"W miejscu, którego nazwiska nie powiem...
-
DST
60.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
...nic to bowiem do rzeczy nie przyda" parafrazując Krasickiego. A czemu nie zdradzę? Bo to wycieczka w teren pod kolejną edycję Wiosennego CZARNEGO KoRNO!! Mimo, że edycja 2020 "Siła KORNOlisa" jeszcze się nie rozegrała, bo pewien wirus postanowił wpaść z wizytą (przypominamy, że wstępnie rajd przełożony jest na 10 październik 2020), to my już zaczęliśmy pracę nad edycja 2021, która będzie nosić nazwę "Piekło KORNOkorum".
Nie możemy zatem powiedzieć za wiele, ale już teraz zaczniemy kusić Was tym co przygotowujemy...
Żadne ze zdjęć nie zawiera jednak planowanych punktów kontrolnych... no, może jedno :)
A może nie? Kto to wie, kto to wie, Wy na pewno NIE, a my na pewno TAK :)
Będzie trochę pchania, no ale w końcu KORNOkorum chyba zobowiązuje, prawda?
Będzie też sporo jazdy... ostrej jazdy :)
Pięknymi szlakami :)
Odwiedzicie miejsca z historią...
pojeździcie fajnymi singlami w lesie...
czeka na Was sporo fajnych widoczków...
i szerokich leśnych traktów...
i szlaków...
oraz srogich wypchów... 
...naprawdę tego wartych :)
No Szkodnik, nie udawaj że sprawdzasz mapę. Wiesz, że to tędy... po prostu pchaj dalej :) 
Coś w środku lasu, bez dróg i ścieżek. Może być ciężko, ale Wy to chyba lubicie :) 
Dajcie znać, kto tędy zjechał... no chyba, że wasz wariant wykluczy zjazd :) 
Nie, to nie z drona :) 
Nie, poprzednie zdjęcie nie było robione stąd - nie właziłem na górę :)
Kategoria Wycieczka, SFA
Na najwyższym Szczeblu
-
DST
7.00km
-
Aktywność Wędrówka
Najwyższym Szczeblu Beskidu Wyspowego, a skoro nie ma innego - to ten jest najwyższy: 976m.
Czarną drogą czyli w poprzek wszelakim poziomicom :D 









Kategoria SFA, Wycieczka
Po ścieżkach...
-
DST
110.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Po ścieżkach, które tu biegły na długo przede mną,
po ścieżkach, które od dawna nazywam moimi,
po ścieżkach, które będą tu długo po tym kiedy mnie zabraknie...













ŚWIAT NIE JEST CZARNO BIAŁY... jest ZIELONO NIEBIESKI !!!




WASTELANDS... 
To nie jest koniec epidemii, to nawet nie jest początek końca... ale może jest to już chociaż koniec początku.
Kategoria Wycieczka
W czasach zarazy... czyli dziennik czasu plagi
1. "Pułapki umysłu. O myśleniu szybkim i wolnym", Daniel Kahneman.
Niesamowita analiza działania procesów myślenia i wnioskowania zachodzące w ludzkim umyśle oraz omówienie bardzo wielu błędów poznawczych, które nierzadko na zawsze zmieniają nasze życie, relacje, światopogląd... i to niekoniecznie na lepsze. Wyjaśnienie co sprawia, że tak łatwo czasem wyciągamy pochopne wnioski i dlaczego czasem uwierzymy w każdą historię (a może inaczej - jakie kryteria musi spełniać historia, aby ludzie w nią uwierzyli... ooo i zrobiło się niebezpiecznie). Książka nie moralizuje, ale tłumaczy dlaczego tak jest czyli "System 2" pozdrawia "System 1"
2. "Ziemia dyktatorów. O ludziach którzy ukradli Afrykę", Paul Kenyon
Mogło by się wydawać, że tematy odległe, ale jeśli tankujecie na Shell'u czy BP, jadacie Cadbury lub inne czekoladki, pijecie kakao... to tematy te są Wam bliższe niż mogło by się to WYDAWAĆ (mówiłem już, że pozdrawiamy "System 1"?). Dobra tam pozyskiwane i system ich dystrybucji ukształtował świat jaki znamy za oknem... jeśli ciekawi Was zatem czemu tak wielu uchodźców pochodzi akurat z Erytrei, czy da się sprzedać kraj za 20 mln dolarów (albo lepiej - czy można kupić cały kraj za taką kwotę i co to właściwie oznacza oraz gdzie dziś mieszkają strony tej transakcji...), jak zlikwidować niewolnictwo i uczynić je jednocześnie legalnym i usankcjonowanym prawnie, jeśli nigdy nie słyszeliście o Afrykańskiej Wojnie Światowej (1998 - 2003) choć ma ona spore znaczenie dla gospodarki całej Europy... to może warto sięgnąć po tą pozycję?
3. "Głód", Martin Capparos
Nie czytajcie tej książki, jeśli cenicie sobie spokojne sumienie. Przerażając podróż po świecie, który sami tworzymy, a w którym "to, że tylu ludzi ma co jeść każdego dnia, to cud; że tylu nie ma - to podłość". To nie jest książka tylko o systemie dystrybucji żywności na świecie... to także książka o tym, jak w niczyim interesie (oprócz umierających) nie leży zmiana tego systemu, a niektóre mechanizmy walki z nim, tylko go potęgują ... no ale w końcu taki też mają cel. Tylko tylko nazywać je pomocowymi, tak dla spokoju sumienia. Taka jest cena naszego dobrobytu. Może lepiej nie czytajcie tej książki...
4. "Druga wojna światowa", Antony Beevor
Niech za rekomendacje wystarczy opis "Gdybyś miał przeczytać w życiu tylko jedną książkę o II wojnie światowej, powinna to być książka Beevora. Dzieło życia jednego z najwybitniejszych historyków wojskowości, po którym historia XX wieku już nigdy nie będzie taka sama"
Podpisuję się pod tym stwierdzeniem obiema rękoma. Dokładne opisy bitew znajdziecie w wielu innych pozycjach, tu ich także nie braknie, ale bardziej przeczytacie o ustaleniach przy stole, strefach wpływów i jak już w 1943 zaczęły się rozmowy o nowym porządku świata - po wojnie. Wojna to tragedia zwykłych ludzi, ale także "przedłużenie polityki" jeśli zacytować Clausewitz'a (którego nota bene także warto przeczytać "O wojnie").
5. "Czarna księga komunizmu", praca zbiorcza
Niesamowicie rozbudowana i wielowątkowa analiza systemu, który odcisnął swoje piętno na wielu krajach na świecie. Książka wykracza daleko poza historię ZSRR oraz Chin, bo opisuje komunizmy azjatyckie, afrykańskie, południowo-amerykańskie... oraz przedstawia historię świata z punktu widzenia, jaki rzadko udaje nam się dostrzec. Przykład? Proszę bardzo: Cud nad Wisłą - zatrzymujemy 115-sto tysięczną armię idącą na Warszawę. 20 lat później do kontrofensywy w bitwie pod Stalingradem ZSRR rzuca milion żołnierzy. Milion! Liczbę poległych w IIWW po stronie ZSRR szacuje się, na 20 mln... czemu zatem nie zmiażdżył nas tzw. Drugi Rzut Strategiczny. Co się działo wewnątrz ZSRR, że możliwy był cud nad Wisła, albo czemu niby takie same systemy i ideologie, tak bardzo rozjechały się w Chinach i ZSRR, że realna była wojna między tymi państwami. Takich pytań i analiz a przede wszystkim i odpowiedzi, znajdziecie tu więcej. O wiele więcej... A słyszeliście o "Wielkim skoku naprzód" (co najmniej 15 mln zmarłych z głodu, choć niektórzy historycy podają liczby sięgające 40 mln ludzi), "Bandzie czworga" czy "Rewolucji Kulturalnej"? No to może warto sięgnąć po tą pozycję...
6. "Zamach stanu. Podręcznik", Edward Nicolae Luttwak
Tytuł zabija... ale TAK, jest to podręcznik. Sprawdźcie biografię autora!
Nie chodzi o to, że taka wiedza może się przydać... acz nie twierdzę, że przydać się na pewno nie może.
Kapitalna analiza jak działają struktury państwowe, a właściwie w każdym kraju schemat ten jest zbliżony. Jakie są zależności między wojskiem, policją, mediami a instytucjami np. religijnymi czy opiniotwórczymi. Co będzie działało na naszą korzyść, co przeciw nam, jakie siły należy zgromadzić, kto musi być po naszej stronie jeśli zamach ma się udać, kto pozostanie bezczynny czekając wygodną możliwość poparcia zwycięzcy a kto stawi czynny nam opór, kiedy potrzebujemy pozyskać do naszych szeregów dowódców danych formacji a kiedy kluczowymi są operatorzy/technicy/żołnierze, a przychylność lub wrogość ich dowódcy są właściwie bez znaczenia... w jaki sposób utrzymać władzę po zamachu oraz jak zapobiec "zamachowi w zamach" kiedy nasz sojusznik stwierdzi, że to jednak nie jesteśmy Mu potrzebni i to jego zamach... jakie budynki i instytucję należy zająć oraz jak pokierować społeczeństwem: analiza dlaczego niektóre zamachy, mimo tego że się udały, upadły samoczynnie po kilku dniach... A jak ktoś myśli że takie rzeczy dzieją się marginalnie, to polecam tabelę na końcu aby zobaczyć, że taki XX wiek to był wiek "zamachów stanu".
Pozycję rekomenduję zwłaszcza fanom różnych teorii spiskowych... kopara opada ile to jest roboty, w obrębie jednego kraju taki spisek stworzyć. Jeśli zatem ktoś chce spisek globalny to życzę powodzenia! Będzie Mu potrzebne... ja po lekturze tej książki, trochę sobie nie wyobrażam odwalić taką akcje w skali globalnej.
7. "Front wschodni", Leon Degrelle
Opowieść człowieka, który do końca życia przyznawał, że "jedyne czego w życiu żałuję, to to że przegraliśmy naszą świętą wojnę". Nosił on stopień SS-Standartenfuhrer'a i był dowódcą 28-mej ochotniczej Dywizji Grenadierów Pancernych SS "Wallonia". Siebie widział jako krzyżowca, a wojnę z ZSRR jako krucjatę do ziemi... przeklętej. Ziemi, którą uświęcić może tylko ogień i krew. Skazany w Belgii zaocznie na karę śmierci... zaocznie gdyż nigdy przed tym sądem nie stanął, pozostając do końca życia na emigracji w Hiszpanii (mimo, że aż siedmiokrotnie usiłowano go porwać do Belgii lub zabić).
Piekło frontu wschodniego oczami upiora nabiera zupełnie innych, czasem niepokojąco fascynujących kształtów... co znamienne, przez wiele ruchów narodowych postać stawiana za wzór patrioty lub co najmniej postrzegana jako postać tragiczna: niesłusznie oskarżonego za zbrodnie, których nie był winien.
8. "Pacyfik i Euroazja. O wojnie", Jacek Bartosiak
Jeśli nigdy nie słyszeliście o tym czym jest teoria Hartlandu i Rimlandu czyli to, że mamy jeden kontynent Euro-azję i otaczające go (czasami ogromne) wysypy oraz jak to przekłada się na gospodarkę i dobrobyt (lub jego brak) poszczególnych państw, jeśli chcielibyście dowiedzieć się czym jest tzw. "pivot na Pacyfik" oraz "Pax Americana" i dlaczego USA znacznie zredukowało w ostatnich czasach swoje wojska lądowe na rzecz ogromnej inwestycji w rozwój innych sił zbrojnych... albo jeśli kiedyś zastanawialiście czemu to akurat Serbia i Syria (a nie na przykład Chorwacja i Algieria) są naturalnym sojusznikami Rosji oraz jeśli chcielibyście dowiedzieć się czym może być nowy jedwabny szlak, czy tez jakie są rzeczywiste możliwości reagowania sojuszu Północno-Atlantyckiego NATO i jakie mogłby być konsekwencje gdyby, któryś z graczy powiedział "sprawdzam"... ale wyjaśnienie dlaczego żadnej do tej pory tego nie zrobił.
Innymi słowy: poznać i zrozumieć świat... jak działa.
9. "Erystyka. Sztuka prowadzenia sporu", Arthur Schopenhauer
Tak, tak, ten sam, który ostatnio pojawia się na tak wielu memach. Dobrze znać sposoby i zabiegi jakie stosuje się w dyskusji celem zdyskredytowania przeciwnika, tak aby umieć się przed nimi bronić. Czasem znajdziecie się w niemiłej sytuacji, gdzie prawda nie jest najważniejsza, ale celem jest wywołanie wrażenia na obserwatorach, że wygrało się dany spór. Wtedy klasyczne argumentowanie, dowodzenie hipotez i ogólnie przyjętą merytorykę prowadzenia dyskusji trzeba odłożyć na półkę... wtedy też wiedza zawarta w tej książce, pomoże Wam być może wyjść z takiego starcia bez szwanku, a może nawet zwycięsko. No ale skoro to wojna, to tak musi być, bo "pierwszą ofiarą wojny zawsze jest prawda".
10. Seria "Wehikuł czasu"
Wiele jest pozycji z cyklu fantastyka... ale w ilu z nich to Wy – jako czytelnicy – podejmujecie decyzję o tym co zrobi bohater książki? Niemal każdy rozdział kończy się sytuacją wyboru, czasem z wielu opcji... jeśli uważasz, że bohater powinien wybrać opcję A, idź do strony 36. Jeśli opcję B, to idź do strony 139-tej... w każdym odcinku serii, musisz przeprowadzić śledztwo gdzieś w dalekiej (lub niedalekiej) przeszłości lub przyszłości. Napisanie książek w taki sposób uważam za majstersztyk pisarski... a dla nas to genialna zabawa. (Przypominam tylko, że trzeba przyjąć pewną miarę - nawet dziś, przy tej technologii jaką mamy, nadal powstają historie liniowe, więc trzeba pamiętać, to jest tylko jednak książka, a nie rozbudowany software...). Popatrzcie na rok wydania! Ja tą serię czytałem za dzieciaka, a i wtedy to już nie była taka nowość, a komu się wtedy śniło o interakcji z "użytkownikiem" :)
Niewykluczone, że patrzę nadal na tą pozycje oczami dziecka, ale to chyba właśnie w tym jest magiczne. Dobrze było ją przeczytać za młodu.
11 i 12. Dwa arcydzieła Stephen'a King'a
a) "Bastion"
b) "TO"
King pisze zarówno wybitnie, jak i słabo... Na szczęście, częściej jednak lepiej niż gorzej. Niektóre jego książki są wprost niesamowite, inne są wręcz kiepskie... Mimo, że uważa On "Mroczną Wieżę" za dzieło swojego życia, dla mnie to właśnie "Bastion" i "TO" zostaną arcydziełami w jego dorobku.
Taki wiem, niedawno był film "TO", ale uwierzcie – mimo że jest niezły – to nie umywa się do książki... jej klimat, 1000-ce wątków (z których w filmie mamy może 1/4 - to nie powinien być film, a wielosezonowy serial...). No i "trupie światła"... a co będę pisał, posłuchajcie doskonałego "TRIBUTE" dla tego dzieła. TUTAJ. Kocham ten utwór!
A "Bastion"? Abstrahując od tego, że temat pandemii jest nam jakoś ostatnio bardzo bliski, to książka w której mamy 20 czy 25 głównych bohaterów i oni się czytelnikowi nie mylą, są niepowtarzalni i świetnie nakreśleni – no to jest wybitne!
A Randal Flagg to mnie prawie przekonał, że nie jest zły. Prawie Mu się udało. No bo w końcu chyba Śmieciarz nie może się mylić "oddam za Ciebie życie".
13. "Pan Lodowego Ogrodu", Jarosław Grzędowicz
"Pan z Wami. I ogród jego. Mroczny, bujny okrucieństwem..." Według mnie najlepsza polska fantastyka wszechczasów (sorry Wiedźmin-fani, takie życie...). Niesamowity klimat, fantastyczny styl i kapitalna, wielowątkowa historia, którą czyta się jednym tchem. Cyniczne komentarze głównego bohatera o otaczającej go rzeczywistości są po prostu złotem. Akcje takie jak "Logika ma zostać (...) fizyka - jeden, magiczne idiotyzmy - zero" czy też "Moje niezłomne 'wierzę tylko w to co ma sens' jednak nie bardzo chce działać o wpół do czwartej rano w ciemną, bezksiężycową noc. Wierzę w to, co widziałem. A widziałem, wędrującą rzeką, armię upiorów..." są boskie!
A dla szermierzy, cytat perełka:
"- Oddałeś oko za wiedzę?
- Tak. Dowiedziałem się, że jak się walczy bez hełmu, to można stracić oko."
BA DUM TSSSS.. kurtyna :D
14. "Ziemia, planeta ludzi", Antonie de Saint-Exupery
"Być człowiekiem znaczy właśnie być odpowiedzialnym. To znaczy odczuwać wstyd w obliczu nędzy, nawet tej, której nie jesteśmy winni. To znaczy też być dumnym ze zwycięstwa, które jest udziałem kolegów. To świadomość, że dokładając swój kamień, uczestniczy się w budowaniu świata" – niech to Wam wystarczy. Ktoś kiedyś powiedział o tej książce, że jest to kontynuacja "Małego Księcia" i jest przeznaczona dla Dorosłego Księcia.
15. "Władca much", Wiliam Golding
Tytuł odnosi się do hebrajskiego demona Belzebuba (Baal Zevuv – Pan Much), a książka to niesamowita wizja dziecięcej anty-utopii... grupa młodych chłopców, ocalałych z katastrofy na bezludnej wyspie próbuje na nowo stworzyć struktury społeczne aby przeżyć. Opowieść o tym jak niewiele potrzeba, aby pomimo najlepszych intencji, uczynić z życia piekło... uważajcie, aby po lekturze nie dojść do wniosku, że "Nienawiść leczy... powinieneś jej spróbować od czasu do czasu". Nobel literacki z 1983 roku.
Psst, cytat pochodzi z innego utworu...
16. "Broad Peek - niebo i piekło"
Bardzo specyficzna pozycja na tej liście. Wiadomo, że zainteresować może głównie osoby, dla których himalaizm jest czym więcej niż "głupim narażeniem życia". Przeczytałem wiele książek o walce z ośmiotysięcznikami oraz biografii "lodowych wojowników", ale tą pozycję uważam za wybitną. Doskonały reportaż i szeroka perspektywa... sporo historii oraz dużo analizy tego co się działo na Broad Peek'u. Dla mnie góry to drugi dom, więc rozumiem co tam pcha ludzi. Wiem także, jak łatwo oceniają ludzie niektóre sytuacji z pozycji wygodnej kanapy przed telewizorem.
A na koniec, coś zupełnie z innej bajki...
17. "Batman: Knightfall"
To nie książka a seria komiksów... Cytaty z Upadky Rycerza nieraz gościły na tym blogu. Opowieść o szaleńczym poświęceniu w imię ideałów, obsesyjnym poczuciu odpowiedzialności i upadku... a także o tym, jak łatwo zniszczyć tworzoną przez lata legendę. To nie jest opowieść dla dzieci...
Niech najlepiej scharakteryzuje ją cytat z uniwersum Marvela "...od lat przemierzam ten świat, starając się zrozumieć niedającą się zrozumieć Mrok i równie niezrozumiałe światło, które powstaje – zwłaszcza w ludziach – walczących z tym Mrokiem i to w jego najbardziej perwersyjnej formie..."
Pamiętajcie aby w płeni zrozumieć tą historię trzeba najpierw sięgnąć po tzw. prologi do niej czyli albumy "Batman: Venom" oraz "Batman: Zemsta Bane" oraz "Batman: Miecz Azraela"
To tyle na dziś - choć to wie, może to dopiero część pierwsza listy :)
Jak mówiłem, nie jest to lista kompletna...
Rajd Liczyrzepy - zima 2020
-
DST
65.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rajd w czasach zarazy (1*)
No takiego tytułu to by się chyba sam Marquez nie powstydził (Sam? Cholera zawsze myślałem że On miał na imię Gabriel Garcia a nie Sam, no ale może mi się coś pochrzaniło...). Na Liczyrzepę zapisani byliśmy od dawna, ale zapowiadało się na bardzo deszczowy dzień i powiem szczerze, że trochę nie chciało nam się jechać... wiecie nadal chuchamy i dmuchamy na nasze rowerki, a ten błotny koszmar na Silesia Race po prostu złamał moje serce.
Jednakże, jako że totalnie nie mamy kondycji i zardzewieliśmy straszliwie przez zimę, pasowało się jednak coś, cokolwiek ruszyć. Do tego musieliśmy też wieczorem, z Wrocławia odebrać 260 piw zamówionych specjalnie na Wiosenne CZARNE KoRNO. Tak nam się jednak nie chciało, że nawet rozważaliśmy wypad do wrocławskiego ZOO zamiast na deszcz i w błoto.
Inna sprawa, że zastanawiałem się także czy rajd się odbędzie ze względu na zaostrzającą się sytuację na świecie. Nie było jednak żadnych sygnałów, aby Organizatorzy mieli jakieś problemy i był to naprawdę dobry znak na tydzień przed naszym rajdem. Powiem szczerze że od jakichś dwóch, trzech tygodni realnie zacząłem liczyć się z myślą, że różne tego typu imprezy mogą zostać odwoływane. Liczyrzepa odbywała się jednak normalnie, mimo że pojawiły się już pierwsze rekomendacje, aby unikać dużych skupisk ludzkich (czyli np. takich imprez). Oczywiście każdy ma swoją opinię o sytuacji: jedni panikują że koniec świata, inni totalnie to bagatelizują, a ja zawsze staram się patrzeć pragmatycznie, matematycznie i analitycznie. Infekcja to jedno, ale gdyby się przydarzyło, że po takim rajdzie z jakiegoś powodu, objęto by jego uczestników obowiązkową kwarantanną (co już się w Polsce mało miejsce), to nie bylibyśmy w stanie zrobić naszego rajdu! No i to już było realne zagrożenie, realny problem który mógł zaistnieć. Oczywiście możecie się śmiać z takiej obawy i prawdopodobieństwa takiego zdarzenia, ale jakby Wam przyszło śmiać się za zamkniętymi drzwiami przez 14 dni, to inaczej byście mówili mając w perspektywie prowadzenie imprezy za pasem!
Finalny jednak zdecydowaliśmy się pojechać bo tęskno nam było już za lampionami punktów kontrolnych. Mimo że zapowiadało się że mocno zmokniemy i potaplamy się w błocie jak knury, to jednak zmobilizowaliśmy się na tyle aby pojechać. Budzik na 2:00 w nocy... ah jak cudownie rano wstać - skoro świt. A nie czekaj... świt będzie dopiero za kilka godzin. Ruszamy! Kierunek: Oborniki Śląskie.

