aramisy prowadzi tutaj blog rowerowy

szermierze-na-rowerze

Silesia Race - zima 2019

  • DST 110.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 9 lutego 2019 | dodano: 10.02.2019

Początek lutego zaczynamy jak co roku, czyli wyprawą na Śląsk - tym razem do Jaworzna, aby wziąć udział w Silesia Race - zima 2019. Organizator Marcin F. to komandos z SAS'u (Silesia Adventure Sports), więc wiemy że trasa będzie syta. Zaraz po piątkowym treningu szermierki, kiedy tylko kończymy zajęcia z zasłony przeciw-7mej, pakujemy rowery na dach naszego SFA-Panzerkampfwagen i ruszamy w noc. Towarzyszy nam ekipa z KrakINO (Natasza, od której zdjęcia promują na FB naszą Kompania Korną i Adam, czyli jeden z najlepszych nawigatorów na tym łez padole, gość tak wymiata z mapą, że ja pier***...eee... ogólnie wymiata). Będą Oni pomagać Marcinowi w organizacji. A jeśli już jesteśmy przy Marcinie to, może dwa słowa o tym co dla nas dziś przygotował:

"Śmiejąc się w dół przez mur,
patrząc na ludzki ból,
co ze słońca wydusza dziś blask
mogę po lunie rzec,
że będziesz dziś tu biec,
jako gość w FORTECY MYCH ŁASK..." (*)


...biec, jechać i płynąć, bo nasza trasa czyli "PROFI" składa się z kilku etapów: BnO (w teorii bieg na orientację, ale wiecie co sądzimy o bieganiu jak zwierzęta), etapów rowerowych oraz spływu kajakowego (tak, wiemy że jest luty. Zauważyliśmy).
Kiedy przybywamy do Jaworzna, koło 22:30 na termometrze jest -4 stopnie. Czeka nas zimna noc. W przeciwieństwie do Krakowa jest tu nadal sporo śniegu i lodu. Taaaa... mojego ukochanego lodu. Rok temu na Silesia Race, jak na lodzie walnęliśmy betami o ziemię, to myślałem że nie wstaniemy. Na ostatnich 4 Żywiołach, w styczniu, Szkodnik także pokazał się jako specjalista ds. poślizgów. Do dziś pewnie mają traumę w Wolbromiu po wstrząsach jakie spowodował po pokazowych upadkach na ziemię.
Wbijamy do bazy, a tam trochę znajomych twarzy. No tak, grupa ludzi chcących pojeździć na rowerze w lutym, po nocy jest ograniczona. Tymczasem Marcin rozkłada się odprawą i wyznacza nowy standard rajdów rowerowych :)
Multimedialna prezentacja punktów kontrolnych: zdjęcie 1 - tak wygląda pkt nr 1, zdjęcie 2 - tak wygląda pkt nr 2.
No jaja... czyżby poziom wykształcenia spadł aż tak nisko, że nie wystarczy już oznaczenie na mapie. Trzeba łopatologicznie pokazać: "SZUKACIE TEGO". Niemniej okazuje się, że to po prostu nowa formuła rajdu. Karty startowe dostaniemy dopiero na pierwszym przepaku. Pierwsze punkty kontrolne to obiekty w terenie, których zdjęcia mamy wykonać. Ha, ha.. u nas na Kompani Kornej w marcu tak prosto nie będzie: czekają Was zagadki i zadania, związane z takimi obiektami. Niemniej dzisiaj, mamy wszystko podane jak na tacy: wystarczy to tylko znaleźć, błądząc nocą po lesie. Cokolwiek jednak będzie się dziać na trasie, musimy pamiętać, że główne założenie trasy to być na drugim przepaku między 8:00 a 10:00. Tam zaczyna się etap pieszy, który kończy się kajakami (nimi spłyniemy z powrotem w to miejsce). Nie stawienie się tutaj do 10:00 oznacza dyskwalifikację. Czas przed 8:00 i po kajakach mamy wykorzystać na zbieranie wszystkich innych punktów kontrolnych. Trzeba będzie zatem dobrze wszystko zaplanować.

Ostatni będą... 3-cimi :)
Ten tytuł ma podwójne znaczenie, ale nie uprzedzajmy faktów. Rozważmy najpierw pierwsze znaczenie tych słów. Czemu ostatni? Bo jesteśmy najsłabszą ekipą ze wszystkich tutaj. Wiecie, że nie biegamy, więc rajdy przygodowe idą nam znaczenie słabiej niż rowerowe rajdy na orientację: tracimy wiele czasu na częściach biegowych, na których zamiast biec to chodzimy, albo czasem skracamy je - odpuszczając część punktów kontrolnych - aby zaoszczędzić trochę czasu na etapy rowerowe.
Dodatkowo zawsze w takich chwilach przeżywam dysonans poznawczy. Pierwsza myśl to zawsze: "co my tu robimy?". Wymiatacze, napieracze, ciśnieniowcy... i gdzieś tam my, na szarym końcu. Z drugiej strony pojawia się też druga myśl: "ale jesteśmy tutaj. Startujemy na PROFI, trasie która wiele osób odstraszy samym schematem". Silesia to 16 godzin trasy, więc powiedzmy sobie że ten dysonans gdzieś tam po głowie się pląta, ale najbardziej odczuwalny to był na Grassor 300 (300 km w limicie 24 godziny) czy na AR Kraków 2017 (gdzie zrobiliśmy rowerem 218 km w ponad 30 godzin). Stajesz na odprawie i obok Ciebie sama elita. Zespoły, z którymi po prostu nie masz szans... a mimo to startujesz i jeszcze Cię to cieszy. Ciekawe odczucie zwichrowanego umysłu.
Czemu 3-cimi? Dlatego że Marcin zdecydował się na wprowadzenia startu interwałowego. Oznacza to, że drużyny będą startować nie wszystkie naraz ale co minutę. Kolejność wyznaczy przygotowane zadanie: dwie kartki A4 cytatów pochodzących z kultowych filmów lub będących autorstwa postaci historycznych. Kto poradzi sobie najlepiej startuje pierwszy i tak dalej, zgodnie z wynikami zadania. Standardowo, jeśli będzie taka sama liczba poprawnych odpowiedzi, pierwszy poleci zespół, który zrobił to w najkrótszym czasie. Zadanie pójdzie nam całkiem nieźle i mamy 3-cią minutę startową. Wylecimy z bazy zatem z około 15 minutową przewagą nad niektórymi wymiataczami. Hahaha, jakby miało nam to coś dać... no ale coś tam osiągnęliśmy! Sukces to sukces, prawda :D
Co by wielkiego wstydu nie było, wybiegamy w noc... tylko po to aby zaraz przejść do marszu :)

No i Sztos!
Pierwsza etap, czyli tzw. prolog to część miejska, gdzie mamy odnaleźć kilka miejsc w Jaworznie, którego większość mieszkańców albo już śpi albo układa się do snu.
Zwiedzamy zatem to miasto nocą. Wykorzystuję ten czas na obserwacje w jakim stanie są drogi i chodniki: czy jest ślisko. Drugi etap to będzie rower i wolałbym wiedzieć czy droga na której będę gnał ile fabryka dała zaakceptuje nagłe, ostre hamowanie w razie potrzeby. Nawet nie jest źle, ciekawe jak będzie za miastem, po lasach. Nawigacja po mieście jest prosta, zwłaszcza że mapa, którą otrzymaliśmy ma nazwy ulic. Jednym z punktów, który mamy sfotografować to bar "Sztos". Można było się tego spodziewać, w końcu trasę planował Marcin :)
Gdzieś na mieście czai się także Nataszka i robi zdjęcia tym biegającym i tym niebiegającym zawodnikom :D
Łapiemy 4 z 6 punktów kontrolnych i wracamy do bazy. Nie będziemy przecież pieszo pchać się na drugi koniec miasta. Ile my mamy lat? Od tego są samochody, autobusy, rowery, hulajnogi, co Wam bardziej pasuje... na drugi koniec miasta z buta to się chodziło przed naszą erą, choć już wtedy ludzie kombinowali z końmi :)

"Ludzie w śniegu... na ułomnych wsparłszy się nogach,
Krok mylący na lodzie, na złudzie...
ponurzy anieli codziennej ślizgawki" (*)

Wracamy do bazy. "Jesteście drudzy" - krzyczą w bazie. Jak się nie robi całej trasy, to się ma wyniki, prawda?
"Odpalamy" nasze maszyny i ruszamy dalej w noc. Już na obrzeżach miasta czeka na mnie mój ulubiony lód. Mogę jeździć po piasku, po błocie, czasem zdarza się nawet jechać strumieniem, ale do lodu mam szacunek. Zwłaszcza, że często go nie widać. Nie przepadam też za tym wektorem przyspieszenia skierowanym w dół, który pojawia się nagle, gdy koło postanowi się poślizgnąć. Choć samo spadanie jest w sumie bezbolesne... tylko to lądowanie boli. Wiecie, to nie prędkość zabija... tylko nagła jej utrata. Basia jak zwykle standardowo: "Misiek, ciśniesz!!!" i napiera z przodu. Szkodnik jest fanem innej kampanii społecznej:
"-Zwolnij! Śmierć jeździ szybko!
-Spoko, spoko, mnie nie dogoni".

Ciekawe ile będę tym razem czekał na efekty tego "ciśniesz".
Powiem Wam, że zaskakująco długo, ale gdy się doczekam, będzie to niemniej spektakularne niż w Wolbromiu :)
Stanie się to, o dziwo, na podjeździe. Szkodnik stanie na pedałach i da do pieca z prawej nogi. Byłoby przykro, gdyby tyle koło nie znalazło oparcia w gruncie. Szkodnik oparcie w gruncie już znajdzie... twarde oparcie. Ma zdrowie tak walić o ziemie, wstawać i otrzepywać się i cisnąć dalej.


Każda para ma swoje ciśnienie :)
Jako, że wyruszyliśmy z bazy na trasę rowerową jako jeden z pierwszych zespołów, niedługo potem zaczynają nas doganiać inne ekipy, które zaliczyły etap pierwszy w całości. Lecimy po zaśnieżonych lasach. Uwielbiam rower zimą (gdyby tylko nie ten lód...). Chrupanie opon na śniegu, przecinanie kołem białego puchu i mielenie go pomiędzy oponą a koroną amortyzatora - rewelacja. Trochę szarpie, ale jako że jest ujemna temperatura, jedzie się świetnie. Miejscami droga jest mocna zalodzona, więc trzeba jednak uważać. Łapiemy pierwszy punkt przy jeziorach i wyjeżdżamy z lasu obok włości Pana Taurona. Klimat industrialny, zwłaszcza nocą, robi niesamowite wrażenie. Zatrzymujemy się porobić kilka zdjęć, bo jest na noc popatrzeć. Niby codzienny widok wielu ludzi, ale jednak w zimowej, nocnej aurze jest po prostu magiczny.
My robimy zdjęcia pary buchającej z kominów, a inne pary (MM i MIX) mijają nas ścigając się w najlepsze. Normalnie, na rowerowym rajdzie i my byśmy się z nimi ścigali, ale to przygodówka... nie ma co się zabijać. Jak to mówią: "nie uciekaj, tylko się zmęczysz..." Jak ktoś siedzi w temacie, to jeden rzut oka na listę startową i będzie wiedział o czy mówię.



Oprócz budynków należących do Pana Taurona odwiedzamy - jak to u Marcina - mosty Pana Pociągów. Musimy niezauważeni przeprawić się przez niego. Spokojnie, to światło to nie pociąg, ale tylko taka gra perspektyw - to moja czołówka na kasku.

Po drugiej stronie mostu, słupek przypomina nam to, co w życiu jest najważniejsze. Jeśli nie wiecie o co chodzi, to dość łatwo można się domyślić. To nie liczba, ale liczbY liter w pewnych słowach :)

Zwiedzamy także "czerwoną" dzielnicę Jaworzna :)


Jakiś czas później, w pewnym nocnym, śnieżnym lesie odnajdujemy wejść do podziemi. Grałem w za dużo RPG'ów aby wchodzić w takie miejsca bez fireball'a, który rzuci trochę światła na to co czai się w mroku i wywoła jęk podziwu... tego czegoś co tam siedzi. Nie po to ćwiczymy od 15 lat szermierkę, aby wchodzić w takie miejsca bez sprzętu. Tym razem jednak obejdzie się bez tłuczenia rogacizny.
W śląskim właśnie zaczęły się ferie, więc pewnie wszystko wyjechało na ferie i nie ma komu golda w podziemiach pilnować :)



Wielki taktyk miewa czasem dobre serce :)
Docieramy do pierwszego przepaku, zlokalizowanego w podziemiach przy kościele. Jesteśmy przedostatnią (jest ktoś za nami, szok!) ekipą na tym punkcie. Wszyscy inni dawno już wybiegli na BnO. Marcin wita nas w podziemiach i mówi, że ma trochę "potion of health" (mówię Wam: ciepła herbata potrafi zdziałać cuda). Możemy się trochę zagrzać, zwłaszcza że zrobiło się naprawdę zimno na zewnątrz. Mamy też chwilkę aby coś zjeść i odpocząć. Zaczynamy rozmowę z Marcinem, że znaleźliśmy lukę w regulaminie rajdu.
Według regulaminu dyskwalifikacja czeka wszystkie zespoły, które nie dotrą do Przepaku numer 2 w godzinach 8:00 - 10:00. Regulamin, w przeciwieństwie do zeszłorocznego, nie mówi nic o dyskwalifikacji za nie stawienie się na etap kajakowy. 7-8 km z buta od przepaku numer 2 do początku kajaków oraz sam spływ (około 10 km, bo rzeka meandruje) zabierze nam pewnie ze 4 godziny. Punkty kontrolne to przepak i start kajaków czyli liczbowo są to 2 punkty.
Taktycznie, nie startując na kajakach, moglibyśmy wykorzystać te 4 godziny do rowerowego zdobywania innych punktów kontrolnych. To naprawdę świetna taktycznie opcja, dla każdej ekipy, która jest za słaba na zrobienie całej trasy w limicie czasu.
W 4 godziny powinniśmy wyhaczyć o wiele więcej punktów kontrolnych niż 2. To nie byłoby oszustwo, to czysta taktyka: żaden z punktów regulaminu nie został by złamany. To jak pułapka offside'owa w piłce nożnej. Tam także to nie jest oszustwo, ale umiejętne zastosowania zasad gry, które przerywają akcje przeciwnika w określonym momencie.
Taktyka to podstawa w szermierce i pokochałem to zagadnienie lata temu. Nie ma to jak dobry: EVIL masterplan! Mówimy jednak Marcinowi, że nie odwalimy takiej akcji, bo żal nam kajaków w lutym. Takie zagranie może wyratowało by nas od ostatniego miejsca, ale czy to byłoby takie prawdziwe zwycięstwo? To zupełnie tak, jakby u nas w SFA, regulamin zapomniał podać że walki na zawodach odbywają się jeden na jeden. Wpadłbym na pojedynek z 5-cioma uzbrojonymi kumplami. Regulaminu bym nie złamał, ale przeciwnika już tak... czy byłbym jednak lepszym szermierzem od Niego? Tego nie wiem. Lepszym taktykiem byłbym na pewno.
Tak, taktykiem. Przypominam aby nie mylić działań strategicznych z taktycznymi i operacyjnymi: strategia - czy wchodzę w pojedynek czy nie, co chce na nim zyskać; taktyka - jakie działania podejmuje aby zapewnić sobie zwycięstwo, bardzo zależne od napotkanego przeciwnika, działania operacyjne: w jaki sposób realizuję obraną taktykę. Na wojnie takie rozwiązania są na wagę złota (maksymalizacja strat wroga, minimalizacja strat własnych, pułapki, "fikcyjne pakty i sojusze" (*), niszczenie morale wroga, zaskakujące manewry i ataki na najsłabiej bronione miejsca, odcinanie zaopatrzenia przeciwnika... ogólnie im brudniej się gra z przeciwnikiem, tym bardziej chroni się życie własnych żołnierzy. No, ale na rajdzie? Nie będziemy robić siary i pojedziemy na kajaki. Niemniej Panie Marcinie regulamin wypadałoby uściślić przed następną edycją ;P

Kto pilnuje zbiornika?
Zostawiamy rowery i ruszamy z buta na trasę BnO. Trasa tego etapu przebiegać będzie w okolicy Zbiornika Wydra. Wiecie już zatem kto go pilnuje. Mieści się tutaj także Centrum Nurkowe bo miejsce jest niemal identyczne jak krakowski Zakrzówek, z tą różnicą że porobiono tu więcej infrastruktury turystycznej (wiaty, ścieżki spacerowe, tablice informacyjne itp). Z tej części rajdu złapiemy tylko 3 punkt z 11, bo zbyt dużo czasu zajęło by nam zagłębienie się pieszo w lasy obok zbiornika. Samo miejsce jednak bardzo nam się podobało i koniecznie musimy tu wrócić za dnia i wiosną albo latem. Kilka zdjęć dla Was:




Gdy kończymy BnO, jest naprawdę zimno. Nic dziwnego bo niedługo będzie świtać. Wyjście z ciepłego "przepaku" w noc po raz kolejny to takie trochę traumatyczne przeżycie. Zbieramy się jednak w sobie, zapinamy kurtki, naciągamy czapki (pod kaskiem) i ruszamy. Planujemy na przepak 2 stawić się równo na 8:00 aby mieć jak najwięcej czasu na dotarcie do kajaków i sam spływ. Do 8:00 postaramy się złapać jeszcze kilka punktów kontrolnych (jak najwięcej! bo po kajakach nie zostanie wiele czasu do limitu).

To uczucie, gdy ktoś zaora twoje sny...
Tyle razy już próbowaliśmy, noc przed całonocnymi rajdami, dobrze się wyspać... i zawsze wychodzi to tak samo. Z czwartku na piątek śpimy tylko kilka godzin i teraz, czyli nad ranem, zaczyna nas mulić senność. Ech zawsze tak jest. Po prostu zawsze. Jak się dobrze wyśpimy to zarwanie jednej nocy, to nie jest jakiś duży problem... ale jak się nie wyśpimy, to sleepmonster gryzie, dusi, drapie...
Noc pomału umiera i wschodni odcinek horyzontu zaczyna pomału, najpierw nieśmiało tlić się bladym, ledwie widocznym promieniem słońca, aby za chwile zabłysnąć żółto-czerwoną eksplozją światła, rozpraszając otaczający nas mrok...
Pamiętacie?

"Ciemność jest szczodra, jest cierpliwa i zawsze zwycięża, ale w samym sercu jej siły leży jej słabość: wystarczy jedna, jedyna świeca, by ją pokonać..." (*)


Mówiąc w skrócie jest pięknie. Przedzieramy się przez ośnieżone pola w promieniach wschodzącego słońca... ale sleepmonster uczepił się naszych pleców, wbił szpony w ramiona i szepce do ucha: zamknij oczy. Niech go szlag...jest cięższy niż nasze wielkie plecaki, a myślałem że to niemożliwe. Nie pomaga nawet próba utopienia go w kofeinie z puszki. Nie odpuszcza... No nic. Chyba trzeba odwołać się do klasyki. Niech będzie to na przykład Oscar Wilde: "Jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest jej uleganie".
Zatrzymuję się gdzieś pośrodku ośnieżonych pól, kładę w śniegu rower, wygrzebuję z pod białego puchu dość gęstą kępę trawy, wtulam się w nią i niemal natychmiast odpływam, spytać Morfiego co tam u niego słychać...
Dźwięk, najpierw cichy i pochodzący z oddali... ale ewidentnie narasta i zbliża się niewątpliwe. Morfie mówi "olej to", ale parę chwil później przestaję słyszeć co do mnie mówi. Coś zagłusza jego słowa. Dźwięk jest naprawdę głośny... brzmi to... to... jak silnik? Silnik i koła mielące zmarznięty śnieg? Wielkie koła?! Staram się ponieść powieki, ale ważą chyba z tonę... jakoś jednak wracam do świata żywych i co widzę? Jakiś gość napiera traktorem przez ośnieżone pole prosto na mnie. Będziesz tu kosił? Halo! Jest luty! Jest luty o świcie w sobotę. Co Ty traktorem robisz w polu?
Nasz wzrok się spotyka. Jego spojrzenie wyraża: "Witaj, przybyłem zaorać twoje sny, ha ha ha..."
Próbuję Mu pomachać, ale tak aby nie odczytał tego gestu jako SOS. Wiecie, obudziłem się już na tyle, że wiem jak to wygląda z jego perspektywy. Jedzie sobie gość traktorem po swoim polu (ch*** że w lutym nad ranem - może lubi), widzi gościa z rowerem, leżącego w śniegu, wtulonego w jakąś kępę trawy. Gdybym był w pasiakach czy innym więziennym uniformie to dało by się to jakoś wyjaśnić, ale mam kask ze szczęką, górską kurtkę, 3 włączone latarki typu szperacz leśny i rower. Do najbliższej drogi asfaltowej jest ponad kilometr, więc nie wiem jaką musiałbym mieć prędkość, gdyby miałoby mnie wynieść z jakiegoś zakrętu aż tutaj. Muszę zatem wyglądać naprawdę dziwnie...
Mija mnie z lekko zaskoczonym wyrazem twarzy, ale się nie zatrzymuje. Są pewne priorytety, prawda? Śnieg sam się nie zaora. Poza tym, przecież nie będzie się zatrzymywał przy każdym ciele leżącym w jego polu. Przecież by Mu dnia na oranie zabrakło.
Pojechał... patrzę na zegarek. Spałem 6 minut. Cudownie... sześć minut, bo obudził mnie traktor orający śnieg w polu. Ważne jednak, że to wystarczy aby sleepmonster się odwalił. Znowu go oszukałem. Trzeba się zatem spieszyć, zwykle kilka godzin zajmuje mu skapnięcie się, że zrobiłem go w wała :)
Ciśnijmy dalej.






"Najpierw - powoli - jak żółw – ociężale,
Ruszyła - maszyna - po szynach - ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem..."

Zbieramy co się da, z punktów kontrolnych po lasach w okolicach Jaworzna i kierujemy się na przepak numer 2. Z mapy wynika, że powinniśmy tam dotrzeć planowo czyli chwilę po godzinie 8:00 rano... ale wiecie jak bywa z planami. Przyszła KOLEJ na to, do czego Marcin ma największy POCIĄG czyli TORY.
Jeśli byliście kiedykolwiek na któreś z jego imprez, to wiecie że ten Gość to koszmar SOK'istów.
Ma u Nich wyrok śmierci, nagroda za jego głowę jest naprawdę POCIĄGająca, ale ciągle udaje Mu się wymknąć z ich rąk.
Aby dotrzeć do przepaku musielibyśmy przeprawić się przez tory, w okolicy nieczynnej stacji kolejowej "Sosnowiec - Jęzor". Wiemy, że to nie po BHP'owemu, więc oczywiście nie zdecydowaliśmy się na tak lekkomyślne działanie. Przeprawiliśmy się w to miejsce w zupełnie inny sposób, ale gdybyśmy jednak chcieli to przeprawić się tutaj, to mogłoby to wyglądać tak:

Najpierw przeszlibyśmy ze 3 różne linie kolejowe, ale potem mogłoby się okazać, że mimo że stacja jako taka nie jest czynna, to ruch pociągów tutaj bardzo duży. Moglibyśmy utknąć między składami węgla i stali, które ospale poruszałby się po szynach i mogłyby nas uwięzić pomiędzy dwoma liniami torów. Najpewniej spróbowalibyśmy wyminąć je z przodu, ale wtedy mogli by wyjść Panowie w pomarańczowych kamizelkach. Najpewniej wtedy pewnie postaralibyśmy się przed Nimi jakoś ukryć. Sądzę, że wpadlibyśmy także na pomysł, aby przeprawić się przejściem podziemnym, ale mogłoby się okazać zamurowane i pewnie wtedy musielibyśmy się wycofać z powrotem na tory. Obstawiam, że wtedy nie mając zbytnio innego wyboru, spróbowalibyśmy przeprawić się za składami i potem przedrzeć przez pozostałe 5 linii torów. Uważalibyśmy aby nic nie zaskoczyło nas z tyłu, idąc wzdłuż nasypu, bo ruch pociągu mógłby być tu naprawdę duży. Potem przyspieszylibyśmy kroku ciesząc się, że Pan w pomarańczowej kamizelce, który do nas by wołał, znajdowałby się kilka linii torów dalej. Sądzę, że dalibyśmy radę zniknąć Mu z oczu za kolejnym składem jakoś skryć się za nasypem. Ostatecznie pewnie wymanewrowalibyśmy go, bo przecież jesteśmy sprytni i udało by się nam jakoś wymknąć z tej kolejowej pułapki. Szacuję jednak, że ze względu na stopień skomplikowania sprawy, przeprawa tutaj zajęłaby nam dobre 43 minuty. Z zegarkiem w ręku.
Zdjęcia pochodzą oczywiście z internetu. Takie zdjęcia można kupić w każdym sklepie ze zdjęciami.


Finalnie meldujemy się na przepaku prawie o godzinie 9:00, zamiast o 8:00, no ale wiecie różne sposoby omijania zakazanych miejsc, zabierają trochę czasu. Zostawiamy rower, wciągamy na szybko jakieś śniadanie z plecaka i ruszamy z buta przez las, wzdłuż Białej Przemszy. Godzina straty do planu... mimo że nie walczymy dziś o wynik, to chcemy zrobić jak najwięcej punktów kontrolnych, a właśnie zaliczyliśmy godzinę "w plecy". Ruszamy na kajaki szybkim marszem.

"Dla wolności i morza
Szklanicy rumu i śpiewu fal
Dla kobiet za szybkich
I skrzyni złota płyniemy w dal" (*)

Gdy docieramy do początku spływu, znowu jesteśmy jednym z pierwszych zespołów tutaj. Odpuszczenie punktów na BnO przy Wydrze znowu rzuciło nas na początek stawki. Jeśli ktoś nie zapyta o wynik, tylko wyciągnie wniosek na podstawie tego, że jesteśmy na czele to uzna nas za wymiataczy :)
Ubieramy dodatkowe hydrofobowe sprzęty (spodnie, kurtki, rękawiczki nieprzemakalne) i ruszamy. Jeszcze tylko chwilka rozmowy z bardzo miłą obsługą i lądujemy na wodzie. Ruszamy z nurtem Przemszy. Jeszcze gdzieś po drodze dorwie nas Nataszka i walnie nam parę zdjęć ze spływu.
Przemsza jest kręta, mamy tutaj też sporo wiatrołomów, a także występują na niej miejsca oznaczone jako niebezpieczne (oby tylko nie KRAKENy... Kraken'ów się boję). Moje doświadczenie kajakowe jest powalające: prawie zginąłem na Dunajcu na tzw. white-water'ach (Mountain Touch Challenge w Szczawnicy), prawie zginąłem na Bobrze na zniszczonym jazie (Team 360, Szklarska Poręba)... ale ogólnie spoko.
Pod pierwszym zwalonym drzewem Basia się jakoś mieści, ja nie. Ryjem wycieram korę, potem krzaki i znowu Basia się mieści pod gałęziami, ja idę taranem. Drugie zwalone drzewo staram się złapać rękami, aby znowu ryja nie obić, co czyni ze mnie niemal hamulec ręczny, obraca nam to kajak o 180 stopni i płyniemy tyłem. Nurt jest spory, ale jakoś udaje nam się obrócić dziobem do kierunku spływu.
Przez miejsca niebezpieczne przenosimy kajak i ciągniemy go po krzakach. Czasem nawet spory odcinek. Gdzie ta butelka rumu, ja się pytam - na trzeźwo jest ciężej. Gdzie ta skrzynia złota... gdzie te szybkie kobiety. Szybko to tylko wpadamy w kłopoty i tracimy czas na kolejnych przeszkodach. Z jedną drużyną która nas dogoniła pomagamy sobie wzajemnie w trudniejszym miejscach i jakoś udaje nam się dotrzeć z powrotem na przepak numer 2. Tam dowiadujemy się, że były ekipy które się skąpały całe. W lutym... nie zazdroszczę. Nam "jeszcze raz udało się przeżyć" (*). Przebieramy się w suche rzeczy, wsiadamy na rowery i ruszamy na ostatni dziś etap.











