przez rzeczkę
nie wiedziały jak, znalazły kładeczkę
Kładka była (tak) zła, że...
O K***A (*)

Opuszczamy pomału północe rubieże mapy kierując się na południe. Chcemy przejechać "wzdłuż" Beskidu Małego łapiąc punkty, które pochowały się na skałach i w dawnych wyrobiskach. Aby tam jednak dotrzeć musimy wybrać jedną z opcji: czy lecimy objazdem asfaltowym czy też ponownie "wariant czarny" i przez pola na skróty. Wybieramy opcję numer dwa i chwilę później musimy przeprawić się przez rzekę. Owszem nie jest to jakaś wielka przeprawa, ale przejście po zniszczonej, mokrej od deszczu belce, jakieś 1,5 metra nad lustrem wody, z rowerem na ramieniu, to jest przeżycie. Mało brakło, a pięknie byśmy się skąpalibyśmy (belka była pęknięta i trochę "szarpnęło" gdy byliśmy na jej środku). Po raz kolejny przydał nam się najbardziej stabilny krok jaki znam - krok szermierczy. Nie wyobrażam sobie przejścia takich rzeczy bez kroku szermierczego. Szkoda, że nie da się ułożyć roweru w zasłonie 6-stej zabezpieczającej :)
Deszcz tak leje, że nie ma sensu się nigdzie zatrzymywać. Gdybyśmy weszli gdzieś pod jakąś wiatę to w kilka minut zrobiłoby nam się zimno bo jesteśmy przemoczeni, a zatrzymać się w lesie i stać w deszczu, to też słabo. Basia nawet nie chce słyszeć o postoju, więc "w locie" wyciągam bułkę z kotletem i sunę przez deszcz zagryzając kurczaczkiem. To zawsze coś. Mogłem jechać przez deszcz bez bułki z kotletem. Uczmy się doceniać małe rzeczy!





POTRÓJNA katorga czyli Beskid Mały ale wariat.
Mieliśmy nie wchodzić w góry, tak?
No ale jakoś tak wyszło, że zbieramy punkty na granicy Parku Krajobrazowego Beskidu Małego. No to może by się tak kopsnąć po punkt pod Potrójną (883m) i Czarny Groniem? Będzie stromo, bo to Beskid Mały (ale wariat)... Dobra, targamy.
Podejście okaże się takie jak oczekiwaliśmy: strome, nawet bardzo strome. Mokre od deszczu liście i gałęzie nie pomagają. Błoto jest nieprzeciętne. Gdy jesteśmy w połowie tego naprawdę długiego podejścia, deszcz przechodzi w grad.
Potrójna katorga: błoto, stromo i grad. Kawałki lodu walą nam po kaskach, przemoczone buty ślizgają się na błocie, rowery oblepione gliną ważą chyba tonę... ale my idziemy wciąż dalej, nieustępliwie i konsekwentnie. Trzeba być pojeb***... aby w taką pogodę... za kartką na drzewie... Wszystko mamy przemoczone, jestem jakbym właśnie wyszedł z basenu lub z pod prysznica. I do tego ten grad. I ta ściana przed nami... z każdą minutą zdobywamy jednak wysokość i wychodzimy wyżej. Tutaj już nie pada. Grad i deszcze zostały za plecami. Drogi jednak spływają potokami. W górnych partiach jest też jeszcze śnieg i to miejscami, nawet całkiem sporo.
Jest tutaj także bardzo zimno. Gdy wychodzimy "ponad" deszcz na szybko przebieramy się w ostatnie suche ciuchy z plecaka (tzn. górne partie), bo buty i spodnie to można wykręcać. Chwilę później zakładamy też lampki, bo gaśnie już ostatnie światło dnia. Łapiemy punkt na skale Zbójnickie Okno niedaleko Chatki pod Potrójną i ruszamy w nocny las w kierunku Łamanej Skały. Stamtąd zjedziemy już do cywilizacji i długa na bazę. Plany, plany, plany...
Mokro...

Szlaki płyną :)


Na górze nie pada, ale wieje i zimno. Nie zmienia to faktu, że zmierzch w górach jest piękny :)


"Powiewa flaga gdzie wiatr się zerwie, a na tej fladze BIEL I CZERWIEŃ"
czyli Leskowiec (919m). To napis na tablicy pod flagą na szczycie. Biel i czerwień to była odpowiedź na zagadkę na trasie 24h naszej Kompanii KoRNEJ, bo jednym z punktów był właśnie szczyt Leskowca. Jak może pamiętacie, naszym planem z początku dnia było nie jechać na Leskowiec, tak? Bo to nasz punkt, bo nie ma sensu, bo nie jedziemy w góry i co...?
Jest godzina 23:04 a my jesteśmy na szczycie Leskowca. CO POSZŁO NIE TAK?
Gdyby jeszcze zrobić go za dnia, to nie... my po nocy.
Ja się naprawdę pytam, co poszło nie tak?
Przedarcie się z pod Potrójnej na Łamaną Skałę zabrało nam sporo czasu - ze względu na wiatrołomy i spore ilości śniegu. Planem był zjazd do miejscowości poniżej i powrót asfaltami na bazę. Niemniej z Łamanej właściwie jedyny sposób powrotu do Świnnej jest przez Leskowiec. Nie ma po prostu innych sensownych dróg. Objazd asfaltami to jakieś chore koło, a na Łamanej byliśmy przed 22:00. Nasz limit czasu to 23:00 plus godzina limitu spóźnień (minus 1 punkt przeliczeniowy za każdą minutę spóźnienia). Wariant nasuwał się zatem sam - przez Leskowiec, zwłaszcza że w jego okolicy był jeszcze dwa lampiony 61 oraz 73 czyli 130 punktów przeliczeniowych.
Mieliśmy nie jechać w góry, jesteśmy w środku Beskidu Małego.
Mieliśmy nie jechać na Leskowiec, powrót przez niego to jedyna sensowna opcja.
Aramisy i ich plany...
JEDZIEMY!!! Nie mamy dużego zapasu czasu. Ruszamy czerwonym szlakiem. Na szczyt pod flagę dotrzemy o 22:40, ale nie będziemy wstanie odszukać ukrytego tam lampionu. Według opisu jest to wykrot. Obszukaliśmy całą polanę na szczycie, ale lampionu nie ma. Niby jeden wykrot też tu jest, ale lampionu brak. Robimy zdjęcia wykrotu i o godzinie 23:04 wyślemy sms BPK - brak punktu kontrolnego. Ruszymy w kierunku Schroniska po Leskowcem, na Grani Jana Pawła II (890m)
Trudno, nie mamy czasu dłużej szukać tego punktu i tak straciliśmy ponad 20 min na niego. Weszliśmy już w nasz limit spóźnień i do północy musimy dotrzeć do bazy!!
...no właśnie, musimy?


"Może spotkamy się - tam, gdzie trafi każdy z nas,
Tam gdzie życie będzie snem,
Może spotkamy się - TAM, GDZIE W MIEJSCU STOI CZAS
Za sto lat, za rok, za dzień." (*)

Zirytowani brakiem lampionu, przemoczeni, zmarznięci, styrani kilometrażem (około 125 km) i przewyższeniami (około 2500m) ruszamy w kierunku schroniska. Zjazd jest cudowny. Czołówka na kasku, dwa szperacze na kierownicy i lecimy szlakiem przez las. W schronisku wszyscy już śpią. Do wieczora można było tu za okazaniem karty startowej otrzymać pakiet żywieniowy (zupełnie jak w Kompanii KORNEJ !!!). Niemniej jest noc, schronisko już śpi. Liszkor wprowadził tutaj jednak pewną nowość. Przewidział tzw. "CZAS STOP" na posiłek. Są tutaj dwa lampiony - jeden "STOP", drugi "START".
Odbijając "STOP" zatrzymujemy czas (maksymalnie na 1 godzinę). Pasuje Wam? Zatrzymujemy czas - to jest moc :)
Normalnie zatrzymalibyśmy czas, zjedli i odpoczęli... no ale jest 23:15. Jesteśmy już w naszym limicie spóźnień i mamy 45 min na powrót do bazy. Owszem "droga stąd już tylko w dół" (*) żółtym szlakiem, ale to nadal spory kawałek do Świnnej. Nie ma co robić przerwy. Basia odbija zatem STOP, chwilę potem START i wskakuje na rower. Ja idę zrobić to samo i wtedy dostaję latarką po oczach. Obudziliśmy "schronisko", które miło nas wita i zaprasza na herbatę i ciasto. Mówimy, że nie potrzeba, wiemy że pakiety żywieniowe było maksymalnie do 22:00, a jest po 23:00. Przemiła Pani jednak nalega i zaprasza.
Cholera... Basia odbiła już czas START. Przerwa by nam się przydała, aby odpocząć bo musimy ostro grzać dół aby się nie spóźnić. No nic... Wysyłamy sms z informacją, że jednak korzystamy z przerwy i czas "START" był błędem. Nie wiem czy nam to uznają, ale kij z tym. I tak miało nas dziś na Leskowcu nie być. A herbata i ciasto to fajna opcja. Jak nam nie uznają tej przerwy poleci dyskwalifikacja, bo przyjedziemy po limicie, ale co tam... ciasto i herbata, tak? Są pewne priorytety!!!
Ryzykujemy. Odpoczywamy w schronisku koło pół godziny. Odbijamy czas START (Basia po raz drugi) i ciśniemy w dół. Po drodze jeszcze 76-tka, która jest już formalnością, chociaż z 5 minut jej szukamy. Potem "puść te klamki i ogień z d**y" czyli gnamy żółtym szlakiem w dół. Żleby, błota, kamienie, miejscami bardzo stromo... co tam, trzeba zdążyć w limicie lub zginąć próbując. Jeszcze odbicie z żółtego, skrótem na Koziniec, a potem już Świnna i baza.
Wpadamy na metę sporo po 1:00 w nocy, ale nadal w limicie spóźnień, jeśli uznają nam tą akcję z czas STOP i czas START.
Uznają. Jesteśmy w limicie. Basia ląduje na 3-cim miejscu, mimo że dziewczyn było sporo. To cieszy, ale też trochę śmieszy, bo nasz wariant dzisiaj z dziwnymi planami: unikamy pewnych terenów i nie jedziemy na Leskowiec, nie wytrzymał konfrontacji z rzeczywistością. Powiedzmy zatem, że nie byliśmy dzisiaj tytanami planowania, a tu jednak podium dla Basi. Dziwne to, ale nie będziemy przecież składać zażaleń. 
Przebieramy się w suche ciuchy i idziemy na after party, a jak wszyscy pójdą spać my ruszamy na Kraków.
Do domu dotrzemy około 5:00 rano... i znowu niedzieli nie pamiętam... i to bez alkoholu :)
 
CYTATY:
1) Piosenka Jacka Kaczmarskiego "Warchoł"
2) Film "Seksmisja"
3) Parafraza, znanej dziecięcej piosenki "Pieski małe dwa"
4) Piosenka Budki Suflera "To nie tak miało być"
5) Piosenka Jacka Kaczmarskiego "Epitafium dla Wysockiego"


Kategoria Rajd, SFA

XXXIV KrakINO - Gambit Królewski

  • DST 1.00km
  • Aktywność Bieganie
Czwartek, 4 kwietnia 2019 | dodano: 09.04.2019

Niespełna dwa tygodnie po naszej Kompani KORNEJ wracamy do lasu – tym razem Wolskiego – jako budowniczowie trasy XXXIV KrakINO. Cześć z Was już kojarzy te imprezy, ale dla tych którzy jeszcze ich nie znają, dwa słowa wstępu. KrakINO to krótkie, popołudniowo-wieczorne zawody MnO (marszu na orientację), które charakteryzuje wysoki poziom trudności. Mapy są przekształcane, modyfikowane, ich treść jest zubożana, co wymaga od Zawodników dużych umiejętności nawigacyjnych np. zorientowanie się w terenie tylko po rzeźbie terenu lub konieczność dopasowania do siebie różnych wycinków mapy, które zostały obrócone o jakiś kąt lub/i odbite lustrzanie. Co więcej tutaj najlepszy wynik to zero – punktów się nie zdobywa, ale otrzymuje się kary za każdy błąd (od braku punktu, przez spóźnienie, czy też podbicie punktu stowarzyszonego). Wynik „0” oznacza zatem, że trasę pokonało się bezbłędnie. Wyniki idące w setki, a czasem – przy dłuższych imprezach – w tysiące, oznaczają, że „trochę Wam jednak nie poszło” Jako zawodnicy, w miarę regularnie bierzmy udział w tych chorych nawigacyjnych zabawach od 4-tej edycji imprezy (a zawody odbywają raz w miesiącu), ale jako budowniczowie trasy to był to nasz drugi raz (naszym debiutem było XXX KrakINO - relacja pod linkiem).

"A dam Wam Adama" czyli Rzeźnika Kartografii - tako rzecze Nataszka :) 
Budowanie tras i tworzenie map do tak precyzyjnej (sportowej) nawigacji to jest prawdziwe wyzwanie i wymaga sporej wiedzy i doświadczenia. Podobnie jak przy naszym debiucie trafiamy zatem po skrzydła opiekuna z ramienia AKInO, który musi naszą trasę najpierw autoryzować, a potem bardzo pomóc nam ogarnąć mapy. Powody są dwa: formalny i prozaiczny.
Formalny: tutaj przestrzelenie punktu (złe rozstawienie go w terenie względem mapy lub, a czasem też „i”, złe zaznaczenie go na mapie) o nawet 50 metrów to jest błąd gruby. Na tej mapie to omyłka, którą mało kto zauważy – tutaj większość dobrych zawodników wpisze w kartę BPK (brak punktu kontrolnego), bo lampion 50 metrów dalej niż miejsce, w którym powinien wisieć, nie będzie nawet rozważany jako poprawny. Zostanie potraktowany jako punkt z innej trasy (czyli błędny) lub punkt stowarzyszony (oszust podszywający się pod lampion właściwy – za zebranie takiego jest kara!).
Czasami, gdy wchodzicie w jakieś miejsce, to w zasięgu wzroku macie 5-6 lampionów i tylko na podstawie waszej umiejętności czytania mapy i posługiwania się kompasem, musicie podjąć decyzję który jest właściwy. Sami teraz chyba rozumiecie, dlaczego na takich zawodach trasa i mapa muszą być przygotowana perfekcyjnie.
Drugi powód – ten prozaiczny – to fakt, że jesteśmy anty-talencia graficzne i wymagamy uwagi i opieki, jeśli chodzi o wrysowanie trasy w mapę. Nie chcemy tego pokazowo spaprać... jak, jak... a co będę pisał. Czas na PARABOLĘ w znaczeniu przypowieści, a nie że iks kwadrat! Przypomina mi się akcja z dawnych lat, kiedy pewien mój kolega opowiadał, że Ojciec przekierował go do pracy przy mostach. Gdy zapytał dlaczego, to otrzymał odpowiedź: „bo tam najmniejsza śruba to 50-tka. Może tej nie dasz rady upier***lić przykręcając.”
Dostajemy zatem Opiekuna naszej trasy, ale tym razem nie jest to Nataszka, z którą robiliśmy XXX KraINO. Ekipa AKInO dzieli między siebie imprezy i opiekunem tej edycji zostaje Adam zwany Rzeźnikiem Kartografii. Mówię serio. To, jak gość odwzorowuje teren na mapie to jakiś kosmos. O jego umiejętnościach można by zapodać osobny wpis.
Mamy zatem bardzo mocne merytoryczne wsparcie dla trasy, którą mamy zaprojektować.