"Andrzej to twardy gość, jak mam odmówić Mu
Gdy dolar siłę ma, złotówka idzie w dół..." (2*)
W bazie czekał na nas już zacny Kablo-dzierżca, prawdziwy chop z Żelaz(k)a czyli Andrzej. Już na wspomnianej wyżej Silesia Race umówiliśmy się, że ciśniemy Liczyrzepy razem. Dobrze nam się razem jeździ (nie tylko po innych, ale i na rowerze) więc jakoś tak niejeden rajd już zrobiliśmy wspólnie. To też był dodatkowych powód, aby się zmobilizować i przyjechać. Byliśmy umówieni - może nie na herbatkę jak u Szalonego Kapelusznika, ale nadal niegrzecznie byłoby się spóźnić.
Na rajdzie tłumy i to mimo pogody... oczywiście leje. Jak zapowiadają słońce, to prognozy lubią się mylić, ale jak zapowiadają deszcz, to nie pomylą się nigdy. Ech... musi prawda? Dowiedziało się, że jeszcze nam zależy i jeszcze dbamy o rowerki, to musi napierać...
W bazie przed startem podpytuję Łukasza czy nie mieli jakiś sygnałów z gminy, ale uspokaja mnie że nie było żadnych przeciwwskazań, co do organizacji rajdu. Wszystko odbywa się planowo. Trochę mnie to uspokaja, ale cały czas myślę o tym, czy Siła KORNOlisa się odbędzie czy nie... niepokój o los imprezy mnie po prostu zabija, zjada i pożera. Mówię serio... niemal stany lękowe.
Chwilę później jednak dostajemy mapy i trzeba wyjść ze stanu zamartwiania się i wejść w tryb rajdowy. Planujemy wariant znany z frontu wschodniego. Generał-pułkownik i późniejszy Inspektor Wojsk Pancernych i Szef Sztabu OKH Heinz Guderian bylby dumny gdyby zobaczył naszą strategię tzw. kotłów wirujących. Blitz...eee...Lampionkrieg tak bardzo! Dzielimy mapę na mniejsze obszary i robimy pętle w wyznaczonym terenie, po to aby potem przeskoczyć na kolejny wybrany fragment i znowu zamknąć kolejną pętlę. Andrzej twierdzi, że mało jeździ i nie jest w formie... ale szybko widać, że to my będziemy ariergardą w tej drużynie. Cóż - jest marzec, a mamy w nogach cały jeden wyjazd na Silesię (zwykle zaczynamy rok od Rajdu 4 Żywiołów, ale chyba sami wiecie jak było w tym roku). Do tego miejscami błoto jest kosmiczne i jazda jest mega trudna. Nogi bolą jak diabli... ewidentnie zardzewieliśmy. To widać też w kilometrażu bo uciułaliśmy słabiutkie 65 km w 9 godzin...


Nie da się nawet spokojnie pogadać... czyli znowu w Bagnie
Impreza jest rozgrywana w formie rogainingu, więc na mapie zatrzęsienie punktów. Normalnie bardzo byśmy się z tego cieszyli, ale odległości między lampionami są takie, że nie da się spokojnie pogadać z Andrzejem. Nie widzieliśmy się dość długo i punkty kontrolne zakłócają rozmowę. Co za dramat - śmiać mi się chcę bo tak to jeszcze nie było... na rajdzie na orientację narzekać, że trzeba nawigować i ciągle odrywać się od prowadzonej konwersacji aby spojrzeć czy jedziemy dobrze.
Oczywiście nieraz zagadaliśmy się tak bardzo, że były potrzebne korekty trasy. Chyba się starzejemy, ale nawet jeśli, to może będziemy jak wino - im starsi tym lepsi :)
Przynajmniej błoto jest z tych śliskich i brudzących a nie z tych lepkich, co zapycha wszystkie otwory... i to łącznie z otworami ciała.
Najbardziej bolał mnie jednak fakt, że miejscami lasy tutaj były bardzo zaśmiecone... to przykre, jaki syf ludzie potrafią zostawić.
Natomiast pod sam koniec rajdu trafiliśmy do Bagna. Do miejscowości o nazwie Bagno, które ma hasło: BAGNO WCIĄGA !!
LOVE LOVE LOVE !!!