Wśród swoich czyli "wielka sława to żart" (*) :)
Jest 13:00, mamy 3 godziny do limitu. Postaramy się złapać wszystko co się jeszcze da. Tak zaplanowaliśmy trasę, że teraz zbieramy punkty niedaleko Jaworzna, więc niemal w każdej chwili można bezpiecznie zjechać do bazy.
Tymczasem, południe przynosi po prostu upał. Nocą było sporo na minusie, teraz mam wrażenie że jest z 15 stopni. Jak mawiał Heraklit "Wszystko płynie". Lód który zalegał na drogach jest tylko wspomnieniem, można cisnąć... no chyba że było go tak dużo, że jest teraz lodem pokrytym wodą. Wtedy nie nie do końca można grzać ile fabryka dała.
Deja Vu pełną gębą - rok temu było dokładnie tak samo. W nocy zimno, w dzień niemal lato. A wiecie co przychodzi na koniec zimy? Roztopy i błoto. Gdy wjeżdżamy do lasu, w kilka chwil jesteśmy cali w błocie. Fontanny błotnistej mazi zalewają nam nogi, buty a nawet twarze, ale nawigacyjnie wbijamy się bezbłędnie po kolejne punkty.
Na tym odcinku spotykamy zawodników, którzy wystartowali na innych trasach w sobotę rano i przedpołudniem: pieszych, rowerowych, rodzinnych. Właściwie na każdym punkcie wpadamy na znane nam twarze i osobistości świata orientacji. Jak nie Darek, to Grzegorz, jak nie Grzegorz to jeszcze ktoś inny.
Na jednym podjeździe usłyszymy świst i poczujemy znane nam z Mordownika pieczenie między barami gdy Andrzej zwany "Kablem od Żelazka" smagnie nas zalotnie po plecach. Na metę wpadniemy 15 minut przed limitem, a w bazie jeszcze więcej znajomych twarzy: jak nie Zdezorientowani, to DJK71, jak nie Di Dżej K71, to Kosma i Tomek oraz wiele innych pozytywnie zakręconych osób, których nie sposób wymienić wszystkich.
No i wracamy do drugiego znaczenia rozdziału, ostatni będą trzecimi. W rankingu lądujemy na trzecim miejscu podium. Wszyscy nam gratulują mimo, że staramy się wytłumaczyć że nie ma czego, bo jesteśmy ostatni. Na naszej trasie były całe 3 zespoły mieszane (na całym rajdzie wystartowało około 400 osób, ale na trasie PROFI 16h, zespołów mieszanych, czyli nie męsko-męskich, były tylko trzy).
Chwilę później łapie nas jakiś przesympatyczny człowiek i pyta czy udzielimy Mu wywiadu. My na to, że przecież jesteśmy ostatnią ekipą i niech lepiej zrobi wywiad ze zwycięzcami, a On na to że gdzieś mu uciekli i nie wie gdzie są, a poza tym trzeci stopień podium to także osiągnięcie. Pan nie daje się przekonać, że jesteśmy 3-ci bo nie było więcej zespołów w naszej kategorii i finalnie udzielamy wywiadu, w którym omawiamy zarówno bieżącą imprezę, jak i ogólnie rajdy na orientację. Słowem: "Wielka sława to żart"






Przed powrotem do domu, z Kosmą i Tomkiem omawiamy kilka ustaleń na naszą imprezę. Już teraz zapraszamy w marcu do Lanckorony, na drugą edycję Wiosennego CZARNEGO KoRNO, tym razem pod tytułem KOMPANIA KORNA.
Czekają na Was syte i srogie trasy, trasy miłe i przyjemne oraz zagadki i zadania terenowe. Zapraszamy do zapisów.
A jeśli lubicie dziwne zdjęcia to zapraszamy na śledzenia wydarzenia na FB, gdzie w sposób trochę niepokojący promujemy nasz rajd.

CYTATY:
1) Polska wersja piosenki "Joker song". Link jest do polskiej wersji. Oryginał tutaj. Jeśli lubicie Batmana to Wam się spodoba :)
2) Piosenka Jacka Kaczmarskiego "Pejzaż zimowy"
3) Piosenka Jacka Kaczmarskiego "Tradycja"
5) Matthew Stover "Zemsta Sithów". Ksiażka dla miłośników GW obowiązkowa, niesamowicie uzupełnia EIII
6) Wiersz Julina Tuwima "Lokomotywa"
7) Piosenka Quaz "Pod czarną flagą" (tribute dla znanej serii gier)
8) Film "7 samurajów"
9) Aria z "Barona Cygańskiego"


Kategoria Rajd, SFA

Rajd IV Żywiołów - zima 2019

  • DST 90.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 19 stycznia 2019 | dodano: 20.01.2019

Pierwszy rajd w tym roku i jednocześnie pierwszy od naprawdę dawna. Ostatni, na którym byliśmy to było combo: Jaszczur- Kamienne Ściany (za dnia) oraz Tropiciel 26 (nocą) w październiku 2018. Zdążyliśmy już zatem trochę zardzewieć i będzie to odczuwalne niemal w każdej minucie tego rajdu. Kondycja stała się dawnym wspomnieniem, psychiczna wytrzymałość rozeszła się po kościach... no zardzewieliśmy po takiej długiej przerwie. Owszem listopad i grudzień spędziliśmy zarówno na zawodach szermierczych jak i eksploracji terenów pod nasz rajd: KOMPANIA KORNA (marzec 22-24 --> na razie stoi strona FB wydarzenia, zapisy uruchomimy niedługo), ale to jednak nie to samo, co rajdy. Tym bardziej cieszymy się na wyjazd do Wolbromia na Rajd IV Żywiołów. Trzeba by wrócić do gry, ruszyć się trochę, użyć szczotki drucianej i trochę tej rdzy odskrobać. Będzie to pewnie traumatyczne przeżycie po taki okresie lenistwa, ale jedziemy...


Zimą na rowerze? W śniegu i lodzie... no, na trzeźwo się nie da :)
Zapowiadają, że temperatura ma spaść do około -10 stopni. Oczywiście, w dzień, w słońcu będzie cieplej, ale rajd rusza o 8:30, a nasza trasa ma limit 12 godzin, więc skończymy zatem parę godzin po zmroku. Gdy jedziemy do Wolbromia w sobotę rano to termometr na rozległych przed-Wolbromskich polach pokazuje -13. Bosko :) 
Gdy docieramy do bazy, mamy trochę czasu do odprawy więc jest czas pogadać z wieloma dawno niewidzianymi wariatami, którzy przybyli tutaj sponiewierać się i ściorać na przeróżnych trasach rajdowych (od pieszych po trasy przygodowe).
W bazie czeka nas również bardzo miła niespodzianka. Pamiętacie jak rok temu pisałem Wam, że na poprzedniej edycji zimowych Żywiołów znaleźliśmy na trasie kompas, który oddaliśmy w bazie? Okazało się, że finalnie trafił z powrotem do Właściciela, a tenże w podziękowaniu przywiózł nam mały upominek: czekoladki i wino. Bardzo nas to zaskoczyło, bo to było rok temu - przez moment to nawet nie mogliśmy skojarzyć o jaką sprawę chodzi. Niemniej, dziękujemy bardzo - to była naprawdę bardzo miła niespodzianka, na początek sezonu 2019 :)
Zrobiło się ciekawie: Organizatorzy apelują o "Bezpieczeństwo, bezpieczeństwo, bezpieczeństwo" na trasie, a my ruszmy na rower z winem w ręce. Zima, śnieg... no, na trzeźwo nie damy rady. Niektórzy, widząc oblodzone ulice w okolicy bazy, nazywają nas kamikadze (Z pamiętnika pilota kamikadze: dzień pierwszy - lot próbny...).
Chowamy zatem wino w bazie, a Organizatorzy lecą dalej z odprawą: "Widzę same znajome twarze, wiecie zatem chyba czego dziś szukać". No proste, że wiemy: SZCZĘŚCIA - będzie nam potrzebne aby przetrwać. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i mapy zostają rozdane. Pozwalam sobie tutaj wkleić dwa nie nasze. Pierwsze to zdjęcie z ręki (dlatego trochę rozmazane), na szybko z odprawy, zrobione przez Organizatorów. Drugie to zdjęcie z planowania wariantów, które strzelił na Sergiusz. Dziękujemy :)



"Tam gdzie mieszkasz już biało od śniegu,
szklą się lodem jeziora i błota..." (*)

a my z tym śniegiem walczymy
jak uwięziona w okopach piechota...

Parafraz wiedźmińskiej ballady dobrze oddaje na co trafiamy za Wolbromiem - prawdziwa Kraina Lodu. Co ciekawe będą dzisiaj nieliczne miejsca, gdzie śniegu nie będzie wcale, ale w większości lokacji białego puchu będzie naprawdę sporo. Ruszamy na północ, bo tereny na południe od Wolbromia znamy lepiej (są bliżej Krakowa), a poza tym na północy znajdują się etapy BnO tras przygodowych. BnO z założenia są nierowerowe i będzie tam trzeba pchać i nosić rowery, ale jest to też zatrzęsienie punktów kontrolnych na małej przestrzeni. Nasza trasa to 12 godzinny rogainning, czyli - dla przypomnienia - punkty mają wagi przeliczeniowe, a całości nie zrobi nikt. Chodzi o to aby mieć na koniec rajdu jak najwyższy wynik przeliczeniowy. Na naszej trasie, co jest świetnym pomysłem, dostępne mamy wszystkie punkty z innych tras i tylko od nas zależy, które lampiony postanowimy zdobywać. Wiemy dobrze, co nas czeka na BnO, zwłaszcza że to las z ruinami zamku Udórz, a tam są wąwozy i pionowe ściany, ale jednak uznajemy że warto będzie łapać nagromadzenia lampionów.
Na razie jednak zbieramy punkty na północy wschód od zamku. Ewidentnie zardzewieliśmy bo podjazdy to jest dramat - ciężko nam idzie kręcenie. Do tego boczne drogi są bardzo oblodzone i jazda po nich to ekwilibrystyka. Można kręcić nowy program TV "Szermierze tańczą na lodzie" - emisja jak tylko uda nam się przekonać TV aby zrobili show "Gwiazdy walczą na Szpady". Nareszcie byłoby co oglądać. Pojedynki mógłbym oglądać 23 godzinę na dobę. Nie 24, bo godzinę trzeba by poświęcić na pojedynki toczone własnoręcznie. 
A skoro już się zrobił offtop, a kogoś by zainteresowała ta kwestia to polecam 2 krótkie filmik (raczej małej ilości osób znane, bo to nie jest mainstream):
1) Jeden z najbardziej realistycznych pojedynków w historii kina. Rzadkość, bo zwykle filmowcy idą w show a nie realizm. TUTAJ
2) Jeden z moich ulubionych, też kładący spory nacisk na realizm (praca nóg, działania na żelazie). TUTAJ
Wracając do relacji: przed Wami kilka zdjęć z północo-wschodnich rubieży trasy:







UDÓRZ-enie trudami nawigacji

Około 12:00 kończymy północno-wschodnią część mapy i dojeżdżamy na pierwsze BnO, czyli zamek UDÓRZ. Tu na wejściu do lasu można zostawić rowery pod opieką Organizatorów i walić BnO z buta. Niemniej, my nie skorzystamy z tej opcji. Lecimy BnO z rowerami... i tak nie uwierzycie gdy napiszę, że to NIE dlatego że lubimy je nosić, ale chcemy z obszaru BnO wyjechać po jego drugiej stronie. Musielibyśmy zatem po zaliczeniu punktów tutaj, po rowery specjalnie wracać. To jedyny powód... naprawdę... to nie tak, że sobie to po prostu racjonalizuję!
Ruszamy i niemal od razy pchamy rowery po zaśnieżonych drogach, a chwilę później także po wąwozach. Na jednym punkcie spotykamy Arka i Łukasza, który walczą na przygodówce. Może to tylko wrażenie, ale po nietypowym wymieszaniu się składów zespołów na tym rajdzie, mam wrażenie że wszyscy ostro przygotowują się na ADVENTURE TROPHY Kraków w lipcu. Rok temu impreza to gościła wielu zagranicznych gości, a dziś nawet na 6 miesięcy przed zawodami lista startowa już wygląda imponująco. Chwilkę później żegnamy się z napieraczami i dalej jedzie... pchamy swoje. Przed nami zamek Udórz - żółty szlak wspina się tam naprawdę stromą ścianą. Czeka nas pierwsze w tym roku noszenie roweru. Brakowało nam tego :)
Chwilę później lampion na zamku pada naszym łupem:




Z zamku ruszamy po jeszcze jeden lampion w okolicy, a potem runiemy w dół na przełaj, na dziko do drogi.
Dobrze, że rzeka, którą musimy przekroczyć jest mała i jest trochę miejsc, gdzie dość łatwo da się przez nią przeprawić.
Pamiętam jeden zimowe Żywioły, gdzie waliliśmy z butami w rękach przez rzekę, w wodzie za kolana.To już było parę lat temu i nie była to nasza jedyna przygoda z wodą w zimie, ale zawsze wolimy przekraczać wszelakie cieki wodne suchą nogą.
Tym razem się udało:


ICE of the Beholder :D :D :D
...czyli opowieść o obserwatorach płochliwych i obserwatorach narwanych. Ciśniemy przez ośnieżone lasy w poszukiwaniu kolejnych lampionów. Niektóre drogi to jeden lód, staram się zatem jechać po śniegu i unikać zarówno hamowania jak i nagłych skrętów kierownicy. Nadal mam w pamięci glebę na Silesia Race rok temu na "ulicy lodowej". Wyrżnięcie betami o ziemię jest nawet spoko, o ile odbędzie się bez większych konsekwencji. Na Silesii skończyło się szczęśliwie, ale było dość blisko poważniejszych obrażeń, więc do lodu podchodzę z szacunkiem. Basia ciśnie jakby piekła nie było. Trochę się boję, że to może się dla Niej skończyć boleśnie... zwłaszcza, że nawet na zjazdach Szkodnik wyznaje zasadę "hamujesz - przegrywasz" i czeka na mnie na dole. Zjazdy po śniegu są super, ale tu naprawdę prawie wszędzie jest lód. Takie igranie ze współczynnikiem tarcia musi mieć jednak swojej konsekwencje. Dojeżdżamy przed jeden "zjazd". Patrzę, a droga po prostu lśni w słońcu...  Mówię, że tutaj to zalecałbym jednak sprowadzić, Basia na to, że da się bokiem przejechać, bo tam śnieg. Rusza z impetem i chwilę później zmienia orientację z pionowej na poziomą... huk uderzania o glebę musiał być słyszalny 3 miejscowości dalej.  Rower sunie kilka dobrych metrów na lodzie. Szkodnik wstaje lekko jęcząc i mówi: "masakra, tu jest jeden lód".
Na końcu języka mam cięty komentarz "wybitna obserwacja, mój drogi Watsonie", ale postanawiam nie ginąć dzisiaj w tym lesie ze szkodniczych rąk. Stwierdzenie "a nie mówiłem" też może nie być do końca bezpiecznie dla mnie, więc po prostu pytam czy wszystko OK. Szczęśliwie skończyło się tylko na siniakach.
Sprowadzamy grzecznie ten zjazd, zaliczając niemal ze dwie kolejne gleby ślizgając się na butach. Niemniej opisywana gleba nie powstrzyma Szkodnika przed napieraniem i nie będzie to jedyna jego kraksa na lodzie dzisiaj. Szkodnik będzie czasem lodołamaczem i będzie rozbijać lód na drodze... to boczkiem, to tyłkiem, to plerami.  Chyba za stary jestem na takie zabawy... zostaję przy moim płochliwym trybie i na lodzie jadę bardzo asekuracyjnie.







"Więcej światła" (*) czyli "KODEKS TO PRAWO" (*)
Zapada zmrok, a my w śniegu na jakieś niekończącej się polanie. Gdy polana jest w miarę płaska jechać się da, jednak gdy jest chociaż lekko pod górę pchamy bo rowery zapadają się w śniegu... natomiast jak jest w dół!! To szarpie i rzuca, ale jedzie się świetnie... tylko szarpie i rzuca :D
Gdy słońce chowa się za widnokręgiem, temperatura spada i pod kołami chrupie aż miło. Gaśnie też ostatnie światło dnia, trzeba założyć oświetlenie. Montujemy lampki, a tu niemiła niespodzianka: nasze obie tylne, czerwone lampki ledwo żyją (w ciągu 15 minut umrą całkiem). Grrr... tak się kończy niedocenienie warunków. Ostatnio wymienialiśmy baterię na ostatnim nocnym rajdzie czyli na Tropicielu w październiku, do tego cały dzień jeździły dzisiaj w plecaku na mrozie - w sumie czego innego mogliśmy oczekiwać?. A zastanawiałem się w domu: wymienić baterie czy nie. Stwierdziłem, że po zmroku to będziemy jeździć około 3 godzin tylko, a nie całą noc, więc nie ma takiej potrzeby. Basia też tą kwestię zbagatelizowała, no i wylądowaliśmy w środku ciemności (nie nocy, no bo jest dopiero 18:00) bez tylnego oświetlenia. Fantastycznie. Zwykle w naszych plecakach mamy zapasowe baterie i to kilka, ale to pierwszy rajd w tym roku i po prostu ich nie spakowaliśmy (no bo przecież po zmroku będziemy jeździć tylko 3 godziny, a nie całą noc...). 
Szok, nie? Ekipa od wielkich plecków, która ma zawsze ze sobą wszystko (także to co niepotrzebne i to w dużej ilości), a tu tak wtopa. No istne PKP - pięknie, k****a, pięknie.
Część z Was powie: co za problem, przecież baterie możecie kupić na każdej stacji benzynowej. Zgadza się!! To doskonały pomysł!! Jest tylko jeden mały szkopuł: TU NIE MA STACJI BENZYNOWEJ. Jesteśmy po środku niczego, a w lokalnych, małych miejscowościach psy to ostatnio widziały kości, jak miały złamanie otwarte.
No cóż kryzysowe sytuacje wymagają radykalnych rozwiązań. Nasze duże plecaki kryją wiele tajemnic i mimo, że nie jesteśmy dzisiaj idealnie przygotowani, to jakoś zaradzimy zaistniałej sytuacji. W najgorszym wypadku odpalimy flary sygnałowe, ale może nie będzie trzeba. W końcu mamy po 3 przednie lampki (jedna na kask, dwie na kierownicę) i to takie wysoko-lumenowe szperacze do "wypalania" lasów. Jedna z lampek ląduje na tylnej sztycy. Tak, wiem to wbrew KODEKSOWI jeździć z białym oświetleniem z tyłu, ale cóż zrobić. Poza tym, kodeks to nie wytyczne ale raczej zbiór luźnych wskazówek, wiecie "czerwone oznacza zachowaj szczególną ostrożność" Żart oczywiście !!!
Wolimy jednak aby - jak już wyjedziemy na jakieś drogi - kierowcy nas zobaczyli i psioczyli: "co za debile jeżdżą z białym oświetleniem z tyłu". Tylko zauważcie słowo klucz w tym zdaniu: ZOBACZYLI. No właśnie: lepiej dostać "mocnym słowem" niż zderzakiem między łopatki.      
Ruszamy dalej przez śnieg. Niczym Lucyfer czyli z łaciny niosący światło, szkoda że tylko białe :D :D :D   


 A tu jakby ktoś nie wierzył ile czasami było tam śniegu:



" - Po cholerę nam lina? - Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać." (*)
Przedzieranie się przez ośnieżone pola zajmuje nam sporo czasu. Podejścia z rowerami w śniegu, może nie jakoś wybitnie głębokim, ale zapadającym się niemal przy każdym kroku, kosztuje nas dużo energii. Są jednak miejsca, gdzie śniegu jest mniej więcej po kolana, więc jest naprawdę ciężko. Brniemy z trudem. Jest fajnie, ale nasz wynik jest słabiutki dzisiaj... a do tego od 1,5 godziny nie zdobyliśmy punktu. I to nie tak, że się gdzieś zgubiliśmy. Tyle zajmuje nam przedarcie się do jakieś sensownej, niestety bardzo oblodzonej drogi. Zrobiło się przenikliwie zimno, jest -9 stopni, ale na to akurat jesteśmy przygotowani - dobrze zaplanowaliśmy naszą garderobę dzisiaj. Co więcej, w plecaku mamy jeszcze po 2 dodatkowe warstwy, gdyby zrobiło się jeszcze gorzej.
Finalnie docieramy do małego zagajnika, który składa się z samych kolczastych drzew. Przedrzeć się przez niego to jakaś masakra. Wszystko kłuje, wbija się, szarpie za ubranie i zatrzymuje nas gałęziami... tracimy kolejne 20-25 minut na walce z ciernistym lasem, ale finalnie zdobywamy kolejny punkt. Po ponad 2,5 godzinach od poprzedniego... masakra.
Niestety to także nie jest koniec naszych problemów ze światłem. Lampki działają ale uchwyt w Basinej właśnie pękł na mrozie. Próbujmy przymocować ją na szybko-złączkach do tylnej sztycy, ale nie ma takiej opcji. Szybko-złączki także pękają, niektóre nawet łamią się w rękach. Grrr.... -9 to przecież nie jest jakiś armagedon, ale ten sprzęt się poddaje.
Koniec! Nie negocjujemy z terrorystami. Dawać linę z plecaka. Tak, wozimy linę w plecaku, właśnie na takie sytuacje. Może nie tak grubą, jak targali chłopaki z Bostonu (to Oni nauczyli mnie, że lina przyda się zawsze - pamiętacie tą kultową scenę?), ale jednak linę :)
Lampa zostaje ponownie zamontowana i już wytrzyma do końca rajdu. Niemniej zabawa z montażem kosztowała nas kolejne cenne minuty (kilka nieudanych prób z szybko-złączkami zjadło trochę czas).
Tutaj zdjęcie mocowania, wykonane już w bazie.


Finisz jak ZAWSZE, finisz jak NIGDY
Nie ma w tym zdaniu sprzeczności. Jeśli nas choć trochę znacie, to wiecie że nieraz wpadamy na metę na minuty a czasem na sekundy przed limitem. Nigdy nie jest to planowane, zawsze wychodzi spontanicznie. Nie inaczej było i tym razem, a więc finisz jak zawsze. Zbliżał się limit czasowy czyli 20:30, a my zawalczyliśmy o jeszcze jeden punkt, który wpadł dość łatwo. Normalnie byłoby teraz upalanie do bazy takie jak w piecu hutniczym - przelotowa to był nie spadała poniżej 30 km/h. A na mecie oddalibyśmy karty i przewrócilibyśmy się nie mogąc złapać oddechu... czyli klasyk i standard.
Niemniej, dziś finiszujemy jak nigdy bo drogi, którymi walimy do bazy to lód. Jedziemy lub pchamy zatem na tyle szybko, na ile pozwala współczynnik tarcia. Finisz z prędkością 6-8 km/h. Czas ucieka, zegar tylko bezlitośnie, a my tempem spacerowym kierujemy się do bazy. Nie da się inaczej, każda próba przyspieszenia grozi śmiercią...
Dopiero kiedy wypadniemy na odśnieżony asfalt już we Wolbromiu, to odpalimy nasz typowy tryb finiszu. Na metę wpadniemy 20:32 czyli dwie minuty po limicie, ale jest dobrze! Każda minuta spóźnienia to 10 pkt kary, ale ostatni zdobyty punkt miał wartość 40 pkt przeliczeniowych, więc i tak opłacało się go zrobić. Jesteśmy 20 pkt do przodu. To była dobra decyzja, choć jak była godzina 20:28 a my cisnęliśmy po lodowisku, to byłem pewny że spóźnimy się dużo bardziej na metę.  
Czyli widzicie, finisz jak zawsze, ale w formie jak nigdy, bo pomału :)

Kilka słów podsumowania:
Trochę rdzy udało się zdrapać. Wynik jest jednak dramatyczny bo zaplanowaliśmy zrobić około 40 punktów, a zrobiliśmy 22 (mówię o liczbie całkowitej lampionów, nie o pkt przeliczeniowych). Wszystkich punktów na tym roganingu było 60-kilka, więc sami widzicie... do tego nogi bolą masakrycznie, tyłek boli, ogólnie mocne styranie. Tak to jest, jak się dłużej nie jeździ... Sponiewieraliśmy się naprawdę mocno. Wracamy do domu zmęczeni, jakbyśmy nie wiem ile godzin napierali. Wiem, że warunki były ciężkie, ale jednak zardzewiały mechanizmy wymagają renowacji. Dobrze, że się choć trochę się rozruszały.
Tym bardziej jesteśmy zdziwieni, że wygraliśmy trasę rowerową. Oczywiście jak zwykle prawie nikogo nie było na rowerowej (zima?, temperatura -10?, lód?), mimo że zapisanych było trochę zespołów. Kilka jednak nie przyjechało. Niemniej nie było też tak, że byliśmy sami, więc coś tam wygraliśmy. Sukces cieszy zawsze, nawet ten niezrozumiały :)
Bilans dnia dzisiejszego:
Obserwator narwany: 4 gleby i jeden cudowny zeskok w ostatniej chwili przez glebą.
Obserwator płochliwy: czyste konto.
Jako nagrody dostaliśmy małe czerwone lampki rowerowe. Ha, ha... KARMA!!!
Niemniej super bo są niewielkie - będą idealne jako zapasowe do plecaka, na takie akcje jak dzisiaj.


CYTATY:
1) Ballada Jaskra z "Wiedźmina"
2) Ostatnie słowa Goethego przed śmiercią.
3) Film "Piraci z Karaibów" ---> ta scena.
4) Film "Święci z Bostonu"


Kategoria Rajd, SFA

Podsumowanie 2018

  • DST 1.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 30 grudnia 2018 | dodano: 31.12.2018

Krótkie podsumowanie 2018 :)

STYCZEŃ:
Rajd IV Żywiołów (zima) - czyli rajd, na którym był punkt, którego nie było. Oficjalnie ukradli i tego się wszyscy będą trzymać.
To też rajd, na którym dowiedziałem się, że kariera pirata mi nie grozi: "opaska na nodze, oko drewniane, znowu oszukali mnie..."(*)

Styczeń to także nasza pierwsza zimowa sesja pod Wiosenne CZARNE KoRNO.
Wtedy też narodziła się postać straszliwa i zła, żywiąca się chałwą na wysokości - LORD SFAROC :)
Dzień po Żywiołach lecimy w teren robić dziwne i niepokojące kadry, które mają promować tą imprezę.
Efekty znacie :)

Zaczyna się także okres małej ilości snu, bo non-stop walim do Dąbrowy Górniczej, do Moniki i Tomka, gdzie zarywamy noce nad pracami przygotowawczymi pod imprezę.