Robimy INO !!! INO na wariackich papierach
Szybko okaże się jednak, że zadanie wcale nie będzie takie proste, ale nie dlatego że nie mamy pomysłu. Ten przychodzi właściwie od razu, kiedy dostajemy nominację do zrobienia naszego drugiego KrakINO. Ostatni namiętnie dostaję wp***dol od kompa w tej grze, więc pomysł nasuwa się sam. Szachy – Gambit królewski. Jak to brzmi, prawda?
Szkoda tylko, że to co ja nazywam gambitem, komputer traktuje jako samobójstwo i trzy ruchy potem daje mi mata. No to robię „cofnij” i gram inaczej, pilnując aby nie popełnić podobnego błędu. Dostaję mata w 2-óch ruchach…. a jak w LICHESS'ach ustawię poziom 10-ty dla kompa, to nawet nie wiem co się dzieje na szachownicy... Mata głupca mi nie dał, ale mata imbecyla to zaliczyłem już z 1000 razy.
Mniejsza jednak z samymi szachami, trzeba ułożyć trasę, ale – jak wspomniałem – nie będzie to zadanie łatwe.
Powodem będzie czas. Tak jakoś wyszło, że „nasze” KrakINO wypadnie niecałe dwa tygodnie po Kompanii KORNEJ. To jeszcze byłoby do ogarnięcia w toku przygotowań do Kompanii KORNEJ, ale Adam oświadcza nam, że nie ma Go w każdy weekend w Krakowie, bo jeździ po całej Polsce, po różnych zawodach. Tym sposobem, wyznaczenie dat aby się spotkać celem weryfikacji trasy oraz celem przygotowania map… stanie się bardziej niż problematyczne. W pewnym momencie, zrobienie tej imprezy w terminie 4 kwietnia stanie się naprawdę koszmarem planisty lub – patrząc z drugiej strony – majstersztykiem w zarządzaniu czasem.

Zdzwaniamy się z Adamem i wykreślamy kolejne daty, jako nieosiągalne przez Niego lub przez nas:
Wtedy: nie
Wtedy: też nie
Wtedy: nie za bardzo
Wtedy: nie, bo to już dzień KrakINO
Dobra, pierwsza iteracja nie przeszła. Powtarzamy zapytania bo osiągnięty wynik jest niesatysfakcjonujący.
Wtedy: nie
Wtedy: też nie
Wtedy: nie za bardzo, ale skoro się nie da inaczej
No!! Jest postęp.
Zapodaj kolejną iterację. Teraz się uda!


Taaa… na pewno. Oczywiście…
Zapominamy, że znany DJ fizyki Albert MC squared (ten link jest doskonały!!!) mówił, że „absurdem jest robić ciągle to samo i oczekiwać innych wyników”.
Kiedy lecimy n-tą iteracje, uzyskiwany wynik zaczyna się powtarzać ze złowieszczą powtarzalnością :P i to w sposób do tej pory niepowtarzalny: NIE DA SIĘ WYZNACZYĆ CZĘŚCI WSPÓLNEJ zbiorów funkcji określających nasz wolny czas…
Co w takich momentach zrobił by Euler, Bernoulli, Riemann i inne dobre duszki. TAK!! Wiedziałem, że wiecie! Zmienił by dziedzinę funkcji. Funkcja określona na liczbach rzeczywistych? Poślijmy do niej liczby zespolone i zobaczmy co się stanie – nazywa się to analitycznym rozszerzeniem dziedziny (z naciskiem na ANAL i tyczne bo to metoda trochę z d*** - no ale działa).
Skoro brakuje dni, należy przerzucić się na noce. Owszem eksploracja trasy jest wtedy „lekko” utrudniona, ale cóż zrobić. Skoro brakuje światła dnia, trzeba zacząć włóczyć się w mroku nocy.
Samodzielne przejście trasy i wybór miejsc na punkty kontrolne uda nam się zrobić w chwili oddechu między pracą, szermierką a przygotowaniami Kompani Kornej, jednak przejście trasy z Adamem odbędzie się już totalnie nocą, na dzień... na... na noc przed dniem, w którym zaczniemy rozkładać lampiony Lorda SFAROC’a. Nie ma to jak się dobrze wyspać przed 37-godzinnym rozstawianiem trasy… Taka ciekawostka, że włócząc się nocą po lasku, natknęliśmy się na parę w aucie, która także zajmowała się ANALitycznym rozszerzaniem… nie wiem czy dziedziny, czy czegoś innego, ale chyba (po)możemy Im to zaliczyć?
Trasa po drobnych poprawkach otrzymuje status APPROVED. Ciekawi jakich? A na przykład takich, że punkt dla nas bardzo fajny i oczywisty: wąski przesmyk miedzy ogrodzeniami, z pkt widzenia orientacji sportowej nie ma prawa bytu. Musi to być charakterystyczne miejsce w terenie, czyli np. róg ogrodzenia, dołek, skarpa. Między ogrodzeniami, mimo że to wąski tunel nie spełnia tej definicji: nie możemy postawić punktu ot tak w przestrzeni: to musi być jakiś obiekt.
Do tego wędrując nocą przez Lasek Wolski dowiemy się od Adama się wielu ciekawych rzeczy odnośnie zawodów i systemu ich oceny w orientacji sportowej. Zasady, kryteria, co definiuje najlepsze etapy, parametry sędziowskie, uprawnienia przodownicze (dobrze to napisałem?). Ogólnie bardzo ciekawy temat, acz szkoda że kosztem kolejnej zarwanej nocy…

INO map brakuje jeszcze… czuję się jednak tak podekscytowany że aż stawiam namiot!
We wtorek, tuż po Kompanii KoRNEJ spotykamy się z Adamem wpisać opracowaną trasę na mapę, a trzeba przecież poskładać to jakoś w szachownicę i klimat ulubionej gry Kasparova (to ten znany Anty-virus, prawda?). Finalne mapy Adam przygotuje jednak sam, bo we wspomniany wtorek udaje nam się tylko ustalić co będzie lidarem, co będzie zlustrowane, jak będzie wyglądać podział trudności pomiędzy trasy podstawowe i zaawansowane. Nie jesteśmy w stanie zrobić zrobić nic więcej, bo nawet nie jesteśmy w stanie zaprosić Adama do nas – tak mamy rozwalony dom po wszystkich przygotowaniach do Kompanii KoRNEJ. Adam też nie ma jeszcze uaktualnionej mapy, więc robimy po prostu obszerną notatkę służbową i któreś nocy Adam samodzielnie przygotuję mapę na podstawie naszych wspólnych ustaleń.
Potem zostaje już tylko odebrać je z drukarni, no i rozwiesić trasę.
HA… no i postawić namiot. Prawie bym zapomniał, ale ekipa KrakINO kupiła namiot polowy (co to za nazwa, może być kuchenny?) i rozbijamy go w Lasku, tak skutecznie jak rozbijaliśmy nieraz nasze marzenia o prozę życia. Gdy wszystko już gotowe witamy zawodników, tłumaczymy zasady dzisiejszej zabawy i wypuszczamy ich w las.
To jak wyglądała nasza trasa czy też jak bardzo nas za nią nienawidzicie, to jednak już wasza opowieść :)

SZACH! MAT! czyli poszedł jak dzik po lampiony !!!

Gdy wszyscy zawodnicy dotrą już z trasy bo bazy (czyli do namiotu), grubo po 22:00 pójdziemy w las pozbierać lampiony. Okaże się jednak, że to także nie będzie takie proste. Przeszkodzą nam w tym duże grupy…. dzików. Dzikie ekipy harcować będą sobie po wąwozach i ścieżkach lasku w takiej ilości, że po prostu nie sposób będzie do dwóch lampionów podejść. Co ciekawe z terenów podmokłych uda nam się je przepłoszyć i zebrać punkty, ale dwa miejsca upatrzyły sobie chyba na nocleg z młodymi i ani myślą się stamtąd zabierać. Latarki które zwykle je przeganiają, tym razem wzbudzają ciekawość stworów… Wolimy zatem nie gonić się dzikami po lesie i postanawiamy, że dwa te ostatnie lampiony zbierzemy w innym terminie. Nie dość że komputer mnie klepie w szachy, to jeszcze dziki gonią mnie po lesie... no jak żyć :)

Mapy i zdjęcia z imprezy na stronie KrakINO


Kategoria Rajd, SFA

Kompania KORNA - raport Szefa Sztabu

  • DST 1.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 23 marca 2019 | dodano: 27.03.2019

Oto opowieść o tym jak trafiliśmy ze Szkodniczkiem do pewnej Kompanii Kornej. O tym jak zostaliśmy oskarżeni o nieudolne pozyskiwanie lampionów (na wszystkich tych rajdach, na których nie udało się zrobić kompletu) oraz o niegospodarność czasem, gdy pojedynczy lampion zdobywaliśmy przez 3 godziny. Jakiś sędzia śledczy dorzucił także oskarżenie o kretyńskie warianty… tak, że w sumie wszystkich zarzutów zebrało się naprawdę sporo. Pod koniec procesu „okrutny piąty prokurator Judei, eques Romanus, Poncjusz Piłat” (*) skazał nas zatem na Kompanię Korną. 

Wiosenne CZARNE KoRNO w 2018 było w naszym ORIENTalnym życiu naprawdę sporym punktem zwrotnym. Pisałem Wam jak bardzo baliśmy się czy ta impreza w ogóle wyjdzie? To pytanie retoryczne bo wiem, że pisałem Wam to chyba ze 100 razy… Nie zmienia to jednak faktu, że trzęśliśmy porami jak w porąbany w warzywniaku czy podołamy… ale udało się!!!
Nasz rajd został przyjęty o wiele cieplej niż mogliśmy sobie to wymarzyć – za co raz jeszcze dziękujemy.
Zdefiniowało to jednak pewną sytuację, w której nagle się znaleźliśmy. Mogliśmy potraktować Wiosenne CZARNE jako jednorazowy strzał. Wybryk i zachciankę (krnąbrnych, ale nie) rozwydrzonych bachorów lub jako pierwszy krok na naszej nowej, orientalnej drodze życia. Otwarł się wakat Architekta ludzkich cierpień i trzeba było pomyśleć czy bierzemy tą robotę :)
Po rajdzie, już na spokojnie, wraz z Moniką i Tomkiem po dość krótkiej dyskusji postanowiliśmy, że za rok zrobimy drugą edycję Wiosennego CZARNEGO KoRNO. Skłamałbym mówiąc, że gdzieś tam w głębi duszy (nawet nie wiedziałem, że ją mam…) nie liczyliśmy na to po cichu – zbyt dobrze bawiliśmy się projektując trasę, układając zagadki i robiąc promo rajdu, aby traktować to jako pojedynczy strzał. Oczywiście, była to ogromna robota, dużo większa niż mogliśmy się tego spodziewać, będąc do tej pory tylko uczestnikami takich rajdów. Nie zmienia to jednak faktu, że była to także świetna zabawa. Skłamałbym także mówiąc, że w moim zwichrowanym umyśle nie pojawiła się koncepcja drugiej edycji już w trakcie budowy trasy Wiosennego CZANEGO KoRNO.
Wiecie jak jest – wiem, że te głosy w mojej głowie nie są prawdziwe, ale mają one tyle fajnych pomysłów !
Powiedziałem mojemu psychiatrze, że słyszę głosy w mojej głowie, a On mi powiedział, że nie mam swojego psychiatry...
Tak też narodził się pomysł… no właśnie, zupełnie innej imprezy niż Kompania Korna. Część z Was słyszała już nazwę pod którą miała kryć się druga edycja, bo o niej czasem wspominaliśmy, a tu taka niespodzianka. Pomysł nie został jednak zarzucony, a raczej przeniesiony w czasie. Dlaczego zarzucać gotowy już pomysł i pracować nad inną koncepcją? Czyżbyśmy mieli za mało roboty? Wszystko to wyjaśni się poniżej – to tyle tytułem wstępu. Zapraszam do wysłuchania opowieści o pewnej Kompani Kornej.