Niewiele więcej o rajdzie napiszę jako takim, bo kompletnie nie mam weny na to... jeszcze nie odżałowaliśmy odwołania naszej imprezy i ciężko mi było w ogóle do tej relacji usiąść. W zamian kilka zdjęć dla Was, a ostatni akapit poświęcę ogólnej sytuacji, także rajdowej w naszym kraju.







"Take a deep breath and let go
of the life that you had known
on the first step of that door
you've started to walk down one dark road
INFECTION ACROSS THE GLOBE
Don't lose a grip on that hope.." (3*)
"And now I've got a date with destiny (...)
I am not infected yet but it is affectin' me..." (4*)
Rajd Liczyrzepy zdołał się jeszcze wydarzyć… 2-3 dni po nim zaczęło się odwoływanie kolejnych imprez. Najpierw pewien Irokez z Dolnego Sanu, potem nasza Siła KORNOlisa, a teraz już lawinowo inne rajdy są odwołane lub co najmniej wstrzymały zapisy i czekają na rozwój sytuacji. Tym bardziej cieszymy się, że udało nam się dotrzeć do Oborników Śląskich i wziąć udział w ostatnim na jakiś czas (oby jak najkrótszy...) rajdzie.
Powiem Wam, że liczyłem się z tym więc decyzja o odwołaniu KORNOlisa nie była dla mnie zaskoczeniem, co nie zmienia faktu że jest to dla nas naprawdę bolesny cios. Anglicy mają na to specjalne słowo "devastating", po prostu "devastating"... I to na kilku płaszczyznach naraz… pamiętacie kultową „Szklaną Pułapkę 2”? Scenę z Johnem McClanem i generałem Esperanzą (TUTAJ jak coś).
W wolnym tłumaczeniu: „W pale się nie mieści, tyle przygotowań a jeden cholerny glina potrafił wszystko zepsuć…”
Parafrazę chyba dacie radę zrobić sami...
Czemu mówię o kilku płaszczyznach? Bo rajd był gotowy. Od środy mieliśmy rozwieszać trasę. Dyplomy, statuetki (o ile można to tak nazwać… rok temu do Kompani KORNEJ były kule od nogi, w tym roku też mieliśmy klimatyczne trofea – tym razem w klimacie alchemicznym). Owszem to nie zginie i można będzie użyć tych artefaktów (tak, wiem! Mógłbym napisać przedmiotów, ale lubię słowo artefakt…) w nowym, nieznanym jeszcze terminie rajdu, ale cała otoczka promocyjna, sesja zdjęciowa, to już poszło w eter. Pomysł jest już w pewnym sensie spalony. Zostaliśmy też z 260 butelkami piwa. Pysznego piwa, ale z krótkim okresem przydatności… musimy się zorientować ile mogą poleżeć i czy wytrzymają do nowego terminu. Niestety chyba jednak byłoby to dla nich za długo... Pewnie są też tacy, dla których mogłaby to być kwarantanna marzeń, zamknąć się z takimi zasobami (nie mylić z Karawaną marzeń)…
Nie chcę się tutaj rozwodzić nad tą kwestią, bo w końcu powinien być to wpis dedykowany Liczyrzepie, a nie naszemu rajdowi, ale nie jestem w stanie tym razem skupić się na relacji z rajdu. Powiem Wam jeszcze jedną rzecz. Jest to klasyczny przykład tzw. „mieszanych uczuć”. Uważam, że decyzja o odwołaniu rajdu była rozsądna i wskazana, ale mam podobne odczucie jak w górach, kiedy wycofa się człowiek z ataku szczytowego bo np. burza. Zejdzie się wtedy bezpiecznie i rozsądek mówi, że była to dobra decyzja, ale serce zawsze odpowie że zbyt pochopna, paniczna i na pewno nic by się nie stało. Trzeba by aby ktoś poszedł, kiedy my się wycofamy, poszedł i trafił go szalg (lub co innego...), wtedy mielibyśmy pewność, że nasza decyzja była słuszna. Mielibyśmy też inny problem, zwłaszcza gdyby to był jakiś nasz dobry znajomy, ale pewność co do decyzji została by potwierdzona eksperymentem.
A co do samego wirusa, jeśli nie znacie tego materiału to KONIECZNIE PRZECZYTAJCIE TO. Według mnie jedna z lepszych analiz i matematyczny model sytuacji - zwróćcie szczególną uwagę na korelacje "orange and grey". Mało na razie wiemy, bardzo mało także o ewentualnych powikłaniach "po", więc mówienie że to paranoja i panika jest według mnie ignorancją. Nawet jeśli okaże się, że jest to stwierdzenie prawdziwe (na co się jednak nie zapowiada...) to nadal będzie to ignorancja bo głoszone jest to, nie na podstawie faktów i analiz, ale na podstawie własnego ego i przeświadczenia o własnej nieomylności. Zbyt wiele jako ludzkość pokazowo i spektakularnie spapraliśmy (tu można przeczytać co dokładnie) przez właściwe nam błędy poznawcze, abym uważał inaczej. Już samo przeciążenie i tak niedofinansowanej służby zdrowia jest niesamowicie groźne - nie polecam łamać się teraz lub
Gorąco polecam załączoną lekturę i
A na koniec, jako że podzielam zdanie Juliusza, że „smutno mi Boże” bo nie ma żadnych rajdów… proponuje trochę inne podejście do tematu. Nasi przodkowie przeżyli (albo i nie…) gorsze czasy np. wojnę, więc i my przeżyjemy (albo i nie…) obecną sytuację. Arthur wiecznie żywy zawsze prawdę Ci powie:

Czarny humor zawsze jest wskazany i nie mylcie tego z bagatelizowaniem problemów. Czarny humor to najlepszy typ humory, więc na zakończenie – do wyboru do koloru:
Wirus na smutno i refleksyjnie, ale jednak z nadzieją:
Jak nie znacie hiszpańskiego, to włączcie sobie napisy – tłumaczenie automatyczne więc trochę kulawe ale idzie się połapać.
Inna sprawa że hiszpański jest wspaniałym językiem i… może dlatego tak mi się podoba ta piosenka
A Darkness falls over the land
Enslaves it with a wave of its hand
And I try to see
the Light through the DISEASE... (5*)
I skupmy się na tym "THE LIGHT", czymkolwiek by to dla Was nie było i do zobaczenia na jakiś rajdzie - nie wiem jeszcze kiedy, ale kiedyś na pewno. Nie ma się co łamać:
- co nas zabije, to nas zabije,
- a co nas nie zabije to nas okaleczy.
Widzimy się zatem w gronie weteranów lub ze 6 metrów pod ziemią. Ważna aby w obu miejscach były lampiony, nie wiem jak Wam, ale mnie to wystarczy. No może, Lampiony i Szpada :)
CYTATY:
1. Parafraz tytułu książki Gabriela Garcia Marqueza "Miłość w czasach zarazy"
2. Piosenka SŁAWOMIRA "Małgosia Socha"
3. Piosenka JT Machinima "Reason to live" ("Last of us" song). Tutaj.
4. Piosenka JT Machinima "Keeping me human" ("Dead Space 3" song). Tutaj.
5. Piosenka Aurelio Voltaire "Riding a black unicorn". Tutaj
Kategoria Rajd, SFA
Himalajska Gra Terenowa
-
DST
10.00km
-
Aktywność Wędrówka
Organizatorem jest Silesia Adventure Race czyli Marcin ze swoją niezmordowaną ekipą. W praktyce oznacza to, że to drugi weekend z rzędu gdy bawimy się na imprezie Silesi (w zeszłą sobotę odwiedziliśmy zimową edycję Silesia Race z bazą w Pszczynie).
Skąd wogóle pomysł na taką imprezę? Okazja jest zacna. Luty 2020 to 40-stolecie pierwszego zimowego zdobycia Mount Everestu, a było to wydarzenie bez precedensu.
Po pierwsze, eksperci twierdzili że ośmiotysięczniki są nie do zdobycia zimą i powyżej 7000 m n.p.m. nie da się w tym okresie przetrwać. Można by rzec, że do Polaków (Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy) ta informacja jakoś nie dotarła. Weszli, zeszli, przeżyli! Jednocześnie na zawsze zapisali się w historii.
Po drugie, nie dość że było to pierwsze zimowe zdobycie ośmiotysięcznika, to ze wszystkich 14-stu jakie stoją, był to od razu najwyższy z nich, czyli najwyższa góra na Ziemi, Dach Świata – Mount Everest.
Po trzecie jakby tego było mało, to właśnie nasi” rodacy rozpoczęli nową erę w historii alpinizmu. No i same Katowice to też miejsce, które pamiętają jedną z legend polskiego himalaizmu - Jerzego Kukuczkę, drugiego człowieka w historii świata, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum (czyli wszystkie 14 „ósemek”).
Sami zatem przyznacie, że okazja jest naprawdę zacna, a że - TU CIEKAWOSTKA – wśród Rajdowców jest bardzo wiele osób, które himalaizmem się interesują i to tak konkretnie (zapytajcie jakiś innych ludzi z waszego otoczenia czy wymienią z głowy choćby 8 z 14 ośmiotysięczników), to frekwencja na imprezie naprawdę dopisała. Może to trudne do uwierzenia, ale te światy są naprawdę jakoś powiązane, na tle że na przykład jeden z zimowych zdobywców Broad Peek’a – Tomasz Kowalski zaliczył niejeden z rajdów przygodowych. Nim jednak napiszę krótką relację z naszej przygody, jeszcze dwa słowa odnośnie klimatu imprezy.
Wiele napisano już o himalaizmie jako takim, a wielu wspinaczy przypłaciło życiem realizację lub próbę realizacji swoich marzeń… nie chcę powielać tutaj pewnych opowieści bo od tego są książki (tu bardzo polecam np. „Broad Peek – Niebo i Piekło”). Napiszę o czym innym, o czymś od siebie…
Jeszcze niedawno część z nas żyła polską wyprawą na K2, drugi co do wysokości szczyt Ziemi, a najwyższy szczyt Karakorum (Karakorum pod kątem ośmiotysięczników to tylko 4 góry: K2, Broad Peek oraz dwa Gaszerbrumy (I oraz II). Wszystkie pozostałe ośmiotysięczniki to Himalaje). Czy kibicowałem naszej narodowej wyprawie znanej pod hasłem „K2 dla Polaków” – NO BA! Oczwyiście, że tak. Czy chciałem aby się Im udało – hmmmm…. ciężko powiedzieć.
K2 to ostatni niezdobyty zimą ośmiotysięcznik. Do tej pory każda wyprawa, prędzej czy później się załamywała, a niejeden śmiałek na zawsze został już na zboczach Góry Gór, jak bywa nazywane K2.
I aby była jasność, bo tu sprawa jest prosta: jeśli K2 ma zostać kiedyś zdobyte zimą, to niech będzie to polska ekipa. Koniecznie. Zrobi to piękną klamrę kompozycyjną: początek i koniec. Pierwszy i ostatni ze szczytów zimą. Niczym alfa i omega. Było by pięknie.
Ale może lepiej… aby ta góra nie została nigdy zdobyta zimą. Jest coś magicznego w majestacie i potędze K2, które skutecznie broni się niczym Ostatni Bastion Karakorum. Niezdobyty bastion.
Może niech pozostanie niepokonana jeszcze przez długie wieki… jako swoisty znak, że nie jesteśmy jeszcze wszechpotężni, że nie damy rady ujarzmić takiej potęgi. Niech każda kolejna, nieudana zimowa próba (oby tylko bez wypadków śmiertelnych…) buduje i umacnia legendę Góry Góry, niesamowitego K2 (które mam na tapecie pulpitu od lat). To w pewnym sensie wspaniałe, że ta Góra rzuca nam takie wyzwanie i wciąż wychodzi z niego zwycięsko.
Przyjeżdżamy z coraz to nowszym sprzętem, nierzadko niemal z kosmicznym wyposażeniem, bogaci w coraz większą wiedzę odnośnie funkcjonowania człowieka w ekstremalnych warunkach, a wielki kawał lodu i kamienia stoi nadal tak niezdobyty, jak było to lata temu. To góra, która uczy pokory. Dziś na Everest można zostać niemal wyniesionym przez innych.
Jeśli oczywiście tylko Was na to stać, co nie znaczy że nie można tam zginąć - mówię tylko o pewnej komercjalizacji Himalajów, ale K2 opiera się najlepszym, najtwardszym z nas. Nawet „Czekan Porucznika” nie dał rady tej skale… i oby tak pozostało jak najdłużej.
A jeśli ktoś nie może się z takim stwierdzeniem zgodzić, to niech pomyśli tak:
„Gdy Aleksander ujrzał swe imperium to zapłakał, bo nie zostało już nic do podbicia”.