LUTY:
Silesia RACE (zima) - zimowy klasyk.
Piękna impreza w śniegu i lodzie. Zły Człowiek ze Śląską czyli Marcin "Franko" jak zawsze w formie.
Wychodzą z nas jednak Wielkie Taktyki i opracowujemy plan, który w normalnych okolicznościach byłby majstersztykiem taktyczno-strategiczno-operacyjnym (serio). Szkoda tylko, że nie doczytaliśmy regulaminu i okazało się, że nasz super evil plan jest wbrew zapisom tam umieszczonym :D
Tak więc finalnie, posypujemy głowy śniegiem (bo popiołu nie ma) i oddajemy się do dyspozycji konstyt...eeee... regulaminu. Były jaja :)

Rajd Liczyrzepy (zima) - zabiera nas ponownie w nasze ukochane Dolnośląskie, acz w nie w jego południowe (góry!!!) strony, ale na północ, tam gdzie znajdują się Stawy Milickie. Co zapamiętaliśmy z tamtej imprezy? Temperatura "-10", przeprawa przez rzekę po drzewie i zryte drogi leśne, które jak zamarzły to... masakra dla tyłka, bo t-t-t-t-t-rz-rz-rz-rz.....e-e-e-e.....s-s-s-s-i-i-i-i-i.....e-e-e-e.

Do tego nasza druga zimowa sesja pod promocję Wiosennego CZARNEGO, czyli Walentynki w grocie... dobrze że nie w grocie Nestle, ale w kawernach. Banda czarnych ludzi (chodzi o kolor stroju) i głęboka penetracja jaskiń... zwykle trzymam się z daleka od takich zabaw.
Udało się nawet przeżyć, co nie było takiej oczywiste. Goethe jak powiedział "więcej światła", to umarł... a ja zdanie to darłem się chyba ze 100 razy tamtej nocy (więc "wiem, co to ryzyko dzi**ko") :D :D :D
Było ciężko... MÓWIŁEM WIĘCEJ ŚWIATŁA !!! Dawać więcej światła.

K***A ale nie tyle !!! Czy my robimy "Bliskie spotkanie 3 stopnia"?  

Było ciężko, ale się udało. Niektóre kadry jak ze snu... zwichrowanego, złego, niepokojącego :)




MARZEC: 
Rajd Wilczy - hahahaha,tyle mogę powiedzieć. Szkoda, że to śmiech przez łzy.
Impreza jak zawsze świetna, zwłaszcza zadanie linowe i kajaki po zamarzniętym jeziorze, ale nasz wynik to... hahahahaha. Przepraszam, ale hahahaha... Jaki twój zawód? WIELKI i na całej linii. Przeuroczy Pan Porażka i zawodzący nad naszym losem Leśmian. Pokazaliśmy, że jesteśmy jak Młodzi Wilcy, umiemy wymusić okup, ściągnąć harcz, jebnąć ze łba... brawurowa jazda rowerem marki DarthMoor.   

Wiosenne CZARNE KoRNO - czyli jeden z najważniejszych dni dla nas w tym roku. Nasz debiut jako budowniczych trasy rajdu na orientację. Połowa marca to także brak totalny brak snu i walka z czasem. Zdążyć z mapami, zdążyć z formalnościami. Ogromny stres czy podołamy, czy impreza się będzie podobać...czy nie zawiedziemy na całej linii, czy staniemy na wysokości zadania. Czy nasze marzenie o zrobieniu własnego rajdu nie skończy się:

"Careful what you wish
You may regret it
Careful what you wish
You just might get it"


Stres nas po prostu pożerał. Chrupał jak mróz pod nogami w sam dzień zawodów. Ważne jednak, że impreza udała się na tyle, że dane nam będzie sięgnąć po jeszcze bardziej chore pomysły i wybryki schorowanego umysłu na kontynuacji. Już w marcu wracamy z drugą edycją... a w sumie to nie do końca z drugą edycją. Potraktujecie Wiosenne CZARNE KoRNO jako prolog. Na razie tyle, reszta jest milczeniem. Prace trwają... i to intensywne :)
Kilka niepublikowanych dotąd zdjęć z przygotowań:

Kto z Was znalazł ten lampion w Dolinie Racławki?






WIOSNA Z KOMPASEM - krótki wypad do Lasów Murckowskich poszukać ukrytych tam lampionów :)




KWIECIEŃ:
Nadwiślański LISZKOR - który dla mnie zawsze będzie Rajdem KORNOliszka i ch** :)
Impreza, którą organizacyjnie ogarniali również Monika i Tomek, więc ze względu na jej bliskość do CZARNEGO KoRNO byliśmy świadkami wielu prac i zdarzeń typu "behind the scenes". Sama impreza nauczyła nas nowego słówka. ROSOCHATY i tak też były te zawody: ROSOCHATE W HUGE :D :D

Rajd Katowice - czyli ponownie u Złego Człowieka ze Śląska. "Jesteśmy tu, ludzi w ch***eee.. tłum" parafrazując piosenkę Wilków (nie, nie Młodych Wilców). Frekwencja była ogromna, widać że to miasto żyje tą imprezą. A sam rajd "miejski" to był tylko z nazwy:
 
IROKEZ Mielec - Compass (Ci od map) zabiera nas na zwody w tereny, których zupełnie nie znamy. To cieszy nas zawsze. Świetna impreza w warunkach niemal pustynnych: gorąco, tereny piaszczyste i bezlitosne słońce na karku.


Jaszczur - Zaginione Śluzy
Pierwszy tegoroczny Jaszczur zabrał nas aż na Mazury. Dawno tam nie byliśmy, bo ostatny raz był w 2012 i do tego siedzieliśmy wtedy w okolicach Giżycka, a Jaszczur rzucił nas nad samą granicą z Rosją. I to dosłownie, bo jeden lampion wisiał niemal na słupku granicznym. Co mogę napisać - kochamy Jaszczury i wy o tym wiecie. Nie wiecie tylko dlaczego, albo - przynajmniej część z Was - nie akceptuje tych powodów dlaczego.
Dlaczego 50 km robi się 12 godzin... no dlaczego :)

Tak, to w Polsce... aby było śmieszniej, rzut beretem od granicy z Rosją.




MAZURY 2018
Po Jaszczurze zostaliśmy na Mazurach na długi weekend majowy. Tego wyjazdu nie udało mi się opisać na blogu, więc teraz specjalnie dla Was kilka nigdy nie publikowanych zdjęć z tamtego okresu, a mieliśmy trochę przygód.
Królestwo Bagien (zakochałem się) - Puszcza Borecka.








Cmentarzysko Drzew czyli na tropie zbrodni - Puszcza Piska





Polskie alpejskie wiszące doliny - Suwalski Park Krajobrazowy












MAJ
RUDAWSKA WYRYPA - wprost z Mazur jedziemy znowu na Dolny Śląsk do Aśki i Roberta, aby wziąć udział w kolejnej edycji tego kultowego maratonu w Rudawach Janowickich. Pierwsza Rudawska na zawsze wyryła się nam w pamięci (nasz pierwszy 24h godzinny maraton + "choinki w śniegu" - kto był ten wie co to znaczy), ale w tym roku Robert naprawdę zaszalał. Jedna z najlepszych i najładniejszych tras po Rudawach ever. Rewelacja !!!

RAJD HAWRAN - gdy jedziemy na Dolny Śląsk, to zawsze myślę że góry tam są najpiękniejsze w Polsce, ale potem jedziemy w Beskid Niski i znowu zmieniam zdanie. Teraz zapętlcie powyższe stwierdzenie w nieskończoność, a już wiecie jak ważne miejsce w moim sercu ma też Beskid Niski. Radocyna, mój Przyjaciel Wierch Wirchne oraz wspomnienie Jaszczur - Złamany Krzyż. Cudowny dzień w cudownym miejscu.

Rajd Liczyrzepy (wiosna) - mówiłem Wam już, że Sudety to najpiękniejsze góry w Polsce. Nie ma ładniejszych!!
Góry Bystrzyckie czyli Ścieżka Wielkiego Strachu i Strażnik Wieczności. Jagodna i Spalona. Wspaniała wyrypa we wspaniałym miejscu. Nie pojechaliśmy jednak całej trasy bo o 22:00 uciekaliśmy na:

Tropiciel 25 - czyli Góry Bystrzyckie za dnia, a nocą tropimy lampiony na Tropicielu. Wspomnienie Rozlewiska Moczarki i Bagien Rozpaczy  - do dziś jednej z najstraszliwszej z naszych przygód, gdzie naprawdę nie umieliśmy wydostać się z mokradeł.
Tropiciel ma swój klimat, więc skoro da się dwa rajdy w jeden dzień (dokładnie to dzień i noc), to czemuż by nie :)

CZERWIEC:
Urlop 2 x Góry
Z tego wyjazdu udało się zrobić wpisy z każdej wycieczki. Tydzień w Sudetach, czyli najpiękniejszych polskich górach oraz tydzień w Beskidzie Niskim, czyli w najpiękniejszych polskich górach :D

SUDETY:
a) Goniąc Ducha Gór
b) SKYWALK(er) czyli moc jak z bajki
c) Znam, Góry z Kamienia...
d) ...a obiecywałaś mi Złote Góry
e) Słoniątko, Żmijowiec i Czarna Góra
f) Postaw(N)a na Kowadle kuta

BESKID NISKI i BIESZCZADY
g) Piotruś wie "Gdzie spadł samolot"
h) Śladami Upiorów Przeszłości
i) Słupkami Odmierzając Drogę
j) Kwiat Papro..tnej czyli "Deszcz w Cisnej" (dla niekumaty DESZCZ W CISNEJ to marka piwa!)
k) SłoNNY smak potu i błota
l) Wasza Wysokość, Panie Marszalku

... i na któreś z końcowych wycieczek, życie zakończył Król Dart(h)Moor Pierwszy.
Tak jak niegdyś Santa, tak wtedy i Dart(h) pożegnali się z tym światem. Śmierć w rodzinie...


GRASSOR 300 - plan zrobienia 300 km na złamanej ramie nie może się dobrze skończyć (i tak skończył się na 176 !!!).
Zacna impreza w elitarnym gronie. Mimo że czerwiec, dreszcze z zima podczas ulewy w nocy, masakra hamulców (piach i woda) plus ruiny zamku i rów... masakra.


LIPIEC:
Obóz szermierczy SFA - jak co roku! Ponad tydzień siedzenia na sali i doskonalenia taktyki i techniki walki.
Uwierzcie, jak wracamy z obozów, to ciężko się przestawić na normalne życie.
W tym roku niestety, pod sam koniec obozu, odnawiam kontuzję kolana... ech, pewne demony pozostaną już ze mną na zawsze. Znacie wzór kwasu kolanowy ACL, ktory ulega dysocjacji na A plus i CL minus... nie wiem, ile wartościowe jest A, CL zawsze było jednowartościowe, ale wiem że całość - ACL wartościowe jest bardzo. Tak - bardzo bardzo. Dbajcie o nie u siebie!

Świętokrzyska Jatka - rajd "podwójny". Z jednej strony "Umarł Król, niech żyje..." VENOM !!! czyli nowa rama i nowa Bestia w rodzinie. Z drugiej, próba powrotu do roweru po niemal 4 tygodniach rehabilitacji. Impreza pustynna bo taki upał, słońce napiera jak szalone, a my pomału i zachowawczo, aby nie przeforsować leczącego się organizmu.


SIERPIEŃ:
Urlop - Długi weekend
Udało mi się uzupełnić wpisy z tego wyjazdu (dosłownie ze dwa dni temu, zaraz po Świętach), więc przedstawiamy Wam NIGDY NIE PUBLIKOWANE, ŚWIEŻUTKIE foto-relacje z naszych sierpniowych przygód. Spore galerie pod linkami.

a) Ile się zmieści bunkrów w Konewce?


b) Tropiąc Demony Wojny


c) "Piasku pamiętasz? Ziemio pamiętasz?"


d) Po drugiej stronie lustra...


e) Góra (mocy) i Dół (w ziemi)



KORNO 2018 - Korno zaliczane do Pucharu nauczyło mnie, że skoro: "Syn Skywalker'a nie może zostać Jedi" (*), to zostanie kukurydzą. Powiedzieli mi, że mogę być kim chce, więc zostałem kukurydza. :D :D
Piękna impreza w totalnie nowych dla nas terenach, więc czego chcieć więcej!


WRZESIEŃ:
Mordownik - chłostani kablem od Żelazka, ciśniemy przez nasz ukochany Beskid Niski. Ciśniemy po Nieśmiertelność !!!
Immortal zdobyty. Jeden z największych tryumfów tego roku !!!


Biathlon rowerowy - kosmiczna lokalna impreza rowerowa w Krakowie. Wszystkie baterie 100% mocy i wszystkie baterie OGNIA :)


Jaszczur - Zaklęty Monastyr - czyli "Get up girl, get back to the game, you've got couple cuts and bruises but your beauty's the same!!!"(*) albo Koszmar z Ulicy Wąwozowej jeśli ktoś woli, bardziej dramatyczną nazwę :)


Puchar Neptuna 2018 - pierwsze zawody szermiercze Pucharu 3 Broni 2018. Walimy aż do Gdyni, przywalić paru osobom po maskach, czyli startujemy z sezonem zawodów SFA. Trypolis czeka :)


Rajd Waligóry - druga edycja. Pierwsza była po prostu DOSKONAŁA. Druga jest świetna, ale pierwszej nie dała rady przebić. Ale co by nie mówić, ten rajd charakteryzuje dialog:
- Hej, nie widziałem Was na Turbaczu
- Jebnąć Ci?
- Padał tam śnieg
- Mocno... jeb...eee... mocno padał?
Jak nie pamiętacie o co chodziło, to szczegóły są w relacji :)


PAŹDZIERNIK:
Jurajska Jatka 2018 - piękny dzień na Jurze. Wspaniale zaprojektowana trasa i świetne punkty kontrolne. Tylko ten kabel od Żelazka znowu skórę na plecach rozcina :)


Puchar Wrocławia 2018 - ponoć "Wrocław jak zawsze poddaje się ostatni" (*). Może być i ostatni, ważne aby przed nami skapitulował, a jakie miejsce w rankingu chce zająć, to dla mnie bez znaczenia. Drugie zawody SFA w tym sezonie. Walka o Puchar się rozkręca.



Jaszczur - Kamienne Ściany - i znowu Dolny Śląsk. Nasze ukochane tereny i ukochany Jaszczur. Piękny, październikowy dzień w pięknym miejscu. Niemniej uciekamy szybciej niż zwykle, bo nocą czeka na nas:


Tropiciel 26 - "Czemu jesteście tacy brudni i mokrzy? Przecież było sucho". Tak zapytał Lenon widząc nas na mecie. Nie było sucho, nie było czysto... nasz wariant miał wszystko, a najwięcej miał wody i błota. Świetna impreza z gangsterskim klimatem, acz wiatrołomy i błota nas nie ominęły :)
Udało się także zdobyć kolejne miano Tropiciela co dało nam kolejną - tym razem srebrną - odznakę. Wielki sukces w tym roku :)


LISTOPAD:
Puchar Piotrkowa 2018 - ostatnie z zawodów lokalnych. Ostatnia szansa na poprawienie swojej pozycji w rankingu przez najważniejszymi zawodami SFA w tym roku. Jak ktoś nie widział jeszcze filmiku z Piotrkowa, to zapraszam serdecznie do oglądania - jest na końcu całego wpisu.


XIII MISTRZOSTWA POLSKI W SZERMIERCE KLASYCZNEJ - zamknięcie sezonu.
Zakończenie Pucharu 3 Broni 2018. Najważniejsza impreza SFA w roku, a gospodarzem jest Kraków, więc dla nas tym bardziej ważna. Kto zdobył Puchar w tym roku? Mówiłem Wam już, że tego się tutaj nie dowiecie - zapraszam na naszą stronę www i profil szkoły na FB.



GRUDZIEŃ:
XXX KrakINO - czyli znowu budujemy trasę imprezy na orientację. Bazę trzeba dobrze ukryć (przed wrogiem), więc schodzimy pod ziemię - a dokładniej do Jaskini Twardowskiego. Ostatnio widziałem go na Saturnie więc jaskinia stoi wolna. Zadekowaliśmy się tam na jedną noc :)
Jeśli impreza się podobała, to wiedzcie że wracamy już w kwietniu najpewniej. Mamy już nawet pomysł na tą imprezę , więc już teraz serdecznie zapraszamy :)




A CO SIĘ NIE UDAŁO W 2018?

czyli innymi słowy: "chcesz rozśmieszyć Boga? Powiedz Mu o swoich planach" :)
Z takich większych planów to nie wypaliły nam dwie większe wyrypy w 2018.
Nie mówię tutaj o sytuacji kiedy imprezy się pokrywają - wtedy trzeba po prostu dokonać wyboru i nie ma na to rady.
Chodzi mi raczej o sytuację, kiedy jesteśmy zdecydowani gdzieś wyruszyć i tam nie docieramy z przyczyn różnych.

STUMILAK MTB:
czyli mega wyrypa górska (około 170 km) - start to Zawoja, meta to Szczyrk. Przejazd właściwie tylko górami: Pilsko, Wielka Rycerzowa, Wielka Racza, Barania Góra, Skrzyczne. Piesza trasa szła jeszcze przez Babią, ale wiadomo Babiogórski Park ma wy*** eeee, nie lubi MTB i tam trasa musiała iść objazdem. Piękna wyrypa na którą dawali coś koło 40h, jak pamiętam.
W sumie to nawet prawie się zapisaliśmy, bo zaczęliśmy korespondencję z Organizatorami... niestety kierunek w jaki poszła korespondencja mail'owa finalnie zniechęcił nas do startu... po prostu nie zdecydowaliśmy się na start w warunkach określonych w regulaminie.
Uwaga! Nie utyskuje tutaj na regulamin. Absolutnie! Regulamin to święte prawo Organizatora i jak jedziesz na imprezę, to bezwarunkowo go akceptujesz... lub nie jedziesz na imprezę*. Taka też była nasza decyzja. Dorosła i świadoma. Na takich warunkach po prostu nie startujemy. Szkoda po prostu imprezy bo zapowiadała się srogo.
A co chodziło? Już tłumaczę. Na tego typu rajdach, mimo że ma się do dyspozycji np 40h na przejechanie całej trasy, są tzw. międzyczasy - limity na poszczególnych punktach kontrolnych. Jeśli nie dotrzesz do danego pkt kontrolnego w danym czasie, dostajesz NKL (dyskwalifikację). Nigdy tego nie lubiłem - no halo, Aramisy to zawsze ci, co wpadają na sekundy przed limitem. Jak możemy zatem lubić limit! Limity to zło :)
Poza tym czasem na jednym etapie nadrabiamy starty z innego etapu. Inna sprawa, że wyznaczenie sensownych limitów na punktach pośrednich to jest sztuka i nie każdy Organizator sobie z tym radzi. Jak przejrzycie tego bloga wstecz, to znajdziecie wpisy gdzie to opisuję: typu jesteśmy po limicie na punkcie, ale obsługi tu nie ma więc nam go zaliczają (wbrew własnego regulaminowi) albo na 20 km rowerem dostajemy 5 godzin, a na 15 km z buta w górach tylko 2 godziny. Ostro zwłaszcza, że - przypominam - gardzimy bieganiem :) 
No i właśnie... STUMILAK MTB pojechał - w naszej ocenie - z limitami.
Zawoja i pierwszy punkt kontrolny: przełęcz Krowiarki, ale PRZEZ CYL HALI ŚMIETANOWEJ to około 1,5 godzin (lub 2h nie pamiętam teraz). Potem na Pilsko z Korbielowa (700m przewyższenia, w większości noszenie roweru - nota bene, extra wycieczka!!! i też jakiś mały limit).
Rozmawiamy zatem z Organizatorami czy regulamin jest sztywny i jak to widzą. Kurcze, gumę złapiesz przed Cylem Hali Śmietanowej i co? Spóźnisz się dwie minuty na pierwszy punkt kontrolny i NKL. Mając nadal 38 godzin?
Są nieubłagani. Limity są święte. Minuta spóźnienie i NKL. Wymieniamy kilka maili, ale dyskusja nie prowadzi do niczego.
Impreza swoje kosztuje, bo wpisowe jest naprawdę spore tutaj... a jak po dwóch godzinach zabawy, będą miał pecha, mogę wracać do domu. Limity są dla nas za ostre. Rezygnujemy.
Finalnie STUMILAK MTB się nie odbył bo za mało rowerzystów się zapisało. Gdybym był złośliwy mógłby powiedzieć, że nie przyjechaliśmy to się impreza nie odbyła, ale przecież nigdy w życiu nie byłby tam zły, aby tak mówić :D :D :D
A tak serio, ogólnie szkoda, bo pachniało nam naprawdę wielkim wyzwaniem.    

* Drobny przypis. Naprawdę wierzę, że regulamin imprezy to święte prawo Organizatora. Można oczywiście dyskutować czy ma on sens, czy jest dobry, można go analizować pod wieloma kątami itp, ale będąc na imprezie nie powinno się robić chryji, bo nam się jakiś zapis nie podoba. Jak nie podoba się aż tak bardzo że nas to rusza, to może lepiej nie jechać niż zostawiać po sobie niesmak i złe wspomnienie?
Znam to z autopsji. Nierzadko na naszych zawodach szermierczych jestem sędzią i spotykam się z sytuacjami zawodników mających "ale". Nie mówię tu o błędach sędziowskich, bo zdarzają się w każdym sporcie - jesteśmy tylko ludźmi, mówię o własnej interpretacji regulaminu przez zawodnika.
Abyście zrozumieli o co chodzi, musicie wiedzieć że my zaliczamy jako trafienie tzw. ześlizg po masce szermierczej. Wierzymy w to, że prawdziwa ostra broń, nie ześliźnie się Wam po policzku, tylko rozwali Wam twarz jak otrzymacie pchnięcie prosto "w ryj". Kształt maski szermierczej ma na celu umożliwić ześlizg broni, bo tak jest bezpieczniej, ale wiele grup nie uważa tego za porządne trafienie. Ich święte prawo, ich regulamin. My nie zgadzamy się z taką oceną, uważając ją za absurdalną i trafienia na maskę są zaliczane jako trafienia. No i mieliśmy taką sytuację: sędziuję walkę "zawodnika z zewnątrz". Otrzymuje On trafienie na maskę i to takie z pełnym ugięciem klingi, która oczywiście zaraz po trafienia zjeżdża na bok, ześlizgując się po "sferze" maski.


Ja: STOP! Trafienie w lewo.
Zawodnik: Nie dostałem!
Ja: Otrzymałeś trafienie na maskę i tak to też sędziuję.
Zawodnik: NIE DOSTAŁEM !!!
Ja: W mojej ocenie otrzymałeś trafienie na maskę i tak, też to sędziuję.
Zawodnik: NIE DOSTAŁEM !!! szmata a nie trafienie. Naucz się sędziować. To był ześlizg po masce, rozumiesz? ZEŚLIZG
Ja: Dziękuję Zawodnikowi, za przyznanie się do otrzymania trafienia.

Więcej bluzgów. Rzeka bluzgów. Potop bluzgów i rzucenie maską o ziemie. Cóż, nie pierwszy raz jestem w takiej sytuacji, nie robi to na mnie wrażenie. Krzycz, wyj, płacz, a jak się uspokoisz to daj znać.
Natomiast jeśli gość się nie uspokoi w jakiś akceptowalnym czasie (potrafię zrozumieć pobudzenie i emocje jakie towarzyszą walce - Been there. Done that) to może jeszcze dostać kartę za niesportowe zachowanie. Dwie kartki i będzie miał po tej walce. 

REGULAMIN TO REGULAMIN i start w zawodach oznacza jego akceptację. Koniec. Kropka !!!
Dlatego też nie wystartowaliśmy na STUMILAKU. Regulamin za bardzo nam nie leżał.

JASZCZUR - KOSMICZNE ODLEGŁOŚCI
Wypadał w terminie naszego obozu szermierczego... no i wypadał na morzem. Gdyby to było - nie wiem, 100-200 km do Krakowa to byśmy nocą, spóźnieni na obóz dojechali, byle tylko być na na Jaszczurze. No, ale gorzej - w znaczeniu terminu i odległości wypaść nie mógł. Nie udało nam się zatem zmierzyć żadnej z kosmicznych odległości.


AR KRAKÓW 2018
AR Kraków 2017 to była niesamowita przygoda. Nasz absolutny rekord na rowerze: 218 km.
Tym razem trasa była dla nas zbyt hardcore'owa... tak, dobrze słyszycie. Wymiękliśmy, jesteśmy miętkie faje. Pieszo nie udźwignęlibyśmy takie rajdu. Do tego dochodziły jeszcze zadania pływackie, konieczność dostarczenia pudeł na rowery - bo rowery były rozkładane do transportu i składane przez zawodników w trakcie rajdu itp. Ogólnie masakra.
Był plan lecieć, jak rok temu, wszystko na rowerze, ale nie chcieliśmy robić dodatkowego kłopotów bo impreza przyciągnęła zespoły z wielu krajów!!!
Do tego wpisowe było dla nas zaporowe bo jednak 400 Euro za zabawę "weekendową" to sporo. Jest w pełni zrozumiałe, bo rajdy przygodowe są kosztowne, a tu Organizatorzy mieli wynajem autokarów, kajaków, do tego nagroda dla zwycięskiego zespołu była na poziomie pięciocyfrowej sumy (także w Euro), więc pełna profesjonalizacja. Impreza na światowym poziomie, co nie zmienia faktu że dla nas trochę zaporowa.
Kolejną rzeczą był start już w środę (5 dniowy rajd), czyli konieczność 3 dni urlopy - a mieliśmy już plany na wyjazd do Spały. Zbieramy też "wolne" dni pod Wiosenne CZARNE KoRNO 2019, bo trasę 24h rozstawiać to będziemy ze 3 dni pewnie.
W pewnym sensie nawet dobrze też, że się nie zapisaliśmy bo - czego nie mogliśmy wiedzieć na etapie zapisów - nie dalibyśmy rady wystartować. Przecież rozwaliłem kolano na początku lipca. Jak Świętokrzyską Jatkę mogłem pojechać zachowawczo bo płaski teren był, to przecież z naderwanym więzadłem bocznym nie wystartowałbym w 5-ciodniowym rajdzie górskim!!
Cały start by trafił szlag...

To tyle na dziś z podsumowania roku. Wyszlo sporo, ale i sporo się działo.
Jeszcze cytaty dla Was i do zobaczenia w nowym 2019 :)

1) Piosenka Nocny Kochanek "De Pirat Bej"
2) Piosenka Metallica "King Nothing"
3) Star Wars "Imperium kontratakuje"
4) Tomb Raider song "Looks could kill" - JT Machinima
5) Piosenka Kazik "Mars napada"



XXX KrakINO

  • Aktywność Wędrówka
Czwartek, 13 grudnia 2018 | dodano: 15.12.2018

Święto lasu... i lampionów. Po raz pierwszy na tym blogu pojawi się relacja z KrakINO. Nim zatem przejdę do relacji właściwej, muszę przybliżyć Wam co to za impreza, a to już przecież jej 30-sta edycja. My bawimy się na niej niemal regularnie od edycji numer cztery, a mimo to nie zagościła ona jeszcze na tym blogu wcale. KrakINO to organizowane przez Akademicki Klub Imprez na Orientację PTTK comiesięczne, czwartkowe uczty nawigacyjne, rozgrywane w różnych miejscach Krakowa. Co je charakteryzuje? Może powiem tak: SĄ PRZEWALONE i trudne W HUGE !!! Uczą pokory poprzez depresję i frustrację :) 

Nawiguj! INO się musisz postarać :)
KrakINO to czysta dawka nawigacji, a jest to nawigacja precyzyjna,... bardzo precyzyjna. Taka, gdzie odległości takie jak 5-10 metrów miałby znaczenie na mapie… gdyby tylko te mapy były. Map tu jednak za bardzo tu nie ma. Są jakieś szczątki, skrawki, czegoś co kiedyś – w przyszłości, po odpowiednim uzupełnieniu i obrobieniu – mogłoby zacząć ubiegać się o status mało dokładnej mapy :)
Do wyboru od pewnego czasu są trzy trasy:
a) TP – trasa podstawowa, która jest… przewalona.
b) TU – trasa średnia, która zabija
c) TZ – zaawansowana czyli HO HO HO KOSMOS gwiazdy i planety… i to dosłownie, ale o tym później.