"Mam bardzo nieskomplikowany gust: zadowala mnie to co najlepsze" (*)
Zabrzmiało srogo, co nie? A to tylko cytat z Oscara Wilde. Dość dobrze oddaje jednak uczucia, które targały nami około października 2018. Aby w pełni zrozumieć to przesłanie musimy jednak cofnąć się w czasie do wakacji 2018.
Pierwsze, konkretne eksploracje trasy pod imprezę 2019 zaczęliśmy już w sierpniu 2018. Miało to na celu zapewnić nam sporo czasu na szwendanie się po Beskidzie Makowskim, w którym to miała rozegrać się druga edycja Wiosennego CZARNEGO. Pełni wiary i młodzieńczego entuzjazmu wyruszyliśmy w teren, nie wiedząc jeszcze jaki los przygotowało dla nas Fatum, Karma i inne takie drapichrusty…
… i gdy tak hasaliśmy sobie wesoło wśród górek i pagórów, dotknęło nas romańskie przekleństwo.
Romańskie od Romana Królikowskiego a nie od Rzymian. Roman niegdyś rzekł do nas takie słowa: „Beskid Makowski? Tam są 4 pasma górskie i nic więcej. Wiele tam nie znajdziecie”.
Miał rację… od sierpnia do października zrobiliśmy 8 dłuższych wypadów w Beskid Makowski w poszukiwaniu ciekawych miejsc na punkty kontrolne. Osiem całodniowych wypraw, a w notesie i na Garminie kilka punktów. No właśnie, kilka ciekawych… Nie 30-40 fajnych punktów, ale kilka – dosłownie 3-4. Na osiem wycieczek i kawał spenetrowanego terenu to mało. Za mało… o wiele ZA MAŁO.
Nie zrozumcie mnie źle – to Góry, a więc tereny piękne, ale niestety niezróżnicowane. Siłą Wiosennego CZARNEGO KoRNO miały zawsze być ciekawe, mało znane miejsca, różne ciekawostki od historycznych po przyrodnicze. Mieliśmy jaskinie, grób pierwszego zestrzelonego pilota we wrześniu 1939 roku, skalną kapliczkę uznawaną za miejsce objawień, mieliśmy bunkry OKH (Oberkommando des Heeres - Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych Wehrmachtu), krzyże na szczytach skał, z których prawie każdy związany był z jakąś legendą – Skała Kmity, Sąd Aleksandrowicki, punkty widokowe, Kalwarię z posępnymi postaciami, wieś odznaczoną krzyżem walecznych, ruiny zamków czy też moją ukochaną Doliną Racławki która broni się sama, bo jest tak piękna.
A teraz mamy 4 nietypowe punkty (nie zdradzę jakie, bo może jeszcze kiedyś zahaczymy o te tereny). Pozostałe też są niby fajne, bo są tam punkty widokowe, jakiś kamieniołom, ale ogólnie jest tego mało. Większość punktów to byłby skrzyżowanie ścieżek, może jakiś głaz. Miejsca fajne na każdy rajd, ale nie umywa się to do różnorodności punktów kontrolnych z Dolinek Podkrakowskich.
No i druga sprawa: wariantowość… a w zasadzie jej brak. Nawet robiąc rogaining marszruty narzucają się same: trzeba walić szlakiem bo inaczej nie ma sensu lub innych sensownych dróg po prostu nie ma. Chociaż może to po prostu my nie umiemy zrobić w tym terenie ciekawej imprezy – tak też może być. Wariantowość otworzyła by się sama, gdyby zagęścić punkty kontrolne, ale takowych właśnie nie mamy. Nie chcemy też dawać punktów gdzieś na siłę. Trasa powinna bronić się sama. Oczywiście, że pojawią się na niej punkty dodatkowe: sugerujące np. przejazd przez ciekawy teren, pozwalające unikać głównych dróg, ale zgodnie z nazwą mają to być punkty dodatkowe/pomocnicze, a nie 80-90% wszystkich lampionów.
Gnębi mnie to, wierci w duszy dziury, prześladuje i miewam nocne koszmary – czasem nawet moczę się nocy, gdy po ciemku podjadam z lodówki i obleję się sokiem… Teren nam się pomału kończy, a u nas posucha. Niby historycznych miejsc jest trochę, ale wszystkie w jednym klimacie: partyzanckie, bo to takie tereny.
Openstreetmaps, WikiaMAPA oraz inne strony nie pomagają. Pustka. Roman obłożył nas romańskim przekleństwem i pewnie teraz rechocze… nie umiemy zrobić tutaj w miarę ciekawej imprezy.
Zbieram się na odwagę i rozpoczynam poważną rozmowę z Basią. Nie, nie dlatego że się jej boję (no może trochę…), ale dlatego że ciężko mi się samemu z tym pogodzić. Trzeba podjąć bardzo odważną decyzję: musimy zamienić miejsce rozgrywania zawodów. Co ciekawe Basia jest zgodna – ma takie samo wrażenie, że trasa nie spełnia naszych oczekiwań. 3 miesiące pracy w plecy… zaczynamy od zera. Lenon, jak to Lenon, mówi: „to wielki sukces i wielka odwaga, przyznać się do błędu i zawrócić ze ścieżki, która jest ślepa” i oczywiście w jakimś stopniu ma rację… co nie zmienia faktu, że właśnie zaczął się listopad, a my zaczynamy od zera.
Trasa musi bronić się sama. To jest warunek konieczny. Jesteśmy w środku sezonu zawodów szermierczych, mamy przed sobą niesamowite przedsięwzięcie: kolejne Mistrzostwa, które będą rozegrane w Krakowie, a prace nad KoRNO zaczynamy od zera… to tyle by było ze „spokojnie i nienerwowo”.
Owszem powie ktoś, że listopad to jeszcze nie tragedia. Trasę mamy zamknąć do końca stycznia – tak jesteśmy umówieni z Moniką, więc to w sumie racja. Niemniej, nie po to zaczynaliśmy eksploracje już w sierpniu, aby w listopadzie nadal nie mieć nic… hmmm, chociaż może właśnie po to? Może właśnie po to, aby mieć czas na analizę sytuacji i tak wielką zmianę.
Decyzja zapada: skoro trasa nie spełnia naszych oczekiwań to trafia do kosza, a my wciskamy przycisk RESET.




Formujemy KOMPANIĘ KORNĄ
Ruszamy z planem nowej trasą. Od marca 2018 czyli od zakończenia Wiosennego CZARNEGO KORNO, żyjemy imprezą w Beskidzie Makowskim, a teraz musimy nasz rajd przenieść. Tylko kurde gdzie? Klimat imprezy zaplanowany, teren zaplanowany, a teraz wszystko leci do do kosza, a przycisk przywróć jest nieaktywny. Dokładnie jak z trasą rodzinną rok temu. Pamiętajcie jednak: „co Cię nie zabije, to Cię okaleczy” więc ponownie ruszamy w teren... i wtedy wzrok nasza pada na coś świecącego. Coś co w zachodzących promieniach słońca (w końcu patrzymy na zachód) błyszczy się i przyciąga wzrok. To coś to korona. A dokładnie to perła (eeee LANCA?) w Koronie. Lanckorona i Kalwaria Zebrzydowska. Dróżki kalwaryjskie i inne takie. To się może udać! Ruszajmy na eksplorację.
Już pierwszy wyjazd – tak z głupa, na pełnym spontanie przynosi nam około 10 fajnych punktów. Kurcze, to 3 razy więcej niż osiem wyjazdów w Beskid Makowski. Utwierdzamy się w decyzji, że była to „dobra zmiana” :P
Zaczyna się listopadowo-grudniowo-styczniowe zbieranie koordynatów. Zima, mróz i lód nie mogą nas zatrzymać... straciliśmy na Makowski całe lato i jesień, to trzeba teraz napierać w śniegu. Coś jednak zaczyna się krystalizować i kształt ten zaczyna mi się podobać.
Jednak w moim sercu nadal tkwi pewna drzazga (kołek, to się nazywa kołek, i to osikowy, krwiopijco...). Tereny fajne, punkty fajne ale to nie góry. Owszem zahaczymy finalnie o Beskid Mały, ale na tym etapie jeszcze tego nie wiemy: eksplorujemy na razie okolice stricte samej Lanckorony. Czemu to takie ważne? Bo klimat imprezy miał się kojarzyć z górami.
Zmiana trasy zatem TAK, ale planowana do tej pory nazwa nie do końca mi teraz pasuje. Musimy zatem wymyślić inną, nową nazwę, a planowaną do tej pory, zachowamy dla innej edycji.
I tak rodzi się trylogia SFAROC’a. Tak, dobrze słyszycie – trylogia. Nazwa pierwszej części czyli „Kompania Korna” zawdzięczacie Lenonowi, który podczas jednej z naszych eksploracyjnych wypraw ją po prostu wymyślił... Trułem Mu chyba od 2 godzin, że planowana nazwa nie pasuje do obecnego rajdu i rozpaczałem, że trzeba by było wymyślić coś innego, chwytliwego, opartego o słowo KORNO. Lamentuje i mam słowotok rozpaczy, a ten do mnie krótko: „no to może KOMPANIA KORNA”
Kupił mnie ten pomysł natychmiast. No po prostu: „Ziemianin wie o Pustce!!!” (*) jeśli kojarzycie klasykę – jak nie to odsyłam do przypisów. Tym samym Wiosenne CZARNE KoRNO staje się swoistym prologiem, coś jak „Hobbit” dla „Władcy Pierścieni” czy jak „Rogue One” dla Klasycznej Trylogii Gwiezd Wojen. 
Uprzedzając fakty powiem, że trasa nam się tak rozrośnie i tak wzbogaci o przewyższenia, że stara nazwa wcale by nie była taka zła. Niemniej zostawimy ją dla ostatniej, trzeciej części cyklu. Druga nazwa też już zaplanowana, więc już dziś szykujcie się na część drugą i trzecią tej historii.



FRAKTALE i inne detale

Z każdym wyjazdem w teren przybywa nam miejsc na punkty kontrolne. Gdy spisujemy koordynaty poszczególnych lokacji, podejmujemy także decyzję czy zawiśnie tu lampion, czy też może pokusimy się tutaj o jakieś zadanie/zagadkę.
Na tym etapie nie jest to jeszcze decyzja ostateczna, ale zarys tras zaczyna się pomału kształtować.
I wtedy, któregoś popołudnia trafiamy na Most na Cedronie. Miejsce ładne, bardzo fajne na punkt kontrolny, więc wpada na naszą listę. Kiedy zapisuję koordynaty GPS w Germinie, Basia przygląda się małej kapliczce zbudowanej na środku mostu.
- Widziałeś?
- Co miałem widzieć?
- W kapliczce jest malowidło a na nim most.
- Super (odpowiadam trochę automatycznie bo właśnie zapisuję współrzędne, co jest dla mnie na tą chwilą priorytetem)
- Nie rozumiesz. To jest ten most. Ten sam!
- Jak ten sam?
- No sam popatrz.
Idę i rzeczywiście. Malowidło przedstawia dokładnie takie sam most, jak ten na którym właśnie stoimy. Jeden do jeden - wszystko się zgadza, podpory, kształt budowli. Tylko akcja na moście dzieje się w dawnych czasach… w nocy, przy pełni księżyca. Patrzę uważnie… a na moście kaplica. A w niej… ALE CZAD !!!
Incepcja, samopowtarzalność obrazu niczym… niczym… niczym FRAKTAL !!!
Obraz ten sugeruje, że na naszą rzeczywistość i to co się dzieje na naszym moście, także patrzy ktoś z zewnątrz. Niekończąca się pętla i samopowtarzalność. Już wiem, że tu musi być zadanie. W mojej głowie od razu przywołane zostają: zbiór Mandelbrota i zbiory Julii. Fraktale – piękno matematyki w najczystszej postaci.
Tak oto rodzi się punkt X92. Jednak wymyślenie treści tej zagadki – wierszyka, nie przyjdzie mi już tak łatwo. Około 12 poprzednich wersji trafi do kosza, nim w końcu po 3 tygodniach układania strof, uznam że wersja zaprezentowana na rajdzie jest akceptowalna… no i przede wszystkim (mam nadzieję) jasna dla Zawodników. (To czy była jasna okazało się bardzo zależne do Zawodnika – część odpowiadała bez problemu, cześć miała z nią kłopot – no ale halo: 65 + X92 czyli 150 pkt przeliczeniowych do zgarnięcia na punkcie niedaleko bazy, więc kto powiedział że powinien być banalny?)


Będzie kiepsko jeśli moja LUBA(ń) dowie się o GÓRALKACH W TATRACH
Eksploracja trwa. Naszą uwagę przyciągają dwa pagóry. Jeden z nich to LUBAŃ a drugi to TATRY. Uwielbiam nazwy gór, pewnie już wiecie, że kolekcjonujemy zdjęcia tabliczek. A skoro te pagóry mają tak zacne nazwy, to musimy je odwiedzić. W moim umyśle od razu rodzi się pomysł aby jednym z tekstów promujących rajd było stwierdzenie: „zabierzemy Was od Lubania aż po Tatry”. Lubań to fajny pagórek, z nawet wyróżniającym się szczytem, gorzej z Tatrami, bo to zakrzaczone (kolce!) wzgórze o mało wybitnym wierzchołku. Nazwa jednak jest magiczna, a do tego pojawi się dziki pomysł aby zrobić tutaj niespodziankę w postaci małego bufetu opartego o ciasteczka Góralki i piwa Tatra (Góralki w Tatrach!!!) Klimat się zrobi niesamowity i niespodzianka także powinna zrobić wrażenie na zawodnikach. Wraz z Moniką i Tomkiem planujemy zatem najpierw wygląd tabliczek, a potem je po prostu „produkujmy”.
Później wystarczy już tylko trochę wykarczować Tatry i zakupić potrzebny asortyment. Karczowanie odbędzie się nocą, podczas rozkładania trasy :)
W ten oto sposób dwa kolejne pagóry dostają swoje tabliczki, a na zawodników czekać będzie nietypowa niespodzianka.
Do tego zaczyna nam dopadać głupawka: i tak kody na lampionach zaczynają żyć własnym życiem: wielkie mrowisko otrzymuje kod ANTS, Zapora p-panc. Zęby Smoka dostaje kod SMOK, ławeczka na szlaku ma kod ŁAWA, a Ciuchcia PKP. Samotne drzewo to SAM, a krzyż pokutny to KARA - bawimy się po prostu jak dzieci :)




Wolicie jechać Ciuchcią czy Czołgiem… a może po Schodach do Pałacu
Roboty z przygotowaniami rajdu jest od groma, ale wszystko układa się jak w bajce. Dostajemy patronaty władz Lanckorony, Kalwarii, a nawet Wojewody Małopolskiego. Trasa wypełnia się coraz ciekawszymi punktami kontrolnymi. Oprócz zamków, pomników, leśnych miejsc odkrywamy kilka ciekawych obiektów, na których chcielibyśmy umieścić lampiony… i żaden nie odmawia nam zgody.
Tak oto jednym z punktów kontrolnych staje się Ciuchcia na terenie placu zabaw, należącym do Rady Osiedla w Wadowicach. Właściciel Pałacu w Paszkówce pozwala powiesić nam lampion na terenie przy-pałacowym i jest tym faktem, bardziej niż zachwycony, bo sam w młodości startował w imprezach na orientacje. Gospodarz Łowiska również udostępnia nam teren przy stawach (a dokładnie schodki na platformę widokową), gdzie możemy zainstalować punkt kontrolny, który świetnie wpisze się nam w trasę – a do tego stawy są zadbane i jest tam po prostu ładnie.
Na mapę trafia także obiekt nazwany przez nas jako Ogródek Prepersa, gdzie zobaczyć można stację radarową, wyrzutnię rakiet, działa przeciwlotnicze a nawet czołg. Po prostu nie ma miejsca, które by nam odmówiło lub widziało problem z rozwieszeniem lampionu na swoim terenie.
Nie mówiąc już o Schronisku na Leskowcu, które również bardzo miło nas ugości i zapewni Zawodnikom ciepły posiłek, po okazaniu karty startowej. Wszystkim tym instytucjom i osobom bardzo dziękujemy za udostępnienie swoich obiektów pod nasz zawody!!!
Do tego włócząc się po terenie odkrywamy takie miejsca jak Grób Drwala, Drzewo na Upiórczysku (coś jak uroczysko ale na odwrót: kolce i bagna) czy też drzewo, do którego można wejść :) 




(Zdjęcie "Ogródka Prepersa" jest autorstwa Nataszy)

Towarzysze i KAMRATY :)

Podobnie jak rok temu czasem spotykamy się z sytuacją, że na małym obszarze trafiamy na 2 miejsca, w których chcielibyśmy umieścić punkt kontrolny. Oba są tak fajne, że nie umiemy wybrać w którym z nich powinien zawisnąć lampion. Generuje to również problem, w którym dwa kółeczka na mapie na siebie nachodzą. Postanawiamy zatem rozwiązać problem poprzez ucieczkę do przodu. Bierzemy oba punkty i jeden z nich czynimy punktem niejawnym (nieoznakowanym na mapie). Na drugim wisi normalny lampion, na którym znajduje się instrukcja jak dotrzeć do punktu ukrytego, ulokowanego gdzieś nieopodal. 
Tym sposobem, z problemu uczyniliśmy dodatkowe zadanie nawigacyjne dla Zawodników, ponieważ instrukcją może być dodatkowa mapka lub opis słowny (np. podanie azymutu i odległości). Nie ukrywam, że bałem się jak ten pomysł zostanie odebrany, acz będąc uczestnikami rajdu lubimy jak trafiamy na takie nietypowe zagadki nawigacyjne. Niczym Luke w bitwie o Yavin 4 zaufaliśmy zatem własnym uczuciom i wprowadziliśmy Kamraty na mapę.
Chcąc jednak jeszcze bardziej utrudnić rogaining'owe planowanie wariantów, oznaczamy punkty z Kamratami na mapie poprzez oznakowanie "+K". Sprawia to, że Zawodnicy od razu muszą rozważać czy zaliczając np. punkt 40+K, będą nastawiać się na 40 pkt przeliczeniowych i będą lecieć dalej, czy też postanowią szukać Kamrata (wartego kolejne 40 pkt przeliczeniowych), chcąc zgarnać łącznie 80 pkt za ten punkt. 