"Jak to jest być skrybą? Dobrze?" (1*)
OK, ja wiem że dygresje są solą tej ziemi, ale pora wracać do relacji.
Jedziemy zatem do Katowic, gdzie startować będziemy na trasie rodzinnej, gdyż dołączy do nas męska część Beboków (mój dobry kumpel ze studiów Mateusz i dwójka jego dzieciaków). Mama wyżej wymienionej dwójki czyli Kolarska Grażyna udaje się na trasę dłuższą wraz z swoimi koleżankami. Gdy czekamy na odprawę naszej trasy, Marcin porywa Basię… brakuje Mu ludzi do roboty, a Szkodnik akurat przechodził w pobliżu. Basia zostaje skrybą i ma wpisywać na karty startowe dyktowane przez Marcina godziny startów poszczególnych ekip. Rozśmieszyło mnie to, więc gdy widzę jak Szkodnik uzupełnia „obce” karty pytam Go:
- Jak to jest być skrybą? Dobrze?
Pamiętacie tą scenę? Kultowa akcja z filmu „Asterix i Obelix – misja Kleopatra”.
U nas ten tekst, często parafrazowany, pojawia się ciągle. W przeróżnych kontekstach.
Jak to jest szukać lampionów, dobrze?
Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej, powiedziałbym, że ludzi. Ludzi, którzy podali mi pomocną dłoń, kiedy sobie nie radziłem, kiedy bylem sam. I co ciekawe, to właśnie przypadkowe spotkania wpływają na nasze życie. Chodzi o to, że kiedy wyznaje się pewne wartości, nawet pozornie uniwersalne, bywa że nie znajduje się zrozumienia, które by tak rzec, które pomaga nam się rozwijać. Ja miałem to szczęście, by tak rzec, ponieważ je znalazłem...
A może inaczej: gdybyś zapytał mnie co cenię sobie najbardziej odpowiedziałbym, że bagna i warianty z dupy… :)
Tak czy siak - chwilę później wszystkie karty są uzupełnione i możemy wyruszać w drogę.
Naszym celem dzisiaj jest zdobycie Mount Everestu, który to na potrzeby zabawy, odtwarza hałda Murcki.
Sprzęt i aklimatyzacja
Aby zdobyć Everest potrzebna jest aklimatyzacja. Każdy zdobyty punkt kontrolny pozwoli nam ją uzyskać, więc kiedy uda nam się zaliczyć wszystkie punkty kontrolne i zadania, będziemy mogli przeprowadzić atak szczytowy. Wyruszamy zatem z bazy i kierujemy się przez miasto do pierwszych lampionowych punktów kontrolnych. Jak w Himalajach musimy dotrzeć do „końca” cywilizacji i potem cisnąć w terenie. W miejskiej części czekają na nas dwa zadania związane z przygotowaniem wyprawy.
Musimy wiedzieć gdzie się wybieramy i co nasz czeka, więc na jednym z punktów musimy rozwiązać zadanie polegające na przypisaniu podanych wysokości do konkretnych gór. Na liście nie tylko himalajskie klasyki, ale też Kilimandżaro (5885m) czy Aconcagua (6962m).
Natomiast w domu kultury czeka nas zadanie związane z przygotowaniem sprzętu. Musimy poprawnie ponazywać (i wyjaśnić przeznaczenie) różnego rodzaju elementów wyposażania górskiego wspinacza. Jak raki są dość oczywiste, tak różnego rodzaju lodowe śruby, uprzęże i klamry, to już nie taka prosta sprawa. Udaje nam się jednak to zrobić, a to oznacza że możemy odwiedzić bazę u podnóża Dachu Świata czyli pod hałdą. Tam dostajemy drugą mapę – mapę „hołdy” (tak wiem, jak to brzmi ale naprawdę to miejsce ma ścieżki i drogi. W sumie to zdjęcie macie powyżej). Tu czeka na nas o wiele więcej punktów kontrolnych oraz sporo zadań.
Zaczynamy od przedarcia się przez lodowe plateau. Ech szkoda, że tegoroczna zima nie ma śniegu, bo klimat byłby jeszcze lepszy.

"Elisabeth, nice to see you" (2*)
Kojarzycie do czego nawiązują te słowa? Pamiętacie legendarną już akcję ratunkową Bieleckiego i Urubki na Nanga Parbat (8126m)? Więcej o tym TUTAJ. Adam i Denis wpisali się wtedy, po raz kolejny w sumie, w historię himalaizmu. Była to akcja wyznaczająca nowe granice ludzkich możliwości… Powiem Wam szczerze, że zabijały mnie wtedy komentarze niektórych osób. Padało tysiące z-dupy argumentów i opini, ale nawet nie o to chodzi.. można by tłumaczyć, że warunki, że ogromny wysiłek dla organizmu, że logistyka, że kwestia problemów z lataniem w tej strefie, nieważne… najbardziej przerażał mnie brak takiej najprostszej logiki i pokory w ludziach. Mówimy o szczycie nigdy nie zdobytym zimą, przez nikogo i to pomimo wielu prób, a ludzie oczekują że pojawi się tam lokalna ekipa ratunkowa i załatwi sprawę. Mam jedno pytanie: skoro lokalna ekipa ratowników mogła by „od kopa” podskoczyć na 7500 m npm, to czemu był to szczyt nigdy nie zdobyty przez człowieka zimą?
Nie chciało Im się? Nie czuli takiej potrzeby? Był zarezerwowany?
Wszystkie kwestie techniczne da się wytłumaczyć (tym, co oczywiście chcą słuchać), bo rzeczywiście można nie być świadomym okoliczności zdarzenia, ale postawy roszczeniowe „bo tak” są zawsze dużo bardziej problematyczne. Ech… słowem „ech”.
Wracając do relacji. Jednym z naszych zadań jest zorganizowanie akcji ratunkowej. Zasady są proste. Jedno z nas ulega „awarii” i trzeba go zatachać na hałdę. Nie wolno położyć „ofiary” na dłużej niż 10 sek, bo grozi to wychłodzeniem organizmu. Porywamy zatem najlżejszego z nas (sorry, Olek) i ciśniemy z Nim na hałdę.
Jedyny problem jaki mam z tą akcją, jest taki że w sumie to wynosimy rannego wysoko w góry. Nie znosimy go do cywilizacji, ale bierzemy go pod szczyt. No cóż, może świeże powietrze zdziała cuda. Nie ma to jak medycyna naturalna. Tak szczerze, bardziej przypominało to wynoszenie rannego z linii ognia niż górską ewakuację, ale ważne że zadanie zaliczone.
Jako, że kosztowało nas to trochę wysiłku, pora zatem skosztować czegoś innego


"Wzgórza przeszliśmy, cało wróciliśmy,
Kuchnie polowe odnalazły się..." (3*) W LAWINISKU !!
Docieramy do kolejnego punktu na naszej trasie. Jest to obóz – baza wysunięta (baza pod Everestem). Musimy tutaj przygotować posiłek w warunkach wysokogórskich. Wiecie, żywność liofilizowana (czyli „wysuszona w ch*j” jak ją to nazywam), którą trzeba przed spożyciem potraktować wrzątkiem.
Jako, że nie ma śniegu, to nie mamy co topić i musimy skorzystać z butelek wody, który zostały tu dostarczone.
Niemniej odpalenie kuchenki gazowej i zagotowanie wody leży już w naszej gestii.
W rolę wysokogórskiej żywności wcielają się nasze rodzime „chińskie” zupki. Jako, że dzieciaki zjedzą wszystko, to jedzenie zostało zdmuchnięte szybciej niż je przygotowywaliśmy. Co za niewydajny proces…
Lecimy dalej, bo za chwilę czeka na nas kolejne zadanie, którym jest przeszukanie lawiniska (poszukiwanie lampioniska?)
Dostajemy czujniki lawinowe i na podstawie ich wskazań musimy odnaleźć zakopane w gałęziach (nie ma śniegu…buuu) przedmioty.
Super spawa. Powiem szczerze, że pierwszy raz miałem to urządzenie w ręce. Owszem, chodzimy w góry zimą, ale staramy się unikać szlaków zagrożonych lawinami i jakoś tak nie było okazji zapoznać się z tym sprzętem. Bardzo fajnie to działa i dość szybko odnaleźliśmy ukryte przed nami skarby. Bardzo cenię sobie takie zadania czy też szkolenia – praktyczne użycie sprzętu. Nigdy nie wiesz kiedy Ci się to przyda. A zawsze lepiej wiedzieć i mieć przećwiczone niż tylko wiedzieć (w teorii)…
W pracy na przykład miałem praktyczne, rozszerzone szkolenie pożarowe. Mieliśmy ogromy namiot z przeszkodami w środku (porobione korytarze), czyli symulacja przedarcia się przez zadymione pomieszczenia (i to tak konkretnie zadymione). Potem każdemu z nas Strażacy odpalali dość duży płomień (taki ponad metrowy na wysokość) na specjalnej platformie, który trzeba było zgasić przy użyciu gaśnicy, ucząc się nie tylko jej obsługi, ale i wydajności środka gaśniczego oraz zasad jego skutecznego użycia. Wiele osób opróżniło całą gaśnicę, a płomień nawet tego nie zauważył.
Takie rzeczy są bardzo potrzebne, a przecież zabawa jest najlepszą nauką. Rewelacja!

Przeprawa przez lodową szczelinę… czyli jak po sznurku (poręczówki)
Kolejne zadanie obsługiwane jest przez tą samą ekipę, która zapewniła mi kąpiel na Silesia Race. Tak, nadal się będę upierał, że to była kwestia liny, a nie techniki. Od razu mnie poznają! Co za dramat… nie o takiej sławie marzyłem. Nataszka ma w tym też swój udział, bo idealnie uchwyciła w obiektywnie tzw. „magic of the moment”… Cóż, trzeba się nauczyć żyć ze sławą. Nawet tą złą…
Zadanie to przeprawa linowa – coś jak nad Sanem w Przemyslu na 36-godzinnym rajdzie TEAM 360 (ach co to był za rajd!)
Dziś jednak mam pełen komfort bo to dzieciaki palą się do wykonywania zadania – tak naprawdę to jeden z Nich, bo drugi stwierdził, że „nie lubi parków linowych”. W pełni go rozumiem, ja też nie przepadam, zwłaszcza za tymi NAD WODĄ !!!
Młodszy rzuca się jednak na liny i przechodzi bardzo sprawnie na drugą stronę szczeliny.

Co jak co, ale takie zadania to kawał dobrej zabawy i super, że tym ludziom się chce pomagać w organizacji takich rajdów.
Gdy Olek idzie po linach, a Kostek wyraża swoją niechęć do Parków Linowych, to na drugim stanowisku szczelinę pokonuje ekipa Gosi i Tomka (znamy się od czasów studiów i Oni także dali się namówić na dzisiejszą grę).

Naszym ostatnim zadaniem przed atakiem szczytowym jest strome podejście z wykorzystaniem lin. Oczywiście to zabawa, więc liny są tu tylko elementem „klimatycznym” a takie ściany to pokonujemy zwykle nie z liną, a z rowerem na plecach :D
Bycie z-dupy-wariantowcem zobowiązuje… ech, tu też ekipa nas zna i pamięta mój wodolot na ostatniej Silesii.
Śmieją się, że na dole czeka na mnie nawet małe jeziorko, jakbym się zdecydował. Śmieją się… taaak, śmieją się ze mnie...
Ale ja będę się śmiał jak przyjadą na nasze Wiosenne CZARNE KoRNO – Siłę KORNOlisa i wpadną w szereg pułapek, które już tam na nich czyhają!

Atak szczytowy
Meldujemy się w bazie pod Everestem. Jako, że zaliczyliśmy wszystkie punkty kontrolne to mamy zielone światło i możemy przeprowadzić atak szczytowy. Rewelacja. Zwłaszcza, że trafiło nam się fantastyczne okno pogodowe. Ech… naprawdę szkoda, że nie ma śniegu. Ta impreza to fantastyczny pomysł i bawimy się świetnie.
Co można powiedzieć o dzisiejszym dniu? Każdy ma swój Everest lub swoją hałdę.
Marcin, genialny pomysł i świetna realizacja. Dziękujemy za wspaniałą zabawę.
A na samym szczycie czeka na nas niespodzianka. Kubki z napisem, ale nie byle jakim bo to zapis oryginalnej rozmowy Wielickiego i Cichego z bazą. Rozmowa to odbyła się ze szczytu Dachu Świata.
Fantastyczne upamiętnienie tych wydarzeń, a poniżej Szkodnik na Dachu Katowic :D


CYTATY:
1. Kultowa scena z filmu "Asterix i Obelix - Misja Kleopatra"
2. Wyjaśnione w tekście
3. Piosenka z filmu "Jak rozpętałem II wojnę światową"
Kategoria Rajd, SFA
Silesia Race - zima 2020
-
DST
97.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
"If you're good at somethinng, never do it for free" (1*)
Jeden z zawodników: To my dziękujemy, że Ci się chce (organizować rajdy)
Marcin: Za darmo przecież tego nie robię




TROPEM WILCZYM
Z czym kojarzy mi się Pszczyna? Oczywiście z Zamkiem, Parkiem i Zagrodą Żubrów, które kiedyś się odwiedziło, ale także z jedną z edycji Rajdu Wilczego. To właśnie tutaj, także po parku i także nad ranem (a nawet jeszcze wcześniej niż dziś - bo dziś start jest o 8:00 dopiero), szukaliśmy lampionów. Pamiętam to dobrze. Styrani przez bagna Kobióra, gdzie utknęliśmy i to tak konkretnie koło 3 w nocy, dotachaliśmy się w końcu do Pszczyny i wśród porannych mgieł szukaliśmy lampionów ukrytych w zamkowym parku.
Finalnie weszliśmy zatem przez główną bramę. Nie ma to jak zacząć sezon od takiej wtopy jak przegapienie wejścia do parku, który jest dość dobrze oznaczonym i znamy zabytkiem... to nie tak, aby było to wejście było jakieś ukryte czy schowane.
A tak przy okazji to Wy jak wolicie?

Od dupy strony czyli przodem na zad

Wylazłem, a teraz zejść nie mogę...