KrakINO rozgrywane są niby w mieście, a jednak zawsze kończmy w krzorach: Las Wolski, Las Tyniecki, zagajniki, parki, okolice rzek itp… Niby administracyjne granice Krakowa, a zdarzało się brodzić w pokrzywach po pas (razem z całkiem nieźle zdezorientowanym Bartkiem). Pasuje Wam? We własnym mieście, tam gdzie są alejki, chodniki, latarnie…. a my brodzimy w pokrzywach. No jaja.
Żeby nie być gołosłownym opiszę Wam tu – w ramach zapoznania się z tą imprezą – kilka naszych wspomnień z najlepszych edycji.
Relacja z bieżącej w kolejnych rozdziałach, więc jak ktoś nie chce babrać się w naszych wspomnieniach i chciałbym przeskoczyć od razu do mięsa, to proszę zacząć czytać od rozdziału: "XXX KrakINO - Geneza i praprzyczyna"
Wszystkich innych zapraszam najpierw na wycieczkę w przeszłość, ale uwaga bo będzie to jazda bez trzymanki. Ech aż mi żal, że nie opisywałem ich na bieżąco, no ale czasem się nie da – z niektórych, nie mamy nawet zdjęć. Natomiast – nie ukrywam – jeśli lubicie frustrację, zagubienie się, uzyskiwanie słabych wyników to jest to impreza dla Was. KrakINO kojarzy mi się z grą: THE UNFAIR PLATFORMER (jeśli nie graliście to polecam, ostre to jest - do znalezienia w necie, gra flash'owa więc linkow sporo).
A tak serio, to właśnie tam naprawdę uczyliśmy się co to znaczy nawigacja. Nie zna życia prawdziwego nawigatora ten, kto nie nawigował po rzeźbie terenu, profilu wysokościowym na odwróconym, zlustrowanym i niekompletnym wycinku mapy, stojąc przed 5 punktami kontrolnymi w zasięgu wzroku... nie mając pojęcia których z nich jest tym właściwym, który stowarzyszem, a który błędnym (tak, to różnica tutaj).

Nie wspomnienie, INO retrospekcja:
Nasze pierwsze KrakINO (nr 4) to było: Stare i Nowe Wesele (tak, tak, chodzi o Bronowice i Wyspiańskiego).
Dostaliśmy jeden fragment mapy Bronowic z lat 30 czyli łąki, łąki, łąki, gdy teraz to naprawdę wielkie osiedle.
Innym razem wylądowaliśmy z samolotami ("No to sobie polatamy") na starym lotnisku w Czyżynach i to był jeden z największych hardcore'ów nawigacyjnych ever. Wszyscy tam polegli z kretesem, bo trasa była po prostu niemożliwa. Niektórzy po tej edycji KrakINO już nigdy nie zapisali się na trasę TZ. Godziny startu i lądowania samolotów to były azymut (trzeba sobie minuty przeliczyć było), a jeden z samolotów był zepsuty i trzeba było odholować go do hangaru. Do tego kropki na mapie to były końcówki skrzydeł, a samoloty zależnie od koloru lądowały lub startowały na innym pasie. Nie rozumiecie? Nie szkodzi - to nie jest obowiązkowe. Dla nas też nie było :)
XXV Mistrzostwa Polski w Nocnych Mno - dwie noce z rzędu w Lesie Wolskim i okolicach Tyńca. Pięć etapów INO. Jedna z najlepszych tras w moim INO-życiu (etap nr 3): ZOO to słońce, a wokół niego krążą planety. Cała mapa jest biała (niejawna) z wyjątkiem planet, tyle że każda planeta ma inną orbitę, a na mapie narysowane są ich położenia na dzień zawodów. Punkty kontrolne są jednak tam, gdzie planeta była np. 3 miesiące temu.
Jazda bez trzymanki... listopad, noc, pada śnieg, a my z kątomierzem w środku lasu liczymy kąty i kreślimy położenie planet na mapie.
(koniecznie zobaczcie mapy z tego etapu - ryją mózg!!! Dostępne są pod linkiem podanym powyżej). Wspominałem już że planety miały swoje księżyce, także z punktami kontrolnymi?
Potem stoimy w miejscu gdzie jest 6 punktów i jedyne co wiemy, to to że dwa z nich to na pewno stowarzysze. 4 pozostałe mogły by być dobre... wiemy jednak też, że tylko jeden z nich jest dobry. Nie wiemy tylko który :)
My z "Zarządem Fikcyjnym" rozkminiamy zorientowanie naszej mapy, a ta chora rodzinna ekipa wymiataczy wymiata wszystko:
"- Ojcze, to nie stowarzysz, biorę go.
- Synu, to nie stowarzysz, bierz go"

To także tutaj poszedł ten piękny tekst w bazie na odprawie:
Organizator: Tutaj jest bagno, takie nie do przejścia
Głos z tłumu: I TU SIĘ WŁAŚNIE MYLISZ !!!

Piękna dwie noce w lesie :)
A Mydlniki i stary kamieniołom. To też był klimat. Szkodnik pod górkę i z górki. Pionowe ściany, a my drapiemy się na czworakach, po nocy... a potem zawał. Nie, nie ziemi, ale taki serca. Bo Szkodnik idzie przez łąkę i niemal zdeptał bażanta. No, ptak pionowego startu. Wyobraźcie sobie: noc, ciemno i nagle z pod nogi coś z krzykiem do góry startuje.
No działo się na KrakINO, działo :)

XXX KrakINO – Geneza i praprzyczyna
… i po tym wszystkim co Wam opisałem, po tych naszych dziwnych nawigacyjnych przygodach okazało się, że to właśnie my układamy trasę 30-stej edycji. Jak to się stało?
Otóż bardzo prosto. Nataszka – jeden z głównych Organizatorów z ramienia Akino PTTK (czyli Akademicki Klub Imprez na Orientacje PTTK) oraz dziewczyna, która prowadziła kurs Przewodników Beskidzkich, gdy Szkodnik ten kurs robił  – pyta nas kiedyś, na jakiejś imprezie czy „nie chcielibyście kiedyś zrobić swojej trasy na KrakINO”.
My na maxa zajawieni po Wiosennym CZARNY KoRNO rzucamy w odpowiedzi: „NO PEWNIE !!!”
No i właśnie… dla Nataszki, właśnie ustaliliśmy że SFA robi KarkINO w grudniu 2018.
SFA nadal myśli, że fajnie by było kiedyś zrobić trasę KrakINO… kiedyś, gdy będziemy mieć chwilę czasu.
Powiecie: kwestia komunikacyjna, a ja Wam powiem, że jest w tym i drugie dno…
Czego innego można się spodziewać, jeśli w imieniu macie człon NATASZ. Przeczytajcie go od tyłu i wszystko będzie jasne. Takie imię zobowiązuję (dla formalistów: przeczytajcie to fonetycznie, głoskami czyli "sz" od tyłu to nadal "sz", a nie jakieś „zet es”).
O tym, że zostaliśmy skazani i klamka zapadała, dowiadujemy się w październiku.
Na głowie mamy zawody szermiercze: Puchar Wrocławia, Puchar Piotrkowa oraz Mistrzostwa w Krakowie, więc informacja że grudzień jest nasz, rzuca nas po prostu o glebę … Nie damy rady!!!
Przechodzimy przez wszystkie stadia psychologiczne: zaprzeczenie, gniew, negocjacja, depresja, akceptacja, sobota, niedziela.
Szybko jednak zbieram się w sobie i postanawiamy stanąć na wysokości zadania. Nie będzie ono łatwe, ale tego chcieliśmy, tak? Pełna mobilizacja!!!

DUMA(S) i uprzedzenie :)

Zawsze tak jest… dokładnie tak samo było z naszą pierwszą imprezą czyli Wiosennym CZARNYM KoRNO. Pada stwierdzenie „Macie wolną rękę. Zróbcie to tak jak chcecie” – czyli lepszych warunków nie można sobie wyobrazić, a tu w głowie pustka… totalnie nie mamy pomysłu na motyw przewodni imprezy. Próbuję coś ogarnąć koncepcyjnie, ale raczej snuję się po domu jak dym po peronach w Oświęcimiu (hermetyczny dowcip: Basia prowadzi projekt odnowy dworca w Oświęcimiu, a zdolna ekipa budowlana wywołała tam drobny pożar - aby tego jednak było mało, gazety oczywiście pisały z właściwą sobie dramaturgię: "dym snuł się po peronach" ) .
Nie mogę wpaść na nic konkretnego, no posoka… eee… posucha.
Wiemy tylko, że na pewno chcemy aby impreza była terenowa. Te osiedlowe edycje też są fajne, bo są trudne, ale jednak SFA ciągnie w teren. Najlepiej wspominamy właśnie te KrakINO, które rzuciły nas do lasów, zagajnikow czy parków. Wybór pada zatem na Skałki Twardowskiego, bo teren jest przefajny, a nie było w nim jeszcze żadnej edycji. Jako, że nadal nie możemy wpaść na żaden motyw przewodni, postanawiamy wyruszyć w teren, obczaić miejsca na punkty kontrolne (kilka mamy już upatrzonych przed eksploracją bo dość dobrze znamy to miejsce), licząc że pomysł nasunie się sam… szczęśliwie dla nas, tak też się stanie.
Jedyne co kołacze się gdzieś za uszami, to myśl że skoro to nasza pierwsza impreza na KrakINO, to dobrze by było jakoś powiązać ją z szermierką. W końcu tak przecież się kojarzymy. Jeśli przyjdą kolejne "nasze" edycje, to forma będzie mogła być różna, ale pierwsza aż się prosi aby wpisywała się w szeroko rozumiany szermierczy klimat. Tylko jak to zrobić...
Idziemy na skałki, droga prowadzi obok pomnika Elvisa Presleya... Król wiecznie żywy... Król, powiadasz... szermierczy klimat i król. Coś zaczyna kiełkować w moim schorowanym umyśle. Skoro jest król to może byliby i Muszkieterowie? Wtedy Króla dałoby się całkiem zgrabnie wpisać w fabułę, czyniąc z niego specyficzny punkt kontrolny.
Szkodnik, od zawsze zakochany w fabule książek Dumas rzuca hasło, że przecież główni bohaterowie poszukiwali złotych spinek królowej, które podarowała Backingham'owi... nie wierzę. Godziny myślenia, ślęczenia nad kartką papieru jak ugryźć temat, a teraz fabuła pisze nam się sama. Szkodnik mówi, że teraz pozostaje dopasować tylko trasy TP, TU oraz TZ do fabuły... Ogarnia mnie śmiech trawiący trzewia. Nic nie potrzeba... już wiem wszystko. Skoro Muszkieterowie i Król, no to i oczywiście Rocheford. A kim był jednooki Roch? Dowódcą - dowódcą czyli manager'em... a tutaj na myśl przychodzą moje własne uprzedzenia :)
Mam na myśli jednego managera, wielkiego taktyka, który uważał że szkolenia pracowników to zbędny wydatek i wierzył w tzw. "samoszkolenia"... potem się dziwił: "dlaczego nie ma u nas w firmie nikogo, kto by umiał Linuxa YOCTO embedded, albo dlaczego nie umiecie skonfigurować magistrali VPX z płytami wyposażonymi w 384-core NVIDIA kepler GPGU w środowisku VHDL dla FPGA, przecież to zwykły komputer, tylko że do zastosowań wojskowych, ale niczym się nie różni od zwykłego PC"
Taaa... szkolenia pracowników... życie pisze najlepsze scenariusze. Ten etap już dawno za mną, ale czemu nie wykorzystać lat uprzedzeń w tworzeniu fabuły naszego KrakINO? Pasują jak złoto.
A co do samego Wielkiego Taktyka, to jeśli zastanawiacie się jakie żywię do niego uczucia, to powiedzmy że gdybym miał wodę, a on by płonął, to ja bym ją wypił :)
Tym sposobem narodziły się trzy poziomy trudności: TP, TU i TZ. Szpiedzy donieśli Rochefordowi gdzie znajdują się zaginione spinki królowej, Na TP - Rocheford inwestował w szkolenia pracowników i zawodnicy dostali niemal pełną i dokładną mapę, na TU zapewnił pracownikom szkolenia podstawowe, więc zawodnicy otrzymali niepełną mapę z kilkoma przekłamaniami i nieścisłościami, a na TZ Rocheford okazał się Wielkim Taktykiem, nie inwestującym w szkolenia pracowników, więc zawodnicy otrzymali coś... fragmenty mapy, do tego przekształcone, niepełna, zlustrowane itp. itd.
Tym oto sposobem narodziła się fabula XXX KrakINO.

Promyk nadziei ma na imię Kacper i mieszka w Jaskini... a w sumie to pasowałoby "UWOLNIĆ KRAKENA" :)
Trasa zaplanowana. Przekazujemy ją Nataszce do weryfikacji, a następnie wspólnie wybieramy się w teren i sprawdzamy czy nie popełniliśmy żadnych grubych błędów. Jak macie skalę mapy 1:2500, to czy zaznaczycie punkt na wschodnim rogu budynku czy północnym ma znaczenie, zwłaszcza jak na 3 pozostałych rogach mają wisieć punkty stowarzyszone (podszywające się pod punkt właściwy). 
Nataszka informuje nas, że jest problem z bazą w tym terenie, bo okoliczna szkoła niby jest chętna, ale jednak nie do końca i nie może się ostatecznie zdeklarować. Jest grudzień, więc pasowałoby aby baza nie była w ternie otwartym, żeby ludzie na marzli. 
Obczajamy jedną wiatę, a na niej multum tabliczek z wierszykami. Każda z innego roku, ale na każdej "Słoneczko" pisze do Promyka o swojej miłości. Kupiło mnie to, jestem zachwycony - tu musi być punkt zadaniowy, nie ma innej możliwości. Na szybko tworzę wierszowane polecenie dla zawodników i wiata trafia na mapę jako kolejny punkt kontrolny:

Odnajdź wiatę w okolicach bazy
Takie twoje zadanie dzisiaj pierwsze
Poszukaj - jeśli trzeba - dwa razy
Dla kogo Słoneczko pisze tu wiersze...


To już drugie tego typu zadanie. Pierwsze znajduje się na murze jednostki wojskowej: obok rysunku wielkiego grzyba (nie, nie atomowego - muchomora), dużymi literami wypisane jest imię Kacper. To miejsce także trafia na mapę jako kolejny punkt kontrolny:

Trasę tworzyli Grzegorz i Barbara
ale zdrada dziś motywem wiodącym
a że znana z nich w środowisku para
wszyscy tu żyją skandalem gorącym
i wywołało to plotek istną niemal burze
bo nie Grzegorz, ale inne imię widnieje na murze...


Zastanawialiśmy się nad trzecim zadaniem, ale nie mogło się ono znaleźć na mapie, ze względów organizacyjnych. Bardzo ubolewam nad tym faktem, bo wg. mnie byłoby niesamowicie klimatyczne. Otóż w okolicy punktu widokowego na Zakrzówek, wisiała tablica, że "terenu pilnuje firma KRAKEN". Pasuje Wam? Wielki zbiornik wodny, ze skałami i KRAKEN. Przecież to jest idealne... no ale właśnie... tablica ta wisiała obok innej tablicy, na której upamiętniona jest tragiczna śmierć młodego chłopaka... nie ma na niej szczegółów, ale woda i skały, łatwo domyślić się zatem o co chodzi (...ktoś zły mógłby powiedzieć, że pewnie pożarł go Kraken).
Nie chcemy robić zadania ani punktu w takim miejscu, to raz.
Po drugie nie ma jak na mapie zaznaczyć, o którą tablicę chodzi bo wiszą tuż obok siebie. Punkt tutaj zatem nie będzie.

Jeszcze innym punktem ma być Jaskinia Twardowskiego. To jedna z większych jaskiń na tym terenie, ale kiedy do niej wchodzimy uderza nas ciepło tu panujące. Jest tu o wiele cieplej niż na zewnątrz (nic dziwnego, skoro mamy grudzień). Grudzień grudniem, ale skoro mamy problem z bazą.... a tu jest ciepło... skoro i  tak miał tu być punkt kontrolny... to może spróbować zrobić tu bazę.
Zapada chwila ciszy a potem wybucha euforia. Nataszka jest zachwycona tym pomysłem. To jest klimat, to jest pomysł. To będzie odlot  - baza XXX KrakINO to Jaskinia Twardowskiego. Krakena nie będzie, ale będzie Jaskinia. Jest dobrze.
Kolejnych kilka godzin spędzamy nie w terenie, ale przed komputerem wraz z Nataszką planując rozmieszczenie "spinek" na mapie oraz przy nanoszeniu na nie punktów kontrolnych. Wieczorem wszystko jest niemal gotowe - Nataszka już sama podrasuje mapy i dokończy ostatnie graficzne prace. Naszym zadaniem będzie już tylko właściwie rozwieszenie punktów kontrolnych w dzień imprezy.

Aramisy jak zawsze - na sekundy przed limitem
Czwartek 13 grudnia. Dzień XXX KrakINO. Urywamy się z pracy około 13:00 i ruszamy na skałki. w plecakach taśma klejąca i lampiony punktów kontrolnych. Start imprezy to 18:00, więc pasowałoby być w jaskini koło 17:15 najpóźniej aby rozłożyć świecie i rekwizyty, no i oczywiście przebrać się za muszkieterów. A co!! SFA rządzi, a dawno nie miałem na sobie swojego kapelusza a piórami :)
Rozłożenie trasy, ze względu na ilość stowarzyszy, których jest naprawdę bardzo wiele, zajmuje nam dłużej niż planowaliśmy... o wiele dłużej. Miało być na luzie, a jest jak zawsze - w biegu. Ponad 3 godziny zajmuje nam powieszenie wszystkich punktów kontrolnych!
Przy ostatnich 6-ciu punktach, jest na tyle źle z czasem, że rozdzielamy się i ja biegnę do "bazy", a Basia leci rozstawić ostatnie lampiony. Tymczasem ja znoszę wraz z Nataszką, która właśnie dotarła, cały nasz szpej do jaskini i zaczynamy przygotowania. Świecie zapalają się tuż przed przybyciem zawodników. Ufff.... zdążyliśmy. Znowu na styk. 
Chwilę po 18:00 zaczynamy odprawę, odpalamy godzinę "0" czyli start pierwszych zawodników i rozdajemy mapy.
Frekwencja powala, bo zapisanych było ponad 100 osób. Jest to absolutny rekord jak na KrakINO. Strasznie mnie to cieszy, że akurat nam wypadła rekordowa liczebnie impreza. Ze stałych bywalców także pojawiają się właściwie wszyscy: Zdezorientowani, Jacu, Lenony, Ryśki, Grześki z rodziną, "Maciejki", Mariusze, Kaśki i Maćki, Adasie... no pełen skład. Brakuje tylko Kamili i Filipa - szkoda, no ale Oni postawili na chilout w Chile, więc Ich nawet w Europie nie ma :)
Są też inne znane nam twarze, znane z różnych rajdów, ale takie których na KrakINO jeszcze nie było. Bardzo nas to cieszy, że możemy ich powitać - nie wiedzą na co się piszą...
Ania, Andżelika i Wojtek zaliczają swój debiut na KrakINO i to na naszej trasie. Takie rzeczy naprawdę cieszą!
To co jednak cieszy jeszcze bardziej, to bardzo pozytywny odbiór trasy. Bardzo się tego baliśmy... bardziej niż na KoRNO, bo jak mówię 10 metrów ma tu znaczenie, a tu wszyscy wrócili bardzo zadowoleni i mówią nam, że powinniśmy się tym zająć zawodowo. To bardzo miłe. 
Baza także zrobiła furorę, więc ogólnie impreza mega udana.
Na tyle udana, że wygląda że 4 kwietnia 2019 robimy kolejne KrakINO!
To niemal zaraz po drugiej edycji Wiosennego CZARNEGO KoRNO, ale nie narzekam. Wiemy to z takim wyprzedzeniem, że damy radę!! Ach, Wiosenne CZARNE będzie mieć swoją nazwę... nazwa Wiosenne CZARNE zostanie nazwą cyklu, ale przygotujcie się na coś zupełnie nowego. Intensywne prace trwają :)

A tymczasem trochę zdjęć z rozkładania trasy (poniżej), a gdy ktoś chciał zobaczyć tereny imprezy to parę zdjęć znajdziecie w galerii Nataszki tutaj.
Plus galeria Nataszki już z samej imprezy --> tutaj.

Mapy naszej trasy tutaj plus wyniki i protokół z imprezy TUTAJ













Kategoria SFA

Mistrzostwa 2018

  • Aktywność Sztuki walki
Niedziela, 25 listopada 2018 | dodano: 25.11.2018

Tak oto dotarliśmy do najważniejszego rozdziału w tegorocznej, szermierczej opowieści, czyli XIII Mistrzostw Polski w Nowoczesnej Szermierce Klasycznej, które kończą cykl zawodów Pucharu 3 Broni 2018. Mistrzostwa, tak jak Wam już pisałem, to zawody na które "wejściówkę" trzeba sobie wywalczyć na przynajmniej jednych zawodach eliminacyjnych w sezonie. Nie ma tutaj zatem zawodników bez doświadczenia, zawodników biorących udział pierwszy raz w zawodach SFA czy też ludzi z przypadku. Nie tylko podnosi to rangę całej imprezy, ale także sprawia że jej poziom trudności wywindowany jest naprawdę wysoko. Poniżej krótka relacja zawodów, którymi nadal żyje całe SFA!!!

"This converstaion's over... "
Dokładnie tak. Czas na rozmowy już minął, pora chwycić za broń i wyrąbać sobie drogę w kierunku podium - pomyśleli wszyscy startujący zawodnicy. Zapakowali Oni zatem sporo żelastwa do aut, pociągów czy innych środków transportu i przyjechali do Krakowa, właściwie ze wszystkich naszych filii: od Katowic, przez Wrocław, Piotrków aż po Tripolis (3miasto). Tytuł tego rozdziału to oczywiście motyw przewodni naszego filmiku z Pucharu Piotrkowa 2018. Jeśli ktoś jeszcze go nie widział, to zapraszam do zobaczenia go niezwłocznie i obowiązkowo TUTAJ, bo naprawdę jest na co popatrzeć. U mnie leci czasem na zapętleniu - zacna nuta i świetne szermiercze akcje, czego chcieć więcej?
A już niedługo filmik z obecnie opisywanych Mistrzostw, a to oznacza jeszcze więcej srogiej nuty i obfitość cudownych szermierczych akcji: euforii zwycięzców, rozpaczy przegranych, ogólnie szeroko rozumianej ekstazy szermierczej, a więc bądźcie czujni aby go nie przegapić :)
Oddział Kraków to oczywiście perełka w koronie SFA (i inne oddziały muszą się z tym pogodzić), ale dla nas z Basią to nawet jeszcze więcej. O wiele więcej. To miejsce, gdzie się poznaliśmy, to miejsce gdzie spędziliśmy 15 lat naszego życia, ucząc się walczyć oraz nauczając dziesiątki, jak nie setki szermierzy (i uwierzcie, że nie ma tu przesady, bo 15 lat to naprawdę długo, a na niejedne zawody Kraków wystawiał po 18-22 zawodników w różnych latach).
Skoro zatem, w tak ważny dla nas rok - w nasz jubileusz, to właśnie Kraków został gospodarzem naszej najważniejszej imprezy w roku, to od samego początku ogłosiliśmy pełną mobilizację: zarówno pod kątem ilości wystawionych zawodników, jak i przygotowań. Medale, Puchar Krakowa, zaplecze dla zawodników... wszystko musiało być na tip-top. Złośliwy los (aby nie pisać... "to życie kur***skie") zechciał nam trochę pokrzyżować plany, ale o tym już w jednym z kolejnych rozdziałów.
W międzyczasie, zapraszam do oglądania zdjęć. Będzie ich trochę, a większość z Rapiera - bo wiem, że te lubicie najbardziej :)




Gorączka złota w Krakowie :)
Trofea już czekają. Nie mówię tylko o Pucharze Krakowa, ale o najważniejszych medalach czyli tych za cały sezon. Na cztery zawody, każdemu zawodnikowi liczymy 3 najlepsze starty w każdej broni osobno, sumujemy je i otrzymujemy ranking Pucharu 3 Broni (zwany przez nas Trójbojem Klasycznym) za cały sezon.
Dla tych, którzy nie znają naszego system, szybkie przypomnienie: za zwycięstwo w zawodach, w danej kategorii (np. Szpada) zawodnik otrzymuje 100 pkt, za miejsce drugie 99 pkt i tak dalej. Oznacza to, że na jednych zawodach można zgarnąć maksymalnie 300 punktów, przy założeniu że jeden zawodnik wygrywa wszystko: Rapier, Szpadę i Szablę. W praktyce taki ekstremalnie trudny wyczyn udał się tylko dwóm osobom w naszej 13-letniej historii zawodów i Mistrzostw. Niemniej mówiłem że nie usłyszycie na tym blogu o wynikach, więc musi Wam wystarczyć liczba i informacja, że wszystkich zawodników, którzy kiedykolwiek przewinęli się przez nasze zawody to liczba sporo przekraczająca 200!!
Osób, które sięgnęły po dwa złota na jednych zawodach (z 3 możliwych), jest także niewiele bo 5. Z czego dwie z nich, to te same co zaliczyły !!!raz!!! komplet złotych medali.
A sam Puchar 3 Broni, jak łatwo policzyć to maksymalnie 900 punktów. To już chyba nie jest możliwe. Nie przy tym poziomie przeciwników, nie przy tylu chętnych do podium.
Skoro "300" padło tylko dwa razy w całej historii... to gdzie tam do 3x 300.
Sobota upłynęła nam zatem pod znakiem eliminacji, zwłaszcza że różnice w czołówce po 3 zawodach były naprawdę niewielkie. Od tych zawodów bardzo zależało zatem, kto sięgnie po złoto za cały sezon. Nie było miękkiej gry i mogliśmy obserwować walki na naprawdę wysokim poziomie. Wiele godzin naparzania się żelazem po maskach... to lub wiele godzin na rowerze w lesie lub w górach z mapą. To jest właśnie moja definicja udanej soboty :)
Po intensywnym mordobiciu, na nadzielę zostały nam do rozegrania ostanie fazy grupowe w Rapierze oraz ćwierćfinały, półfinały i finały w każdej broni. Jeszcze tylko after-party do późnej nocy i można iść spać... śnić o złocie i innych "sreberkach".
Niedziela jednak... zaczęła się trochę inaczej niż ją sobie zaplanowaliśmy...