Patrząc OBIEKTYWNIE na niepokojące obrazy
Od zeszłorocznej edycji imprezy, wiedzieliśmy że będziemy robić sesję promo. Ile to jest roboty, możecie przeczytać w relacji z Wiosennego CZARNEGO Korno. Niemniej, jest to też świetna zabawa – zwłaszcza jak napatoczy się na nas jakiś przypadkowy przechodzień.
Jest tylko jeden problem, przez całe tygodnie (nie przesadzam!) planowaliśmy kadry „z piekła rodem”, a teraz zmieniła się nazwa i klimat imprezy. Wiadomo, że stare pomysły zostaną odłożone i poczekają na swoją kolej, ale potrzebujemy na szybko zaplanować kadry dla Kompanii.
No i tutaj pustka w głowie… niby prosty temat. Wystarczy pociorać się trochę po krzakach, ale jeśli ktoś z Was bawił się w taką fotografię, to wie że to nie działa w ten sposób. Ustawienie osób, plan kadru i przede wszystkim pomysł to podstawa. Mało tego, pomysł musi wytrzymać konfrontację z okiem obiektywu. To co widzicie oczyma wyobraźni, czasem po prostu nie sposób przełożyć na zdjęcie (albo znowu – my tego nie umiemy).
A tu nie ma nawet czego konfrontować bo pomysłów brak… pustka w głowie. Wena nie przychodzi na zawołanie, nie można wywołać jej kiedy się tego chce… im bardziej próbuję wymyślić jakieś kadry, tym ciężej mi to przychodzi. Nawet net nie pomaga, szukam plakatów, rysunków, zdjęć… ogólnie inspiracji i nic. Takiego wała… a to wał godny hipotezy wyteżeniowej Hubera.
W pewnym momencie już nawet panika mnie bierze. Sesja za 3 dni, a my mamy ze 3 kadry zaplanowane. Potrzeba 20, nawet 30-stu. Plan to jedno, a przecież jeszcze przygotowanie rekwizytów!!!
Nic nie przygotujemy, nie mając zaplanowanych ujęć. I nagle olśnienie… w środę przed sobotnią sesją pomysły przychodzą same. Siedzę w biurze, a w myślach widzę 4 kadry, jadę na rowerze do pracy i gonią mnie kolejne cztery. Prowadzimy trening środowy i mówię Basi: „prowadź grupę – muszę coś zapisać”. W notatkach w komórce lądują kolejne pomysły. Jest dobrze. Opracowuję plik z opisami i podobnymi grafikami wyszukanymi w necie, aby nic nie uciekło i wysyłam go do naszych Foto-mistrzów do konsultacji wykonywalności.
Tym razem jedziemy na dwa ognie, a dokładnie na dwa aparaty, bo będziemy mieć dwóch fotografów. Pierwszy to Lenon jak rok temu (no dobra, nie jak rok temu, ale o rok starszy), ale i Nataszka (tak, tak – ta od KrakINO).
Czwartek to gonitwa za rekwizytami: kilofy, kokosy, łańcuchy itp.
Do nocy biegamy po mieście aby zabrać wszystkie potrzebne rekwizyty – to wcale nie takie proste kupić kokosy w styczniu, nawet w markecie. Zwłaszcza jak ktoś zapakuje do koszyka ananasy i krzyczy na cały sklep „Szkodnik, MAM, ZNALAZŁEM”. Szkodnik przychodzi i pyta „ale co masz?”. Jak to co? MAM KOKOSY…
Masz to chyba zryty beret. To są ananasy…
No tak, ananasy… rzeczywiście. Zaćmiło mnie.
Koniec końców, mamy wszystko, śnieg też dopisał, więc w sobotę ruszamy w teren. I tutaj stajemy się prawdziwą kompanią karną: rower, hulajnoga, 3 rapiery, 2 miecze, łańcuchy, kosa, wąż, kilofy, maski szermiercze, przebrania, topory… wleczemy się przez śnieg jak potępieni, przygnieceni ciężarem swoich grzechów…. a właściwie to rekwizytów. Nie wiem ile to wszystko ważyło, ale uwierzcie że sporo.
Gdy już dotachamy się na miejsce, to najbliższe godziny spędzimy na śniegu i mrozie ustawiając się i powtarzając ujęcie po ujęciu. Ludzie omijają nas szerokim łukiem, a my znowu klasyk jak rok temu: ryj sobie zasłaniasz opuść rękę, podnieść rękę bo broni nie widać, skręć broń płazem do obiektywu bo „ginie”, rozsuńcie się bo się zlewacie, mamy to? MAMY – ale do powtórki bo ktoś zapomniał rękawiczek, pompujemy synchronicznie – SYNCHRONICZNIE powiedziałem, SYN-CHRO-NI-CZNIE… czego nie zrozumiałeś w słowie SYNCHRONICZNIE, nic nie widzę w tej masce na śniegu itp. itd.
Kapelusz czarodzieja opada, jak nie chce stać to… wypchaj go śniegiem!!
I tak oto kozacki kadr z demonem w kapeluszu czarodzieja i kosą, taki co robi naprawdę mocne wrażenie to w rzeczywistości Łukasz, który stoi z kupą śniegu na głowie. Rzeczywistość weszła nam chyba nam za mocno… realia tak bardzo…
Ogólnie to był długi dzień, ale mamy to!! Mamy materiały promocyjne, a zwłaszcza zdjęcie na plakat imprezy.
Można zaczynać kampanię promocyjną KOMPANI KORNEJ.
Gdyby ktoś chciał zobaczyć całą galerię, to Natasza udostępniła ją tutaj.


"Kiedy wszystko szło tak spoko, nie dojechał na czas…" LISZKOR (*)
Czyli Kryzys Nadwiślański 2. Pamiętacie Kryzys Nadwiślański 1, rok temu, gdy trasa Liszkora zaczęła nachodzić na naszą i żadnej ze stron to nie pasowało? Możecie przypomnieć sobie tą opowieść w relacji z zeszłorocznej imprezy. Szczęśliwie, w tym roku kryzys nam nie grozi, specjalnie z Grześkiem L. umawiamy się zawczasu, że On robi imprezę w lasach przy Tychach, a my mamy bazę w Pcimiu… a jednak... Oto przykład totalnego pecha i bezsilności. Kiedy wyciągasz wnioski po zeszłorocznym zdarzeniu, robisz wszystko aby historia się nie powtórzyła, a los i tak płata Ci figla…
Okazało się, że Grzesiek traktował lasy pod Tychami jako awaryjne, jeśli nie udałoby Mu się wymyślić innej lokalizacji, a nie jako miejsce docelowe Liszkora. My także przesunęliśmy imprezę z Pcimia do Lanckorony (ze względów opisanych powyżej). Tym sposobem znowu rajdy zaczęły nachodzić się terenowo (mimo, ze specjalnie ustalaliśmy między sobą szczegóły, aby tak się nie stało). Kilka kolejnych dni później, sytuacja ulega tylko pogorszeniu, bo baza Liszkora w Andrychowie nie wypala (Andrychów nie wchodzi w zakres naszej mapy i impreza puszczona stamtąd na zachód nie pokryła by się z Kompanią). Żadna szkoła nie chce jednak zostać bazą rajdu, a beton z jakim spotka się Monika (na każdym poziomie administracji), sprawi że Andrychów stanie się nierealny. Liszkor nie jest tam mile widziany i Monika na szybko musi szukać innej bazy. Co więcej, nie jest to zadanie łatwe bo i inne obiekty, także robią problemy. Tym sposobem, mimo że przygotowania do Kompanii Kornej idą jak w zegarku, udziela się nam wszystkim nerwowa atmosfera bo Monika musi poświęcić multum czasu na „heroiczne rozwiązywanie problemów, nieznanych w innych gminach" (*)
Finalnie Liszkor wylądować musi w Świnnej Porębie, co już bardzo mocno zachodzi na tereny Czarnego KORNO… nie jest nam to w smak, ale cóż zrobić. Nie przeskoczymy Andrychowa…. Możemy go co najwyżej zrównać z ziemią i spalić… ale przeskoczyć nie przeskoczymy. Trzeba się pogodzić z zaistniała sytuacją… akceptacja przychodzi trudno. Cholernie trudno. Przyszła by łatwiej gdyby to był błąd, przypadek, nieprzewidziane sytuacja, ale kurde zainteresowaliśmy się problemem, umówiliśmy z wyprzedzeniem aby ta sytuacja nie wystąpiła, wyciągnęliśmy wnioski z tego co było rok temu… i co? I wszystko „jak krew w piach”… mnie to osobiście mocno podłamało i zniechęciło, a takie podcięcie skrzydeł nie służy dobrze pracom nad rajdem…



"Kupą tu waszmościowe, kupą" (*)
Jest jednak coś co poprawia mi humor. To lista startowa, która puchnie i finalnie dojdzie do niemal 300 osób. Z każdym nowo dopisanym nazwiskiem, coraz bardziej się cieszę, że zmieniliśmy teren imprezy. A nazwiska są zacne. Coraz więcej Tych, z którymi uwielbiamy się ścigać na rajdach (nie ważne czy mamy szanse czy nie – i tak uwielbiamy) dopisuje się na listę startową i to na nowo zaczyna mnie nakręcać. Niemniej to co cieszy, nierzadko generuje także pewne problemy. Zaczynamy przewidywać coś na kształt klęski urodzaju.
Lista osób, zwłaszcza na TR7 i TP7 robi się tak duża (to cieszy), że zaczynamy wyczuwać potencjalne problemy organizacyjne (to martwi). W naszym wstępnym planie cała trasa rodzinna miała być częścią każdej trasy rajdowej. Nawet karty startowe zostały zaprojektowane tak, że trasy od 24h do 7h miały na nich wszystkie punkty z trasy rodzinno-rekreacyjnej.
Jednakże zainteresowanie „siódemkami” (zarówno pieszej jak i rowerowej) przekracza nasze oczekiwania. Mamy zapisanych na nie ponad 100 uczestników. Mapa „rodzinnej” jest w skali 1:25000, a to oznacza że zrobi się tłoczno w Lanckoronie. Wiemy, że wszyscy zawodnicy narzekają jak do pierwszy punktów tworzą się kolejki/pociągi i jazda odbywa się w grupie. Nie unikniemy tłoku przy takiej liczbie zawodników, ale spróbujemy go zminimalizować. Uruchamiamy sztab reagowania kryzysowego.
Moim pomysłem jest rozdzielnie startu o pół godziny trasy rowerowej od pieszej (nie mamy dużego pola manewru, ale 30 min jest osiągalne). Pomysłem Basi jest propozycja, aby zawodnicy TP7 u TR7 nie robili wszystkich punktów z „małej mapy”, ale tylko 10 dowolnie wybranych. Otworzy to wariantowość, bo na pewno nie wszyscy pojadą tak samo, ale także szybko ich to wyekspediuje na „dużą mapę”. Postanawiamy wdrożyć oba pomysły. Tym sposobem, trasy 12h i 7h dostają do zrobienia tylko 10 z 20 punktów trasy rodzinno-rekreacyjne. Na tyle ile się da, zminimalizujemy tłok. Ktoś mógłby zapytać czemu w takim razie nie wywalić z zakresy TP7 i TR7 całej małej mapy… no niby można by było, ale widzieliście te punkty?
Most na Cedronie, dróżki kalwaryjskie, grób drwala, zamek w Lanckoronie – nie chcieliśmy zostawiać takich punktów tylko dla Tras 24 i rodzinnych. Zbyt ładnie jest w Lanckoronie aby tak postąpić.

37 godzin w formule 1 (tak zapieprzamy!)
37 godzin - tyle zajmuje nam rozłożenie całej trasy. Zaczynamy już w środę z samego rana (wyjazd o 6:00), aby mieć pewność że zdążymy ze wszystkim. W piątek o 23:00 startują pierwsze trasy (24h), więc piątek za dnia taktujemy jako awaryjny – planem jest zakończyć rozwieszanie w czwartek w nocy. Musimy rozlokować 83 lampiony, bo jeden jest już w schronisku po Leskowcem (oszczędzi nam to jakieś 2-3 godziny podejścia i zejścia). Podobnie jak rok temu Lenon tworzy formułę, która oblicza nam czas na rozłożenie całej trasy na podstawie – na bieżąco – wprowadzanych danych czasowych. Nauczony doświadczeniem, po zjeb**e jaką dostałem rok temu, mówię o formule a nie o algorytmie :D
Pierwszym punktem jest Gorzeń Dolny i góra Goryczkowiec, a chwilę później lecimy z buta przez Beskid Mały . Góry poszły na pierwszy ogień aby zrobić to za dnia i jeszcze w pełni sił. To także obszar, który zajmie nam najdłużej – w znaczeniu czas pomiędzy rozwieszeniem lampionów będzie najdłuższy. Kiedy to tylko możliwe rozdzielamy się na zespoły operacyjne. Auto zostaje na dole, Basia leci na jedną górę, a ja na drugą. Gdy ja rozwieszam przepust, skały i kamraty, Ona z Lenonem atakuje Jaroszowicką Górę. Czas upływa, lampionów przybywa, ale według wyliczeń Lenona cała trasa zajmie nam 37-38 godzin. Rok temu jego wyliczenia, aktualizowane na bieżąco sprawdziły się do 30 min, więc i w tym razem możemy spodziewać się, że formuła zadziała. Trochę się boimy wieszać lampiony już w środę, żeby nie zginęły, ale bardzo nie chcemy wieszać ich w piątek – wolimy mieć jakiś bufor na ewentualne sytuacje kryzysowe. W środę wieszamy zatem w miejscach bardziej „dzikich” i mniej uczęszczanych, aby zwiększyć prawdopodobieństwo ich przetrwania do soboty.
Dzień kończymy koło 3:00 w nocy i wracamy do Krakowa złapać ze dwie, trzy godziny snu.
W czwartek o 7:00 wyruszamy ponownie w teren, tym razem zaczynając od Czernichowa czyli od mapy północnej.
W ten dzień czeka nas trochę „grubszych” czasowo punktów ponieważ musimy zamontować tabliczki na Tatrach i Lubaniu. Przyjdzie nam też wytachać niespodziankę „Góralki w Tatrach” na szczyt. W menu jest także Mysiorowa Dziura, do której będziemy przedzierać się nocą przez 3 wąwozy oraz cała trasa rodzinna w Lanckoronie i Kalwarii.
Dzień upływa nam na krzyku Lenona „CZAS!!!” gdy tylko zatrzymamy się gdzieś na dłużej niż 20 sekund.
Ostatni lampion instalujemy o godzinie 3:30 w nocy z czwartku na piątek. Udało się… trasy gotowe.
Zajęło nam to 37 godzin, a autem przejechaliśmy prawie 500 km (licząc z dojazdami Kraków – Wadowice). Garmin pokazał 8000 przewyższeń (owszem autem czasem się jeździ na około bo tak biegną drogi, ale mimo wszystko…!!!). Pora wracać do domu i złapać kilka godzin snu.
W piątek pakujemy się, zbieramy sprzęt szermierczy na warsztaty dla dzieci, zbieramy naszą ekipę z SFA i urywając się z treningu ruszamy do Lanckorony.
W bazie ruch jak w ulu, bo trwa rejestracja zawodników (głównie z 24-rki) oraz przygotowania. Znowu zjada nas stres, czy na pewno wszystko gotowe, czy o niczym nie zapomnieliśmy. Ciągle zerkam w notatki, aby na pewno wszystko co ważne przekazać na odprawie… a zostały do niej zostały minuty.