MAZUTOWE PIEKŁO
W sumie to ta maź zachowuje się nawet podobnie. Liczba centistokes'ów (jednostka lepkości jak ktoś nie ogarnia) wyczuwalnie wysoka. Konsystencja tego czegoś jest straszliwa - chyba ma to sporą domieszkę miału węglowego bo oblepia wszystko. To że oblepia to jedno, ale blokuje wszelaki ruch i waży chyba z tonę. Wypełnia wszystkie otwory i zapycha prześwity... masakra. Mam wrażenie że toniemy... próbujemy wołać o pomoc, ale maź wlewa się do gardła i dławi... "gdy nie możesz oddychać, nie możesz krzyczeć" (2*)
Ojciec stoi rano zapatrzony w okno, Mama na to: "Co robisz?"
On grobowym głosem "W nocy padało..."
No więc właśnie... na drodze był "mazut"


"Na drugim planie ŻÓŁTA KOPARKA pochylała się nad dziurą w ziemi, jakby zaglądając do niej z zaciekawienie..." (3*)
Pamiętacie Silesię 3 Beskidów na jesień zeszłego roku. Tam też był jeden z punktów kontrolnych na żółtej koparce. Problemem było to że ta koparka odjechała. Według Marcina była porzucona ale według rzeczywistości już nie. Jak zobaczyliśmy zatem że tym razem lampion ma także wisieć na koparce, zastanawialiśmy się czy będziemy mieć powtórkę z rozrywki. Jednakże dzisiaj lampion wisiał gdzie miał wisieć, a koparka spata tam gdzie miała stać. Dzięki temu wyszedł świetny punkt kontrolny. Sami popatrzcie na zdjęcia. Punkt taki że kopara opada (dobrze, że nie odjeżdża...)


Do tego jeden punkt wcześniej był umiejscowiony w budynku dawnego dworca i także zrobił na nas spore wrażenie. Właśnie tam czekał na nas punkt żywieniowy a dla wielu ekip był to też punkt zmian czyli przepak. Posileni i w miarę zadowoleni ruszyliśmy dalej



Co ma wisieć nie utonie... no ale chyba wisieć nie miało.
A było to tak... Na pewnym etapie rajdu czekało na nas zadanie specjalne. Przeprawa linowa przez Wisłę. Trzeba było przeprawić na drugą stronę najpierw rowery a potem siebie. Oczywiście wszystko pod okiem doświadczonych, czasem także przez los, linowych specjalistów. Rower Basi w ekspresowym tempie poleciał na drugą stronę, jego Właścicielka także. Chyba przekroczyła przy tym barierę dźwięku bo krzyk usłyszałem dopiero kiedy zbierała się z ziemi po drugiej stronie, natomiast ja... jakby to powiedzieć. Miałem trochę problemów z tą przyprawą. Kojarzycie co się dzieje gdy kat źle dobierze długość liny na szubienicy... Taaak, głowa zostaje odcięta a krew sika na około. A wiecie co się dzieje gdy na linie powiesicie ciężar przekraczający jej dopuszczalne obciążeniem.
Pamiętacie tą scenę z Batmana Tima Burtona (tego w którym Batman musiał się obracać całym ciałem, bo kostium uniemożliwiał mu kręcenie głową). Vicky Vale została przez Nietoperza zapytana ile waży gdy ratował ją przed bandą Jokera. Odpowiedziała Mu, że 48 kg po czym, pojechali na linie. Mechanizm linowy nie dał rady... i później Batman powiedział jej, że nie waży 48 kg (to jest odwaga!). No i tak też było ze mną: lina miała wytrzymać i w sumie to nawet wytrzymała, tylko tylko że poleciałem w wodne otchłanie i całkiem porządnie się skąpałem. Dobrze że była w miarę ładna pogoda bo wyszedłem z tego zadania mocno przemoczony w dolnych partiach.
Gdyby był mróz to nie byłoby ciekawie, chociaż z drugiej strony miałem też cały komplet nowych ciuchów w plecaku. Coś trzeba w nim wozić, prawda? Bez sensu wozić tak wielki plecak pusty. Z trzeciej strony, plecak też poszedł pod wodę...
Niemniej, koniec końców: oszukali mnie! Mieli przeprawić mnie na drugą stronę, a prawie mnie utopili... i dalszą część rajdu jechałem z mokrą dupą (zdjęcia od Nataszki... wiedziała, gdzie i kiedy być z aparatem).



Analizując układy liniowe
Wjeżdżamy w lasy otaczające zbiornik Goczałkowicki. Dziwne rzeczy się tu dzieją bo tablica dotycząca Rezerwatu Przyrody informuje, że chodzenie po rezerwacie grozi utonięciem... My natomiast spotkaliśmy także bardzo fajny mostek. Wygląda nieźle na zdjęciu, prawda? A teraz wyobraźcie sobie, że żadna z tych belek mi nie jest do niczego przymocowana... Jak na to staniesz, to się zaczyna zabawa jak w Prince of Persia. Pamiętacie te kafelki które odpadały jak się na nich stanęło? Bardzo podobnie tu to wyglądało. Niemniej dość sprawnie uporaliśmy się z punktami kontrolnymi zlokalizowanymi w tych lasach. Na koniec zostawiliśmy sobie tak zwaną "białą mapę" czyli odcinek specjalny na którym zaznaczone były tylko i wyłącznie obiekty liniowe i... nic więcej. W praktyce oznaczało to, takie same oznaczenie strumieni, ogrodzeń i ścieżki. Innymi słowy był to układ obiektów liniowych czyli - jak pewnie pamiętacie - z definicji: matematyczny model układu regulacji oparty na przekształceniu liniowym będący matematyczną abstrakcją i swoistą idealizacją układu rzeczywistego, którego odpowiedź na złożony sygnał wejściowy można opisać za pomocą sumy odpowiedzi na prostsze sygnały wejściowe. Oznacza to że w równaniach nie występują żadne iloczyny ani potęgi zmiennych a ewentualne współczynniki tych równań czyli parametry układu nie są zmiennymi. Mówimy tu oczywiście o układach równań różniczkowych czyli dużej ilości równań odejmowanek... To tyle z definicji. Etap był autorstwa Łukasza, który przeszedł samego siebie na Silesi 3 Beskidów robiąc tam rzeź, więc spodziewaliśmy się niezłego hardkoru... Tym razem ku naszemu zaskoczeniu etap ten nie był bardzo trudny.
Bynajmniej Nie narzekamy na to!




Inwazja porywaczy lampionów
Pomału kierujemy się w stronę bazy zbierając ostatnie punkty oraz atakując etap, który wszyscy robili jako pierwszy. Zmierzch zostaje nas na fantastycznej spacerowej ścieżce wzdłuż zbiornika. Etap, o którym mówię charakteryzował się sporym zagęszczeniem punktów kontrolnych. Dzwonimy do Marcina. Skoro jesteśmy tutaj ostatnią ekipą bo jedziemy od dupy strony, to może pozbieramy Mu punkty kontrolne. Sami wiemy jak wielkim złem jest ściąganie trasy. Planowanie zawodów cieszy, rozkładanie trasy jest fajne, ale ściąganie... po zawodach, gdy jesteś wytyrany po wszsytkich przygotowaniach i prowadzeniu imprezy, jest naprawdę trudne. Marcinowi ten pomysł się bardzo podoba, więc porywamy lampiony i pakujemy je do plecaków. Zawsze będzie Mu trochę łatwiej i mamy nadzieję że w marcu też nam ktoś pomoże zbierać trasę. U nas będzie ponad 110 punktów kontrolnych, więc bierzemy 3 dni urlopu na jej rozłożenie... Będzie zatem co ściągać.
Do bazy docieramy wczesnym wieczorem, ale grubo po zmroku.
Całkiem nieźle jak na pierwszy start. Kondycji Nie ma nawigacja zawodzi ale poszły pierwsze koty za płoty. dobrze że w końcu zaczęliśmy sezon.
Teraz może być już tylko lepiej... albo i nie :)
Takie tam z płonącym horyzontem

Nostalgia za morzem

Kosmos to też NASA sprawa !!!


DUCH w mroku (mimo, że Mrok nie załapał się na to zdjęcie - przypominam, że nasze rowery to mają swoje imiona: DUCH i MROK, jak dwie identyczne Bestie z pewnego filmu)

CYTATY:
1. Film "The Dark Knight".
2. Tagline do filmu "Anakonda" (horror klasy słabej, ale ja takie kocham :D )
3. Książka Zygmunta Miłoszewskiego "Gniew"
Kategoria Rajd, SFA
Rajd 4 Żywiołów - zima 2020
-
DST
1.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
No nieźle się porobiło... Od dawna każdy rok rajdowy zaczynamy właśnie od Rajdu 4 Żywiołów, który na stałe wpisał się w nasz styczniowy kalendarz. Śnieg, mróz, lód i rower – czego chcieć więcej. W sumie „więcej” to nie wiem, ale „mniej” to mam sprecyzowane – pasowałoby mniej lodu. Różnie bywało, czasem zaspy po pas, czasem z -10 na termometrze, a czasem szklanka taka, że w niejednej hucie szkła byliby pod wrażeniem. Wracaliśmy tu jednak chętnie i z radością, bo nie dość że była to fajna impreza, to przecież w zimie z rajdami rowerowymi mamy totalną posuchę. Dla nas start sezonu w kwietniu to jakaś herezja, bo sezonu rowerowego się po prostu nie kończy, a zimowe zawody to ekstra sprawa… Zatem wiadomość, że rok 2019 był ostatnim rokiem Rajdu Czterech Żywiołów przyjęliśmy z naprawdę dużym smutkiem.
Pierwsze plotki o planowanym zakończeniu Rajdu 4 Żywiołów dotarły do nas już wprawdzie w 2018 roku, kiedy to właśnie miały odbyć się ostatnie edycje tej imprezy (zimowa i letnia). Jednakże gdy w kalendarzu na 2019 Żywioły pojawiły się na nowo, uznaliśmy że był to jedynie „lokalny kryzys” wywołany np. przemęczeniem. Jednakże w styczniu 2019 usłyszeliśmy już oficjalnie od Organizatorów, że to koniec bo "nie ma komu robić". Potwierdziło się zatem, iż czerwiec 2019 miał przynieść finalną edycję i… w sumie tak też się stało.
Mimo, że czerwiec spędzaliśmy w polskich i słowackich Tatrach (Żywioły odwiedzamy głównie w zimie) to zaufani szpiedzy donieśli nam, że nastąpiło oficjalne pożegnanie imprezy. Potem w necie pojawiło się także oficjalne potwierdzenie tej wiadomości. Cóż było robić… szkoda, cholerna szkoda bo to kolejna dobra impreza, która wygasa.
Nie ma już rajdów Bikeholicowych rajdów (Ciupaga Orient, Galicja Orient, Odyseja), nie ma ICE AR, Team 360 przestał robić majowe poniewierki, Jurajskiej Jatki też ma już nie być… a teraz padało na Żywioły. Koniec pewnego rozdziału. No równia pochyła... pisałem Wam w podsumowaniu roku 2019, że mam nieodparte wrażenie, że robi się coraz mniej rajdów.
"Nicht eine Schlacht, eine Rettungsaktion..." (1*) niem. "nie bitwa, a akcja ratunkowa"
Jednakże jesienią 2019 pojawia się światełko w tunelu i – co dziwne – nie jest był to nawet pędzący naprzeciw nam pociąg.
Organizatorzy Żywiołów ogłaszają, że impreza może się odbyć, ale tylko jeżeli znajdzie się ktoś kto przygotuje trasę rajdu. Oni zajmą się całym zapleczem, ale ktoś musi ogarnąć lampiony w terenie. To bardzo dobra informacja, bo to oznacza iż rajd się jednak się odbędzie…
...albo i nie, bo przez jakiś czas nikt (przynajmniej) oficjalnie nie zgłasza się do pomocy.
Jak w tym głupim kawale:
Pożar we wsi - płonie stodoła. Wszyscy lecą z wiadrami, biegną tłumnie na miejsce.
A tu ze stodoły wychodzi baca i mówi:
- No tak. Podpalić to nie było komu, ale grzać się to wszyscy!
Jesteśmy zaskoczeni, bo bardzo wiele osób ubolewało nad końcem imprezy, a gdy nagle pojawiła się możliwość utrzymania jej w rajdowym kalendarzu, to odzewu brak. Nie mówię tutaj o głosach: "będę wiedział za miesiąc czy miałbym czas", których po prostu nie cierpię w sytuacjach kryzysowych. Chodzi mi o konkretne, odpowiedzialne zgłoszenia.
Z Moniką jesteśmy umówieni, że do końca grudnia 2020 mamy zamknąć trasę naszego "Wiosennego CZARNEGO KoRNO - Siły KORNOlisa" (13-15 marzec 2020), więc trochę słabo stoimy z czasem... Wrzesień, październik i listopad to był rajd na rajdzie albo zawody szermiercze naszego Pucharu 3 Broni. Końcówkę roku wykorzystujemy wprawdzie na częste wyprawy do Ciężkowic w poszukiwaniu fajnych miejsc na punkty kontrolne Siły KORNOlisa i nie cierpimy na nadmiar czasu wolnego, ale mimo to postanawiamy spróbować powalczyć o Żywioły.
Kto kiedykolwiek był na zimowej edycji, ten wie jak wspaniały klimat ma ta impreza:


Zgłaszamy się zatem do zrobienia trasy rajdu, bo gdy "Światło wzywa, Mrok musi odpowiedzieć..." (2*)
Jest tylko jeden problem (tak? naprawdę tylko jeden? - Basia) Żywioły należą do Pucharu, czyli impreza na trasie pieszej TP50 musi spełniać regulamin Pucharu. Nie będę Wam tu opisywał dokładnie o co chodzi, bo Ci co jeżdżą w Pucharze wiedzą o co chodzi, a tych co nie jeżdżą nie będą zanudzał regulacjami i ograniczeniami organizacyjnymi. Wspomnę tylko przykładowo o jednym: wymiar trasy.
Ma to być 50 km, a nie np. 57. Ja odpowiem prosto: WALCIE SIĘ !!
Jak robimy trasę to patrzymy przez pryzmat ciekawych miejsc, (na ile to możliwe) wariantowości, dziwnych rzeczy w lesie i klimatu... a nie tego, że mamy zmieścić się w jakiś wydumanych procentowych ograniczeniach. Wolę jak ktoś mi w bazie powie: "ale fajne miejsce znaleźliście", niż bawić się w skracanie trasy o kilometr, bo właśnie przekroczyłem widełki. Dlatego też zupełnie nie zabiegamy, aby Wiosenne CZARNE było w Pucharze. "Konwenansom precz, to nie moja rzecz..." (3*)
Natomiast tym razem jest to aspekt niepomijalny, bo Żywioły należą do Pucharu, a Puchar ocenia imprezy. Jak przewymiarujemy trasy czy tez pojawią się grubsze odstępstwa lub błędy (tak, każdy je robi! pogódźmy się z tym w końcu!), to w skrajnym przypadku karą dla imprezy, może być wypad z pucharu. Żywioły przez lata zapracowały sobie na pozycję, jaką dziś mają wkładając w organizację pasję, wysiłek i zaangażowanie. Nie mamy prawa narażać reputacji tej imprezy, naszym bardzo luźnym podejściem do regulaminu Pucharu.
Problem ten jednak rozwiązuje się sam, gdyż do zrobienia trasy Pucharowej (a co za tym idzie także krótkiej pieszej) zgłasza się Ania. Tym samym bierze na siebie dużą odpowiedzialność zgodności z regulaminem. Nam daje to jednak wolność w projektowaniu trasy rowerowej oraz tras przygodowych AR. Super układ. Ania zawsze chciała zrobić imprezę pieszą, a my mamy wywalone na ograniczenia - bajer, zacnie, WYPASS OSOM !!
Nie zmienia to jednak faktu, że 2 zgłoszenia do pomocy w organizacji to naprawdę mało. Liczyliśmy, że ludzie będą zabijać się o możliwość organizacji imprezy, na której całą organizacyjną kwestię bierze ktoś inny, a dla zgłaszającego zostaje najfajniejsza cześć: przygotowanie trasy. No ale cóż, dwa to więcej niż zero więc ZROBIMY TO!
Ekipa ratunkowa złożoną z Królika Stefana i Szkoły Fechtunku ARAMIS przystępuje zatem do resuscytacji trasowo-lampionowej imprezy!! Oczywiście rzeczywistość zawsze lubi wmieszać swoje 3 grosze (dobrze, że nie 7, co? - Ci którzy walczyli z Diabłem na trasach przygodowych zrozumieją ten hermetyczny komentarz od razu, reszta na razie czyta dalej) i takie rozłożenie obowiązków będzie mieć także swojej konsekwencje. O tym ZARAZ (czyli taka duża bakteria)
Impreza 2 w 1, ale życie to sztuka wyboru
Jako, że musimy zrobić trasę w ORIENT expressie (czytaj pilnie), to nie jesteśmy zupełnie elastyczni jeśli chodzi o daty i terminy. Ruszamy w Jurę na początku grudnia, natomiast Ania wyznaczać trasę będzie w okresie międzyświątecznym. Co więcej, jednym z moich koników jest OAZA na Pustyni Błędowskiej - miejsce, które bardzo lubię, a w którym chyba nie było nigdy punktu kontrolnego (przynajmniej ja nie pamiętam - jak była pustynia, to lampiony trafiały do bunkrów, ale nie do oazy).
Skręcenie mapy jakie nastąpiło czyli "północ nie na górze", to nie był zabieg od początku planowany - raczej konieczność, aby trasa piesza objęła właśnie Oazę (to tak w kontekście trzymania się regulaminu pucharu... na pohyble!). Zdefiniowało to też wyjście od Bydlina na południe. Co więcej, jako że Jura jest mocno zjeżdżona przez wiele imprez (same Żywioły miały już chyba ze 4 razy bazę w Bydlinie), do tego kilka razy odbywało się tej okolicy KORNO, był Irokez w Żelazku, doszło tu do kilku Jurajskich Jatek, a nawet zeszłoroczne Mistrzostwa Europy w Rajdach Przygodowych zahaczyły o te tereny (acz ta impreza to się w sumie odbywała w całej Małopolsce)... to myślimy o wyjściu w tereny mniej znane. Tylko jak zrobić punkty w nieznanych i fajnych punktach kontrolnych, jeśli przeszło w tych okolicach jak nic z 10 (jak nie więcej) dużych rajdów. Postanawiamy zatem uciec na południowy-wschód w Dolinę Dłubni. Czasem tu także pojawiały się jakieś punkty kontrolne, ale o wiele rzadziej i jeszcze nigdy trasa nie sięgnęła tak daleko, jak my z nią wyjedziemy (Baza w Bydlinie to północno-zachodni róg mapy, a nie klasycznie środek mapy).
Jeśli pogoda dopisze - czytaj będzie zima to na Zawodników czekają Lodowe Pustkowia - ogromne, otwarte przestrzenie pokryte śniegiem. Jak było to już sami wiecie... skończyło się królestwem błota, bo przyszła odwilż.
Tak to jest: REALITY IS A BITCH... jak miało być Wiosenne CZARNE KORNO w Kobylanach to się zrobiło -11 i dowaliło zimą jak nigdy, natomiast jak nastawiliśmy się na zimę, to za dnia było nawet pod 8 stopni. Dzień przed rajdem mieliśmy zmarzniętą ziemię i po niektórych miejscach cisnęliśmy autem z lampionami w bagażniku, natomiast w dzień imprezy "wszystko puściło" i zrobiło się Kure...eeee... Królestwo Błota. No to już niestety nie mamy wpływu. Jeszcze...
Konsekwencją takiego podejścia było to, że nasze trasy zupełnie się rozjechały z trasami Ani.
Ani jeden punkt kontrolny Ani nie pokrył się z naszymi z AR Profi (Rowerowa i Open były częściami tej trasy). Ania wyszła na północ i zachód w kierunku Ogrodzieńca, a my na południe i wschód. Korelacja tras była w zasadzie żadna, bo łączyła je jedynie nazwa rozgrywanej imprezy.
W praktyce oznaczało to, że:
- po pierwsze Zawodnicy musieli wybrać: Ania czy my, czyli w ramach rajdu staliśmy się poniekąd rywalami, co przy tak niszowym sporcie jest tak trochę bez sensu (ale nie było innej możliwości - zawsze ktoś inny mógł zorganizować ten rajd lepiej :P, z chęcią byśmy w nim wystartowali)
- a po drugie: trasy Rajdu 4 Żywiołów 2020 są nie do porównania dla Zawodników, bo zrobiły się z tego dwie różne imprezy.
Można było być 18 stycznia 2020 w Bydlinie i można nie móc pogadać z kolegą czy koleżanką o wrażeniach po imprezie bo... czytaj wyżej, były to dwie, zupełnie różne imprezy.
Cóż życie to sztuka wyboru, bo w akacjach ratunkowych robi się wszystko na co pozwalają warunki, a nie planuje się na spokojnie, z wyprzedzeniem wszystkich możliwości.
I teraz... nie wiem jak napisać to zdanie, aby ktoś - w zaistniałej sytuacji - NIE PRZYPISAŁ mu negatywnego wydźwięku... ale:
Bardzo dziękujemy tym, którzy wybrali nasze trasy i jednocześnie mamy nadzieję, że Ci którzy wybrali inaczej, także bawili się wspaniale.
A jeśli ktoś ma "ALE", że musiał wybierać albo wybrał źle, to podkreślam - "budowniczy tras" to zawód deficytowy. Są wakaty.
To tyle w tym temacie, poniżej jeden z naszych punktów kontrolnych za dnia:

no i nocą:

"What monkey sees, monkey will do..." (4*)
Zadania na rajd przygodowy. Cześć piesza i część rowerowa to jedno, ale trzeba jeszcze przygotować zadania specjalne. Jedno z nich oczywiście zrobimy szermiercze, ale o tym później. Najpierw ogarnijmy zadnia logiczne.
Jest dobre zadanie z małpą i dołem, przy którym znowu daje o sobie znać stary, i (nie-taki) dobry system 1 .
Małpa próbuje wyjść z dołu o głębokości 100m. Dół jest jednak bardzo stromy i każdego dnia przebywa tylko 1m, ponieważ przez pierwsze pół dnia wspina się 3m, ale w drugiej połowie dnia osuwa się 2m. Po ilu dniach małpie uda się wyjść z dołu?
Na usta ciśnie się odpowiedź 100, ona przychodzi do głowy natychmiast, ale jest błędna. Jak widzicie, "System 1" zawsze w formie, trzeba uruchomić "System 2", aby zaczął widzieć szersze zależności. Jak ktoś nie wie o czym mówię, link do książki powyżej. Naprawdę warto - pisałem Wam już kiedyś o niej. Dla mnie jest to jedna z najważniejszych książek jakie w życiu czytałem Tak ja wiem, mamy XXI wiek i statystycznie dla większości książki to przeżytek, ale pomyślcie nad słowami pewnego - O IRONIO - niemieckiego poety
"Tam gdzie pali się książki, tam w końcu będzie palić się i ludzi".
Dodam tylko, że gość zmarł w 1856 roku... nie widział zatem XX wieku, a brzmi jakby coś tam o nim wiedział.
Wracając do zadania. Do 97 dnia wszystko idzie jak powinno, 1m na dobę sumarycznie, ale pomyślcie co się stanie 97 dnia :P
Wierzę, że dacie radę.
"Zapamiętaj Diable co powiem Ci, nigdy więcej z Fechtmistrzem nie stawaj do gry..." (5*)
Drugie z zadań logicznych. To jest zadanie z czasów kiedy kształtowała się moja psychopatyczna osobowość. To zadanie z 7-mej klasy podstawówki, z podręcznika do matematyki. Tak, pamiętam je! Mówiłem przecież, że mam psychotyczną osobowość.
To był zadanie z gwiazdką czyli to trudniejsze. Z czasów kiedy ogarnialiśmy co to jest "x" i jak się go liczy.
Rozdział: "Równania z jedną niewiadomą"
Rzecze raz Czort do żebraka:
"Niech umowa będzie taka,
gdy przebiegniesz ten most cały,
zdwoję twoje kapitały.
Żądam tylko byś w nagrodę
8 groszy rzucał w wodę"
Żebrak chętnie przez most leci,
jeden, drugi, nawet trzeci,
nagle patrzy ZDRADA!!
Ani grosza nie posiada
Teraz prędko rachuj mały,
jakie gość miał kapitały...
Zadanie okazało się trudniejsze niż myśleliśmy. Niektóre odpowiedzi jakie padały to był kosmos :D
No więc pomagaliśmy, ile się dało i finalnie każdej ekipie udało się rozwiązać tą straszliwą zagadkę. Ja wiem: zmęczenie, brak koncentracji itp... ale jak padały czasem teksty: "to bez sensu", to mnie śmiech brał.
Jak czegoś nie umiemy zrobić/rozwiązać, to niekoniecznie jest to be sensu. Wychodząc z takiego założenia, nadal jako ludzkość tkwilibyśmy w epoce kamienia łupanego. Odrobina pokory czyni nas lepszymi, uwierzcie..., no ale wasz wybór.
Zastanówcie się tylko czemu poprawną odpowiedzią jest zarówno 7 jak i 14.
I tutaj szacun dla tych, którzy podali obie odpowiedzi !!!
Chylę czoła, bo 7-mkę znam od podstawówki, a nigdy się nie zastanowiłem, że 14 też jest OK.
Kwestia terminu płatności i tego czy Diobeł wystawia faktury proformy :D :D :D
"Hamlet: What's his weapon?
Osric: RAPIER AND DAGGER" (6*)
No i zadanie szermiercze. Jak mogło by go u nas zabraknąć. Niemniej, pewnie część z Was oczekiwała walki i uwierzcie, że długo nad tym myśleliśmy. Niemniej ze względów sędziowskich, a nie bezpieczeństwa (czasem "chrzanić BHP" to gwarancja najlepszej zabawy!) nie było to możliwe. No bo jak? Dać Wam maski i walczycie między sobą? No to proszę zdefiniować warunki, tak aby oprócz zabawy, był jakiś konkretny cel do zrealizowania. Jesteście przecież z jednej drużyny:
- największa ilość trafień? Zawodnicy będą się okładać bez opamiętania,
- najmniejsza ilość otrzymanych trafień? Będą stoć i nic nie robić, zaliczając najmniejszą możliwą liczbę czyli "0".
Walka z nami? No to ktoś nam zarzuci, komuś daliśmy ciężkie warunki, a innym poddaliśmy walkę i dlatego On przegrał zawody.
To musiało być zadanie bez interakcji z Organizatorami oraz takie gdzie Zawodnik walczy tylko ze trudnościami konkurencji.
Postawiliśmy zatem na zadanie wymagające uwagi i koncentracji - klasyk z grupy dziecięcej (prowadzenie piłeczki bronią) oraz na zadanie wymagające celności (trafianie w ruchomy przedmiot). Biedne te wiszące na sznurkach żabki...
A jako ktoś nas pytał "jak to zrobić" to odpowiadaliśmy "najlepiej powtarzalnie" :D :D :D
Do wykonania tego zadania wzięliśmy najbardziej spektakularną broń z naszego arsenału - Rapiery.
Wielu mogło się przekonać, że precyzyjne prowadzenie broni i trafianie w ruchomy cel, to nie takie proste zadanie, acz zaliczaliśmy konkurencję nawet tym, którzy trochę oszukiwali i podchodzili za blisko. Cóż do prawdziwego uzbrojonego przeciwnika (a nie wiszącej żaby) takie podejście mogło by się skończyć zejściem, jeśli wiecie o co mi chodzi... zatrucia żelazem bywają śmiertelne.
Niemniej, mamy nadzieję, że zadanie spełniło wasze oczekiwania i dobrze bawiliście się z bronią w ręku.
A tak podsumowując jeszcze ogólnie o trasie: wyrzuciliśmy wszystko co nas drażni w przygodówkach.
Limit czasowe na etapach? Do kosza!
Obowiązkowa kolejność punktów kontrolnych czy etapów? Do kosza!
Jest jeden limit - rajdowy. Chcesz najpierw etap z buta, proszę bardzo. Najpierw rower - jak sobie życzysz.
Potrzebujesz więcej czasu na etap pieszy - baw się dobrze. Wolisz dłużej na rowerze - wedle woli.
Jedynie ze względów organizacyjnych i sędziowskich (zamknięcie etapu), zadania są wykonywane pomiędzy etapami.
HORROR TREE (Upiorne Drzewo) i inne cuda
Dwa słowa o trasie - uwielbiamy punkty kontrolne z charakterem, dlatego przejechaliśmy wzdłuż i wszerz Dolinę Dłubni, aby odnaleźć miejsca warte powieszenia lampionu. A jeśli nawet Google nazywa to miejsce HORROR TREE, to wiedz że to naprawdę mocna rajdowo lokacja. Zakochany w Dębach Rogalińskich wiedziałem, że musi tutaj zawisnąć lampion. Basia także uważa, że to perełka w koronie przygotowywanej trasy. A tak z ciekawości, wiecie ile nam zajęło zamontowanie tego lampionu? Uwierzcie, że nie 5 minut :)
Albo nie umiemy rzucać albo to naprawdę było trudne...
To miejsce nazywane jest także Drzewem Wisielców, ale nazwa HORROR TREE podoba mi się o wiele bardziej.