"Jest zima więc musi być zimo..." czyli o jedną halę za daleko.
Czemu klasyk z Barei na początek rozdziału o przeciwnościach losu? Cóż, może dlatego, że niektóre instytucje nadal chyba nie wyszły z tamtej rzeczywistości. Wynajęliśmy halę sportowo-widowiskową na Politechnice w Czyżynach (nie wspomnę nawet ile nas ona kosztowała...), potwierdziliśmy terminy, dogadaliśmy szczegóły. Oczywiście wszystko zaklepane, dogadane, załatwione. Mimo wszystko próbowaliśmy uzyskać PISEMNE potwierdzenie rezerwacji, w postaci dowolnej: umowy lub faktury proformy (którą można by opłacić z góry.) Odpowiedź Politechniki: "nie ma takiej potrzeby, wszystko załatwione, proszę się nie martwić o nic".
W tym roku już 3-krotnie mieliśmy problem z salą, właściwie w każdym miejscu rozgrywania zawodów, więc na słowa "proszę się nie martwić, umowy nie potrzeba" reagujemy furią...
Umawiane przez nas sale "wypadały" nagle, na chwilę przed zawodami np. "bo to jednak tutaj przeprowadzimy wybory i odwołujemy zaplanowane imprezy", albo "bo nagle okazało się, że możemy zorganizować jakieś duże zawody siatkówki czy czegoś innego, więc anulujemy umówione na ten dzień aktywności. Zwrócimy Państwu koszty..."
No masakra... co nam po zwrocie kosztów, jak nagle tracimy umówione miejsce rozgrywania zawodów!!
Pasuje Wam? 3 razy w tym roku. Słownie: TRZY... w sumie teraz to już cztery, bo Politechnika wykręciła nam podobny numer...
Wbijamy o 10:00 na Halę w Czyżynach i informacja z portierni... "nie macie tu rezerwacji".
Okazujemy maile, potwierdzenia, dzwonimy do ludzi z którymi to uzgadnialiśmy. Byłoby przykro, gdyby nie przekazali informacji do Czyżyn... pytamy, czy hala jest wolna. Tak jest wolna do 16:00. Zamawialiśmy ją do 16:00, więc pytam czy możemy zatem wejść.
Odpowiedź jest, że NIE, bo nie ma nas w "systemie" czyli na świętej kartce, leżącej na dyżurce.
No OK, ale mamy opłacony wynajem tej hali!!
Odpowiedź jest jednak prosta:
- Nie ma Was na kartce, więc nie ma takiej opcji...
- ale Koordynator wynajmu hali potwierdził, że robiliśmy rezerwację!!
- Niech sobie potwierdza co chce. Nie ma Was na kartce, nie ma Was na hali.
- Przecież jest wolna.
- Może i wolna, ale na kartce Was nie ma...

Po agresywnych negocjacjach finalnie dostaliśmy halę na ulicy Kamiennej. W ogólnym rozrachunku okazała się dużo lepsza (jaśniejsza, a to niezmiernie ważne dla nas pod kątem sędziowania, kręcenia filmów czy robienia zdjęć). Niemniej, chcielibyśmy tutaj przeprosić zarówno wszystkich widzów, z których cześć musiała przejechać na Kamienną, a cześć niestety nie dotarła, bo "odbiła" się od Czyżyn w późniejszych godzinach. Przepraszamy za Politechnikę (nie w jej imieniu), bo przecież "nie było nas na kartce", więc to nasz problem a nie ich. Jak to powiedział Pan na dyżurce, któremu uratowałem życie 4-ciokrotnie (nie porąbałem go, nie zakopałem żywcem, nie udusiłem i nie zamurowałem w ścianie): "On bardzo nie lubi takich niedogadanych spraw. Tak się tego nie załatwia, proszę Państwa..."
My to wiemy. Świetnie, że Wy też już to wiecie. To pierwszy krok, teraz moglibyście coś z tym zrobić...
Jednocześnie chcielibyśmy tutaj podziękować wszystkich naszym zawodnikom, za to że stanęli na wysokości zadania i w 30 min byliśmy na Kamiennej, z rozłożonymi banerami, przewiezionym sprzętem (broń, podium, bannery, narzędzia, sprzęt audio-video itp).
Jak na linii frontu normalnie, dowództwo zrzuciło nas "o jedną halę za daleko" i musieliśmy przebijać przez linię wroga z powrotem do naszych. Słowa uznania dla Was: w 30 min wszystko było gotowe w nowym miejscu, a to naprawdę robi wrażenie.
Tak jak wspomniałem, hala okazała się dużo lepsza, ale co najedliśmy się stresu to nasze... 4-ty raz w tym roku. Nie ma to jak na luzie i spokojnie przygotować się do finałów :)



"Killing all these devils is the thing that I love, I'm a maniac, dripping, covered in blood..." (*)
Gdy już trochę ochłonęliśmy po tej niemiłej porannej niespodziance... odzyskaliśmy wigor i chęć do dalszego okładania się po maskach. Od tego momentu wszystko zaczęło znowu, jak w sobotę, iść jak w zegarku. To co cieszy nas najbardziej, to fakt że te zawody miały chyba najładniejsze walki w całym sezonie 2018. Zdarzyło nam się wiele, naprawdę długich walk - nawet takich ponad 5-cio minutowych. W szermierce to jest KOSMOS czas... Ponad 5 minut do 3 trafień. To naprawdę świadczy o poziomie grupy. Do tego piękne wymiany na każdej broni. Jak zawsze trochę trafień obopólnych, tak bywa gdy puszczają nerwy i psycha klęka, ale było ich naprawdę mało. Nawet w szabli, w której o nie najprościej.
Co więcej, tak jak Wam pisałem - ten rok, był rokiem eksperymentalnym (ujednolicenie zasad trafień obopólnych, rozstawienie zawodników względem wyników z zeszłego sezonu, nowy podział faz grupowych). Wszystko to, będzie przedmiotem naszej długiej analizy i procesu wyciągania wniosków, ale już widzimy, że były to zmiany słuszne.
Chcielibyśmy także pogratulować wszystkim zawodnikom osiągniętych wyników. Nawet jeśli z części z nich nie jesteście zadowoleni, to jesteśmy z Was dumni. Naprawdę. Zwłaszcza z osób, które odważyły się wystartować w swoim pierwszym sezonie zawodów.
Nie oznacza to, że nie dociśniemy Was na treningach - zrobimy to, abyście stali się jeszcze lepsi, ale już teraz jesteśmy z Was dumni (po dociśnięciu będziemy z Was dumni po prostu bardziej).
Ostania refleksja jest już najbardziej osobista. Gdy inni cieszą się złotem, srebrem, czy zajętym miejscem w zawodach, ja najbardziej cieszę się z faktu, że kolano mi wytrzymało ten, naprawdę bardzo trudny, sezon - a zwłaszcza Mistrzostwa. Zejść z planszy o własnych siłach, nieważne czy z walki wygranej czy przegranej, to największa radość.
To już koniec sezonu zawodów 2018. Dziękujemy wszystkim, którzy z nami byli i obiecujemy, że za rok będzie jeszcze lepiej. Od jutra zaczyna się sezon przygotowawczy do zawodów 2018 czyli praca, praca, praca. Eliminacja błędów, doskonalenie techniki, nauka taktyki na treningach, seminariach i obozach treningowych.
Z szermierczym pozdrowieniem,
znani Wam wielbiciele bagien i orientaliści nieortodoksyjnych wariantów.
Do zobaczenia gdzieś w lesie... albo, kto wie, za maską? Skusicie się spróbować?
My zapraszamy.







Na koniec cytat, który się pojawił.
To z piosenki, która jest tribute'me do gier z kultowej serii "DOOM".
Powiem Wam, że to mi w duszy gra gdy wychodzę do walki :)

Strap up, put the helmet on
I woke up in the middle of a demon spawn (...)

Can't stop, I'm a wrecking machine
All you evil mutha fuckas ain't got nothing on me
Head hunting everybody like a lunatic
If anything moves then I'm killing it...

...ain't got no time to relax
"BEAST Mode" is on I turn that shit to the max...

...Using ultra violence to clear the room,
taking heads off, WELCOME TO DOOM...

...All will bleed, bloodlust is what I feed...
All will die, nothing gets out alive...
Got a fire coursing through my veins, burning from inside

I got a BLADE in my hand, better clear me a path
If you don't, then I'll have to cut your ass in half


Never afraid, and I never retreat
Everybody gets slayed like a bucket of meat
Killing all these devils is the thing that I love
I'm a maniac, dripping, covered in blood...

I'll be aiming straight for the face
Ripping chins off at a feverish pace
And then it's death from above when I jump and plow ya
Rip your guts out and disembowel ya


You just met your demise under the shroud of darkness
Satan himself isn't half as heartless



Puchar Piotrkowa 2018

  • Aktywność Sztuki walki
Sobota, 3 listopada 2018 | dodano: 08.11.2018

Puchar Piotrkowa to trzecie i ostanie z zawodów lokalnych sezonu zawodów 2018. Po Piotrkowie czeka nas już tylko La Grande Finale, czyli XIII Mistrzostwa Polski w Szermierce Klasycznej, które odbędą się w końcu listopada w Krakowie. Innymi słowy, zawody w Piotrkowie były ostatnią szansą dla zawodników na polepszenie swojego wyniku w Pucharze 3 Broni czyli w tzw. Trójboju Klasycznym. Co więcej, jako że Mistrzostwa to nasza najważniejsza i najbardziej prestiżowa impreza, prawo startu przysługuje tylko tym zawodnikom, którzy zgromadzili jakiekolwiek punkty pucharowe w danym sezonie. W praktyce oznacza to, że w Mistrzostwach wystąpić mogą tylko te osoby, które wzięły udział w zawodach lokalnych czyli w Pucharze Neptuna, Pucharze Wrocławia lub/i właśnie w Pucharze Piotrkowa. Jak łatwo się zatem domyślić, jeśli komuś nie udało się do tej pory wystartować ani w Gdyni ani we Wrocławiu, Piotrków był dla niego ostatnią okazją aby uzyskać „przepustkę” na Mistrzostwa…



"I'm a Father, come, child, come and those who don't believe you - should run, child, run..."  (*)
Słowo wstępne o samym Piotrkowie, jako że dopiero w tym roku zacząłem opisywać tutaj także nasze szermiercze eskapady.
Grupa szermierki Dragoni z Piotrkowa dołączyła do SFA kilka dobrych lat temu. Wszystko zaczęło się od zawodów, które kiedyś zorganizowali z okazji „urodzin” grupy. Wiadomość o nich dotarła aż do Krakowa i wybraliśmy się tam sporą ekipą uderzeniową aby zapolować na smoki (tak, wiem że słowo Dragoni w tym kontekście nie oznacza smoka, ale mi pasuje to do klimatu i kropka…). Polowanie okazało się bardziej niż udane, bo zamiast przywieźć zdobyczną smoczą skórę, to wróciliśmy ze Smokiem jako sojusznikiem. To się nazywa dyplomacja, nasi Komisarze do Spaw Ludowych eee Kadrowych spisali się znakomicie :)
Z czasem Dragoni stali się integralną częścią SFA, uruchomiając także filie w Łodzi i w Warszawie. Tak też narodziła się Grupa Armii „SFA Środek”, a jej Instruktor prowadzący czyli Bartek… stał sie dla niej się niczym Ojciec Rodziny :)
A skoro mowa o Ojcu, to Bartek - w przerwach od bycia Iron Man'em - na różnych cosplay’owych eventach nieraz stylizował się na z Josepha Seed'a z FAR CRY 5. Trzeba przyznać, że wychodzi Mu to naprawdę fajnie (sami zobaczcie), zwłaszcza w kontekście klimatu, że z SFA się nie odchodzi. Gdy raz do nas dołączysz , szermierka już na zawsze zawładnie całym twoim życiem. Nie, nie jesteśmy sektą... sekty niszczą ludzi, my czynimy ich wielkimi. Kształtujemy z ich Wojowników, przekuwamy ich dusze w żelazo a ciała w kamienie, nadajemy sens ich egzystencji stając się światłem ich oczy. Czynimy z nich armię:

"I'm a Father - come, child, come
and those who don't believe you - should run, child, run
Got the Holy Spirit and a gun, child, gun
and if you don't come - you're done, child, done...

Trust me and you will never go hungry
God's chosen woke to what's plaguing the whole country
Every word spoken opposing me take notice
you are in the presence of modern day Moses...

Don't you get it? We are all sinners
Take the herald for example - we are all killers
But it's for the greater good, eden's gate glimmers
and I can take you, grab me by the fingers..."


Cała piosenka oczywiście na końcu wpisu, a jeśli komuś podobają się takie klimaty, to polecam obczaić

instagramowy profil Bartka :)

"First thing you learn about us is that we have people everywhere" (*)
Jeśli zastanawialiście się kto Wam dzsiaj dopierniczy to powiem Wam, że kandydatów jest kilku bo frekwencja dopisała.
Jeśli skupić się nie na znaczeniu, ale na pochodzeniu słowa „dopierniczyć" to zbiór kandydatów trochę się zawęzi. Mówiąc mniej enigmatycznie: słowo to kojarzy się z piernikami, a z jakim miastem w Polsce kojarzą Wam się PIERNIKI?
Dokładnie tak! Z Toruniem.
Powiecie: zaraz, zaraz przecież SFA nie ma filii w Toruniu. Błąd! Nie miało – teraz już ma. W tym roku ruszył kolejny oddział naszej szkoły – właśnie w Toruniu.
Na Pucharze Piotrkowa gościliśmy na razie tylko Maćka, czyli Instruktora nowo powstałej filii, ale czego oczekiwać po dwóch miesiącach działalności. Wierzę, że przyjdzie czas, że ekipa z Torunia wystawiać będzie do zawodów grupę liczebnie podobną do Wrocławia czy Krakowa. Trzeba jednak dać Im czas, bo początki są zawsze są trudne.
Każda nasza nowa filia musiała przejść przez okres początkowy. Nie każda wprawdzie go przetrwała, ale jednak większość z nich poradziła sobie i obecnie duże oddziały Aramisa znajdziecie w Krakowie, we Wrocławiu, w Katowicach, w Trójmieście, w Łodzi, w Piotrkowie, czy w Warszawie. No, a teraz także i w Toruniu.
UWAGA: nie wymieniłem tutaj wszystkich miejsc, w których prowadzimy zajęcia! Jeśli ktoś chciałby zobaczyć gdzie jeszcze można nas znaleźć, to zapraszam na naszą stronę. Tam znajdziecie miejsca i terminy wszystkich naszych zajęć, Co więcej, nie chcę zapeszać, ale jest również spora szansa na uruchomienie oddziału w Bydgoszczy. Obecnie trwają rozmowy w tym temacie :)




"Ostatnie rozdanie omal mnie nie zabiło" czyli o grupach śmierci (*)
Tak jak Wam pisałem, ten sezon to sezon eksperymentów na ludziach i ogólnie z systemem. Tym razem pokusiliśmy się na rozstawienie zawodników, względem zeszłorocznych wyników Trójboju Klasycznego. Czemu?
Po to, aby uniknąć grup śmierci już w pierwszych rundach. Rozstawiając zawodników nie tak jak do tej pory było - miastami (co miało tą zaletę, że zawsze trafiło się w pierwszych walkach na osoby z poza swojej filii), ale wynikami z zeszłego roku, otrzymaliśmy bardziej zróżnicowane poziomem grupy - wiecie, było to coś jak koszyki w piłce nożnej. Grupy śmierci są fajne, jeśli się z nich wychodzi, no i niekonicznie na pierwszym etapie zawodów :)
Wielu naprawdę dobrych zawodników odpadało (no bo ktoś z takiej grupy śmierci musi odpaść) zbyt wcześniej względem poziomu jaki prezentują, tylko dla tego, że mieli mniej szczęścia w losowaniu. Wpływało to trochę na ostateczne wyniki. Obecne rozstawienie sprawia, że dużo więcej zależy od samych umiejętności zawodnika, niż od szczęścia w losowaniu.
Najlepsi i tak się ze sobą spotkają, ale może niekoniecznie w pierwszej walce zawodów.




Czas na RELAKS :)
Pierwszy dzień zawodów rozgrywamy klasycznie w szkole, w której na codzień trenuje filia z Piotrkowa. Jednakże ćwierć-, pół- oraz finały rozgrywamy na dużej sportowej hali, o wdzięcznej nazwie RELAKS.
Relaksu jednak nikt tutaj nie zażywa, bo czekają nas tam najtrudniejsze walki o miejsca na podium. To kolejny raz kiedy decydujemy się wynająć dużą halę na finały. Podobnie będzie na tegorocznych Mistrzostwach w Krakowie.
Oprawa ma znaczenie, naprawdę duże znaczenie. Jak ktoś nie widział naszego filmiku z Mistrzostw 2013, rozgrywanych na hali Politechniki w Krakowie, to może zobaczyć go tutaj.
A na koniec kilka zdjęć z finałów. Miłego oglądania, a my tymczasem odliczamy już do Mistrzostw. Puchar 3 Broni już czeka.









Cytaty:
1) FAR CRY RAP "Meet the Father"
2) Film "Quantum of Solace". Tekst skierowany do James'a Bonda i M o organizacji Spectre. 
3) Film "Cassino Royal". James Bond komentujący partyjkę w pokera, podczas której ledwie przeżył próbę otrucia.



Tropiciel 26

  • DST 61.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 21 października 2018 | dodano: 26.10.2018

Oto i druga część opowieści o tych, którzy wzgardzili snem. Z "Jaszczura - Kamienne Sciany" wyjeżdżamy około 22:00. Do Wołowa z Plichowic mamy 2 godziny drogi, a nasz start wypada o 00:30. Tutaj ponownie chcielibyśmy podziękować ekipie Tropiciela, za przychylenie się do naszej prośby i ustawienia naszego startu najpóźniej jak się da. Kolejny raz przepraszamy za kłopoty i raz jeszcze obiecujemy, że na pewno NIE będzie to ostatni raz. Dwa rajdy - jeden w dzień, drugi w nocy to świetna zabawa i bardzo nas cieszy, że po raz kolejny udało się złapać taką parę imprez.
Do Wołowa przybywamy parę minut po północy, niemal spóźnieni bo droga nam się trochę przedłużyła. W biegu niemal ściągamy rowery z auta, rejestrujemy się i na starcie meldujemy się... minutę po naszej godzinie startowej. Masakra, ciągle w biegu. Owszem na własne życzenie, ale jednak ciągle w biegu :)

Miasto zasypia, budzi się Mafia... czyli "wielu Bothan zginęło, aby dostarczyć nam te informacje" (*)
Każdy Tropiciel ma jakiś motyw przewodni: było skażenie, były słowiańskie Demony, a dziś walczyć będziemy z układami mafijnymi. Pierwsza część tytuł tego rozdziału nawiązuje oczywiście do popularnej gry "Mafia" i ogólnie bardzo pasuje do klimatu dzisiejszej imprezy. Wołów dawno już zasnął, a my ruszamy w noc. Jesteśmy dzisiaj agentami wywiadu, którzy mają uzyskać informacje pozwalające na rozbicie rządzących tym miastem gangów. Nadarza się ku temu idealna okazja, bo właśnie zmarł "Capo di Tutti Capi" i w grupie rozpoczęła się wewnętrzna walka o schedę po Nim.
Każdy z Gangsterów posiada fragment kodu, który ułożony w całość i odszyfrowany pozwoli uzyskać dostęp do sejfu. A w nim? No właśnie, tego się trzeba dowiedzieć... ponoć będzie tam coś co pozwoli pokonać Mafię.
Otrzymujemy jeszcze dodatkową informację - wyrwaną gangom niemal w ostatniej chwili. Nie powinniśmy dziś ufać mapie. Niektóre ścieżki wyprowadzą nas na manowce, a tam gdzie nie ma dróg, odnajdziemy trakty prowadzące do celu. Na tym etapie nie wiemy jeszcze jak bardzo dotknie nas dziś to zjawisko, ale nie uprzedzajmy faktów. Planujemy nasz wariat przejazdu i ruszamy w noc...
Zdjęcie ze startu pochodzi z oficjalnej galerii Tropiciela, pozwoliliśmy sobie je pożyczyć na potrzeby relacji :)


Może łuska do portfela na szczęście?
Ruszamy w noc i pierwsze punkty wchodzą nam jak złoto . Pierwsze zadania także.
Na punkcie B musimy rozwiązać szyfr, a jako że Obsługa Punktu grzeje się przy ognisku, to sprzedaje podpowiedzi za 10 patyków. To jest deal - dzięki temu mieli drewna na cała noc, jak niemal każda ekipa Im dostarczyła patyki i konary :)
Kolejny punkt to to zadanie militarne. Dostajemy łuski na szczęście... Kurde, w portfelu to się toto nie zmieści. Nic dziwnego, bo jest tu nawet AK47. Tak, to jest nasze kolejne zadanie. Przypasować łuski do broni. Jest klimat!!
Zadanie nie takie proste jakby się mogło wydawać, ale udaje nam się zrobić je przy drugiej próbie.


Jakie jest najlepszy tekst na podryw? Przeprasza Panią, czy ta chusteczka pachnie chloroformem?
Aby dostać się na kolejny punkt musimy przeprawić się przez tereny podmokłe i strumienie. Chwila buszowania po krzakach i udaje nam się znaleźć suchą drogę przez wodne przeszkody, ale niektórzy twardo cisną na wprost, przez wodę. Mają samozaparcie albo samo zaparcie :)
Obsługa punktu to ponownie militarne klimaty. Jako, że nasz zespół jest dwu osobowy dostajemy zadanie typowo ARAMISOWE: po 20 pompek na głowę. Bajer - to lubię.Padamy na glebę i ciśniemy 20, kiedy to przybywa jakaś większa, głównie żeńska ekipa. Jako, że ich zespół jest spory, dla nich zadanie wygląda zupełnie inaczej. Zielone Ludziki skuwają dwie dziewczyny kajdankami, a reszta ma je uwolnić dopasowując kluczki. Szkodnik zrobił pompki i chce napierać dalej, ale mnie jakoś dalej nie ciągnie obecnie za bardzo.
Ej Szkodnik, tutaj skuwają sympatyczne dziewczyny kajdankami, czemu miałbym chcieć stąd odjechać?
Szkodnik naciska, ale proponuję rozwiązanie: pojedziesz po lampiony, ja tu zostanę,pomogę w obsłudze tego punktu.
Szkodnik wyraża kategoryczny sprzeciw... mówi mi, że nie ma takiej opcji.
Pytam czemu? A ten na to, że nie "obrobiłem" jeszcze tych dziewczyn w kajdankach, które mam w piwnicy. Nie dostanę żadnych nowych, póki nie zajmę się tymi zaległymi. Nie po to dostałem na urodziny zestaw małego chirurga, sprzęt do przesłuchań oraz maskę z filmu "Krzyk", aby wszystko to leżało odłogiem, a "sztuki" w w piwnicy się zmarnowały.
No nie ma dyskusji ze Szkodnikiem. Nie będzie nowych, póki nie odrobię zaległości.
Ech... no szkoda. Bo mam tutaj okazy jak na tacy. A tak to znowu będę musiał nocą łazić po mieście - jak ja nienawidzę tego płaszcza i kapelusza. Tego "Dzień dobry Pani, zgubiłem się. Nie znam miasta, może mi Pani pokazać na mapie gdzie jesteśmy... mapę mam tutaj , proszę spojrzeć".
A potem targanie ich po schodach w dół i te ciągłe pytania  od Szkodnika: "widział Cię ktoś? Na pewno? Szybciej, szybciej..." Popędzanie... ciągle to popędzanie.
A same okazy? Niby wszystkie nieustannie na diecie, ale zatachać niektóre po schodach w dół to jest wyzwanie dla moich chorych kolan. Niemniej przynajmniej z tych większych są smaczniejsze rarytaski... kiełbaska do pracy i częstujesz kolegów, a Ci się zastanawiają co to za mięsko. Przepis to tajemnica, ale prawda że paluszki lizać... rozumiecie? Paluszki lizać :)
No ale Szkodnik ma rację. Zaniedbałem systematyczną obróbkę, nie jestem na bieżąco, to muszę najpierw nadrobić zaległości nim dostanę nowe sztuki.
"Głowę zwiesił niemy" (*) i jadę za Szkodnikiem, odjeżdżamy - dziś muszę obejść się smakiem.
Choć może nie do końca - dwa długie rajdy, więc znowu mam w plecaku 5 krokietów. Domowej roboty, jeśli łapiecie aluzję. Pychotka :)



"Now let me welcome everybody to the Wild Wild West, a state that's untouchable like Eliot Ness ..."
Na kolejny punkcie witają nas Gangsterzy. Jeden z Nich przedstawia się jako Al Capone.
Odpowiadam, że miło mi poznać - ja nazywam się Eliot Ness.
Nie wiem czy kolega podchwycił klimat, bo żart był lekko hermetyczny. Ness był dowódcą oddziału operacyjnego federalnych zwanego "Nietykalnymi", którzy doprowadzili do skazania Ala Capone (Nazwa oddziału "Nietykalni" pochodzi z dziennika Chicago Daily News, w którym tak ich przezwano gdy upublicznione zostały nieudane próby skorumpowania Ness'a oraz wielokrotne próby zastraszenia Go). Nie każdy jednak musi znać tą postać, bo czasy prohibicji i zawirowanie z nimi związane to dość osobliwa historia i mocno związana ze społeczeństwem amerykańskim, a nie Europą.
Naszym zadaniem tutaj jest odnalezienie skradzionych złotych monety. Aby tego dokonać musimy ze Szkodnikiem współpracować. Każde z nas otrzymuje dwie liny - po jednej do każdej ręki. Ciągnąc lub popuszczając je sterujemy wiszącym hakiem, którym musimy złapać wiadro stojące na ziemi i dostarczyć je we wskazane miejsce. W wiadrze znajdują się poszukiwane przez nas złote monety.
Ruszamy do boju i chwilę później hak lata jak chce, tak że za moment ktoś skończy jak Janosik... "

Wisi zbójnik wisi za poślednie ziebro, pytają Panowie kaj złoto i srebro. Choćbym ja miał wisieć na trzech szubienicach nigdy wam nie powiem o moich piwnicach" (*)

Musimy najpierw ogarnąć jak działają liny nim zaczniemy uskuteczniać jakąkolwiek współpracę. Szkodnik każe mi stać nieruchomo, nie ciągnąć anii nie popuszczać lin, tak aby zorientować się jak działają te jego. Chwilę później dostaję zjebę że nie pomagam, tylko stoję jak osioł. Zastosowałem się do prośby, tak?
Widzicie jak to jest... pamiętajcie, żaden dobry uczynek nie pozostanie bez kary.
Gdy już ogarnęliśmy jak działają układy liniowe eeee wróć LIN'owe nie, nie... nie LIN'owe, ale linowe. No! Gdy już ogarnęliśmy jak działają układy linowe to nawet sprawnie wyratowaliśmy wiadro z opresji.
Wpiszę to sobie w CV w swoich największych osiągnięciach: ratunek wiadra z potrzasku :)



KA-BOOM... czyli swąd palonych ciał.
Pamiętacie film na podstawie gry (tak tej Widnows'owskiej) Saper?
Tak się właśnie czujemy na kolejnym punkcie. Musimy uwolnić zakładnika uprowadzanego przez Mafię, ale aby to zrobić należy najpierw rozbroić bombę. Z przecieków dowiedzieliśmy się, że aby otrzymać podpowiedź jak rozbroić ładunek, trzeba odpowiedzieć na pytanie: jaka jest najgłębsza jaskinia świata. Widzicie, na rajdzie można się czego nauczyć... polecam przeczytać bo jest naprawdę niesamowita. 
Mimo, że znamy odpowiedź na pytanie i otrzymujemy podpowiedź... nie mówi nam ona zupełnie nic. Podpowiedzią jest możliwość dokładnego oglądnięcia zakładnika. Zwracamy uwagę na wszystko: napis na worku na głowie, kable bomby, ułożenie ciała... oprócz tego, na co uwagę zwracać powinniśmy. Po 10-sekundowych oględzinach zabierają nas na do miejsca rozbrajania bomby. Są 3 dźwignie, 2 powodują eksplozję, a trzecia rozbraja bombę. Basia wybiera jedną, ja inną. Sprawdzamy obie. 2 x KABOOM !!!
Trzeba było wybrać 3-cią. Podpowiedzią był węzeł jakim przywiązana była bomba do zakładnika, bo dokładnie taki sam węzeł był na 3-ciej dźwigni. Polegliśmy z kretesem... albo raczej z wielkim hukiem :)

"Co jest najważniejsze jesienią?" Łyżka. A czemu? Bo JE SIE NIĄ :)
Suchar ten dedykuję Gangsterom na punkcie C. Zacna ekipa z półświatka dopada nas w środku nocy i każe wykazać się myśleniem nieortodoksyjno-absurdalno-błyskotliwym. Mamy podawać sucharowe odpowiedzi na sucharowe pytania i od naszej elokwencji zależy czy zaliczmy ten punkt czy nie.
Leci pierwsze pytanie:
"Co zrobił Sobieski zaraz po objęciu tronu?". To znam, proste, że na nim po prostu usiadł :)
Niemniej pytanie takie uznałem za wyznawanie na pojedynek. Prawdziwą strzelaninę z Gangsterami. Odpowiadam zatem inną zagadką, mimo że to my mamy być tutaj pytani:
"Po której stronie gęś ma najwięcej pierza?"
Zaskoczyłem ich, nie zdążyli nawet przeładować. Proste, że po ZEWNĘTRZNEJ !!!
Gangsterzy sięgają po większą artylerię:
"Co robi ginekolog?"
Oh tego nie znam. Myślę, myślę, ale nie wiem.
Odpowiedź mnie zabija: "Szuka problemów tam, gdzie inni znajdują szczęście"
Czuję się niemal zobowiązany odpowiedzieć z równie grubej rury:
"Ginekolog patrzy w oczy, a powinien?"
OKULISTA !!!
Ha, teraz to my Ich zniszczyliśmy. Próbują się nie śmiać, ale nie dają rady.
Rozbiliśmy bank. Dolary wędrują na stół, a kolejne dziurki w naszą kartę.
Posileni tak wielkimi sucharami, żegnamy się z Gangsterami i znikamy w mroku nocnego lasu.