"Kochanie, wiesz, że nie oddałbym za nic
chwil spędzonych razem w Tesco,
bo wiesz, to jest to, co sprawiło,
że dwoje się zeszło jak orzeł z reszką.
Lecz jest coś, co dziś mnie zniechęca z leksza.
Rybeczko, płaszczko, znów psychotropy wpieprzasz.
W efekcie prowadzisz zażarte spory ze sztućcami, nie?
Sypiasz w lodówce i głosowałaś na SLD.
Lecz chcę pamiętać Cię taką jak w roku poprzednim.
Bez Ciebie schnę jak mokry chomik na patelni.
Tak długo szukałem słów, aby wyrazić ten ból:
kocham Cię tak, że ja pier***e, ku***a i ch*j!" (*)


Czyli opowieść o tym jak słowo ODprawa zamienia się w słowo PRZYprawa.
Wybija godzina 22:30. Zaczynamy. Jesteśmy zaskoczeniu niewielką liczbą pytań: to oznacza że albo tak dobrze napisaliśmy komunikat startowy albo wszystko jest tak zamotane, że nie ma sensu o nic pytać.
Gdy wybija 23:00 najtwardsi Zawodnicy ruszają w mrok. Noc mają piękną bo jest prawie pełnia, a i pogoda dopisuje. To nie jest to co rok temu, tym razem pogoda będzie nam sprzyjać i nie zrobi się nagle, z dnia na dzień, -10.
Trasy ruszyły… mamy chwilę przerwy. Nawet dłuższą chwilę bo jest po 23:00 a kolejną odprawę (tras 12h) prowadzimy dopiero o 7:30.
Nie dane nam będzie jednak się przespać tej nocy. Kiedy Zawodnicy ruszyli w las, my musimy ruszyć do całodobowego Tesco.
Pani Kucharka, która przygotuje posiłki dla Zawodników (czyli ponad 300 porcji) zarzuciła listę potrzebnych jej rzeczy. Nie sposób było to przywieźć do bazy – fizycznie nikt z nas, ani my, ani Monika i Tomek nie zabraliby by się z tym, mając swoje rzeczy, banery, sprzęt komputerowy i audio. Monika planuje zakupić te produkty dla Pani Kucharki za dnia, bo potrzebne będą one na popołudnie, gdy wszystkie trasy zaczną wracać.
Jesteśmy jednak zdania, że w dzień będzie urwanie głowy – bo do 11:00 wypuszczamy kolejne trasy rajdu. Wolimy zrobić to teraz, aby w sobotę nie musieć już o tym myśleć. Skoro są sklepy całodobowe, to trzeba ruszać. 
Lista jest sroga: 300 butelek wody, 15 słoików z sosami, 250 jajek, kilkanaście kartonów ciastek, kilkanaście paczek makaronu, 200 sztuk bananów, 20 kg jabłek, n kilogramów kiełbasy, (gdzie n to liczba naturalna większa od KILKU!!!)…. Nie chodzi tutaj tylko o ciężar. Chodzi o OBJĘTOŚĆ. Wiecie ile miejsca zajmuje 300 butelek wody zawalonej 200 bananami?
Mało tego, Pani Kucharka była perfekcjonistką (sami chyba przyznacie, że wyżywienie było zacne) i zostawiła listę bardzo konkretną:
- przyprawa, TYLKO I WYŁĄCZNIE XXXX (z dopiskiem NIE INNA !!!)
- makaron, TYLKO I WYŁĄCZNIE YYYY (z dopiskiem NIE INNY) itp/
Nie mówiąc już o 300 drożdżówkach, które były do odbioru z lokalnej piekarni.
Z Lanckorony ruszamy z powrotem do Krakowa do Tesco. Tak naprawdę ruszamy w dwa auta: Sławek i Lenon na pierwszą turę zakupów, kiedy my jeszcze ogarniamy odprawę, a po odprawie już w 3-jkę: Basia, Sławek i ja na drugą turę.
Trzy koszyki ledwie pomieściły to wszystko… pchamy do kasy, a tam tylko kasy samoobsługowe bo jest 2:30 w nocy.
NIEEEE !!! Aby było śmieszniej, przy niektórych towarach nie da się wprowadzić więcej niż np. 10 sztuk… no i zabawa.
Klik, klik, klik, klik, klik, klik… 4 dni później… klik, klik,klik… błąd systemu, zważ raz jeszcze. BŁĄD, powtórz operację… ARGHHHH
Ja nie wiem ile to wszystko kasowaliśmy… wiem tylko, że do bazy dotarliśmy po 4:00 rano i zaczęło się noszenie na kuchnię.
Kiedy cześć z Was targała rower po lesie, my targaliśmy 300 butelek wody po schodach. Bosko.
Finalnie położymy się „spać” około piątej, tylko po to aby od 6:30 być na nogach, bo wtedy zaczną docierać Zawodnicy na trasy 12-stki…
Resztę historii już wszyscy znacie, bo tutaj zaczynają się wasze opowieści o Kompani KORNEJ.



KOMPANIA KORNA w (kilku) liczbach:
Wystartowało niemal 300 zawodników.
Liczba punktów kontrolnych: 106 (22 zagadki i 84 lampiony) rozłożone w 37 godzin
Liczba NIEODWIEDZONY punktów kontrolnych: 0  (i to jest WOW, że na każdy punkt kontrolny ktoś jednak dotarł, nawet do tych na północnych rubieżach i w górach południa)
Liczba godzin snu od środy rano do niedzieli wieczór: 14 (masakra...)
Maksymalny wynik punktowy na zawodach: 3350 na 6020 możliwych (i to jest WOW w zestawieniu z faktem, że KAŻDY ze 106 punktów kontrolny został odwiedzony)
Prace nad trasą: 6 miesięcy (w tym 3 do kosza)

Oficjalne PODSUMOWANIE RAJDU, GALERIA FOTO oraz FILM wraz z udostępnionymi MAPAMI wszystkich tras !!!.

KOMPANIA KORNA NA TRASIE:
Poniżej kilka słów o trasie i wyjaśnienie niektórych zagadek.

X40 - Napis: Sigillum Regiae Civitatis Landskoroniensis
Na ścianie domu, w promieniach słońca
mieni się złotem i trwa bez końca
Herb Lanckorony i cztery slowa
przepisz je w kartę – odpowiedź gotowa.


X50 - Grób dwóch żołnierzy. Jedna z możliwych odpowiedzi to NESIR BASIC.
Tylu ludzi, choć żaden o to nie prosił,
poległo w tej wojnie, nie ze swojej winy.
Ty napisz na karcie jakie imię nosił
Ten w mundurze Bośni i Hercegowiny...


X51 - Most 4 Aniołów. Czwartym był Anioł Stróż :)
Michał, Gabriel i Rafael.
Aniołowie ci mostu strzegą
Ostatni to nie Uriel czy Azrael,
więc kto jest ich czwartym kolegą...


X52 - miejsce pamięci po spalonym kościele. 300 lat miał gdy wybuchł pożar
Niegdyś świątynia tutaj stała
dziś kwiaty przyozdabiają ziemię.
Spłonęła doszczętnie, choć była niemała
Ile lat liczyła, gdy ją objęły płomienie?


X60 - pomnik budowy drogi na Przełęczy Sanguszki. Odpowiedzi to Namiestnik i Marszałek
Daleko od bazy zaniosły Cię nogi
więc teraz zadanie – trudne okropnie.
Jakie pomnik budowy tej drogi
wymienia postaci FUNKCJE i STOPNIE


X61 - kaplica ze studnią tzw. Betsaida (Dom Rybaka). Odpowiedź do WIOSŁO, trzeba było "wznieść w górę lica" i popatrzyć na sufit. Niemniej uznawaliśmy wiele odpowiedzi, bo Anioły były też na obazach.
Na bezimiennym wzgórzu kaplica,
w środku studnia o "bogatych" toniach
stań nad nią i wznieś w górę lica
co Anioł trzyma w swych dłoniach?


X62 - Grobowiec na terenie kościoła w Marcyporębie i daty zapisane w formie x/y czyli jak ułamki.
Odpowiedzi padały różne, ale według nas jest to 8,6. Uznwaliśmy oczywiście wszystkie odpowiedzi na pdostawie tracka czy zdjęć. To rajd na orientację i dobra zabawa, a nie egzamin z matmy :)
Tych, co z matematyką mają nie po drodze
Zeźlić może to zadanie, sponiewierać srodze
Odnajdź grobowiec, który za świątynią skryto,
potem wykonaj, o co Lord SFAROC Cię prosi
na północnej tablicy "ułamki" wyryto
ich suma – DZIESIĘTNIE! - to ile wynosi?


X70 - Ogródek Prepersa. Niesamowity dom ze stacją radarową, działem samobieżnym, wyrzutnią rakiet i czołgiem w ogródku.
Numer 2219 to czołg, acz pojawiały się także odpowiedzi takie jak właśnie działo samobieżne. Każda uznawana :)
Oto dom z nietypowym widokiem.
Właściciel ciekawą pasją tu żyje.
Rzuć na pojazdy uważnym swym okiem,
co pod numrem 2219 się kryje?


X71 - Kaplicza Serca Maryji. Należało odrysować serce przebite 7-mioma mieczami.
Kapliczek jest tutaj wiele,
ale tylko jedna na serca planie.
Pozwól zatem, że się ośmielę
powierzyc Ci takie oto zadanie:
Symbol z jej drzwi przerysuj - choć nie jest najprostszy
Tylko dobrze policz tu liczbę: obecnych w nim ostrzy


X72 - Brama zamku w Zatorze. Trzeba było ją przerysować.
Trafiliście na ZATOR na waszej drodze,
więc i zadanie jest lekko porypane
sprężyć się musicie srodze
rysując zamku wejściową bramę


X80 - Cisy Raciborskiego (drzewa co maja 700 lat, acz i tak nie przebiją tego w Henrykowie Lubańskim. Proszę Państwa o to drzewo starsze niż nasze Państwo ---> tutaj). Odpowiedzią była KUŹNIA lub tez Sułkowice.
Cisy Raciborskiego to naprawdę stare drzewa
i od 700 lat nad tą doliną górują
Tobie jednak nie wiek, a miejsce podać potrzeba
gdzie ludzie stąd ubezpieczenia KU(pu)...


X81 - pomnik lotników amerykańskich. Odpowiedź to HELL'S ANGEL
"Zbombardować paliw wrogie zakłady"
Ten rozkaz będzie kosztować go życie
Bo z misji wrócić, nie da już rady,
gdy kule rozszarpią mu skrzydeł poszycie.
Liberator – taki model mu wbito w papiery,
ale jak nazywali go Ci, co usiedli za stery?


X82 - Zamek w Spytkowicach, który obecnie pełni role Archiwum Narodowego.
Zamki w swym życiu różne funkcje mają
To strzegą krain, to drzwi zamykają
Niewielu by to jednak poprawnie odgadło
jakie temu tutaj zadanie przypadło
Zapytam Cię wprost, tak z grubej rury
Co kryją dzisiaj stojące tu mury?


X90 - Leskowiec (szczyt), a na nim tablica z wierszem:
"Powiewa flaga, gdy wiatr się zerwie.
A na tej fladze: BIEL I CZERWIEŃ."
No właśnie, 90 punktów te słowa są warte
Jeśli tylko zdołasz je wpisać w swą kartę

X91 - Mioduszyna, wiata turystyczna. Zwierciadło znajdowało się na jednym z filarów. Szerokość: 5,5 cm (chociaż odpowiedź człowieka chodzącego jak w zegarku!!! - Tadeusza, ktory odrysował po prostu kształ i napisał TYLE mnie kupiła :).
Do tego napis w cudzysłowie głosił: "Gdybym mógł cofnąć czas..."
Podchodząc tu, spaliłeś trochę sadła.
Daj teraz pomyśleć i głowie.
Jaka jest szerokość zwierciadła
i jakie słowa znajdziesz tu w cudzysłowie?


X92 - Most na Cedronie. Nasz ulubiony punkt na tej trasie. I jak się okazało lekko hardcore'owa zagadka, no ale 90 pkt przeliczeniowych. To nie mogła być prosta - mówiłem Wam aby powtórzyć fraktale. Odpowiedź to pełnia. Jeden z pierwszy akapitów tej relacji tłumaczy dokładnie dlaczego.
Przed Wami Most na Cedronie.
Miejsce aż dwóch punktów ukrycia.
Bo trasy naszej jest perłą w koronie.
Jeden to lampion, drugi jest do odkrycia...
Motyw zadania? Rzekłbym: dość prosty
FAZĘ KSIĘŻYCA WPISZCIE W SWE KARTY
Ale uwaga!! Są tutaj dwa mosty
i tylko ten drugi odpowiedzi jest warty...


Znaleźć drugi pomoże percepcja
bo on też tutaj, a nie gdzieś w oddali
podpowiedzią niech będzie INCEPCJA
lub samopowtarzalność fraktali...


X93 - Samolot JAK-40
Maszyna ta przydrodze przysiadła.
Kto wie? Może spodoba się i Tobie
Taka Ci powinność tutaj przypadła
Podać jej model – wypisany na dziobie...


X94 - Kopiec Grunwaldzki. Odpowiedź to 7.

Grunwald czyli dwa nagie miecze?
No, nie! Więcej ich na tym pomniku
Budując mieli niezłe zaplecze
więc policz ile ich naprawdę, Dzielny Wojowniku...


W ostatniej chwili pojawiła się także zagadka na temat zbiornika Świnna Poręba, ale nie przytoczę jej tutaj, bo napisałem ją niemal w ostatniej chwili na jakimś skrawku papieru i nie ma tego w moich notatkach dotyczących trasy :)
Musicie sięgnąć po opisy, ktore rozdaliśmy: niemniej most kolejowy wysadzono w 2014 roku.

NA KONIEC KILKA ZDJĘĆ OD NAS :)

Ten szlak to...

Kolce i góry !!!