Do kolekcji wpadają także takie miejsca jak Cudowne Źródełko w Gołczy, Źródło Jordan, Oaza na Pustynie Błędowskiej, Skały w Dolinie Dłubni... a co będę pisać. Trochę zdjęć z trasy:
Punkt: KOŚCI

OAZA na Pustyni

BUNKRY w starej, opuszczonej bazie wojskowej:

ŹRÓDŁO JORDAN:

W Dolinie Dłubni

Chata na wodzie:

Na zakończenie dodam chyba najważniejsze: Dziękujemy wszystkim za pomoc przy zebraniu trasy!!
Bez Was byłoby ciężko.Jesteście wielcy.
Czasem zarządzamy całkiem sprawnie, dzięki temu impreza w ogóle się odbyła, ale jednak potrzebujemy też snu. Od czwartku do niedzieli rano spaliśmy łącznie 5 godziny... więc szaleństwa nie ma. Zwłaszcza że wracając z rajdu, gdzieś koło 2-3 w nocy (z soboty na niedzielę) półprzytomni zdjęliśmy jeszcze 3 punkty kontrolne.
Dzięki Wam nie musieliśmy wyruszać w niedzielę bladym świtem na zbieranie kolejnych lampionów. Jeśli coś zostanie po waszym ataku na trasę, to to oczywiście zbierzemy, ale już bardziej na świeżo i już trochę bardziej wyspani.
Raz jeszcze dzięki za wsparcie i pomoc w tej kwestii.
Mamy także nadzieję, że mimo błotnistych warunków rajd Wam się podobał.
Przepraszamy za wszystkie błędy i dziękujemy za frekwencję.
Zapraszamy także na Wiosenne "CZARNE KoRNO - Siła KORNOlisa" w Ciężkowicach. Już 13-15 marca.
Do zobaczenia.
CYTATY:
1. Piosenka Sabaton'u "Hearts of Iron"
2. Komiks "Batman: Knigthfall", prolog
3. Piosenka Robert Kasprzycki "Jestem powietrzem"
4. Piosenka The Hooters "Mr. Big Baboon"
5. Piosenka Rafała "Taclema" Chojnackiego "Gra z Diabłem" - powodzenia w szukaniu w necie. Będzie Wam potrzebne :P
No dobra, macie: https://freedisc.pl/kama13,f-2320406,taclem-gra-z-...
Kocham tekst tej piosenki.
6. Try not to SHAKE SPEARS about this quote... Proste, że "Hamlet"
Kategoria Rajd, SFA
3 Królowie i 2 rowery... :)
-
DST
50.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Coś na początek sezonu czyli Puszcza Niepołomicka: zimowy las, delikatny mrozik i tylko śniegu brak.




Kategoria SFA, Wycieczka
Podsumowanie 2019
-
DST
1.00km
-
Sprzęt The Darkness
-
Aktywność Jazda na rowerze
Jedni uwielbiają podsumowania, inni ich nienawidzą – a ja się kocham w statystykach i analizach, więc nie sposób podsumowania nie zrobić. Tym razem trochę spóźnione, bo zwykle robiłem je już na koniec grudnia, no ale już jest.
Jak zawsze, coś tam udało się osiągnąć, a coś innego pokazowo (żeby nie rzec spektakularnie) spartolić. Zapraszamy zatem na krótkie zestawienie najważniejszych wydarzeń 2019 (w kontekście rajdów i szermierki).
Mam jednak nieodparte wrażenie, że stopniowo ale nieprzerwanie rajdów w kalendarzu ubywa… acz może to tylko wrażenie.
Miejmy nadzieję...
19 stycznia – RAJD IV ŻYWIOŁÓW
Klasyczne już rozpoczęcie roku: ostry mróz, w cholerę lodu i trójka ślizgających się po nim rowerzystów.
Na trasach przygodowych frekwencja dopisała, ale na rowerowej, gdyby nie jadący (w inną) stronę Piotrek, to bylibyśmy sami.
Impreza z cyklu UDÓRZ plerami o glebę (jak ktoś nie ogarnia, to podpowiem, że Udórz to taki zamek na Jurze – w zasadzie ruina, a tak naprawdę ze dwa kamienie i właśnie tam biegła trasa rajdu). Udórz mocno i często bo lód był po prostu wszędzie.
A potem zgasło nam światło… i musieliśmy kombinować przodem na zad. Możecie o tym poczytać TUTAJ.
9 luty – SILESIA RACE
Drugi rajdowy klasyk zimowy. Dzika noc w Jaworznie i okolicach. Co się tam nie działo… najpierw wrzucono nas w industrialne klimaty, potem zaliczyliśmy spotkanie z Wydrą nad zbiornikiem, jakiś rolnik zaorał moje sny gdy spałem w śniegu w środku pola, a potem uciekaliśmy przed Służbą Ochrony Kolei (czasem trzeba było odpowiedzieć ogniem…). Na koniec były też kajaki. Tak, byliśmy świadomi że jest luty, to nie tak że nas ta informacja zaskoczyła. Pełna relacja TUTAJ.
23 luty – RAJD LICZYRZEPY (ZIMA)
Czyli lasy w okolicy Jelcza-Laskowice. Jeszcze o tym nie wiemy, ale poznanie tych terenów bardzo nam się przyda w przyszłości.
Bunkry, jelenie i ciężki finisz, któremu nie podołaliśmy – spóźnienie na metę. Nie jakieś straszne, ale jednak brak formy po minionej zimie dał się nam mocno we znaki. Gdyby ktoś chciał wrócić pamięcią do zimowej Liczyrzepy to wpis znajdzie TUTAJ.
9 marca - RAJD WILCZY
Niby klasyk, bo byliśmy do tej pory na każdej edycji, a jednak tym razem było zupełnie inaczej. Od zawsze atakowaliśmy najdłuższą możliwą trasę przygodową, a w tym roku - jak nigdy - uderzyliśmy na trasę pieszą. Nadal nie biegamy i wolimy rower, ale tak jakoś wyszło, że była to jedyna dostępna dla nas opcja wtedy. Związane było to z szytymi ranami ciętymi, które trochę przeszkadzały zarówno w dźwiganiu dużego plecaku, jak i samej jeździe. No, ale nie powinny Was takie rzeczy dziwić, w końcu jesteśmy z Krakowa i do tego zajmujemy się szermierką, a więc maczety i głębokie sznity nie są nam obce. Pochodzenie zobowiązuje, prawda?
Na TYM RAJDZIE towarzyszyły nam także pewien Pies Księżycowy (Luna) oraz jego Pan.
23 marca - Wiosenne CZARNE KoRNO: Kompania KORNA
Jeden z najważniejszych dla nas dni w minionym roku. Kontynuacja naszej przygody z „Wiosennym CZARNYM KoRNO” i nasz drugi rajd. Po klęsce pod Kobylanami, Lord SFAROC powrócił i tym razem uderzył na froncie lanckorońskim. Świat Lampionu na mocy rozporządzenia Senatu Nawigatorów powołał do życia Kompanię KORNĄ - pododdział mający odbić lampiony (na karcie) z rąk złowieszczego Lorda. Pełen Raport Szefa Sztabu Kompanii KORNEJ znajduje się TUTAJ.
Jeśli jednak myślicie, że to koniec opowieści to wiedzcie, że już niedługo obudzicie się w EPICENTRUM rodzącego się koszmaru, albowiem SFAROC wezwał na pomoc najstraszniejszego ze swych sług. Tam gdzie zawiodły mięśnie i stał, sięgnął po magię...i przyjdzie Wam zmierzyć się z Alchemikiem KORNOlis'em. Wypatrujcie karty powołania weterani Kompanii KORNEJ.
4 kwietnia - XXXIV KrakINO: GAMBIT KRÓLEWSKI
Nasze drugie po „Zdradzie u Backingham’ów” KrakINO. Tym razem uderzyliśmy w klimaty szachowe, bo gambit to poświęcenie figury na rzecz uzyskania przewagi taktycznej (innymi słowy: ty tu sobie bij podstawioną bierkę , a ja w tym czasie wjeżdżam Ci na tyły z pełną rozpierduchą). A gambit królewski to nazwa konkretnego otwarcia szachowego, bazującego na tym działaniu.
Impreza robiona na wariackich papierach, po nocy (mowa o chodzeniu po lesie i wyznaczaniu trasy, a nie samym rysowaniu mapy…), zamknięta cudem w ostatniej chwili. A na koniec goniliśmy się z dzikami po lesie - nie szło „ściągnąć” trasy, bo brały błotną kąpiel przy samym lampionie… a że miały znaczną przewagę liczebną, to nie byliśmy na dobrej pozycji negocjacyjnej.
6 kwietnia – LISZKOR
Drugi raz z rzędu nasz rajd (czyli tegoroczna Kompania Korna) w jakimś stopniu pokrywa się terenowo z Liszkorem. Za pierwszym razem to był wypadek przy pracy, ale tym razem możemy już mówić o niesamowitym pechu, gdyż stało się tak mimo podjęcia SZEREGU (sic!) działań zapobiegawczych. Jednakże żadne z nich, przez splot niefortunnych, niezależnych od nas zdarzeń, nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Coś w stylu:

Zaowocowało to brakiem decyzyjności operacyjnej jak pojechać ten rajd, bo nie chcieliśmy powtarzać własnej trasy. Wyszedł z tego naprawdę chaotyczny wariant, z Leskowcem w tle… nocą… w deszczu. Do tego okazało się, że dysponujemy mocą zatrzymywania czasu. Więcej o tym TUTAJ.
13 kwietnia – RAJD KATOWICE
Jak zwykle rajd miejski głównie z nazwy bo EL Comandante de SAS’u (Silesia Adventure Sport) Marcin lubi robić imprezy z kozackim rozmachem. Odwiedzamy zatem Jurajski Park, powalczymy z czeladzką inkwizycją, zrobimy przeprawę linową z rowerami przez rzekę, pojeździmy po okolicznych lasach i popływamy kajakiem po Katowicach. Tempo: UPALANIE bo rajd krótki, ale zabawa przednia. Relacja TUTAJ.
22 kwietnia – WIELKANOCNY MINI RAJD NA ORIENTACJĘ
Istna ucieczka zza stołu… udaje nam się pogodzić obowiązki rodzinne z wyrwaniem się na mini rajd organizowany w Bieruniu.
Piękna pogoda i bardziej dynamiczne święta Wielkanocne. Super. Kilka słów o rajdzie znajdziecie pod TYM LINKIEM.
Weekend majowy – BORY DOLNOŚLĄSKIE
Kocham lasy, więc był to kolejny krok w kierunku realizacji planu: „Chcę objechać wszystkie większe kompleksy leśne w kraju”. Podkreślam, objechać całe (lub prawie całe) a nie odwiedzić na chwilę. Lasy, Puszcze, Bory, Knieje – wiecie, że każde z tych słów znaczy troszeczkę co innego? Tym razem naszym łupem padły Bory Dolnośląskie, na które chrapkę miałem już od dawna. Pięć dni (a czasem także i nocy, jak nam zeszło…) odkrywania tajemnic prastarego lasu.
Niestety wpisy dedykowane zdołałem zrobić tylko z 3 wycieczek (na 7)
- Co ty NATO? Przez poligon na Borówki!
- Kiedy HARRY poznał... BASZTA DOWNHILL i południk 15
- Alfred robi niezłe laski... i lubi wąwozy
wiec teraz poniżej kilka zdjęć z tego co do tej pory na bloga nie trafiło. Staram się aby z każdego rajdu powstała relacja, ale opisać wszystkie nasze wyprawy po prostu nie sposób. Musicie zatem uwierzyć na słowo.
Łęknica i Park Mużachowa, Góry Smocze, Most jak z bajki, Królestwo Kryształów (DE) oraz szlak bojowy Wojska Polskiego (Nysa Łużycka) i dawne po-niemieckie fabryki amunicji. Przejazd przez poligon Żagań – Świętoszów, obiad z Amerykańskimi Marines, „Wielka ucieczka” przez Tunel „Harry”. Ech działo się. A jakby ktoś pytał, czemu na liście nie ma takiej pozycji jak Zamek Kliczków, to powiem, że wyszczególniłem wyprawy a nie miejsce zakwaterowania!
Kilka zdjęć:
Na Łuku Mużachowa (Park PL-DE wpisany na listę UNESCO)