“Stunning display of group and individual stupidity” (*)
Czyli o tym jak narazić „miano” Tropiciela. Jak już Wam nieraz pisałem, miano zyskują osoby, które zaliczą wszystkie punkty kontrolne w limicie czasu. Na ostatnim Tropicielu zeszliśmy z czasem poniżej 7 godzin, mając dostępne 8. Nie, nie chodzi o to by się chwalić bo nie ma czym, bo są tacy co schodzą grubo poniżej 4 godzin, więc nie ma porównania. No dobra, mamy usprawiedliwienie – ciągle jesteśmy po jakimś rajdzie w dzień, ale jakby nie patrzeć przybycie na metę z kompletem i bezpiecznym zapasem to jest nasz cel zawsze. Nie musi to być rekord przejazdu, fajnie jest pobawić się zadaniami, pogadać z obsługą punktów… ale pasowałoby dotrzeć w limicie!
Takie też mieliśmy założenie tym razem i powiem Wam, że czas z jakimi wchodziły nam pierwsze punkty był po prostu rewelacyjny. Na trzecim, czwartym punkcie, pojawiła się myśl, że idzie nam tak dobrze że skończymy przez świtem. Mając już trochę doświadczenia w te klocki, od razu myśl taką wywaliłem do kosza – bo zawsze, zawsze kiedy tak pomyślę, życie pyta „naprawdę?”.
I tak też było tym razem… przed Wami krótka opowieść o tym jak w popisowy sposób narazić się na utratę miana Tropiciela. Czysty KNOW-HOW, poradnik HOW-TO. Instrukcja krok po kroku. Na punkcie F (jest to jeden z punktów opisanych powyżej) straciliśmy trochę czasu bo się drogi nie zgadzały z mapą, ale nie powinno to nikogo dziwić, bo tak też pisało w instrukcji: NIE UFAJCIE MAPIE.
Piękna przecinka wyprowadziła nas głęboko w las, następnie znienacka zanikła, kończąc się ścianą drzew i krzaków. Wtedy podjęliśmy bardzo mądrą decyzję aby się wycofać i spróbować pkt F najechać od innej drogi. Kosztowało nas to jakieś 15-20 min straty, ale zadziałało jak złoto.
Dlaczego zatem, kiedy sytuacja się powtórzy, nie zastosować takie samego manewru? Hmm, BO NIE. BO NIE i CH*J :)
Tak można w skrócie streścić to co odwaliliśmy przy punkcie K. Był to punkt stricte z tras długich, więc część zawodników nie będzie go w ogóle kojarzyć, ale powiem Wam, że spotkaliśmy tam zło… leśne zło.
Planem było nadjechać go od południa, jako że dostępne były dwie drogi: od zachodu lub od południa, a na mapie obie były traktami tej samej klasy czyt. przecinki leśne.
Ruszamy od południa i chwilę później przecinka zaczyna się „psuć”. Niestety nie zepsuła się tak jak ta w drodze do F - znienacka, ale zaczęła się psuć stopniowo. Z każdym krokiem robi się coraz trudniej. Jeden wiatrołom w poprzek drogi, drugi, za chwilę 3 pod rząd, ale twardo idziemy.
Wskazania kompasu mówią, że kierunek jest bardzo dobry – brniemy dalej. Złamanych drzew robi się coraz więcej, a nie są one małe. Na każdym trochę schodzi aby przeprawić się z rowerem. Postanawiamy zatem ukryć bezpiecznie rowery i pójść dalej z buta.
Zgodnie z planem rowery zostają schowane pod wielkim zwalonym drzewem, a my ciśniemy dalej. Przecinka przestała być jakąkolwiek drogą, idziemy przez morze wiatrołomów. Niektóre tak ogromne, że nie daję rady przejść górą i muszę się pod nimi niemal czołgać.
Tempo marszu spada do ślamazarnego. Mamy do przejścia jakieś 300 metrów jeszcze, ale nasza prędkość wydaje się oscylować w okolicy 5 metrów na 24 godziny… Masakra. Myślimy czy się wycofać, ale punkt jest już bliżej niż dalej, dlatego brniemy… brniemy głębiej, a tam tylko gorzej. Zaczynają się dzikie róże i podmokłe tereny. Trochę deja vu z Rozlewiska Moczarki, tylko klimat trochę inny – ale równie prz****ny.
W końcu po długiej walce docieramy do lampionu i dziurki lądują na karcie. Teraz trzeba wrócić do rowerów i ponownie przedzierać się z nimi przez te raz już przebyte  wiatrołomy – w końcu rowery porzuciliśmy wcale nie tak blisko końca dobrej drogi.
Wracamy i znowu zaczyna się walka…  w drugą stronę wcale nie jest łatwiej. Jesteśmy umorusani i brudni – naprawdę czasem niemal się czołgam pod niektórymi przeszkodami. Gdy docieramy do rowerów, zastanawiamy się co dalej. Czy postąpić mądrze i wycofać się do drogi, czy może przedzierać się na dziko w kierunku pkt E. Skoro w stronę K było morze wiatrołomów, to na wschód, w stronę E na pewno ich nie będzie, prawda?
Pamiętajcie ten zakręcony film "KUNG PAO - wejście pięści" -  była w nim taka scena:

"So here were my options: A, quickly duck sideways, dodge the claw, then take him out with a spinning back-kick or B, take the claw in the face, then roll on the ground and die. [Gets hit in the face a few seconds later]
Hmm! Shoulda gone with A!"


Tak było... powinniśmy wybrać opcję A, ale nie... przedzieramy się na dziko w kierunku E. Przecież wiatrołomy muszą się kiedyś skończyć. Na E prowadzi droga, byle do niej dotrzeć. Po 30 minutach przeprawy okazuje się, że drogi na E też nie ma. Jest coś innego - zgadniecie co? TAK, dokładnie: bagna  i wiatrołomy... cudownie. Utknęliśmy na na amen. Kaplica.

Próbujemy jakoś się wydostać z potrzasku, ale jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje się powrót na punkt K i pojechanie tą drugą drogą do drogi głównej (o ile chociaż ta istnieje). Istnieje i jest nawet całkiem spoko, bo od pkt K do E okrężną drogą zejdzie nam niecałe 20 min. Po prostu ARAMIS express. Niemniej na zabawie z wiatrołomami straciliśmy około 2 godzin. SŁOWNIE: dwóch godzin. Oznacza, to że do limitu została nam niecała godzina, a przed nami jeszcze dwa punkty i powrót do bazy. Robi się niewesoło, bo jest realna "szansa" że nie zdążymy na czas!!
Jak się nie ma się w głowie, to musi się mieć w nogach. Ciśniemy ile fabryka dała, ale minuty uciekają szybko... za szybko.

"Jeszcze jeden lampion dzisiaj, choć poranek świta, czy pozwoli panna Basia, młody szermierz pyta..." (*)
Nie jeden, a dwa. Nie panna, a Pani. Nie młody, ale sponiewierany bagażem lat minionych... zgadza się jedynie poranek i pyta. TAKA PYTA!!! że nie zdążymy. Ciśniemy jak wściekli. Lecimy to drogą, to lasem, przewracam sarny i samochody. Dziś nie hamujemy dla nikogo. Wpadamy na pkt E, a tam zadanie. Kochamy zadania, przecież na tym polega Tropiciel, ale błagam nie teraz. Zadanie = czas... czas, które nie mamy. Czas, który pożarły łakome wiatrołomy. 
Zadanie to partyjka gry - podobnej do cymbergaja, ale trochę trudniejsza (kilka  Zaczynamy grać, ale myślami jesteśmy już w drodze, a oczyma wyłącznie na zegarku, a nie na planszy. Nie idzie nam... pytam co będzie, jeśli przegramy.
Pada hasło KARA.
Człowieku zlituj się, jak dodasz czasowa to Cię ukrzyżuję i pożrę, albo pożrę i ukrzyżuję. Mogę nago wbiec do jeziora postraszyć łabędzie, wszystko - ale nie kara czasowa. Nie dziś, nie teraz.
Pada znamienne: nie ma już innych ekip, więc obejdzie się bez kary, jedźcie. DZIĘKUJĘ. KOCHAM CIĘ WODZU. ODROBIĘ W POLU. Szkodnik lecimy!!
Wpadamy na drogę asfaltową i rozwijamy chore prędkości przelotowe. Jest pięknie bo wraz z porankiem budzą się do życia wspaniałe mgły. Jest pięknie i... późno. Tzn wcześniej. Po 7:30 rano, ale dla nas to późno.

Wpadamy na ostatni punkt dzisiaj, a tam nie ma zadania ale są batony. Obsługa nas rejestruje i pyta czy chcemy batona. A my, że NIE.
Zdajcie sobie sprawę? Odmówiłem BATONA? Wiecie jak bardzo musieliśmy się spieszyć, żeby odmówić batona? Wiele błędów popełniłem w życiu, wielu wyborów żałuję... ale to już przesada. Odmówić batona? Gdzie honor, gdzie jakieś zasady, cokolwiek...
Wyjeżdżamy z punktu i lecimy dalej.
Ciśniemy na bazę, ale już trochę spokojnie. Zdążymy. 
Do bazy dojeżdżamy na około 10 minut przed limitem. Udało się, ale stres zafundowaliśmy sobie niesamowity... po części na własne życzenia, a po części przez pecha (gdybyśmy wybrali drogę od zachodu a nie od południa to byśmy w punkt wjechali w parę minut - a na mapie były identycznej klasy).
W bazie wszyscy już są: Kamila, Filip, Lenon, Magda, Mateusz, ekipa Etisoft. Tylko my wyglądamy na brudnych... Lenon (znany też jako Jonathan z Idared) mówi nam, że przecież trasa była sucha. Wzrok Basi zniechęca go dalszego wygłaszania takich opinii.

W bazie łapiemy około 2 godzin snu i zostajemy na uroczystym zakończeniu. W losowaniu nagród Basia dostaje karimatę i torbę treningową/podróżną. Rewelacja. Ale to co jednak jest najważniejsze to SREBRO.
To nasze 6-ste miano TROPICIELA a więc srebrna odznaka. Świętujemy sukces, który przybliża nas o kolejny krok do najbardziej prestiżowej złotej odznaki (9 mian).
Gdy wracamy do Krakowa, idziemy spać niemal jest natychmiast. Z piątku na sobotę przespaliśmy się około 3-4 godzin, w bazie całe dwie... to oznacza, że jest niedziela wieczór, a od nocy z czwartku na piątek spaliśmy 5-6 godzin. Ale było warto.

P.S. A co z Mafią? Mafia rozbita. Ułożyliśmy kod do sejfu, na podstawie wszystkich wskazówek zebranych po drodze. A co krył sejf... ha, może pozostawimy to taką samą nierozwiązaną zagadką jak kultowa scena z "Pulp Fiction"? No dobra powiem Wam: sztabki złota... jadalnego, podłużne bułeczki śniadaniowe. Dla mnie bomba :)
CYTATY:
1) Oczywiście "Gwiezdne Wojny: Powrót Jedi". Mon Mothma o planach drugiej Gwiazdy Śmierci, (odprawa przed bitwą o Endor).
2) Wiersz: Kazimierz Przerwa Tetmajer "Koniec wieku XIX"
3) Dr. DRE i 2pack "California love"
4) Piosenka z serialu "Janosik"
5) Horror "Wzgórza mają oczy II" (scena zjeby młodych rekrutów)
6) Parafraza piosenki wojskowej "Jeszcze jeden mazur dzisiaj"


Kategoria Rajd, SFA

Jaszczur - Kamienne Ściany

  • DST 70.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 20 października 2018 | dodano: 23.10.2018

Ostatni, czwarty już Jaszczur w tym roku. Dla nas niestety tylko trzeci, bo nie udało nam się dotrzeć na lipcową edycję "Astronomiczne Odległości". Czemu? Bo nazwa zobowiązuje i był  on rozgrywany w astronomicznej odległości od Krakowa (Frombork), a do tego my w tym czasie jechaliśmy właśnie na obóz szermierczy. Do tego ta edycja pokrywa się z inną, genialną imprezą - TROPICIELEM. Szczęśliwie da się to jakoś pogodzić i w klasyczny już dla nas sposób, startujemy tu i tu - za dnia na Jaszczurze, a nocą na Tropicielu.   
Jaszczurowe limity mają czasem po 18 godzin, więc nie uda nam się zostać na całym rajdzie, ale i tak nie jest źle - dzięki temu, że nasz start na Tropicielu wypada o 00:30, to uda nam się zaliczyć większą część Jaszczura.

"Tęsknię za ciepłym dotykiem świtu,

tam gdzie jeziora mają barwę nefrytu,

tęsknię za miejscem dziecięcych przygód

tam gdzie powietrze ma zapach bursztynu

Dziś - ruszam w drogę, niosę ciężkie brzemię,

choć mam chłodne dłonie, to słońce goreje.

To jest przeznaczenie, które każe mi iść naprzód

Kochana Drużyno - NIE ZWALNIAJMY MARSZU" (*)

To właśnie czuję kiedy jedziemy na Jaszczura – Kamienne Ściany. Jaszczur to jeden z naszych ulubionych rajdów a Dolny Śląsk to jedno z najpiękniejszych polskich województw, które my po prostu uwielbiamy. Byliśmy tu dziesiątki razy: od Gór Izerskich, przez Rudawy Janowickie czy Góry Kamienne po Stawy Milickie, ale zawsze, po prostu zawsze kochamy tu wracać. A dziś mamy ZNOWU piękne połączenie, czyli Jaszczur na Pogórzu Izerskim.
Czemu znowu? Bo dokładnie rok temu, w końcówce października, niedaleko stąd odbywał się inny Jaszczur, a my podążaliśmy wtedy Ścieżką Muflona. Była to jeden z tych rajdów, który sponiewierał nas naprawdę zacnie i srogo… był to także jeden z najwspanialszych rajdów w naszej karierze. Jeśli kiedyś pokuszę się o zestawienie naszych najlepszych (subiektywnie oczywiście) rajdowych przygód, to na liście tej znajdziecie "Jaszczur – Ścieżka Muflona".
Lekkie uczucie deja vu towarzyszy nam  zatem właściwie od samego początku wyprawy. Znowu wyruszamy o 3:00 w nocy w kierunku Sudetów i lecimy, niemal pustą o tej godzinie A4-rką. Co więcej deja vu jest związane nie tylko z zeszłorocznym Jaszczurem. Jedziemy przecież do Plichowic, nad Zaporę. Tuż obok jest Wieża Rycerska w Siedlęcinie, a gdzieś niedaleko zamek we Wleniu, czyli atrakcje Doliny Bobru. To tereny także innej naszej przygody – naszego pierwszego, ponad-dobowego (34 godz) rajdu – team 360, z bazą w Szklarskiej Porębie. Oj wiele się wtedy działo... Na przykład, prawie zabił nas Pan z Niedźwiedziem na smyczy, a kajaki... zamiast nimi płynąć, to nieśliśmy je niebieskim szlakiem w lesie, ku wielkiemu zdziwieniu gapiów.
No i ten nieśmiertelny żart o kajaku i patelniach – jak ktoś nie zna, odsyłam do relacji z tamtej imprezy. Tutaj znajdziecie wszystko o powyższych zdarzeniach.
 A Rudawskie czy Kaczawskie Wyrypy? Także zahaczały o te tereny i to niejednokrotnie!!.
Jedziemy zatem - po raz kolejny w Krainę Wygasłych Wulkanów - tropić Jaszczura dniem i n… ano właśnie, tym razem nie nocą.
Nocą to przejeżdżamy na Tropiciela do Wołowa („nad” Wrocławiem), czyli znowu łapiemy dwie imprezy w jeden dzień.
W związku z tym chcieliśmy być w Plichowicach najwcześniej jak się da, bo o 22:00 najpóźniej musimy opuścić bazę. Nasza start na Tropicielu mamy o 00:30, a to jednak będzie ze 2 godziny drogi do Wołowa. 
No ale dosyć. To tyle tytułem wstępu, pora na PORA… a nie, to później (z tekstu dowiecie się o co chodzi), pora na drogę… nie, nie, to też nie to… nie na drogę, pora w drogę. Na drogę to dostaliśmy drożdżówkę. Jak to u Malo :)

"Zapachniało powiewem jesieni..."(*) czyli ELEKTRO egzekutor na wypasie

Mapa jak zawsze jaszczurowa - dość poglądowa i z dużą ilością wycinków do dopasowania. Tym razem jednak bez wycinków historycznych, dzisiaj właściwie same lidary. Dopasowujemy to co się da i ruszamy w drogę. Korekty i zmiany będą robione po drodze - "w locie".
Jesień czuć już w każdym oddechu. Chłód październikowego poranka, kolorowe drzewa i lekkie poranne mgły. No jest pięknie... trochę zimno, ale pięknie. Nie ma co narzekać. Ruszamy na południe. Obstawialiśmy, że Malo rozrzuci punkty w kierunku Wlenia, a tu taka niespodzianka - ruszamy w kierunku Doliny Bobru. Po przejechaniu pierwszych 200 metrów, zaczyna się klasyka czyli pchanie pod górę, bez ścieżki przez pole. To jest niesamowite na Dolnym Śląsku, nawet jak jesteśmy tam na urlopie, bez rajdu - zawsze, każdą wycieczkę rowerową niemal zaczynamy od pchania. Nie wiem jak to możliwe, ale tak już jest.
Ciśniemy pod górę, delektując ciszą jesiennego poranka, tu nagle BZZZZ.... BZZZ.... BZZZZ... Pastuchy. No nie!! Znowu. Jak na ostatnim Rajdzie Waligóry, gdzie zostałem wypieszczony za wszystkie czasy. Próbujemy przeprawić się przez przeszkody bezboleśnie, ale prąd ma inne plany. To nie pastuchy, to elektro-egzekutory!!! Jakie tu mają krowy, że potrzebują takiego kopa? Krowę taki strzał to chyba od razu zamienia w ciepły posiłek. BZZZ.... BZZZ....BZZZ.... Szkodnik ratuj się, giniemy.... BZZZZ....BZZZZ....BZZZZ.... Powinienem się cieszyć, bo ortopeda zawsze kierował mnie na prądy, ale kurde nie 22 000V. Kij z Voltami... napięcie to tylko różnica potencjałów (a te pastuchy tutaj to mają naprawdę dobry potencjał), ale Andre Marie (AMPERE) jest dziś morderczy. Czemu nie działa różnicówka? BZZZZZ.... jak to jej nie ma? Kto to rychtował, jak to przeszło odbiór? BZZZZZZZZZ.... Grześ!!!! puść ten przewód!!! BZZZZZZZZZZZZZ.... nie mogę, nie dam rady.... BZZZZZZZ.... Szkodnik, powiedz Simbie, że zostanie królem.... BZZZZZZZZZ.... Nie możesz umrzeć!!! Dziś twoja kolej mycia garów! Nie ma takiej opcji abyś umarł!!!
Przeszliśmy, punkt zebrany. To było naprawdę pozytywne - w znaczeniu dodatniej polaryzacji - doświadcznie... normalnie naładowałem baterię na lata.




Skała z widokiem 360 stopni
Tak, jest tutaj taka wielka skała, z takim widokiem. Ale nie chodzi mi tutaj tak naprawdę o zakres widoczności z tej skały, ale o wspomniany już rajd 360. Tutaj stał jeden z punktów na tamtym rajdzie - to bardzo fajnie, znowu odwiedzić to miejsce. Ech, bywam sentymentalny... nasze pierwsze 34-godzinne sponiewieranie się w błocie i brudzie. Tego się nie zapomina... to się leczy, aby nie mieć koszmarów. Powiedziałbym, że prądem ale dziś już podziękuję za tą opcję.
Szkodnik ciśnie na skałkę i odrysowuje na kartę znaki, jakie tam są. Jeszcze szybkie zdjęcie i już nas nie ma.
Spadamy już żółtym i niebieskim szlakiem w dół, w kierunku Bobru. "Chodź pomaluj mój szlak, na żółto i na niebiesko" (*) :)



Szkodnik vs skarpa - podejście pierwsze:

Szkodnik vs skarpa - podejście drugie (trzeba sposobem):


Tylko dla Orłów czyli za MALO silni na silnię
Skoro tytuł tego Jaszczur, to Kamienne Ściany to muszą  takowe gdzieś wystąpić. Główną jest oczywiście zapora w Plichowicach, ale na razie podziwiamy ją z daleka. Punkty w jej okolicy będziemy zdobywać przy powrocie, bo wracać będziemy właśnie po drugiej stronie jeziora. Ruszamy zatem w poszukiwaniu innych kamiennych ścian. Pierwszą jest elektrownia, gdzie mamy odrysować emblemat nad jednym z jej wejść. Byliśmy w tym miejscu parę razy, jeżdżąc szlakami Doliny Bobru, ale nigdy nie zwróciłem uwagi na emblemat nad bramą. Oglądaliśmy elektrownię, przejeżdżaliśmy kładką nad jeziorem, ale tego orła nie widzieliśmy nigdy wcześniej.

Emblemat nad wejściem... emblemat nad wejściem? O co może chodzić?

Chwilę później wpadamy na kolejne kamienne ściany - zbiór różnego rodzaju ruin. Przez chwilę nie możemy znaleźć punkt, aż tu nagle... o k****. Jak On tam wlazł. Jak MY mamy tam wleźć, aby potwierdzić punkt kontrolny? Masakra. Widzimy, że kod punktu to X! czyli silnia z X (czemu nie n? wiadomo, że typ zmiennej można zdefiniować dowolnie, ale jednak x sugeruje w jakimś stopniu liczby rzeczywiste a nie naturalne. Do silni pasowałoby najbardziej n, chociaż matematyka jest piękna i radzi sobie z takimi problemami). A jakby komuś było mało, to polecam również ten filmik.
Jakbyśmy sobie tej silni nie definiowali, to my nie jesteśmy wystarczająco silni aby tam wleźć. Mamy wrażenie, że przy punkcie nie ma kredki, więc wpisujemy na naszą kartę X1 własnym długopisem. W bazie się okażę, że kredka jednak była i byli też tacy, co odpisali kod wymaganą kredką z lampionu, czyli musieli tam wleźć. Szacun.  




Jakiej ORIENTacji był Król Artur i ile ważyły jego pory?

Król Artur? Z tego co pamiętam to posuwał Ginewrę i Morganę (jedną na plecach, a druga na boku), więc wychodziłoby że niby hetero.
Niemniej kojarzę, że uwielbiał również Lance-Lota, więc to już nie takie pewne :)
Czemu piszę o Królu Arturze w relacji z rajdu na orientację? No więc właśnie, Panie i Panowie… Siedlęcin. Wieża książęca.
Pasuje Wam? Król Artur na Dolnym Śląsku!! Jest XIV wiek, właśnie postawili wieżę, a jakiś artysta:

- Wieża nam wyszła na wypasie, ale trochę tu pusto. Jebn**łbym tu freska?
- O! Fresk to pomysł w pyteczkę. A masz jakiś pomysł, co narysować?
- Ostatnio jak byłem na Wyprawie Krzyżowej to opowiadali mi historię jakieś Sir Lancelota. Kupy się nie trzymała, ale słuchało się dobrze w przerwie napierd***nia z AXE'a niewiernych. Może ją zatem tutaj przedstawię.


Niesamowite to jest, po prostu niesamowite.  XIV wiek, a Ci "freskują" historię Lancelota z Jeziora... nad Jeziorem Modrym w Siedlęcinie.
Wracając do rajdu, naszym zadaniem tutaj jest naszkicować wieżę od zadanej przez Malo strony. To zadanie dla Basi bo moje zdolności artystyczne nie pozwalają na wykonanie tej czynności na poziomie wyższym niż „upośledzony”.
Kiedy Basia szkicuje wieże, a ja trzaskam fotki nagle niemal znikąd pojawia się Malo. Pytamy co tu robi, a On że po pora przyjechał. Jakiego pora? Pora, na zupę (posiłek regeneracyjny w bazie rajdu). Potrzebuje 7 kg, a w Plichowicach nie mieli. W Siedlęcinie maja to kupił i zaraz wraca gotować ziemniaczano-porową. Pasuje Wam taki klimat? Jakie zdziwienie musiało być w sklepie, wchodzi taki Malo i rzuca „pora na zupę”. Ekspedientka na to: przecież nie ma jeszcze nawet 15:00. 7 kg pora na zupę dawaj, mówię :)
No tak było. Naprawdę. No, a do zupki to się jeszcze jakiś sucharek znajdzie: dzwoni baba do lekarza i „W jakich porach Pan przyjmuje”. W sztruksach .