CYTATY:
1) Książka Michaliła Bułhakowa "Mistrz i Małgorzata"
2) Cytat: Oscar Wilde
3) "Niekończąca się opowieść 2" - gdy dziwna siła niszczyła Fantazję, ale tylko Bastian - chłopiec z ludzkiego świata, mógł ją nazwać (i pokonać). Nikt nie potrafił nazwać tej siły, aż On nadał jej imię: "Pustka". Od tego momentu wszyscy mieszkańcy Fantazji dowiedzieli się o Pustce. I tak oto Lenon nazwał tą edycję Wiosenne CZARNEGO KoRNO.
4) Piosenka Arki Szatana "Kundel Bury". Ryje psyche, więc słuchacie na własną odpowiedzialność ----> tutaj
5) Parafraza znanego, zabawnego tekstu o jednym z ustrojów politycznych :)
6) Cytat z Trylogii Sienkiewicza
7) RYJE PSYCHE, Genialna piosenka. "PO PROSTU BĄDŹ" Kopruch ---> tutaj


Kategoria Rajd, SFA

Rajd Wilczy 2019

  • DST 20.00km
  • Aktywność Wędrówka
Sobota, 9 marca 2019 | dodano: 10.03.2019

Początek marca niezmiennie od lat przynosi przynosi nam Rajd Wilczy. To znaczy wróć...nie w znaczeniu, że to Rajd Wilczy przynosi nam początek marca, ale że początek marca przynosi nam ... grrr... lejce mi się je***ą i składania coś się nie układa.
Jeszcze raz... prosto i klarownie: od lat na początku marca startujemy na Rajdzie Wilczym. Dokładnie to od 5 lat, bo byliśmy do tej pory na każdej edycji tej imprezy. Dziś jednak będzie to inna opowieść niż wszystkie dotychczas... zarówno trochę krótsza niż zwykle oraz także trochę nietypowa. Skoro relacja ma być krótsza niż normalnie, to może zanim zaczniemy z nią lecieć, dwa słowa dlaczego tu wracamy i czemu mamy sentyment do tego rajdu.

Po-ŻORY mogą mylić...
że z nas mega ultra wymiatacze skoro odwiedzamy każdą edycję tego rajdu, którego bazą zawsze są Żory. Wymiatamy to czasem śmieci z piwnicy, ale to też rzadko... bo zwykle nam się nie chce i znamy ciekawsze czynności :)
Nasz pierwszy Rajd Wilczy znaleźliśmy zupełnie przypadkiem i wybraliśmy się na niego trochę na pałę. Okazało się to doskonałą decyzję bo do dziś uważamy, że to jedna z dwóch najlepszych edycji tego rajdu. To były czasy kiedy jeszcze nie prowadziliśmy bloga, więc nie znajdziecie tutaj wspomnień z tamtej wyprawy. Doskonała zagadka ze sznurkiem (dane są dwa sznurki, każdy pali się dokładnie godzinę. Odmierz 45 minut - uwaga sznurków nie wolno ciąć). Albo inna akcja: dane są 2 baniaki wody 5 i 3 litry, odmierz 4 litry (ale nie na kartce, dostajesz dwa baniaki do ręki, obok Ciebie bije prawdziwe źródło, a prawdziwa waga czeka aby zważyć co ponalewasz do baniaków). Chwilę później biegamy po okopach i komunikujemy się przez telefon polowy, albo eksplorujemy piwnice ze sztucznym fluorescencyjnym, chemicznym światłem szukając czarnych przedmiotów w ciemności. Wbijamy na komisariat i piszemy test z kodeksu drogowego ("czy pędzący bydło szosą jest kierującym?"), a u strażaków walczymy z "jadowitymi" wężami... Słowem: REWELACJA i tak oto zapadła decyzja, że będziemy wracać tu regularnie :)
Druga edycja, z której relację już na tym blogu znajdziecie --> tutaj, to druga najlepsza edycja tego rajdu. Nie jesteśmy w stanie wybrać jednej "najlepszej", bo były to rajdy tak niesamowicie różne od siebie, że nie sposób ich porównać. Pierwszy rajd klimatem przypominał "Tropiciela", a drugi był naszym pierwszym prawdziwym rajdem AR (Adventure Race). Z czasem w naszym życiu przyszła pora na rajdy trwające ponad dobę, ale to właśnie Wilczy Drugi zabrała nas na szaloną wizytę w świecie rajdów przygodowych. Rowery wywieźli nam z Żor do Schroniska pod Baranią Górą, a nas wywieźli autokarem do Wisły. Stamtąd pieszo cisnęliśmy pod Baranią i potem rowerami przez Czantorię nad ranem. A gdy okazało się, że poruszamy się za jednak wolno aby doświadczyć zauważalnej dylatacji czasu, to aby uniknąć dyskwalifikacji gnaliśmy prawie 40 km do bazy w morderczym finiszu... mijając punkty kontrolne czasem o 500m. Opłaciło się, bo wpadliśmy na metę 4 sekundy przed dyskwalifikacją. Słownie: cztery sekundy. Pasuje Wam? Tylko 36 770 527 080 (czterokrotność definicyjnych 9192631770) okresów promieniowania odpowiadających przejściu między dwoma poziomami struktury nadsubtelnej stanu podstawowego atomu cezu 133. Do dziś jest to dla nas absolutny rekord dotarcia na metę "na styk". Sam Cez był w szoku, że tak mało miał okresów! To była przygoda, której nigdy nie zapomnimy.
Trzecia edycja wyprowadziła nas w gdzieś w "Bagna Rozpaczy" (*), gdzie jeszcze wtedy nigdy nieodżałowany Santa tonął niczym koń Artax (strzeżcie się Bagien Kobióra, moi Drodzy, strzeżcie się... ), a świt zastał nas gdzieś pod pałacem w Pszczynie. Natomiast czwartą edycję przejechaliśmy w trójkę! W towarzystwie przeuroczego Pana Porażki, który pod koniec rajdu postanowił się przesiąść z roweru na pociąg... pociąg, który przejechał nasze marzenia. Wiecie jak to bywa ze światełkiem w tunelu, jeśli to ona zbliża się do Was, a nie wy do niego... to znaczy, że macie spory problem :)

"Nieutulony w piersi żal, że za jedną siną dalą..." meta.(*)
... i tak oto nastała 5-ta edycja Wilczej przygody. Jak zawsze zapisaliśmy się zaraz na początku roku na trasę PROFI, zastanawiając się co w tym roku czeka nas na trasie. Czy będzie to góra wielka jak Czantoria, czy będzie to dno do którego będzie równie daleko jak w bagnach Kobióra, czy też - na przykład - poznamy kuzyna Pana Porażki, Monsieur Fiasko :)
Los jednak chciał inaczej. Tym razem za jedną siną dalą, nie będzie kolejnej sinej dali, ale... meta. Dlaczego? Ponieważ tym razem nie czeka nas 130+ kilometrów, ale tylko 20 km i to nawet nie na rowerze, ale z buta...
Nie wdając się w zbyteczne szczegóły, powiem tylko że plany pokrzyżowały nam sprawy lekarsko-medyczno-doktorskie. Niby wszystko planowo i bez wypadków, ale niestety na tyle poważne, że rower i wielki plecak (czyli nieodłączny kompan roweru) odpadał w tym tygodniu. Owszem na upartego można by się przemęczyć, ale po pierwsze: rajdy mimo że poniewierają mają cieszyć, więc po co się katować i "niepokoić" świeże rany, a z drugiej strony za półtorej tygodnia musimy być w pełni sprawni, bo rozkładamy 250 km trasy pod naszą imprezę. Tylko tego nam potrzeba aby się coś dobrze nie wygoiło i był problem z rozstawieniem Kompani KORNEJ (zapraszamy do Lanckorony!!!).
Serce boli, że w tym roku PROFI nie dla nas, ale cóż zdrowy rozsądek musi czasem zwyciężyć nad zachciankami serca. A że jesteśmy Drużyną, to mimo że sprawa dotyczyła tylko jednej osoby, to podjęliśmy decyzję że w tym roku na Wilczym nas zabraknie...
Jak to zabraknie, skoro napisałem że czeka nas 20 km z buta. No właśnie! To zasługa Kamili i Filipa, którzy jechali na trasę pieszą 20 km. My podeszliśmy do sprawy zero-jedynkowo: nie ma PROFI = nie ma nas na Wilczym. A wyżej wymienieni do nas, że może byśmy się z Nimi przeszli na trasę pieszą! W sumie czemu nie, na pieszą nie potrzebujemy przecież dwóch plecaków - spakujemy się w jeden. Do tego chodzić możemy bez problemu - to świetna propozycja. Długo się nie wahamy, informujemy Wilczy Sztab, że przepisujemy się na trasę pieszą i w sobotę rano wyruszamy do Żor... Dziękujemy Velocilamom za zmobilizowanie nas! Nota bene Wilczy Sztab także zachęcał nas w odpowiedzi na maila właśnie do startu na  trasach pieszych, skoro nie damy rady na PROFI. Czemu sami o tym nie pomyśleliśmy? W sumie to nie wiem... Ważne jednak, że jedziemy do Żor!!
Mam wrażenie, że tym razem trochę jak weterani wojenni... trochę poharatani, sponiewierani przez poprzednie przygody, ale wracamy na tyle ile wrócić możemy. SFA DIES HARD... but kills easily :)


"Krzyknie 'MORDOWAĆ' i spuści psy wojny..." (*)
Może nie mordować, ale SZUKAĆ... krzyknie: SZUKAĆ! i spuści psy!! SZUKAĆ lampionów. To pierwszy rok, w którym na Radzie Wilczy pojawiają się także biegacze z psami. Część z Was pewnie wie, że z pewną rezerwą podchodzę do tych zwierzaków, bo ilość zadym jakie mamy z nimi na rowerze jest naprawdę duża. Owczarki pasterskie w Beskidach czy Pieninach, otwarte bramy po wsiach, leśniczówki... no nieraz już było ostro. Czasem naprawdę ostro bo nawet z pogryzieniem, bo część tych zwierząt nie akceptuje rowerów i dostaje ku****cy eee gorączki, gdy widzi kręcące się koła...
Cześć psiaków jest oczywiście normalna i ułożona, ale co przeżyliśmy z tymi nie- lub mniej- ułożonymi to nasze...
Dziś mamy start wspólny trasy rowerowej oraz pieszej (na której cześć biegaczy startuje z rowerami). No i klasyk. Część psów normalnie bez emocji, a część gdy zostanie otoczona rowerami po prostu.. no resztę dopowiedzcie sobie sami. Wesoło było :)
Może słowo o naszej trasie i naszym szukaniu lampionów. Mamy do zrobienia około 20 km. Do odnalezienia 6 punktów kontrolnych... nie chcę nikogo urazić, ale w kontekście tego że wybieraliśmy się na PROFI, to czujemy się trochę emerycko. Jeden, niewielki arkusz mapy w ręku... i do tego pełnej treści. Jak już jesteśmy pieszo i mamy mały arkusz mapy to zwykle jest to KrakINO i chore nawigacyjne zabawy (gry szwajcarskie, odwrócone lub/i zlustrowane mapy, nawigacja INO po poziomicach lub kształcie lasu, bo wszystko inne pousuwane z mapy itp).
A tu pełna mapa i 20 km z buta. To nie tak mało, zwłaszcza że my jednak bardziej rowerowi jesteśmy i nie lubimy biegać (a dziś to nawet nie możemy). Niemniej mapa jest pełna i jest to chyba nasza najmniejsza karta startowa ever. 6 punkcików.. no cóż. Potęguje to w nas uczucie emeryckie, ale cóż dziś tak musi być. Wiecie, jeszcze nie jest  też powiedziane, że zrobimy te 6 punktów. Wtopimy gdzieś nawigacyjnie, utkniemy na jakiś bagnach, nie utrzymamy tempa marszu i będzie tyle :)
Nasz limit czasu to 5 godzin, więc powinno udać się zrobić komplet - mamy jednak już na tyle doświadczenia, aby na rajdach na orientację bardzo wstrzemięźliwie podchodzić do takich oszacowań. Pan Porażka zawsze czujny i ciągle szuka do kogo mógłby się podczepić :)
Jesteśmy dzisiaj też totalnie nieprzygotowani... mieliśmy przecież nie jechać wcale i ta zmiana planów, tak nas zaskoczyła, że nie zabraliśmy ze sobą żadnego z dwóch aparatów fotograficznych, nie zabraliśmy trackera do śledzenia trasy... dobrze, że w spodniach przyjechałem... no i kompas mamy. Zdjęć zatem dziś wiele nie będzie, bo to "komórkowce".



"Sam Diabeł szepnął: wietrze wiej"... czyli "plemiona skazane na 100 lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi"(*)
Może zacznę od samotności. Wszyscy startują. To bieg, więc w 5 minut jesteśmy ostatnią ekipą. Wszyscy cisną gdzieś przez w dal, poszli jak przez pola jak dziki. My w marszu zostajemy w tyle. Przynajmniej możemy pokonferować sobie z Kamilą i Filipem... a nie, wróć. Oni też pognali z tłumem. Tyle by było ze wspólnej wyprawy. Oczywiście, to złośliwy żart. To zawody - niech cisną, o to przecież w tym chodzi. W sumie to nawet się tego spodziewaliśmy, ale i tak nas to rozśmieszyło. "Chodźcie z nami na spacer, będzie fajnie..." :D
Co ciekawe, mimo że pognali jak szaleni i zniknęli za horyzontem, to spotkamy się na pierwszym punkcie kontrolnym. My jak zawsze azymutem i bezdrożami, niczym Jason Voorhees z serii "Piątek 13-stego" znamy wszystkie skróty w lesie (On także nigdy nie biegał, nastolatki biegały, a On znając lasy nad Crystal Lake, skrótem odcinał Im drogę i ciach maczetą z nienacka). Orientalisto, nie bądź jak biegnący nastolatek, bądź jak Jason :)
Jason, Jasonem, ale Diabeł rzeczywiście szepnął "wietrze wiej" bo wieje niesamowicie. Duje.. w sumie, to już nawet nie duje, a piździ jak Kieleckiem (no kto z Was wie, skąd się wzięło to powiedzenie, co? Jak nie wiecie skąd, to obczajcie sobie mapę wiatrów w Polsce i wszystko stanie się jasne). Wieje nieprzeciętnie. Zawsze gdy wiatr tak napiera przypomina mi się "Dracula" Coppoli, a dokładnie ta scena.
Nad jeziorem, co stanęło na naszej drodze, klimat jak nad morzem. Fale smagane wichrem uderzają o brzeg, a w powietrzu wodna bryza. Szkoda tylko, że wieje w ryj bo czasem naprawdę ciężko się idzie, ale i tak jest dobrze.
Pierwsze dwa punkty kontrolne to dla nas powtórka z zeszłego roku. Stoją niemal w tych samych miejscach co na trasie Profi 2018. Czujnie wypatrujemy zatem Pana Porażki, bo to tutaj po raz pierwszy spotkaliśmy go rok temu, ale szczęśliwie musi być zajęty swoimi sprawami bo idzie nam dość sprawnie.