Rakotzbrucke Kroumlau:


W królestwie Kamerdolców (DE):


Na skraju Polski i Borów Dolnośląskich - Bielawa (Tajemnicza Wieś):



Śladami forsowania Nysy Łużyckiej:

U wybrzeży Afryki (to nazwa tego Jeziorka):

Dawna fabryka amunicji:

4 maja - RUDAWSKA WYRYPA
Nasz pobyt w Borach Dolnośląskich kończymy klasyką gatunku czyli 24-godzinną Rudawską Wyrypą. Jeździmy na tą imprezę nieprzerwanie od 2014 roku i jak co roku niedzielę po zawodach spędzamy na SingleTrek pod Smrk’iem.
W tym roku Rudawska dowaliła nam śniegiem i deszczem… to jak utknęliśmy w błocie „pośniegowym” to był hardcore.
Możecie o tym przeczytać TUTAJ.
12 maja – RAJD HAWRAN
Druga edycja Hawrana zabiera nas ponownie w Beskid Niski. Tym razem w inną niż poprzednio jego część. Zahaczymy o Wysową, Blechnarkę, pokręcimy się pod Laskową (ale bez szczytu), pojeździmy po Słowacji, a na deser nowa góra do naszej kolekcji – Szweja.
To co na zawsze wryło mi się w pamięć z tego rajdu to: jazda potokami, bo drogi po prostu płynęły oraz nieprzebrane ilości błota. Pełna relacja z Hawrana pod TYM LINKIEM.
26 maj – Zawody szermiercze Debiutantów ŁÓDŹ
ŁÓDŹ you like to take part…? Czyli odpalamy dodatkowe zawody szermiercze: dla wszystkich którzy są w szkole mniej niż 2 lata lub nigdy nie startowali w zawodach. Bardzo udany debiut imprezy Debiutantów mającej ośmielić i zachęcić nasz „nowy” i „nie-zawodowy” narybek do startu. Bardzo potrzebne działanie, bo poziom głównych zawodów Pucharu 3 Broni w ostatnich latach wzrósł tak bardzo, że niektóre początkujące osoby boją się wystartować w zawodach. To naturalne i rozumiemy te obawy. To właśnie z myślą o nich organizujemy zawody, które pozwolą w mniej stresującej atmosferze (bez grup śmierci) oswoić się z systemem naszych zawodów oraz rywalizacją. Relacja z zawodów TUTAJ.
Czerwiec - URLOP 1: Tatry, Niżne Tatry, Wielka Fatra, Mała Fatra.
No i się nie napisało... 13 małych i dużych wypraw. Kilka zdjęć z niektórych z nich:
HOLA! KraLOVE Przygody!!



SMOK DEMION TO FAJNY CHOPOK !!!



W (Słowackim) Raju Rowerowym



Klasa przejazdy w tym raju!

W Koronach Drzew:

Chata Pri Zelonym Plesie:

W Przełomie Hornadu:

U Miśka na Veternym Vrchu:


Reklamacja! Byłem na Słowacji i mam RYSY na zdjęciach!!


22 czerwca – GRASSOR 444
Data idealna (rocznica Operacji "Barbarossa" oraz ironiczne, zaiste ironiczne- Operacji "BAGRATION") na jedno z dwóch największych przedsięwzięć tego roku. Data zobowiązuje do działań z rozmachem. 36 godzin, trasa całego rajdu szacowana na 444 km… ciężko zdefiniować w sumie gdzie byliśmy, bo prościej byłoby chyba wyszczególnić które miejsca województwa podlaskiego nie zostały przez nas odwiedzone. Nasz absolutny rekord jeśli chodzi o wyprawy rowerowe: 320 km w 36 godzin. Niesamowita przygoda gdzieś na krańcach Polski…Więcej o tym TUTAJ.
29 czerwca – BIKE ORIENT
Więcej takich rajdów – na luzie, bez ścigania się, bez żadnej presji. Po morderczym urlopie i Grassorze 444 potrzebowaliśmy imprezy bez ciśnienia. Kamila, Filip oraz Andrzej postanawiają nam towarzyszyć i gdy inne ekipy ścigają się o podium, my jedziemy po prostu na wycieczkę. Na luzie nie oznacza jednak, że obejdzie się bez „finszu jak zawsze” bo pojechaliśmy trochę za bardzo na luzie i się nagle słabo z czasem zrobiło. Szkoda, tylko że przed rajdem nie wiedzieliśmy jak nas będzie wszystko po nim PIEKŁO!
Pełna relacja TUTAJ.
Lipiec - OBÓZ SZERMIERCZY
My Blade as my Pride...Czyli tydzień pod Tatrami i z bronią w ręku. Relacja z szermierczego piekła lub nieba TUTAJ, a może obu. To jak z dobrym (safe, sane, consensual) BDSM, niby boli ale jest jednak fajnie. No co, tylko mówię jak jest :D :P
20 lipca – Adventure Race European Championships (AREC)
Mistrzostwa Europy w Rajdach Przygodowych. Czy trzeba mówić coś więcej?
Druga z naszych największych przygód w minionym roku. Międzynarodowa impreza z niesamowitym klimatem…
To bez znaczenia jak słabą ekipą byliśmy w porównaniu do innych, ważne że jesteśmy dumni ze startu w imprezie o takiej randze!
I nawet nie byliśmy ostatni… pewnie przez pomyłkę, ale jednak! Dwu-języczna relacja TUTAJ.
3 sierpnia – ŚWIĘTOKRZYSKA JATKA
Cieszymy się, bo mamy Święto! Prawdziwe IKRZYSKA nawigacyjne! To, że skończyły się Jatką, to inna sprawa... Zwłaszcza dla pewnego łosia, którego dopadł bezlitosny ZUS. Jak nie wiecie o co chodzi, to można o tym przeczytać TUTAJ.
Sierpień - URLOP 2: Wielkie i Małe Fatry i inne słowackie impresje.
No i też się nie napisało. Trochę zdjęć na szybko:
Jałowiec (BINARNY!!)


Między Wielkim na Małym Fatrzańskim Krywaniem z widokiem na niesamowity ROZSUTEC!


Chodź na (Velky) CHOC!


Na krańcu Polski:

Ostredok!!!


Velky i Mały ROZSUTEC - zakochałem się w tej górze.


Zejdzie Pani w dół, do ronda :)


Kosówka łańcuchem skuta :)

Chodź pomaluj mój szlak na żółto:

i na czerwono :D

31 sierpnia – JASZCZUR: SV. JIRI
Kiedy jesteś w Czechach, ale Polska jest na południe od Ciebie… wiedz, że są to miejsca, w które normalni ludzie nie dotrą.
Gdzieś na końcu świata, w poszukiwaniu Św. Jerzego… Opisane TUTAJ.
7 września - RAJD WALIGÓRY
Naprawdę kiedyś zrobię wpis TOP N, gdzie N będzie liczbą naturalną większą od kilku opisującą najlepsze i najpiękniejsze rajdy w naszej historii. Pierwsza edycja tego rajdu ma pewne miejsce w takim rankingu… ale od pewnej wrześniowej soboty w 2019 roku nie jest już sama, bo edycja 3-cia Rajdu Waligóry wdarła się szturmem do tego zestawienia. Niesamowita impreza. Nie widzę jej jednak w kalendarzu na rok 2020... i to mnie smuci. Naprawdę smuci.
14 września - Mordownik
„Udowadnia naukowo co by było gdyby…” czyli jak wyglądałaby Kompania KORNA gdybyś nie przenieśli się do Lanckorony.
Start niemal na naszej własnej trasie. Wiele punktów w miejscach, które sami kwalifikowaliśmy jako dobre na punkty kontrolne. Ciekawe doświadczenie, zobaczyć swój (niedoszły) rajd z perspektywy zawodnika. Relacja z Mordownika pod TYM LINKIEM.
21-22 września - PUCHAR TORUNIA
Pierwsze zawody Pucharu 3 Broni 2019. Gospodarzem nasza nowo powstała filia w Toruniu.
Spora frekwencja i bardzo udany start sezonu zawodów 2019.
Relacja i zdjęcia to znalezienia TUTAJ.
28 września - SILESIA RACE
Silesia 3 Beskidów. Piękna górska impreza, która nas zacnie sponiewierała. Świetne punkty rowerowe i masakryczne BnO w Beskidzie Małym. Wspaniałe zawody, z których dokładną relację możecie przeczytać TUTAJ.
30 września - TURBACZ (służbowo)
Spontaniczna wyprawa, jako alternatywa do imprezy integracyjnej w pracy. Zamiast siedzieć w biurze, siedzimy w schronisku.
Chyba pierwszy wyjazd integracyjny na który pojechałem w życiu (i to z radością), bo zwykle unikam jak ognia takich imprez.
Niemniej jak jest fajna ekipa i super miejsce, to się nie ma co długo zastanawiać. Kilka zdjęć TUTAJ.
5 październik - JASZCZUR: OGNISTE POGRANICZE
Ten Jaszczur powinien nosić tytuł: Roponośne Obszary, bo włóczyliśmy się tuż nad ukraińską granicą (czasem tylko parę metrów od) w poszukiwaniu koników (kiwonów) i innych "ropolubnych" elementów infrastruktury. Do tego utknęliśmy w Krainie Barszczu (Sosnowskiego) - przerażająco rozległej... i dostaliśmy głębokiej hipotermii bo cały dzień lało (a było ze 2-3 stopnie).
Relacja do przeczytania TUTAJ.
19-20 października - PUCHAR ŚLĄSKA
Drugie zawody Pucharu 3 Broni 2019. Kolejny karkołomny przypadek w naszej karierze: sobota eliminacje, noc to Tropiciel 28 w Jelcz-Laskowice, a niedziela to finały. Raport z zawodów dostępny pod TYM LINKIEM.
20 października - TROPICIEL 28
W przerwie zawodów szermierczych łapiemy miano Tropiciela, na bardzo fajnych zawodach w Jelczu-Laskowice.
Super klimat i bardzo fajne zadania, zwłaszcza to strażackie. Relacja z Tropiciela TUTAJ.
26 października - JESIENNE BESKIDZKIE KoRNO
Najgorętsza premiera roku. Paliwo poszło mocno w górę i grubo na ponad 1000, bo ruszamy w góry! W poszukiwaniu lampionów na naszych nowych BESTIACH. Świetny rajd i pierwsze testy naszych nowych Maszyn... acz szkoda, że już ostatni w tym roku. Relacja z KoRNO ukrywa się TUTAJ.
9 listopada - PUCHAR PIOTRKOWA
Rzeź nie zawody... ostatnie zawody lokalne Pucharu 3 Broni. Jednocześnie też najtrudniejsze w tym roku (o ile nie EVER), bo do Piotrkowa przyjechały głównie same osoby zaawansowane i to ze wszystkich filii. Innymi słowy, na tych zawodach, jak nigdy, niemal nie było osób początkujących. Zaowocowało to bardzo trudnymi grupami od samego początku zmagań. Masakra... ale z drugiej strony, to także pokazuje poziom szkoły i wartość zdobywanych medali. Był HARDCORE i można o tym poczytać TUTAJ.
1 grudnia - XIV MISTRZOSTWA POLSKI W SZERMIERCE KLASYCZNEJ (MCF*)
Uroczyste zakończenie Pucharu 3 Broni 2019 i to w niesamowitej oprawie.
Słowem: emocje, emocje, emocje. Relacja TUTAJ. No i oczywiście nasz filmik z Mistrzostw!
(*Modern Classical Fencing)
Do tego seria wyjazdów:
- Ciężkowice i okolice: układanie trasy pod przyszłoroczne Wiosenne CZARNE KoRNO - SIła KORNOlisa
- Wolbrom i okolice: układanie trasy pod przyszłoroczną zimową edycję Rajdu IV Żywiołów
I przez słowo seria rozumiem dużo, bo w okolice Cieżkowic na całodniowe wyprawy z Garmin'em w ręku wybieraliśmy ponad 10 razy.
Intensywny, ale dobry rok. Oby 2020 był jeszcze lepszy.
To tyle na dziś. Do zobaczenia za maską lub gdzieś w lesie!