 
Perła Zachodu warta
Widzieliście kiedyś schronisko górskie z Latarnią Morską? Takie rzeczy tylko na Dolnym Śląsku. Panie i Panowie, oto PERŁA ZACHODU.  Schronisko, gdzie polecamy zatrzymać się kiedyś na obiad. Na jednym wakacjach to non-stop tu po rowerowych wyprawach zawijaliśmy. 
Punkt jest po drugiej stronie jeziora. Przeprawiamy się przez mostek i odnajdujemy cypel. Oczywiście, do punkty prowadzi niemal pionowa ściana. Idę na czworakach, wychodzę na szczyt ale nie ma tutaj nic. Obchodzę skały dookoła, ale lampionu nie ma. Patrzę na mapę - to musi być tutaj. Po 15 minutach bezowocnego szukanie schodzę na dół, a Szkodnik wychodzi na górę - rozejrzeć się na nowo, na świeżo. Chwilę później wraca i potwierdza, że nigdzie lampionu nie ma. Wpisujemy w kartę BPK - brak punktu kontrolnego i ciśniemy dalej. Na szukaniu punktu zeszło nam 45 min... bardzo dużo.
W bazie okaże się, że punkt był... ale nie tym cyplu co był zaznaczony na mapie. Malo się pomylił i rozstawił go nie na tym cyplu co trzeba. To się czasem zdarza każdemu, a w całej naszej jaszczurowej historii - zdarzyło się to pierwszy raz.
Szkoda tylko straconego czasu, bo jak Perła Zachodu była warta, to krążenie pod nie-tym-co-trzeba wzgórzu już takiego zachodu warte nie było. Straciliśmy sporo czasu tutaj.




Trzeba mieć nie po kolei aby eksponować swoje turbozespoły
Tak wiem… ten tytuł brzmi źle. Bardzo źle. Zwłaszcza słowa eksponować i turbo nie powinny znaleźć się w tym samym zdaniu, no ale tak wszyło. Nasze kolejne zadanie to wyznaczyć azymut i odległość do najwyższego komina ze wskazanego miejsca. Jest tylko jeden problem - wskazane miejsce to wiadukt kolejowy. Czynny wiadukt kolejowy. Trzeba na niego wleźć, uważając na SOK'istów i dostać się na jego środek... i oby wtedy nie leciał tędy żaden pociąg, bo będzie ciekawie. BHP tak bardzo. 
Cóż, do tej pory (znowu te pory!!!) tory i inne punkty kolejowe to był konik Marcina F. na Rajdach Katowice, ale widzę że to jest zaraźliwe i teraz przyszła kolej na Malo :)
Łapiemy szybki pomiar azymutu i spadamy... tzn. nie z wiaduktu. No niby, z wiaduktu, ale nie spadamy - spadamy, tylko spadamy - uciekamy nim poczujemy (jadący) do tego miejsca jakiś większy pociąg.
Następny punkt to policzenie turbozespołów elektrowni. Nie wszystkich oczywiście, ale tych eksponowanych :)
Jest tego tutaj trochę, ale ogarniamy jeszcze liczby od 1 do 6, więc udaje nam się uporać z tym zadaniem.


Bitwa pod Trafalgarem czyli punktów tutaj MNOgo
Wchodzimy na lidar, na którym jest MNOgo punktów bo są tutaj aż 3 do odnalezienia. Punkty M, N oraz O. To jeden z trudniejszych lidarów, ale postanawiamy się wyazumutować od zakrętu drogi i cisnąc przez krzory. Nie ma innej opcji złapania tego punktu. Ukrywamy rowery z dala od drogi, w "choinkach" i ruszamy z buta. Krzory okazują się dorodne: drapią, parzą i tną. Do tego robi się naprawdę stromo. Łapiemy pierwszy punkt na małej skałce, a potem ponownie z pomocą azymutu idziemy na kolejny. Okazuje się on dużą platformą widokową, a na karcie należy naszkicować plan ustawienia metalowych barierek. Okazuje się, że to miejsce nazywa się TRAFALGAREM. Oczywiście, że prowadzi tutaj normalna droga, nawet ta sama od zakrętu której się azymutowaliśmy, no ale my nie mamy normalnej mapy. Mamy laserowy skan terenu...
Tym sposobem przedzieraliśmy się przez okrutne zło leśne, zamiast wjechać tutaj rowerem od ścieżki.
Taka nasza prywatna bitwa pod Trafalgarem... bitwa z kolczastymi przyjaciółmi, stromiznami, wiatrołomami. No cały Jaszczur...
W przeciwieństwie do prawdziwej bitwy, która była właściwie ostatnią wielka bitwą żaglowców w historii świata, czuję że to nasza NIE ostatnia taka bitwa z leśnym złem :)




"Kiedy trzaśnie bariera na moście
i runę w spienione fale rzeki,
rzucą się lekarze na oślep
dusząc mnie w szponach swojej opieki
Lecz ja mimo to umrę i stanę tam, gdzie zupełnie pusto
Wiem, że właśnie Ona przykryje kocem moje łóżko" (*)

Oj trzasnąć może, bo to już naprawdę wiekowy most. Trochę też w nie najlepszym stanie. Co ciekawe jeszcze niedawno kursowały tędy pociągi. Pamiętam jak na jednej z naszych wakacyjnych wypraw, obecność pociągu na tym moście naprawdę nas zaskoczyła i stwierdziliśmy, że Maszynista powinien mieć jakiś dodatek, za pracę w warunkach zagrożenia życia.
Gdy wchodzimy na mostek, beleczki wesoło sobie skrzypią... skrzypią i szepcą o rychłym upadku z wysokości do jeziora. Idziemy jednak dalej, latarkami oświecając dziury i inne pułapki. Lampion wisi dokładnie na środku mostu. Z przeciwka nagle światło - POCIĄG !!!... nie, nie, to tylko inna ekipa (piesza), która zdąża na punkt z innej strony. Ponoć Oni mieli gorzej, bo z tamtej strony mostu brakowało jeszcze więcej belek i desek. 


Filar - Syn Oszczepnika, na czele kolumny
Jeśli czytaliście „Pana Lodowego Ogrodu” (jak nie to, to bardzo polecam bo to naprawdę świetna książka i nawet jak nie przepadacie za fantasy, to wg mnie ta pozycja wyróżnia się zarówno pomysłem, jak i jakością warsztatu pisarskiego), to wiecie kim był Filar – Syn Oszczepnika. To kolejne z naszych zadań, aby policzyć filary na starej stacji kolejowej w Plichowicach. Docieramy tam już po zmroku i wpadamy na imprezę lokalnej społeczności. Pytają nas co robimy, kiedy chodzi od słupa do słupa i coś liczymy. Mówimy, że musimy policzyć filary – najpierw trochę zaskoczeni, zaczynają nam pomagać, ale pojawia się z ich strony pytanie czy filar to to samo co kolumna i czy my w ogóle na pewno wiemy co robimy :)
Towarzystwo bardzo miło, acz trochę wstawione, więc liczenie nie idzie im zbyt sprawnie. Podają nam trochę losowe liczby. Zadanie jednak naprawdę ich zaaferowało: „od lat tutaj mieszkam, ale nigdy się nie zastanawiałem ile tu jest filarów”.
Myślę, że byłoby to jednak trochę niepokojące gdy takie rzeczy były przedmiotem twojej codziennej troski… albo byłbyś po prostu Inspektorem Budowlanym… albo Budowlańcem, co zakosił jeden z filarów i teraz próbował wyczaić czy konstrukcja wytrzyma i czy się ktoś nie kapnie, że jednego brakuje.
Wychodzi na to, że mamy 20 wolnostojących i 4 „wpisane” w ścianę. Koledzy zadowoleni, że mogli nam pomóc wracając do raczenia się trunkami, a my ruszamy dalej.

Szkodnik cierpi na widzenie tunelowe...
Słowo wprowadzenia: widzenie tunelowe to oczywiście wada wzroku, ale według pewnego Wielkiego Taktyka (Ci, którzy wiedzą że na pewnym etapie mojego życia trudniłem się rozwiązywaniem "Kryminalnych Zagadek Krakowa", wiedzą także o kim mowa) jest to sztywność poznawcza, która polega na tym, że nie widzi się innych rozwiązań i żadnych alternatyw.  Zgadzam się w 100%, gość nie widział żadnych alternatyw do swoich iście taktycznych wizji... potem czasem zapłakał nad swoim losem. Niemniej jako, że łzy stówkami z policzków sobie ocierał, to taki bardzo nieszczęśliwy to on nie był.
Dziś to jednak Szkodnik wykaże się widzeniem tunelowym...
Kolejne zadanie jest bardzo ciekawe. Na mapie mamy dwa punkty zaznaczone w tym samym miejscu, ale w instrukcji do zadnia mamy napisane, że mamy odnaleźć dwa różne lampiony. Włażę na jakąś pioną ścianę, zjeżdżam na ryju, włażę ponownie, znowu zjeżdżam... aż w końcu udaje mi się wygramolić na górę. Jest lampion, ale tylko jeden. Obszukuje okolice punkty, ale nic. Krążę i krążę, ale nie udaje mi się odnaleźć drugiego lampionu. W bazie dowiem się, że pod wzgórzem był tunel i drugi punkt był dokładnie w tym samym miejscu, co pierwszy, ale pod ziemią - w tunelu. Mocne, mocne
ALE... ja nie zauważyłem na mapie tunelu. Szkodnik zauważył, nawet ktoś Go tam pytał czy da się tym tunelem przejść (kiedy ja krążyłem na szczycie w poszukiwaniu lampionu). Szkodnik udzielił wyczerpujący instrukcji i czekał aż zlezę... słowem się nie odezwał o tunelu. To nie pierwszy raz spotykamy się z taką zagadkę. Gdyby się Szkodniczek odezwał słowem o tunelu, to byśmy go sprawdzili natychmiast, a tak odjechaliśmy w stronę zachodzącego słońca (a przepraszam, słońce to zaszło jakieś 2 godziny temu) - w stronę mroku, z jednym punktem a nie dwoma. Słowem pogratulować: ja jak ślepy koń na wyścigach: "nie widzę przeszkód", tunelu także. Szkodnik o tunelu wie, ale postanawia nic nie mówić, bo po co... może sam się domyślę :D

"I w tym momencie wiem, że niektórzy się oburzą, Ona ma 16 lat, a ja mam dużo za dużo..." (*)
Uderzamy na nasz ostatni punkt dzisiaj - trzeba się zbierać do bazy. Przeprawiamy się przez zaporę i wchodzimy w las. Musimy odnaleźć dość wysoko położony punkt widokowy. Idziemy do góry stromą ścieżką, ale nie jesteśmy pewni czy dobrze skręciliśmy. Nagle ktoś nas woła "tutaj, tutaj".
No to lecimy w stronę głosu... a tu BUM taka scena.
Jakiś brodaty gość SIEDZI właściwie na lampionie i to nie  sam... ale z dziewczyną, na oko koło 16 lat. 
Koleś ma na bidę z 50 lat. Zagaduje do nas: "ha ha ale mnie nakryliście na uwodzeniu 16-stki"
Ciężko potraktować to jak żart, bo lepią się do siebie naprawdę mocno. Mówimy, że podbijemy punkt i nie będziemy przeszkadzać, a Oni żebyśmy się przysiedli, zrobili sobie z Nimi zdjęcia, bo Im koledzy i koleżanki nie uwierzą, że ktoś ich nakrył nocą w lesie... i to ktoś szukający kartek na drzewach.  
Mówimy grzecznie, że dziękujemy ale spieszymy się, ale gość nie odpuszcza i zagaduje - jak Wam się podoba 16-którą uwiodłem.
Ona do Niego: "Ty mnie, raczej ja Ciebie"
On: "O nie, nie 16-tki to moja specjalność."
Ona: "Ho ha a Żona wie"
On: "Tak, a Tata?"
Ona: "Przecież Tata Cię lubi"
Jestem trochę w trybie "I don't wanna live on this planet anymore...", mam ochotę dodać do tego Tata Cię lubi "chyba aż za mocno i dlatego to czasem piecze", ale gryzę się w język.
Spadamy, ale Ci nadal wołają za nami, że zdjęcie by chcieli, bo to pierwszy raz, jak ich ktoś nakrył w lesie i koledzy Im nie uwierzą.
Jeszcze z takimi szperaczami na kaskach, to wyglądamy pro i będą mieć extra na pamiątkę złapania na gorącym uczynku...
Dziwne mają ludzie zachcianki :)
Ech...

"...odcisk szminki na koszuli, nadal daje o Niej znać.
Bo kto by pomyślał, że nie dało się jej sprać.
W jej szklanych oczach, zobaczyłem mój miniony czas
nie wiesz ile oddałbym tej nocy, za jej pierwszy raz....
... nie ma happy endu, choćbym o to stanął w szranki
bo musiała wrócić do rodziców od koleżanki
jej Ojciec by mnie zabił - ja bym nie powstrzymał Go
i kto by pomyślał, że nie dziwi mnie to..."
:D :D :D

Żegnamy się i zostawiamy ich niepocieszonych, bez zdjęcia... ale nim znikniemy w mroku, zły humor Im przechodzi i przechodzą do zdjęć ale chyba garderoby.



Jedzenie jakieś takie porowate… PORA zatem Tropić inne rarytaski.
Wpadamy do bazy kilka minut przed 21:00. Planowo – tak aby odpocząć, coś zjeść, przebrać się i ruszać na Tropiciela.
To dziwne uczucie tak wcześnie zjeżdżać z Jaszczura, ale dzisiaj tak musi być.
Dostajemy talerz zupy porowej, z możliwością dokładki, a baza aż wrze… wszyscy dyskutują ile było filarów na stacji i czy powinno podawać się te „wbudowane” w ścianę czy nie. Pojawiają się głosy, że chodziło o kolumny a nie filary. 
To wygląda naprawdę dziwnie – grupa ludzi zażerających się porami, debatuje czy filar to to samo co kolumna, zastanawia się czym różni się on od przęsła, podpory i pylonu. Mówię do Basi, weź ich zniszcz normą budowlaną – niech zamilkną i pokłonią się NORMALIZACJI, ale Basia sama pałaszuje (czujecie ten szermierczy klimat – PAŁASZuje) zupę i nie ma czasu na debaty budowlane. Szkodnik wpieprza pory, aż Mu się uszy trzęsą... chociaż zawsze mówił, że ZAPORE (Plichowicką...) nie przepada. Nie wierzcie jednak Szkodnikowi, tak tylko mówi, bo jak moja Mama zrobi sałatkę z pora, jabłka i śmietany to czasem Szkodnik ją pochłonie nim ja się zorientuje, że ją podano na stół !!!
Zostawiamy spierające się towarzystwo bo na nas już PORA!!
Ruszamy przez noc... na Tropiciela, ale to już całkiem inna historia.

CYTATY:
1) MC Sobieski "Drużyna Pierścienia"
2) Ballad Jaskra "Zapachniało powiewem jesieni" z "Wiedźmina"
3) Parafraza piosenki 2+1 "Chodź pomaluj mój świat"
4) Wiersz Boba Dylana
5 i 6) Wojtek Szumski "Kto by pomyślał"


Kategoria Rajd, SFA

Puchar Wrocławia 2018

  • Aktywność Sztuki walki
Sobota, 13 października 2018 | dodano: 16.10.2018

Puchar Wrocławia to drugie, po Pucharze Neptuna, zawody lokalne tegorocznego Pucharu 3 Broni. W praktyce oznacza to, że znowu gnamy A4-rką, wypakowani żelastwem po sam dach, tylko po to aby – przez dwa dni - wesoło obijać sobie maski. Od kliku lat, pierwsze zawody Pucharu organizują nasze Północne Rubieże czyli Grupa Armii „SFA Północ” (zwykle oznacza to Trójmiasto lub Tripolis – jeśli życzycie sobie bardziej dramatyczną nazwę). Drugie zawody to domena Grupy Armii „SFA Południe” z lokalizacją - wymiennie – w Krakowie lub Wrocławiu). Jako, że w tym roku gospodarzem naszego najważniejszego eventu, czyli Mistrzostw Polski w Szermierce Klasycznej, będzie właśnie Kraków, to zawody lokalne rozgrywamy w stolicy Dolnego Śląska, walcząc jednocześnie o Puchar Wrocławia. To tyle tytułem wstępu.

Utracony błękit Pary…eee… Wrocławia
Nie, nie chodzi mi o rozbitą butelkę pysznego denaturatu do porannej bułeczki, ale o fakt że utraciliśmy nasze małe Królestwo Niebieskie.
Teraz to pewnie jeszcze bardziej nie wiecie o co chodzi – niepojęta bywa myśl na tym blogu, przyznacie – prawda?
Chodzi o to, że zawody organizujemy przy ulicy Kamieńskiego, a nie jak zawsze bywało na Kruczej (kruczo-czarno-jedwabistej:P). Powodów jest wiele, ale nie są one na tyle istotne aby o nich napisać. Ważniejszy jest raczej w mym sercu pewien sentyment do naszej starej, wściekle-niebieskiej sali. Była to sala w starej szkole w wysokiej kamienicy… na 4 piętrze. Nie, nie takim zwykłym 4 piętrze. Mówię o starym budownictwie, mówię o naprawdę wysokich kamienicach w centrum miasta...
Wytachać cały ten nasz sprzęt na samą górę, to było jak droga do nieba. Kto z Was nie taszczył 8 rapierów, 12 szpad, 4 szabli, 2 kaftanów, 2 masek, 2 wielkich hokejowych ochraniaczy korpusu, 5 litrów wody, 10 drożdżówek, laptopa… po schodach na Kruczej, ten nie zna życia. Jeśli ktoś zapyta czemu nie poszliśmy dwa razy, to odpowiem... hmmm bo wtedy nie tachalibyśmy tego na 4 piętro, ale na 8-me łącznie. Poza tym iść dwa razy po towary/zakupy/bagaże do auta to oznaka słabości – każdy prawdziwy mężczyzna to przyzna, prawda? :D
Co więcej, sala nie dość, że sięgała niemal nieba to była wściekle niebieska. Efekt halo (nie mylić z efektem Hall’a) widoczny był wszędzie. W tak intensywnej poświacie, wszystkie zdjęcia wychodziły z dominantą niebieską. Istny dramat fotografa.., ale sala sama w sobie była bardzo fajna. Naprawdę ją lubiłem, bo przesiąknięta była krwią i potem wielu szermierzy, przelaną na niejednych zawodach. To tam zdobyłem swój pierwszy Puchar 3 Broni, to tam w grudniu 2012, w walce z Sebastianem skręciłem kolano – koszmar, który będzie prześladować mnie przez kolejne lata, do dziś i już chyba zawsze... To tam Marek walczył na rapiery mając obie złamane ręce (serio!), to tam odbył się pierwszy bojowy test naszego programu do rozgrywania zawodów. Wiele wspomnień z tym miejscem się wiążę... no ale tym razem spotykamy się w innym, też fajnym, miejscu!


Złowieszczy Jonathan z Idared
W piątek tuż przed wyjazdem jak zawsze dopada nas lekka nerwówka. Musimy spakować wszystko co jest potrzebne i niczego nie zapomnieć. A jest tego trochę: banery, roll-up, kaftany, maski, broń, dodatkowe ochraniacze do szabli, sprzęt wypożyczalniowy dla nowych osób, które startować będę pierwszy raz, laptop z programem do rozgrywania naszych zawodów itp.
Jak Wam już niegdyś wspominałem, zawsze staramy się jak najszybciej „wyciągnąć” nowe osoby w szkole na zawody. Czasami zatem – mimo że mamy naprawdę ogromną wypożyczalnię – jakiegoś elementu sprzętu nam zabraknie.
Dzięki uprzejmości Marcina, który użycza nam własnego ekwipunku (jako, że sam nie może jechać ze względu na przebytą niedawno kontuzję) udaje nam się pokryć braki w wyposażeniu. Generuje to jednak dość hermetyczną humorystycznie sytuację.
Pojawia się pytanie: skoro Marcin użyczył Pawłowi swojej broni i namaścił go przed walką, czy to oznacza że został jego lanistą a Paweł jego championem?
Ja się tylko zastanawiam czemu Paweł został nazywany gatunkiem jabłek? No i czemu Championem? OK na LOBO to może On nie wygląda, ale przecież są też inne, całkiem smaczne, gatunki. Chwila burzy mózgów i tak do grona znamienitych postaci takich jak: Geralt z Libii, Demokryt z Abwery, Tomasz z Akwenu czy Sedes z Bakelitu dołącza Jonathan z Idared (jak ktoś nie ogarnia to oba słowa to gatunki jabłek – gdyby zrobić to samo dla ziemniaków, to jakąś dziewczyna można by przezwać Irga z Ibis).
U nas tak zawsze, jak się trochę stresujemy to uciekamy w absurdalny i hermetyczny humor. Wrocław musi się zatem strzec bo wśród potężnej krakowskiej ekipy nawiedzi ich także złowieszczy, złodupny Jonathan z Idared. Gość ma +4 do jeb**cia na maskę i zmniejsza o 40% procent światła u przeciwnika…. Jest tak wielki, że je zasłania :D


"Laboratorium Diabła"(*) czyli wszyscy lubimy eksperymenty na ludziach
Przez wiele lat zawodów wypracowaliśmy naprawdę fajny, a jednocześnie stosunkowo prosty system rozgrywania zawodów. Było to nieliche przedsięwzięcie bo, aby zwłaszcza w pierwszych rundach zawodnicy nie trafiali na przeciwników, których mają na co dzień na treningu. Kolejnym założeniem było to, aby osoby które odpadną w pierwszej rundzie, także sobie powalczyły – obecnie ktoś kto przegrywa wszystko ma i tak 12 walk!! To już konkret, 12 przeciwników nie ze swojej filii SFA. Można nieźle przy-expić !!!
Jednocześnie, zwycięzca danej kategorii (np. w Szpadzie) nie ma 1024 walk plus nadal Szablę i Rapier do rozegrania. Sami widzicie, dwa przeciwstawne założenia: przegrany jak najwięcej starć, wygrany jak najmniej.
Powiem Wam, że eksperymentowaliśmy na ludziach. Układaliśmy ludzi w szeregi (SZEREG!!!), ciągi, macierze… układaliśmy jakiś system zawodów i sprawdzaliśmy go dla „n” zawodników. A przypominam, że „n” w matematyce to liczba naturalna, większa od kilku!! Liczyliśmy sumy dla n =25, dla n = 50, dla n = 100 i potem sumy w nieskończoności (to by były duże zawody).
Aż w końcu, gdzieś około 2010-2011 roku wykształcił się finalny system rozgrywania zawodów, oparty na grupach trójkowych i używany przez nas do dziś. Jedną z jego największych zalet jest to, że uniemożliwia kombinowanie znane z innych sportów (jak ten wygra z tamtym, a Ci przegrają dwoma punktami, to – jeśli wygram –  przejdę). U nas każdy zbiera punkty przez całe zawody (nie ma walk o pietruszkę – trochę szkoda bo to fajny Pan Warzyw). Do półfinału awansują 4 „najlepsze wyniki” zawodów, a grupy są tylko narzędziem porządkowo-organizacyjnym. Oznacza to, że to czy wyjdziecie dalej czy nie, zależy głównie od Was, a nie od szczęśliwych dla Was wyników w innych grupach.
Niemniej ten sezon, po kilku latach jest ponownie sezonem eksperymentalnym, na którym testujemy nowe rozwiązania. Stało się to konieczne, ponieważ poziom zawodników wzrósł tak bardzo, że od dwóch lat stajemy czasem przed problemem, o którym wcześniej nikt nawet nie mógł marzyć. Tak, dokładnie. Marzyć! To jest ten problem z cyklu: mam tyle gotówki, że nie mieści mi się w domu, albo mam 10 samochodów ale tylko 6 miejsc parkingowych. Sami przyznacie, że jest to problem, ale zupełnie inny niż ten, kiedy nie mielibyście z czego żyć. Jednakże, jak mawiał nasz Fechtmistrz – Prof. Zbigniew Czajkowski, który prowadził nasz kurs instruktorski na AWF Katowice(i ogólnie legenda polskiej szermierki, trener medalisty olimpijskiego – Franke. Nie, nie Marcin :P, ) „problemów nie należy się bać. Problemy należy dostrzegać i eliminować” .
Naszym problemem jest to, że od pewnego czasu mam y tak wielu dobrych zawodników, że próg wyjścia z eliminacji nierzadko wynosi komplet lub prawie komplet punktów (zwycięstw). W naszej ocenie jest to zbyt ostre kryterium, ponieważ jest to poziom, dla wielu trochę słabszych zawodników, po prostu na razie nieosiągalny. Odnosząc to do życia: pomyślcie o dowolnym, ale bardzo trudnym, egzaminie. Zdasz jak masz 100%. 99% oznacza, że nie zdałeś. Odnieście to do rajdów: wszystkie harpagany i tak ułożą się na pudle czy tabeli tak jak to sobie wywalczą, ale każdy kto nie miałby kompletu punktów, łapał by NKL. Dla wielu osób będzie to zaporowe kryterium. Sami chyba przyznacie – że będzie ono wpływało demotywująco na zawodników początkujących i trochę słabszych niż elita.
Uznaliśmy zatem, że trzeba złagodzić kryterium wyjścia z eliminacji i znowu eksperymentujemy z systemem (dodajemy jedną rundę walk, zmieniamy kryterium odcięcia po rundzie pierwszej, rozszerzamy grupy ćwierćfinałowe itp., itd.), tak aby zwiększyć rozkład wyników. Słowem testujemy nowe rozwiązania , które dla elity nie zmienią praktycznie nic, ale dla wielu początkujących zawodników ustawią pewien cel (np. przejście do ćwierćfinału lub do kolejnej rundy eliminacji), który nie będzie Mount Everestem na innym kontynencie, ale będzie osiągalny. Niełatwo, nie bez pracy i walki, ale jednak osiągalny.



"Control my center line…. You must have fear, surprise and intimidation on your side" (*)
Osiągalny cel, tak? Opowiadałem Wam przed chwilą o celu, jaki stawiać mogą sobie początkujący zawodnicy, ale każdy z nas ma jakiś cel do postawienia samemu sobie. 15 lat z bronią w ręką to nadal za mało aby uznać, że umiemy walczyć bronią białą. Przed nami jeszcze wiele, wiele lat nauki i doświadczeń – kto stoi w miejscu, ten się cofa.
Zarówno Basia, jak i ja, mamy jeszcze wiele do odkrycia na tym polu… a uczyć się chcemy!! Przez kilkanaście lat stosowałem w Rapierze pewien, bardzo odpowiadający mi styl walki. Częściej, niż rzadziej było to skuteczne rozwiązanie na wszelakich przeciwników, ale poziom rośnie… a od 2012 roku, niektóre elementy dynamicznej pracy nóg są dla mnie nieosiągalne przez kolano (ruchy i momenty skrętne podczas chodzenia po okręgu to dokładnie to co jest wymagane… i to czego powinienem unikać). Oznacza to, że muszę wypracować substytut dla tych działań. Zmiana taktyki i techniki walki, którą tak polubiłem i którą walczę od lat, to ekstremalnie trudna rzecz – dla psychiki (konsekwencja i dyscyplina, pamięć o tym czego nie robić, mimo że stosowało się to od lat).
Zwłaszcza na zawodach, gdzie podświadomie chcemy stosować działania, których jesteśmy pewni, które dobrze umiemy, a nie te, których dopiero się uczymy. To niemal jak walka ze dwoma przeciwnikami naraz. Tym naprzeciw i tym – gorszym – tym w twojej głowie. Podczas gdy ja zastępuję nową techniką prowadzenia broni uszczerbki na mobilności, Basia musi kompensować swój wzrost. Rapier, czyli ponad 1m czystego ostrza, w połączeniu w kimś wysokim o długich ramionach, to jest masakra zasięg.
Dodając do tego długość wypadu…ta broń siega Cię niemal przez połowę długości sali!!
Basia także zatem uczy się innych działań niż stosowała do tej pory. Dla Niej to chyba jeszcze trudniejsze niż dla mnie, bo jej grzechem w szermierce, jest brak cierpliwości. To, że wie co powinna zrobić, nie oznacza że już to umie i że zawsze jej wyjdzie. Wiązania Rapiera przeciwnika i skrót odległości w odpowiednim timingu i fazach ruchu, odpowiednie operowanie dystansem… setki elementów, które muszą ze sobą współgrać. I tak oto uczymy się… począwszy od łatwych warunków na treningach, w zadanych ćwiczeniach w parach, po warunki najtrudniejsze czyli zawody, gdzie stawką jest przejście dalej, a przeciwnik daje z siebie wszystko aby nas pokonać.
Dla mnie jednak cel jest jednak jasny. Wyraża go cytat z Hrabiego Dooku, który uczył Generała Grievous'a w serii „Clone Wars”. Psycha to podstawa każdej walki… a najlepiej to złamanie jej przeciwnikowi. Dla wielu z Was będzie to zwykła bajka, ale nawet nie zdajecie sobie sprawy ile prawdziwej szermierki jest w tych słowach. Filmik na dole posta.