"LUNA bonita" :)
Na trzecim punkcie kontrolnym znowu mijamy się z Kamilą i Filipem, a tymczasem dołącza do nas jeden z zawodników ze swoim psem: LUNĄ. To jeden z tych fajnych psów, który nie ma "ale" do każdego z boku, więc spokojnie się dogadamy. Towarzyszyć będą nam już do końca naszych zmagań dzisiaj i nie straszne będą Im przeprawianie się przez pionowe nasypy kolejowej, ani skoki przez rzekę po drzewach, ani przez podmokłe tereny.
Owszem ze dwa razy zaproponują alternatywną drogę, zaskoczeni trochę naszym wariantem, ale takie prośby nie rozpatrywane pozytywnie przez SFA. Wiedzcie jednak, że to nie tak, że my tak specjalnie. My zawsze planujemy "na azymut" czyli jak po sznurku do punktu, tylko czasem zrobi się z tego "na szagę" czyli krzoki i gęstwiny, a czasem "na rympał" czyli czołganie się kosówce czy też ciśnięcie pod pionowe skarpy.
Mimo zdziwienia obranym przez nas czasem wariantem (na przykład kiedy 200-300 metrów od nas jest dogodne przejście tunelem, a my po pionowej skarpie pod górę i potem w dół) cisnąć będą z nami dzielnie do końca.
Jako, że Luna i jej Towarzysz są z Żor, przeloty między punktami upłyną nam na rozmowach jak się tutaj żyje i mieszka. Jeśli znacie nas już trochę, to wiecie że zawsze próbujemy pociągnąć za język napotykane osoby, aby dowiedzieć się więcej o danym miejscu, o jego historii, o problemach i radościach dania codziennego. Jesteśmy pod wrażeniem infrastruktury w Żorach (parki i alejki spacerowe, place zabaw, ogólnie dostępny skate-park, duże parkingi, ścieżki rowerowe itp), a nasz Rozmówca potwierdza że miasto, mimo typowych miejskich problemów, dość prężnie się rozwija. To zawsze cieszy.
Potem opowiada nam o napotykanych ruinach budynków i tak oto poznajemy historię bażantowni :) 
Imię pieska LUNA (hiszp. Księżyc), nieodzownie kojarzy mi się z hiszpańską piosenką pod tytułem "Luna bonita".
I tak przez pół drogi, przez tą myślową kotwicę, chodzić będzie mi po głowie tekst:

Dime luna bonita, dime que me está pasando
Dime luna bonita si me estoy enamorando...


z drobną przeróbką:

Dime mi Szkodniczku, dime que me esta pasando
Dime mi Szkodniczku si me estoy enamorando?


(Zostawię tutaj polskie określenie bo słowo "parasito" - mimo, że to mój ukochany hiszpański, nie brzmi jednak najlepiej). Wracając do samej Luny, to nie pierwszy pies o takim imieniu, którego poznaliśmy na rajdach, ale na razie jedyny, który razem z nami skakał przez rzekę po zwalonych drzewach. Z nami a nie z kłami za nami !!!




"...niejedna przestrzeń jeszcze mój usłyszy głos"
Po zdobyciu ostatniego punktu kontrolnego czeka nas jeszcze parokilometrowy spacer do bazy. Niestety tutaj już tylko asfaltem, bo jakoś musimy wrócić do miasta, więc to koniec pól i lasów na dzisiaj. Gdy meldujemy się na mecie jest parę minut po 15:00. Mamy prawie godzinny zapas do limitu. Mamy też komplet punktów na naszej najmniejszej karcie startowej ever. Kamila i Filip także są już w bazie, wracają też niektóre ekipy z Profi, z Open i z trasy rowerowej. Niektóre, bo zwycięzcy Profi już dawno są w bazie - zrobili całą trasę w nocy i wrócili nim my wystartowaliśmy na nasze 20 km o godzinie 11:00...
Cieszymy się że mogliśmy tu być, ale gdzieś tam na dnie serca tli się żal, że nie moglibyśmy powalczyć na PROFI. Ostatnie chwile w Żorach spędzamy na zapraszaniu znajomych nam ekip na Kompanią Korną, która już za dwa tygodnie w Lanckoronie. Lord SFAROC czeka na śmiałków i rzuca wyzwanie. Na koniec zostaje jeszcze tylko powrót do domu, ale co za to powrót bez 15-minutowego snu gdzieś na leśnym parkingu, bez mycia zabłoconych rowerów. Dobrze, że przynajmniej nie wracamy sami i droga mija nam na miłej konwersacji z Kamilą i Filipem... choć w sumie to raczej na moim monologu, bo podpuścili mnie abym zrecenzował Im książkę, o której Wam już pisałem - odsyłam do recenzji z Rajdu Liczyrzepy, jak ktoś nie wie o czym mówię. Niemniej, nie bójcie (się) żaby, skoro to Rajd Wilczy to: " Moja pieśń życia jeszcze dla mnie nie zamilkła! Niejedna przestrzeń jeszcze mój usłyszy głos!" (*) czyli jeszcze wrócimy na PROFI !!!




Cytaty:
1) Film "Niekończąca się opowieść"
2) Piosenka Czerwonch Gitar "Nie spoczniemy"
3) William Shakespeare "Juliusz Cezar"
4) Piosenka Maryli Rodowicz "Ballada wagonowa"
5) Książka: Gabriel Garcia Marquez "Sto lat samotności"
6) Hiszpańska piosenka "La luna bonita". Jedna z jej wersji tutaj.
7) Piosenka Jacka Kaczmarskiego "Obława 3"


Kategoria Rajd, SFA

Rajd Liczyrzepy - zima 2019

  • DST 97.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 23 lutego 2019 | dodano: 25.02.2019

Sobota to dzień w który budzik nierzadko dzwoni około 2:30. Planujemy wyruszyć w trasę około 3:30, tak aby gdzieś w okolicach 7:00 (najlepiej chwilę przed) być w okolicach Bystrzycy, niedaleko Oławy. Wstawanie idzie ciężko… niby to normalna godzina pobudki na nasze sobotnie wypraw , ale jednak jest to pierwszy raz w tym roku. Na 4 Żywioły w styczniu mieliśmy rzut beretem bo do Wolbromia, a Silesia Race startowała o północy (wystarczyło zatem się po prostu nie kłaść)… nie było takiego szoku jak teraz. Tegoroczna, zimowa edycja Liczyrzepy zmusza nas do powrotu, w znany nam reżim rajdowy. Mozolnie, ale jakoś udaje nam się ogarnąć i nawet planowo, czyli chwilę przed 4:00 rano ruszamy z rowerami na dachu w kierunku Wrocławia. Termometr wskazuje, że jest – 8 stopni, czyli „ludzki pan! kopnął a mógł zabić, ludzki pan…” . Rok temu, o tej porze było -11, a za dnia niewiele więcej. Dziś, gdy wyjdzie słońce, mamy zbliżyć się nawet do zera… mam tylko nadzieję, że nie jest to prognoza naszego wyniku. Na razie jednak mrozik trzyma, a my suniemy przez mrok na zachód, wśród innych aut z rowerami na dachu… a nie, czekaj! O takiej porze w sobotę, z rowerami, to suniemy sami...


Rogaining  - „Ty uważaj na to słowo!”
Do Bystrzycy przybywamy kilka minut przed 7:00, więc do odprawy mamy jeszcze pół godziny. W bazie, nie ma może statusu „elita w komplecie”, ale znanych i mocnych ekip jest naprawdę sporo. Powiedziałbym nawet, że bardzo dużo. Rejestrujemy się na szybko i zostaje nam trochę czasu na luźne pogawędki, podczas których oczywiście staramy się zaprosić wszystkich na naszą Kompanię Korną. Jednocześnie jesteśmy świadkami fantastycznego pocisku w wykonaniu Pawła, zwycięzcy poprzedniej edycji.
Gdy Łukasz i Jarek jeszcze przed odprawą, nieoficjalnie tłumaczą komuś, że trasa będzie rozgrywana na zasadach rogainingu, przechodzący obok Paweł rzuca krótkie: „Ty uważaj na to słowo”.
Myślałem, że padnę… tak, wiem, to hermetyczne. Hermetyczne jak niegdyś dialog:

- Nie rozumiem tej książki: gdy wyciągnięto go z wody, był cały sinus igrek. O co chodzi?
- Siny, pacanie, chodzi o słowo siny.


albo:

Mistrz gry: Idziecie przez spaloną wieś i widzicie zgliszcza
Gracz: A ile Hit Points’ów ma Zgliszcz?


No dobra, już tłumaczę o co chodzi. Rogaining, jak pewnie większość z Was już wie, to trasa nie do zrobienia nawet przez najlepszych. Nikt nie da rady przejechać je w całości w zadanym czasie. Rok temu Paweł albo nie zrozumiał, że rajd jest rozgrywany jako rogaining albo ta informacja jakoś do Niego nie dotarła… Zrobił komplet punktów. To złośliwe wtrącenie w rozmowę prowadzoną na boku, gdy chłopaki tłumaczą o co chodzi w tej zabawie, uważam za boskie. Pocisk jak z Tygrysa w 44-tym :)

Cholera, zostawiłem Żelazko na gazi…. eee … w bazie
Tymczasem do bazy przybywa coraz więcej zawodników. Organizatorzy pędzą nas zatem na wielką salę, bo za moment zacznie się odprawa. Dosłownie chwilę później słyszę znajomy świst kabla w powietrzu. Przybył Andrzej, na styk bo na styk, ale zdążył. Fajnie się znowu zobaczyć. W sumie dobrze będzie kolejny raz pojechać razem, bo te wspólne rajdy cechowała zawsze bardzo miła atmosfera. Dzisiaj jednak jakoś nam to nie wyjdzie. Nie ma jak się zgadać aby jechać razem, bo wszyscy słuchamy odprawy, a Andrzej przybył trochę spóźniony. Natomiast gdy rozdadzą mapy, to zupełnie zniknie nam On z oczu, gubiąc się gdzieś w tłumie. Nawet nie będziemy wiedzieć czy wyjechał przed czy po nas, ani na jaki wariant się zdecydował. No nic, trudno… polecimy dziś klasycznie, "rozważnie i romantycznie" czyli we dwójkę.
Planujemy wariant północno-wschodni, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Chcemy zrobić „tłuste” punkty na północnym-wschodzie, a potem dopaść zagęszczenie punktów w okolicy bazy. W drugim rzucie strategicznym, jeśli starczy czasu, planujemy złapać co popadnie na zachodzie i południu. Tak szczerze, to południe właściwie z założenia nie będzie realne przy dzisiejszym limicie czasu, ale z zachodnich punktów coś tam powinno udać nam się wyrwać.




Nawigacja (prawie) doskonała… czyli wtopa niemała
Ruszamy! Wiele ekip kieruje się po swoje pierwsze punkty na południe, a my zgodnie z planem ruszamy na wschód.
Zaowocuje to, że mimo faktu iż uczestników jest sporo, to my nie będziemy mieć tłoku przy pierwszych lampionach.
I bądź tu mądry: czy to oznacza że wybrałeś tak dobrze, a wszyscy inni dali się zwieść i cisną gorszym wariantem, czy też może twój wariant daleki jest od optymalnego i jako jedyny ciśniesz "od dupy strony"… jak myślicie, które to mogło być?
Wiecie, to tak samo, jakbyście jechali autostradą, a w radiu podawali ostrzeżenie: „Uwaga, jakieś szaleniec leci pod prąd”.
Rozglądacie się dokoła i myślicie „Jak to jeden? Chyba wszyscy!”
Niemniej na 3 pierwsze punkty wbijamy idealnie. Po prostu, po mistrzowsku: wymierzeni, wyazymutowani zgarniamy lampiony jak doświadczeni (chyba przez los…) wyjadacze. Zajmuje nam to 45 min – jest pięknie. Gnamy po 4-ty punkt i jest szansa złapać go przed godziną 9:00. Da nam to 4 punkty na godzinę – dla nas wynik doskonały. Statystycznie na rajdach łapiemy 1-2 pkt/godz, acz wiadomo że to bardzo zależy od rajdu, trudności terenowo-nawigacyjnych i odległości miedzy punktami…. Są i takie rajdy, że jeden lampion na trzy godzinny, to i tak jest dobrze.
Niemniej, jakoś tak statystycznie 2 na godzinę to jakaś tam nasza, typowa średnia. Gdy robimy 3 jest dobrze. Kiedyś udało się nam wyrwać 4 i to jest nasz rekord. Acz tak jak mówię, porównywanie takich statystyk nie do końca ma sens, ale jednak cieszy, więc to robimy… w sumie w życiu wiele rzeczy, które nie do końca mają sens, cieszą. Coś może powiedzieć o tym nasza grupa szermiercza, kiedy w trakcie ćwiczeń ogólnorozwojowo-siłowych bawimy się w tzw. „bezsensowne pokonywanie przestrzeni” – tego się nie da opisać, musicie kiedyś przyjść i spróbować…
Wracając jednak do rajdu, lecimy na wyrównanie rekordu. Jest 8:48 czyli mamy 12 minut, a punkt jest w miarę niedaleko. Wyrównamy dzisiaj nasz rajdowy rekord. Pokażemy, że nie był on jakimś pojedynczym strzałem, ale powtarzalnym osiągnięciem… i było by wszystko git, gdybyśmy na niecały kilometr przed punktem ,nie skręcili w złą ścieżkę... która chwilę później zanikła gdzieś w polu. Samo pole to przelecieliśmy na gazie, ale potem zaczęły się krzaki i utknęliśmy, jak to my, w gęstwinie. 
Kompas jest bezlitosny, miała być północ, północy nie ma… co najwyżej możemy mieć pół dnia spędzone w nieprzebieżnych krzakach, jeśli się nie wycofamy. No i rekord poszedł się paść. Nim połapaliśmy gdzie popełniliśmy błąd, wróciliśmy do rozstaju dróg, pojechaliśmy właściwą ścieżką i zgarnęliśmy lampion, minęło ponad 20 minut. Na punkcie zameldowaliśmy się tuż przed 9:30. Czyli jednak nasz 4-punktowy rekord to nie była nowa jakość jazdy, ale jakiś tam przypadkowy ewenement, a teraz mamy klasyczny „powrót do średniej” (*)





„Cmentarz to świetne miejsce! Ludzie giną aby się tam dostać…” a my coś trafić tam nie możemy
Lecimy dalej. W tej części mapy mamy trochę większe przeloty między punktami, więc nie wpadają one już tak szybko jak te pierwsze. Dzień jest słoneczny i piękny, ale jak zrobimy sobie krótki popas w środku lasu, tak koło 10:30, to bez ruchu zmarzniemy.
Ktoś mógłby się śmiać, że robimy popas niedługo po starcie. Po pierwsze, śniadanie jedliśmy o 3:00 w nocy, po drugie zawsze jest dobra pora na jedzenie. Rajd krótki (9h), więc tym razem jesteśmy bez krokietów i bułek z kotletem.
Drugo-śniadając gdzieś w środku lasu, podejmujemy decyzję, że na kolejny punkt „stary, żydowski cmentarz”, polecimy przez las, a nie na około. Jest to o tyle odważna decyzja, że ścieżek mamy tutaj setki... naprawdę setki ("były ich tysiące, a nawet setki...") i dobrze się na niego wynawigować będzie ciężko. Postanawiamy jednak spróbować, bo objazd to nadołożenie dużej ilości kilometrów. Ruszamy w las i wszystko idzie nawet w miarę dobrze. Ścieżki zgadzają się z mapą, zakręty dróg także, odległości lecą zgodnie z tymi zmierzonymi na mapie… a cmentarza nie ma. Szukając go stracimy około 20 min, nie wiedząc że wyszliśmy niecałe 100 metrów od niego...
Był po naszej prawej – odbiliśmy na ostatniej przecince za wcześniej w lewo i potem, nie wiedząc o tym drobnym błędzie, tylko pocisnęliśmy prosto zamiast w prawo na cmentarz. W praktyce wyszło, że minęliśmy cmentarz drogą równoległą, która przechodziła niecałe 100 metrów od lampionu !!! Będąc niemal na punkcie czytaj „w kółku” na mapie, ciężko było wprowadzić korektę, zwłaszcza że myśleliśmy iż wyszliśmy idealnie… finalnie dostaniemy 20 min w plecy szukając miejsca, które jest tuż przy nas.
Nie ma jednak co lamentować, trzeba cisnąć dalej. Północny-wschód wyczyszczony, czas kierować się w zagęszczenie lampionów w środkowej części mapy. Nie jest źle, ale to już drugi spory błąd nawigacyjny. To trochę dużo…


Wszystko o nas w jednym kadrze: "Tędy, zaufaj mi, to dobry skrót. Co się będziemy dobrą drogą telepać, dawaj na rympał..."


"That was too close..." (*)
Wpadamy na asfalt i gnamy drogą przez las ile fabryka dała. Nagle wzdłuż drogi, ale ewidentnie zbliżając się do niej napierają dwa ogromne jelenie. Nie, nie sarny... ale byki (duże samce jelenia). Zaraz przetną nam drogę i przeskoczą na jej drugą stronę. Kiedy są już właściwie na jezdni, tak dosłownie paręnaście metrów od nas... nagle, z ogromną prędkością wyprzedza nas samochód. Gość gna jakby piekła nie było - nie wiem jaką miał prędkość, ale na oko, to na bidę mocno ponad 100 km/h. Mija nas w ułamku sekundy, a jeleń zaczyna właśnie skok przez drogę. Wszystko dzieje się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Kierowca nawet nie zauważył wypadającego z lasu zwierzaka: brak jakiegokolwiek manewru autem, brak zaświecenia się świateł stopu... z naszej perspektywy sylwetka jelenia znika przed maską auta. Czekam na potężny huk - dźwięk gniecionej blachy i trzask pękającego szkła, a oczyma wyobraźni już widzę te urocze konwersacje z panami w niebieskim, że to nie my nasłaliśmy tego jelenia, że nie był on naszym agentem... że naprawdę chciałem dobrze, gdy dobiłem kierowcę i robiłem jeleniowi sztuczne oddychanie... i że pierwszy raz słyszę aby sztuczne oddychanie robiło się z drugiej strony....
...no więc, kiedy już niemal słyszę huk uderzenia, jeleń wyłania się zza samochodu. Lusterko ociera mu się o tyłek, tak że iskry z futra lecą. Przeszedł przed autem - po prostu na styk. Drugi zwierzak się przestraszył i odskoczył od drogi z powrotem w las. Gość za kierownicą miał naprawdę szczęście mierzone w centymetrach, ale na dzielni też będzie miał co opowiadać: niecodziennie klepie się jelenia lusterkiem po zadku. Codziennie to można klepać jedynie biedę :)
Dzięki temu że obaj zainteresowani rozwojem wypadków (jeśli łapiecie aluzję), postanowili odłożyć zajęcia z fizyki (zderzenia niesprężyste) na inny termin, jedziemy dalej bez konieczności konwersacji z ludźmi w niebieskich strojach.




PARTY HARD na bunkrze
Niedługo po akcji z jeleniem wjeżdżamy na zagęszczenie punków na mapie. Tutaj niemal przez cały czas będziemy spotykać różne znane i mniej znane (zarówno nam i w w świecie) ekipy. Jest tu także sporo bunkrów, w tym jeden z punktów opisanych jako „drzewo na kulochwycie”. Co to byłyby za rajd bez bunkrów i fortyfikacji. Pierwszy z godnych uwagi obiektów to wieża obserwacyjna, którą możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Drugi to jeszcze większy obiekt, na którym…. No właśnie. Lokalsi robią sobie party hard z alkoholem. Zawsze śmieszą mnie takie sytuacje. Pewnie przez 99% czasu nie ma tu nikogo, więc zbiera się ekipa pochlać sobie w spokoju, ale wybrali zły dzień. Dziś przewali się przez ten obiekt dziesiątki zawodników. Dobrze, że chłopaki nie wpadły na pomysł aby zerwać lampion… co czasem takie lokalne pacany wymyślą. Wtedy zamiast paro-sekundowej wizyty zawodnika na punkcie, zaczyna się (po kilku chwilach, gdy przybywają następni) grupowe szukanie lampionu i misterny plan pozbycia się intruzów, sprawia, że jest ich coraz więcej i zostają na dłużej. Jak apokalipsa zombie :)
Gdy przybywamy w to miejsce, lokalsi wyglądają jakby byli już pogodzeni z losem.
Dziś będą pić, nawiedzani regularnie przez kolejne postacie szukające kartki na drzewie.
Głośnik po Bluetooth’ie napiera techniawą, ale Oni nawet nie zwracają na nas uwagi, gdy dopadamy do lampionu. My także znikamy równie szybko, niczym nawiedzające ich duchy dawnych libacji… :D








JELCZem wozimy owce na Zamek na Wodzie :)
Taaa... jak zawsze, tytuł rozdziałóww na tym blogu, mogą być lekko niepokojące, ale już tłumaczę o co chodzi. Przelatujemy przez rozległe lasy w okolicy miasta JELCZ-Laskowice, które jest domem marki samochodów, którą upodobały sobie Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej. Kierujemy się na północny-zachód mapy, zaliczając po drodze kolejne bunkry, których jest tutaj naprawdę sporo. Zapuszczamy się daleko po naszą, jedyną dzisiaj, 90-tkę, której opis to "Zamek na wodzie". Szkoda, że jesteśmy na rowerach, a nie ciężarówką bo fajnie byłoby cisnąć Jelczem przez Jelcz. Ech takie rzeczy, to tylko na naszym ukochanym Dolnym Śląsku: Jelczem przez Jelcz czy też walim na Walim :)
Gdy wpadamy nad wodę, nad którą ma być nasz zamek, to widzę że niektórzy mają tutaj życie FULL WYPASS. Brniemy przez stado owiec pilnowane i zarządzane przez dwie kozy. Bogaty w doświadczenia po zadymach z nieraz naprawdę niebezpiecznymi psami pasterskimi w górach, gdy widzę dwa duże czarne, ruchome obiekty przy owczym stadzie, od razu nastawiam się na problemy. Dopiero kiedy te dwa obiekty zaczynają robić "meee, meee" stwierdzam... Dolnośląskie - to jednak stan umysłu. Ale i tak kochamy to województwo. Udaje nam się (cudem) uniknąć stratowania przez stado i możemy się dostać na zamek, który okazują się urokliwą ruiną w zagajniku na niewielkim wzgórzu. Świetne miejsce na punkt kontrolny!




W 66 dziś nie gramy !!!

Zostało nam niewiele czasu, coś koło godziny i 40 minut. Południa mapy nie chwycimy dzisiaj za wiele, ale planujemy wyrwać jeszcze 3-4 punkty, kierując się do bazy. Wygląda to na realny plan. Na pierwszy ogień spróbujemy zatem zaatakować pkt nr 66. Jest niedaleko drogi, ale gdy zbliżamy się do odbicia w pole zaczyna martwić nas jakość ścieżki prowadzającej do niego. Chwilę później okazuje się, że nasze obawy nie były bezpodstawne. Gliniaste błoto zapycha przerzutki i zakleja koła, tak że nie chcą się kręcić. Przed nami spory kawałek przez takie warunki, więc zaczynamy się zastanawiać czy jest sens tracić tutaj czas… którego nie mamy zbyt wiele, na walkę z tym punktem. 60 pkt przeliczeniowych to nie jest mało, ale realnie patrząc, kosztować nas będzie ten lampion naprawdę sporo minut. Postanawiamy go odpuścić na rzecz złapania innych punktów w drodze do bazy. Decyzja okaże się dobra, bo expresem przeskoczmy na punkt 73. Tutaj powtórka z rozrywki i podobne warunki, ale jednak trochę mniej grząsko. O ten punkt postanawiamy powalczyć. Zejdzie nam tu czasu… oj zejdzie. Basia jest lżejsza i łatwiej przyjdzie jej pokonanie błota. Ja w pewnym momencie zapcham się tak mocno, że zostanę z tyłu, sporo za Szkodnikiem, by wyczyścić rower, który przestał się toczyć… a potem złapać oddech, bo niesienie zalepionego gliną roweru trochę mnie sponiewiera …
Dorwie mnie tu nawet jakiś gość jeżdżący pick-up’em po polu i będzie pytał czy wszystko w porządku.
Finalnie jednak uda się zdobyć 73, zwłaszcza że jeden z przejeżdżających zawodników pociśnie mi po ambicji, że zostałem z tyłu :P
Gdy dotrę z powrotem do drogi i dogonię Szkodnika, okaże się że zostało nam niecałe pół godziny…. Nadszedł czas decyzji. Odpuścić 46 i gnać do bazy (właściwie bez ryzyka spóźnienia) czy też zawalczyć jeszcze o to 46. Wg mapy droga do 46 jest lepszej klasy niż ta co prowadziła na odpuszczone 66. Poza tym z 46-tki nie trzeba wracać, tylko można przedrzeć się stamtąd dalej do asfaltu, który zaprowadzi nas już do bazy. Postanawiamy pojechać po ten punkt… popełniając 3-ci gruby błąd dzisiaj. Trzeba było, wzorem doświadczonego szulera, powiedzieć PAS i nie grać w 46, tak jak nie graliśmy w 66.
 
"Przez ile dróg musi przejść każdy z nas..." (*)
Tego nie wiem, ale chcielibyśmy chociaż przez jedną. I to jest właśnie problem, bo stąd nie ma już żadnej drogi. Do naszego ostatniego punktu (nr 46) jeszcze jakaś ścieżka prowadziła (bynajmniej nie tej klasy, co na mapie), to od niego w stronę bazy nie ma już nic - mimo, że na mapie są tutaj dwie. Wszystko zaorane. Dosłownie, bo pole po horyzont. Niby dzień jak co dzień z życia orientalisty, ale mamy 15 minut do limitu a warun nie współpracuje. Podobnie jak do punktów 66 i 73 gleba to gliniaste błoto, które oblepia wszystko, zapycha napędy i prześwit między oponą a koroną amortyzatora. Nie ma szans po tym jechać, ciężko się pcha, bo błoto jest tak lepkie, że koła przestają się kręcić. Rower niesie się ciężko, bo gleba zasysa także i buty, a rower oblepiony tą mazią waży o wiele więcej niż normalnie. Przedzieramy się w stronę cywilizacji, ale pole zdaje się nie kończyć. Nie tak jak czas... czas się kończy i to sakramencko szybko. Walimy na wprost przez pole, po najkrótszej "drodze" (drodze... dobry żart), do najbliższego asfaltu. Wiemy, że na pewno spóźnimy się na metę, ale pozostaje pytanie ile. Każda minuta to 10 punktów kary.
...gdy docieramy do asfaltu jest 16:58, do przejechania mamy coś koło 3-4 km. Dotrzeć do bazy na 17:00 nie ma szans, ale będziemy walczyć o jak najmniejsze spóźnienie. Po przygodzie z błotem wyglądamy trochę jak John McClane w "Szklanej Pułapce 3" w tej scenie (pamiętacie? W wolnym tłumaczeniu było tam "Dopiero jutro mam pranie").
Co ja będę pisał... znacie już tą historię: ciśniemy ile tylko się da i nie hamujemy dla nikogo. Nawet dla jeleni wybiegających na drogę. Gdy lecimy na metę, wyznajemy zasadę, że "co na drodze, to pod koła". Dotyczy także budynków, jezior i przepaści :)
Na metę wpadamy 17:08 czyli spóźnieni o 8 minut. 80 punktów kary do wyniku. Sporo... zwłaszcza, że nasz ostatni punkt był za 40 punktów. Cudownie: +40, -80. Czuję się tak jak zawsze, gdy stracę na wadze: kupię wagę za 50 zł, a sprzedam za 30. Trzeba było zjeżdżać do bazy, omijając 46, byłoby -40 bo bez punktu, ale +80 bo bez spóźnienia. No, ale kto mógł wiedzieć, że droga wywiedzie nas w pole... znowu, dosłownie.
Basia ze swoim wynikiem dzisiaj ląduje na trzecim miejscu podium, tracąc do miejsca drugiego... 1 minutę. Wystarczyło spóźnić się 7 minut a nie 8, czyli dostać 70 pkt kary a nie 80 i wskoczyła by na miejsce drugie. No, ale nie zawsze jest to takie proste. W szermierce jest podobnie: przecież wystarczy trafić a samemu nie dostać. Gdzie tu jakaś filozofia? Proste, prawda? :)

W bazie siedzimy prawie do 20:00 bo dobrze gada się ze tymi wszystkimi zakręconymi ekipami, które przyjeżdżają pół Polski (a czasem całą), aby tylko dotrzeć na te rajdy. Musimy jednak zbierać się, aby w miarę sensownie (czytaj: nie nad ranem) dotrzeć do domu, bo w niedzielę jedziemy do Dąbrowy do Monique i TomAsh'a siedzieć nad mapami KOMPANI KORNEJ.
W tym miejscu, raz jeszcze zapraszamy wszystkich serdecznie 22-24 marca do Lanckorony, na trasę tworzoną przez chore i niestabilne umysły. Czekają na Was zagadki Lorda SFAROC'a, zadania terenowe i bardzo, bardzo wiele lampionów (z liczbą punktów kontrolnych zbliżamy się do setki).
Gwarantujemy zatem niezapomniane przeżycie (albo nie) :D

Zapisy trwają ---> TUTAJ

CYTATY:

1) "Powrót do średniej" - tu zatrzymam się na chwilę dłużej:
(*) „powrót do średniej” – nie chodzi tutaj właściwie o cytat sam w sobie, ale o nawiązanie do książki, którą bardzo bym Wam chciał polecić. Wg mnie to jedna z najważniejszych książek jakie przeczytałem w życiu. Otwiera oczy na schematy ludzkiego myślenia i heurystyki czyli uproszczone reguły wnioskowania i błędy poznawcze. Z jednej strony książka jest fascynująca, z drugiej przerażająca, bo może przewartościować wasze postrzeganie wiedzy i doświadczenia.
Autor poświęcił niemal całe swoje życia nad badaniem jak myślimy i jakim złudzeniom poznawczym ulegamy.
Przeczytajcie koniecznie tą pozycję, a wasz System 2 Wam za to podziękuje.
Z kolei wasz System 1 przestanie być tak wiarygodny, jak do tej pory Wam się wydaje. 
Zwłaszcza polecam rozdziały o jaźni doznającej i jaźni pamiętającej oraz o tym czym naprawdę jest doświadczenie i jak wygląda proces budowania wiedzy eksperckiej w naszym umyśle. Rozdział o „powrocie do średniej” też jest dobry, a rozdział o decyzjach związanych z podejmowaniem ryzyka uważam za wybitny. Opis typowych błędów poznawczych z przykładami także otwiera oczy na świat. Przeczytacie. Naprawdę warto. KAHNEMAN DANIEL "Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym". 

2) Lando Carlissian w "Powrocie Jedi" gdy urwał antenę Sokoła Milenium.
3) Chyba wszystkim znana piosenka.


Kategoria Rajd, SFA