„Wrocław jak zawsze poddaje się ostatni…” (*)
Niedzielne finały. No było na co popatrzeć. Niektóre walki były po prostu śliczne. Wymiany na żelazie, dynamiczna praca nóg: wypady i wznowienia. Wiązania kling i krycia linii. Takie walki lubię obserwować. Takie walki uwielbiam sędziować. Taki walkie kocham toczyć!!
Do ćwierćfinałów dostali się przedstawiciele różnych filii SFA, ale półfinały i finały należały już właściwie tylko do Grupy Armii „SFA Południe” (mowa o Szpadzie i Rapierze, bo w Szabli Grupa Armii "SFA Środek" także pokazała pazurki).
Wrocław vs Kraków. No prawie, bo parszywy los w parach półfinałowych zmusił do bratobójczej walki zarówno jednych jak i drugich. No ale dzięki temu zarówno walka o trzecie miejsce jak i finał były już Kraków vs Wrocław. Kto wygrał? No cóż, mówiłem Wam że nie będę podawał tutaj wyników i tego będę się trzymał. Tytuł rozdziału można interpretować zarówno na korzyść Wrocławia, który mógłby być last-man-standing, jak i Krakowa., który mógł przejść po wszystkich, a Wrocław był ostatnim przeciwnikiem. Poza tym, należałoby najpierw zapytać w której broni, bo to kolosalne ma znaczenie. Są u nas szermierze uniwersalni, jak i specjaliści niektórych od typów broni.
Poniżej ekipa krakowska:




Wracamy do domu zmęczeni po dwóch dniach zmagań, ale także szczęśliwi i zadowoleni. Jesteśmy dokładnie na półmetku sezonu zawodów. Już niedługo ostatnie z zawodów lokalnych w Piotrkowie, a potem już tylko Mistrzostwa. Puchar 3 Broni 2018 czeka.
A my czekamy na Was – może ktoś z Was, Czytelników-nie-szermierzy, w końcu się skusi aby nas odwiedzić na jakimś treningu i spróbować czegoś nowego. Powiem Wam szczerze, że ja pokochałem oba światy: świat lampionów i świat płaszcza i szpady. Nie umiałbym dziś między nimi wybrać. No, ale w sumie po co wybierać, skoro można żyć w obu.

CYTATY:
1) Tytuł filmu o straszliwej historii z okresu II Wojny Światowej. Jednostka 731 czyli japoński ośrodek "badawczy". Kto nie wie co to było, polecam przeczytać, bo nieznajomość historii to najlepsza droga do jej powtórzenia.
2) Star Wars Clone Wars (jeszcze te pierwsze, rysunkowe - bezpośrednie prequele do EIII)
3) Kazik "Mars napada"


Kategoria SFA

Jurajska Jatka 2018

  • DST 120.00km
  • Sprzęt VENOM
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 7 października 2018 | dodano: 08.10.2018

Kolejny Jatek w kalendarzu po zeszłorocznej Jurajskiej i tegorocznej Świętokrzyskiej, na której to premierę miał VENOM. Wracamy zatem na Jurę i do Łukasza Jatkomistrza oraz jego wesołej ekipy, która to robi kolejną mocną imprezę. Tym razem z bazą we Włodowicach, więc wstać musimy o 6:00 rano. Ho, ho, dawno nie wstawaliśmy tak późno w sobotę. Godziny takie jak 2:71 (eee nie ma takiej godziny...), 3:14 (PI-ękna pora) to typowe godziny naszych pobudek w soboty, ale 6:00?
No dobra 6:02, dwie setne (zapisane jako 6:022) też wydaje mi się znajomą godziną, ale mimo to trzy razy przed wyjazdem sprawdzam, że wyjazd przed 7:00 nam wystarczy. Ludzki Pan! Kopnął a mógł zabić. Ludzki Pan...
Acha kto nie rozumie, o co chodzi z tymi godzinami, to niech się nie przejmuje i nadal prowadzi szczęśliwie życie... w nieświadomości :)


"Andrzeju, Ty się nie denerwuj"
Do bazy przybywamy z dużym wyprzedzeniem, więc mamy sporo czasu na rozmowy z innymi zawodnikami. A jest z kim, bo mam wrażenie że odbywa się tutaj jakiś Zjazd Jurajski. Są tu niemal wszyscy i prezentują chyba wszystkie możliwe stany świadomości. Jedni Zdezorientowani, inni Dziabnięci, jeszcze inni zastanawiają się jak tu rozdybać Motor z Rolą. Niektórzy lubią bardzo specyficznie spędzać Wieczorki goniąc np. Dzieworki, dla kolejnych rodzinnym domem są Liszki, jeszcze inni zawsze wskoczą na Br..eee...pudło..., jeszcze innych przeraża zbliżająca się Matura, są Ci gorący i Ci Zimni, są miłośnicy przysmaku kuchni śląskiej zupy Wodzionki, są przyjaciele Królika Stefana. No po prostu wszyscy.
No prawie wszyscy... nie ma np. Łukasza, mimo że w planie mapy znalazły się jego skały (Mirowskie Skały). Nie ma też "Tygryska" i Zbyszka, co niektórzy kwitują stwierdzeniem, że to dlatego wszyscy inni są dzisiaj obecni - zawsze to 3 miejsca do przodu na wejściu :)
Z niektórymi Lamami, nawet tymi bardzo szybkimi, to się nawet nie zobaczymy, bo startują na krótszej trasie i będą mieć odprawę, kiedy my już będziemy w terenie.
Odwracam wzrok i widzę... nadciąga straszliwa postać... paraliżuje mnie strach. Stare rany krzyczą żywym bólem, jakby nadal były świeże. On się zbliża... w rękach, tak jak wtedy, trzyma kabel od Żelazka. Na kablu nadal widać ślady naszej zaschniętej krwi. Udaję, że Go nie widzę i chcę się wymknąć niepostrzeżenie, ale zastawi mi drogę i nasze spojrzenie się spotykają.
"Andrzeju, Ty się nie denerwuj", nikt nie brał tamtej relacji z Mordownika na serio, nikt nie uwierzy przecież, że naprawdę nas lałeś kablem... każdy sąd Cię uniewinni, prokuratura nawet nie ma podstaw do wniesienia oskarżenia...
Andrzej od Żelazka nie odpowiada... próbuję tłumaczyć się nadal, kiedy nagle zjawia się Szkodnik: "O witaj!!! Jedziemy razem?"
Patrzę na Szkodnika z przerażeniem, przecież ta propozycja oznacza...
Szkodnik mruga zalotnie oczkami: "No co, dobra chłosta nie jest zła"
Andrzej przerywa milczenie "Zgadzam się"
W znaczeniu zalet chłosty, czy propozycji jazdy... eee... bo nie wiem. Nie podoba mi się ta konwersacja...
Klamka zapadła (a raczej kabel opadł... na plecy). Jedziemy razem.
Andrzej wraca naostrzyć wtyczkę, a my przygotowujemy swoje rowery.

- Słuchaj Venom... będzie powtórka z Beskidu Niskiego. Andrzej tutaj jest....
- To zwiastuje ból, ale dam radę. Panie Szermierz. Co mnie nie zabije to...
- Cię okaleczy, wiem. Wiem.
- Blizny bywają sexy. Dodają powagi i laski na to lecą.
- Chyba te łęgowe...
- Łęgowe nie łęgowe, przejdziemy przez to razem. Osłonię Cię przed kablem.
- Dobry Symbiot, masz ciasteczko


"Dzień, wspomnienie lata..."(*) tylko ciśnienie jakieś wysokie :)
Dzień dzisiaj jest naprawdę piękny. Jakby to był sierpień, a nie październik. Ciepło, bezchmurnie, piękna pogoda. Naprawdę niesamowicie trafiło się nam na ten rajd. Tydzień temu na Turbaczu padał śnieg (wiem z opowieści, bo jak wiecie NIE BYŁEM !!!! wiadomo przez kogo... kto działał na moją szkodę), a tutaj po prostu bajka. Lato w pełni, zimy nie będzie.
Łukasz Jatkomistrz zaczyna odprawę: dostajemy dwie mapy formatu A3 i życzenia powodzenia. Planujemy nasz wariant, ale jak się okaże trasa nie miała zbytniej wariantowości. Mimo tego, że była świetna pod kątem lokalizacji punktów kontrolnych i ogólnie śliczna, to niestety większość zawodników wybrała bardzo podobny wariant przejazdu, który narzucał się właściwie od razu.
Zaowocowało to, że na pierwsze dwa punkty jedziemy taka wielką ekipą, że bardziej przypomina to Tour de Jura niż rajd na orientację. Lubimy, bardzo lubimy jeździć z ludźmi - bardzo chętnie przygarniamy do naszej patologicznej drużyny ("my Wife cooked for hours using blood and flour and eyeballs fresh out their hole..." *) kolejne duszyczki, ale te duszyczki muszą chcieć jechać z nami. Tak jak było to np. na Rudawskiej Wyrypie w tym roku czy właśnie na wspomnianym już Mordowniku. Inna sprawa, że nie przygarniemy całego rajdu przecież.
Owocuje to, że jedziemy jako niezależne ekipy w dużym tłumie. I za tym to już nie przepadamy, ale nie za tłumem ale za atmosferą takich przejazdów. Lubimy tych ludzi i mamy nadzieję, że Oni nas też choć trochę, ale nie pasuje nam ten nerwowy klimat, któraysię wtedy wykształca. Oni nakręcają nas, my ich, ścigamy się o każdy metr od samego startu. To bez sensu, skoro rajd ma 12 godzin. Samo ściganie nam nie przeszkadza (halo, przyjechaliśmy na maraton - jakby nam ściganie przeszkadzało i jeździlibyśmy na maratony, to byłoby w tym coś trochę nielogicznego, prawda?), ale ścigajmy się na warianty, na nieortodoksyjne podejścia pod punkty, na nawigacyjne pułapki i zagadki. W dużych grupach nawigacja traci na znaczeniu, gna się za prowadzącym i albo wpadamy na punkty bez nawigacji, albo za chwilę wszyscy wracamy bo lider pojechał źle. I znowu jakiś lider, zwykle ten, który jeszcze chwilę temu był ostatni, prowadzi peleton na punkt... lub znowu na manowce. Teraz powiel i zapętl :)
Wyjątkiem od tej reguły dla nas jest biathlon rowerowy, ale tam klimat jest po prostu nieziemski - właśnie przez to strzelenie.
A tutaj - na pierwszy punktach - mamy zażartą walkę. Kierownica w kierownicę. Nikt nic nie mówi, ale to widać po spojrzeniach i zachowaniach. DOŚĆ!!
Z długo studiowałem automatykę, aby nie wiedzieć co z tym zrobić - czaicie aluzję, ZA DŁUGO !!! Na studiach najtrudniejsze są 4 pierwsze lata, na drugim roku jest już łatwiej. A tak serio - to u nas był tak naprawdę inny problem na uczelni... kiedyś przygnieciony patologią, obdarty z beztroskich marzeń i złudzeń, zniechęcony atmosferą (co to jest okrągłe i mnie nienawidzi - świat!), stwierdziłem chrzanić system - rzucam papierami!! Nie muszę kończyć automatyki, zostanę Batman'em.
Idę do dziekanatu i mówię: ODCHODZĘ. Dziekanat: NIE DA SIĘ... jak to? No nie da się, nie ma takiej procedury, wracaj na zajęcia i nie zawracaj du*y... i tym sposobem skończyłem automatykę :)
Wracając - nie na zajęcia, ale do Jatki mówię do mojej drużyny, że ciśnienie robi się krytyczne. Słowem "Andrzej, to jebnie" i trzeba przeciwdziałać katastrofie. Proponuję uruchomić układ redukcji ciśnienia w układzie. Rozwiązanie oparte o ZAWÓR SZYBKIEGO SPUSTU - to jest dokładnie to czego potrzebuję.
Po drugim punkcie podejmujemy decyzję pojechać po kolejny lampion trochę nieortodoksyjnie - okrężną drogą, zwłaszcza że kusi nas pewien żółty szlak przez las. Kiedy zatem wszyscy atakują asfaltem, po optymalnym wariancie, pkt 42-gi - my znikamy na leśnym singlu. Daje nam to drobne wytchnienie od początkowego tłoku, który i tak w trakcie całego rajdu mocno się rozciągnie. Trzeba mu dać tylko trochę czasu.


Single Mountain
Wyrwaliśmy się z piekła MTB i jedziemy nieortodoksyjnie na dużą górę w okolicy. Nie chodzi o to, że jest ona tutaj jedna, ale jest pełna tzw. "singli" czyli świetnych ścieżek rowerowych: wąskie, ciasne zakręty, porobione bandy - ale w pełni przejezdne, bez żadnych hardcore'owych elementów DH. Rewelacyjne miejsce na punkt, zarówno wjazd tutaj, jak i późniejszy zjazd to była przygoda, zwłaszcza że nie obyło się bez pokonywania świeżutkich wiatrołomów.




PRZEWALONE :D :D :D

Grafik płakał jak rysował...
Lecimy dalej i wpadamy na Dzieworki, bardzo sympatyczny zespół z którym już nie-na-jednym rajdzie wspólnie walczyliśmy z trasą. Ruszamy razem w kierunku punktu opisanego jako "rozwidlenie wąwozów". Chwilę później dogania nas Marcin (tak, ten od Silesia Race i Rajdu Katowice) oraz Wojtek, więc punkt atakujemy większą ekipą. Zjeżdżamy ogromną polaną do skraju lasu, porzucamy rowery i przedzieramy się na szagę do punktu. Las okazuje się zupełnie nieprzebieżny, więc walczymy z roślinnością jak Amerykanie w Wietnamie. Robi się coraz gęściej, a my przedzieramy się w kierunku wąwozu.
Marcin przyjechał na rajd na orientację, więc krzyczy "Macie może mapę?", a jak Mu ją ktoś pokaże to pyta "a kompas?". No jaja, szewc w dziurawych butach chodzi. Gość, który robi także rewelacyjne rajdy i punkty zawsze stoją tam gdzie mają stać, pyta czy ktoś ma kompas na rajdzie na orientację :)
Za chwilę , gdy otrzymał już pożądane artefakty, mówi że musimy znaleźć wzgórze. Stwierdzenie to wywołuje konsternację w całej naszej ekipie. Jakie wzgórze? Wzgórze w wąwozie?
Chwila wymiany poglądów i Marcin łapie się za głowę - kropka, którą On wziął za oznaczenie wzgórza to "środek" kółka punktu. Na jego rajdach, kropek się nie stosuje, bo grafik miałby więcej roboty - każdą taką kropkę nanieść. No i zwiększone koszty druku map... jak przemnożycie taką kropkę przez wszystkie punkty kontrolne, a potem przez liczbę map potrzebnych na rajd, to dostaniecie... jakąś liczbę. Nie wiem co ona wnosi, ale na koszty na pewno wpływa więc należy ją minimalizować :)
Uwielbiamy Marcina, mimo że groził, że jak opiszemy to zdarzenie relacji to UNFRIEND, UNFOLLOW i wszystkie inne możliwe sankcje Facebookowo-twitterowo-instagramowe. Skończą się like'i, tagi, followy itp. Liczmy jednak na wyrozumiałość Złego Człowieka ze Śląska.
Finalnie udaje się znaleźć punkt w wąwozach, a tym co nas najbardziej zaskakuje to obecność Wojtka, Andżeliki i jeszcze kilku innych zawodnikach... na rowerach. Jak tutaj dojechaliście, przez tą gęstwinę? Acha... tą ścieżką... biegnie do drogi asfaltowej, tak? Acha... było by szkoda, gdybyśmy cisnęli krzorami a ścieżką od drogi.
Sami widzicie, że mimo tego że pojechaliśmy okrężną drogą na poprzednie punkty, to nadal mijamy się ze sporą liczbą ekip. A niektórzy, głodni sukcesu pognali już dawno w Jurajski Park... krajobrazowy oczywiście, a nie ten z dinozaurami.
Naszym celem jest teraz punkt żywieniowy, na którym czekają na nas ciasteczka. I od razu Jatka, stała się jeszcze lepsza :)





Błędne skałki 3
Nie, nie te w Parku Narodowym Gór Stołowych. Po prostu jesteśmy nie na tych skałach, na których trzeba a więc nie ma tutaj lampionu. A czemu 3? Bo 3 razy w ciągu rajdu wpakowaliśmy się na jakieś błędne skały. Wiecie, że zwykle nie opisuję tutaj rajdów punkt po punkcie, ale skupiam się na emocjach, wrażeniach, przemyśleniach... no więc wrażenie jest takie, że zjebaliśmy. 3 razy, na 3 różnych punktach wydymamy sobie albo na złą skałę obok skały właściwej, albo porzucimy rowery w krzakach i będziemy do tej właściwej skały podchodzić przez krzory, a potem przez nie schodzić, z powrotem do rowerów. Na szczycie okaże się oczywiście, że 100 metrów od naszego wariantu była normalna ścieżka, ale nie dane nam było jej znaleźć.
Na jednej ze skałek, spotykamy Łukasza Jatkomistrza, który przechadza się po okolicy i ogląda zmagania na różnych punktach. Nawet nam zdjęcie zrobił - jedno z nielicznych zdjęć razem na rajdach. Święto!







Bezsenność w... Bobolicach czyli czy ktoś da nam SOG'a
Hmmm... wiecie, że na tym blogu bywa hermetycznie. Czasem nawet bardzo i taki jest właśnie ten tytuł. Słowo wprowadzenia zatem... jak to mawiają: "internet od dzieci głupieje". Było i nadal jest, takie forum jak INSOMNIA (zobaczcie dół strony - archiwum 2001 !!!). To forum, gdzie mocno udzielała się przed-gimbaza podstawowa, a potem sama gimbaza. Teksty jakie tam były/są czasami śmieszą, czasami przerażają... no królestwo internetu. Wiecie 10-latki z tekstami "piję by zapomnieć"... Co zapomnieć!? Chyba tabliczkę mnożenia...
Po angielsku nazwa tego forum oznacza to bezsenność. Co ciekawe, forum to wprowadzało także coś, co było jak przodek like'ów na FB. Był to owiany złą sławą SOG 'a. Można było to komuś ofiarować jako wyraz uznania dla jego posta :)
Link - jak zawsze - sprawdzacie na własną odpowiedzialność. To miejsce gdzie dziwne rzeczy się dzieją. Nie zdziwcie się zatem, jak ktoś zatem rzuci tam "szukam flmu porno, niestety nie pamiętam tytułu, ale..." (i tu leci imponujący opis co jest poszukiwane), a pierwsza odpowiedź brzmi "przeszukałem całą swoją kolekcję i niestety nic nie pasuje do opisu... zarzućcie jednak tytuł bo zapowiada się świetnie" :D
My właśnie wjeżdżamy do Bobolic i natykamy się na naszego pierwszego SOG'a dzisiaj. SOG w dzisiejszym znaczeniu to ultramaraton "Szlakiem Orlich Gniazd" czyli 161 km pieszo w limicie 44 godzin. Przestrzegano nas, że możemy się spotkać z maratończykami bo obie imprezy (SOG i Jatka) odbywają się w ten sam weekend, no i z oczywistych względów ich tereny zachodzą na siebie. SOG napierają od piątku wieczora do niedzieli (no gdzieś trzeba zmieścić te 44 godziny), więc bezsenność to ich domena w ten weekend. Już zatem znacie mój łańcuch skojarzeniowy, który doprowadził do takiego, a nie innego tytułu :)
Pozdrawiamy się z kolejnymi SOG po drodze i lecimy "na zamki" w Mirowie i w Bobolicach.







Toksyczny mścicie
Widzieliście ten film? A 2-jkę 3-jkę i 4-rkę? Jak to "nie"? Klasyka kina!!
Jeden gość wpada do chemikaliów, mutuje i staje się postrachem złoczyńców. Mówię Wam, historia jest głęboka i zostaje długo w pamięci, czy chcecie czy nie :)
Łukasz Jatkomistrz chyba musi uwielbiać ten film, bo wśród wielu świetnych punktów całej trasy... przydarzył Mu się i taki: małe brązowe jeziorko obok oczyszczalni ścieków. Ja wiem, że "dziewczyny lubią brąz", "nie w każdej muszli słychać morze" oraz że najlepsze smakołyki pochodzą z "groty Nestle", ale nie wiem co Nim kierowało rozkładając tutaj jeden z lampionów. Może rzeczywiście liczył na to, że ktoś pośliźnie się nad brzegiem, runie w brązową otchłań i powstanie jako rajdomistrz, napieracz, iście prawdziwy Lampion-man.





Dying light....
Zapadła noc. Widzę światło gasnące w ciemności... jeszcze tli się gdzieś na horyzoncie, blada, znikająca w mroku lampka. Jeszcze chwila i już jej nie ma. Zostaliśmy sami. Znowu sami w nocy w lesie. Szkodnik i ja. Andrzej postanowił wracać już do bazy. Mamy jeszcze 3 godziny do limitu, więc jest trochę czasu aby o coś jeszcze powalczyć. Trochę nas to dziwi, że Andrzej zjeżdża do bazy, bo na Mordowniku zrobił z nami okolo 130 km i 2800 przewyższeń - rany na plecach od kabla od Żelaska jeszcze się nie zagoiły. Niemniej i tak dziękujemy za piękny dzień i walkę razem, jednocześnie przepraszając za błędy nawigacyjne, które rzuciły nas w niejedne krzory i chaszcze.
Mówiąc o błędach. Błędne skałki i rozbijanie się po wąwozie z Dzieworkami i Marcinem, spowodowały że braknie nam czasu, aby zrobić cała trasą. Szkoda strasznie, no ale 4 błędy nawigacyjne to sporo. Chociaż nawet nie chodzi o ich ilość, ale o czas jaki przez nie straciliśmy. To nie było przestrzelenie ścieżki i powrót 300m, to było po 20-40 minut na każdym z nich. Dokładnie tego czasu zabraknie nam, aby zrobić całość trasy. Decydujemy się jednak zaryzykować i mimo tego, że mamy około 3 godzin tylko, to uderzamy po punkty najdalej na północ od bazy.
Trzeba będzie to dobrze rozegrać, bo od bazy dzieli nas ponad 30 km obecnie i kilka punktów w drodze powrotnej. Andrzej znikna w ciemności, a my kierujemy się w Góry...


"Góry Gorzkowskie cóż mi z Wami walczyć każe..."
Jak to co każe walczyć? Czas!!! Czas, którego mamy coraz mniej. Góry Gorzkowskie to nazwa mikro-krainy na Jurze, którą bardzo lubię. Tu naprawdę jest stromo i te pagóry dają popalić. Zwłaszcza, jak się ma już koło 90 km w nogach.
Walczyliśmy z nimi już kilka razy, na różnych rajdach, ale nigdy jeszcze nie nocą. Jest zatem okazja zwiedzić Gorzków po zmroku. Nadal nic tu nie ma, jak za dnia :) No, ale to nie Gorzków jest naszym celem, a jego okoliczne Góry. A tu - jak w prawdziwych górach - są szlaki, są punkty widokowe, miejsca biwakowania itp. Są nawet tabliczki kierunkowe!!


Przedzieramy się polem pod górę, po lampion wiszący na skraju łąki. Idzie to ciężko, bo jesteśmy już naprawdę zmęczeni. Łapiemy lampion i postanawiamy przedzierać się dalej na dziko. Zjazd z powrotem na Gorzkowa oznaczałby forsowanie garbu raz jeszcze, tym razem drogą asfaltową. Wybieramy zatem dość słabe ścieżki i trochę na szagę, zjeżdżamy na drugą stronę garbu.
Kiedy wydostaniemy się do jakiś lepszych traków to czeka nas szalony zjazd nocą aż na drugi punkt żywieniowy. Obsługi już tutaj nie ma, ale jest woda i ciasteczka, które nadal czekają na takich jak my: "Ulf Nitj'sefni - Nocnych Wędrowców" (*)
Analizujemy mapę, nie ma już szans złapać pkt nr 6, mimo że jest on w miarę niedaleko. Musimy jednak kierować się do bazy, bo z czasem już krucho a mamy jakieś 25 km jeszcze. Plan jest prosty: zdążyć na metę i skończyć z wynikiem "bez 3 punktów" na ponad 30 dzisiaj. Lecimy na bazę - przed nami jeszcze dwa punkty w okolicy Mirowa, a potem ostatni przelot do Włodowic.
Do bazy docieramy na około 10 minut przed limitem. Zmęczeni ale zadowoleni. Piękny dzień i świetna trasa. Mimo, że Jurę mamy zjeżdżaną dość dobrze, to i tak Łukaszowi Jatkomistrzowi udało się zabrać nas w miejsca, gdzie nas jeszcze nie było, albo byliśmy tylko raz czy dwa razy. Super impreza.
Szkoda trochę tych błędów nawigacyjnych, bo nie udało się przez to zrobić całej trasy, no ale cóż - zdarza się. To jest magia tego sportu, raz jak po sznurku, raz na manowce. Nie było punktu, którego byśmy finalnie nie odnaleźli, więc nie ma tragedii, ale 3x błędne skały, to jest trochę za dużo :)
Zabrakło w końcówce także kogoś z kabel od żelazka w ręce, aby nas trochę zmotywować do zapieprzania :)
Po zawodach jak zawsze chwila na after-party z zacną ekipą orientalistów, wymiana doświadczeń i trochę śmiechu, zwłaszcza że mała furorę zrobiła moja relacja z Waligóry, na której to, ta ekipa też była. Ha, nie tylko była na tym rajdzie, ale była nawet powodem opisywanego zdarzenia. Zawsze (tur)bacz na swoje słowa, zwłaszcza Wieczorkiem :)


CYTATY:
1) Anna Jantar "Tyle słońca w całym świecie"
2) Resident Evil song ("Shape of you" parody) - tekst jest boski
3) Parafraza piosenki Budki Suflera "Cień wielkiej góry"
4) Nazwa zapożyczona z książki Jarosława Grzędowicz "Pan Lodowego Ogrodu"


Kategoria Rajd, SFA